 |
Uwaga! Spoilery!
Choć jest to historia alternatywna do siódmej części, niektóre z wydarzeń, faktów etc. są identyczne jak w DH i może to popsuć Wam przyjemność czytania siódmego tomu.
Uwaga! Spoilery!
Uwaga! Spoilery!
Uwaga! Spoilery!
Uwaga! Spoilery!
Uwaga! Spoilery!
Harry patrzył jak wielki, ciemny gmach Azkabanu znika za horyzontem. Pod sobą miał błękitne morze, którego fale mieniły się w blasku zachodzącego słońca. Trzymał się kurczowo ogona Fawkesa, bo nie chciał spaść do wody.
W jego głowie kłębiło się tysiące myśli. Dumbledore już nigdy mu nie pomoże... Został sam. Musi pokonać Lorda Voldemorta bez niczyjej pomocy. Nie może narażać życia innych. Już tylu ludzi za niego zginęło...
Feniks dzielnie znosił podróż. Harry dziękował w duszy, że ptak zjawił się w odpowiednim momencie, choć był gotów na wszystko, nawet umrzeć za Dumbledore'a.
Lecieli tak dosyć długo. Harry nieraz musiał poprawiać uścisk, ponieważ ręka mu zdrętwiała. Gdy słońce w końcu opuściło niebo i zapanował zmrok, Harry ujrzał przed sobą zarys lądu. Była to niewielka wysepka, pokryta licznymi kępami trawy.
Szmaragdowo-niebieskie fale rozbijały się o klifowy brzeg lądu. Ptak wylądował miękko na ziemi. Harry powstał i zaczął otrzepywać się z piachu. Gdy się odwrócił w stronę Fawkesa, doznał natychmiastowego szoku: Zamiast Feniksa, przed Harrym stał wysoki, szczupły czarodziej w dość podeszłym wieku.
Popatrzyli sobie w oczy. Skądś zna te błękitne źrenice, ten badawczy wzrok...
- Profesorze Dumbledore, to pan...? - zapytał Harry, czując, że to głupie.
- Nie, skądże - odpowiedział oschle czarodziej. - Nie jestem Albusem, nazywam się Aberforth. Aberforth Dumbledore.
- Pan jest jego bratem? Ale jak to... - bełkotał Harry, który wpatrywał się w czarodzieja, tak bardzo przypominał mu dyrektora...
- Tak - rzekł, Aberforth, a łza zakręciła mu się w oku. - Dziękuję ci, że byłeś mu wierny do końca. To świadczy o twojej lojalności. B-Boże, to takie s-straszne....
Brat Albusa Dumbledore'a rozpłakał się jak dziecko. Harry podszedł do niego i rzekł:
- Mnie też jest w to trudno uwierzyć, ale... nie możemy się poddać. On na pewno chciałby, żebyśmy kontynuowali... żebyśmy nie zrezygnowali. Musimy się wziąć w garść.
- Masz rację... mazgaj ze mnie! - opanował się Aberforth. Harry myślał nie wiedząc, jakie pytanie zadać. W końcu się zdecydował i zagadnął:
- Proszę pana, ale jak to się stało, że obaj zostaliście animagami? Dlaczego feniksy?
- Ach, no tak nie wyjaśniłem ci. Wybacz, skutki sklerozy. - zaperzył się Aberforth i zaczął krążyć po wysepce. - Otóż kiedy byliśmy młodzi, Albus zapragnął, (z sobie tylko znanych powodów) abyśmy stali się animagami. Mnie z początku się to nie spodobało, ale Albus zdołał mnie do tego namówić. Bardzo lubił Feniksy, znał ich magiczne właściwości. Nie było łatwo. Wymagało to dużego poświęcenia. Albusowi, jako że był inteligentny, nie potrzeba było wiele czasu, ale mi zajęło to dużo, dużo więcej. Gdy już pojąłem tę sztukę, mogliśmy z Albusem zamieniać się w ptaki, kiedy tylko chcieliśmy. Jak wiesz, po śmierci naszych rodziców i naszej siostry Arianny, Albus został dyrektorem Hogwartu. Zapragnął mnie wziąć do siebie, być blisko mnie. Jak widzisz, znamy się już od dawna - To ja ci pomogłem w Komnacie Tajemnic. Pamiętasz?
- Tak... Uleczył mi pan ranę... - odparł Harry. - Dziękuję...
