Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie masz jeszcze konta?
Zarejestruj się

Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Instagram
Facebook
Shoutbox
Musisz się zalogować aby wysłać wiadomość.

Nieustraszony Gryfon
18.04.2021 01:24
No, moim zdaniem słabo to zrobili. Mogli puścić wszystkie części.

Uczeń Hogwartu
17.04.2021 22:26
Ja sobie od tamtego tygodnia w każdą sobotę robię seansik Harrego. W tamtą sobotę obejrzałam 1 część, a teraz oglądam 2.

Uczeń Hogwartu
17.04.2021 22:24
Moim zdaniem to bzdura, że TVN7 puściło 1, 3 i puści 5 część Harrego

Uczeń Hogwartu
17.04.2021 22:23
Hej

Pracownik Miodowego Królestwa
17.04.2021 20:56
no też mam takie nadzieje, że się uda gdzieś pochodzić jak człowiek

Współpraca
Najaktywniejsi

1) Prefix użytkownikaAlette

Avatar

Posiada 59611 punktów.

2) Prefix użytkownikafuerte

Avatar

Posiada 56577 punktów.

3) Prefix użytkownikaKatherine_Pierce

Avatar

Posiada 45775 punktów.

4) Prefix użytkownikaShanti Black

Avatar

Posiada 43981 punktów.

5) Prefix użytkownikaSam Quest

Avatar

Posiada 43024 punktów.

6) Prefix użytkownikaania919

Avatar

Posiada 38201 punktów.

7) Prefix użytkownikaulka_black_potter

Avatar

Posiada 36659 punktów.

8) Prefix użytkownikalosiek13

Avatar

Posiada 34114 punktów.

9) Prefix użytkownikabatalion_88

Avatar

Posiada 31890 punktów.

10) Prefix użytkownikaMarcus Clinton

Avatar

Posiada 30892 punktów.

Losowe zdjęcie
Zobacz temat
Drukuj temat
Prace uczestników Turnieju FF
Smierciojadek
PRACE Z TRZECIEGO ETAPU


Kategoria: humor

- zakazane postacie: Harry Potter, Hermiona Granger, Ronald Weasley, bliźniacy Weasley, Severus Snape
- postać pierwszoplanowa (do wyboru): Gruba Dama, Aragog
- miejsce akcji (do wyboru): Hogwart, Warszawa
- przedmioty/zaklęcia/stworzenia, które MUSZĄ się znaleźć (wszystkie): kruk, telewizor, cytryna, paszteciki dyniowe, miotła, Chłoszczyść

media2.giphy.com/media/6qdkSaKx2MfMA/giphy.gif

Nie można zapłacić za coś, co nie ma ceny. Niektórzy twierdzą, że każda, absolutnie każda rzecz na świecie ma swoją cenę. To nieprawda. Są rzeczy, które ceny nie mają, są bezcenne. Najłatwiej poznać takie rzeczy po tym, że raz utracone, są utracone na zawsze.

66.media.tumblr.com/d139938a33b1b4a6e9d05302028f7545/tumblr_nwp9a04Ew81qdp7auo3_500.gif

Nie wiesz, co pamiętasz, dopóki nie spróbujesz tego opowiedzieć. I nie wiesz, co tak naprawdę sądzisz na dany temat, dopóki nie zaczniesz się o to z kimś kłócić. W samotności nie jesteś nawet świadomy swoich sprzeczności.

media.tumblr.com/3ad8106e3bbe79c5eb59d42068d27812/tumblr_inline_ncezf4w8z41spqcq1.gif

Pamiętaj. W śnie nie da się szeptać.

38.media.tumblr.com/aafd9a4ade7ecf23ca4f3335aeabfaf9/tumblr_n5nak092R91sai67qo1_500.gif

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2021-wydarzenie1.png
www.harry-potter.net.pl/images/articles/najadm2020.jpg
www.harry-potter.net.pl/images/articles/najnick20202.jpg
www.harry-potter.net.pl/images/articles/pieko.jpg
www.harry-potter.net.pl/awards/images/awardswinner/najlepszy_newsman.png
www.harry-potter.net.pl/images/awards2013/najoryginalniejszy_nick_jadek.png
www.harry-potter.net.pl/images/najoryginalniejszy_nick.png
 
Smierciojadek
PRACA A - Slayerka



Gruba Dama

- Halooooooo! Jest tu ktooooooo?!

To nie do pomyślenia! Odwiedzam moją krewną i gdzie się niby znajduję?! W jakimś paskudnym lochu! Ciemno, zimno, wszędzie kurz i zapach stęchlizny... Na pewno by tak było, gdybym mogła czuć. W każdym razie jest ciemno. I cicho. Słyszę tylko swój głos - jeśli przez nią go stracę to nie ręczę za siebie! - i nic więcej.

- Evelyyyyyyn!

Nie wiem, ile tam siedziałam, w każdym razie bardzo długo. Warunki zupełnie nie dla mnie. A, co najgorsze, nie mogłam wrócić do Hogwartu... co jak co, ale nie będę znowu ryzykować swojego życia! Jestem jeszcze za młoda, by zginąć! Na szczęście mam jeszcze ten drugi obraz, w którym mogę się ukryć.

Tak, ogromne szczęście...

W końcu usłyszałam odgłos przekręcania klucza w zamku i głośne skrzypienie.

- Ahooooooj! Tutaaaaaj! Pomocy! Ratunku!

Całe szczęście, że ćwiczę głos i płuca, bo miałam tyle sił by wołać o pomoc. Słyszałam, jak różne rzeczy stukają o siebie, coś się wywaliło... I dobrze im tak, pomyślałam! Choć wolałam, by pospadało na głowę Evelyn. Że też śmiała mnie tak potraktować! Swoją ukochaną kuzynkę!

Myślałam że zacznę śpiewać z radości - ale za takie zachowanie żadna przyjemność jej się nie należy - gdy w końcu pokrywa pudła w którym byłam została uniesiona i w końcu mogłam odetchnąć świeżym powietrzem... tak jakby. Mogłam też widzieć! I zobaczyłam nie Evelyn, jak się spodziewałam, ale jakaś młoda, zupełnie nieznana mi dziewczyna.

- W końcu! - prychnęłam. Miałam ochotę obrazić się i odwrócić do niej plecami, niech prosi o wybaczenie, ale uznałam, że taka młoda osóbka jeszcze nie wie z kim ma do czynienia. Dlatego odpuściłam jej...jeszcze.

Ta młoda osoba odezwała się w zupełnie nieznanym mi języku. Same szeleszczące i syczące dźwięki.

- Moje dziecko, znasz angielski? - spytałam bardzo powoli i wyraźnie. Ta zapatrzyła się na mnie, jak gdyby nigdy nie widziała mówiącego obrazu. - Czy wiesz gdzie jest Evelyn Petterson?

- Jesteś magicznym obrazem? - odpowiedziała pytaniem. W końcu angielski, choć z dziwnym akcentem. Nieważne, dobre i to, choć to, co usłyszałam wielce mnie zasmuciło. - Evelyn Petterson jest moją babcią, nie żyje od kilkunastu lat. A kim ty jesteś?

- Moja Evelyn nie żyje? Co za nieszczęście! Kim ja jestem?! Jeszcze pytasz! - Nie mówcie mi, że moja najdroższa Evelyn o mnie nie opowiadała! - Lady Margaret Ann Watson! Jestem jej ciocią i twoją też. Dzieli nas jakieś kilka pokoleń wstecz.

Ponownie ten dziwny język.

- Mów tak, żebym rozumiała, dziewczyno! - warknęłam. Jestem oazą spokoju, no ale to już przesada! Najpierw atakuje mnie Syriusz Black, potem dowiaduję się, że moja kochana rodzinka wrzuciła mnie do lochów, a teraz jeszcze ta gada po nie wiadomo jakiemu!

- Przepraszam. Mogę spytać jednak, co tu robisz? Babcia mówiła że raczej się tutaj nie pojawisz, bo pełnisz bardzo ważną rolę w tej szkole dla czarodziejów w Wielkiej Brytanii.

- To raczej ja powinnam spytać, co tu robię! Zamiast wisieć na honorowym miejscu jestem tutaj! A gdybym postanowiła zaszczycić was swoją obecnością, to co?! Tak traktujecie krewnych?

- Przepraszam, naprawdę. - Zamyśliła się. - Zabiorę ciebie na górę, do mojego mieszkania, dobrze? Już i tak sąsiedzi przyszli do mnie, bo myśleli, że ktoś woła o pomoc z mojej piwnicy. Tutaj mieszkają sami niemagiczni, więc lepiej, by o niczym nie wiedzieli.

Westchnęłam i pozwoliłam jej się wziąć. Nawet starałam się nie ruszać, gdy mijała ludzi na strasznie wąskich schodach i w metalowym pudle. I jaka mnie nagroda za to spotkała?! Zamiast błagać o wybaczenie, to nieokiełznane dziecko potraktowało mnie tym przeklętym Chłoszczyć , jak tylko znalazłyśmy się same!

- Jesteś cała zakurzona, ciociu, musiałam to zrobić - wyjaśniła, widząc moje oburzenie. Bo niby od czego jest szczoteczka z delikatnym włosiem! Ten dobry człowiek, Argus Filtch, przynajmniej obchodzi się z nami z szacunkiem.

Udawałam, że jej nie słyszę, a co! Nie jestem pierwszą lepszą, którą można pomiatać! Lady Margaret Ann Watson, przyjaciółka wielu doradców królowej i szanowana czarownica...

- Ech... babcia mówiła, że ciocia ma trudny charakter. Zaczynam rozumieć, co miała na myśli.
Natychmiast posłałam jej ostre spojrzenie.

- Słucham?!

Szczyt bezczelności! Kto wychowuje dzisiejszą młodzież?! Barbarzyńcy?

- Nie, nic. Po prostu nie zawiesiliśmy obrazu, bo dopóki ciocia się nie pojawiła, był pusty.

- Liczy się to, że jesteśmy rodziną! Czystokrwiste rody nie wstydzą się swoich krewnych, nawet, jeśli w chwili obecnej znajdują się gdzie indziej! A ty, jako Lady... Jak ci tak w ogóle na imię, młoda damo?

Może i nie do końca odczuwam upływ czasu, strzegąc przez lada wejścia do Wieży Gryffindoru. Evelyn też widziałam tylko przez te siedem lat jej nauki, za to jej dzieci już nie. To było dość zasmucające.

Przyjrzałam się uważnie dziewczynie. Rzeczywiście, pewne podobieństwo było dostrzegalne, ale jakim cudem?

- Karolina Birgiel.

- Birgiel...?

Nie kojarzyłam tego nazwiska. Do tego z tym dziwnym językiem też mi coś nie grało.

- Tak, ciociu. Babcia Evelyn wyszła za mąż za Polaka i przeprowadziła się tutaj, do Polski.
No tak, mogłam się tego domyślić.

O, Merlinie, ratuj!

Gdybym mogła, na pewno bym zemdlała. W widowiskowy sposób zaczęłam więc osuwać się wzdłuż ramy, wołając:

- Oooch, soli trzeźwiących, moje dziecko!

Żadnej reakcji.

Osunęłam się tak nisko, że zupełnie zniknęłam z obrazu. Dalej zero reakcji. Wsparłam się słabo o ramę, unosząc delikatnie głowę i rzuciłam jej krótkie spojrzenie. A ta co? Dalej stoi i się patrzy!
- Ooooch! - Spróbowałam znowu, ponownie znikając.

***


Nudziłam się. Ja tu mdleję, a ta młoda dama wybyła gdzieś i już długo nie wracała. Czułam się jak podczas wakacji, gdy Hogwart pustoszeje i postaci z magicznych obrazów najczęściej odwiedzają duchy. Tutaj nawet ich nie było. Zaczynałam tęsknić za przestronnymi korytarzami Hogwartu i jego mieszkańcami. Tam nigdy nie było cicho i pusto jak tu. Czasami można było liczyć na krótką rozmowę z Albusem, ach, co za szarmancki mężczyzna z niego. No i oczywiście moja przyjaciółka Violet, z którą nie było dnia, gdy nie umawiałyśmy się na ploteczki!

Pomieszczenie, w którym zostałam postawiona było niewielkie i, jak dla mnie zbyt skromnie umeblowane. Kanapa, stoliczek do kawy, przepełniona malutka biblioteczka. Uroczy salonik, choć strasznie zapuszczony. Porozrzucane ubrania, papiery książki. W wazonie tkwił przekwitły pojedynczy badyl. Przydałaby się dobra pokojówka albo przynajmniej kilku skrzatów domowych, by doprowadzić to miejsce do porządku. Naprzeciw mnie na ścianie wisiał nietypowy, widocznie bardziej współczesny obraz. Był pusty, więc postanowiłam przywołać swoim anielskim głosem jego lokatora. Może miałabym odpowiednie towarzystwo i nie musiała patrzeć na ten bałagan.

Niestety nic z tego. Nie udało mi się nikogo zwabić poza skrzydlatym potworem, który po chwili krążenia zaatakował mnie donośnie kracząc. Moje biedne uszy. W tym samym momencie rozległo się gwałtowne stukanie i stłumione przez ściany rozzłoszczone wołanie. Nie zrozumiałam ani słowa, lecz to nie było ważne. Zapewne chodziło o wrzaski ptaszyska. Nagle do pokoju wpadła Karolina i, patrząc na mnie, wrzasnęła:

- Zamknij się!

Nie zdążyłam nawet okazać mego oburzenia jej zachowaniem i absolutnym brakiem poczucia dobrego smaku, a ta kontynuowała:

- Najpierw sąsiedzi ściągają mnie do piwnicy, pewni, że kogoś tam zamknęłam, bo ktoś wyje tam godzinami, to teraz znowu do mnie zdzwonili, bym zrobiła coś z tym hałasem!

- To ucisz to ptaszysko! - Czemu to do mnie się rzuca?!

- Buffy próbowała tylko zrobić to, co reszta - uciszyć cię.

- Phi!

Skrzyżowałam ręce na klatce piersiowej i odwróciłam się do niej bokiem. A co! Niech wie, że się obraziłam! Miałam tylko nadzieję, że zacznie przepraszać, niestety nie mogłam na to liczyć. Wcale nie wyglądała jakby jej było przykro. Nawet nie udawała, a to jej kruczysko również. Usiadło jej na ramieniu i dumnie spoglądało na mnie z zadowolonym wyrazem... dzioba. Prychnęłam gniewnie. Byłam ponad to! Jestem w końcu lady Margaret Ann Watson! Nie mogłam pozwolić, by takie paskudne stworzenie cieszyło się moim kosztem. To nie do pomyślenia!

