 |
Moja historia zaczęła się, kiedy byłam w siódmej klasie Hogwartu. We wrześniu dowiedziałam się, że obrony przed czarną magią będzie mnie uczył Kevin Breck. Dotychczas miałam już sześciu innych nauczycieli tego przedmiotu. Nie byli najgorsi, no może z wyjątkiem Dolores Umbridge. Pana Brecka w ogóle nie znałam. Wiedziałam, że to jakiś stary przyjaciel Dumbledore'a. Dziwiłam się, że ktoś taki, jak nasz dyrektor może mieć bardzo bliskich znajomych w tak młodym wieku. Kevin miał zaledwie dwadzieścia pięć lat... W ubiegłym roku miałam z nim dwie lekcje transmutacji, zastępował przez kilka dni profesor McGonagall, tuż po jej śmierci. Potem jej stanowisko na stałe objęła profesor Miriam Cut, która pełniła także obowiązki wice-dytrektorki. Wtedy po raz pierwszy mogłam się dowiedzieć czegoś o sposobie nauczania pana Brecka. "Nie jest takim złym nauczycielem" - stwierdziłam po lekcjach. Później zorientowałam się, że był to złudny wniosek.
Już od pierwszych lekcji stwierdziłam, że rok będzie zmarnowany, żę z nim niczego się nie nauczę. Czułam się, jak na tureckim kazaniu, kiedy prowadził zajęcia. Znienawidziłam go do szpiku kości - a tak zawsze lubiłam OPCM! Do tego słyszałam, że nie przepada on za opiekunką naszego domu, profesor Dianą Frank, którą zawsze darzyłam wielką sympatią, przez co moja niechęć sięgała punkt krytyczny. Rozmawialiśmy nawet z opiekunką Gryffindoru, czy nie da się zrobić, by uczył nas ktoś inny. Stwierdziła, że to bardzo trudna droga, że musiałaby intreweniować u Dumbledore'a. Powiedziała to z głębokim westchnieniem, więc uznałam, że uważa, iż sprawa jest z góry przegrana. "Trudno. Trzeba będzie przeboleć ten rok" - myślałam. A potem wszystko zaczęło się komplikować...
Pani Diana została porwana przez śmierciożerców, podczas krótkiego pobytu w Hogsmeade. Była to doba porwań, więc raczej nie było to duże zaskoczenie. Ale nie dla nas, jej wychowanków. Wszyscy byliśmy w szoku, taka wspaniała nauczycielka starożytnych runów... Dumbledore wystarał się o grupę aurorów z Ministrestwa Magii, która miała za zadanie ją odnaleźć. Sam prywatnie również w wolnym czasie szukał jakichś poszlak, spotykał się z wieloma ludźmi. "Przetrzmują ją, czy też już zabili?" - takie niechciane myśli kłębiły się w mojej głowie. Pewnego dnia dyrektor oznajmił, że opiekunką naszego domu będzie pani Cut, a starożytnych runów będzie nauczał zatrudnoy przez niego Brian Meet. Spotkał się z głęboką niechęcią, podobnie jak Miriam i Breck. Przestałam już myśleć, że może być gorzej. Bardziej źle już być nie mogło. Bez pani Diany, która zawsze należała do ścisłego grona moich przyjaciół. przeżywanie kolejnego roku w Hogwarcie wydawało się katorgą. Byłam wściekła na dyrektora, Brecka, Cut, na wszystkich. Nienawidziłam całego świata, przeklinałam dzień 25 września, kiedy to Cut przejęła obowiązki pani Frank. Na domiar wszystkiego wice-dyrektorka, jakby na złość mi i mojej klasie, próbowała wmówić, że to wszystko przez nieuwagę pani Frank. Kolejne okropne wiadomości porzekazywała profesor Grubbly-Plank, nauczycielka opieki nad magicznymi stworzeniami, dzieląca obowiązki z Hagridem, gajowym Hogwartu. Mówiła, że odnaleziono ciała kilku mogoli i pięciu czarodziejów. Tak się bałam, że wśród nich może być pani profesor! Moje życie waliło się, a nikt nie potrafił mi pomóc. Bardzo cierpiałam, nie mogłam normalnie funkcjonować. Do tego miałam wyrzuty sumienia, że o tak wielu sprawach nie rozmawiałam z panią Dianą, że tylu rzeczy jej nie powiedziałam. Miewałam myśli samobójcze, chciałam ze sobą skończyć, przerwać to cierpienie. Byłam wykończona każdym dniem, zawsze z utęsknieniem wyczekiwałam weekendów. Nienawidziłam tej szkoły, ludzi, których tam spotykałam, głównie nauczycieli. Mijały dni, na prawdę cieżkie dla mnie chwile... I kiedy już myślałam, że nic i nikt nie jest w stanie mi pomóc, że ten ból wkrótce mnie zabije, nastąpił przełom...
