Rozdział 2
Porażka zdrajcy
W Ministerstwie Magii panował ruch jak zwykle. Ciągłe deportowanie się czarodziei, odgłosy prowadzonych właśnie rozmów i latające papierowe samolociki z wiadomościami dla różnych ważnych osobistości. Jednak w gabinecie nowo wybranego Ministra Magii było niespotykanie cicho. Był to mężczyzna niski i chudy, z widoczną łysiną na głowię, lecz z potężnymi, siwymi wąsami. Czekał na jedną z najważniejszych osobistości w świecie czarodziei. Czekał na osobę która miała niemało do powiedzenia w sprawię ostatnich zamachów i śmierci jednej z aurorek.
- Niech to szlag! - zaklał pod nosem minister.
Mimo że niedawno, podczas ogłoszenia wyników wyborów czuł się bardzo szczęśliwy, teraz nie wiedział czy zaraz nie eksploduje mu żołądek. Te wszystkie ostatnie wydarzenia sprawiały, że czuł się bardzo słabo. Nie umiał sobie poradzić z tak dużym nawałem pracy, nie wiedział, czy to wszystko przetrzyma. Usłyszał pukanie do drzwi.
- Wejść - powiedział, siląc się na władczy ton.
- Witam Panie Ministrze! - powiedziała Olevia Departe, przedstawicielka Francuskiej Komisji do
Zwalczania Czarnoksiężników. Olevia należała do kobiet niskich i dobrze zbudowanych. Była jedną ze starszych członkiń Komisji, jednak z jej twarzy biło pełno energii i radości. Ubrana w czarną, długą sukienkę sięgającą oż po kostki sprawiała wrażenie wrócić dopiero co z jakiejś ważnej uroczystości.
- Tak... więc... jakby to powiedzieć... - Minister nie wiedział od czego zacząć.
- Hmm? - zagadneła Departe.
- ... tak... ekhm... otóż ostatnio w Ministerstwie doszło niedawno do dosyć... jakby to powiedzieć...
- 1 morderstwo, 2 zamachy, 5 prób wtargnięcia do Departamentu Tajemnic - przerwała mu Olevia zerkając do notatek.
- Tak, otóż to... - powiedział wyraźnie zdenerwowany minister.
- A więc.. panie Magberry, chce pan prosić o jeszcze więcej aurorów w ministerstwie? - zapytała się członkini Komisji, unosząc szeroko brwi. Minister Magberry poczuł, że robi mu się gorąco.
- ... eee... no... - nie wiedział co odpowiedzieć.
- Rozumiem. Jest pan Ministrem od tygodnia i już 3 raz prosi pan o kolejne wsparcie, mimo dalszych ataków? Wie pan z czym to się wiąże? Dodatkowe opłaty a co za tym idzie, większe straty! Tu nie chodzi o większą liczbę aurorów, panie Magberry! Nie domyślił się pan jeszcze? W Ministerstwie są szpiedzy, na których aurorzy nie reagują! Trzeba pierw wyśledzić intruzów, potem zająć się podwajaniem bezpieczeństwa, co jest... - tu urwała i popatrzyła na twarz ministra, która była blada jak papier.
- ... kompletnym idiotyzmem. - dokończyła.
W gabinecie Igenzjusza Magberrego nie było z byt wielu portretów. Gabinet wyglądał prawie na pusty, z wyjątkiem dużego biurka zasypanego papierami i szafą. Wielkie okno za biurkiem ministra dawało dużo światła, jednak teraz, kiedy Igencjusz czuł się fatalnie, wolałby, aby te okno pogrążyło go w ciemnościach. Czuł się fatalnie! Dopiero rozpoczął prace jako minister a już ludzie mają go za kretyna! Jego wina że akurat na jego kadencji dzieje się to wszystko?! Czy wyląduje tak, jak 40 lat temu minister Knot, uważany za jednego z najgorszych ministrów w świecie czarodziei? Nie, na to nie mógł pozwolić! Magberry wstał ze swojego wygodnego fotela, odwracając się od Olevii. Wpatrywał się w okno.