- Do kiedy tutaj będziesz, ciociu? - spytała Karolina, przysiadając na kanapie.

- Phi!

Nie jestem taka łatwa!
- W twojej szkole dają sobie radę bez ciebie? Babcia mówiła, że jesteś strażniczką, to prawda?

- Radę?! Moje drogie dziecko, beze mnie szkoła praktycznie nie funkcjonuje.

Opowiedziałam jej o Hogwarcie, poszerzając jej skromną wiedzę w tej dziedzinie. Nareszcie, Karolina zrozumiała, kim jestem i jak ważną jestem personą.

- Ledwo uszłam z życiem, broniąc moich biednych Lwiątek! - zakończyłam.

- Co się stało? - Była autentycznie zdziwiona... i zmartwiona, kiedy ponownie poruszyłam kwestię swojego niefortunnego spotkania z Blackiem. Skoro aż tak się mną interesowałam, to chyba mogłam jej trochę wybaczyć... prawda?

- To było straszne! - zaczęłam, odpowiednio modulując głos. - W naszej szkole był morderca! Poświęciłam się ochronie niewinnych, biednych dzieci! Broniłam ich własną piersią i zostałam w nią ugodzona! - Skryłam twarz w dłoniach i chlipnęłam kilka razy, by wywołać większe wrażenie. Fakt, nie mogłam umrzeć, ale poszarpane płótno było nader nieestetyczne.

Chyba rzeczywiście się przejęła, bo nagle stała się przyjemniejsza. Opowiadała nawet o tym, jak wygląda życie czarodziejów w Warszawie - stolicy Polski. Musieli mieć prywatnych nauczycieli, bo niestety w Europie były tylko trzy szkoły. Role sów spełniały za to gołębie. Czasami, w starszych rodach, kruki. Ta cała Buffy nie przypadła mi jednak do gustu.

Postanowiłyśmy nawet pogłębić nasze więzy rodzinne przez wspólne sprzątanie! Pomagałam jej, mówiąc, co jeszcze zostało tam do zrobienia. Biegała z miotłą gdzie jej wskazałam, ale przynajmniej zaczął panować dzięki mnie - no dobrze, nam - jako taki porządek.

Wyjaśniła też, że ten czarny obraz to wcale nie obraz, a telewizor... czy jakoś tak. Nie przedstawiał jednej rzeczy, ale wiele różnych - z którymi niestety nie można było ani się porozumieć, ani odwiedzić. Niektórzy jego mieszkańcy też lubili śpiewać, tak jak ja! I to ich najbardziej Karolina lubiła. Moja krew! Śpiewać śpiewali, ale nijak to się miało do moich pięknych, operowych arii.

Rozgrywała się tam nawet piękna historia miłosna! Aż poprosiłam by znalazła dla mnie lepsze miejsce, by wszystko dobrze widzieć. Nie wydawała się do końca szczęśliwa, że zajęłam centralne miejsce na jej ścianie, ale mój słodki uśmiech musiał ją przekonać. Zresztą w końcu znalazłam się tam, gdzie powinnam być cały czas, a nie w ciemnej, zakurzonej piwnicy.

- Co ty robisz?! - spytałam, gdy ponownie zniknęły wszystkie obrazy.

- Wyłączyłam telewizor. Już późno.

O, kiedy ona się przebrała w piżamę?

- Zostaw, zostaw, zostaw! Niech pośpiewa jeszcze!

- Ciociu, proszę. Jutro muszę wcześnie wstać do pracy.

Do pracy?!

- To idź i mi nie przeszkadzaj!

Westchnęła, przywróciła obraz i poszła do sypialni.

Muszę przyznać, że nawet, jeśli śpiewali nie po mojemu, to trochę wpadało w ucho. Zaczęłam im nawet pomagać swoim głosem, bo niektórzy nie dawali rady! Tylko znowu mnie nie docenili. Ani Karolina ani ci za ścianami, którzy znowu zaczęli w nie walić i krzyczeć coś kompletnie niezrozumiałego. Ich strata.

Najgorsze jednak było to, że obraz zniknął. I już nie wrócił.

Następnego dnia mogłam wybrać, z kim spędzę czas do jej powrotu, pod warunkiem, że nie będę śpiewać. Zgodziłam się, niech zna moje wielkie serce.

To było naprawdę coś. Aż szkoda, ze u nas nie ma takich obrazów.

Gdy Karolina wróciła, o dziwo, nie była sama.

- Witaj, moja droga.

- Albusie! Skąd wiedziałeś, że tu jestem?

- Całe szczęście, kochana, że tak wiele osób ciebie uwielbia! I martwi się o ciebie. Sir Armando bardzo ubolewa, że nie może słuchać twego pięknego głosu.

O, tak. Sir Armando, prawdziwy dżentelmen, który często mnie odwiedza, nawet jeśli jego obraz znajduje się na drugim końcu szkoły. Aż się zarumieniłam.

- Całe szczęście że wspomniałaś mu kiedyś o swoim drugim, nieużywanym obrazie! Gdyby nie to nie wiem, co byśmy zrobili... Niestety nie damy sobie bez ciebie rady. I tyle osób tęskni za tobą!

Albus wie, jak sprawić, by kobieta czuła się dowartościowana. Prawdziwy mężczyzna i taki czarujący. Uśmiechnęłam się, rumieniąc się znowu jak podlotek. Ach, mieć tylu adoratorów...

- To ja może zrobię herbatę - wtrąciła się moja kuzynka i zniknęła w sąsiednim pomieszczeniu.

- Bardzo chętnie, z cytryną poproszę. Przy okazji, nie chciałem przyjść z pustymi rękami.

Paszteciki dyniowe, bardzo pyszne, u nas przepadają za nimi zarówno nauczyciele, jak i uczniowie!

- Podał jej torebkę ze słodyczami.

Dziewczyna zniknęła w kuchni, a ja dalej wysłuchiwałam, jak ciężko jest beze mnie i że do mej obrony dyrektor zatrudnił kilka trolli i Sir Cadogana, który pod moją nieobecność strzegł przejścia do wieży Gryffindoru.

Bałam się o swoje życie, ale cóż oni poczną beze mnie? Jak sobie poradzi mój drogi sir Armando? I kto będzie plotkował z Violet? Gryfoni też tęsknią za moimi występami! No i jestem pewna, że nikt nie strzegł przejścia tak dobrze jak ja!

Z bólem serca musiałam przyznać Albusowi rację, zgodziłam się więc.

Karolina przyszła z dwoma herbatami, pokrojonymi plasterkami cytryny na talerzyku oraz pasztecikami i kawałkami jakiegoś ciasta wyłożonymi na półmisku, nie miałam jednak już ochoty siedzieć i patrzeć, jak zajadają się takimi pysznościami. Wróciłam więc do Hogwartu, pożegnawszy się uprzednio z moją kuzynką. Obiecałam jej jednak, że będę ja odwiedzać! Ją i tamten przedziwny obraz. Skoro wiem, w jakim ciekawym towarzystwie przebywa i że nie poradzi sobie beze mnie podczas sprzątania.

Nie rozumiem tylko czemu nie wyglądała na równie zachwyconą tym pomysłem co ja.
Edytowane przez Smierciojadek dnia 29.06.2014 19:43
media2.giphy.com/media/6qdkSaKx2MfMA/giphy.gif

Nie można zapłacić za coś, co nie ma ceny. Niektórzy twierdzą, że każda, absolutnie każda rzecz na świecie ma swoją cenę. To nieprawda. Są rzeczy, które ceny nie mają, są bezcenne. Najłatwiej poznać takie rzeczy po tym, że raz utracone, są utracone na zawsze.

66.media.tumblr.com/d139938a33b1b4a6e9d05302028f7545/tumblr_nwp9a04Ew81qdp7auo3_500.gif

Nie wiesz, co pamiętasz, dopóki nie spróbujesz tego opowiedzieć. I nie wiesz, co tak naprawdę sądzisz na dany temat, dopóki nie zaczniesz się o to z kimś kłócić. W samotności nie jesteś nawet świadomy swoich sprzeczności.

media.tumblr.com/3ad8106e3bbe79c5eb59d42068d27812/tumblr_inline_ncezf4w8z41spqcq1.gif

Pamiętaj. W śnie nie da się szeptać.

38.media.tumblr.com/aafd9a4ade7ecf23ca4f3335aeabfaf9/tumblr_n5nak092R91sai67qo1_500.gif

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2021-wydarzenie1.png
www.harry-potter.net.pl/images/articles/najadm2020.jpg
www.harry-potter.net.pl/images/articles/najnick20202.jpg
www.harry-potter.net.pl/images/articles/pieko.jpg
www.harry-potter.net.pl/awards/images/awardswinner/najlepszy_newsman.png
www.harry-potter.net.pl/images/awards2013/najoryginalniejszy_nick_jadek.png
www.harry-potter.net.pl/images/najoryginalniejszy_nick.png
 
Smierciojadek
PRACA B - Barlom


Fan opery

- Violet, opowiadałam ci już jak minął mi pobyt w Warszawie? - rozległ się dźwięczny głos Grubej Damy, która jakby od niechcenia wygładziła niewielkie zagniecenia na swojej różowej szacie.

- Pewnie tak, ale z chęcią przypomnę sobie wszystkie szczegóły. Co cię skłoniło do tak dalekiej podróży?

Jej przyjaciółka jak najbardziej pamiętała, jaki był powód tego wyjazdu, ale lubiła sprawiać wrażenie niedoinformowanej, by móc w odpowiednim momencie udać szczere zdziwienie. Uwielbiała popisywać się swoimi zdolnościami aktorskimi. Razem z Grubą Damą świetnie się dogadywały, zapewne przez to, że obie lubiły nazywać się artystkami.

- Byłam tam parę miesięcy temu by zaśpiewać na wielkim przyjęciu z okazji pięćsetnej rocznicy założenia tamtejszego ministerstwa w 1466 roku. Polubiłabyś ten kraj. Zaraz po naszym przyjeździe zabrali nas na wycieczkę krajoznawczą po tym mieście. Dali mi jakąś rozsypującą się Zamiataczkę 3 i przez pół dnia lataliśmy to tu, to tam zatrzymując się w różnych wartych uwagi miejscach. Wiedziałam, że wieczorem czeka mnie koncert w gmachu tamtejszego Pałacu Łazienkowskiego, więc nie forsowałam się zbytnio, tylko od razu zamknęłam się w swojej garderobie by wypocząć przed występem.

***

W niewielkim pokoju z wygodną sofą, kominkiem i toaletką znajdowało się pełno różnokolorowych goździków ułożonych w rozmaite bukiety. Wokalistka spacerowała po błyszczącym parkiecie i patrzyła na ściany wyłożone korkiem. Było to idealne wyciszenie, z którym nigdy wcześniej nie spotkała się w swoim życiu. Jej występ się zbliżał, więc usiadła na taborecie przed lustrem i rozłożyła na niewielkim stoliku swoje przybory. Kiedy dziesiątki pudełeczek, flakoników i innych drobiazgów leżało rozłożone na całej powierzchni toaletki, mogła w końcu rozpocząć tworzenie swojego makijażu scenicznego. Gdzieś w oddali pośród plusku kąpiących się w jeziorze kaczek rozległ się cichy stukot, który powoli narastał.

W garderobie rozległ się natarczywy odgłos pukania. Ledwie Gruba Dama zdążyła powiedzieć śpiewnym głosem ,,Proszę" a drzwi z hukiem się otworzyły.

- To naprawdę pani. - powiedział młody chłopak, który łapczywie łapał powietrze. - Nie wierzę że w końcu mogę panią spotkać. Jestem największym fanem. Widziałem w telewizorze wszystkie pani występy.

***

- W czym cię zobaczył? - zapytała tym razem ze szczerym zdziwieniem Violet, przerywając opowieść swojej przyjaciółce.

Gruba Dama zamrugała oczami, próbując wrócić myślami z tego miłego wspomnienia. Jakby machinalnie wygładziła swoją różową szatę zastanawiając się nad odpowiedzią.

- Och, no tak. U nas zakazane jest wykorzystywanie ich. To tak jakby obraz, tylko widać na nim to co dzieje się gdzieś indziej. Coś jak radio, tylko z obrazem. W sumie w Polsce też przez parę lat było zakazane wykorzystywanie telewizorów przez czarodziejów, ale okazało się, że to nic nie dało. Mimo zakazów oglądano tam potajemnie transmisje z meczów Quidditcha, czy też z koncertów. W końcu ministerstwo uznało, że nie wygra i pozwoliło na wykorzystywanie tej mugolskiej technologii.

Violet zaśmiała się, po czym upiła łyk czerwonego wina. Po krótkim zastanowieniu zwróciła się do Grubej Damy.

- Wykiwali władzę, a to dobre, już zaczynam ich lubić.

***

Chłopak dyszał ciężko, lecz mimo widocznego zmęczenia, nie przestawał wpatrywać się w swoją idolkę maślanymi oczyma. Najwidoczniej biegł ile sił w nogach przez cały korytarz prowadzący aż tutaj.

- Jak to miło z twojej strony. Niech ci się przyjrzę. Na pewno chciałbyś zobaczyć na własne oczy jak mój słowiczy głos potrafi zbić szkło, nieprawdaż?

- Naprawdę, zrobiłaby to pani dla mnie?

Gruba dama usiadła wygodnie przysuwając się do ściany, a w lewej dłoni unosiła pustą szklankę. Najpierw delikatnie zaczęła wydobywać z siebie najróżniejsze dźwięki, a każdy był głośniejszy od poprzedniego. W końcu po całej garderobie niósł się przeraźliwy pisk. Kiedy chłopak w końcu zmrużył lekko oczy dając znak swojego cierpienia, Gruba Dama, jakby od niechcenia poruszyła nadgarstkiem. Szklanka uderzyła o ścianę, rozbijając się na drobne kawałki.

- Widzisz? Czasami mój głos zadziwia mnie tym, że nadal potrafi zdziałać takie cuda.
Chłopak patrzył przez chwilę ze zdziwieniem na rozbite szkło. Szybko jednak zdziwienie ustąpiło szaleńczej radości i w niewielkiej garderobie rozległy się żarliwe oklaski. Gruba dama zasłoniła swoje usta dłonią kryjąc uśmiech własnej dumy. Podniosła z toaletki niewielki wachlarz, którym zaczęła chłodzić swoje policzki, na których powoli zaczęły, niczym róże, wykwitać obfite rumieńce. Chłopak nagle, jakby otrząsnął się z szaleństwa i pogrzebał w swoim plecaku wyciągając z niego bombonierkę pełną dyniowych pasztecików.

