 |
FF, który w zasadzie dopiero powstaje choć ma już kilka gotowych części. Długi, ale podobno warty przeczytania. Publikowany również na www.przysiega-wieczysta.mylog.pl, choć rozważam skasowanie ze względu na problemy owego serwisu blogowego.
Cz. 1 "A więc tam ukrywasz wszystkie swoje sekrety?"
Brązowowłosa dziewczyna stała przy oknie w swoim pokoju, w domu zbudowanym przy ulicy Privet Drive, w Little Whining. Jej piwne oczy skierowane były na bawiące się na placu dzieci. Twarz, otoczoną średniej długości włosami, ozdabiały dwa wyraźne rumieńce, które pojawiały się z każdym napadem wściekłości. Puste spojrzenie wyjawiało, że jej myśli błądzą zupełnie gdzie indziej. Z zamyślenia wyrwał ją mały chłopiec, który wpadł na ich trawnik żeby zabrać piłkę, ale coś przykuło jego uwagę. Stał i wpatrywał się w mosiężną 12 na nieskazitelnie białej ścianie domu. Dziewczyna uśmiechnęła się w duchu. Trzy lata temu wymalowała kwiatki wodoodpornymi flamastrami na numerze domu. Oczywiście matka była wściekła. "Co mnie obchodzą kwiatki?! Mogłaś spaść z tej drabiny!!! Jest niestabilna!", krzyczała, kiedy odkryła córkę stojącą na wysokiej drabinie w ogródku.
- Tu naprawdę są namalowane kwiatki!!! - krzyknął chłopiec do czekających na niego kolegów i puścił się biegiem z powrotem na plac zabaw. Dziewczyna omiotła spojrzeniem równo przystrzyżony trawnik i z odrazą spojrzała na niemal identyczne domy stojące wzdłuż Privet Drive.
- Lena, jesteś głodna? - usłyszała dobiegający zza zamkniętych drzwi głos matki.
- Nie - odburknęła dziewczyna obracając się gwałtownie i przenosząc wzrok na klamkę drzwi. "Wejdzie czy nie?", zastanawiała się. Po chwili usłyszała jak matka odchodzi od drzwi. Odetchnęła z ulgą. Omiotła spojrzeniem pokój jakby sprawdzała czy wszystko jest na swoim miejscu. Znów utkwiła spojrzenie w klamce jakby czekała, aż ta drgnie. Nic się nie stało. Lena zaczęła powoli przesuwać wzrok po pokoju zawieszając go kolejno na różnych przedmiotach. Tak, więc zerknęła na łóżko przykryte granatową pościelą, zeszyt ukryty w szczelinie między łóżkiem, a biurkiem, szklaną kulę z pływającą w niej czarną rybką i klatkę ze śpiącym łaciatym szczurem. Uśmiechnęła się lekko i podeszła do klatki otwierając małe, druciane drzwiczki. Włożyła dłoń do środka i wyciągnęła zaspane stworzonko. Przysiadła obok klatki trzymając na rękach łaciatą kulę, która powoli otwierała oczy. Po chwili zwierzątko straciło ochotę do snu, wysunęło się z rąk Leny i zaczęło biegać po pokoju. Dorwało się do zeszytu ukrytego w szczelinie i zatopiło w nim swoje ostre ząbki.
