Na Privet Drive przyje¿d¿a w odwiedziny ciotka Marge. Niestety wizyta koñczy siê ostr± k³ótni± miêdzy ni± a Harrym, przez co ch³opiec ucieka z domu wujostwa.
Harry obudzi³ siê wczesnym rankiem. Deszcz bêbni³ w szybê ma³ego okna jego niewielkiej sypialni w domu pod numerem czwartym. Jêkn±³, delikatnie odsun±³ na bok koce, poczu³ ból pleców, który by³ przypomnieniem wydarzeñ ostatniej nocy. Trzynastoletni Harry uwa¿a³ swoje nastoletnie istnienie za co¶ nadzwyczajnego, zw³aszcza ¿e uda³o mu siê to, mimo tak licznych problemów.
Jego urodziny zaczê³y siê wystarczaj±co udanie - w ¶rodku nocy nadesz³y listy od jego najlepszych przyjació³, Rona i Hermiony, w których ka¿de z nich przys³a³o mu ¿yczenia i prezent. Ron by³ z rodzin± w Egipcie, poniewa¿ jego tata wygra³ g³ówn± nagrodê w loterii Proroka Codziennego. Ch³opiec da³ mu fa³szoskop, urz±dzenie, które wykrywa³o kogo¶,
kto zachowywa³ siê nieuczciwie i by³ niewiarygodny. Nawet teraz, kilka dni pó¼niej, pozostawa³ milcz±cy i sta³ spokojnie. Harry podejrzewa³, ¿e dzia³o siê tak dlatego, ¿e jego krewni nie ukrywali swoich uczuæ i zamiarów wzglêdem niego, wrêcz na ka¿dym kroku jawnie je okazywali.
Hermiona przebi³a jednak wszystkich, co zgodnie z prawd± nie zaskoczy³o Harry'ego. Napisa³a d³ugi list, w którym opowiedzia³a o swoim pobycie we Francji, gdzie nauczy³a siê wiele o magii. Podarowa³a mu tak¿e najlepszy zestaw miotlarski, s³u¿±cy do konserwacji miot³y, jaki móg³by sobie wymarzyæ. Bardzo chcia³ jak najszybciej z niego skorzystaæ.
Dla zwyk³ego cz³owieka s³owa takie jak: czary, fa³szoskop czy Hogwart, by³yby kompletnie niezrozumia³e. Dla Harry'ego jednak by³y tak normalne, jak ka¿de inne, poniewa¿ Harry Potter nie by³ normalnym ch³opcem.
By³ m³odym czarodziejem, ucz±cym siê i uczêszczaj±cym do jednej z najstarszych i najbardziej presti¿owych szkó³ magii. Szko³a Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie – jedyne miejsce, które uwa¿a³ za dom i by³ przyjemn± odmian± w odró¿nieniu od pomieszczenia, w którym obecnie przebywa³; numer czwarty, Privet Drive, Surrey. Tutaj, w domu swoich krewnych, u których ¿y³ od jedenastu lat i ka¿dego dnia letnich wakacji od czasu przyjêcia do magicznej szko³y, czu³ siê niechciany, zaniedbany, pogardzany i w pe³ni znienawidzony.
Harry Potter nie by³ w tym momencie szczególnie szczê¶liwy, ciotka Marge przyje¿d¿a³a w odwiedziny i by³ to powód, przez który ch³opiec nie spieszy³ siê ze wstaniem z ³ó¿ka.
Wuj Vernon uwielbia³ urodziny Harry'ego, by³a to ¶wietna okazja, któr± wykorzystywa³, aby spróbowaæ „pokonaæ w nim tego dziwaka”. Vernon nieugiêcie trzyma³ siê swoich przekonañ i mia³ nadziejê, ¿e los wkrótce obdarzy go za to swoim b³ogos³awieñstwem i odwdziêczy siê za jego konsekwencjê. W tym roku nie by³ jednak w tym osamotniony. Marge ³askawie przysta³a na jego ofertê, aby przyjecha³a wcze¶niej, ni¿ planowa³a, by „pomóc Harry'emu w osi±gniêciu nastoletniego wieku”.