- To dla pani. - powiedział z niebladnącym uśmiechem. - Wyczytałem w ostatnim egzemplarzu ,,Czarownic", że to pani ulubione.

- Och, naprawdę nie trzeba było.

Dotknęła delikatnie policzka chłopaka, po czym zmierzwiła mu włosy, dając do zrozumienia, jak bardzo jest uradowana z podarunku. Fan jakby zwiotczał pod dotykiem swojej idolki, lecz jakimś cudem utrzymał się na nogach. Poszukał jeszcze czegoś w swojej szacie i wyciągnął z niej pióro, kałamarz i kawałek pergaminu.

- Czy mógłbym jedynie prosić panią o autograf?

- Ależ oczywiście.

Chłopak tak zamaszyście położył pergamin na toaletce, że przy okazji zrzucił z niej słoiczek pełen pudru. Różowy pył rozsypał się wszędzie. Gruba dama zakasłała lekko, próbując pozbyć się nagłej goryczy, która odczuła na języku. Jej fan cały obsypany był pudrem, jednak nie zwracał na to uwagi. Był zrozpaczony.

- Naprawdę przepraszam za ten bałagan, ale przy pani nie jestem w stanie się skupić na niczym innym. Chłoszczyść.

Machnął różdżką nad rozsypanym po garderobie pudrem, który nagle wsiąknął zostawiając nieskazitelnie czystą toaletkę.

- Naprawdę nie musiałeś. - zagruchała uradowana wokalistka. Cieszyła ją ta nieporadność człowieka spowodowana jej obecnością. Wzięła do ręki pióro, zamoczyła w atramencie i przy akompaniamencie zgrzytów namalowała na pergaminie zamaszyste linie układające się w jej autograf. Znów usłyszała zbliżające się kroki, jednak tym razem o wiele spokojniejsze. Chłopak wydawał się być tak zaabsorbowany podziwianiem, jak powstaje autograf jego idolki, że prawdopodobnie nie zwrócił uwagi na dodatkowy dźwięk.

Do garderoby wszedł jeden z ludzi odpowiedzialnych za ochronę Grubej Damy.

- Mam dla pani odświeżającą herbatę. - wskazał na szklankę pełną brązowawego płynu z kilkoma plastrami cytryny w środku. Dopiero po chwili zauważył, że wokalistka nie była sama w garderobie. - Co pan tu robi?

- Ja... - wyjąkał zakłopotany chłopak, patrząc nerwowo po całym pokoju. Jego wzrok zatrzymał się przez chwilę na otwartym oknie.

***

- Dopiero wtedy dotarło do mnie, że chłopak musiał jakoś prześlizgnąć się do środka, lecz sądząc po zdziwieniu strażnika, musiało być to coś wyjątkowego.

- Cóż takiego zrobił twój fan? - Violet wydawała się być nad wyraz przejęta, wręcz jakby jej życie miało zależeć od zdobycia tej informacji.

- Nie uwierzysz, ale był animagiem. Już chciałam powiedzieć ochroniarzom, że nic się nie stało, no i żeby wypuścili chłopaka. Nie przypuszczałam, że on potrafi zmienić się w zwierzę. Ani się obejrzałam, a przede mną stał czarny jak noc kruk, który zakraczał radośnie, porwał w dziób pergamin z autografem i wyleciał przez otwarte okno.

Violet teatralnie wstrzymała oddech, jakby nie wierząc w taki obrót wydarzeń. Dopiła resztę wina, po czym pokręciła z uznaniem głową.

- Niesamowite, no i masz wspaniałą pamięć.

- To zasługa mojego fana. Oprócz bombonierki z pieguskami zostawił mi coś jeszcze, coś czego nie mogłam zjeść. - zachichotała lekko. - Dopiero po całym tym zajściu zauważyłam, że pióro, którym wypisywałam autograf było czarne. Należało do kruka, a raczej do tego młodego czarodzieja.
Edytowane przez Smierciojadek dnia 29.06.2014 19:44
media2.giphy.com/media/6qdkSaKx2MfMA/giphy.gif

Nie można zapłacić za coś, co nie ma ceny. Niektórzy twierdzą, że każda, absolutnie każda rzecz na świecie ma swoją cenę. To nieprawda. Są rzeczy, które ceny nie mają, są bezcenne. Najłatwiej poznać takie rzeczy po tym, że raz utracone, są utracone na zawsze.

66.media.tumblr.com/d139938a33b1b4a6e9d05302028f7545/tumblr_nwp9a04Ew81qdp7auo3_500.gif

Nie wiesz, co pamiętasz, dopóki nie spróbujesz tego opowiedzieć. I nie wiesz, co tak naprawdę sądzisz na dany temat, dopóki nie zaczniesz się o to z kimś kłócić. W samotności nie jesteś nawet świadomy swoich sprzeczności.

media.tumblr.com/3ad8106e3bbe79c5eb59d42068d27812/tumblr_inline_ncezf4w8z41spqcq1.gif

Pamiętaj. W śnie nie da się szeptać.

38.media.tumblr.com/aafd9a4ade7ecf23ca4f3335aeabfaf9/tumblr_n5nak092R91sai67qo1_500.gif

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2021-wydarzenie1.png
www.harry-potter.net.pl/images/articles/najadm2020.jpg
www.harry-potter.net.pl/images/articles/najnick20202.jpg
www.harry-potter.net.pl/images/articles/pieko.jpg
www.harry-potter.net.pl/awards/images/awardswinner/najlepszy_newsman.png
www.harry-potter.net.pl/images/awards2013/najoryginalniejszy_nick_jadek.png
www.harry-potter.net.pl/images/najoryginalniejszy_nick.png
 
Smierciojadek
PRACA C - Penelope


Wycieczka

Ostatnie pociągnięcie pędzla. Malarz odsunął się od płótna i przyglądnął swojemu dziełu, przekrzywiając głowę, to w prawo, to w lewo. Cmoknął cicho aprobując to, co zobaczył. Gruba dama o surowym wyrazie twarzy, w słodkiej, jedwabnej, różowej sukience, patrzyła na niego niebieskimi oczami. Tak właśnie wyobrażał sobie swoją matkę, choć nigdy jej nie spotkał. Mężczyzna wziął do ręki różdżkę, chcąc ożywić obraz zaklęciem, chciał nadać swojej postaci tylko te cechy, które sam bardzo cenił: uczciwość, sprawiedliwość, powagę, skromność, wstrzemięźliwość. Zamknął oczy i rzucił czar, coś jednak nie wyszło do końca tak, jak zaplanował...

Jutro rozpoczęcie roku szkolnego, na reszcie korytarze przestana świecić pustkami, a Pokój Wspólny Gryfonów zapełni się rozwydrzonymi bachorami. Znów ktoś zapomni hasła i będzie ślęczał przed drzwiami całą noc. Nim to jednak nadejdzie, Grubą Damę czeka dziś wspaniała nocna pogawędka z Violet, być może przy odrobinie czegoś mocniejszego. Tak długo czekała na ten ostatni dzień wolności, wymyśliła na dzisiejszy wieczór coś wspaniałego, na pewno wszyscy się ucieszą. Strażniczka Wierzy Gryffindoru z poważną miną udała się do obrazu Hrabiego Barloma, miała tam jedną sprawę do załatwienia. Hrabia był młodym, wysokim mężczyzną o pięknych zielonych oczach, ubrany był w czarny smoking, a na głowie miał wysoki cylinder. Gdy przechodziła od jednego portretu do drugiego, postacie starały się nie zwracać na nią większej uwagi, było to jednak trudne zadanie, przez jej niemałą tuszę. Barlom zobaczył Grubą Damę już z daleka, więc gdy weszła do jego obrazu, uśmiechnął się szeroko i serdecznie przywitał.

- Witam panią w moich skromnych ramach - mówiąc to ukłonił się, ściągając przy tym swój gustowny cylinder z głowy. - Co sprowadza?

Strażniczka wierzy tylko kiwnęła głową i zaczęła przeglądać się w lustrze, które wisiało naprzeciwko portretu Barona. Uniosła lekko włosy do góry, poprawiła sukienkę i z poważną miną zwróciła się do towarzysza.

- Przyszłam tylko zobaczyć czyjąś przyjazną twarz, twoje lustro idealnie się do tego nadaje, dziękuje - skończywszy mówić, obróciła się w lewo i pognała dalej. Barlom trochę zdziwiony jej zachowaniem, udał się za nią, dogonił ją dopiero dwie ramy przed portretem Violet. Gruba Dama zatrzymała się nagle, przez co Hrabia wpadł w nią, gubiąc się fałdach jej sukni i tłuszczu. Było to najgorsze doświadczenie w jego... życiu? Na pomoc przybiegły mu Alette i Penelope, damy dworu z obrazu królowej Anglii, wiszącym na pierwszym piętrze, pomagając mu wyplątać się z różowych koronek. Obie ubrane były w wytworne dworskie suknie.

- Nic ci nie jest? - spytała zdyszana Al, po walce z różowym potworem.
- Nie nic, dziękuje - odpowiedział Barlom, patrząc na oddalającą się Grubą Damę. - Dziwnie się dzisiaj zachowuje, może lepiej chodźmy za nią, wiecie jaka potrafi być, kiedy za dużo wypije.

Al i Pene kiwnęły głowami i w trójkę ruszyli do portretu Violet. Gdy tam dotarli oprócz przyjaciółek, przy stole siedziała jeszcze Slayerka, jedna ze Ślizgonek z obrazu na czwartym piętrze, ubrana w szkolny mundurek. Dyskutowały o czymś zawzięcie przyciszonymi głosami, ale gdy tylko dostrzegły przybyłych gości, zamilkły. Wszyscy patrzyli po sobie speszeni, jedynie Slayerka omiotła wszystko zimnym wzrokiem, Ślizgońskich oczu.

- Ykm... Ykm... - odchrząknął Barlom i ze spokojem w głosie, jaki posiadać może jedynie hrabia, powiedział. - Przepraszamy za najście, ja i te urocze panie, przechodziliśmy jedynie, wybaczcie, jeżeli wam w czymś przeszkodziliśmy. - Alette nerwowo poprawiła swoje okulary, a Penelope wygładziła fioletową sukienkę.
- Oni mogą się nam nawet przydać - powiedziała Violet, jakby do siebie. Gruba Dama wytrzeszczyła oczy, a Slayerka zgodziła się z nią swoim spokojnym głosem.
- Niby jak? - oburzyła się Strażniczka wierzy, a jej wielkie czerwone policzki zrobiły się tak czerwone, jakby miały za chwile wybuchnąć.
- Hrabia Barlom w tym swoim smokingu i cylinderku, może udawać iluzjonistę, a te dwie obok niego będą jego asystentkami... - zaczęła tłumaczyć Violet, ale przerwała jej Slayerka.
- Na co komu iluzjoniści w świecie magii? To że macie różdżkę, wcale nie oznacza, że możecie przestać używać waszych mózgów.
- Ale przecież tam będą mugole - zaczęła się bronić Violet.
- Tak ale w środku, a nie na straży!
- Przepraszam, ale co wy w ogóle planujecie? - zapytała Penelope, nie mając pojęcia o co chodzi. Gruba Dama znudzona zaistniałą sytuacją, postanowiła wszystko od razu wyjaśnić przybyłym gościom.
- Postanowiłyśmy się udać do pokoju mugolskich obrazów, na piątym piętrze aby osobiście przekonać się, co się tam znajduje. Czy chcecie udać się z nami? - jej głos był wyniosły i poważny, a oczy sugerowały, że jest jej to obojętne.
- Tak! - wypaliła Pene, która uwielbiała przygody. Barlom i Al, opatrzyli na nią z niedowierzaniem.
- Przecież ten pokój jest zakazany! - powiedzieli równocześnie.
- Och znaleźli się wielcy zwolennicy przestrzegania prawa, nie chcecie, nie musicie iść - powiedziała Slayerka i ruszyła na piąte piętro. Zaraz za nią wyszła Violet i napuszona Gruba Dama. Penelope z uśmiechem na twarzy krzyknęła ,,No ruszcie się!" i również ruszyła za nimi. Barlom i Al nie do końca wiedząc co robić, powlekli się w stronę Zakazanego pokoju, mając nadzieję, że nie stanie się nic złego.
- Nie sądzicie, że powinniśmy coś zjeść przed podróżą? - zapytała radośnie Penelope. Wszyscy popatrzyli na nią zdziwieni, więc dodała. - Na obrazie na trzecim piętrze jest zawsze świeża herbata z cytryną i paszteciki dyniowe.

Nikt nie chciał przedłużać podróży, ale skoro było to po drodze, wszyscy skorzystali. Najedzeni udali się dalej, spotykając na czwartym piętrze Filcha, wymachu jącego miotła i wrzeszczącego na całe gardło:

- Irytku! Jak ja cię dopadnę, to wylądujesz z tą miotłą wsadzoną w sam wiesz co i nawet Dumbledore ci nie pomoże!

Gruba Dama znudzona długą drogą, zaproponowała temat do rozmowy.

- Źle idzie się milcząc, może każdy z nas powie cos o sobie, na przykład wymieni jakieś swoje zalety - powiedziała to tonem nie znoszącym sprzeciwu, więc każdy mimo braku chęci, coś powiedział.
- Zalety - zaczęła Pene. - No więc jestem pracowita, no i ktoś namalował mi bardzo ładną sukienkę.
- Ładną sukienkę to mam ja, drogie dziecko - wtrąciła się Gruba Dama. - Ty jedynie co, to nie masz gustu i to za grosz.

Pene przemilczała to stwierdzenie, nie chcąc wszczynać awantury.