- Okropna pogoda, od kilku dni ciągle pada - pomyślał.
- Panno Olevio, chcę panią poinformować, że podjąłem już odpowiednie środki aby wytropić podwójnych agentów
w naszym Ministerstwie. Jeżeli chodzi o dodatkowych aurorów, rad byłbym, gdyby pani się jednak zgodziła, oczywiście nie teraz!
Popatrzył teraz spokojnie na Departe. Olevia wstała, ukłoniła się i odpowiedziała:
- To by było na tyle, panie Ministrze.
Jej twarz wytrażała troskę, co bardzo zdziwiło Magberrego.
- Coś się stało? - zapytał uprzejmie.
Olevia Departe zawahała się przez chwilę.
- Niech pan też załatwi sobie ochronę. Nigdy nie wiadomo czy mordercy nie będą chcieli się pozbyć też ministra i
przejąć ministerstwo, tak jak to miało miejsce 40 lat temu...
Minister milczał...
***
Carl Oreski szedł jednym z korytarzy Departamentu Tajemnic. Domyślał się, że za morderstwem, które było silnie tuszowane przez ministerstwo stoi ktoś, kto pracuje tu codziennie. Nie miał jednak zielonego pojęcia kto z jego kolegów w pracy mógłby być do tego zdolny. Spotykał wielu ludzi, miał tu wielu przyjaciół... jednak nie od dziś wiadomo, że zawsze ktoś jest informatorem niekoniecznie prawych ludzi. Szkoda mu było Reviny, znał ją kiedy jeszcze żyła. On też może niedługo do niej dołączyć... ta myśl przeszyła jego ciało i sprawiła że zadrżał... Nie, nie jestem nikim ważnym, na pewno zamachowcy łasą się na grube ryby.
- Co ja wygaduję! - walnął się ręką w głowę Carl.
- Muszę ochraniać ludzi za wszelką cenę, nawet życia. Za to mi płacą. - kontynuował.
Nagle usłyszał za sobą jakiś ruch.
- Rozmowa samego ze sobą to jeden z objawów szaleństwa Oreski - odpowiedział szyderczy głos za jego plecami.
- Nie twoja sprawa Thompson, lepiej już idź, może uda ci się zamordować jeszcze kogoś po drodze.
Nie wiedział jak te słowa wypłynęły z jego ust, jednak Thompson udał że tego nie słyszał.
- Słucham? Wydawało mi się że coś tam mówiłeś pod nosem.
- Nie twoja sprawa, teraz idź bo napawasz mnie obrzydzeniem.
Carl popatrzył na niego wściekle i odszedł. Nadal wściekły usłyszał przed sobą rozmowę.
- A... ale ja ... ja tego nie mam! - powiedział piskliwie pierwszy rozmówca. Słychać było że jest przerażony, a Carl od razu rozpoznał swojego kolegę z pracy, Dariusa Mac'Labena. Oreski instynktownie wyjął różdżkę i słuchał. Kiedy tylko zacznie się dziać coś niepokojącego, wkroczy do akcji.
- Tak? A mi się wydaję że masz to Mac'Laben, i jeśli nie dasz mi tego teraz, ZABIJĘ CIĘ. - odpowiedział drugi głos, chłodniejszy i twardszy. Carl poczuł że zaczyna się pocić. Przez moment chciał pobiec po posiłki ale nie wiedział, czy jak wróci Darius będzie jeszcze żywy, więc postanowił czekać i obserwować dalszy rozwój wypadków.
- Przyrzekam ci! Na brodę merlina, nie ja to mam!
- Hmm... a kto w takim razie? - odpowiedział napastnik.
Mac'Laben milczał. Carl zaczął domyślać się o co chodziło tym dwóm. Modlił się w duchu, by Darius go nie wydał.
- Nie chcesz mówić? W takim razie... - słychać było odgłos szelestu szaty.
