 |
Rozdział 5
Ukryci w cieniu
Przed kwaterą główną Bractwa rozciągała się pustka. Spękana ziemia w okolicy budynku i pochmurne niebo, unoszące się nad tą budowlą, napawało grozą każdego, kto zapuszczał się w te tereny.
Członkowie Bractwa, Iluminatorzy, zabezpieczyli teren przed zaawansowanymi czarami szpiegującymi oraz mugolami. Każdy niemagiczny osobnik, lub czarodziej, w którym przeważała krew mugolska, ginął po przekroczeniu magicznej bariery, otaczającej budynek. Kwatera Bractwa wyglądem przypominała mały mugolski blok. Ze względu bezpieczeństwa, budowla nie posiadała żadnych okien.
Jedyne, co odróżniało siedzibę Iluminatorów od skały, były masywne drzwi, przy których stało dwóch czarodziei w czarnych szatach. Mieli oni na głowie zarzucone kaptury, które zakrywały im twarz, jednak oni doskonale widzieli otoczenie. Zawsze uzbrojeni byli w różdżki, i dzięki potężnej czarnej magii rzuconej na nich, nie musieli zasypiać. Strażnicy nie wiedzieli jednak, że brak potrzeby snu sprawia, że powoli niszczą swoje ciała od środka...
Jeden z Iluminatorów, Claver, szedł właśnie w kierunku Kwatery Głównej. Jego długa, czarna szata powiewała na wietrze, a on sam nie był w najlepszym humorze. Ostatnio prawie zawiódł i nie wykonał powierzonej mu misji. Jako że jego autorytet w Bractwie był dosyć wysoki, nie mógł sobie pozwolić na zawalenie tak ważnego zadania. Przeszedł bez problemu przez niewidzialną barierę i ruszył w kierunku strażników.
- Różdżkę proszę - powiedział twardo strażnik z lewej strony Clavera.
Iluminator podał mu różdżkę. Zawsze denerwowała go ta nudna procedura, jednak wiedział, że to z powodu podniesienia bezpieczeństwa, które nastąpiło po próbie włamania się do Bractwa. Na każdą wzmiankę o tym wydarzeniu, zawsze wybuchał głośnym śmiechem. Nikt o zdrowych zmysłach, nie będący członkiem stowarzyszenia, nie ośmieliłby wtargnąć do Kwatery.
- Jednak są na świecie idioci - pomyślał i uśmiechnął się.
Kilka chwil później oddali mu różdżkę i pozwolili przejść.
Claver otworzył potężne drzwi i wszedł do środka. Za pierwszym razem, kiedy zwerbowany do szeregów jednej z najbardziej niebezpiecznych organizacji, wnętrze Kwatery Głównej Bractwa, wywarło na nim ogromne wrażenie.
Ściany budynku były wykonane z bardzo dobrego jakościowego ciemnego drewna, a podłoga pokryta czarną matą. Tym, co sprawiło że kiedyś Claver przecierał oczy ze zdumienia, była konstrukcja wnętrza. W środku, budynek przypominał wielką wieżę ze schodami, które ciągnęły się od lochów, po najwyżej położone biura Iluminatorów. Każde wejście do danego biura, było przylepione do owalnej ściany, jednak gdy ktoś chciał wejść lub wyjść przez drzwi, automatycznie schodki układały się w drogę. Do tego Wieża, jak mieli zwyczaj zwać ją Iluminatorzy, nieustannie obracała się sprawiając, że nowym członkom (od 10 lat nie przyjęto nikogo nowego, spowodowane zbyt dużym niebezpieczeństwem), robiło się słabo. Nie inaczej było z nim, jednak on przetrzymał to, i nie skończył w toalecie. Claver potępiał politykę Bractwa, uważał że robi z siebie drugie Ministerstwo Magii, że Iluminatorów powinno być mniej, a nie tylu, że istniała możliwość posiadania wtyki z Ministerstwa.