Marge rzadko odwiedza³a dom pod numerem czwartym, jednak Harry w±tpi³ w to, by kiedykolwiek zapomnia³ o której¶ z jej wizyt. By³a tak du¿a, jak wuj Vernon, muskularna, bez szyi, grymas nigdy nie znika³ z jej twarzy. Jednak to nie te powody sprawia³y, ¿e potrafi³a zepsuæ Harry'emu nawet najlepszy dzieñ. Nie, to co powodowa³o, ¿e ciotka Marge by³a tak okropna, by³o to, ¿e nienawidzi³a go bardziej ni¿ jego krewni, z którymi mieszka³.
Marge mia³a tak¿e psa, który wabi³ siê Majcher i by³ bez w±tpienia zwierzêcym odpowiednikiem ciotki. Buldog z pewno¶ci± równie¿ za nim nie przepada³, o czym ¶wiadczy³a blizna na jego kostce po ostatniej wizycie ciotki, tu¿ przed pój¶ciem do Hogwartu. Spêdzi³ wtedy prawie ca³y dzieñ na drzewie, jego skarpetka zabarwi³a siê wtedy na czerwono,
gdy Majcher ¶ci±gn±³ j± z jego stopy.
Nikt jednak nie by³ ¶wiadomy tych sekretnych cierpieñ Harry'ego Pottera. Nigdy nikomu siê nie zwierza³, ani nauczycielom ze szko³y podstawowej, ani opiekunce domu w Hogwarcie, ani nawet jego najlepszym przyjacio³om. Tak naprawdê nie wiedzia³, dlaczego ukrywa to przed innymi. Jaka¶ czê¶æ jego duszy wstydzi³a siê tego, mimo i¿ umia³ czarowaæ i by³
w pe³ni zdolny do obrony przed przemoc±, to jego ró¿d¿ka jak ka¿dy inny przedmiot, który by³ zwi±zany z jego „nienormalno¶ci±”, le¿a³a zamkniêta w komórce pod schodami. Oszukiwa³by sam siebie, gdyby zaprzeczy³, ¿e ta druga strona jego duszy jest zdeterminowana, by nie ugi±æ siê przed tym cierpieniem. Nie zamierza³ okazywaæ s³abo¶ci. Tak w³a¶nie by³o, kiedy Harry ostro¿nie wsta³ z ³ó¿ka i znalaz³ okulary, przygotowa³ siê
na ostatni dzieñ pobytu ciotki Marge.
¦niadanie by³o mile spêdzonym czasem. Harry, robi±c wszystko, co w jego mocy, aby nie odczuæ siniaków i bólu w plecach, porusza³ siê zdecydowanie wolniej, ni¿ ¿yczy³aby sobie tego ciotka, kiedy rozdziela³ stos kie³basek na ¶niadanie na trzy du¿e talerze.
- Pospiesz siê, ch³opcze – skinê³a na niego Marge. - Nie wszyscy z nas mog± swobodnie w³óczyæ siê bez ¿adnego po¿ytku, Dudziaczek potrzebuje swojego bia³ka, nie mo¿e byæ tak chudy jak ty.
- Oczywi¶cie, ciociu Marge – odpowiedzia³ Harry, jego umys³ skupi³ siê na formularzu pozwolenia na wizyty w Hogsmeade, który wuj Vernon obieca³ podpisaæ, je¶li Harry bêdzie opowiada³ o swoim ¿yciu tak, jak za¿yczy³ sobie wuj i bêdzie siê zachowywa³ normalnie w towarzystwie ciotki. Ignoruj±c ból, przyspieszy³ swoje tempo pracy i pobieg³ do kuchenki, ¿eby samemu zje¶æ wiêcej kie³basek. Kiedy Marge i Dursleyowie byli ju¿ w pe³ni najedzeni, dla niego nie zosta³o ju¿ nic. Wycofali siê do salonu, zostawiaj±c go samego, aby umy³ naczynia. Harry zdo³a³ us³yszeæ czê¶æ wiadomo¶ci.
