Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie masz jeszcze konta?
Zarejestruj się

Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Instagram
Facebook
Shoutbox
Musisz się zalogować aby wysłać wiadomość.

Niezwyciężony mag
02.03.2021 23:15
A jednak już kończę pisać, nieźle poszło xD

Praktykant w Ministerstwie Magii
02.03.2021 22:29
Stanęło na B Smarcie z Longerem. Podrożały od kiedy byłam ostatnio :(

Oscypek
02.03.2021 22:26
CoSieDzieje, ale jak jutro nie, to się zdenerwuje

Niezwyciężony mag
02.03.2021 22:25
Angelina, wyślę jednak newsa z podsumowaniem jutro :(

Oscypek
02.03.2021 20:52
Anastazja Schubert, i co zamówiłaś? Ja tam najbardziej lubię mega pocketa ;D

Współpraca
Najaktywniejsi

1) Prefix użytkownikaAlette

Avatar

Posiada 59604 punktów.

2) Prefix użytkownikafuerte

Avatar

Posiada 56577 punktów.

3) Prefix użytkownikaKatherine_Pierce

Avatar

Posiada 45466 punktów.

4) Prefix użytkownikaShanti Black

Avatar

Posiada 43877 punktów.

5) Prefix użytkownikaSam Quest

Avatar

Posiada 41604 punktów.

6) Prefix użytkownikaania919

Avatar

Posiada 37824 punktów.

7) Prefix użytkownikaulka_black_potter

Avatar

Posiada 36617 punktów.

8) Prefix użytkownikalosiek13

Avatar

Posiada 33845 punktów.

9) Prefix użytkownikabatalion_88

Avatar

Posiada 31890 punktów.

10) Prefix użytkownikaMarcus Clinton

Avatar

Posiada 30892 punktów.

Losowe zdjęcie
Zobacz temat
Drukuj temat
Prace uczestników II Turnieju FF
Prefix użytkownikaChristina
Praca C - Nieoryginalna

Dziwny dzień
Inspiracja: Penelope - Odpowiedzialność

Lata mijają, a ludzie dojrzewają i zmieniają się, na gorsze lub na lepsze. Rany stopniowo się goją, zostają po nich często jedynie zanikające powoli blizny, dawne konflikty i kłótnie gasną. Młodzieńcze wymówki i tłumaczenia z czasem przestają wystarczać, a sprawy, które kiedyś były spychane na drugi plan potrzebują ujrzenia światła dziennego i wyjaśnień.

A przynajmniej takimi słowami w swoim dzienniku opisała dzień, w którym po raz pierwszy zjawiła się w ministerstwie Kyra Lupin.

Tuż po przekroczeniu progu Głównej Kwatery Aurorów skierowano ją do wujka Harry'ego, który mimo upływających lat wciąż zajmował stanowisko Szefa Urzędu. Obydwoje od początku wiedzieli, że nie będzie to luźna pogawędka, spodziewali się ostrej wymiany zdań i kłótni. W końcu jak rozmowa o zmarłym chrześniaku Pottera, a ojcu Kyry miałaby wyjść na przyjazną, sąsiedzką gadkę o pogodzie? Śmierć Teda Lupina była jedną z tych ran, które wciąż bolały i mimo upływu lat jeszcze nie chciały się zabliźnić.
- Masz prawo wiedzieć - westchnął w końcu Harry, po czym przeczesał dłonią swoje szare już włosy. - Jesteś pełnoletnia i masz prawo wiedzieć, kogo chronił twój ojciec, gdy stracił życie. Nie masz prawa jednak wiedzieć, kto go zabił.
Kyra wstała w geście oburzenia. Miała zamiar zaprotestować, krzyczeć, walczyć o prawdę, na którą czekała dwa lata, wiedzę, która jej się należała. Potter jednak uspokoił ją gestem dłoni i kilkoma pewnymi słowami zniszczył jej cały światopogląd, dziecięce fantazje i marzenia, nadzieję, że istnieje jeszcze jakiekolwiek poczucie sprawiedliwości na tym świecie.
- Przykro mi, Kyro, ale sami nie wiemy, kto wtedy zabił twojego tatę.

