|
Wszystko było piękniejsze niż najcudowniejszy sen. Jednego mi jednak wciąż brakowało: rozmów z panią Dianą. Następne wieści przyniesione tym razem przez dyrektora, potwierdziły, że wśród ofiar ostatniej napaści nie ma opiekunki Gryffindoru. Wiedziałam, że Kevin nigdy mi jej nie zastąpi. Mimo wszystko widziałam, jak się starał, byśmy go polubiły. Nie pytałam innych, jak oceniają nauczanie profesora. Liczyło się dla mnie to, czym on mi imponował... Wielkorotnie omawiałam z nim mój problem z wyborem studiów. Mówiłam mu też, że nie znoszę Briana Meeta, żę tęsknię za stylem nauczania mojej byłej opiekunki domu. Często twierdził, że chyba nigdy nie przekonam się do Meeta, a nawet, że jestem "zaszufladkowana". Miał na myśli to, że przyporządkowałam się wyłącznie zasadom ustalonym przez panią Frank, że Briana nie lubię, bo odważył się przyjść za panią profesor. Śmiałam się z tego wiedziałam, że ma rację. Odniosłam wrażenie, że chciałby mieć tak lojalną uczennicę, która miałaby o nim taką dobrą opinę, wyrażała się w samych superlatywach. Nie wiedział, że już takową ma. Pani Frank chyba też o tym nie wiedziała. Żadne z nich nie zdawało sobie sprawy, że są moimi przyjaciółmi, że uważam je za tak wspaniałe osoby.
Czas płynął nieubłaganie, a ja czułam, że jestem najszczęśliwszą osobą na świecie. Ciągle jednak myślałam o pani Frank, zastawnawiałam się, co się z nią stało. Jeśli chodzi o Brecka to spędzałam z nim coraz więcej czasu. Zapraszał mnie do swojego gabinetu, gdzie rozmawialiśmy, żartowaliśmy, oglądaliśmy zdjęcia. Czasem po prostu siedzieliśmy razem i milczeliśmy. Wtedy każde z nas myślało o czymś innym... A może o tym samym?
Pewnego dnia, podczas jesnej z wizyt w jego gabinecie, Breck zapytał mnie o czym myślę. Zwykle nie rozmawialiśmy na temat naszych rozmyślań. Przełamał barierę. Odpowiedziałam:
- Myślałam o tym, jak wiele nas dzieli, ale także łączy.
Istotnie, zastanawiałam się nad tym od dłuższego czsu. Zapytał mnie, co miałam na myśli. Zastanowiłam się chwilkę i odrzekłam:
- Z jednej strony można powiedzieć, że "pracujemy" w tym samym miejscu, w podobnej branży... To nas łączy. Z drugiej jednak, to pan pokazuje mi, na czym ta praca polega - pan tu pracuje i zarabia, ja chodzę, bo muszę - roześmiałam się; on też się uśmiechnął. - I to nas podzieliło... Jest pan nauczycielem, a ja uczennicą... A mimo tych różnic nasze stosunki są bliższe niż te, które najczęściej łączą ucznia i nauczyciela. Bynajmniej ja jestem tego zdania. Zaufałam panu - mogę pana nazywać przyjacielem.
- Naprawdę tak uważasz? - zapytał zamyślony. Po chwili znów przejęłam inicjatywę i drążyłam dalej:
- Chyba się pan nie obraził, co? To raczej dobrze, że mogę panu o wszystkim powiedzieć.
Nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy. Wcale nie zamierzałam mu tego mówić, ale odczuwałam satysfakcję, patrząc, jak na to zareaguje mój profesor OPCM.
|