- Syriusz Black, aresztowany w przesz³o¶ci za masowe morderstwa i spisek z organizacj± terrorystyczn±, uciek³ wczoraj z wiêzienia o podwy¿szonym rygorze bezpieczeñstwa. Opinia publiczna jest poinformowana, ¿e Black jest prawdopodobnie uzbrojony i niebezpieczny.
W przypadku posiadania jakichkolwiek informacji prosimy o kontakt pod numer specjalny i radzimy zachowaæ szczególn± ostro¿no¶æ.
- Bêdziesz taki jak on, ch³opcze – stwierdzi³a Marge, zauwa¿aj±c jego spojrzenie. Wskaza³a palcem na telewizor. - Skoñczysz dok³adnie jak on, je¶li nie bêdziesz siê uczy³. - Harry spojrza³ na telewizor. Mê¿czyzna na zdjêciu by³ naprawdê ponury, jego czarne w³osy by³y d³ugie, spl±tane i zniekszta³cone, a jego twarz chuda i zapadniêta. Jednak to oczy skazañca nim wstrz±snê³y, nienaturalny blask jego ¼renic zdawa³ siê o¶wietlaæ g³êbokie ciemne oczodo³y.
- Zrobiê, co w mojej mocy, ciociu Marge – odpowiedzia³ Harry, maj±c nadziejê, ¿e na tym rozmowa siê zakoñczy, jednak powinien siê domy¶liæ, ¿e nie. Marge nigdy nie przegapi³a okazji, aby wskazaæ mu elementy, w których móg³by siê poprawiæ.
- Powiniene¶ byæ wdziêczny mojemu bratu i Petunii, ¿e ciê zatrzymali – stwierdzi³a po ³yku herbaty. - Je¶li nie d±sasz siê tak, jak to masz w zwyczaju, to móg³by¶ okazaæ uprzejmo¶æ i zrobiæ co¶ sam z siebie. Pamiêtaj, gdyby podrzucili ciê na progu mojego domu – doda³a, siorbi±c herbatê. - trafi³by¶ prosto do sierociñca.
Harry zdo³a³ odetchn±æ na chwilê po ¶niadaniu i nie musia³ znosiæ towarzystwa ciotki a¿ do kolacji, poniewa¿ wszyscy udali siê do miasta podczas jej ostatniego dnia pobytu. Nie pomaga³ nawet ciotce Petunii w kuchni, podczas przygotowywania wykwintnej kolacji.
- Nie chcê, aby¶ popsu³ ten wieczór – powiedzia³a ciotka, kiedy zapyta³, czy nie potrzebuje ¿adnej pomocy. - Trzymaj siê z daleka, a¿ nie skoñczê wszystkiego.
Tak wiêc, kiedy wuj Vernon przygotowywa³ kilka butelek wina, Harry stara³ siê trzymaæ na uboczu, dopóki nie zosta³ wezwany na kolacjê.
Petunia naprawdê siê postara³a, ch³opiec musia³ to niechêtnie przyznaæ. Na stole pojawi³y siê: zupa, ³oso¶ oraz cytrynowe ciasto bezowe. Harry mia³ nadziejê, ¿e noc minie bez ¿adnych incydentów; w my¶lach widzia³ ju¿ podpisany formularz ze zgod± na wizyty w Hogsmeade i nie móg³ siê doczekaæ wizyty w wiosce z Ronem i Hermion±. Uprz±tn±³ stó³ po kolacji, maj±c nadziejê, ¿e zrobi to dobre wra¿enie na wuju, unikaj±c przy okazji wszystkiego, co mog³oby wywo³aæ gniew u ciotki Marge. Gdy wieczór zbli¿a³ siê ku koñcowi, Vernon wyj±³ butelkê brandy.
- Kieliszek na noc? - zapyta³.
Harry zastanawia³ siê, czy to m±dre, jego ciotka by³a ju¿ ca³a czerwona po kilku kieliszkach wina.