Obecnie była w drodze do Rumunii z małym bagażem oraz małą karteczką, którą mocno ściskała w drugiej ręce. Drobnym pismem był tu napisany adres i imię dziewczyny, za którą jej ojciec oddał życie. Lisa Marin.

Siedzieli razem na balkonie, jak zwykle wpatrując się w gwiazdy.
- Ted, jacy byli dziadkowie?
- Ja... Słońce, nie umiem odpowiedzieć ci na to pytanie. Byłem zbyt mały, kiedy umarli, żeby ich pamiętać.
Kyra spojrzała na niego oszołomiona. Wiedziała, że dziadkowie umarli na długo przed jej urodzeniem, ale nie spodziewała się, że aż tak wcześnie. Zrobiło jej się strasznie żal jej ojca, poczuła, jak łzy napływają jej do oczu.
- Ja... Czemu? - wykrztusiła tylko. Tata objął ją ramieniem.
- Wiesz, Kyro? Wielkie rewolucje zaczynają się od jednego człowieka. Nie zawsze są one dobre, nie zawsze są one słuszne, ale byłoby to strasznie monotonne, gdyby każdy człowiek był święty, nie uważasz? Są ludzie źli, ale są i ludzie, którzy wykraczają nawet poza tę kategorię. To było bardzo dawno temu, kiedy największy szaleniec w naszej historii chciał "oczyścić" świat z osób niemagicznych... Wiesz Kyro, niestety nawet kiedy pozbędziesz się tak problemu na taką skalę, to, czy chcesz czy nie chcesz, w następstwie wystąpią jeszcze kolejne komplikacje. Spotkasz kolejnych wyznawców chorych idei, inspirujących się swoimi poprzednikami. Kolejnych popleczników samego Voldemorta.
- Właśnie z takimi ludźmi walczycie jako aurorzy, prawda?
Ted Lupin odwrócił głowę. Nie chciał, żeby córka wyczytała w jego oczach, jak bardzo jest teraz przerażony, jak bardzo niestabilna robiła się ostatnio sytuacja w czarodziejskim świecie, mimo nieświadomości samych obywateli.
- Tak, Kyro, dokładnie.


Lisa była niewyróżniającą się dziewczyną w jej wieku, która po kończeniu zwykłej, mugolskiej szkoły właśnie zaczynała karierę w niemagicznym świecie jako kucharka w jednej z miejscowych restauracji. Nie była zbyt rozmowna, jednak nie miała też problemu z pomocą dziewczynie, która przedstawiła się jako pracownica brytyjskiego Ministerstwa Magii. Nawet chętna do współpracy zaprowadziła ją do miejsca, w którym po raz ostatni widziała jej ojca, zanim jego ciało zostało odnalezione w parku.
Zatłoczony przystanek, stojący kilka ulic dalej.
Kyra westchnęła. Wiedziała, że szanse na znalezienie mordercy po dwu latach są bardzo nikłe, jednak tliła się w niej jeszcze jakaś nadzieja, że odnajdzie w tym wszystkim jakiś ślad, trop, niezauważony przez śledczych. Próbowała sobie przypomnieć ostatnią rozmowę z Tedem - Hogwart był bezpieczny.

Lupin spacerowała po parku - a raczej gaiku, patrząc na jego wielkość - rozmyślając o wszystkim, co powiedział jej wtedy ojciec. Nie oszukiwała siebie - nie przyjechała tu, by znaleźć sprawcę, chciała po prostu rozjaśnić kilka spraw, które nie dawały jej spokoju. Chciała wejść w dorosłość, zacząć nowy rozdział, jak jednak miała to zrobić, nie kończąc poprzedniej historii? Żałowała, że nie wypytała dokładniej Marin. Z drugiej strony zdawała sobie sprawę, że nie miałoby to sensu - wszystko wiedziała już od Harry'ego, przekazał jej nawet papiery ze śledztwa. Lisa była chroniona przez Lupina, gdyż z wielu powodów interesowały się nią różne nieciekawe osoby oraz moce, których nie potrafiła kontrolować. W skrócie, potrzebny był ktoś, kto będzie ją inwigilował, a na nieszczęście tą osobą okazał się akurat Ted. Przypomniała sobie jeszcze raz te akta - Marin nigdy nie była potężną czarownicą, rumuńskie Ministerstwo nie dopuściła jej nawet do szkoły, więc nigdy nie nauczyła się nawet trzymać różdżki. Jej rodzice byli wierni ideom Voldemorta, zostali straceni, gdy miała zaledwie trzy lata i, mimo że w ogóle ich nie pamiętała, nigdy nie została dopuszczona do świata czarodziejów, pomimo pełnej świadomości jego istnienia.