- Mnie się sukienka Penelope bardzo podoba - powiedziała Alette, uśmiechając się do koleżanki. - Co do moich zalet, to sama nie wiem, czy ja mam jakieś zalety? Może poczucie humoru? - Mówiąc to zaczęła się histerycznie śmiać, ale widząc, że nikogo to nie śmieszy, zamilkła, a jej policzki zapłonęły czerwienią.
- Zbyt wiele zalet to ty nie masz, fakt, poczucia humoru też za grosz - i tym razem wtrąciła się Strażniczka wierzy. Po tych słowach Alette zapłonęła jeszcze większym rumieńcem, o ile w ogóle było to możliwe.
- Ykm... Ykm... - zaczął Barlom po hrabiowsku. - Ja oczywiście mam sporo zalet, jak na hrabie przystało. Nie będę ich jednak wszystkich wymieniał, jestem na to za skromny, podam tylko jedną moją zaletę, gustowność.
- Z gustownością trzeba się urodzić, tak jak malarz, który mnie namalował, ty nie rodziłeś się wcale, więc gustu też nie masz wcale - i tym razem nie powstrzymała się od komentarza Gruba Dama
- Spryt - powiedziała krótko Slayerka i tym razem nikt tego nie zakwestionował.
- Teraz kolej na mnie - powiedziała Violet. - ja podam tylko jedną moją zaletę, mam wspaniałą przyjaciółkę, która stoi właśnie obok mnie.
- Och! Violet, ale ty jesteś miła, dziękuje słońce - wykrzyknęła Gruba Dama. - Mogłabym wymienić sporo twoich zalet, ale nie traćmy czasu, teraz kolej na mnie. Oto moje zalety: miła, przyjacielska, gustowna, mam ładna sukienkę, piękna, szczupła, mam poczucie rytmu, umiem żartować, jestem poważna, strzegę Wieży Gryffindorur30; - wymienianie trwało około piętnastu minut, a przez ten czas udało im się dotrzeć na piąte piętro, po drodze mijając jakiegoś nauczyciela, czyszczącego jedną z klas zaklęciem Chłoszczyść. Dopiero gdy dochodzili do obrazu strzegącego Zakazany pokój Gruba Dama zamilkła na chwilę, dodawszy jeszcze:
- Jakby się dłużej nad tym zastanowić i gdybym miała wybrać tylko jedną zaletę, to wybrałabym piękna, chociaż nie może jednak skromna. Tak skromna. O rany! Jesteśmy już na miejscu? Jak ten czas szybko zleciał!
- Chyba jej, ja mam dość tej tyrady, nigdy więcej nie dam się na to nabrać - powiedziała pod nosem Pene.
- Kra! Kra! Kto zamierza przejść przez mój obraz musi zgadnąć zadaną przeze mnie zagadkę - okazało się, że pokoju z mugolskimi obrazami strzeże wielki, czarny kruk z jednym okiem na środku czoła. Wyglądał przerażająco, nic więc dziwnego, że Violet na jego widok uciekła z krzykiem.
- Mów tę zakładkę głupi ptaku - powiedziała Gruba Dama, nie zwracając uwagi na wrzeszczącą przyjaciółkę.
- Kra, kra, kra, kra!
Nigdy go nie widziałeś...
- Mam gdzieś twoją zagadkę - powiedziała Slayerka i walnęła kruka w oko. Ten zatoczył się i przewrócił do tyłu, robiąc mnóstwo hałasu. Ślizgonka przeszła obok niego i weszła do Zakazanego pokoju, wszyscy pośpieszyli za nią, bojąc się, że kruk się ocknie. W pomieszczeniu do którego weszli nie było prawie nic, jedynie dwa obrazy i ten w którym się znajdowali. Na jednym z nich namalowane był stół z owocami i butelkami wina, gdy tylko zobaczyła to Gruba Dama pognała tam, próbując wypić zawartość butelek, okazało się to jednak niemożliwe. Strażniczka wieży była tym faktem tak załamana, że wyciągnęła z pod swojej sukienki butelkę Whisky i wypiła ją do dna, czkając przy tym. Barlom spojrzał na nią z niedowierzaniem.
- Jak ona ją tam zmieściła?
- Błagam nie zadawaj takich pytań, bo jak się zacznę nad tym zastanawiać, to zwymiotuje- odpowiedziała Pene.
Na kolejnym obrazie namalowane było jakieś dziwne, czarne pudło z obrazkami. Na dole był podpis ,,telewizor". Nikt nie zastanawiał się nad tym dłużej i zaczęli się rozglądać po płótnie na którym stali, było ono puste.
- Ciekawe co się stało z postacią z tego obrazu i gdzie jest teraz - powiedziała Alette.
- Nie ma tu nic ciekawego, możemy sobie już pójść? - spytała znudzona Slayerka.
- Jasne - odpowiedziała Pene. - Musimy tylko zabrac ze sobą ją - powiedziała ze skwaszoną miną, wskazując na Grubą Damę, która była pijana i spała, czkając lekko.
- A nie możemy jej tu zostawić? - zapytała z nadzieją Ślizgonka.
- Nie! - Al, Barlom i Pene powiedzieli to równocześnie, patrząc wymownie na koleżankę. Wszyscy niechętnie ruszyli w stronę Strażniczki wierzy, stanęli przy niej i patrzyli po sobie, nie wiedząc co robić.
- No więc sprytna, może ty wymyślisz, jak mamy ją stąd zabrać? - spytała Alette, patrząc na Slayerke, która nie miała wesołej miny.
- Ja wymyśliłam jak tu wejść, teraz wasza kolej - odpowiedziała chytrze.
- Nie kłóćmy się moje drogie panie, tylko weźmy do roboty - przerwał im Barlom. - Ja ze Slayerką weźmiemy ją za ręce, a Pene i Alette za nogi, w ten sposób ciężar ciała rozłoży się na cztery strony i powinniśmy dać rade ją unieść. Ciągniemy na trzy. Raz, dwa, trzy!
Cała czwórka usiłowała unieść wielkie cielsko w różowej sukience, ale im się nie udało.
- Może jednak ją tu zostawimy? - spytała ponownie Ślizgonka, z wielką nadzieją w głosie.
- Chyba nie mamy innego wyjścia - dodała niepewnie Penelope.
Barlom i Alette popatrzyli po sobie, również zgodzili się z tym, że są w beznadziejnej sytuacji. Postanowili zostawić Grubą Damę samą, ale tylko na chwilkę i przyprowadzić pomoc. Wychodząc z Zakazanego pokoju, Slayerka znowu uderzyła kruka w oko, ten przewrócił i leżał w zabawnej pozycji. Biegli z ramy do ramy aż dotarli do portretu półolbrzyma leżącego na skale, tylko on mógł im teraz pomóc. Okazało się, że pogrążony on jest w głębokim śnie.
- Wstawaj wielkoludzie! - krzyknęła Penelope, ale nic to nie dało.
- No i co teraz zrobimy? - spytała Slayerka.
- Ja mam pomysł - powiedziała Alette. - Podsadź mnie - zwróciła się do Barloma. Ten trochę się zdziwił, ale zrobił to, o co prosiła. Al wspięła się na brzuch półolbrzyma i zaczęła po nim skakać jak po trampolinie.
- Myślisz, że to go obudzi? - spytał z niedowierzaniem Hrabia.
- Nie wiem, ale zawsze marzyłam, żeby to zrobić - odkrzyknęła dziewczyna, śmiejąc się w niebogłosy. W tym momencie półolbrzym obudził się i podsnuł Alette za ręce, jakby była piórkiem zaledwie.
- Przeprazam, przepraszam nie rób mi krzywdy! - krzyknęła Al. Ten tylko spojrzał na nią zaspanym wzrokiem i odłożył na ziemię.
- Co się stało? - zapytał grubym głosem. - Dlaczego przerywacie mi moją drzemkę?

Barlom opowiedział wszystko po kolei i poprosił o pomoc pana półolbrzyma. Ten zgodził się od razu przenieść Grubą Damę do jej portretu w Wieży Gryfindoru. Wstał i nie czekając na nikogo udał się na piąte piętro, w stronę Zakazanego pokoju. Cała czwórka spokojna o los Grubej Damy, pożegnała się i rozeszła do swoich ram, czekając spokojnie na rozpoczęcie roku szkolnego.
Edytowane przez Smierciojadek dnia 29.06.2014 19:44
media2.giphy.com/media/6qdkSaKx2MfMA/giphy.gif

Nie można zapłacić za coś, co nie ma ceny. Niektórzy twierdzą, że każda, absolutnie każda rzecz na świecie ma swoją cenę. To nieprawda. Są rzeczy, które ceny nie mają, są bezcenne. Najłatwiej poznać takie rzeczy po tym, że raz utracone, są utracone na zawsze.

66.media.tumblr.com/d139938a33b1b4a6e9d05302028f7545/tumblr_nwp9a04Ew81qdp7auo3_500.gif

Nie wiesz, co pamiętasz, dopóki nie spróbujesz tego opowiedzieć. I nie wiesz, co tak naprawdę sądzisz na dany temat, dopóki nie zaczniesz się o to z kimś kłócić. W samotności nie jesteś nawet świadomy swoich sprzeczności.

media.tumblr.com/3ad8106e3bbe79c5eb59d42068d27812/tumblr_inline_ncezf4w8z41spqcq1.gif

Pamiętaj. W śnie nie da się szeptać.

38.media.tumblr.com/aafd9a4ade7ecf23ca4f3335aeabfaf9/tumblr_n5nak092R91sai67qo1_500.gif

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2021-wydarzenie1.png
www.harry-potter.net.pl/images/articles/najadm2020.jpg
www.harry-potter.net.pl/images/articles/najnick20202.jpg
www.harry-potter.net.pl/images/articles/pieko.jpg
www.harry-potter.net.pl/awards/images/awardswinner/najlepszy_newsman.png
www.harry-potter.net.pl/images/awards2013/najoryginalniejszy_nick_jadek.png
www.harry-potter.net.pl/images/najoryginalniejszy_nick.png
 
Smierciojadek
PRACA D - Alette


Bardzo poważna historia

Cofnijmy się do czasów, kiedy jeszcze żadna z postaci, o której nie wolno mi wspomnieć w tej zacnej historii, nie postanowiła (bądź też nie została zmuszona) zmierzyć się ze swym tragicznym losem ku chwale czegoś bardzo podniosłego i ważnego. Wróćmy do tego niebywale istotnego momentu w losach kraju w mleku i miodzie tonącym, gdzie tak kochana przez wszystkich osobistość zasiadła na polskim tronie, a wokół niej tłoczyła się banda buraków i złodziei. Tam też wśród tłumu ustrojonej w dostojne szaty szlachty stała piękna niewiasta. Jej lico budziło zachwyt wciąż młodego króla, który ściskał w swych pobożnych dłoniach złoty różaniec. Kobieta nazywała się Olgierda Buraczówna, była w wieku idealnym na małżeństwo, hodowała w dworku swego ojca czarne kruki i uwielbiała grać na harfie, ale... to nie o niej jest ta historia.

W tym samym momencie wszakże na jednym z pni w gęstym lesie usiadł wodzirej, patrząc swym jednym okiem (drugie bowiem przegrał w zakładzie) na niewielkie jajo (które wygrał w zakładzie). Zdobycz bowiem miała mu przynieść smoka, chociaż stary Maciej zaczynał w to wątpić. Schował toteż jajo do kieszeni swojego wyświechtanego płaszcza i udał się w kierunku, którego też nie poznacie, bo chociaż przemawiałyby za tym zasady logicznego myślenia, ta historia również nie dotyczy wodzireja Macieja.

Iżby nie wprawić czytelnika w stan permanentnego znudzenia tą i tak niezbyt fascynującą historią, jako narrator postaram się teraz w miarę bezboleśnie przenieść go do właściwiej części tej opowieści. Zerknijmy zatem w kierunku Cierpichwały, która dziarskim krokiem przemierzała być może zatłoczone uliczki Warszawy (na potrzeby tej historii załóżmy, że skoro Zygmunt III Waza postanowił uczynić ową miejscowość centrum życia politycznego, to wybudowano w niej również i uliczki, którymi mogła przemierzać Cierpichwała dziarskim krokiem). Tako więc ta, umówmy się, poczciwa kobieta zmierzała w kierunku póki co nieistotnym dla czytelnika, a zapewne bardzo ważnym dla niej. Nie była ona obrazem, z pewnością również nie należała do osób otyłych i zapewne nikogo nie zdziwi fakt, iż niewiasta ta nie nazywała się damą. Urodziła się w wiosce pod Warszawą jako córka młynarza Dzierżypola i w tamtym czasie nie planowała zmiany miejsca swego bytowania. W przyszłości miało się to zmienić, jednakowoż nie warto póki co frasować się owymi doniesieniami. Opowieść ta bowiem dotyczyć będzie jednego dnia z młodości Grubej Damy, a właściwie wtedy Jeszcze-Nie-Grubej-I-Z-Pewnością-Nie-Damy.

Cierpichwała zatrzymała się przed zamkiem, w którym jeszcze dwa miesiące/dwie pełnie (proszę skreślić mniej zacne) temu z bożej łaski król Polski wpatrywał się pożądliwym wzrokiem w Olgierdę Buraczównę. Zabrała jeno opartą o mur miotłę, poprawiła swoją czystą jak psia buda suknię i skierowała w stronę wejścia, umykając przy okazji dzielnej i bystrej straży. Z uśmiechem na ustach mijała każdą obcą osobę, ale kiedy w polu jej spojrzenia znalazł się ponury lokaj... czmychnęła czem prędzej w stronę najbliższych drzwi. Zgubiła po drodze swoje miernej jakości trzewiki niczym Kopciuszek ze znanej mugolom baśni i skryła w miejscu, którego nazwy jako narrator nie podam. Wspomnę jeno, że w owym pomieszczeniu panował mrok nierozświetlony ni przez drobny płomyk świecy... której przeto tam nie było.

Przestraszona Cierpichwała zrobiła zaledwie kielka kroków w nieznanej jej przestrzeni, nim uderzyła głową o mur i upadła skołowana na brudną niczym jej suknia posadzkę. Nie chcąc po raz kolejny narazić się na ból, cierpienie i śmierć, postanowiła na czworaka opuścić kryjówkę. Jej oblicze zapewne nie wzbudzało zachwytu, kiedy na kolanach wydostała się z ciemności i, dręczona boleścią w okolicach czoła, tylko stękała cicho. Wtenczas przed jej obliczem stanął młody mężczyzna, w którego jasnych oczach tliły się ognie niczym te rozsyłane przez smoka wawelskiego.

- A waćpanna to co tak na ziemi leży? - zapytał niezbyt roztropnie nowy bohater tej opowieści.

- A waćpan to woli o durnoty pytać, zamiast wspomóc biedną niewiastę? - zezłościła się Cierpichiwała, obnażając zęby niczym wampir. - Bądź pan rycerzem.

- Ja jestem rycerzem... ale czystym, a waćpanna to się ekskrementach wykąpała... - odparł młody mężczyzna, wywołując tym samym zgorszenie na drobnej twarzy Cierpichwały.