- Tak, dziêkujê – powiedzia³a, skrzywi³a siê na chwilê, co zapewne mia³o byæ u¶miechem.
- Dalej – zachêca³a, nak³aniaj±c Vernona, by nala³ wiêcej. - Mam mocn± g³owê.
- To oczywiste – odpowiedzia³ wuj Vernon, nalewaj±c trunku do szklanki i zasiadaj±c ponownie na swoim miejscu. Marge z czu³o¶ci± spojrza³a na siostrzeñca, który wbi³ widelec w czwarty kawa³ek ciasta.
- Spokojnie, synu – zachichota³ wuj.
- Bzdura, Vernon – sprzeciwi³a siê Marge, poci±gaj±c kolejny ³yk brandy. - Bêdziesz mê¿czyzn± o odpowiedniej posturze, czy¿ nie tak? - Dudley tylko skin±³ g³ow±, gdy¿ jego usta wype³nione by³y jedzeniem. Przytrzyma³a kieliszek, by wuj Vernon nala³ jej kolejnego drinka. - Tak, bêdziesz wspania³ym mê¿czyzn±, jak twój ojciec. W przeciwieñstwie do niego – doda³a, wskazuj±c na Harry'ego. Ch³opiec wstrzyma³ oddech. „Nie teraz”. - pomy¶la³.
By³ tak blisko.
- Ten wygl±da okropnie, jaki¶ taki mizerny, chudy, niemal kar³owaty – powiedzia³a, kiwaj±c g³ow±, jakby siê ze sob± zgadza³a. - Widzisz, to tak jak z psami, niektóre takie siê po prostu rodz±, niedojrza³e, szczup³e i bezu¿yteczne. Mia³am takiego, pu³kownika Fubstera, utopiony w zesz³ym roku. Nie by³ wart nawet z³amanego funta. Nie obwiniajcie siê jednak za to, ¿e tak wyrós³. - Harry próbowa³ zaj±æ siê zlewem, desperacko szukaj±c czego¶, co mog³oby go rozproszyæ.
Ciotka Marge siêgnê³a rêk± ku Petunii, wypuk³a d³oñ spoczê³a na ko¶cistej. - Nie winiê twojej rodziny, Petunio, ale to wina krwi. Twoja siostra by³a czarn± owc±, zgni³ym jab³kiem znajduj±cym siê daleko od drzewa, rozumiesz, zdarza siê to w najlepszych rodzinach. Potem znalaz³a tego samca, prawdopodobnie takiego samego jak ona. Ch³opak jest
po prostu tego wynikiem. - Harry zerkn±³ na wuja za plecami ciotki Marge, maj±c nadziejê, ¿e dostanie pozwolenie na opuszczenie pokoju, ale jedyne co otrzyma³, to gniewne spojrzenie zawieraj±ce du¿± ilo¶æ ostrze¿eñ. „Zostaniesz, bo jak nie to zobaczysz”.
- Gdzie wys³a³e¶ ch³opca? – spyta³a ciotka, w dalszym ci±gu delektuj±c siê brandy.
- Do ¦wiêtego Brutusa – odpowiedzia³ Vernon z przyjemno¶ci±. - Specjalizuj± siê w beznadziejnych przypadkach.
- Rozumiem – powiedzia³a, przyci±gaj±c wzrok Harry'ego. - Czy oni u¿ywaj± tam rózgi w twojej szkole, ch³opcze?
- Tak - odpar³ Harry, wiedz±c, ¿e to tylko j± ucieszy. - Tak, u¿ywaj± rózgi.
- Cudownie – stwierdzi³a. - Dobre bicie jest potrzebne w dziewiêædziesiêciu dziewiêciu procentach przypadków.
- Tak – zgodzi³ siê Harry, widz±c, jak wuj Vernon skin±³ mu g³ow±. - Tak, by³em bity. - Marge zmru¿y³a oczy.
- Wydaje siê, ¿e nie do¶æ czêsto – powiedzia³a sceptycznie. Odwróci³a siê do Petunii.