Jednak musiał się z tym pogodzić i tak jak zawsze iść do swojego biura, mieszczącego się na parterze (za co dziękował Bogu, nienawidził chodzić po tych przeklętych schodach).
W Bractwie jak zawsze było cicho. Mimo że członków było około trzydziestu, nigdy w Kwaterze nie panował hałas. Rzadko można było spotkać kogoś na korytarzu, większość wykonywała misje, lub odpoczywała w swoich pokojach.
- Witaj! - powiedział pogodnie jakiś Iluminator trzymający w ręce grubą książkę.
Claver omiótł go chłodnym spojrzeniem. I udał się do swojego pokoju.
Pomieszczenie było urządzone bardzo skromnie. Na całe wnętrze składała się stara szafa, biurko i łóżko. Iluminator rzadko przebywał w tym
miejscu, dlatego nie przywiązywał szczególnej wagi do wystroju swojej posiadłości. Usiadł na krześle i przymknął oczy.
Nie dane mu było odpocząć dłużej niż kilka sekund. Drzwi otworzyły się cicho i do pokoju wszedł wysoki czarodziej z kapturem na głowie.
Zaskoczony Claver wstał i podszedł do jednego z Iluminatorów. Ten wręczył mu zwitek papieru mówiąc:
- Mistrz przed chwilą poinformował nas o zmianie planu. Twoim najwyższym priorytetem jest teraz wykonanie misji którą ON ci zlecił.
To, co jest na tym zwoju, widoczne jest tylko dla twojej osoby. Nie wiem, o co chodzi, jednak lepiej robić to, co każe. - mężczyzna wyszedł, zostawiając Iluminatora samego, z karteczką w ręku.
Kiedy Claver doszedł do siebie po tej nagłej wizycie, nie miał pojęcia, co takiego mogło się wydarzyć, by zostawić na razie swoją misję.
Rozwinął rulonik i przeczytał jego zawartość. Nie wiedział co to miało znaczyć, jednak nie śmiał sprzeciwić się swojemu panu. Założył swój płaszcz, upewnił się że ma różdżkę i opuścił swój pokój...
Na karteczce, pochyłym pismem było napisane:
"Zabij Carla Oreskiego i Dariusa Mac'Labena."
***
Matius Tor szedł jedną z pustych Londyńskich ulic. Zmierzał na ulicę Pokątną, by porozmawiać z pewnym człowiekiem, który mógłby mu pomóc.
Nie zastanawiając się długo, wszedł cicho do Dziurawego Kotła. Oszołomił zaskoczonego barmana i poszedł dalej. Miał szczęście, że nie było nikogo innego w knajpie... nie był pewny, czy powstrzymałby się od zamordowania kilku osób więcej. Uwielbiał patrzeć na ich przerażone twarze i słuchać błagania o litość. Jednak musiał spotkać się z osobą, która może mu niewątpliwie bardzo pomóc, więc szybko stanął przed ścianą odgradzającą świat mugoli, od Ulicy Pokątnej.
- Która to już była ta cholerna cegła... zapomniałem, dawno tutaj nie byłem... - powiedział cicho i zaczął myśleć.
Tor był średniego wzrostu mężczyzną z widocznymi oznakami łysizny, co wcale mu się
nie podobało. Jako że należał to jednych z najbardziej zdolnych czarodziei, sprytnie zatuszował swoją rysę na wyglądzie, przy okazji odmładzając się nieco. Wielu czarodziei bało się stanąć w bezpośrednim pojedynku z Matiusem. Znał wiele czarów, które uśmiercały na wiele sposobów albo pomagały mu przeżyć.
Kiedy 39 lat temu zaczął studiować w Hogwarcie, nikt z nauczycieli nie wiedział, że będzie jednym z najlepszych uczniów w szkole. Tor nie cieszył się jednak zbyt dobrą opinią. Kilka razy zdarzyło się, że słyszał o podobieństwie do niejakiego Toma Riddla, jednak nigdy nie spotkał się z tą osobą osobiście. Podejrzewał że ta osoba dawno już nie żyje, więc dał sobie z tym spokój.
