Pierwsze spotkanie Amie z jej Mistrzem.
Severus Snape obudził się o siódmej i stwierdził, że ma bardzo zły humor. Nie, żeby zdarzało mu się miewać ostatnimi czasy dobry nastrój, jednak dziś był on wyjątkowo zły.
Podniósł rękę i położył dłoń na czole. Czuł, że dziś wydarzy się coś wyjątkowo nieprzyjemnego.
Przesunął dłoń po twarzy, przyciskając lekko zamknięte oczy, po czym przeciągnął się, wstał i ruszył do łazienki.
Po porannej toalecie okazało się, że ma jeszcze półtora godziny do śniadania. Zdecydował uwarzyć Szkiele-wzro, o które prosiła go Poppy na początku wakacji. Wściekł się na siebie, bo musiał uzupełnić zapasy w Skrzydle Szpitalnym, a po prostu mu się nie chciało. Skutkiem czego musi uwarzyć te eliksiry w przeciągu najbliższych dwóch tygodni.
Wszedł do swojego laboratorium. Złość spłynęła z niego momentalnie. Było tu tak cicho, spokojnie.
Na środku Sali stały dwa metalowe, złączone z sobą stoły. Na każdym był palnik oraz deseczka do krojenia ingrediencji.
Tak naprawdę nie wiedział, po co postawił ten drugi stół. Do tego laboratorium nikt nie miał wstępu, nigdy z nikim nie współpracował. To było jego królestwo i nawet nie chciał, aby ktokolwiek się tu pojawił.
Ścianę, w której znajdywały się drzwi, przez które wszedł, zdobiły liczne półki. Na nich, równo ustawione, stały kociołki, leżały chochle i nożyki, oraz inne przedmioty potrzebne do zgniatania, ugniatania, mielenia czy cięcia składników do eliksirów. Każdy przedmiot miał swoje miejsce, musiał leżeć dokładnie tak, jak leżał teraz – pod odpowiednim kątem względem stołów, w określonej odległości od ściany, brzegu półki i od siebie.
Przy ścianie po prawej stronie od drzwi jego komnat stał rząd mniejszych stołów, które wykorzystywał, kiedy musiał zrobić więcej eliksirów w krótkim czasie. Nad nimi również były półki, na których poustawiane były puste fiolki, słoiki i butelki. Wszystko oczywiście w jak największym porządku.
Ścianę naprzeciwko półek z kociołkami pokrywały wysokie regały, sięgające sufitu. Jeden regał był zapełniony najważniejszymi księgami o eliksirach, a pozostałe składnikami.
Składniki był poukładane od najmniej do najbardziej niebezpiecznych, następnie według właściwości, a na końcu alfabetycznie. Dzięki temu właściciel zawsze wiedział, co i gdzie się znajduje i nie tracił czasu na poszukiwania.
Na ostatniej ścianie znajdowało się dwoje drzwi, a pomiędzy nimi umywalka. Pierwsze drzwi prowadziły do sali eliksirów, drugie do specjalnego magazynku, w którym Mistrz trzymał najrzadsze składniki. Te drzwi były zabezpieczone hasłem i innymi groźnymi zaklęciami, które pozwalały na ich otwarcie jedynie osobie, która te zaklęcia rzuciła.
Tak, Severus był perfekcjonistą. Czuł się dobrze dopiero wtedy, kiedy wszystko naokoło było idealnie ułożone i zabezpieczone. Czuł spokój i bijącą w pokoju harmonię.
Podszedł do stołu, przywołał potrzebne składniki i narzędzia i zaczął przygotowywać eliksir, napajając się błogą ciszą, którą niezwykle cenił.
Dokładnie za piętnaście dziewiąta Mistrz Eliksirów zgasił ogień pod kociołkiem, umył ręce i poszedł na śniadanie.
Słońce mocno już grzało, pomimo wczesnej godziny. Severus szedł powoli, ciesząc się spokojem w szkole. Już za dwa tygodnie ta cisza się skończy. Do zamku przybędą bezwartościowe imitacje uczniów i będą wrzeszczeć, biegać i skakać, nie będą się uczyć i znów będą z nimi same problemy.
W Wielkiej Sali byli już wszyscy nauczyciele, brakowało tylko dyrektora. Snape podszedł do swojego miejsca, po lewej stronie Albusa i ze zdziwieniem (którego oczywiście nie pokazał na twarzy) stwierdził, że po jego lewej stronie jest jeszcze jedno puste krzesło. Dalej siedział Remus Lupin.
- Dzień dobry, Severusie.
- Lupin. – Wilkołak uśmiechnął się delikatnie.