- Na twoim miejscu napisa³abym do nich, ¿e pozwalasz w przypadku tego ch³opca
na wszystko, co konieczne, nie bêd± siê wtedy obawiaæ, ¿e mo¿ecie siê z tym nie zgadzaæ.
- Tak, masz racjê – zgodzi³a siê Petunia, kiwaj±c g³ow±.
- Jednak ten Potter, ojciec ch³opca – kontynuowa³a po wypiciu trzeciego kieliszka.
- Nie przypominam sobie, ¿eby¶ kiedykolwiek opowiada³, czym siê zajmowa³?
- Och – westchn±³ wuj Vernon, jego oczy rozszerzy³y siê ze zmartwienia. - On, eee..., nie pracowa³, jak s±dzê, by³ bezrobotny. - Harry przymkn±³ oczy, u¿ywaj±c wszystkich swoich si³ do wymycia kolejnego talerza.
- W takim razie sama widzisz, Petunio – stwierdzi³a na g³os, po czym beknê³a. - Twoja siostra uciek³a z tym pokurczem, a teraz obarczy³a ciê tym ciê¿arem – doda³a, a jej oczy spoczê³y na tyle g³owy Harry'ego. - Wiesz, z tego bior± siê k³opoty, kiedy rodzice nie przejmuj± siê tym, jak ich decyzje wp³ywaj± na ¿ycie innych.
Harry nie móg³ d³u¿ej ju¿ tego znie¶æ.
- Mój ojciec nie by³ pokurczem – powiedzia³ cicho i spokojnie.
- Wiêcej brandy – zaproponowa³ wuj Vernon, jego ¼renice gwa³townie siê schowa³y, a twarz zarumieni³a. Rzuci³ Harry'emu piorunuj±ce spojrzenie i wyda³ polecenie. - Ch³opcze, id¼ ju¿ do ³ó¿ka!
- Nie, nie, Vernon – sprzeciwi³a siê ciotka Marge, odstawiaj±c pust± szklankê i odsuwaj±c krzes³o. Wsta³a i obdarzy³a Harry'ego znanym mu spojrzeniem. Jej twarz rozci±gnê³a siê gro¼nie, gdy na jej wargach pojawi³ siê w±ski u¶miech, a oczy b³yszcza³y z³owrogo. - Ch³opak musi byæ z czego¶ dumny, równie dobrze ze swojego przegranego ojca.
- Mój ojciec by³ dobrym cz³owiekiem – powiedzia³ Harry, a jego g³os stawa³ siê coraz mocniejszy, d³onie zaciska³ w piê¶ci.
- Twój ojciec by³ chuliganem, który wiód³ nêdzne, bezu¿yteczne ¿ycie, który wraz z twoj± zepsut± matk± zgin±³ w wypadku samochodowym i obci±¿y³ twoim wychowaniem mojego dobrodusznego brata i siostrê swojej ¿ony!
- Nie zginêli w wypadku samochodowym! - krzykn±³ Harry, a jego olbrzymi gniew spotka³ siê z pijack± w¶ciek³o¶ci± ciotki Marge.
- Zginêli w wypadku samochodowym, ty leniwe, bezczelne, niewdziêczne dziecko tego drania! - krzycza³a, a jej twarz przybra³a charakterystyczny fioletowy odcieñ rodziny Dursleyów. Zerwa³a siê z krzes³a, co by³o zdumiewaj±cym osi±gniêciem, bior±c pod uwagê jej stan i z³apa³a chochlê do nalewania zupy. Zanim Harry zd±¿y³ zareagowaæ, Marge uderzy³a go bardzo silnie w g³owê, posy³aj±c go na pod³ogê. Ch³opiec poczu³ nadchodz±ce zawroty g³owy. Jego g³owa strasznie pulsowa³a, gdy krew sp³ynê³a do skroni.
