 |
Rozdział 4
Nocny przybysz
Była godzina pierwsza w nocy...Carl leżał nieruchomo na niepościelonym łóżku w swoim domu. W małej kamienicy, która należała ongiś do jego zmarłej rodziny, mieszkał obecnie sam. Mimo, że budynek urządzony był dosyć przytulnie, Oreski nigdy nie pałał do tego miejsca jakąś szczególną sympatią. Kiedy chodził po swoim mieszkaniu miał wrażenie, że nigdy nie stanie się takie, jakie było przed śmiercią jego rodziny. Próbował o tym zapomnieć, jednak w chwilach kiedy był sam i nie miał żadnego zajęcia, przytłaczające myśli wracały. Nie wiedział czemu, jednak nie umiał ich powstrzymać. Przed oczami pojawiała się często jego młodsza siostra, Izabella, która zginęła spadając z miotły na boisku. Kiedy jego matka dowiedziała się o tym wypadku, zasłabła. Jej stan pogorszył się drastycznie, a Carl jako najstarszy z rodzeństwa czuł obowiązek opiekowania się swoją rodziną. Brat wyprowadził się z domu gdy skończył 17 lat, pod pretekstem studiowania i poznawania świata, jednak Oreski wiedział, że nie było to prawdą. Edward, bo tak miał na imię, wyruszył studiować czarną magię i zgłębiać naukę ważenia śmiercionośnych eliksirów. Za każdym razem, kiedy Carl wracał wspomnieniami do wydarzeń z dzieciństwa, z trudnością powstrzymywał łzy. Kilkanaście lat po wypadku Izabelli, umiera mama Oreskiego, w małej kamieniczce, na ulicy Beryndii Evan. Carl czuł ogromną pustkę po śmierci ukochanej matki, ojciec przeżył to o wiele bardziej. Zamknął się w sobie i zaczął pić. Wiele razy jego syn próbował wyciągnąć go z depresji, jednak nieskutecznie. Pewnego słonecznego lata, Carl znajduje martwego ojca w piwnicy. Medycy stwierdzili, że zgon został wywołany nadużyciem alkoholu. To był ogromny wstrząs dla Oreskiego. Cała jego rodzina, nie licząc brata który zerwał z nim kontakty, umarła. Został sam jak palec, czuł, że nad tym domem unosi się widmo śmierci. Mimo że nie chciał sprzedać domu, jedynej pamiątki po tych, których kochał, nienawidził spędzania w nim czasu.
Oreski został aurorem w wieku 27 lat, po wielu ćwiczeniach i przygotowaniach, udało mu się zacząć pracować i robić to, na co zawsze miał ochotę. W Ministerstwie Magii miał wielu przyjaciół, którzy często towarzyszyli mu w podróżach. Tylko praca trzymała go przy życiu, nie miał nikogo, był sam...
- Ehh, jesteś żałosny! - powiedział głośno sam do siebie Carl.
Wstał z łóżka i poszedł do łazienki wziąć prysznic. Kiedy był na miejscu, popatrzył w lustro. Zobaczył 32-letniego człowieka z twarzą młodą, jednak wyraźnie zmęczoną. Jego piwne oczy, niegdyś wesołe, teraz emanowały ogromnym smutkiem, który znajdował się w sercu Oreskiego. W odbiciu lustra zobaczył jednak coś, co sprawiło że znieruchomiał. Carl ujrzał wysokiego mężczyznę, z wyciągniętą różdżką w dłoni. Instynktownie odskoczył w bok, co okazało się być dobrym rozwiązaniem, gdyż sekundę później zaklęcie niewybaczalne trafiło lustro, które rozprysło się na wiele kawałków. Jako że 5-letnie doświadczenie nauczyło go mieć zawszę różdżkę przy sobie, nie czuł się bezbronny. Momentalnie znalazł różdżkę w swoim ubraniu i jednym niewerbalnym zaklęciem zgasił lampę oświetlającą łazienkę. Wiedział, że gdyby wypowiedział na głos formułkę zaklęcia, wróg domyślił by się, gdzie przebywa. Postanowił milczeć i przyczajony koło wanny czekał... Największym błędem jego ojca było nie przykładanie wagi do zaklęć chroniących dom. Mimo że na zwykłych czarodziei te zaklęcia wystarczyły, w przypadkach takich jak ten, to nie pomagało. Przeciwnik szybkim ruchem różdżki zapalił znów światło w łazience. Carla już w niej nie było...