- Tweaty! - krzyknęła z rozpaczą dziewczyna i rzuciła się by odciągnąć zwierzę od i tak już zniszczonego zeszytu. Szczur zaprzestał skrobania okładki i biegiem puścił się do otwartej klatki. Lena wyciągnęła zeszyt z dziury. Obejrzała go dokładnie. Tweaty nie zniszczył go zbytnio. Zeszyt miał grubą i czarną oprawę wyglądającą na skórzaną. Kartki były lekko pożółkłe. Z boku było duże metalowe zamknięcie. Dziewczyna pogładziła dłonią okładkę, na której złotymi literami napisane było "Pamiętnik Leny Eliot" i głośno prychnęła. Pamiętnik otrzymała od ojca na dziesiąte urodziny. Wręczając jej go powiedział "To magiczna rzecz. Kiedy długopis dotknie kartki, a ty uwierzysz w tą magię...Zresztą, sama zobaczysz". Tak więc Lena nigdy nie dowiedziała się co się stanie, kiedy długopis dotknie kartki, a ona uwierzy w tą magię. Nie napisała w nim nic, a od jego otrzymania minęło już siedem lat. Od tych siedmiu lat mieszkała tylko z matką. Ojciec zostawił je krótko po dziesiątych urodzinach Leny. Dziewczyna nie jednokrotnie trzymała go w dłoniach. Za każdym razem odkładała go jednak na miejsce. Nie chciała pisać o bzdurach. Nie zależało jej na utrwalaniu na kartkach żalu, jaki sprawiło jej odejście ojca i jaki sprawiają jej koleżanki w szkole. W zasadzie nie tylko koleżanki. Lena była zawsze, jak to mówili o niej w szkole, lekko stuknięta. Sama Lena mówiła tak o sobie. Zawsze czuła, że jest inna niż ta cała banda. Ta inność napawała ją chwilami swego rodzaju nadzieją, na coś, co odmieni jej życie. Nie wiedziała jeszcze, czy to będzie coś dobrego, czy złego, ale bardzo chciała zmian. Czasami walczyła z tą myślą, ale nie pomagały jej w tym ciągłe kłótnie z matką. Dziewczyna wróciła do okna. Dzieci, które bawiły się na placu najwyraźniej poszły do domu. Lena próbowała usilnie zapanować nad złością, która wypełniała ją teraz od stóp po czubek głowy. Godzinę wcześniej pokłóciła się z matką. Dziewczyna chciała powiedzieć jej o swoim śnie, ale kobieta zdawała się nie słuchać słów własnej córki. Dopiero, kiedy usłyszała trzask drzwi, oderwała oczy od książki, którą czytała i poszła za córką, przepraszając. Lena miała w nosie jej przeprosiny. Przepraszała codziennie, od kiedy zaczęło się psuć między nią, a ojcem. A ona wciąż miała nadzieję, że matce uda się usłyszeć jej ciche wołanie o krztynę zainteresowania. Dziś jednak miarka się przebrała. Zmęczona zwracaniem na siebie uwagi, Lena zamknęła się na klucz w swoim pokoju. Pierwszy raz od siedmiu lat poczuła przemożną potrzebę napisania o tym w pamiętniku od ojca. Rozsiadła się wygodnie na łóżku i...odkryła, że pamiętnik jest zamknięty, a ojciec nigdy nie raczył jej powiedzieć, jak go otworzyć. W zasadzie wspomniał coś o samootwieraniu i chęci właściciela, ale Lenie niewiele z tych słów pozostało w pamięci. Spojrzała z żalem na metalową klamrę spinającą okładkę. "A gdyby tak spróbować spinką", pomyślała. Ale szybko zorientowała się, że w zapięciu nie ma żadnej szczeliny, która byłaby odpowiednia na klucz, więc nie było też gdzie grzebać spinką. Wściekłość wzbierała w dziewczynie z każdą chwilą. Cisnęła pamiętnikiem o ścianę i rzuciła się z rozpaczą na poduszkę. Usłyszała skrzypnięcie. Zaciekawienie wymalowało się na jej twarzy, skierowanej teraz w stronę, gdzie rzuciła pamiętnikiem. Podniosła się na rękach i przeczłapała przez łóżko by go sięgnąć. Z radością uznała, że jest otwarty. Sięgnęła po długopis, kiedy z pamiętnika wyleciała kartka tak samo pożółkła jak reszta. "Świetnie, już się sypie", pomyślała Lena. Ale ku jej zdumieniu kartka była zapisana. Szybko przeczytała treść:
Nie, nie, użyj pióra. Ojciec pewnie Ci go nie dał? Zadzwoń do niego. Pewnie ma jakieś w zapasie, a na pewno ucieszy się, gdy Cię usłyszy.
"Pióro?", zdziwiła się dziewczyna. Obejrzała czarny pamiętnik. W zasadzie pióro pasowało do niego znacznie bardziej niż zwykły długopis, ale w końcu ten pamiętnik jest jej własnością, więc dlaczego ktoś...chwila! Ktoś zupełnie obcy, bo własny ojciec nie pisałby o sobie w trzeciej osobie, zostawił jej wiadomość! I musi wiedzieć o rozwodzie rodziców, bo niby, czemu kazałby jej zadzwonić? Sytuacja była bardzo podejrzana, ale Lena sięgnęła po komórkę. Wybrała numer i po chwili w słuchawce rozległ się sygnał. Ojciec raczył odebrać dopiero po piątym sygnale.