Hogwart był bezpieczny. Był. Był. Był. Kiedy? Próbowała zanalizować ostatnią wypowiedź jej ojca.
Krukonka przypomniała sobie jeszcze raz słowa Teda. Rozmawiali za pomocą Kamienia Wskrzeszenia całe dwa lata temu, jednak dziewczyna pamiętała wszystko bardzo dobrze. Te słowa jej tata powiedział z największym naciskiem, jakby pragnął zwrócić jej uwagę, ale jednocześnie nie chciał jej niepotrzebnie denerwować - teraz, gdy stała w miejscu, gdzie prawdopodobnie został zamordowany nabrały one głębszego sensu.

Zamyślona szła dalej, nie zważając na piękno jesiennej przyrody. Dyrektor na uczcie na początku roku nie kłamał, mówiąc, że Hogwart jest bezpieczny jak nigdy dotąd. Kiedy powoli wali się cały świat czarodziejów, trudno prosić o spokojniejsze miejsce niż chroniona tysiącami zaklęć szkoła. Teraz, po upuszczeniu murów szkoły po siedmiu latach widziała, jak jest niespokojnie - nie tylko w świecie czarodziejów, ale i mugoli. Hogwart był bezpieczny. Kopnęła leżący kamień. Jak długo jeszcze pozostanie?

Znowu skupiła się jednak na morderstwie jego ojca. Od początku coś jej nie pasowało - nikt jej tego nie powiedział, jednak wmówiła sobie, że ojciec zginął, broniąc Lisy przed tymi ludźmi. Kim byli ci ludzie? Spacerowała dalej, wsłu****ąc cię w szelest kolorowych liści pod swoimi stopami. Nagle uświadomiła sobie, że nie mogła być to żadna grupa, mająca na celu osłabienie władzy - Ted był pierwszym zamordowanym od wielu miesięcy, a nawet lat. Lupin wykluczyła już tezę, że jej ojciec został zabity przez któregoś ze swoich wrogów, on najzwyczajniej w świecie nie miał nieprzyjaciół. Trudno było go uznać za towarzyskiego człowieka, skoro czas najchętniej spędzał z córką, czasem wyskoczył z kolegami z pracy. Teraz jednak na nowo przemyślała tę kwestię. Skoro jej ojciec został zamordowany tak daleko do domu, atak musiał być planowany, na dodatek bardzo skrupulatnie, tylko przez kogo? Mógł być też przypadkową ofiarą, jednak ona nie wierzyła w takie przypadki, czemu czarodziej miałby mordować czarodzieja, spotkanego losowo w parku? Kyra dalej przemierzała gaik, a jej kroki robiły się coraz szybsze i bardziej nerwowe. Wyjęła z torby teczkę dokumentów, spośród których wyjęła jedną kartkę i jeszcze raz pobieżnie ją przeczytała. Ciało Teda nie pozostawiało złudzenia, że była to Avada Kedavra, na ciele jej ojca nie znaleziono żadnych innych śladów. Właśnie, czy jej ojciec nie próbowałby się bronić? Jeszcze raz poprawiła okulary i przybliżyła do siebie kartkę, po czym rozszerzyła ze zdziwienia oczy. Jak miał się bronić Ted, skoro przy jego ciele nie znaleziono różdżki? Zrobiło jej się niedobrze. Nabrała powietrza i oparła się o najbliższe drzewo, próbując powstrzymać napływające do oczu łzy.