- Nic siê nie zmieni³e¶! - krzycza³a ciotka, podchodz±c do niego i uderzaj±c chochl± w swoj± otwart± d³oñ. - Vernon i Petunia ubieraj± ciê, daj± jedzenie i dach nad g³ow±, a ty nie okazujesz nawet odrobiny wdziêczno¶ci. Zamiast tego jeste¶ dumny z rodziców, którzy zostawili ciê na progu tego domu, rodziców, którzy nie zostawili dla ciebie nic, obarczaj±c ca³± odpowiedzialno¶ci± mojego brata i jego rodzinê. - Zrobi³a krok w jego stronê.
- Jeste¶ nikim innym jak porzuconym szczeniêciem, które powinno pój¶æ prosto pod most, tak jak ka¿dy bezdomny. - stwierdzi³a, pochylaj±c siê nad nim. - Jednak mój brat ma zbyt wielkie serce. Musimy ciê zatem podporz±dkowaæ inaczej. - Unios³a wysoko rêkê, chochla l¶ni³a, odbijaj±c kuchenne ¶wiat³o. Harry podniós³ rêce i przygotowa³ siê na to, co mia³o nast±piæ, jednak nic siê nie sta³o.
- Marge! - rykn±³ wuj Vernon. Harry opu¶ci³ ramiona, by spojrzeæ.
Twarz ciotki spuch³a jak wielki balon, podobnie jak reszta cia³a. Guziki jej ¿akietu strzela³y we wszystkich kierunkach, odbijaj±c siê od porcelany i ¶cian kuchni. Jej palce przypomina³y kie³basy ze ¶niadania. Potem, ku zaskoczeniu Harry'ego, zaczê³a unosiæ siê w powietrze. Majcher szczeka³ i próbowa³ z³apaæ swoj± pani±, podczas gdy wuj Vernon i ciotka Petunia chwycili siê jej nogi. Dudley spad³ z krzes³a, brudz±c swoje ubranie resztkami ciasta.
Harry zerwa³ siê na nogi i pobieg³ po schodach do swojej sypialni. Otworzy³ lu¼n± deskê pod³ogow± pod ³ó¿kiem, chwyci³ poszewkê pe³n± przemyconych ksi±¿ek i szybko zabra³ swoje prezenty urodzinowe. Wzi±³ klatkê Hedwigi, zbieg³ ze schodów i podszed³ do komórki pod schodami. Gdy tylko tam dotar³, zamkniête drzwi otworzy³y siê gwa³townie. Szybko zabra³ swój kufer i wydoby³ z niego ró¿d¿kê. Harry zignorowa³ zamieszanie w kuchni. Pospiesznie min±³ ich wszystkich, otworzy³ drzwi i wyszed³ na zewn±trz, gdzie panowa³a ciemno¶æ.
***
Kilka ulic dalej, gdy gniew znikn±³, do Harry'ego dotar³o, ¿e jest bardzo pó¼na noc. Mia³ powa¿ne k³opoty, by³ sam, bez domu, nie mia³ dok±d pój¶æ i nie mia³ ¿adnych ¶rodków,
aby gdziekolwiek siê zatrzymaæ. Bardziej niepokoj±ce by³o jednak to, ¿e u¿y³ magii w obecno¶ci mugoli. Z³ama³ najbardziej rygorystycznie przestrzegane prawo w ¶wiecie czarodziejów, dekret o ograniczeniu u¿ycia czarów przez nieletnich czarodziejów.
Harry nie mia³ mugolskich pieniêdzy, Dursleyowie woleliby wyrzuciæ wszystkie swoje oszczêdno¶ci do oceanu, ni¿ daæ mu choæby z³amanego centa. Tak wiêc mugolski ¶rodek transportu nie wchodzi³ w grê, nawet je¶li uda³oby mu siê znale¼æ taksówkê. Na spodzie kufra mia³ kilka galeonów, ale w tym ¶wiecie by³y one bezwarto¶ciowe. Z tego, co Harry wiedzia³, nie by³o ¿adnego innego magicznego ¶rodka transportu ni¿ miot³y, proszek Fiuu czy teleportacja. Chocia¿ mia³ pelerynê niewidkê, nie zdo³a³aby os³oniæ zarówno jego, jak
i miot³y, wiêc pogorszy³by tylko swoj± sytuacjê.