- Cześć tatuśku! - powitała go Lena. Ojciec chyba był zdziwiony, bo nic nie powiedział. Dziewczyna nie chciała tracić czasu, więc mówiła dalej. - Mam do ciebie sprawę. Chodzi o to...otworzyłam ten pamiętnik od ciebie i była w nim kartka, żeby pisać piórem. I radziła żebym zadzwoniła do ciebie, co bardzo mnie dziwi, ale nieważne. Masz może jakieś pióro na zbyciu? - odpowiedziało jej chwilowe milczenie po czym w słuchawce rozległ się damski głos.
- Myślę, że znajdziesz jakieś pióra w jego gabinecie - oznajmiła nieznajoma. Lena zamarła. Spodziewała się, że ojciec kogoś ma, ale nie myślała, że będzie musiała z NIĄ rozmawiać. Rozłączyła...Wciąż słyszała w głowie ten dźwięczny damski głos. Pobiegła do gabinetu, który kiedyś zajmował ojciec. Wygrzebała z szafy ładne drewniane pudełko i uchyliła wieko. W środku leżały trzy pióra i kałamarz. Szybko wygrzebała je z pudełka i pobiegła do swojego pokoju. Znów rozsiadła się na łóżku, rozłożyła pamiętnik na kolanach i zanurzyła jedno z piór w atramencie. Zaczęła pisać.
Zaczynam dzisiaj, 16 czerwca 1987 roku. Nie chciałam tego robić, ale ciężko jest panować nad sobą, kiedy ma się wrażenie, że panuje nad tobą ktoś inny. Chciałam powiedzieć mojej mamie o tym, co mnie gnębi, ale jej to chyba nie obchodzi. Pomyślałam jednak, że muszę się komuś zwierzyć. Pozostał mi szczur i pamiętnik. Wolałam pamiętnik...A więc od miesiąca, co noc śni mi się mężczyzna. Ale to nie jest zwykły sen. Ja prawię czuję chłód, który bije z jego spojrzenia. Szkoda, że nie istnieje. Gdyby istniał na pewno zrobiłabym coś, żeby zetrzeć mu z twarzy ten ironiczny uśmieszek, którym zaszczyca mnie w snach! Chociaż jest w nim coś, co sprawia, że chcę o nim śnić każdej kolejnej nocy. Taka...niezgłębiona tajemnica.
Lena skończyła i wsunęła pamiętnik w szczelinę. Usłyszała głuche skrzypnięcie i domyśliła się, że się zamknął. Zrobiło jej się lżej. Nadal nie rozwikłała tajemnicy słów ojca i wciąż powtarzała w myślach "Kiedy długopis dotknie kartki, a ty uwierzysz w tą magię". Przecież nic nadzwyczajnego się nie zdarzyło! Za wyjątkiem tego, że pamiętnik otworzył się sam.
***
-Lena! Lena!!! - krzyczała matka łomocząc w drzwi pokoju. - Musisz iść do szkoły! Zaspałyśmy!
- Nie idę! - odkrzyknęła dziewczyna. Zwlekła się z łóżka i odkryła, że zasnęła w ubraniu. "Rozmyślanie nieźle daje w kość", pomyślała i uśmiechnęła się do siebie. Podeszła do drzwi, ale nim zdążyła dotknąć klamki otworzyły się samoczynnie. Spojrzała na swoją dłoń z wyrazem głębokiego zdziwienia na twarzy. Przecież nie była na tyle zaspana, żeby nie poczuć klamki! Podniosła głowę i jej spojrzenie natrafiło na gniewny wzrok matki.
- Nie ma mowy żebyś opuściła cały dzień! - zaprotestowała kobieta.
- Ale mamo...
- Żadnego "ale"! Marsz do szkoły! - krzyknęła matka. Lena poczuła jak stopniowo wypełnia ją złość. Złapała za plecak i wyszła tak, jak stała w czarnym podkoszulku, dżinsach i trampkach. Trzasnęła drzwiami i skierowała się do pobliskiego domu. Zapukała do drzwi opatrzonych mosiężną czternastką i tabliczką z wygrawerowanym nazwiskiem "Smith".