- Crucio! - krzyknął zimny głos. Mac'Laben zaczął wyć z bólu. Jego twarz wykrzywiła się w agoni.
Oreski wyleciał z ukrycia i ze złością krzyknął:
- Drętwota!
Przeciwnik zręcznie odbił zaklęcie które uderzyło w posąg Gobelina walczącego z Skrzatem Domowym.
- Avada Kedavra!
Krzyknęła postać. Carl w ostatniej chwili odskoczył. Upadł na posadzkę jednak szybko się podniósł. Wreszcie zobaczył twarz swojego przeciwnika. Była długa i blada. Jego oczy były nabiegłe krwią a długie, czarne włosy powiewały łagodnie. Carl widział jak wróg przygotowuje się do rzucenia kolejnej śmiertelnej klątwy. Kątem oka zauważył Dariusa, który po omacku szuka różdżki. Oreski wiedział że jego kolega bez okularów jest prawie tak ślepy jak kret. Postanowił grać na zwłokę.
- No no no, widzę że szanowny pan umie rzucać klątwy Niewybaczalne? Należy się pochwała - powiedział ironicznie.
- No no no, takiemu śmieciowi jak ty trzeba gratulować odwagi tuż przed śmiercią... - odpowiedział chłodnie przeciwnik
- Można wiedzieć jak się nazywasz? - zapytał się Carl.
- ... i tak zginę, więc chyba mogę poznać twą godność? - dodał pośpiesznie.
Wysoki mężczyzna przyjrzał mu się uważnie. Musi wykonać misję jak najszybciej, ale trochę rozrywki mu nie zaszkodzi. Po tym jak zabije tego intruza, dokończy przekonywać Dariusa by mu wyjawił skrytkę.
- Adamant Rinloy - odpowiedział po kilku sekundach. Nie miał czasu na głupoty, więc postanowił szybko zakończyć tę interesującą rozmowę.
- Adamant... pracujesz w Departamencie od spraw Magicznych Zwierząt i Istot? - Carl powiedział to bardzo powoli. Nie mógł uwierzyć że właśnie natknął się na człowieka, który być może zamordował Revinę. Nie wiedział co dalej powiedzieć, w ustach mu zastygło. Nie miał szans uciekać, a nawet jeśli by mu się udało, Darius na pewno by zginął. Nie ma wyboru, musi walczyć.
- Taaak, jednak żaden auror nie zauważył we mnie mordercę, prawda? Gdybyś się teraz na mnie nie natknął, dotąd nigdy by ci nawet przez myśl nie przeszło, że mogę być... - jednak urwał, nie chciał dłużej rozmawiać z tym idiotą.
- Avada Kedavra - krzyknął nagle Rinloy.
Carl był na to przygotowany. Skoczył w stronę pomników, i ukrył się za jednym z pomników Trola.
- Ahh, ucieczka? Jakie to przewidywalne... zaraz, zaraz, zapomniałem o twoim przyjacie... - Rinloy nie dokończył.
Boże, Adamant zauważył że Darius szuka różdżki, na pewno go od razu zabije... Oreski nie mógł uwierzyć w to co się stanie... jednak kiedy wysunął głowę z pomnika, zauważył widok, który sprawił, że poczuł ulgę.
Adamant leżał nieruchomo na podłodze, a nad nim stał Darius, cały roztrzęsiony z różdżką w ręku. Podziwiał Mac'Labena za to, że mimo użycia na nim zaklęcia Crucio i braku okularów, ten umiał rozbroić i ogłuszyć groźnego czarodzieja.
- Carl, chodź tu szybko! Zabrałem mu różdżkę, ty go zwiąż, ja nigdy nie byłem dobry w tych sprawach - powiedział cicho. Carl otrząsnął się i ruszył w stronę kolegi.
- Tak, już... Lianno! - krzyknął Oreski i w tym momencie ciało Rinloya oplotły grube sznury. Darius machnął różdżką, po czym ciało Adamanta uniosło się w powietrze. Carla dziwiło jedno...