Nie móg³ te¿ zwróciæ siê o pomoc, odes³a³ Hedwigê kilka dni temu, kiedy dowiedzia³ siê, ¿e ciotka Marge ma przyjechaæ. Hermiona by³a we Francji, wiêc nawet gdyby zna³ jej numer telefonu, w tej chwili na nic by siê to zda³o. Spojrza³ na oba koñce Magnolia Crescent, by³ naprawdê sam. Na ulicy panowa³a ca³kowita cisza, nie pada³o ¿adne ¶wiat³o z choæby jednego domu.
Potem, niedaleko, us³ysza³ co¶ w pobli¿u kosza na ¶mieci. Harry instynktownie uniós³ wysoko ró¿d¿kê i celowo zapali³ ¶wiat³o.
- Lumos – powiedzia³. Jasne ¶wiat³o pojawi³o siê na koñcu ró¿d¿ki, o¶wietlaj±c najbli¿sz± okolicê. By³ do¶æ zaskoczony, poniewa¿ czyta³ o tym zaklêciu w jednej z ksi±g, które uda³o mu siê przemyciæ do swojej sypialni u Dursleyów. Czar roz¶wietli³ ca³y dom pod numerem 390, jaskrawe ¶wiat³o o¶wietli³o ca³y kamienny budynek. Nic siê nie poruszy³o. Harry opu¶ci³ ró¿d¿kê, gotów zgasiæ ¶wiat³o, lecz wtedy co¶ zobaczy³, jaki¶ cieñ z boku domu. Drugi raz uniós³ ró¿d¿kê w stronê krzaków miêdzy gara¿em a domem. To by³a chwila, ale zauwa¿y³ du¿y cieñ dochodz±cy z krzaków w¶ród ciemno¶ci. Cokolwiek to by³o, by³o za du¿e
na zb³±kanego kota. Harry szybko z³apa³ klatkê Hedwigi i kufer. W³osy na karku podpowiedzia³y mu, ¿e czas siê ruszyæ. Zgasi³ ¶wiat³o i szybkim krokiem ruszy³ ulic±, jedynym d¼wiêkiem by³ odg³os kó³ek kufra poruszaj±cych siê po asfalcie. Nagle co¶ wyczu³, d³ugi dreszcz przebieg³ mu po plecach. By³ obserwowany i ¶ledzony.
Czy ministerstwo ju¿ go dogoni³o? Czy czekaj± na odpowiedni moment? Harry zatrzyma³ siê i powoli pu¶ci³ kufer. Trzymaj±c mocno ró¿d¿kê, odwróci³ siê i rzuci³ jedyne zaklêcie obronne, jakie zna³.
- Expelliarmus! - krzykn±³. Nie by³o jednak innej ró¿d¿ki, która mog³aby wyfrun±æ w powietrze, nie by³o nikogo innego wokó³.
- Nic tam nie ma. - Próbowa³ przekonaæ samego siebie. Jego serce nadal bi³o jednak w przyspieszonym tempie, a w³osy ci±gle je¿y³y siê na karku. Nagle znów to zobaczy³, dostrzeg³ cieñ, który by³ teraz bardzo dobrze widoczny, odwróci³ siê, by za nim pod±¿yæ. Wskaza³ ró¿d¿k± w tamto miejsce i ulica ponownie rozjarzy³a siê ¶wiat³em. Znowu nikogo tam nie by³o.
- Masz dobry refleks – powiedzia³ ochryp³y g³os. Harry odwróci³ siê, aby zobaczyæ, kto do niego mówi. Nieznajomy sta³ na ¶rodku ulicy, miêdzy parkiem a chodnikiem, na którym sta³ Harry, jego trupia twarz wpatrywa³a siê w niego po¿±dliwie. Jego ubrania by³y poszarpane i postrzêpione, a czarno-bia³e paski na jego wiêziennym stroju zd±¿y³y wyblakn±æ. Jego zmatowia³e i brudne czarne w³osy siêga³y mu do ramion. Jednak to oczy sprawia³y, ¿e Harry czu³ siê tak niepewnie, oczy, które odzwierciedla³y najwiêksz± ciemno¶æ, jak± ch³opiec móg³by sobie wyobraziæ.
