 |
Jedynym oświetleniem były porozwieszane co kilka kroków magiczne pochodnie.
Wreszcie zatrzymała się przed dużym posągiem gryfa, po obu stronach otoczonego pochodniami, nad łbem zaś wisiały dwie halabardy.
- No, jesteśmy - orzekła dziewczyna. - To tutaj.
Harry otworzył już usta, by zadać pytanie, co dalej, ale okazało się to zbędne.
Dziewczyna wyciągnęła różdżkę, wycelowała ją w posąg i szepnęła coś niezrozumiale.
Oniemiały Harry obserwował jak gryf otwiera paszczę, następnie uruchamia mechanizm. Posąg odsunął się w prawą stronę, pochodnie odskoczyły w bok, halabardy rozkrzyżowały się. Ściana rozsunęła się powoli, odsłaniając wejście jeszcze niżej, w zupełnie zaciemniony korytarz.
Yasmina schowała różdżkę, rozmasowała sobie krótko zziębniętą skórę na brzuchu i na reszcie ciała. Po czym rzuciła do Harry'ego:
- No, idziemy, nie ma czasu.
Harry natychmiast zapomniał o obowiązkach, lekcjach, przyjaciołach, ostrożności. Miał teraz tylko jeden cel: dopaść Snape'a.
- Nie miałem pojęcia o tym przejściu - wychrypiał.
- Jest wiele rzeczy, których nie wiemy o tym zamku - odparła Yasmina.
Weszli na niemal niewidoczne schody prowadzące w dół. Harry wyciągnął różdżkę i już nabierał powietrza do zaklęcia, chcąc rozświetlić drogę. Yasmina jakby czytając w jego myślach uniosła rękę.
- Nie! - syknęła. - Nie zapalaj różdżki!
- Czemu? - zdumiał się Harry.
- Mogą nas wykryć, to jest ich rewir - odparła cicho. - Zabiją nas oboje, jeśli damy się złapać. A co zrobią z nami przed śmiercią, lepiej nie myśleć. Ciebie przynajmniej chce Czarny Pan.
Harry nie wiedział już, czy to miało być pocieszenie, czy nie. Bez słowa schodził za dziewczyną po schodkach, zdających się nie mieć końca.
Wreszcie stanęli na równym gruncie. Korytarz ciągnął się ukosem dalej. Zrobiło się kompletnie ciemno, tak, że widział tylko jej zarys. Ciało błyszczało w ciemności, najwyraźniej używała jakichś olejków.
- Podaj mi rękę - rzekła Yasmina.
- Eee, co? - spytał nieprzytomnie Harry.
- Podaj mi rękę, mówię! - powtórzyła oschle. - Będzie teraz zupełna ciemnica, musisz trzymać mnie za rękę, bo się w ciemności zgubisz!
- Och, ok. - mruknął urażonym tonem.
Złapał więc jej małą, delikatną dłoń. Poczuł się nagle dużo bezpieczniej. Prowadziła go za sobą nad wyraz pewnie, bez żadnego strachu. Dziwiło go, skąd właściwie tak dobrze zna ten tunel.
- Co to za miejsce? - zapytał głośno, usiłując nie rąbnąć głową o niezwykle niski sufit.
- O tym tunelu wie tylko woźny Filch i Snape - odparła Yasmina. - Ja dowiedziałam się o nim przypadkowo, jak kiedyś śledziłam Snape'a. Ale nie wiem, gdzie szedł. Kiedyś, już pod jego nieobecność zakradłam się i spenetrowałam go po trochu. Przypuszczam, że go zbudowano potajemnie.
- Myślisz, że to robota Salazara Slytherina?
- Możliwe.
Tak jak Komnata Tajemnic, pomyślał Harry, jednak zaraz odrzucił te myśli.
Yasmina puściła go w końcu, w miarę jak znów zrobiło się jaśniej.
Naraz usłyszeli głośny, mrożący krew w żyłach krzyk. Krzyk dziewczyny. Poniósł się on przeciągle echem na cały korytarz. Harry mocniej ścisnął różdżkę w spoconej dłoni.
- Co to było? - wybełkotał.
Yasmina rozglądała się niespokojnie.
- Psiakrew! - prychnęła. - To mogła być ona!
- Kto? - jęknął Harry.
- Ta Pansy. Już ją może załatwił!
-Musimy ją ratować, szybciej! Prowadź dalej.
Przeszli w głąb popękanych murów bardzo wilgotnej posadzce. Harry dostrzegł, że Yasmina drży na całym ciele.
- Eeee... - bąknął. - Jesteś pewna, że... nie chcesz na siebie włożyć nic więcej?
Rzuciła mu zimne spojrzenie.
- Nie przejmuj się mną - wycedziła. - W takich warunkach każdy powinien pamiętać przede wszystkim o sobie. W każdej chwili możemy umrzeć.
Ledwie zdążyła to powiedzieć i potknęła się na posadzce, lądując na kolanach. Musiało boleć. Harry podał jej rękę.
- Nic ci nie jest?
- Nie, dzięki - prychnęła.