- Dzień dobry. Jest Merc? Eee znaczy Maria - zapytała Lena, kiedy w drzwiach stanęła przysadzista kobieta o czarnych, kręconych, krótkich włosach i zielonych oczach.
- Cześć Lena. Jest, wchodź - powiedziała kobieta i wciągnęła Lenę do środka. - Jest u siebie. - dodała. Dziewczyna skierowała się do pokoju przyjaciółki.
- Merc... - zaczęła, kiedy zamknęła za sobą drzwi. - Wiem, że jesteś chora i wiem, że jestem wredna, bo nawet lekcji ci nie przyniosłam, ale mogę zostawić u ciebie plecak?
- Wiesz, że możesz. I wiesz, że nie jesteś wredna - powiedziała blondynka, która leżała na łóżku szczelnie owinięta grubym kocem. Okrywała ją pierzyna zużytych chusteczek, a czerwony nos wyraźnie wskazywał na jakieś paskudne choróbsko. Długie włosy przyklejały się do jej spoconej twarzy.
- Dzięki. Wpadnę do ciebie wieczorem - odrzekła Lena uśmiechając się do Merc. Wrzuciła plecak pod łóżko przyjaciółki i wyszła z pokoju kierując się do drzwi.
- Nie miałaś przypadkiem plecaka? - zapytała matka Marii zatrzymując Lenę w drzwiach.
- Nie, znaczy tak. To były lekcje dla Marii - odpowiedziała dziewczyna i szybko opuściła dom. Przeszła kilka metrów, po czym zatrzymała się gwałtownie.
- Szlak! - szepnęła. Zawróciła do domu przyjaciółki. Znów zapukała do drzwi.
- Zapomniałam czegoś - oświadczyła, gdy drzwi się otworzyły i pobiegła wprost do pokoju Marii. Zauważyła, że dziewczyna śpi, więc cicho wyciągnęła plecak spod łóżka. Wygrzebała z niego mniejszy plecaczek i szybko wyszła z mieszkania. Kiedy usłyszała trzask zamykanych drzwi, puściła się biegiem przed siebie. Zatrzymała się dopiero w parku. Usiadła na jednej z wielu zielonych ławek i wyciągnęła z plecaczka czarny pamiętnik, pióro i kałamarz. Ujęła pamiętnik w dłonie i zaczęła mu się przyglądać.
- Bardzo chcę żebyś się otworzył - mruknęła i spojrzała wymownie na czarną okładkę. Nic się nie stało. "Może trzeba nim rzucić?", przemknęło jej przez myśl. "Bardzo, ale to bardzo chciałabym teraz coś napisać", pomyślała, kiedy poczuła rozczarowanie z zamkniętego pamiętnika. Zapięcie skrzypnęło i odpięło się. Dziewczyna uśmiechnęła się i zaczęła pisać.
Kolejny dzień 17 czerwca 1987 roku. Zaspałam. Nie poszłam do szkoły. Nie mam siły chodzić do miejsca, w którym czuję się obca i odcięta od ludzi bardziej, niż zwykle. W sumie, po co miałabym tam chodzić? Matematyka czy chemia nie pomogą mi, kiedy będę musiała się przed kimś obronić czy poradzić sobie z dorosłym życiem. Wszyscy myślą, że jak skończą szkołę, to będą mądrzy. Gówno prawda! Będą głupsi niż byli zaczynając ją! Boże, jak ja bardzo nie pasuję do tego świata!
ON znowu mi się śnił. Krążył po jakiejś piwnicy z patykiem w dłoni. I gapił się na mnie z tym swoim pełnym ironii uśmiechem. Teraz jednak nie czułam chłodu. Tylko ciepło. Jakby jego ciepło. Zupełnie jakby obejmował mnie na odległość. FUJ! Nie dałabym się objąć komuś takiemu! Chciałabym komuś o nim opowiedzieć, chociaż w tym śnie poczułam, że powinnam zachować to wszystko dla siebie.
