 |
Nienajlepiej sprawa wyglądała również na południowej części boiska. Boyd skutecznie zablokował drogę ucieczki od zachodu, żadne z Gryfonów zresztą nie mogło go zwalić z miotły ze względu na wzrost. Burn i Prosky, korzystając ze zdezorientowania przeciwników rzucali uroki z dystansu, podczas gdy grubas Goyle przyczaił się z tłuczkiem pod trybunem.
- Protego! - krzyknął Ron, odbijając paraliżujące zaklęcie Boyda.
Ginny skutecznie odpędzała się od Burna, atakującego z tyłu.
- Za tobą! - krzyknęła do Rona.
- Crucio! - wrzasnął Boyd.
Fioletowy promień trafił rudzielca w lewy bok.
Ron zaryczał z bólu jak ranny byk.
- Expelliarmus! - krzyknęła Demelza. Jej zaklęcie odrzuciło Burn'a na wiele metrów w tył, omal nie zwalając z miotły. Ale Ślizgoni byli twardzi. Zaklęcia rozbrajające tylko chwilowo ich powstrzymywały.
Ginny poczuła nie opisany gniew,. Oczy zapłonęły jej jak dwa ogniki. Nikt nie będzie gnębił jej brata! Wykonała szybki zwód na miotle, podleciała bokiem do gotującego się na kolejny strzał Boyda. Wycelowała różdżkę i wyszeptała cicho jakieś słowo.
Z różdżki wydobył się przeźroczysty promień. W sekundę później Boyd spojrzał w tę stronę i wrzasnął jak opętany. Zawrócił miotłę i pognał pędem w dół, nie zważając na walczących, goniony przez niewidzialną dla innych zjawę.
- Dobra robota, Ginny. Naprawdę... - zaczął Seamus.
Nie dokończył. Ron, który zatrzymał się w powietrzu, triumfalnie patrząc na wyeliminowanego z gry Boyda, nie zauważył niebezpieczeństwa.
Prosky podleciał do niego bezszelestnie i niezauważenie z prawej strony od tyłu i uniósł różdżkę.
- RON! UWAŻAJ!!!
Seamus zawrócił miotłę i stanął murem przed Ronem, nie zdążywszy się nawet odwrócić. Zaklęcie Prosky'ego trafiło go w plecy.
Seamus zrobił taką minę, jakby go zdziwiło to uderzenie, po czym powoli zsunął się z miotły i runął w dół.
Gryfoni nie byli w stanie wykrztusić słowa. Zduszone okrzyki rozbrzmiały wśród spanikowanych uczniów.
- Przestańcie robić jaja i poddajcie się! - warknął Burn parę metrów nad nimi, przerywając na chwilę ostrzał. - Załatwimy was na dole i skończmy tę gonitwę!
- Nigdy! - warknął nienawistnie Ron. - Jest już cztery na cztery. Jeżeli ktokolwiek tu zginie to wy!
- Jak sobie chcesz, Królu Wieprzleju - syknął drwiąco tamten. - Skoro ci tak spieszno do grobu!
Machnął różdżką jeszcze zanim dokończył zdanie.
Ron rewelacyjnym zwodem ciała umknął przed promieniem. Burn zmienił pozycję.
- Gdzie Harry? - krzyknęła Ginny.
- Tam! Chyba ma kłopoty. Nie pomoże nam! Musimy radzić sobie sami.
Harry umknął przed śmiertelnym zaklęciem Ślizgona niemal w ostatniej chwili. Ten zaraz ponownie strzelił w niego zielonym światłem. Harry naprężył się i wrzasnął:
- PROTEGO!
- Lubisz dobrą zabawę, Głupotter?! - zadrwił Jankovski. - W porządku, dobrej zabawy nigdy dość!
Kolejne jego zaklęcia chybiały jedno po drugim. Dwa Harry odbił, trzech uniknął o włos. Nie podda się! Nie teraz, kiedy jest tak daleko.
Jankovski lewitował naprzeciwko niego, dysząc z wściekłości, próbując otrzeć szatą poranioną twarz.
- Żywotnyś jest, sukinsynu! - warknął. - A myślałem, że spadniesz z miotły jako pierwszy! Zdechniesz, łotrze, a ja będę arcymistrzem, który cię załatwi. Kończmy to. Avada Kedavra!
Urok prawie musnął mu policzek. Harry zawrócił miotłę.
- NA POMOC!!! - krzyknął w stronę trybun.