Do dziś zapadło mu w pamięci wydarzenie, przez które na siódmym roku w Hogwarcie wyrzucono go ze szkoły. Kiedy stary już gajowy i nauczyciel, Hagrid, umarł, grono nauczycielskie postanowiło pochować go koło osoby którą za życia bardzo kochał. Był nim Albus Dumbledore.
Jako że Tor nie za bardzo przepadał za starym gajowym, uznał, że zabawne będzie podpalenie jego grobu podczas uroczystości. Jednak Matius przesadził z siłą czaru, co sprawiło że grób spalił się tak, że ze szczątków nauczyciela pozostał sam proch.
Nie mógł zapomnieć tej chwili, kiedy nauczyciele, zdenerwowani i okropnie oburzeni wyrzucili go ze szkoły. To wtedy postanowił przyłączyć się do Bractwa i zostać Iluminatorem. Teraz już wiedział, że dobrze wybrał i wcale tego nie żałował...
- Dobrze, to chyba będzie ta... - mruknął i stuknął różdżką w cegłę.
Po chwili, w ścianie uformowało się przejście, które prowadziło na ulicę Pokątną. Matius przeszedł szybko przez otwór i zaczął szybko mijać zamknięte sklepy. Jako że była noc, nie zdziwił go za bardzo ten widok. Po chwili skręcił w prawo. Szedł ulicą Śmiertelnego Nokturnu, gdzie miał nadzieje znaleźć jednego ze swoich dawnych kolegów, jeszcze za czasów uczęszczania do Hogwartu.
W pewnym momencie zaczepiła go czarownica o wyglądzie mopsa w okularach. Wyjął szybko nóż, przytknął zdziwionej czarownicy do piersi.
- Pomódl się... - powiedział cicho a jego oczy zapłonęły rządzą mordu.
Jędza pobladła i wpatrywała się głucho w Matiusa. Miał dziwne wrażenie, że jest obserwowany, jednak nie dał tego po sobie poznać.
- Nie? A więc...
Czarownica wypuściła blachę na której miała towar. Upadła na kolana i powiedziała:
- Błagam! Daruj mi życie! Błagam! - krzyczała w napadzie strachu.
Tor nie znosił tego typu zachowań. Albo walczy, albo śmierć. Wiedział, że czarownica nawet nie myśli o pojedynku... skróci więc jej nędzny żywot:
- Avada Kedavra! - mruknął.
Przez chwilę zabłysło zielone światło, rozświetlając wąską uliczkę. Wtedy, przez ułamek sekundy, Matius ujrzał ukrytą w cieniu postać, która wyjmowała szybko różdżkę. Okręcił się na pięcie i krzyknął, machając różdżką:
- Eviratesure!
Z różdżki Tora wyleciały grube liny, które oplotły tajemniczą osobę, która po chwili zawisła do góry nogami. Zaskoczony osobnik upuścił różdżkę, która cicho upadła na podłogę. Matius podszedł powoli jego kierunku. Tor zauważył że osoba wijąca się w linach, jest mężczyzną, jednak młodym, i jak wywnioskował Iluminator, bardzo niedoświadczonym.
- No, no, no, kogo my tu mamy... Młody aurorek? Co taki słodki chłopczyk jak ty robi na takiej ulicy? Widzisz, na kogo może trafić. - powiedział powoli.
- Jesteś w trochę niewygodnej sytuacji, co? Nie możesz ujrzeć ani mojej twarzy, ani nic, poza moimi butami, które... można by było trochę wyczyścić... - kontynuował. Podniósł jedną nogę, i wytarł but o włosy aurora. To samo zrobił z drugą nogą.
- No... teraz błyszczą... czego nie można powiedzieć o twojej głowie... zaraz zobaczymy kim jesteś... - mruknął i wycelował w mężczyznę różdżką.