- To ciebie pokazywali dzi¶ rano w telewizji – powiedzia³ Harry, staraj±c siê zachowaæ spokój, dr¿±ca rêka jednak go zdradzi³a. - Jeste¶ Syriuszem Blackiem.
- Bardzo dobrze, Harry. - Black zrobi³ krok do przodu, u¶miechaj±c siê.
- Sk±d znasz moje imiê? - zapyta³, a jego ró¿d¿ka by³a wycelowana teraz w mê¿czyznê.
- Nikt ci nie powiedzia³? - zapyta³. Harry by³ pewien, ¿e to sobie wyobrazi³, ale nieznajomy wygl±da³ tak, jakby poczu³ siê zraniony. Ch³opiec nie mia³ jednak czasu, by siê nad tym zastanawiaæ, Black doby³ swojej ró¿d¿ki i wyci±gn±³ j± w kierunku Harry'ego.
- Jeste¶ czarodziejem – powiedzia³ Harry. To nie by³o pytanie.
- Ju¿ nie – odpowiedzia³ smutno Black. - Ale musia³em ciê zobaczyæ, prawda?
- Nie rozumiem – odpar³ Harry. Jego serce ³omota³o w piersi. W ka¿dej chwili jego ¿ycie mo¿e siê zakoñczyæ.
- Uwa¿aj na siebie Harry – powiedzia³ po prostu i zanim ch³opiec móg³, chocia¿by pomy¶leæ lub zareagowaæ, zobaczy³ jak ró¿d¿ka Blacka, unosi siê w powietrzu. Nie us³ysza³ zaklêcia, poniewa¿ mê¿czyzna go nie wypowiedzia³, poczu³ jednak, jak niewidzialna si³a odpycha go do ty³u, wyl±dowa³ w koñcu na twardym asfalcie. ¦wiat³o na koñcu ró¿d¿ki zgas³o i rozleg³ siê kolejny huk.
Harry nie móg³ uwierzyæ w³asnym oczom. Na ¶rodku ulicy, jak gdyby nigdy nic, sta³ trzypiêtrowy autobus o jaskrawym fioletowym kolorze. Z boku widnia³ z³oty napis: „B³êdny Rycerz, nadzwyczajny ¶rodek transportu dla zagubionych czarownic i czarodziejów”.
- Witamy w B³êdnym Rycerzu, twoim nadzwyczajnym ¶rodku transportu dla zagubionych czarownic i czarodziejów – wyrecytowa³ mê¿czyzna, wyskakuj±c z autobusu. Nie by³ du¿o starszy od Harry'ego, by³ ubrany w fioletowy mundur pasuj±cy do autobusu. - Nazywam siê Stan Shunpike i bêdê twoim przewodnikiem dzisiejszego wieczora. - Stan dopiero teraz zauwa¿y³ le¿±cego na ziemi Harry'ego.
- Co ty tam robisz? - zapyta³, przybieraj±c zwyk³y ton g³osu.
- Upad³em – powiedzia³ Harry.
- Dlaczego siê przewróci³e¶?
- Ja... - Harry nie by³ pewien, od czego zacz±æ. Spojrza³ za autobus, gdzie przed chwil± sta³ Syriusz, musia³ jednak przyznaæ, ¿e wiê¼nia ju¿ tam nie ma.
- Có¿, wejd¼, wejd¼ – stwierdzi³ poirytowany Stan. - Nie mo¿emy czekaæ, a¿ trawa zd±¿y wyrosn±æ, co nie? - Pomóg³ Harry'emu za³adowaæ kufer i wszed³ do ¶rodka. - Dok±d zmierzasz, synu?
- Dziurawy Kocio³ – odpowiedzia³ ch³opiec, by³o to pierwsze miejsce, które mu przysz³o do g³owy.
- Dobrze, có¿, usi±d¼ – rzek³ do Harry'ego. - Jedziemy, Ernie.