- A woń wydaje i tak nader lepszą niźli ty, panie - przerwała mu dziewczyna, przerzucając na plecy swoje jasne włosy. Podniosła się z ziemi o własnych siłach, patrząc spode łba na młodzieńca.

Nie bez znaczenia dla tej opowieści jest to, iż człowiek ten miast popaść w otchłań wstydu uśmiechnął się pod rzadkim wąsem. Zaraz potem dotknął drobną dłonią skóry wokół ust, najpewniej chcąc sprawdzić, czy delikatny zarost nie odpadł w ciągu tych kilku sekund. Cierpichwała swoją nadobną twarzyczką wyrażała szczere znużenie i brak chęci przebywania w nieznanym jej towarzystwie... zwłaszcza, że bez zwłoki miała udać się do biblioteki w zamku.

- To się nie godzi tak stąpać po królewskim zamku - dodał rycerz, chociaż w owym czasie o wiele rozsądniej byłoby nazywać go szlachcicem. - Cóż, niechaj waćpanna zamknie swe powieki. Chłoszczyść!

Zapewne żadnego ze zmęczonych już czytelników nie zadziwi informacja, iż młody rycerz (albo i szlachcic) trzymał w swej jasnej dłoni różdżkę, dzięki czemu umorusana suknia Cierpichwały... niewiele się zmieniła. Zniknęły ino najbardziej wyraźne plamy, reszta pozostała dokładnie taka sama. Młody rycerz jednakowoż uśmiechnął się zadowolony i wyprostował dumnie pierś.

- Waćpan już się popisał? - Cierpichwała spojrzała na niego zażenowana. - Czy teraz mogę zająć się tym, co ważne?

- Chciałem jeno wspomóc w razie prezentacji przed królem Polski, wielkim księciem litewskim, ruskim, mazowieckim, żmudzkim, inflanckim, a także dziedzicznym władcą Szwedów, Gotów i Wenedów, wielkim i chwalącym Boga Zygmuncie III z dynastii...

Cierpichwała już miała porzucić towarzystwo szlachcica, kiedy w polu jej spojrzenia znalazł się Ponury Lokaj. Prędkim krokiem zmierzał ku młodym, a na twarzy jego tliła się wściekłość urażonego hipogryfa. Znajdował się już kilkadziesiąt łokci, głów czy kolan (w zależności jaką jednostkę miary preferuje czytelnik) dalej, kiedy dziewczyna poczęła żywo gestykulować, pragnąc w ten sposób wzniecić czujność młodzieńca. Ponury Lokaj wyrósł jednakowoż za jego plecami niczym chwast, podkręcając swego wąsa o wiele bardziej zacnego niż rycerza, który w zdziwieniu podskoczył dwukrotnie na jednej nodze.

- Znowu a tu robisz co? - warknął do Cierpichwały, ignorując zasady wyszukanego przekazywania komunikatu. Dziewczyna pod wpływem jego niecnego spojrzenia momentalnie zamilkła i popadła w zadumę. Mogła spróbować zachować się godnie, zamiast tego zrobiła kilka kroków do tyłu... obróciła się dookoła własnej osi trzy razy i jeszcze pół, po czym... uciekła. Nie miała bowiem czasu na dyskusje - jej spóźnienie mogło wywołać straszliwe konsekwencje.

Biegła przed siebie, pozostawiając zdezorientowanego młodzieńca i wrzeszczącego człowieka o budzącym zazdrość wśród magnatów wąsie. Szybko wtargnęła do zamku, w którym miała nadzieję jak najszybciej znaleźć bibliotekę. Ominęła po drodze służących, którzy jeno snuli się niezbyt zaciekawieni zaistniałymi wydarzeniami. Kiedy znalazła się na szczycie schodów, zobaczyła wkraczających do sali strażników. Ruszyła więc prędko w kierunku, który doskonale znała - w przeciwieństwie do biednego czytelnika. Jako narrator dużowiedzący zdradzę wam jednak sekret, iż młoda niewiasta nieuchronnie zbliżała się do prywatnych komnat króla, w których wciąż młody Zygmunt zajmował się niezwykle absorbującą sprawą swego syna. Na całe szczęście Cierpichwała ominęła strzeżone przez śpiącą straż pomieszczenie, w którym powstawało nowe życie i wtargnęła do biblioteki. Zamknęła ciężkie, mosiężne dżwirze i ruszyła w stronę jednej z półek. Kroczyła skrzywiona, jakby właśnie połykała kawał świeżej cytryny, co nie dodawało jej urody. Podrapała się po swoim szczupłym udzie i sięgnęła w kierunku jednej z ksiąg leżących w regale, kiedy tuż obok niej zmaterializował się młodzieniec, którego mieliście okazję poznać kilka akapitów wcześniej. Niewiasta odskoczyła przestraszona, a bynajmniej nie lekki tom wylądował na kamiennej podłodze.

- Idź precz! - krzyknęła, machając przy tym rękoma niczym wiatrakami, które stroiły młyn należący do jej poczciwego ojca. - Zali to nie powiedziałam, że nie chcę twej pomocy?

- Waćpanna to słodka jak beczka smoły - powiedział młody szlachcic i rozejrzał wokół siebie. - Właściwie jaki to cel ma przeglądanie tych ksiąg? Wszak to dobre dla księży, a waćpanna pewno nie potrafi czytać.

- A waćpan chyba wypił za dużo miodu, bo gada jak pijany - wycedziła Cierpichwała. - Ja mam poważne interesy do omówienia z personami wysokiego stanu...

Młody rycerz obruszył się i już szykował szalenie groźną ripostę, kiedy do biblioteki wkroczyła grupa ludzi odziana w strój stosowny do okazji. Na przedzie stał mężczyzna bez wąsów, którego miecz sięgał ziemi i szurał po posadzce. Towarzyszył temu szatański dźwięk, którego opisywać niepodobna, żeby nie dostać od razu gęsiej skórki.

- Baron White, cóż za zaszczyt! - krzyknął młody rycerz rozpłaszczając się na podłodze.

Cierpichwała przez chwilę stała jak wbita w ziemię, ale już po chwili padła na kolana i przy okazji uderzyła nosem o twardy kamień. - Przybyłeś tutaj aż z Anglii?

- Podnieś swą szlachetną rzyć, rycerzu - powiedział jeden z towarzyszy barona, uśmiechając się przy tym kpiąco.

- Czy to ty jesteś Cierpichwałą, córką młynarza? - zwrócił się baron bezpośrednio do niewiasty. Wyglądał na zmęczonego i zdyszanego, jakby drogę do biblioteki pokonał w biegu. Na jego twarzy widniało szczere przejęcie i skupienie, jakby właśnie prowadził negocjacje z Godrykiem Gryffindorem. Dziewczyna przez chwilę milczała, masując tylko swój rozbity nos i pławiąc się w zdziwieniu młodego rycerza. Wkrótce jednak pokiwała głową nieśmiało i spuściła spojrzenia, jak przystało na delikatną i pokorną kobietę. - Wszakże to masz dla mnie Berło Śmierci, które powierzył ci wierny giermek magnata Wiśniowieckiego.

- To prawda, mój panie - odparła Cierpichwała głosem niczym słodkości z miodowego królestwa ( którego w owym czasie jeszcze nie wybudowano). - To ja dzierżę jedyne źródło mocy magii, której jest w stanie pomóc ci, o panie. Jeno hasło trzeba mi podać.

- Hasło? - zdziwił się baron White i obrzucił pozostałych pytającym spojrzeniem. - Dziewczyno, przeto wiesz, żem ja powinienem odebrać pakunek. Wszakże pokonałem w pojedynku Krzysztofa Ibisza...

- Dostałam jasne polecenie, baronie - przerwała mu skromnie Cierpichwała, odgarniając swe jasne włosy. - Wierny giermek magnata Wiśniowieckiego przekazał mi różdżkę z bzu i nakazał milczenie. Udałam się do biblioteki, gdzie miałam spotkać ciebie, wielmożny panie, a na odpowiednie hasło oddać własność.

Gustav White wytrzeszczył swoje i tak nazbyt wielkie oczyska i począł szukać wsparcia wśród zebranych mężczyzn. Cała historia wydała mu się przeraźliwa, jednak nawet kieby i całymi dniami czekał na zbawienie, mości panowie nie doznaliby oświecenia. Czas naglił, zbliżała się już pora wieczorna i powoli rodziła się w baronie panika, że nie zdąży... a wtedy runąłby cały jego świat. Jednakowoż hasła nie pamiętał, a ostatnia nadzieja pozostawała w jego wiernych towarzyszach.

- Cóż teraz, panie? - zapłakał jeden z giermków. - Jeśli przegapimy... panie... błagam.

- Może zaklęcie przypomnienia, baronie? - zasugerował młody rycerz, którego imienia do tej pory nie poznaliście i śmiem twierdzić, że wcale się to nie zmieni.

Gustav White zerknął nań z powątpiewaniem, bowiem o szlachcicu wiedział tyle, co czytelnik... czyli niewiele. Odzyskanie jednakowoż Berła Śmierci stanowiło dla niego cel pierwszorzędny, bowiem tylko za pomocą narzędzia o takiej mocy mógł spełnić swoje największe marzenie.

- Niesnadna to zagadka, a dopierko żem jedną przeszkodę pokonał - powiedział cicho, przypominając sobie swój przepiękny bój z czarnoksiężnikiem Ibiszem. - Wszeko właśnie zaświtała mi w umyśle pewna idea... Ten, który pomoże mi w odgadnięciu hasła, dostanie mą żonę za córkę...

- Panie... - rzekł nieśmiało jeden z jego kompanów.

- Wybacz Gryzipawie - przerwał mu baron, wypinając dumnie pierś. - Toż to omyłka z mojej strony. Oczywiście zwycięzca dostanie za żonę moją żonę... córkę.

- Panie! Przeto ty nie masz córki... - mruknął giermek.

- Ani żony... - dodał nieco głośniej kolejny kompan, do tej pory skrywający swe oblicze w cieniu, który z pewnością w bibliotece był w bardzo ciekawym miejscu.

- Wszelako jak będą miał, to oddam z honorem - odparł dumnie Gustav. - W obliczu takiego zagrożenia, jestem skłonny zobowiązać się do umowy dotyczącej przyszłości, a i dudków nie poskąpię. Nie frasujcie się, przeto honor mam nieskalany. Nie pozostaje wam nic innego, moi wierni giermkowie, jak wysilić swe umysły, aby ku lepszemu dniu uzyskać...

- Telewizor - powiedział ukryty w cieniu mężczyzna, a baron w zdziwieniu otworzył swe wysoko urodzone ustna.

- Brawo! - rzuciła zadowolona Cierpichwała. - Inszego hasła mi nie trzeba.

Baron nie zdążył zrobić jednak nic więcej, bowiem w tym samym momencie Cierpichwała wyciągnęła z pończochy różdżkę (nie pytajcie, jak ją tam ukryła!) i rzuciła ją Gustavowi. Baron spojrzał nań zachwycony, chwaląc sprzyjającą mu fortunę. Nie mógł wszeko nazbyt długo pławić się we własnej radości, bo Gryzipaw wskazał ręką na powoli zachodzące słońce.

- Hokus Pokus! - krzyknął baron, a przed nimi zmaterializował się kawał plastikowego urządzenia.
Szybko zasiedli na podłodze, wyciągając z torby paczkę dyniowych pasztecików i poczęli oglądać,, Klan". Baronowi błyszcząca łza spłynęła po gładkim policzku, kiedy Maciuś i Bożenka poszli myć ręce do obiadu, a Cierpichwała uśmiechnęła się z satysfakcją wiedząc, że właśnie ocaliła kolejne istnienie.
Edytowane przez Smierciojadek dnia 29.06.2014 19:44
media2.giphy.com/media/6qdkSaKx2MfMA/giphy.gif

Nie można zapłacić za coś, co nie ma ceny. Niektórzy twierdzą, że każda, absolutnie każda rzecz na świecie ma swoją cenę. To nieprawda. Są rzeczy, które ceny nie mają, są bezcenne. Najłatwiej poznać takie rzeczy po tym, że raz utracone, są utracone na zawsze.

66.media.tumblr.com/d139938a33b1b4a6e9d05302028f7545/tumblr_nwp9a04Ew81qdp7auo3_500.gif

Nie wiesz, co pamiętasz, dopóki nie spróbujesz tego opowiedzieć. I nie wiesz, co tak naprawdę sądzisz na dany temat, dopóki nie zaczniesz się o to z kimś kłócić. W samotności nie jesteś nawet świadomy swoich sprzeczności.

media.tumblr.com/3ad8106e3bbe79c5eb59d42068d27812/tumblr_inline_ncezf4w8z41spqcq1.gif

Pamiętaj. W śnie nie da się szeptać.

38.media.tumblr.com/aafd9a4ade7ecf23ca4f3335aeabfaf9/tumblr_n5nak092R91sai67qo1_500.gif

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2021-wydarzenie1.png
www.harry-potter.net.pl/images/articles/najadm2020.jpg
www.harry-potter.net.pl/images/articles/najnick20202.jpg
www.harry-potter.net.pl/images/articles/pieko.jpg
www.harry-potter.net.pl/awards/images/awardswinner/najlepszy_newsman.png
www.harry-potter.net.pl/images/awards2013/najoryginalniejszy_nick_jadek.png
www.harry-potter.net.pl/images/najoryginalniejszy_nick.png
 
Smierciojadek
WIELKI FINAŁ


Miejsce akcji: Hogwart. Zostaje tajemniczo zamknięty jeden z korytarzy w Lochach, nikt z uczniów nie wie dlaczego...
Główne miejsce akcji: Biblioteka (ma to być miejsce dość istotne dla akcji)
Czas akcji: 25 lat po Bitwie o Hogwart
Wątek: pierwsza, niewinna miłość do Ślizgonki (15 lat)
Obowiązkowe elementy: różane pączki, święto Patryka, "Accio", zielarstwo (jako lekcja), skrzat, duch
Główny bohater: 13-letni Irlandczyk, którego ojciec jest czarodziejem, a matka mugolką. Ojciec pracuje w irlandzkim sklepie z miotłami, matka jest nauczycielką w szkole podstawowej dla mugoli. Został przydzielony do Ravenclawu.