Oreski pędził długim korytarzem w kierunków schodów. Kilka zielonych zaklęć przeleciało mu nad głową, a on instynktownie przyśpieszył. Odwrócił się:
- Expeliarmus! - czerwone światło pomknęło w kierunku przeciwnika. Ten zwinnie odbił atak.
- Avada Kedavra! - odpowiedział.
Jego zaklęcie mineło aurora o zaledwie kilkanaście centymetrów, zapalając szafę koło której Oreski właśnie przebiegał. Dotarł do schodów, starając się szybko po nich zejść, zanim przeciwnik go dogoni. Cudem uniknął serii klątw, które pomknęły do niego z góry. Jedna z nich musnęła go w ramię, które zaczęło krwawić. Nie dał się jednak pokonać bólowi, był już blisko wyjścia. Kiedy wychodził, rzucił kilka zaklęć w prześladowcę i deportował się za miasto. Nie miał pojęcia o co w tym wszystkim chodzi. Co do cholery robił jakiś człowiek w środku nocy i czemu próbował go zabić?! W prawdzie Carl wiedział, że podpadł wielu osobom, jednak jeszcze nigdy nie spotkał się z podobnym incydentem. Nie mógł teraz wrócić do swojego domu. Mężczyzna, który przed kilkoma minutami go zaatakował, na pewno siedzi w jego mieszkaniu i szuka jakiś obiecujących informacji.
Siedział w lesie oparty o pień spróchniałego drzewa. Nie miał pojęcia, gdzie może się teraz udać.
Nagle ogarnęło go dziwne przeczucie, że Darius też może być w niebezpieczeństwie. Zerwał się na równe nogi i chwilę później stał przed domem swojego kolegi. Patrzył na jeden z dziwniejszych domów jakie widział w życiu i za każdym razem kiedy tu przychodził, zaskakiwało go równie tak samo. Z daleka mieszkanie Mac'Labena przypominało wazon, ściany z góry były bardzo wąskie, u dołu zaś szerokie. W promieniu kilkudziesięciu metrów
nie było żadnego innego domu. To, co najbardziej dziwiło Carla był fakt, że na zewnątrz wydawało się, iż budynek nie posiada żadnych okien. Jednak kiedy wszedł rok temu do chaty Dariusa, zobaczył w całym domu okna które dumnie przepuszczały promienie słoneczne, oświetlając pięknie urządzone pokoje. Teraz jednak Oreski miał ważniejsze sprawy na głowie, niż podziwiać tą niewątpliwie ciekawą konstrukcję budynku. Otworzył z impetem drzwi, stwierdzając z niepokojem, że nie były one zamknięte na klucz. Zdenerwowany wyjął różdżkę i rzucił na siebie zaklęcie kameleona. Lodowaty płyn spłynął po jego ciele sprawiając, że Oreski mógł się teraz upodobnić do otoczenia, stając się o wiele mniej widoczny dla innych.
Powoli przemierzał korytarze domu, który z zewnątrz wydawał się o wiele mniejszy. Teraz Carl wiedział, że to nie prawda. Kiedy szedł tak korytarzem poczuł rękę na swoim ramieniu. Już miał rzucić zaklęcie, kiedy ktoś szepnął mu do ucha:
- Cicho, to ja Darius. Jak się odezwiesz to on nas usłyszy. Jest na piętrze.
Carl dostał gęsiej skórki. Przeraził go wystraszony głos Mac'Labena, którego znał z ogromnego spokoju.
Już miał się ruszyć, kiedy usłyszał skrzypienie na schodach. Cofnęli się kilka kroków i ciemność zatopiła ich sylwetki. Oreski bał się, że tajemniczy mężczyzna którego widział już raz w domu, usłyszy jego serce, które teraz biło jak oszalałe. Mimo, że był aurorem od kilku lat, nigdy nie umiał pohamować emocji w podobnych sytuacjach. Wiedział, że Darius jest o wiele spokojniejszy, co go zresztą bardzo nie dziwiło, miał w końcu więcej doświadczenia. Usłyszeli jak ktoś powoli schodzi ze schodów. Dźwięki ucichły.
- Nasłuchuje - pomyślał Carl.