Zamknęła pamiętnik. Znów poczuła się lżej. Od siedemnastu lat nie czuła się tak lekka jak teraz. Jakby zrzuciła z siebie ogromny ciężar. Sama nie wiedziała, czym owy ciężar był. Przecież od dwóch dni pisze o człowieku, który nawiedza ją w snach od miesiąca, a ten dziwny ciężar gnębi ją znacznie dłużej. W jednej chwili poczuła się jakby ktoś zamotał jej w głowie. Bardzo chciała wiedzieć, co tak bardzo jej ciąży. Prawie tak bardzo jak chciała wiedzieć, czemu od miesiąca śni o dziwnym mężczyźnie. Ale jak to zwykle bywa odpowiedzi na najważniejsze pytania nie znajdują się same. Lena głośno westchnęła i spojrzała z zazdrością na beztroskich roześmianych ludzi, którzy przechadzali się po parku. W tej chwili chciała być jak oni: beztroska, szczęśliwa, roześmiana i...w towarzystwie. Tymczasem jej jedyne towarzystwo leżało teraz chore w łóżku. Lena zgarnęła pamiętnik, pióro i kałamarz do plecaka. Rozłożyła się na trawie nieopodal ławki. Zamknęła oczy i wyobraziła sobie spotkanie z dziwnym typem nawiedzającym jej sny. Widziała go dokładnie. Przeszywał ją zimnym ja lód spojrzeniem. I nagle wizja jakby wymknęła jej się spod kontroli. Niewiadomo skąd w jej ręce pojawił się pamiętnik od ojca. Czarnowłosy mężczyzna spojrzał na niego pożądliwie.
- A więc tam ukrywasz wszystkie swoje sekrety? - powiedział rozbawiony. - W czymś, co można tak łatwo zniszczyć, do czego tak łatwo można się dostać i wszystko przeczytać. Te mugolskie zwyczaje... - westchnął z ironią.
Lena odzyskała kontrolę. Otworzyła szybko oczy i oślepiło ją słońce. Usiadła podpierając się rękami. Sytuacja była dziwna, jeśli to wystarczające określenie. I jego słowa...Czym u licha są te mongolskie zwyczaje, czy jak on tam to powiedział. Po chwili poczuła jednak, że to słowo mogło być ważne, więc zaczęła świdrować własny umysł, by przypomnieć sobie jak brzmiało. "Moluskie, mogalskie, maguloskie", mówiła w myślach.
- Nie, to chyba brzmiało jak "mugolskie" - mruknęła, nadal nie rozumiejąc znaczenia dziwnego słowa. Chwilę później powróciła myślami do ciężaru, który zdjął z jej pleców pamiętnik. Była prawie pewna, że nie dotyczył tego mężczyzny z jej snów. Pomyślała o ojcu. Może chodzi o rozwód rodziców? O jego odejście? Z jakich przyczyn się rozstali? Poczuła, że musi to wiedzieć, choćby miała jechać do matki jej ojca, mieszkającej w Londynie. "No właśnie, babcia! Będzie wiedziała, dlaczego rodzice się rozwiedli, dlaczego nie powiedzieli o powodach rozstania własnej córce i może nawet, kim jest mężczyzna nawiedzający ją w snach. Bo w końcu, to może być ktoś z rodziny.", pomyślała.
- No to jadę do Londynu - mruknęła, wstała z trawnika, złapała za plecak i popędziła do Marii. Matka przyjaciółki o nic już nie pytała tylko bez słowa wpuściła Lenę do środka. Ta znów popędziła do sypialni Merc.
- Jadę do Londynu! - oświadczyła, kiedy usiadła na blacie biurka.
- Po co? - zapytała Maria z wyrazem głębokiego zdumienia na twarzy.
- Muszę odwiedzić babcię. Zadać jej kilka pytań. Muszę znać odpowiedzi!
- Czemu mi o tym mówisz?
Lena spojrzała ze zdziwieniem na przyjaciółkę.
- Bo się przyjaźnimy, bo mówię ci wszystko, bo chcę żebyś jechała ze mną - powiedziała na jednym oddechu. To ostatnie chyba przekonało Merc, bo uśmiechnęła się radośnie, lecz po chwili zmarkotniała.
- Matka nigdzie mnie nie puści w takim stanie - szepnęła ze smutkiem. Lena wyglądała jakby walczyła ze sobą.