- Albus prosił, aby ci przekazać, że masz usiąść koło mnie, bo obok niego ma dziś usiąść jego gość.
- Pięknie – warknął Snape i usiadł na wskazanym miejscu.
Zajęty śniadaniem nie podniósł głowy, kiedy drzwi do Wielkiej Sali otworzyły się. Po chwili usłyszał, jak jego sąsiad krztusi się sokiem. Odwrócił się w jego stronę i omal nie wybuchnął śmiechem (omal, bo przecież on się nie śmieje), kiedy zobaczył minę Remusa. Oczy na wierzchu i otwarte usta. Zaciekawiony podążył za jego wzrokiem.
Środkiem sali szedł Dumbledore, a obok niego młoda kobieta. Miała na sobie czarną bluzkę z dość dużym dekoltem, czarną spódnicę do kolan i krwistoczerwone trampki. Proste, ciemnobrązowe włosy sięgały łopatek, a krzywa grzywka przysłaniała pół twarzy. Szła pewnie przed siebie, z dumnie uniesioną głową.
'Cóż...' pomyślał tylko, bo nie podzielał fascynacji kolegi.
Dyrektor i jego towarzyszka podeszli bliżej, dzięki czemu Severus mógł lepiej przyjrzeć się dziewczynie. Owalna twarz, ciemnobrązowe oczy, długie, czarne rzęsy. Nieduży, prosty nos i w sumie ładne usta. Ale jednak nie ma się czym podniecać...
- Witajcie, moi kochani – powiedział radośnie Albus. Skąd w nim tyle tej radości? Powinien przestać jeść te mugolskie słodycze... - Poznajcie, proszę, córkę mojego przyjaciela i naszą nową uczennicę, pannę Amie Wells.
Snape drgnął, gdy usłyszał nazwisko. Przypomniał sobie jednak, że znienawidzony przez niego Arcymistrz Eliksirów jest w wieku Dumbledore'a, więc nie może mieć córki w wieku szkolnym. Odetchnął w duchu. Zauważył, że dziewczyna przygląda mu się z uśmiechem.
Albus przedstawiał nowej uczennicy wszystkich nauczycieli. Podszedł do jego sąsiada.
- To jest Remus Lupin, będzie, ponownie zresztą, uczył Obrony przed Czarną Magią.
Mistrz Eliksirów obserwował, jak jego kolega robi z siebie idiotę. Lupin poderwał się z krzesła, przewracając je (a Severus nie byłby sobą, jakby nie skwitował tego głośnym prychnięciem) i uścisnął dziewczynie rękę, gadając coś do niej, na co uśmiechnęła się słodko, na co czarnowłosy mężczyzna bardzo się skrzywił.
- A to Severus Snape, nasz Mistrz Eliksirów.
Snape skinął tylko głową, nie podnosząc się z miejsca i wysłał dziewczynie mordercze spojrzenie zza przymrużonych powiek. Ta jednak, jak gdyby nigdy nic uśmiechnęła się miło i poszła za Albusem, które przedstawiał jej właśnie Minerwę.
Mistrz skończył śniadanie i wstał.
- Severusie – powiedział Dumbledore – przyjdź za godzinkę do mojego gabinetu.
Mężczyzna skinął potwierdzająco głową i wyszedł.
Ledwo wszedł do swoich prywatnych komnat, a już musiał wychodzić. Wejście do gabinetu dyrektora mieściło się teraz na siódmym piętrze, więc miał kawałek drogi do przejścia.
Gdy doszedł do chimery pilnującej schodów, przypomniał sobie, że nie zna hasła. Klnąc w myślach na cały świat, a zwłaszcza na tego przeklętego dropsoholika, recytował nazwy wszystkich znanych mu czarodziejskich i mugolskich słodyczy. Wymawiał je dosyć szybko, więc kiedy chimera odskoczyła, nie miał pojęcia, która nazwa była hasłem. Wszedł po schodach i bez pukania otworzył drzwi,
- Witaj ponownie, Severusie. Usiądź – powiedział Albus, który siedział przy swoim biurku.
Naprzeciwko niego siedziała ta nowa uczennica i znów uważnie mu się przyglądała. Spojrzał na nią kpiąco i zdziwił się, kiedy posłała mu podobne spojrzenie.
- Amie, jak mówiłem wczoraj, omówimy... hmm... to, po obiedzie. Obiad jest o szesnastej. Poczekaj teraz przed chimerą, Severus zaraz zejdzie i zaprowadzi cię do twoich komnat.
- Dobrze dyrektorze.
- Przy Severusie możesz mi mówić po imieniu, moja droga.
- W takim razie do widzenia, Albusie. I dziękuję.
Dziewczyna wstała, uśmiechnęła się i wyszła.