Mark jest wysokim, powoli zbliżającym się do otyłości rudzielcem. Ma masę piegów, które nadają jego twarzy zawadiacki wygląd. Wszystko ma rude, po włosy, brwi i rzęsy aż do włosów na nogach. Jego jasna karnacja, gdyby nie piegi, mogłaby być określona jako alabastrowa. Prawdziwym fenomenem są jego piękne, zielone oczy, których głębokie, bystre spojrzenie świdruje każdego, na kogo Mark spojrzy. Ma wąskie usta i zadarty nos. Ubiera się w ciemnobrązowe spodnie na szelkach, wyświechtaną bluzę i oczywiście czarną szatę. Nie poświęca swojemu wyglądowi zbyt dużo uwagi. Jego nogi i ręce często noszą ślady po upadku z miotły, gdyż Mark bardzo chciałby być dobrym graczem qudditcha, ale niestety jest w tym beznadziejny.

Mark Keane już w podstawówce dla mugoli, do której posłała go matka wbrew zgody ojca, przejawiał niezwykłe umiejętności matematyczne. Bardzo szybko nauczył się liczyć, dodawać i odejmować, tabliczka mnożenia nie sprawiała dla niego żadnego problemu. Każde zdania matematyczne było dla niego prostą zagadką, do której w mgnieniu oka znajdował rozwiązanie. Nim trafił do Hogwartu, bał się, że jego zdolności nijak mu się nie przydadzą, a jednak się mylił. Dzięki logicznemu myśleniu szybko opanowywał trudną sztukę transmutacji. Problemem natomiast stanowiło dla niego zielarstwo.
Mark nie jest duszą towarzystwa. Nie ma przyjaciół, jedynie kilkoro kolegów, z którymi czasem pogra w szachy. Lubi czytać książki i pochłania ich dużo, jednak bynajmniej nie są to podręczniki szkolne. Jest cichym, zamkniętym w sobie chłopcem z ogromną wyobraźnią, której jeszcze w sobie nie odkrył. Uwielbia jeść różane pączki i nie umie rozmawiać z dziewczynami. Skrycie podkoc huje się w starszej od niego o 2 lata Ślizgonce.
Edytowane przez Smierciojadek dnia 04.07.2014 17:02
media2.giphy.com/media/6qdkSaKx2MfMA/giphy.gif

Nie można zapłacić za coś, co nie ma ceny. Niektórzy twierdzą, że każda, absolutnie każda rzecz na świecie ma swoją cenę. To nieprawda. Są rzeczy, które ceny nie mają, są bezcenne. Najłatwiej poznać takie rzeczy po tym, że raz utracone, są utracone na zawsze.

66.media.tumblr.com/d139938a33b1b4a6e9d05302028f7545/tumblr_nwp9a04Ew81qdp7auo3_500.gif

Nie wiesz, co pamiętasz, dopóki nie spróbujesz tego opowiedzieć. I nie wiesz, co tak naprawdę sądzisz na dany temat, dopóki nie zaczniesz się o to z kimś kłócić. W samotności nie jesteś nawet świadomy swoich sprzeczności.

media.tumblr.com/3ad8106e3bbe79c5eb59d42068d27812/tumblr_inline_ncezf4w8z41spqcq1.gif

Pamiętaj. W śnie nie da się szeptać.

38.media.tumblr.com/aafd9a4ade7ecf23ca4f3335aeabfaf9/tumblr_n5nak092R91sai67qo1_500.gif

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2021-wydarzenie1.png
www.harry-potter.net.pl/images/articles/najadm2020.jpg
www.harry-potter.net.pl/images/articles/najnick20202.jpg
www.harry-potter.net.pl/images/articles/pieko.jpg
www.harry-potter.net.pl/awards/images/awardswinner/najlepszy_newsman.png
www.harry-potter.net.pl/images/awards2013/najoryginalniejszy_nick_jadek.png
www.harry-potter.net.pl/images/najoryginalniejszy_nick.png
 
Smierciojadek
PRACA A


Piaski Ikary - Prolog

,,... a z jego ust wydobywał się histeryczny śmiech. Cóż więcej mógł uczynić, patrząc na otaczającą go grupę aurorów? Wszyscy trzymali w dłoniach różdżki, ale nie atakowali. Najpewniej próbowali zinterpretować jego zachowanie, które coraz bardziej przypominało szał obłąkańca. Nie przejął się tym. Bez względu na to, za kogo go uważali, nie było już dla niego żadnych szans..."

Beznadzieja...

,,Może gdyby tamtego dnia nie pojechał w TO miejsce, dzisiaj nie musiałby gonić za czymś, co już nie istniało..."

Jeszcze gorzej...

,,Zobaczył na jej twarzy łzy złości, które wyrażały więcej niż... niż co?"

- Co robisz? - zapytał Evan, siadając na skraju łóżka w Dormitorium Krukonów. W ręku trzymał paczkę z różanymi pączkami, które wysłała nie-jego matka tego samego poranka. - Pewnie mi nie powiesz... ale słyszałeś, że zamknięto jeden z korytarzy w lochach? Nikt nie wie, po co...

Mark zerknął na niego znad swojego brudnopisu, ale nie odpowiedział. Żadne tajne plotki go nie interesowały, wciąż starał się skupić na zdaniu, które za nic świecie nie chciało ułożyć się w głowie. Odetchnął ciężko, przeczesując swoje rude włosy, a złote pióro ponownie nakreśliło kilka słów na pergaminie.

Evan tylko wzruszył ramionami i sięgnął po jedną z książek leżących na stoliku przyjaciela. Była to mugolska powieść... jedna z wielu, które Mark uwielbiał czytać przed snem.

- Powinieneś zabrać się za pracę domową na zielarstwo - powiedział, odrzucając lekceważąco tom, bo jeśli szło o hobby to nigdy nie potrafił zrozumieć wiecznie pogrążonego w lekturze Krukona... - Inaczej znowu będziesz miał korki z tą Ślizgonką.

- A co w niej złego? - żachnął się Mark, nie odrywając wzroku od kartki, na której oprócz setki skreślonych słów nie było nic ciekawego.

Z długowłosą dziewczyną spędził co najmniej kilka dni na nauce przedmiotu, którego z zasady nie znosił. Mimo to chwile w jej towarzystwie wspominał z pozytywnym nastawieniem, bo starsza koleżanka z Domu Węża, wbrew chodzącym pogłoskom, była niezwykle uprzejma i cierpliwa. Uśmiechała się delikatnie przy każdym jego błędzie i w kółko powtarzała, że potrzebuje tylko więcej wiary w siebie, a wtedy może zostać mistrzem. Czasami też pytała go o rodzinę, Irlandię, Święto Patryka i inne luźne rzeczy, które nie wymagały nazbyt wielkiej ilości zaufania, a z pewnością go rozluźniały.

- Nie wiem - odparł Evan, uśmiechając się złośliwie. - Może to, że się w tobie podkoch uje?

Wzruszył ramionami, bowiem już nie pierwszy raz przyjaciel wysnuwał wydumane historie. W przyszłości chciał zostać dziennikarzem, ale jak na razie dobrze potrafił tylko plotkować. Mark z kolei starał się nie interpretować każdego przejawu uprzejmości jako wyraz ogromnej sympatii i miłości... nawet jeśli Ślizgonka uśmiechała się wręcz czarująco.

- Ustaliliśmy już, że starsze dziewczyny nie chcą młodszych, czy nie tak? - rzucił cicho, mając nadzieję, że Evan nic nie odpowie. Jednak Krukon posiadał nie tylko niewyparzony język ale i idealny słuch, wobec czego zaśmiał się głośno i powiedział:

- Właśnie... a ona ma piętnaście lat i zakochała się w o dwa lata młodszej ofermie. Ja bym ją skierował do Szpitala Świętego Munga na obserwacje...

- Sam jesteś oferma - przerwał mu Mark, rzucając swój brudnopis w kąt i wyciągając podręcznik do transmutacji. To paradoksalnie była jedyna forma rozluźnienia dla niego, bo czytanie powieści, choć dla większości ludzi stanowiło formę odprężenia, u niego wywoływało rozżalenie i dosyć często depresję. Mark Keane należał do dziwnego typu osób, które nazbyt przeżywały losy bohaterów książek i dlatego przez wiele nocy zamiast spać rozmyślały nad tym, jak oni by opisali tę historię, żeby zakończyć ją lepiej. Potem rodził się w nich fatalny pomysł zajmowania się trudnym rzemiosłem zwanym ,,pisarstwem". Biedny Mark nie zdawał jeszcze sobie sprawy, że większość osób z tego ,,worka" została skazana na nudne, kiepskie zawody i syndrom wiecznego niezadowolenia z własnego życia i twórczości... albo szczęśliwy Mark, który aktualnie miał w planach stworzyć autobiografię i głęboko wierzył w powodzenie owej misji. Warto tutaj cofnąć się do słowa ,,autobiografia" - Mark nie był głupcem. Doskonale wiedział, że jako trzynastolatek przeżył niewiele, dlatego jego historia miała skupić się na przyszłości. Innymi słowy chłopak chciał stworzyć coś, co się jeszcze nie wydarzyło i być może nigdy nie będzie mieć miejsca... przynajmniej tak to interpretował. Niewiele jeszcze rozumiał.

- Zdajesz sobie sprawę, że jeśli jutro nie przyniesiesz pracy domowej, to profesor napisze list do twoich rodziców? - rzucił Evan-kabel, który nie bez przyjemności pomógł Neville'owi Longobottomowi wpaść na ten pomysł.

- Jutro będzie jutro - odparł bardzo filozoficznie Mark, i położył się na bok, starając się nie myśleć o długich włosach Catlyn...

Catlyn, której perlisty śmiech roznosił się po całym korytarzu, kiedy tylko ta przepiękna piętnastolatka postanowiła uraczyć nim pozostałych uczniów. W sumie niewiele o niej wiedział... tylko tyle, że była wyjątkowo ambitną Ślizgonką czystej krwi i z charakteru niespecjalnie pasowała do opisu swojego hogwarckiego domu.

Właściwie mogłaby być taką Konstancją z ,,Damy kameliowej" Alexandra Dumasa - należała do osób pięknych, oglądali się za nią wszyscy chłopcy, ale ona wybrałaby niezbyt ciekawego, cichego chłopaka. Pomijając oczywiście, że Konstancja była kurtyzaną... i umarła na gruźlicę...

- Evan, żyjesz? - zapytał Mark, ale odpowiedziało mu tylko głośne chrapanie, co mogło oznaczać tylko tyle, że przyjaciel już dawno wpadł w objęcia Morfeusza.

Nie pozostało mu nic innego, jak również zasnąć... dlatego oczywiście pozostał przytomny aż do czwartej... Biedny Mark.

***


Biegł co sił w nogach przez korytarze w Hogwarcie, niejednokrotnie wpadając na przechodzących tamtędy uczniów. Bezczelnie nie przeprosił nikogo i dalej ruszał w pogoń za uciekającą lekcją, która miała odbyć się już za...

... godzinę temu?

Zatrzymał się w połowie schodów i zamachał rękoma w geście bezsilności. Zacząłby dramatycznie wyrywać sobie włosy z głowy, ale na ogół unikał bólu, z resztą tego teatralnego zachowania i tak nikt nie miał okazji zobaczyć.

- Na owrzodzony tyłek Merlina! - krzyknął na tyle głośno, że sunący niedaleko duch Prawie Bezgłowego Nicka zamlaskał z niezadowoleniem. - Co ze mną jest nie tak? Gdzie jest mój mózg? Accio!

Niestety to pożyteczne zaklęcie okazało się nieskutecznie jeśli szło o utraconą inteligencję. Zdesperowany Mark usiadł na schodach i rzucił swoją wypełnioną podręcznikami torbę, która stoczyła się kilka stopni na dół i znieruchomiała w pozycji, która niemalże jęczała ,,zabierzcie mnie od niego".

- Rozdział pierwszy - powiedział do siebie, a samonotujące złote pióro zaczęło kreślić w powietrzu szkarłatne litery, które po chwili znikały, pozostawiając po sobie jedynie obłok dymu. Był to niezwykły przedmiot, który Mark kupił na targu podczas swojej wycieczki po Polsce. Jednak do tego roku niespecjalnie miał okazję się nim posłużyć. Dopiero wraz ze wzrostem jego pisarskich ambicji pojawiła się też potrzeba szybkiego notowania. A jego zdobycz nadawała się idealnie... nawet jeśli zapisywała słowa swojego właściciela w sposób specyficzny. - Sukces.

,,Mark Keane w ogóle nie przejmował się swoim O z Zielarstwa. W szkole przez ten nieszczęsny przedmiot ledwo udawało mu się przechodzić z jednej klasy do drugiej, ale jako dwudziestopięciolatek już nawet nie pamiętał, co takiego działo się podczas tych nieszczęsnych zajęć ani dlaczego nie potrafił na nich zrozumieć nawet podstawowych pojęć. W głowie pozostawał zamazany obraz profesora i kolegów z Ravenclaw, którzy podśmiewali się cicho z jego rumieńców na piegowatych policzkach. Teraz każdy z nich chciał uścisnąć mu dłoń... a on mógł patrzeć na nich z wyższością, a co! W końcu został nazwany najlepszym szukającym tego sezonu.

- Zaraz wychodzimy - powiedziała niebieskooka pani kapitan, z którą miał szczęście się przyjaźnić. W każdy weekend po wygranym meczu chodzili razem na ognistą whisky i mugolskiego kebaba. Teraz młoda kobieta stała wyprostowana i pewna siebie, chociaż nie była tak dobra jak Mark. On był najlepszy. Ze wszystkich..."

Spojrzał na zegarek, który dostał od matki na komunię i zdał sobie sprawę, że zajęcia już dawno się skończyły, a on znowu był na nich nieobecny. Westchnął ciężko i skierował się na drugie śniadanie do Wielkiej Sali.

Po drodze minął Catlyn... bo oczywiście musiał ją spotkać w jednej z najbardziej żałosnych chwili w sowim życiu. Długie, złote włosy jak zawsze pozostawiła rozpuszczone: najpewniej żeby robić wrażenie na takich muminkach jak Mark. Dziewczyna kroczyła w otoczeniu swoich niedętych znajomych, ale i tak uśmiechnęła się do niego życzliwie, jakby zdanie kolegów w ogóle jej nie obchodziło. Mark stanął ja wbity w ziemię. Nie wiedział, czy powinien odpowiedzieć tym samym gestem, czy może takie zachowanie stanowiło zachętę i wedle jej planu miał do niej podejść albo chociaż powiedzieć ,,cześć". Ponieważ żadnej z tych opcji nie był w stanie nazwać fałszywą, pozostał w swojej idiotycznej pozycji do czasu, aż nieco zdziwiona Catlyn zniknęła za rogiem.