Niemożliwe, by nie zauważyli, co robi Jankovski. Ale pomoc wciąż nie nadchodziła.
Odwrócił się i krzyknął:
- Rictussembra!
Zaklęcie nawet nie musnęło przeciwnika. Należało wziąć się w garść. Miał zadanie do wykonania. Musiał uratować świat, zniszczyć Voldemorta i Snape'a, stać się bohaterem. nie może dać się zabić jakiemuś obłąkanemu uczniowi.
Odwrócił się ku szaleńcowi. Z całą nienawiścią jaką czuł, wrzasnął zaklęcie. Jankovski uczynił to samo. Obaj wystrzelili jednocześnie.
- GIŃ!!!
Promienie ich zaklęć zderzyły się. Harry nie puszczał. Przypomniał sobie pojedynek z Voldemortem na cmentarzu w czwartej klasie, gdy zginął Cedrik. Teraz było podobnie. Nie podda się.
Promienie ich różdżek zaraz odbiły się od siebie i pomknęły w różnych kierunkach. Niebieski promień Harry'ego wykonał zygzak i jeden obrót, za chwilę trafiając lecącego niżej Goyla. Grubas wrzasnął przeraźliwe, wypuścił z rąk tłuczka, stracił równowagę i zwalił się na dół, przeraźliwie rycząc.
Promień Jankovskiego, zielony, uderzył potężnie w pusty trybun na lewo, robiąc w nim potężną dziurę. Za chwilę wydarzyło się coś przerażającego. Trybun zachwiał się, zadrżał, dał się słyszeć cichy huk. Uczniowie na trybunach wrzasnęli z przestrachem.
Pozostały bieg zdarzeń trwał najwyżej pięć sekund.
Wieża przechyliła się i z ogromnym hukiem i łoskotem runęła na boisko. Tumany piasku, kurzy i trawy zasypały trybuny. Uczniowie z wrzaskiem zerwali się z miejsc i w panice zaczęli opuszczać inne trybuny. Zaraz wykorzystał dezorientację Jankovskiego, oślepionego przez pył, zawrócił i wystrzelił szybko jak puchacz pocztowy do reszty drużyny.
Huk, krzyki przerażonych uczniów i świst zaklęć huczały mu w głowie. Dodatkowo potęgował go ból na karku i głowie, po uderzeniach Ślizgona. Rozejrzał się w dole. Po całym placu biegały setki uczniów i uczennic, jeśli nie tysiące. Widać było tylko uciekające postacie. Trawnik z zielonego stał się szarym. W oddali zauważył wciąż bezwładnego Deana. Nie ruszał się również Goyle. Crabbe czołgał się w panice w stronę namiotów.
Muszą wylądować. Na dole na pewno ktoś im pomoże.
Ale lądowanie nie było łatwe. Boisko pełne było teraz wrzeszczących uczniów i kontrolujących ich nauczycieli, wszyscy uciekali w popłochu. Zawalony trybun leżał pośrodku, tworząc wielką kupę gruzu i żelastwa, zajmując niemal całą szerokość powierzchni boiska.
Harry rozejrzał się ponownie. Kilka osób podbiegło do leżącego nieruchomo Deana, Boyd latał w kółko po boisku, przeraźliwie wrzeszcząc, odpędzając się wciąż od niewidzialnej zjawy. Upiorogacek Ginny okazał się być naprawdę udany. Pozostałych trzech Ślizgonów krążyło jeszcze wysoko nad nimi. Harry dobrze wiedział, że zaraz znów zaatakują. Jankovski nie odpuści im tak łatwo.
Nagle zauważył coś dogodnego na boisku.
- Teraz! - wrzasnął. - Na dół! W nogi!!!
I zanurkował miotłą w dół. Reszta Gryfonów po chwili namysłu zrobiła to samo.
- Na dole nie ośmielą się nas atakować! - krzyknął Harry. - Za dużo tam ludzi.
- Nie byłbym taki pewien - prychnął Ron.
Obejrzał się przez ramię. Trójca Ślizgonów już ich zauważyła i teraz sunęli obok siebie ich śladem. Wyglądali jak trzy rozwścieczone, olbrzymie szerszenie. Za chwilę zaczęli za nimi miotać zaklęcia. Jankovski wydawał im jakieś polecenia.
- SZYBKOOO! - wrzasnął Harry.