- Ech, nie ma za co. Mój brat kazał mi cię chronić. - powiedział starzec. - Z resztą, aż do dziś...
- Jak to?
- Gdy Voldemort zajął szkołę, a Śmierciożercy zaatakowali Albusa, pomogłem mu się wydostać - uratowałem go. - kontynuował Aberforth. - Udaliśmy się wtedy do Nory, domu Weasleyów. I tam powiedzieli nam, że jesteś w Azkabanie. No cóż, Albus nie próżnował. Zamieniliśmy się w Feniksy i polecieliśmy do więzienia. Dalej wiesz, co się stało: rozgorzała walka w piwnicy i Albus zdążył mnie o tym zawiadomić.
- Już dwa razy uratował mi pan życie... jak się panu odwdzięczę? - rzekł Harry. - Naprawdę, dziękuję...
- To nie moja zasługa. To Albus. Zapamiętaj go jak najlepiej chłopcze!
- Tak. Wiele dla mnie zrobił, a ja... byłem na niego wściekły, że nie przybył na moją rozprawę, że mnie nie bronił. A przecież on robił to cały czas. Tylu pytań nie zdążyłem mu zadać...
- Tak to jest... Dobrze, musimy dokończyć to, co nam zlecił Albus i jak najszybciej dotrzeć do Hogwartu. Miałem tylko dziesięć minut na opowiedzenie ci wszystkiego. - powiedział drugi z Dumbledore'ów.
- Jasne. Ale jak się tam dostaniemy? To za daleko, żeby lecieć... - rzekł Harry.
- Tak, dlatego spróbujemy deportować się przed wejściową bramą. - odpowiedział Aberforth, grzebiąc w kieszeni. Gdy wyjął zawiniątko, Harry ujrzał Pelerynę Niewidkę, lecz nie swoją.
- Wziąłem jedną z Ministerstwa Magii... tak na wszelki wypadek. Nie jest tak dobra jak twoja, ale wystarczy nam na jakiś czas. - mówił rozwijając ją. - Ubierz. Aha i lepiej będzie jak zastosujemy teleportację łączną.
- Och... Niech będzie, ale bardzo tego nie lubię... - skrzywił się Harry.
Złapał się lewego ramienia Aberfortha, poczym obrócili się w miejscu. Rozległ się trzask, a dwie szczupłe postacie szybko znikły.
Hogwart...
Aberforth i Harry aportowali się na błonia przed bramą z uskrzydlonymi dzikami. Nie było dla nich zaskoczeniem, że nad zamkiem unosił się Mroczny Znak. Harry zastanawiał się z nieukrywanym niepokojem, kto tym razem oddał za niego życie... Musi zwyciężyć, inaczej na świecie zapanuje zło i chaos... Nie może do tego dopuścić...
Dumbledore począł mamrotać jakieś niezrozumiałe zaklęcia i wykonywać różdżką skomplikowane ruchy.
- Musiałem zdjąć zaklęcia chroniące szkołę. Oprócz niego, znałem je tylko ja - byłem Strażnikiem Tajemnicy.
Zrobił jeszcze jeden gest i... klik! - żelazna brama otworzyła się przed nimi. Harry zdjął Pelerynę Niewidkę, włożył ją do kieszeni i obaj udali się do szkoły. Harry miał przeczucie, że coś jest nie tak... Za spokojnie jak na Hogwart.... Aberforth z powrotem zabezpieczył szkołę i w następnej minucie weszli do Wielkiej Sali.
Była ona pusta i... zdemolowana! Widać było ślady walki. Ściana po lewej stronie, gdzie powinien znajdować się stół Slytherinu, była zburzona. Z klepsydr posypały się na posadzkę lśniące rubiny. Stoły domów były powywracane i zniszczone. Ucierpiała flaga Hogwartu, a w godle Gryffindoru widniała wielka dziura. Stół nauczycielski gdzieś zniknął, zaś sklepienie sali było pochmurne, szare i smętne.
- Co tu się stało? - Harry obszedł całą Wielką Salę, przyglądając się jej szczątkom. - Wszystko zniszczone!
- Straszne... - Aberforth począł intensywnie myśleć, przygryzając dolną wargę.
Nie obejrzeli wszystkich strat, gdy Harry krzyknął:
- Wiem!.. Do gabinetu... szybko!