Obiecuję, że będę pisać co tydzień - w jej głowie wybrzmiały kolejne słowa ojca. Tak jak obiecał, tak i robił, zawsze w poniedziałek rano z utęsknieniem wypatrywała swojej sowy śnieżnej, która wiernie dostarczała jej korespondencje od Teda. Poniedziałkowe listy w końcu stały się dla niej już nawykiem, jako piętnastolatka zaakceptowała fakt, że nie będzie mogła się widywać z ojcem, przynajmniej tymczasowo. Ted nie napisał tylko raz, jeden jedyny raz ją zwiódł, rozczarowała ją sowa, która z pustymi szponami wleciała na śniadanie do Wielkiej Sali. Po raz pierwszy w życiu była na niego naprawdę wściekła, dobrze pamiętała to uczucie. Wieści o tacie przyszły dopiero sześć dni później, informując, że Lupin został zamordowany w pobliskim parku.

Sklejenie tych wszystkich faktów nie zajęło jej dużo czasu. Myśl brutalnie wdarła się w umysł Krukonki, budząc nienawiść, złość i bezsilność. Po chwili biegła już do szarego mieszkania, w którym mieszkała Lisa, szybciej, niż sama mogła oczekiwać. Przerażona i wściekła zarazem ile sił w nogach pędziła do dziewczyny, trzymając w ręku zaciśniętą różdżkę, nie zważając nawet na znajdujących się na ulicy mugoli. W końcu dobiegła na jedną z szarych ulic Bukaresztu i zaczęła szukać kamienicy, w której mieszkała dziewczyna. Korzystając z otwartych drzwi na klatkę schodową wbiegła na szóste piętro, ciężko dysząc.

Kyra nie zdążyła nawet zgodnie z postanowieniem wyważyć drzwi, Lisa czekała na nią na zewnątrz.
- Coś się stało? - spytała, tworząc pozory normalności. Lupin nie powiedziała nic, wyciągnęła różdżkę. Miotały nią jednak żal i furia, więc nie była zdolna podejmować szybko dobrych decyzji, a i jej oczy napuchnięte były łzami. Nie zdziwiła się nawet, gdy Marin uprzedziła ją i zaszczyciła klątwom Crucio.

Ciało przeszył niewyobrażalny ból, a ona upadła na podłogę. Serce podeszło jej do gardła, a nogi, mimo że chciała biec, odmawiały posłuszeństwa. Żałowała, że nie wezwała aurorów od razu po swoim odkryciu - była głupia, och, tak bardzo głupia i naiwna myśląc, że cokolwiek może zrobić sama!

Gdy cierpienie ustało, poczuła, jak jakaś niewidzialna lina obwiązuje jej nogi i wyrywa różdżkę z ręki. Podniosła oczy i zobaczyła Lisę w swoim prawdziwym obliczu, z szaleńczym błyskiem w oku i należącą niegdyś do Teda różdżką, zaciśniętą w dłoni. Teraz wiedziała, że jej ojciec chronił tę wariatkę przed samą sobą. A przynajmniej na początku, póki ta nie opanowała umysłu Lupina w jakiś niezrozumiały dla Krukonki sposób.

Kyra nie mogła jednak już nic zrobić, bezbronna i słaba. Wiedziała, że posyłając w jej stronę mordercze zaklęcie Lisa rozdzieli tylko swoją duszę na kolejny fragment.


Edytowane przez Prefix użytkownikaChristina dnia 03.09.2015 20:06
i65.tinypic.com/2d7bmkw.jpg
That's all they really want
i63.tinypic.com/fc8xht.jpg
Some fun
i65.tinypic.com/1zgcchl.jpg
When the working day is done
i64.tinypic.com/68xamr.jpg
All girls - they want to have fun
i66.tinypic.com/24o5d1j.jpg





i64.tinypic.com/214waz4.png
i64.tinypic.com/258waba.png
zapodaj.net/images/d9840e51c9400.png

Nagroda za Najlepszą Miniaturkę Wojenną - Niebo pośrodku piekła
Nagroda za Najlepszą Serię o Ciemnej Stronie - Krwawy Zmierzch
oi66.tinypic.com/n36vcy.jpg
 
http://xchristix.tumblr.com
Prefix użytkownikaChristina
Praca D - Katherine Pierce