- Czarny mary, smenty-rymenty, to była taka żenada, że aż bolą mnie pięty - powiedział do siebie Mark, a frunący za nim złote pióro wywinęło w powietrzu orła w geście uznania. - Rozdział drugi ,,Odważna miłość".

,,To był idealny chwyt, gazety miały o tym rozprawiać tygodniami. Jednak on skromnie nie chciał pławić się w blasku chwały, ale znaleźć swoją dziewczynę, która najpewniej kibicowała mu w tym ważnym meczu. Rozglądał się dookoła, czując, jak wiatr rozwiewa jego miedziane włosy. W końcu dostrzegł śliczną buzię i wesoły uśmiech, przez co w jej zaróżowionych od zimna policzkach utworzył się uroczy dołeczek. Motywowany w dużej części przez radość wywołaną wygranym meczem podleciał do niej i złożył na jej ustach romantyczny pocałunek, podczas gdy tłum wiwatował..."

Pióro zatrzymało się w tym momencie i nakreśliło w powietrzu słowo ,,rzygam".

- Myślisz, że przesadziłem? - zapytał Mark, drapiąc się po nosie. - Wyszło nazbyt ckliwie?

Wkroczył do Wielkiej Sali, poszukując wśród zgromadzonych swojego wątpliwego przyjaciela. Evan siedział przy stole Krukonów i podsłuchiwał rozmowę siedzących niedaleko dziewczyn. Ze swoimi rozchylonymi ustami wyglądał jak pajac i gdyby Mark mógł wybierać wśród znajomych, to wcale by się do niego nie przysiadł. Jednak życie zazwyczaj nie daje nam tego, czego chcemy, więc musząc wybierać między towarzystwem Evana i samotnością, usiadł sobie na końcu stołu. Jego wierne pióro zajęło miejsce przy jednym z dzbanów wypełnionych sokiem z dyni, a jedzący naprzeciwko pierwszoroczniak spojrzał na nie podejrzliwie.

- Co to jest? Wygląda jak pióro Ikary...

- A jest pomalowanym na żółto narzędziem do pisania, po prostu kosmos! - zadrwił Krukon i pogrążył się we własnych myślach.

- Hej, Mark! - zawołał ktoś w jego stronę, ale Keane nie zwrócił na to większej uwagi. Wciąż skupiał się na stole Ślizgonów, przy którym nie było Catlyn. - Halo, słyszysz mnie?

- Co? - Chłopak w końcu odwrócił się w stronę wydobywającego się głosu i westchnął ciężko. Stała bowiem przed nim Margery - jego rówieśnica z Ravenclaw, która prawie zawsze wyglądała jak dziecko ulicy: miała ziemistą cerę, tłuste włosy i jeszcze gorszy strój niż Mark. Dla niego stanowiło to rzecz niepojętą, gdyż do tej pory był święcie przekonany, że w walce o koronę największego obdartusa w szkole miał zapewnione pierwsze miejsce.

- Longbottom chce ci dać szlaban, ale nie zdąży, jak szybko się stąd zmyjesz - powiedziała chłodno, a Markowi nie trzeba była dwa razy powtarzać. W kilka sekund zgarnął swoje rzeczy, włącznie ze złotym piórem i wybiegł z sali, żałując, że nie wziął ze sobą niczego do jedzenia.

,,Szukającego Skorpionów z Inniscarra publicznie nazywano Lisem i to bynajmniej nie ze względu na jego ogniste włosy. Mark Keane był bowiem sprytny i potrafił każdą negatywną sytuację obrócić na swoją korzyść i to nie tylko podczas gry w Quidditcha, ale również niezliczonych wywiadów których udzielał z zawadiackim uśmiechem na twarzy. Podczas takich rozmów opowiadał, jak to w szkole był nieśmiały i niejednokrotnie z popłochu uciekał przed chyba najłagodniejszym ze wszystkich profesorów do biblioteki. Tam też chował się w dziale niewidzialności i obserwował pozostałych uczniów, jednocześnie planując swoją sportową przyszłość. Niejednokrotnie dziennikarze zadawali mu pytania dotyczące trudnych i niezbyt przyjemnych chwil w jego życiu jak chociażby śmierć jego sowy Laury..."

- No co? - wyrzucił Mark, patrząc jak pióro zaczyna wariować i kreślić w powietrzu ogniste ,,HA HA HA". - ze niby banał? No dobra, niech ci będzie.

Wkroczył do Biblioteki i wyjątkowo zgrabnie jak na swoje możliwości ominął siedzących przy stolikach uczniów. W końcu znalazł się w ulubionym dziale, usiadł tam na niskim taborecie i ponownie zatopił się we własnych myślach.

- Niejednokrotnie dziennikarze zadawali u pytania dotyczące trudnych i niezbyt przyjemnych chwil w jego życiu...

,,...zwłaszcza śmierci bardzo bliskiej mu osoby. Jednak wtedy Mark unikał odpowiedzi i kierował rozmowę na o wiele przyjemniejsze tematy jak chociażby ślub, który planował z..."

- Catlyn?

Powiedział to tak cicho, że złotowłosa dziewczyna nie usłyszała. Z resztą nazbyt zajęta była obejmowaniem jakiegoś siedemnastolatka z roztrzepanymi czarnymi włosami. Stała zaledwie regał dalej, chociaż Keane poznałby ją, nawet gdyby przebywała na drugim końcu biblioteki. Towarzyszący jej chłopak wydawał się trochę speszony, jakby wylewność dziewczyny go przytłaczała. Mark kojarzył go, bo grał w drużynie Gryffindoru, z resztą nosił bardzo popularne nazwisko. Nie miało to jednak żadnego znaczenie, gdyż w tamtym momencie nie znosił całej jego osoby i miał ochotę zwalić na niego jeden z regałów... najlepiej najcięższy z działu zakazanego, gdzie półki wypełnione były jadowitymi i niebezpiecznymi książkami.

Sam nie wiedział, z jakiego powodu się wściekł. Może po prostu nagle uśmiech na twarzy Catlyn wydał mu się taki nieszczery... a to zabolało. W jakiejś bardziej otwartej części swojej osobowości rodziła się nadzieja na... no ale teraz musiał się z nią pożegnać. Amen. Chciał jakoś wyładować frustrację, ale nie miał pojęcia gdzie. Dlatego spojrzał na swoje wierne pióro, który po chwili zaczęły kreślić w powietrzu słowa...

...Słowa tworzące historię, która nie powinna mieć miejsca.

,,Rozdział IV - Smutne zakończenie

...jednak wtedy Mark unikał odpowiedzi i kierował rozmowę na o wiele przyjemniejsze tematy jak chociażby ślub, który planował z Mirandą, jedną z czołowych modelek w ,,Czarownicy". Catlyn wyszła za mąż z Gryfona, ale nie miała dzieci ani dobrej pracy... Właściwie została porzucona już w wieku dwudziestu czterech lat, ale nie chciała mówić dlaczego - czuła nazbyt wielki wstyd. Przez kilka lat nawet spotykała się z Markiem, ale on uznał ich relację za nie dość dobrą i szybko ją zakończył, nie zważając na jej błagania. Od tamtej pory jej nie widział aż do finału meczów ligowych, kiedy spojrzenie wyjątkowo ciemnych oczu śledziło każdy jego ruch na boisku."


- Teraz musi być coś dramatycznego - powiedział sam do siebie, a pióro zawirowało w powietrzu z entuzjazmem. Catlyn i Gryfon wyszli uśmiechnięci z bibliotek, śmiejąc się z jakiegoś głupiego żartu i pozostawiając Keana samego we własnych myślach. A on pisał, bo przecież nie wiedział, że zrodzone w piaskach Ikary, a następnie topione we krwi skrzatów z Nuar było wyjątkowe. Kiedy kupił je od starca na bazarze w Warszawie, nikt mu nie powiedział, że to, co zostało nim zapisane, musi się wydarzyć...

... i nie ma prawa się zmienić.
media2.giphy.com/media/6qdkSaKx2MfMA/giphy.gif

Nie można zapłacić za coś, co nie ma ceny. Niektórzy twierdzą, że każda, absolutnie każda rzecz na świecie ma swoją cenę. To nieprawda. Są rzeczy, które ceny nie mają, są bezcenne. Najłatwiej poznać takie rzeczy po tym, że raz utracone, są utracone na zawsze.

66.media.tumblr.com/d139938a33b1b4a6e9d05302028f7545/tumblr_nwp9a04Ew81qdp7auo3_500.gif

Nie wiesz, co pamiętasz, dopóki nie spróbujesz tego opowiedzieć. I nie wiesz, co tak naprawdę sądzisz na dany temat, dopóki nie zaczniesz się o to z kimś kłócić. W samotności nie jesteś nawet świadomy swoich sprzeczności.

media.tumblr.com/3ad8106e3bbe79c5eb59d42068d27812/tumblr_inline_ncezf4w8z41spqcq1.gif

Pamiętaj. W śnie nie da się szeptać.

38.media.tumblr.com/aafd9a4ade7ecf23ca4f3335aeabfaf9/tumblr_n5nak092R91sai67qo1_500.gif

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2021-wydarzenie1.png
www.harry-potter.net.pl/images/articles/najadm2020.jpg
www.harry-potter.net.pl/images/articles/najnick20202.jpg
www.harry-potter.net.pl/images/articles/pieko.jpg
www.harry-potter.net.pl/awards/images/awardswinner/najlepszy_newsman.png
www.harry-potter.net.pl/images/awards2013/najoryginalniejszy_nick_jadek.png
www.harry-potter.net.pl/images/najoryginalniejszy_nick.png
 
Smierciojadek
PRACA B


Wężowa koniczyna

Marcowa fala upałów zaatakowała Hogwart. Zimowe zaspy w przeciągu paru dni zniknęły, a gruba warstwa lodu na jeziorze roztopiła się. Mimo iż nauczyciele zdawali się nie zwracać uwagi na ogólną beztroskę spowodowaną nagłym ociepleniem, prawie wszyscy uczniowie spędzali czas wolny od zajęć na zamkowych błoniach. Prawie, gdyż Marek Keyane ostatnie kilka dni przesiedział w bibliotece. Można by zaryzykować stwierdzenie, że chłopak tam zamieszkał. Pewnie tak by było, gdyby nie pani Pince, która bardzo skrupulatnie pilnowała godzin otwarcia jej sanktuarium pełnego bezcennych ksiąg. Dźwięk dzwonu oznajmił wszystkim, że zbliża się pora kolacji.

- No chłopcze, zamykam bibliotekę. - powiedziała cierpkim głosem bibliotekarka.

- Już wychodzę, chciałem się tylko zapytać, czy mógłbym wypożyczyć ,,Opiekę nad wybredną roślinnością"? Obiecuję, że będę o nią dbał.

- Ani mi się śni. Już ja wiem co wy, uczniowie robicie z moimi książkami. Zero poszanowania dla wiedzy. Jeżeli chcesz ją przeczytać, to tylko tutaj. A teraz wynocha.

Marek niezadowolony faktem, że prawdopodobnie znów zawali sprawdzian z zielarstwa, poczłapał opustoszałymi korytarzami w kierunku Wielkiej Sali.

Usiadł przy krańcu stołu Krukonów, próbując zaplanować sobie najbliższy tydzień tak, by mieć jakiekolwiek szanse na nadrobienie zaległości. Nigdy, poza zielarstwem, nie miał większych problemów z nauką. Zaczęły się one parę miesięcy wcześniej, kiedy podczas uczty bożonarodzeniowej wpadł na jedną ze Ślizgonek. Była uosobieniem piękna, mimo iż bywała wybuchowa. Marek przesunął powoli palcami po swoim przedramieniu, na którym widniała niewielka, biała blizna. Była to pamiątka z owego pierwszego spotkania, kiedy to Sylvia, bo tak nazywała się owa Ślizgonka, rzuciła na niego zaklęcie żądlące. Przez blisko miesiąc jego ręka była co najmniej dwa razy grubsza mimo usilnych starań pani Pomfrey. Marek podejrzewał, że to dlatego iż prawdopodobnie podświadomie pragnął, by owa opuchlizna nie schodziła. Cieszył się, że pozostała mu chociaż blizna. Dzięki niej mógł w każdej chwili pobyć choć na chwilę z Sylvią. Wiele razy podążał za nią aż do sekretnego wejścia do pokoju wspólnego Slytherinu, do czasu. Niestety niedawno zamknięto z nieznanych powodów jeden z korytarzy w lochach, przez co nie był już w stanie dłużej śledzić Sylvii. Przez ten czas dowiedział się, że dziewczyna pochodzi z rodu Higgsów, szczycących się czystością krwi. Jej ojciec Terence, był przez parę lat szukającym w drużynie Wędrowców z Wigtown. Dziewczyna żarliwie dopingowała tą drużynę, dlatego też Marek zamówił w ,,Markowym Sprzęcie do Quidditcha" plakietkę przedstawiającą srebrny topór na czerwonym tle. Nosił ją na wszystkie lekcje, które mieli ze Ślizgonami, w nadziei, że któryś z nich wspomni Sylvii o rudym Krukonie, który także dopinguje tę samą drużynę. Dziewczyna była obecnie na piątym roku i przygotowywała się do SUMów.

Nagłe poruszenie wyrwało Marka z owego letargu, w który wpadał zawsze, kiedy rozmyślał o Sylvii, jej pięknych blond włosach i granatowych, jak nocne niebo oczach, które gniewnie patrzyły na niego w ten grudniowy wieczór. Wszyscy zbierali się do swoich dormitoriów, najedzeni i szczęśliwi faktem, że już za dwa dni nadejdzie dzień Świętego Patryka. Marek nie zjadł niczego, a kiedy spojrzał na stół, przy którym siedział w poszukiwaniu czegokolwiek, czym mógłby się posilić, zobaczył puste, lśniące talerze, wazy i półmiski. Miał na szczęście ukryte pod swoim łóżkiem pudełko pełne różanych pączków, które wręcz uwielbiał. Wyobrażał sobie, że Sylvia także je uwielbia, oraz że któregoś dnia usiądą na błoniach, by móc cieszyć się swoim towarzystwem.