Aberforth zdziwił się zachowaniem Harry'ego, ale postanowił biec za nim. Gdy dotarli do schodów, oczom im ukazała się kamienna chimera.
- O nie! Zapomniałem, że trzeba podać hasło, a ja go nie znam!.. - powiedział rozczarowany Harry, chodząc w miejscu.
- Ale ja znam! - ucieszył się Aberforth. - O ile ktoś tego nie zmienił... Pieprzne diabełki!
Rzeźba odsunęła się i obaj stanęli na schodach, które zaczęły podnosić się do góry.
Drzwi gabinetu Albusa Dumbledore'a były otwarte na oścież, a lewe skrzydło zwisało mętnie nad ziemią. Aberforth przyśpieszył kroku i wszedł do pomieszczenia pierwszy. Na jego twarzy malował się szok: srebrne instrumenty, z których niegdyś wydobywała się mgiełka, były zniszczone i pogruchotane. Biurko dyrektora leżało pod ścianą, a portrety pospadały na posadzkę i narzekały.
- Gdzie on jest? Gdzie...? - Harry gorączkowo przebierał wśród portretów, które wrzeszczały tylko: "Auaaa" lub "Co robisz, chłopcze?".
- Czego szukasz, Harry? - Aberforth zatrzymał roztrzęsiona rękę Harry'ego.
- Pewnego portretu... Musi tu gdzieś być!
Gdzieś w oddali jakiś obraz osunął się na ziemię, ale Harry nie zwrócił na to większej uwagi. Aberforth zainteresował się jednak tym ruchem i szukał gdzie to się znajdowało. Za przewróconym biurkiem znalazł portret Armanda Dippeta - byłego dyrektora Hogwartu, poprzednika Albus Dumbledore'a.
- Hej, Harry...! Podejdź tu! - zawołał Aberforth.
- Co? - zirytował się Harry.
- Spójrz.
Harry podszedł z grymasem na twarzy do Aberfortha i zdziwił się na widok obrazu. Staruszkowi na obrazie głowa zwisała do dołu, był nieprzytomny. Aberforth krzyknął:
- Aguamenti! - niewielki strumień wody oblał twarz Dippeta, który dynamicznie odzyskał świadomość.
- Sta... starczy j-już! - krzyknął staruszek, odpędzając się.
- Co tu się stało? Co ze szkołą? - zapytał Harry, nie zważając na to, że potrząsa portretem, powodując, że Dippet zrobił się zielony na twarzy.
- Ach to ty! No więc V-Voldemort opanował Hogwart! - powiedział zdenerwowany. - Była w-walka... tylu uczniów zginęło, tylu uczniów...! Zabawiali się uczniami z mugolskich rodzin, tak mi mówiła Szara Dama...
- To straszne...! Co możemy zrobić? Gdzie są ci, którzy przeżyli? - dopytywał się Harry, obawiając się najgorszego. Ostatnie słowo zrobiło szramę na jego sercu - 'Hermiona...' przypomniał sobie, że i ona pochodzi z rodziny mugolskiej. - 'Nieee...!' - zawołał w duszy.
- Są w... są w Komnacie Tajemnic! - wycedził z trudem Armand. - Torturują wszystkich tych, którzy im się sprzeciwiają...
- Powiedz prawdę...! Kto zginął?! - krzyknął Harry, a jego głos odbił się po gabinecie. - Chcę wiedzieć!
Potrząsając mocno obrazem, kontynuował:
- Chce wiedzieć, kogo muszę pomścić!
- J-ja... Nie wiem dokładnie, ale... Odeszli już od nas prof. Flitwick i... i... prof. Slughorn... Z uczniów, to chyba z pół Hufflepuffu... i paru z Gryffindoru.
Harry poczuł jak do jego serca wlało się porażające zimno. Tylko nie to...
- Gdzie portret mojego brata? - zagadnął Aberforth. - Gdzie on jest?
- Jaki portret? O czym ty mówisz...? - Dippet sprawiał wrażenie, że o niczym nie wie.
- Albus Dumbledore... Nie... Nie żyje! - zmieszał się Harry, spuszczając wzrok na dół.
- Och... To przerażające... Dlaczego? Dlaczego to właśnie nas to spotyka? Taki dobry człowiek... Tylko jego bał się Lord Voldemort, a teraz... a teraz już go nie ma! - Dippet zmarszczył czoło i chwycił się za głowę.