- Czy ja ci wyglądam na niańkę, Albusie?
- Nie, oczywiście, że nie. Masz może ochotę...
- Nie, nie mam – przerwał Snape. – Do rzeczy.
- Od jutra rozpoczynasz praktyki z panną Wells.
- Zapomnij.
- To rozkaz.
Snape drgnął.
- Zgoda, ale jeden błąd i ją wywalam.
- Nie, Severusie. Od teraz do końca roku szkolnego Amie jest twoją praktykantką i nie wywalisz jej.
- Ale...
- Nie. Zresztą nie sądzę, aby sprawiała ci problemy. Widzisz... Amie jest, nieoficjalnie oczywiście, Mistrzynią Eliksirów.
Severus najpierw prychnął pogardliwie, a widząc pewną siebie twarz Albusa, spojrzał na niego z niedowierzaniem. Nie powiedział jednak nic, po prostu czuł, że jak coś powie, to wybuchnie i w końcu go zabije. Zachowując maskę obojętności posłał dyrektorowi pytające spojrzenie.
- Amie jest adoptowaną córką Williama Wells'a. Mówi ci to coś?
Snape skinął głową. Oczywiście, że mu mówiło. Jedyny żyjący Arcymistrz Eliksirów. Niezwykle inteligentny, wręcz wybitny. I zarazem dumny, aż w środku ściskało, i nieprzystępny.
- William chce, aby i ona została Arcymistrzem. Będziesz trzecim, i ostatnim, Mistrzem u jakiego przejdzie praktyki.
- Dlaczego ja?
- Wells, mimo to, że nie przyjął ciebie na praktyki, bardzo cię ceni i uważa, że jesteś najlepszy. Poza tym jesteś na miejscu, bo wiesz, że według nowego rozporządzenia Ministerstwa, trzeba mieć zdane owutemy, aby otrzymać tytuł mistrzowski.
- U kogo jeszcze się szkoliła?
- Oczywiście u Williama, była też u Mitrou'a i u Jaucha.
- Chcesz mi powiedzieć, że spędziła rok u tego psychopaty w Niemczech i nie jest przesiąknięta czarną magią?
- Jak widzisz. To znaczy czujesz, a raczej nie czujesz, bo nie masz co czuć. Chcesz dropsa?
- Mówiłem ci już, że nie. – warknął Snape.
- Szkoda. To wszystko Severusie. Naprzeciwko łazienki Jęczącej Marty, na drugi piętrze wisi obraz z krzakiem róż. Trzeba znaleźć czarną, dotknąć jej i wypowiedzieć hasło: 'Różany sad'. Tam są nowe kwatery Amie. I bądź dla niej miły, bo złożyłem przysięgę, że będzie miała te praktyki, a nie chce, żeby sama odeszła.
Jeżeli Severus myślał, że nic nie zaskoczy go bardziej niż to, że będzie miał praktykantkę, i że jest ona córką Arcymistrza Eliksirów, to się mylił.
- Złożyłeś Wells'owi wieczystą przysięgą?! – wydarł się i poderwał z krzesła.
- Nie jemu. Jej. Nie denerwuj się, to dwustronna przysięga. Możesz już iść.
- I co ona, niby, mogła ci obiecać?!
- Nie mogę ci powiedzieć, chłopcze.
- Wiesz, Albusie, to bardzo w twoim typie.
Nie mówiąc już nic więcej odwrócił się i wyszedł, trzaskając drzwiami.
Na korytarzu zaczął rozglądać się za uczennicą. Stała kilka metrów dalej i przyglądała się wyjątkowo brzydkiej wazie. Postanowił ją przestraszyć.
- Panno Wells! – wydarł się, a jego donośny głos rozniósł się po korytarzu.
Dziewczyna podskoczyła i odwróciła się szybko w jego stronę, ramieniem strącając wazę, która spadła i potłukła się.
Snape uśmiechnął się wrednie do fajtłapowatej dziewczyny. Ona natomiast, spojrzała na podłogę i uniosła rękę. Nagle waza, znów w całości, oderwała się od ziemi i wróciła na swoje miejsce, drogą kreśloną przez dłoń uczennicy, która odwróciła się i jakby nic się nie stało zaczęła iść w jego stronę.
- Za mną – warknął nauczyciel.
Severus pogrążył się w rozmyślaniach. Jakby nie patrzeć ta przeklęta smarkula zaimponowała mu. Magia bezróżdżkowa? W tym wieku? Cóż, William nieźle ją sobie wyszkolił. Oczywiście nigdy jej nie powie, że zainteresowało go, gdzie się tego nauczyła. O nie...