- Daleko jeszcze?
- Parę kroków, przecież nie mogłam się pomylić!
Ostrożnie przekradli się przy krawędzi ściany, unikając licznych tu kałuż wody. Naraz Harry zagapił się i poślizgnął. Runął jak długi na ziemię, bleśnie tłukąc sobie lewe ramię, plecy i bark. Aż jęknął z bólu.
- Cholera! - warknął.
Yasmina bez słowa to obserwowała. I nagle Harry uświadomił sobie, że jest cały w czerwonej posoce.
- JEZU CHRYSTE! - wrzasnął jak opętany. - To nie woda, to KREW!!!
Zerwał się na równe nogi, minął dziewczynę i pomknął jak strzała do przodu.
- Uciekajmy stąd! - krzyknął. - To jest złe miejsce!
- Teraz widzisz, do czego oni są zdolni - rzekła spokojnie Yasmina.
- ZWIEWAJMY STĄD!!!
- Myślałam, że chcesz wpierw dorwać Snapea?
- Bo chcę, ale nie mogę tu dłużej przebywać! Chodźmy, byle dalej stąd!
- Już niedaleko. Cel jest bliski.
Tym razem przodem poszedł Harry. Ona tylko trochę instruowała go gdzie dalej, choć korytarz cały czas biegł w jedną stronę, coraz bardziej jednak się zawężając.
W końcu dotarli jednak do końca tego korytarza. Dzielił się nagle na trzy przejścia. Każde ciemne. Harry rozejrzał się niepokojem.
- Gdzie teraz? W który tunel? - zawołał.
- Chyba środkowy.
Harry zrobił kilka pierwszych kroków wskazanym tunelem, ale więcej nie zdążył.
To były ułamki sekund. Otoczyli ich nagle, wyłaniając się z mroku niewiadomo skąd.
Kilka przerażających wysokich postaci w trupich maskach.
Co jednak zauważył Harry, nie byli ubrani tak, jak kiedy widział ich po raz ostatni. Mieli na sobie turkusowe, właściwie krwisto czerwone długie szaty, coś w rodzaju alb. Natomiast maski jeszcze bardziej przerażające. Zauważył, że mają rogi na głowach. To były maski zwierząt.
Każdy z nich trzymał w jednej ręce pochodnię, a w drugiej wycelowaną w nich różdżkę.
Harry nie pozostał im dłużny. Celował różdżką to w jednego to w drugiego. Yasmina także miała wyciągniętą różdżkę, jednakże trzymała ją opuszczoną, mierząc w plecy Harry'ego.
Na przód wysunęło się dwóch śmierciożerców. Musi być najwyżsi rangą, ponieważ z całej szóstki, która ich otoczyła mieli najdłuższe rogi.
- No, Potter - wycedził jeden z ich bardzo znajomym głosem. - Wpadłeś jak w śliwka w kompot!
Rozpoznał ten głos. Należał do drugiej osoby na świecie, której tak bardzo nienawidził.
Rogaty śmierciożerca zerwał maskę. W ciemności zauważyć można było jak na ramiona spadają mu gęste, czarne włosy, aż błyszczące od tłuszczu.
- Odłóż tę różdżkę, Potter - warknął Severus Snape. - Nie chcemy cię skrzywdzić, choć osobiście chętnie bym to zrobił. Jesteś nam potrzebny.
- Żeby tknąć mnie, albo ją, najpierw musicie mnie zabić! - krzyknął Harry.
Czerwoni śmierciożercy stojący z tyłu spojrzeli po sobie i roześmiali się serdecznie. Drwiący uśmiech wstąpił na twarz Severusa Snapea.
- Och, Potter, Potter - wycedził Snape. - Ty głupcze!
I nim Harry zdążył się zorientować otrzymał od tyłu potężny cios w tył głowy płaskim kamieniem.
Zatoczył się przez chwilę, różdżka wypadła mu z ręki, i w końcu runął, jak długi, prosto na twarz.
Spojrzeli na ciało leżące im u stóp.
Wysoki śmierciożerca, który do tej pory się nie odzywał, kiwnął głową.
- Coś takiego! - rzekł. - Nie wiedziałem, że ten Harry Potter jest aż tak głupi. Żeby iść z zupełnie obca dziewczyną do lochów!
Śmierciożercy zarechotali.
- Potter nigdy nie słynął z inwencji - wycedził drwiąco Snape.
Przywódca zwrócił się do Yasminy, która wyglądała teraz na bardzo uradowaną:
- Nie było problemów, młoda?
- Żadnych, nawet nie protestował.
- Ktoś was widział?
- Nikt, panie. Nikt nie wie, że tu jest.
Wysoki zatarł ręce.
- Doskonale. Dziękuję ci, Yasmino. Wracaj teraz do zamku i powiadom nasze wtyki, że go mamy.
- Tak jest.
Dziewczyna odwróciła się i już miała odejść, gdy zatrzymał ją Snape, mierząc spojrzeniem od stóp do głów.