Po kilkunastu lekcjach z panem Kevinem stwierdziłam, że chyba źle go oceniłam. Coraz więcej rozumiałam na obronie przed czarną magią, a kiedy za pierwsze wypracowanie dostałam "W", byłam niezmiernie szczęśliwa. W klasie owutemowej taka ocena na początek? Mimo to zachowywałam dystans. Nie chciałam zaprzyjaźniać się tak szybko z mężczyzną, do którego na początku w ogóle nie czułam zaufania. Miewałam wahania nastroju. Jednego razu zdawało mi się, żę Breck jest w porządku, innym znów, że jeśli to opiekun Slytherinu, to musi być z nim coś nie tak.
Kiedy już prawie uwierzyłam w to, że pan Kevin jest OK, moje zaufanie do niego zostało wystawione na próbę. Uczniowie z piątej klasy donieśli, że Breck podzielał zdanie Cut w sprawie pani Diany. Byłam oburzona i wściekła. Pomyślałam, że byłam głupia, ufając mu. Zdawał się być takim miłym nauczycielem... Znów ogarnęło mnie poczucie beznadziejności, związane z brakiem bliskiej osoby, któej mogłabym opowiadać o moich problemach, sukcesach...
Po jakimś czasie zaczęłam się zastanawiać DLACZEGO pan Breck miał tak niskie mniemanie o pani Dianie. Wiedziałam, że jakiś uraz z porzeszłości nakazał pani Miriam zaprzestać ufania pani Frank. Wiedziałam także, że to Cut pomogła zaklimatyzować się Kevinowi w szkole, kiedy objął stanowisko nauczyciela OPCM, więc domyślałam się, że naopowiadała mu jakichś historyjek, oczerniające naszą byłą opiekunkę domu. Musiałam podjąć decyzję: albo zapomnieć o tym, czego się dowiedziałam o Brecku, albo znienawidzeć go na nowo. Postanowiłam, że zrobę to drugie. Nie znosiłam, kiedy ktoś źle się wyrażał o pani Dianie. Po pewnym czasie zorienrowałam się, żę nie jestem w stanie zdenerwować się na profesora do tego stopnia, co dawniej. Nie wiedziałam, dlaczego tak się dzieje, co się zmieniło. Dopiero później zdałam sobie sprawę, że nieopatrznie zaplątałam się w sieć, z której nie mogłam się wydostać. Polubiłam bardzo towarzystwo nowego nauczyciela, zaufałam mu. Prawdę mówiąc, od zawsze był dla mnie miły. Na pierwszej lekcji nawet nie kazał mi się przedstawiać, powiedział, że zdążył już mnie poznać w ubiegłym roku, podczas lekcj transmutacji. Prawie wszystkie osoby z moojej klasy udały, że są chore, chcąc uniknąć lekcji. Przyszłam tylko ja i dwóch moich kolegów. Wszystkie dziewczyny były zdziwione ( do klasy owutemowej OPCM dostało się strasznie dużo osób, więc podzielono nasze zajęcia "na dziewczęta/chłopcy"). Nie opowidałam im o lekcji z Breckiem, bo, po pierwsze, ani bym ich tym nie zdołała zainteresować, ani, po drugie, nie miałam na to najmniejszej ochoty.
I tak kwitła nasza przyjaźń. Odzyskałam dzięki niemu spokój ducha, czerpałam z życia to, co najlepsze, cieszyłam się z każdej lekcji OPCM... Uwielbiałam chodzić do szkoły, żartować z panem Kevinem podczas lekcji. Wszystkie dziewczyny zazdrościły mi wspaniałego kontaktu z profesorem, a jeszcze bardziej tego, że na lekcjach prawie w ogóle mnie nie pytał. Po pierwszym semestrze ocenił moje wyniki z obrony na "W".
|
 |