Udało im się. Po około minucie szaleńczego lotu dotknęli stopami ziemi. Harry odrzucił miotłę i opadł na kolana, nie zważając na krzyki i uciekających. Pozostali zrobili to samo. Ron dyszał ciężko, jakby się dusił. Seamus pojękiwał, trzymając się za kark, jedynie Ginny wydawała się cała i zdrowa. Pomogła wstać Demelzie, której coś pękło w kostce.
- Co się stało?
- Przez tego brutala ledwie może chodzić - prychnęła Ginny, mierząc wściekłym spojrzeniem Jankovskiego.
Ślizgoni wylądowali nieopodal, uśmiechając się triumfalnie. Nadal mieli wyciągnięte różdżki, ale tak jak przewidział Harry, nie odważyli się ich tu zaatakować. Dookoła pełno było spanikowanych uczniów, Harry'emu wydało się nawet, że dostrzegł Tonks. Miał jednak nieprzyjemne wrażenie, że tamci nie atakują ich tylko dlatego, że nie chcą zbyt dużej liczby świadków. Dlaczego nikt im nie pomagał? O mało ich nie zabili! Cały czas trzymał w pogotowiu różdżkę.
- I co? - spytał Prosky, podlatując w powietrzu bliżej, na metr przed Gryfonami. - Podobał się wam mecz? Takich emocji dawno chyba nie było?
- Chcieliście nas zabić, ty gadzie! - warknął Ron, zaciskając z wściekłości pięści.
- Udawałeś szukającego, bo jesteś rzeczywiście dobry, tymczasem cały czas kontrolowałeś teren i ubezpieczałeś tamtych! - syknął Seamus, masując sobie szyję, dodatkowo rozwścieczony przez upadek i oszałamiacz jaki Prosky na niego rzucił.
- O czym wy mówicie?! To przecież zabawa!
Harry czuł rosnącą wściekłość.
- To dlatego wykopaliście Malfoya z drużyny i upokorzyliście go! - warknął. - Jest wart więcej niż cała wasza czwórka! Po prostu ustaliliście skład drużyny tak, aby nas zaatakować. Skąd znacie czarną magię?
Prosky z politowaniem pokręcił głową.
- Źle z tobą, Potter - stwierdził. - Lepiej idź do skrzydła szpitalnego.
- Pójdziecie do Azkabanu! - krzyknęła Ginny. - Próbowaliście uśmiercić sześć osób. Z Deanem chyba wam się udało!
Jankovski roześmiał się zimno.
- Ty naiwna dziewczyno! - rzekł. - To tylko zabawa. Sport, powiedzmy. Zamiast latać za głupimi piłkami, można latać za ludźmi.
Harry zacisnął do krwi pięści, trzęsąc się z oburzenia. spojrzał w zimne oczy Ślizgona. Prawą część twarzy miał praktycznie zmasakrowaną. Ze skroni i rozbitego łuku brwiowego ciekła mu krew, pod okiem powiększał się siniec. Harry nawet nie wiedział, że włożył tyle siły w to uderzenie. Wyglądało na to, że uszkodził Ślizgonowi oko. Nie przypominał sobie, by kiedykolwiek bardziej znienawidził jakiegoś ucznia od niego.
Ten jednak ocierał się szalikiem, wcale nie wyglądając na rannego.
- A więc polowanie na ludzi, to dla ciebie zabawa?! - wrzasnął Harry. - Zaciągnąłeś się do drużyny i zostałeś kapitanem, by nas zabić?
- A dlaczego, nie? - warknął tamten. - Teraz, kiedy ta afera z Czarnym Panem? Nikt mnie nie podejrzewał. Bo kto się spodziewał ataku na meczu quiddicha? Wiedziałem też, że nikt nie pospieszy wam z pomocą. Sprawdziłem panujące środki ochrony i wiedziałem, że odsiecz dla was nie ma jak nadejść. Nawet aurorzy i sprzymierzeńcy potrafią czasem zbagatelizowac fundamentalne sprawy.
- Dla kogo pracujesz? - syknęła Ginny.
Tamten tylko się roześmiał.
- Mam nadzieję, że będziecie gnić w Azkabanie długie lata... - zaczął Ron.
Za chwilę poczuł mocne uderzenie w bok głowy. Napastnik chwycił go za włosy, podciągnął do tyłu i zadał mocny cios w żołądek. Ron jęknął gardłowo, ostatkiem sił wyrwał dłoń z uścisku i odepchnął od siebie Burn'a. Ślizgon uśmiechnął się tylko i trzasnął go w szczękę.