Idąc po schodach w kierunku dormitorium Krukonów zastanawiał się jak będzie wyglądało jego kolejne spotkanie ze Ślizgonką. Nie miał nigdy wystarczająco odwagi by rozmawiać z dziewczynami, a co dopiero z kimś takim jak ona. Od kiedy wyszedł ze skrzydła szpitalnego z wciąż obolałym przedramieniem planował spotkanie z Sylvią, do którego jak na razie jeszcze nie doszło. Miał już w głowie setki scenariuszy, w których on podchodzi do niej i jak gdyby nigdy nic rozmawiają. Niestety zawsze, kiedy znajdowała się w zasięgu wzroku, Marek miał pustkę w głowie i jedyne co mógł robić, to wpatrywać się w nią maślanymi oczami i z głupim uśmiechem. Ileż to nocy nie przespał zastanawiając się, czy ona też zobaczyła w jego zielonych oczach dokładnie to samo, co on zobaczył w jej.

Kilkukrotnie pomylił drogę i raz wpadł w stopień pułapkę, zanim dotarł do drzwi pokoju wspólnego. Zastukał w drzwi, po czym z kołatki w kształcie orła wydobył się melodyjny głos.

- Kim są dwie siostry? Jedna rodzi drugą, a druga pierwszą.

- Ja, ja nie wiem...

Stał jak męczennik przed drzwiami pokoju wspólnego Ravenclaw próbując rozwikłać zagadkę. Niestety kiedy już wydawało mu się, że zbliża się do odpowiedzi, myśli uciekały w stronę blond bogini i musiał zaczynać od początku. W końcu zaczął zasypiać i osunął się zmęczony po ścianie. Nie miał pojęcia jak długo drzemał na zimnej, kamiennej podłodze zanim obudził go jego kolega z dormitorium, Artur.

- Co z tobą? Czemu nie wejdziesz do środka jak człowiek, tylko śpisz na korytarzu?

- Nie wiem, co odpowiedzieć kołatce.

Artur zaparł się pod boki i czujnym wzrokiem przyglądał się, jak jego przyjaciel wstaje powoli, przytrzymując się nierównych kamiennych bloków wystających ze ściany.

- Musisz się wziąć w garść. Nigdy nie sprawiało ci to problemów. Nie jesteś chory?

Artur zastukał w drzwi, po czym rozległ się melodyjny głos kołatki.

- Kim są dwie siostry? Jedna rodzi drugą, a druga pierwszą.

Marek popatrzył półprzytomnie na swojego kolegę, a ten jedynie pokiwał z rezygnacją głową.

- Naprawdę powinieneś odwiedzić panią Pomfrey. Odpowiedź to; dzień i noc.

- Gratuluję rozsądku - odpowiedział melodyjny głos i drzwi się otworzyły.

***


Poranek przywitał Marka bólem głowy, a kiedy chłopak spróbował wstać, okazało się że nie tylko nabawił się migreny przez wczorajszy nocleg na zimnej podłodze. Był półprzytomny, lecz mimo to wiedział gdzie znajdzie swoje dzisiejsze śniadanie. Sięgnął ręką pod łóżko i po chwili zajadał się pulchnymi, różanymi pączkami. Po południu czekał go sprawdzian z zielarstwa, więc miał jedynie parę godzin po porannych zajęciach z historii magii, by nauczyć się przynajmniej tyle, by nie zbłaźnić się przed połową roku.

Profesor Binns jak zawsze pojawił się w Sali, przenikając przez tablicę. Usiadł powoli na swoim krześle i zaczął wykład dotyczący piętnastowiecznych konferencji czarodziejów. Marek zawsze starał się uważać na jedynym przedmiocie prowadzonym przez ducha, jednak ostatnia ciężka noc spowodowała, że po kilku minutach, kiedy to dowiedział się, że ówcześni magowie zaostrzyli regulacje dotyczące korzystania z magii w otoczeniu mugoli, dołączył do reszty uczniów, którzy zasnęli pod urokiem monotonnego, niczym stary odkurzacz, głosu profesora Binnsa. Marka dręczyły niespokojne sny, w których Sylvia śmieje się z jego porażki na zielarstwie. Koszmar został na szczęście przerwany przez głęboki dźwięk dzwonów.

Wycierając pospiesznie w szatę tłuste, od dopiero co zjedzonych naleśników ręce, wpadł pospiesznie do biblioteki i zagłębił się w dział poświęcony magicznym roślinom. Miał tylko dwie godziny by dowiedzieć się jak opiekować się figami abisyńskimi i pykostrąkami. Mimo zbliżającego się nieubłaganie sprawdzianu, Marek nie mógł powstrzymać się od zerkania w stronę wejścia do biblioteki. Miał nadzieję że zobaczy tam Sylvię. Przeszło mu nawet przez myśli, że jeżeli ona przyjdzie, to będzie to szczęśliwym znakiem i wszystko pójdzie dobrze na zielarstwie. Niestety po dwóch godzinach musiał udać się w stronę szklarni. Zgarbiony i podminowany szedł, jakby na ścięcie korytarzami zamku. Kiedy pogodził się ze zbliżającą się porażką, zobaczył ją. Minęła go na schodach idąc gdzieś na górę. Marek zapatrzył się na Sylvię i w swojej euforii pomylił kroki, przez co z łoskotem zleciał z kilku ostatnich stopni. Książki w jego torbie rozsypały się, a kałamarz pękł, plamiąc szatę Marka granatowym atramentem. Kiedy wstawał, poczuł palący ból w okolicy kolan. Nogawki były poszarpane, a przez nie widać było obtartą skórę. Wtem zabrzmiał dzwon oznajmiający wszystkim uczniom zbliżające się zajęcia.

Wpadł nieco spóźniony do szklarni numer sześć. Na jego szczęście wszyscy dopiero przygotowywali się do zajęć, zakładając rękawice i układając wszelkie przyrządy tak, by były pod ręką.

- Witam państwa na dzisiejszym sprawdzianie. - rozległ się głos profesora Longbottom, który wmaszerował dziarsko do szklarni. - Pan Warrington, Hubbs, Keyane i pani Growper, zajmiecie się oporządzaniem pykostrąków. Zadaniem reszty będzie przesadzenie i użyźnienie jadowitych tentakul. Macie godzinę, czas start.

Marek wziął niewielki nożyk, którym delikatnie odciął różowy strąk, po czym otworzył go ukazując dziesiątki niewielkich, błyszczących fasolek. Chciał delikatnie przenieść je na stolik, tak by mógł przejść do łuskania. Niestety kilka z nich upadło na ziemię. W mgnieniu oka nasionka zmieniły się w różowe kwiaty. Marek patrzył z przestrachem w prawo i lewo, chcąc się upewnić, czy nauczyciel tego nie zauważył. W końcu odnalazł profesora Longbottoma, który przyglądał się mu z zaciekawieniem. Kiedy miał się już poddać uznając swoją porażkę, nauczyciel podszedł do niego.

- Masz wciąż jeszcze ponad połowę fasolek, które czekają - powiedział do niego pokrzepiająco - Kontynuuj.

Marek wziął kilka głębokich wdechów, po czym zabrał się za łuskanie. Niecałą godzinę później wyszedł z cieplarni z wynikiem ,,Zadowalający", który widniał teraz na jego karcie osiągnięć.

***


Wchodząc do Wielkiej Sali na śniadanie, nie dało się nie zauważyć, że cała szkoła świętuje dzień Świętego Patryka. Wśród świec unoszących się nad głowami uczniów, latały zielone koniczyny. Pomiędzy nogami biegały szkolne skrzaty przebrane za leprokonusy i rozrzucające naokoło fałszywe galeony, które miały czekoladowe wnętrze. Markowi udzieliła się ta świąteczna atmosfera. Sam zmienił kolor swojej czarnej szaty na jasnozielony. Czuł, że dzisiaj wszystko może się udać. Jedząc śniadanie liczył na to, że zobaczy Sylvię. Wyobrażał sobie, że wtedy podszedłby do niej i w końcu spróbował porozmawiać. Kiedy poranny posiłek dobiegł końca i Wielka Sala zaczynała pustoszeć, Marek postanowił zmienić miejsce swoich poszukiwań na bibliotekę.

Stał schowany przed jej wzrokiem za półką z księgami do numerologii. Tak bardzo pragnął podejść do niej, lecz kiedy nadchodził moment w którym miał przejść do czynu, jego ciało stawało się ciężkie i nie mógł złapać oddechu. Nie był w stanie przemóc swoich obaw. Na szczęście jakaś inna Ślizgonka podeszła do Sylvii i obie wyszły z biblioteki, zapewne po to by w spokoju porozmawiać bez pani Pince dyszącej im nad karkami. Na krześle nadal wisiała torba bogini. Marek powoli ruszył i podszedł do krzesła na którym jeszcze chwilę temu siedziała ona. Dotknął plakietki Wędrowców z Wigtown, która była przypięta do kieszeni torby. Miał wrażenie, że dotyka jakiegoś pradawnego artefaktu. Nawet się nie spostrzegł kiedy przytulił do siebie torbę Sylvii. Był szczęśliwy, chciał by czas się zatrzymał, by ta chwila trwała wiecznie. ,,Accio!" rozległ się krzyk tej jedynej, który mimo iż tak przepełniony gniewem, brzmiał dla Marka jak anielskie arie. Jego skarb wyślizgnął mu się z rąk i poszybował wprost do Sylvii. Patrzyła na niego, a on na nią. Znów mógł zatopić się w jej granatowych oczach. Ten błogostan został nagle przerwany ostrym bólem w okolicach barku.

- To znowu ty? Czemu grzebałeś w moich rzeczach? Chciałeś mi podrzucić łajnobombę? - zapytała nie znoszącym sprzeciwu głosem. Trzymała go jedną ręką za brak, w drugiej ściskając swoją różdżkę.

- Ja nie... nie chciałem, to znaczy chciałem, ale nie to... - zaczął się jąkać. Miał w głowie pustkę. Jak miał jej wytłumaczyć to co czuł? - Ja chciałem zostawić dla ciebie niespodziankę, ale nie taką nieprzyjemną, tylko miłą.

Sylvia popatrzyła na niego jak na ostatniego kretyna, jednak zainteresował ją ten nieporadny wywód na tyle, by nie rzuciła na Marka jakiejś wymyślnej klątwy.

- Co chciałeś mi dać?

- Mogę pokazać?

Zebrał ze stołu garść skrawków piór, które zostawili po sobie poprzedni uczniowie. Wyciągnął różdżkę i skupił się nad formułami transmutacyjnymi. Po chwili śmieci przeobraziły się w bukiet pełen koniczyn.

- Chciałem dać ci to z okazji dnia Świętego Patryka.

Sylvia wzięła od Marka ów niecodzienny bukiet i przyjrzała się mu ze zdziwieniem. Uniosła jedną brew i popatrzyła z kpiącym uśmiechem na chłopaka.

- Myślisz, że mi tym zaimponowałeś? Mało wiesz o dziewczynach, a jeszcze mniej o Ślizgonkach. - rzuciła mu bukiet. - Nam imponuje coś innego, rudzielcu.

Odwróciła się na pięcie i wyszła z biblioteki zostawiając Marka samego, z bukietem koniczyn i złamanym sercem.
media2.giphy.com/media/6qdkSaKx2MfMA/giphy.gif

Nie można zapłacić za coś, co nie ma ceny. Niektórzy twierdzą, że każda, absolutnie każda rzecz na świecie ma swoją cenę. To nieprawda. Są rzeczy, które ceny nie mają, są bezcenne. Najłatwiej poznać takie rzeczy po tym, że raz utracone, są utracone na zawsze.

66.media.tumblr.com/d139938a33b1b4a6e9d05302028f7545/tumblr_nwp9a04Ew81qdp7auo3_500.gif

Nie wiesz, co pamiętasz, dopóki nie spróbujesz tego opowiedzieć. I nie wiesz, co tak naprawdę sądzisz na dany temat, dopóki nie zaczniesz się o to z kimś kłócić. W samotności nie jesteś nawet świadomy swoich sprzeczności.

media.tumblr.com/3ad8106e3bbe79c5eb59d42068d27812/tumblr_inline_ncezf4w8z41spqcq1.gif

Pamiętaj. W śnie nie da się szeptać.

38.media.tumblr.com/aafd9a4ade7ecf23ca4f3335aeabfaf9/tumblr_n5nak092R91sai67qo1_500.gif

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2021-wydarzenie1.png
www.harry-potter.net.pl/images/articles/najadm2020.jpg
www.harry-potter.net.pl/images/articles/najnick20202.jpg
www.harry-potter.net.pl/images/articles/pieko.jpg
www.harry-potter.net.pl/awards/images/awardswinner/najlepszy_newsman.png
www.harry-potter.net.pl/images/awards2013/najoryginalniejszy_nick_jadek.png
www.harry-potter.net.pl/images/najoryginalniejszy_nick.png
 
Smierciojadek
GŁOSUJEMY TUTAJ.

media2.giphy.com/media/6qdkSaKx2MfMA/giphy.gif

Nie można zapłacić za coś, co nie ma ceny. Niektórzy twierdzą, że każda, absolutnie każda rzecz na świecie ma swoją cenę. To nieprawda. Są rzeczy, które ceny nie mają, są bezcenne. Najłatwiej poznać takie rzeczy po tym, że raz utracone, są utracone na zawsze.

66.media.tumblr.com/d139938a33b1b4a6e9d05302028f7545/tumblr_nwp9a04Ew81qdp7auo3_500.gif

Nie wiesz, co pamiętasz, dopóki nie spróbujesz tego opowiedzieć. I nie wiesz, co tak naprawdę sądzisz na dany temat, dopóki nie zaczniesz się o to z kimś kłócić. W samotności nie jesteś nawet świadomy swoich sprzeczności.

media.tumblr.com/3ad8106e3bbe79c5eb59d42068d27812/tumblr_inline_ncezf4w8z41spqcq1.gif

Pamiętaj. W śnie nie da się szeptać.

38.media.tumblr.com/aafd9a4ade7ecf23ca4f3335aeabfaf9/tumblr_n5nak092R91sai67qo1_500.gif

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2021-wydarzenie1.png
www.harry-potter.net.pl/images/articles/najadm2020.jpg
www.harry-potter.net.pl/images/articles/najnick20202.jpg
www.harry-potter.net.pl/images/articles/pieko.jpg
www.harry-potter.net.pl/awards/images/awardswinner/najlepszy_newsman.png
www.harry-potter.net.pl/images/awards2013/najoryginalniejszy_nick_jadek.png
www.harry-potter.net.pl/images/najoryginalniejszy_nick.png
 

Podziel się z innymi: Delicious Facebook Google Live Tweet This Yahoo

Przejdź do forum:
Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2021 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3.
Theme by Andrzejster
Copyright © 2006-2015 by Harry-Potter.net.pl
All rights reserved.
Wygenerowano w sekund: 2.44