- Legilimens! - krzyknął ponownie. Ujrzał wiele migoczących scen w Ministerstwie Magii, w domu wraz z żoną i z córką, na peronie 9 i 3/4...
Stop. Obrazy znikły. Popatrzył się na wiszącego do góry nogami aurora i jednym machnięciem różdżki sprawił, że mężczyzna patrzył mu
prosto w twarz. Oczy chłopaka wyrażały spokój, jednak Tor wiedział że to tylko gra. Jego ciało okropnie się pociło i przybrało odcień zieleni. Zauważył, że faktycznie auror jest bardzo młody i doszedł do wniosku, że został nim (aurorem) niedawno. Więc... musiał się na mnie natknąć przypadkiem, jednak nie mogę tego zostawić tak sobie...
- Słuchaj... zaraz cię zabiję... chcesz tego? - powiedział spokojnie. Machnął różdżką sprawiając że lina uniemożliwiająca mówić, spadła na ziemie. Auror przełknął ślinę i powiedział drżącym, ale pewnym głosem.
- Walcz ze mną w pojedynku, wolę umrzeć z honorem... - odpowiedział wpatrując się bez cienia strachu w Matiusa.
- Takiej odpowiedzi się nie spodziewałem. Masz! - klasnął w dłonie. Liny oplatające mężczyznę zniknęły. Tor pozwolił podnieść mu różdżkę.
Kątem oka zauważyli, że zasłony okien lekko się uchyliły. Matius odszedł kilka kroków pozwalając to samo zrobić aurorowi.
- A więc, młody aurorze, zaczynamy pojedynek! - krzyknął i wystrzelił w górę snop białych iskier.
Obydwaj wiedzieli, że ktoś z tego pojedynku nie wyjdzie żywy...
***
Eryn Kein, zastępca szefa aurorów siedział w swoim gabinecie, pochłonięty papierkową robotą. Gdy był dzieckiem marzył o zostaniu aurorem, jednak nie wiedział wtedy, że zastępcy szefów, jak i sam szef, muszą ślęczeć nad przeraźliwie nudnymi papierami służbowymi.
No cóż, taka praca... dobrze chociaż, że mi nieźle płacą...- pomyślał.
Jego wzrok napotkał szklankę Whisky, stojącą na pięknym, mosiężnym stole. W przeciwieństwie do Ministra Magii, czarodziej pracował w naprawdę dobrze urządzonym gabinecie. Każdy, kto po raz pierwszy wchodził do tego gabinetu, zazdrościł Keinowi takiego miejsca pracy.
Jednak zastępca szefa aurorów wcale nie czuł się tu komfortowo.
Co z tego, że mam świetnie urządzony gabinet, jeśli nie mogę się nim nacieszyć? W kółko ta przeklęta papierkowa robota...- rozmyślając nad swoim losem, Eryn
nalał sobie trochę trunku. Lubił się napić, jednak nigdy nie nalewał więcej, niż dwa kieliszki. Nie chciał stracić kontroli nad swoim ciałem, co według niego, jest oznaką słabości i poniżeniem.
Omiótł wzrokiem swój gabinet. Szafy, wykonane z najlepszej jakości drewna, pękały od ilości materiałów, mosiężne biurko uginało się pod stertą papierów które Kein musiał wypełnić, a chyba najmniej obciążonym elementem wnętrza była komoda z trunkami.
Ściany były pokryte drewnianą boazerią, a na lśniącej podłodze leżał piękny, puszysty dywan w kształcie niedźwiedzia polarnego, który ryczał, gdy ktoś niechcący nadepnął mu na głowę.
Sam zastępca był człowiekiem o potężnej budowie, długich, czarnych włosach i szarych oczach. Każdy, kto w nie spoglądał, czuł szacunek do tego człowieka. Wielu podziwiało go bardziej niż kogokolwiek, a krążyły plotki, jakoby to Eryn Kein specjalnie nie przyjął posady szefa aurorów. Była to prawda.