- Hej! - krzyknął Harry, podrywając się na pomoc.
Nim jednak zdążył zrobić dwa kroki. Straszliwy cios miotły uderzył go w skroń. Poczuł pulsujący ból całej głowy, spotęgowany ranami po uderzeniach i blizną. Jankovski wykonał obrót i kopnął go zamaszyście w brzuch. Końcem miotły poprawił raz jeszcze, waląc w kark. Eksplozja bólu ogarnęła całe ciało Harry'ego.
- Harry, nie daj...! - wrzasnął Seamus.
Niestety nie zdążył pospieszyć na pomoc. Prosky, idąc za przykładem kolegów, rąbnął go, podcinając nogi, nastepnie drugi raz z doskoku w tył głowy. Seamus stracił przytomność.
Jankovski roześmiał się serdecznie.
- Co za mięczaki...
Gromada uczniów nadal spanikowana przez wywrócony trybun nawet na nich nie patrzyła, biegnąc w stronę błoni i zamku. Nikt nie spieszył im z pomocą.
Teraz juz tylko Ginny i Demelza pozostały na nogach. Nie opuściły różdżek, ale żadna nie rzuciła zaklęcia. Boyd już mierzył w nie od tyłu ze swojej różdżki.
Teraz juz tylko Ginny i Demelza pozostały na nogach. Nie opuściły różdżek, ale żadna nie rzuciła zaklęcia. Boyd już mierzył w nie od tyłu ze swojej różdżki.
- Co robimy z tymi dwoma panienkami? - zapytał.
- To inna bajka - odparł Jankovski. - Z dziewczynami zawsze jest więcej zabawy. Je mieliśmy oszczędzić. Ale tych trzech trzeba wykończyć. Potter jest mój... - Wycelował różdżką w leżącego Harry'ego.
- Crucio!
Harry jęknął, zwinął się, i poturlał na bok, umykając przed ciosami.
- Dranie! - syknęła Ginny. - Mugolska przemoc sprawia wam przyjemność?!
- Ty jej nie doświadczysz, rudowłosa - prychnął Boyd.
- Taak - szepnął Jankovski zbliżając się do dziewczyn. - Ból stosuje się jedynie wobec najbardziej opornych...
Dotknął policzka Demelzy, następnie jej szaty, uśmiechając się z nagłym pożądaniem. Zupełnie niedostrzegalnie wsunął jej do kieszeni zmięty pergamin. Demelza zdawała się tego nie dostrzegać. Następnie przeniósł dłoń na Ginny, niebezpiecznie zbliżając do niej swą twarz.
- Zarówno tobie jak i Ginny odmówić nie można urody... - zaczął. - Gdybyście były rozsądne... Was nie mamy zamiaru zabijać.
Za ich plecami zjawil się nagle Prosky. Równie niedostrzegalnie wsunął pergamin z kolei do kieszeni Ginny.
- Łapy precz od mojej siostry!!! - wrzasnął Ron. Tamci go zlekceważyli.
Wierzgnął nogami na ziemi jak źrebak i, usiłując ze wszystkich sił pokonać ból, podniósł się, zakradając od tyłu do Burn'a. Ale Ślizgon był czujny. Za chwilę odwrócił się i z całej siły walnął go w bok głowy. Rudzielec zwalił się na trawnik. Burn doskoczył i zaraz spadł na niego całym ciałem, chwytając za gardło.
- Żegnaj, Weasley - warknął mściwie, wymuszając na sobie uśmiech.
- Co za pajac! - prychnął Prosky.
Ron naprężył się, czując, że się dusi. Nie, nie może umrzeć. Dla Harry'ego, dla Hermiony, dla... Luny, dla świata. Wykorzystując cały swój potencjał zatopił zęby w dłoni Boyda. Chłopak ryknął z bólu, natychmiast puszczając jego szyję. Ron podniósł się wymierzył mu zdecydowany cios pięścią nos. Ślizgon zaryczał jeszcze przeciąglej. Czuł satysfakcję jego bólem.
Trzymając się za zakrwawiony nos, Boyd wyciągnął różdżkę i wycelował w Ron'a.
- Avada...
- DRĘTWOTA!!!
Ogarnięte chaosem boisko przebił mocny, groźny krzyk. Dziewczęcy krzyk. Obok Rona pojawiła się nagle nie wiadomo skąd Hermiona. Trzymała przed sobą uniesioną różdżkę. Oczy płonęły jej prawie piekielnym ogniem. Dyszała ciężko.