- Czemu go nie zabiłeś? - zapytał się kolegi.
- To oczywiste, czas wziąć naszego kolegę z Departamenu od spraw Magicznych Zwierząt i Istot na małe przesłuchanko, ciekawe co ten przystojniak ma nam do powiedzenia.
***
Minister Igencjusz Magberry siedział wygodnie w swoim fotelu. Dopiero co miał ciężką rozmowę z przedstawicielką Francuskiej Komisji do Zwalczania Czarnoksiężników, Olevią Departe. Wiedział, że nie ma w najbliższym czasie liczyć na wsparcie Komisji, ale musiał zrobić coś z tym podwójnym agentem, jeśli oczywiście taki istniał.
- Bzdury, nikt nie prześlizgnie się przez systemy bezpieczeństwa Ministerstwa - pomyślał Magberry przekonując sam siebie, jednak w głębi duszy czuł narastający niepokój.
- Ale... jeśli naprawdę... szpieg jest tutaj i tylko czeka aby pozbawić go życia? - ta myśl spłynęła po nim jak lodowata woda. Igencjusz nie miał wątpliwości, lepiej dmuchać na zimne. Wstał i wolno skierował się ku wyjściu. Był w połowie drogi, kiedy drzwi otworzyły się na oślep i wbiegło z tuzin pracowników ministerstwa. W samym środku stały dwie postacie, Igenzjuszowi wydawało się, że jednego już kiedyś widział w jednym z wydań Proroka Codziennego. Darius Mac'Laben był bardzo znanym czarodziejem, jednak minister nigdy nie miał okazji spotkać go osobiście. Drugi człowiek, stojący koło Dariusa, był ministrowi zupełnie obcy. Jednak to, co sprawiło że Magberry osłupiał, był Adamant Rinloy, nieprzytomnie lewitujący tuż nad ziemią, związany linami.
- Jak oni śmieli! - pomyślał w duchu minister. Już nie raz widywał się z Adamantem, był to bardzo rzetelny i dobry pracownik!
- O co w tym wszystkim do cholery chodzi?! - powiedział głośno Igencjusz, piorunując zgrupowanie wzrokiem.
W tłumie usłyszeć można było ciche szepty i ciche pomrukiwania. Ministra trochę to zdenerwowało.
- Dariusie, możesz mi to... wytłumaczyć? - wskazał palcem na ciało nieprzytomnego Rinloya.
Mac'Laben popatrzył spokojnie na Magberrego i powiedział cicho:
- Oczywiście, Panie Minister, jednak sądzę... że my dwaj w zupełności wystarczymy, by dowiedział się pan, co zaszło trzydzieści minut temu w Departamencie Tajemnic. - przystanął na chwilę.
- Więc... jeśli pan pozwoli, wydam jedną komendę. - kontynuował.
- Wyjść! - powiedział sucho i głośno. Nikt z grupy ludzi stojących za nim, nawet nie zaprotestował. Wszyscy wyszli, zostawiając w gabinecie tylko 4 osoby. Minister patrzył jak Carl kładzie Adamanta na krzesło, a Darius wzmacnia liny. W tym momencie, Rinloy zaczął dochodzić do siebie. Jeszcze półprzytomny, powiedział sennym głosem:
- ... witam wszystkich... zgromadzonych... - jego oczy utknięte były w bliżej nieokreślonym miejscu. Po kilku chwilach Adamant poczuł, że nie może się ruszyć. Dopiero wtedy odzyskał sprawność umysłową. Popatrzył wściekle na Dariusa i syknął:
- Zapłacisz mi za to, jeszcze zginiesz z mojej różdżki!
- Miło że jesteś tak otwarty przy Ministrze, Rinloy - odpowiedział cicho Carl.
Minister stał osłupiały. Nie wiedział co powiedzieć...
- Jak... Adamant postradał zmysły?! Jest pod działaniem klątwy Imperius? - myślał, obserwując związanego czarodzieja.
Czarodziej natychmiast przybrał inną technikę.