Nagle usłyszeli szelest płaszczu tuż koło nich. Serce skoczyło Oreskiemu do gardła. Człowiek z różdżką stał kilka centymetrów od nich, skierowany w stronę pokoju, znajdującego się naprzeciwko nich. Chwilę później doszedł do nich dźwięk otwieranych drzwi i głośny trzask.
Zostali sami...
***
Po kilku minutach Carl i Darius poszli do piwnicy. Zaryglowali drzwi i zeszli po schodach do małego, wilgotnego pomieszczenia. Zapalili świece, znajdujące się na starym, brudnym stole, a następnie usiedli w fotelach. Mac'Laben jednym szybkim ruchem przywołał do siebie dwa piwa kremowe i podał jedno swojemu koledze. Carl przyjął w milczeniu napój i wpatrywał się w Dariusa.
- Kim był ten facet? - spytał wreszcie cicho.
- Nie wiem, ale raczej nie przyszedł do nas napić się herbatki - odpowiedział Mac'Laben z ledwo widocznym uśmieszkiem.
Carl upił trochę kremowego piwa i zaczął rozmyślać o człowieku, który bez wątpienia chciał ich dwóch zabić.
- Musimy poinformować Ministerstwo - odrzekł Oreski do swojego kolegi.
Darius popatrzył na niego wesołym wzrokiem. Upił łyk z butelki kremowego piwa i odpowiedział:
- Oczywiście, ale chyba musimy poczekać do rana, prawda? Nie sądzę, żebyśmy kogoś zastali o tej porze w Ministerstwie. - powiedział i wstał,
rozprostowując ciało.
Ziewnął głośno i poszedł położyć się na niewielkim łóżku.
- Wybacz mój przyjacielu, ale muszę się odrobinę zdrzemnąć. To wszystko co się dziś wydarzyło... jestem wyczerpany... Jeśli też czujesz się zmęczony, drugie łóżko jest na przeciwko drzwi.
Mac'Laben położył się wygodnie i już po kilku minutach słychać było głośne chrapanie. Jednak Carl nie mógł zasnąć, przez chwilę wydawało mu się, że słyszy jak ktoś chodzi cicho po domu, jednak uznał, że to wyobraźnia płata mu figla. Przekręcił się na bok.
Po godzinie leżenia na łóżku, auror dał za wygraną i pogrążył się w głębokim śnie.
Oreskiemu śnił się wielki dom. Podobny do jego kamienicy...
***
- Jak idzie namierzanie obiektu? - w okrągłym, małym pomieszczeniu rozległ się ochrypły, niski głos.
Czarodziej, który właśnie przemówił, stał tyłem do zamaskowanego człowieka. Wpatrywał się przez okno, z którego leniwie sączyły się promienie księżyca. W pokoju nie znajdowało się nic, prócz 2 krzeseł i wielkiego okna.
- Świetnie, mój panie... w ciągu kilku dni planuję unieszkodliwić obiekt... przepraszam za zwłokę, miałem wcześniej małe probl...
- Nic się nie stało. Jeżeli jesteś już blisko celu, ten mały incydent możemy puścić w niepamięć. - przerwał mu mały czarodziej, nadal stojąc do niego tyłem.
- Ohh, dziękuje mistrzu... czy... czy mogę już iść? - zamaskowany człowiek spytał się z nutką strachu w głosie.
Księżyc zaszył się w chmurach. Czarodziej postanowił się odwrócić i odpowiedział:
- Jednak... czy jesteś pewny że mu podołasz? Dowiedziałem się, że obiekt posiada niespotykaną siłę.
Jego czujne oczy omiotły postać zatopioną w mroku.
- ... mistrzu, pozwolisz mi nie odpowiedzieć na to pytanie... otóż jestem pewny, że obiekt będzie miał naprawdę spore trudności, jeśli rzeczywiście posiada te niespotykane moce... jeśli jest w ogóle posiada...
- Taaak... wierzę w ciebie, nie zawiedź mnie!
Starszy człowiek ponownie odwrócił się w kierunku wychodzącego zza chmur księżyca, i skinieniem ręki dał pozwolenie odejścia.
Zamaskowany czarodziej klęknął.
- Dziękuje panie, idę rozpocząć przygotowania do mojej misji....
Powiedziawszy to, mężczyzna wstał i wyszedł, zostawiając postać samą...
|
 |