'To dlatego... To dlatego Voldemort chciał zabić najpierw dyrektora, a nie mnie!' zastanawiał się Harry. - 'Chciał, żeby nikt mi nie mógł pomóc... wyeliminował moich przyjaciół, pomocników... Nie mam już nikogo!'
- Idziemy! - zdecydował Aberforth. - Musimy uratować tych, którzy uszli z życiem.
- Tak... Dziękujemy panie Dippet za informacje... - przytaknął Harry.
Ruszyli schodami w dół, zmierzając ku łazience dla dziewcząt na drugim piętrze. Gdy dotarli do korytarza, na którym znajdowała się Komnata Tajemnic, usłyszeli przyciszone szepty. Wejście do Komnaty Tajemnic było otwarte - drzwi do łazienki lekko uchylone, więc obaj mogli usłyszeć każde słowo:
- I co teraz? Potter w Azkabanie, połowa uczniów nie żyje, nauczyciele torturowani... - mówił z niepokojem w głosie, dobrze znany Harry'emu głos. To był Prawie Bezgłowy Nick. Z tego co zobaczył przez szparę Harry, zdaje się, że były tam też: Jęcząca Marta, Krwawy Baron, Gruby Mnich i o dziwo Irytek. Raptem, głos zabrał Gruby Mnich:
- A co z robimy z diademem? To nasza jedyna szansa... tak mówił Dumbledore przed opuszczeniem Hogwartu. Myślicie, że to się da tak łatwo zniszczyć?
- Na pewno nie, przecież to należało do Roweny Ravenclaw, jednej z założycielek szkoły! Diadem posiada ogromną magiczną moc! - odparła mądrze Jęcząca Marta, która miała poważną minę. Hogwart, od czasu śmierci był jej prawdziwym domem.
Harry postanowił się ujawnić i wszedł do łazienki. Wszystkie duchy zgromadzone były przy jednym kole, przy wejściu do Komnaty Tajemnic, która była otwarta. Po pomieszczeniu rozległy się zduszone okrzyki, a na twarzach zebranych malował się szok.
- Aberforth, Harry...? Ale przecież... Ty... Azkaban... - Prawie Bezgłowy Nick nie wiedział co powiedzieć - wyglądał jak spetryfikowany.
- Tak. Dyrektor pomógł mi uciec... Ale nie mówmy o tym... Chcę zapomnieć! - zaperzył się Harry robiąc krok na przód, na co duchy szybko zareagowały i cofnęły się do tyłu.
- O czym ty mówisz? Co masz na myśli...? - Jęcząca Marta przejechała go wzrokiem od stóp do głów. Nawet Irytek zainteresował się rozmową, choć w ogóle się nie odzywał.
- Mój brat... Nie żyje! Voldemort... go zabił... - Aberforth wyręczył Harry'ego, który zaniemówił. Było to dla niego zbyt bolesne, za wcześnie, by o tym rozmawiać.
Duchy wydały z siebie zduszone okrzyki.
- Dumbledore NIE żyje! - przekrzykiwały się.
- Cisza! - do rozmowy włączył się Krwawy Baron. - Co takiego! Dumbledore nie jest niezastąpiony... Tak naprawdę, to nic ważnego... Czarny Pan jest lepszy, będziemy mieć lepszego dyrektora szkoły!
Na policzkach Prawie Bezgłowego Nicka pojawiły się srebrne rumieńce.
- Ty z-zdrajco! J-jak śmiesz...! Dumbledore to najlepszy dyrektor jakiego kiedykolwiek miał Hogwart!
Na te słowa wszystkie duchy pokiwały potwierdzająco głowami. Niespodziewanie, Irytek zdobył się na odwagę, spoważniał i powiedział:
- Dosyć! Już się ciebie nie boję, Krwawy Kmieciu! Wynocha stąd!
Harry zdziwił się widząc Irytka w takim stanie, takiego normalnego... Krwawy Baron, bez przeszkód i z zadowoleniem opuścił łazienkę dla dziewcząt, pomrukując pod nosem obelgi pod adresem Irytka.
Po martwej ciszy jaka zapanowała, centrum uwagi skierowało się znów na Harry'ego i Aberfortha. Gruby Mnich, chcąc podtrzymać rozmowę rzekł:
- Skoro jest Potter... musimy to zrobić kochani, a raczej on.