Jej zaklęcie odrzuciło Burn'a na parę metrów w tył, wykonało nim fikołka i rozciągnęło bezwładnie na murawie.
Pozostali zwrócili na nią spojrzenia.
- Hermiona Granger! - zawołał Jankovski. - Nasza droga mistrzyni! Zobaczymy, co potrafisz!
Strzelił w nią błyskawicznym oszałamiaczem, który bez problemu odbiła. Uchylając się przed dalszym naporem uniosła różdżkę i krzyknęła:
- CRUCIO!
Trafiła bezbłędnie. Jankovski ryknął jak ranny jeleń, czując na sobie ocean bólu. Trzymał się za prawą część twarzy. Najwyraźniej Cruciatus Hermiony dodatkowo wzmocnił ból.
Od strony trybun biegła już pomoc. Profesor McGonagall, Lupin i aurorzy, wszyscy z różdżkami. Oszołomiony bólem Harry odetchnął z ulgą.
Prosky dyskretnie oddalił się w stronę namiotów. Boyd wymierzył różdżkę w Ginny.
- PETRIFICUS TOTALUS! - krzyknęła McGonagall, podbiegając do nich.
Boyd znieruchomiał w połowie wykonywania ruchu. Na jego skamieniałej, zesztywniałej twarzy zastygł grymas bólu. Padł do tyłu.
- Potter! Słyszysz mnie?! Potter!
McGonagall przyskoczyła do obolałego Harry'ego. Aurorzy już otaczali teren. Ciężko ranny Ron zdołał podnieść się na klęczki
Ten powoli otworzył oczy.
- Już po wszystkim Harry, już po nich.
Hermiona łagodnie położyła dłoń na jego głowie.
Uśmiechnął się do niej. Przeniósł obolałe oczy na McGonagall, pobladłą ze strachu.
- Pani... profesor... dlaczego... tak późno?
- Nie mogliśmy przybyć wcześniej Harry - rzekł Lupin, który cucił właśnie Seamusa. - Te łotry rzuciły zaklęcie osłaniające na całe boisko. Widzieliśmy co się dzieje, ale nie mogliśmy wybiec. Rzucanie zaklęć z trybun było zbyt ryzykowne. Oni nie są od Voldemorta. Musieli działać sami.
Harry zacisnął powieki, przełamując kolejny paroksyzm bólu.
- Chcieli... nas zabić.
- Wiem, ale już po wszystkim, byliście bardzo dzielni.
Niestety wcale nie było po wszystkim. Jankovski tylko udawał oszołomionego rwącym bólem twarzy. Gdy tylko podeszli do niego aurorzy, rzucił się do przodu i chwycił za włosy Demelzę, przykładając jej różdżkę do czoła.
- Dobra, nie ruszać się! - wrzasnął. - Podejdźcie tu, a rozwalę ją.
Wszystkie pobliskie osoby patrzyły na to jak zamurowane.
Lupin i McGonagall nie opuścili różdżek. Harry'emu miomo wysiłków nie udawało się podnieść. Kark i głowa rwały go niemiłosiernym bólem.
- Rzuć różdżkę i wypuść ją! - warknął Lupin. - Nie masz dokąd uciec!
- Czyżby? - zadrwił Jankovski. - Ja to wszystko wymyśliłem, ja to zakończę, nie dam się zamknąć w Azkabanie. Żadnych Czarnych Panów, żadnych śmierciożerców, żadnych wojen, tylko my! Łowcy ludzi. Takiego zagrożenia nawet sam Dumbledore by nie przywidział!
Powoli cofał się do lasu.
Kątem oka zauważyli biegnącą samotnie postać. Jasnowłosą dziewczynę. Luna.
Stanęła bezpośrednio przy Ślizgonie i Demelzie.
- Wypuść ją! - powiedziała zupełnie spokojnie. - Wypuść ją i weź mnie!
Jankovski zwrócił na nią swe spojrzenie.
- Panno Lovegood, nie! - krzyknęła McGonagall.
Luna nie zwróciła nia nią uwagi.
- Wziąć ciebie? - wycedził Ślizgon.
- Wiem więcej. O GD i o wszystkim...
Jankovski zaśmiał się.
- Skąd wiesz, czego chcę?
- Bierz i nie dyskutuj.
- Dobra, spryciaro.
Ignorując wycelowane w siebie różdżki aurorów, Jankovski przysunął się do niej.
C.D.N. spieszę się!
|
 |