- Poczekam. Poczekam aż będziesz zdrowa - powiedziała w końcu. Nie była uradowana tym pomysłem, ale nie chciała stracić przyjaciółki przez głupi wyjazd. Spojrzała na zegarek. Była druga, co znaczyło, że może bezpiecznie wrócić do domu. Wygrzebała plecak spod łóżka Marii, zarzuciła go na ramię, uśmiechnęła się od niechcenia do przyjaciółki i wyszła. Po chwili wchodziła już do swojego domu. Wrzuciła klucze do kieszeni i poszła do swojego pokoju. Nie mogła znieść myśli, że długo może potrwać, zanim dowie się wszystkiego. Kilka razy pomyślała, żeby okłamać przyjaciółkę i jechać do Londynu najlepiej zaraz. Ale za każdym razem odrzucała tę myśl z nadzieją, że już nie powróci. A jednak nieustannie coś szeptało w jej głowie "Nie masz czasu. Musisz wiedzieć! Musisz!". Nadal jednak nie opuściła swojego pokoju. Siedziała bez ruchu na łóżku i walczyła z napływającymi myślami. O piątej do pokoju zajrzała matka zaniepokojona nienaturalną ciszą, która zapanowała w domu.
- Lena? Dobrze się czujesz? Lena!
- Co? Oh tak...nic mi nie jest. Pójdę się przejść - powiedziała dziewczyna wyrwana z zamyślenia. Wrzuciła na siebie granatową bluzę i wyszła z domu. Po raz drugi odwiedziła dzisiaj park. Chciała dowiedzieć się więcej o czarnowłosym mężczyźnie. Miała nadzieję na kolejną wizję. Rozłożyła się na trawniku i zamknęła oczy. Znów oddała się wizji spotkania z owym człowiekiem. Ta jednak nie zawładnęła nią tak, jak ostatnio. Widziała wyraźnie mężczyznę, który przeszywał ją zimnym spojrzeniem z drwiącym uśmiechem na ustach, a ona patrzyła na niego jak na hipnotyzera. Kiedy otworzyła oczy było już ciemno. Spojrzała na zegarek. Pokazywał dziewiątą. Mogłaby przysiąc, że leżała na trawniku tylko kilka minut, a tymczasem minęło kilka godzin. Spojrzała na ławkę i skamieniała. Siedział na niej czarnowłosy mężczyzna. Włosy sięgały mu do ramion, a chłodne spojrzenie przeszywało Lenę. Cofnęła się raptownie i zamrugała powiekami. Zniknął. "Za dużo o nim myślę", skarciła się w myślach. Pomyślała jednak, że musi natychmiast dostać się do Londynu. Wyciągnęła z plecaka komórkę. Wystukała numer Merc.
- Tak? - usłyszała w słuchawce.
- Nie mogę...Muszę...Natychmiast...Rozumiesz? - mówiła Lena.
- Nie bardzo.
- Muszę się natychmiast dostać do Londynu. Nie mogę czekać. To ważne!
- Gdzie jesteś? - zapytała Merc po chwili namysłu.
- W parku, a co?
- Czekaj tam na mnie.
Rozłączyła się. Lena stała oszołomiona nagłym postanowieniem przyjaciółki. Czekała na nią zaledwie dziesięć minut. W końcu z ciemności wyłoniła się postać Marii i zatrzymała się w świetle latarni.
- Jesteś pewna, że chcesz jechać ze mną?
- Przecież nie puszczę cię samej w nocy do Londynu.
- Ogólnie rzecz biorąc jest wieczór - zaczęła Lena, ale przerwała, gdy przyjaciółka wepchnęła jej w dłoń kilka banknotów.
- Ostatni autobus odjeżdża o dziewiątej trzydzieści. Mamy piętnaście minut.
- Jesteś wielka, Merc!
Przyjaciółka uśmiechnęła się lekko i dziewczyny ruszyła na przystanek autobusowy. W końcu zauważyły w oddali dwa światełka, a po chwili stał przed nimi czerwony autobus z tabliczką "Little Wihning - Londyn". Wsiadły do niego i rozsiadły się na najdalszych wolnych siedzeniach.
- Więc, co jest tak ważne, że nie mogło czekać? - zapytała w końcu Maria.
- Muszę wiedzieć, czemu rodzice się rozwiedli i czy w mojej rodzinie był jakiś czarnowłosy mężczyzna - powiedziała pośpiesznie Lena. Maria ryknęła śmiechem.
- Skoro tak cię to śmieszy to, po co w ogóle ze mną jedziesz? - obruszyła się Lena.
- Przepraszam...
Milczały, a autobus mknął ulicami wprost do Londynu.
|
 |