Kein nie lubił rozgłosu, wolał pozostać z boku i w ukryciu obserwować sytuację. Był czarodziejem małomównym, ważącym każde swoje słowo. Nie miał rodziny. W wieku 12 lat na jego oczach zostali zamordowani jego rodzicie. Wszyscy w ministerstwie wiedzieli o tym, jednak nikt nie śmiał wspomnieć ani słowa o ukochanych aurora. Za każdym razem kiedy przypominał sobie te chwile i twarz człowieka, który zabił jego matkę i ojca, czuł niepohamowany gniew. Eryn miał jednak zdolności magiczne o wiele bardziej rozwinięte niż zwykli czarodzieje. Odkrył swoje zdolności jeszcze przed śmiercią rodziców, i postanowił je rozwijać, stając się coraz potężniejszy. Sam Kein nigdy jeszcze nie użył tych umiejętności w obecności żadnego człowieka.
Gdy spokojnie sączył Whisky ze swojego kieliszka, coś dużego wleciało do jego gabinetu. Od razu poznał, że to orzeł. Ptak miał czarne upierzenie i krwisto czerwone oczy. Wylądował na klatce sowy Eryna i wystawił nogę. Jednak auror nadał stał. Dobrze wiedział, co oznacza przysłanie czarnego orła. Ptak wysyłany był tylko bardzo ważną wiadomością, która musiała zostać dostarczona natychmiastowo. Podszedł szybko do niego i odwiązał kopertę z czterema pieczęciami. Rozdarł ją szybko, i przeczytał wiadomość:
1:12 (noc) - zaatakowanie aurora Carla Oreskiego.
Miejsce: dom Carla Oreskiego, ul. Beryndii Evan
1:16 (noc) - zaatakowanie aurora Dariusa Mac'Labena.
Miejsce: dom Dariusa Mac'Labena, ul. Świętej Kordylli 16
6:57 (rano) - śmierć aurorki Liberty Snith.
Miejsce: ogródek Liberty Snith, ul. Karkudiusza 23 i 1/3
8:21 (rano) - śmierć aurora Gindeliusza Blackberrego.
Miejsce: dom Gindeliusza Blackberrego ul. Yeti 1
Eryn rozwinął listę, ukazującą jeszcze 20 innych morderstw. Jedno przykuło jego uwagę.
Dwaj pierwsi zaatakowani... no właśnie... ZAATAKOWANI... czyli żyją! A więc musieli uciec... Jednak, co... tu... się do cholery dzieje?!'
Blady, popatrzył na listę i nie mógł uwierzyć własnym oczom... tylu ludzi, tylu ludzi zginęło przez jakichś pieprzonych drani!
Musiał coś z tym zrobić, odwrócił się i ruszył w stronę drzwi. Zatrzymał się. Przed nim stał wysoki czarodziej z twarzą zasłoniętą kapturem.
- Witam pana, widzę że lista jednak dotarła. Ale to ministerstwo szybko działa!- powiedział, z nutką wesołości w głosie.
Kein patrzył na niego, wiedząc, że ma do czynienia z czarodziejem wysokiej rangi. Jednak nie odezwał się, czekał, aż postać powie coś więcej.
Zamaskowany człowiek, jakby czytając w jego myślach, powiedział:
- A tak, proszę mi wybaczyć to niekulturalne zachowanie. Nazywam się Tyrus Leed i pracowałem nad dostaniem się do pana od wielu miesięcy.
//Od autora: jest to ostatni rozdział, w którym było więcej informacji niż akcji. Wszystkie początkowe wątki są zaczęte, kolejne rozdziały będą pełne akcji i zaskakujących zwrotów akcji. To nie żadne czcze gadanie =] Tak jest i jeszcze się o tym przekonacie >XD! Kiedy? Nie długo =] //
|
 |