- Ohh... moja głowa... nie wiem co mnie opętało... chyba ktoś rzucił na mnie klątwę - mamrotał, mrużąc oczy.
Ani Carl, ani Darius nie dali się nabrać na tą sztuczkę. Ich spojrzenie spoczęło na ministrze, który chyba dał się złapać na ten słaby numer.
- Adamancie, co się wydarzyło w Departamencie Tajemnic? - zapytał, siląc się na spokojny ton głosu, Magberry.
Rinloy natychmiast wykorzystał tą szansę:
- Ohh, panie Ministrze! Ja... ja nic nie pamiętam! Wychodziłem z windy na piętrze Departamentu, kiedy nagle... jakbym stracił przytomność... błagam, panie Ministrze! Jestem niewinny, na brodę Merlina!
- Gra świetnie... - pomyśleli jednocześnie Carl i Darius.
Igencjusz nie mógł uwierzyć w zdradę jednego z przyzwoitszych ludzi w Ministerstwie, dlatego kamień spadł mu z serca.
- Sądzę... że mówisz prawdę - powiedział głośno. Mac'Laben i Oreski skamienieli. Nie sądzili, że ten prosty teatrzyk zdoła przekonać Ministra. Jeśli Macberry puści Adamanta wolno, obaj nie mogą się czuć bezpieczni. Carl nie wiedział co robić, jego mózg pędził jak oszalały, próbując wymyślić jakieś rozwiązanie. Na próżno...
Jednak Darius Mac'Laben był przygotowany na tego typu scenariusz.
- Przepraszam na moment - powiedział, i wyszedł z gabinetu.
Nikt z pozostałych w pomieszczeniu nie wiedział, o co chodziło. Rinloy sprawiał wrażenie zadowolonego, patrząc na Ministra z uśmiechem na twarzy.
Po 5 minutach wrócił Mac'Laben. W ręku trzymał mały flakonik z przezroczystym płynem. Wszystkie pary oczu zwróciły się w kierunku tego małego eliksiru. Wreszcie odezwał się Darius, jego głos zabrzmiał dziwnie wesoło:
- A więc, panie Rinloy... napije się pan kawy czy herbaty?
***
Twarz Adamanta pobialała. Przestraszony patrzył, jak Mac'Laben miesza Verita Serum z wodą łyżeczką od herbaty. Wiedział, że jeśli uda im się zmusić go do wypicia eliksiru, jest już skończony, i napewno wyląduje w Azkabanie. Nie miał wyjścia, musiał zrobić wszystko, by do tego nie dopuścić:
- Panie Ministrze, pozwoli im pan!? To jest nielegalne, nie można zmuszać kogoś do wypicia Elisiru Prawdy! - powiedział drżącym głosem. Był zbyt zdenerwowany, by ukryć przerażenie, jakie nim teraz zawładneło. Carl postanowił szybko zareagować. Stanął z prawej strony ministra, jednak wzrok skupił na Adamancie.
- Uważam... że po usłyszeniu ciekawych informacji, Minister będzie skłonny zapomnieć o tym malutkim nagięciu regulaminu...
Oczy Rinloya rozszerzyły się w panicznym przypływie strachu. Zazwyczaj był twardy i pewny siebie, jednak teraz, kiedy prawdopodobnie wyjawi wszystkie informacje dotyczące Zgromadzenia, i tak zginie. Oni dostanę się nawet do Azkabanu. Kilka sekund później podszedł do niego Darius, z małą szklaneczką w ręku. Adamant odruchowo zacisnął szczękę. Mac'Lban to zauważył:
- No dalej, otwórz buźkę...
Rinloy ani drgnął. Nie wiedział co innego mógłby zrobić. Darius postanowił spróbować o wiele skuteczniejszej taktyki. Nachylił się nad Adamantem i... zatkał mu nos. Zaskoczony Rinloy odruchowo otworzył usta by nabrać powietrza. Mac'Laben wykorzystał ten moment i w ułamku sekundy nalał płyn do ust Adamanta.