Zerknął na nią. Szła z bezczelnym uśmiechem na twarzy. Tak, na pewno jest zadufaną w sobie, wszystko wiedzącą dziewuchą. Merlinie, ona będzie gorsza od Granger...
- Mistrzu – powiedziała dziewczyna, przerywając mu rozmyślania. Ale nie powiem... połechtała moje ego...
- Słucham – powiedział uprzejmie, zanim zdążył ugryźć się w język. O nie, to ostatni raz, kiedy był dla niej miły.
- Czy mogę do pana mówić po imieniu? Na poprzednich praktykach...
- Nie – przerwał jej, wykrzywiając usta. – Nie możesz mówić mi po imieniu. Na praktykach mówisz do mnie 'Mistrzu', a na lekcjach 'panie profesorze'. Czy...
- Ale...
- Milcz! Do jakiego domu będziesz należeć?
- Gr-gryffindor.
- Wyśmienicie. – Takie słowo istnieje w moim słowniku? - Minus pięć punktów za bezczelność. I minus pięć za przerywanie nauczycielowi.
Z triumfem patrzył na twarz dziwny, która wyrażała szok i niedowierzanie, nabierając przy tym koloru dojrzałego jabłka. W jej ciemnobrązowych oczach pojawił się ogień.
'Wygrałem' pomyślał Severus.
'Jeszcze nie, Severusie' odpowiedziała sobie dziewczyna.
Po piętnastu minutach stali już przed obrazem. Snape zamierzał właśnie powiedzieć dziewczynie, jak dostać się do środka. Zaczął otwierać usta, kiedy ona podeszła do obrazu, dotknęła czarnej róży i wypowiedziała hasło.
Obraz rozpłynął się, a w jego miejscu były teraz drzwi.
- Dziękuję Mistrzu. Poradzę sobie.
- Po kolacji w moim gabinecie.
To powiedziawszy odwrócił się i odszedł, zastanawiając się, skąd dziewczyna wiedziała, jak otworzyć kwatery? Użyła legilimencji? Nie, na pewno nie, nie mieli kontaktu wzrokowego, poza tym wyczułby. Pewnie Albus zapomniał, że jej powiedział. To wszystko przez te mugolskie słodycze. Świrujesz Severusie, za długo jesteś szpiegiem...
Doszedł do swoich kwater, zdjął długą, czarną szatę i poszedł do laboratorium. Podwinął rękawy i spojrzał na zegar. Jedenasta dwadzieścia. Zaczął warzyć eliksiry dla Skrzydła Szpitalnego.
Kilka słów ode mnie
Jeśli chodzi o sam pomysł, to jest całkiem niezły, w sam raz na osobę w twoim wieku, tak mi się wydaje. Nie spotkałam się jeszcze z ff, który skupiałby się na wybitnym talencie do eliksirów, tak samo zaskakujące były te powiązanie ze światem mistrzów, ukrywanych zazdrości, rywalizacji.
Pod względem wykonania już dużo gorzej zarówno pod względem językowym jak i samej fabuły. Przede wszystkim mamy nierealnego Severusa, którego potrafi ustawić małolata i którego poziom wypowiedzi jest taki... niżej średni. Snape zawsze zachowywał się jak drań, ale nie da się ukryć, że te jego złośliwości były celne, facet też nie tracił panowania nad sobą. Z drugiej strony masz prawo kreować go tak, jak lubisz, więc nie uznaję tego za błąd. Natomiast dużo słabiej wypada ta dziewczyna, której już na starcie wszystko się udaje. Magia bez użycia różdżki, wybitny talent do eliksirów, nie zdziwiłabym się, gdyby wyszło, że jest animagiem i metamorfomagiem. Reszta bohaterów to właściwie pionki na szachownicy, służą tylko temu, żeby lepiej zaprezentować nową. Lupin ma podkreślić jej urodę, Albus przedstawić historię. Musisz nad tym popracować, zająć się poważnie osobowością również tych drugoplanowych bohaterów. To taka rada.
Słabo wypada język, ale to nie jest nic, czego nie mogłabyś poprawić. Nie siada ci lekkość opisów, ale sam styl. Powtórzenia, interpunkcja, zły zapis dialogów, mieszanie czasów. Proponowałabym znaleźć betę, która by ci wszystko wyłapała i powiedziała, jak tego unikać w przyszłości. Większości rzeczy pewnie nie wyłapałam tutaj, nawet w kwestii przecinków.
Na plus zaliczam to, że coś się dzieje. Nie ma dwustronicowego opisu jedzenia śniadania. Dzięki temu czyta się szybko, bez udręki.
Tyle ode mnie
Powodzenia w dalszym pisaniu ; )