- Ubierz się w coś innego! - warknął. - Jesteś zbyt prowokująca! Rzucasz się w oczy!
Rzuciła mu tylko nienawistne spojrzenie i pobiegła dalej, znikając w ciemności. Jej kroki za chwilę ucichły.
Przywódca śmierciożerców szturchnął nogą nieprzytomnego Harryego.
- No to mamy dziś połów - rzekł. - Dobra, nie traćmy czasu. Stavic, Wagner, wy bierzcie Pottera, Hallowing i Puddlemore poprowadzą. Snape!
- Tak, panie?
- Jak wrócimy każesz naszej małej przyjaciółce przygotować składniki. Muszę mieć to Veritaserum dzisiaj, w przyspieszonym tempie.
- Myślę, że to się da zrobić, mistrzu - Snape ukłonił się nisko.
- Pomóżcie mi z tym kretynem! - warknął niższy śmierciożerca, schylony nad Harrym, który ciągnął go za ręce. Sądząc z głosu, był bardzo młody.
Czerwoni śmierciożercy związali Harrego i podnieśli go na pozycję półstojącą. Jeden nich wyszeptał jakieś zaklęcie i ciało Harryego wniosło się kilka metrów górę po czym poszybowało daleko przed nich. Drugi z nich podniósł jego różdżkę i schował sobie do kieszeni.
- Dobra, zrywamy się stąd! - warknął przywódca.
I skręcili w boczny, prawy korytarz, maszerując pewnym szybkim krokiem. Ciało Harry'ego lewitowało przed nimi, jakby używali go jako żywej tarczy. Za ciałem kroczyło dwóch śmierciożerców, oświetlając drogę pozostałej czwórce. Snape, przywódca, i dwóch pozostałych zbirów. Wszyscy szli pewnie.
- Mamy Harryego Pottera - mruknął Snape, nie wierząc we własne szczęście.
Tym sposobem Harry wpadł w ręce wrogów i nikt o tym nawet nie wiedział.
Nikt nawet nie mógł mu pomóc...
***
- Zadam pytanie jeszcze raz, robaku. Gdzie jest przepowiednia przekazania mocy?
Wysoki, kościsty śmierciożerca ze znudzeniem gładził diablą czarną bródkę. Ubrany był w czerwona, ognista szatę, a na głowie nosił szpiczasty kaptur upodabniający go do średniowiecznego kata.
Pod sufitem lewitowała do góry nogami jakaś wynędzniała, wychudła postać. Była naga i obolała. Przesłuchanie trwało.
- Nic nie wiem - jęknął chłopak.
Śmierciożerca dał znak swemu towarzyszowi, niższemu śmierciożercy, który ćmił w kącie cygaro. Machnął różdżką i Draco Malfoy głową w dół znalazł się w kotle z wodą poniżej. Zaklęcie utrzymało tam jego głowę przez prawie minute. Potem wynurzył się.
- Będziez mówił? - warknął kościsty.
- Przysięgam, że nie wiem! - prychnął Malfoy, krztusząc się wodą jak astmatyk. - Musi być w naszym dworku, ojciec go ukrył w piwnicach!
- Kłamiesz, gnojku! - wrzasnął tamten. - Przeszukaliśmy twój domek tak wnikliwie, że deska nie została. Nic tam nie ma, choćby okruszynki szkła.
- Może... ją... k-ktoś przed... wami, s-skradł!
- Nie, durniu, bo wiedzieliśmy pierwsi - krzyknął śmierciożerca z cygarem. - Twój ojciec nam powiedział przed śmiercią.
- Dranie...
Kościsty wycelował różdżkę w Draco i krzyknął:
- Crucio!
Chłopiec ryknął z bólu, klął, odgrażał się. Za chwilę znów wylądował głową w toni.
Kościsty śmierciożerca zamyślił się.
- Coś mi się zdaje, że on niewiele nam już powie - mruknął amator cygar. - może naprawdę nie wie, gdzie to gówno ukryli?
- Może... - odparł cicho tamten. - Ale jak może nie wiedzieć. Ta parszywa rodzinka skrywa to od pokoleń. musieli mu powiedzieć!
- Jak zechcemy to powie! - prcyhnął tamten.
- Zapytaj go tymczasem o co innego - podsunął trzeci śmierciożerca, wychodząc nagle z mroku. Był niski i starszawy, na prawym oku nosił przepaskę. - Może o mlodą?
- Skoro i my wiemy nie wiele, to dlaczego on miałby coś wiedzieć? - rzekł kościsty. - Ta mała spryciara wszystkich może wykiwać. Wymknęła się nawet Greyback'owi.
- Chociaż spróbujmy!
- Dawaj go tu! - warknął.
Śmierciożerca różdżka wynurzyl Malfoya z toni. Chłopak krztusil się pluł, kaszlał.
- No, Draco, odpowiadaj, bo cię sprzątnę jak twoich starych. Chcesz, żebym przyprowadził towją koleżankę, Pansy? Tyle już przeszła...
- Nie, proszę. Powiem wszystko, co chcecie!!! Ale ją zostawcie!
|
 |