- Ale co? Czy wy... czy wy wiecie gdzie znajduje się jeden z Horkruksów? - niedowierzał Harry, marszcząc brwi. Gruby Mnich przytaknął i zawołał gestem Szarą Damę. Po chwili zwrócił się do niej:
- Pokaż Potterowi Horkruksa i przynieście go tutaj. Coś trzeba z nim zrobić...
- Oczywiście! - rzekła zjawa i ruszyła do wyjścia, a Harry za nią. - Za mną.
Harry podążał za Szarą Damą wprost do Pokoju Wspólnego Krukonów. Gdy dotarli na miejsce, Harry zobaczył, że wejścia bronił posąg ogromnego borsuka z rozpostartymi szeroko łapami. Szara Dama po cichu tak wypowiedziała hasło, że Harry nie wyłapał żadnego słowa. Wielki ssak odsunął się z hałasem na bok i teraz mogli już swobodnie przejść przez drzwi. Pokój Wspólny Ravenclawu w niczym nie przypominał pokoju Gryffindoru. Był zbudowany w zupełnie innym stylu. Wszystko wykonane było bardzo solidnie i ozdobnie: krzesła, ławy, szezlongi i inne. Wiekowy żyrandol z diamentów, w kształcie kruka wisiał nad okrągłym stołem.
W rogu pomiesczenia zaś stał posąg samej Roweny Ravenclaw - jak żywy, misternie wyrzeźbiony. Szara Dama podeszła do rzeźby i wskazała na głowę Roweny, na której znajdował się bogato zdobiony diadem. Był on tak pięknie wykonany, że Harry oniemiał z zachwytu.
- Ten diadem należał niegdyś do mojej matki. Gdy już czuła, że nie długo umrze podarowała mi go po to, abym go strzegła. Zostawiłam go tutaj, na jej pomniku i nigdy nie zauważyłam, że stał się Horkruksem. Ten młody Riddle był taki uroczy, a byłam głupia... Pozwoliłam mu go wziąć do siebie, przekonywał, że chce go zbadać czy coś takiego... Och, jaka byłam naiwna!
- Nie obwiniaj się o to... - powiedział ze współczuciem Harry. - Nie ty jedna padłaś ofiarą jego kłamstwa. Dobrze, musimy więc go zniszczyć. Tylko jak? I czy jest więcej Horkruksów?
- Nie wiem tego. Spostrzegłam, że diadem jest inny od czasu gdy miał go ten Riddle i dlatego wiem, że jest Horkruksem. O innych nic mi nie wiadomo...
- Dziękuję, wracajmy.
Gdy wrócili do łazienki, duchy i brat dyrektora rozmawiali o sposobach niszczenia Horkruksów:
- ...taka, która ma silna moc, jak na przykład... o, Harry! - Aberforth odwrócił się do Harry'ego. - Właśnie rozmawialiśmy o Horkruksach.
- Tak, więc co zrobimy? Czy wiecie w jaki sposób go zniszczyć? - zapytał się Harry grupki duchów, których kontury ciał zlewały się, nie mogąc rozpoznać kto jest kim.
- Myślimy, że potrzebne jest do tego potężna siła, a nie żadne zaklęcie... Coś co zniszczy to od środka, a nie tylko z zewnątrz. - mówił Nick. - Jak na przykład...
- Kieł bazyliszka...! - dokończył za niego Harry. - Tak! Tym właśnie zniszczyłem Dziennik Riddle'a...
- Tak... ale będzie go trudno zdobyć... - dodał Gruby Mnich.
- Wiec nie traćmy czasu, Aberforcie. - rzekł Harry. - Schodzimy na dół.
Harry już klęczał przy zejściu do Komnaty Tajemnic, gdy Aberforth zagadnął Harry'ego:
- Lepiej będzie jak tam polecimy!
------------------------------------------------------------------------------------
Dziękuję za przeczytanie, skomentujcie proszę.
PS. Nastąpiła drobna zmiana planu :D
Postanowiłem to rozbić na dwie części, ponieważ było by to zbyt długie. W następnej części finał i zakończenie całej historii.
Jak przyrzekłem, szczególne podziękowania dla ''areczka38'' i ''Honti'' z potteromaniac.webplus.net.pl za pomoc związaną z tym opowiadaniem. Dzięki nim mogłem w porę wykryć rażące błędy - Wielkie dzięki!
|
 |