Powrót zmarłego
Inspiracja: Barlom - Odwet rzeźnika

Zegar w holu właśnie wybił północ. Głuche uderzenia brzmiały jak zwiastun śmierci.
Przepiękna, nieco staromodna, straszliwie ciężka szata, która nie bardzo na nią pasowała, ponieważ była przeznaczona dla innej kobiety, krepowała jej ruchy. Gruby wełniany materiał owijał się wokół nóg, kiedy biegła korytarzem. Podciągnęła szatę wysoko, prawie do kolan i ze strachem obejrzała się za siebie.
Prześladowca był coraz bliżej, ścigał ją jak ogarnięty żądzą krwi wilkołak w pogoni za obiadem. Na przystojnej niegdyś twarzy mężczyzny, który zwiódł niewinną, ufną kobietę i zmusił ja do małżeństwa, a potem przywiódł do zguby, malował się teraz strach i mordercza, niepohamowana wściekłość. Biegł za nią z dziko płonącymi oczyma, które niemal wychodziły z orbit i z włosem rozwianym jak u szaleńca. W reku trzymał różdżkę, którą za chwile miał użyć do zabicia jej.
- Ty suko szatana! - Usłyszała jego wściekły głos w holu prowadzącym do schodów. Błysnęło zielone światło. Jednak, na szczęście dla niej, wypity przez niego alkohol zaburzał jego celność. - Już nie żyjesz. Dlaczego nie zostawisz mnie w spokoju? Przysięgam, że odeśle cie z powrotem do piekła. Ale tym razem na dobre. Słyszysz, ty przeklęty upiorze? Na dobre!
Chciała krzyknąć, lecz nie mogła wydobyć z siebie głosu. Biegła, ile sił w nogach.
- Będę patrzył, jak twoja krew spływa mi miedzy palcami, aż zupełnie się wykrwawisz! - krzyknął, zmniejszając odległość miedzy nimi. - Tym razem nie wstaniesz z grobu, ty szatańska suko! Dość już sprawiłaś mi kłopotów!
Zatrzymała się u szczytu schodów, gwałtownie chwytając powietrze. Serce waliło jej jak młotem. Unosząc szatę jeszcze wyżej, zaczęła zbiegać ze schodów, jedną ręką przytrzymując się poręczy, by nie upaść.
Był tuż za nią. Wszystko wskazywało na to, że tym razem nie uda jej się wyjść z tego cało. Posunęła się za daleko. Wkrótce sama stanie się duchem, w którego się wcieliła. Nie zdąży nawet zbiec ze schodów. A przecież wreszcie zdobyła dowód, którego tak poszukiwała. Ogarnięty wściekłością, wyjawił cała prawdę. Jeśli uda się jej przeżyć, to biedna matka zostanie pomszczona. Niestety, wszystko wskazywało na to, że przypłaci życiem śledztwo, którego się podjęła. Zasłużyła. Za swoją nieostrożność. Jak mogła być tak nierozgarnięta żeby odłożyć różdżkę choć na chwilę?
Była w połowie schodów, kiedy ciszę rozdarł przerażający krzyk jej prześladowcy.
Obejrzała się ze strachem i już wiedziała, że odtąd północ zawsze będzie dla niej koszmarem.

***


- Czyli twój ojczym przyczynił się do śmierci twojej matki? - Benjamin Cradle nie ukrywał zaskoczenia. Doskonale pamiętał sprawę sprzed pięciu lat, kiedy to ścigająca drużyny narodowej, na treningu, skręciła kark spadając z miotły.
- Nie "przyczynił się"! - oburzyła się Stella Brauder. - On ją zabił. Zaczarował jej miotę tak, by ją zrzuciła. - W oczach młodej kobiety pojawiły się łzy. Wzięła kilka głębokich oddechów żeby się uspokoić. - Od początku go podejrzewałam, ale... miałam tylko piętnaście lat. Nikt nie chciał mi wierzyć. Postanowiłam więc wziąć sprawy w swoje ręce i zmusić go do wyznania prawdy.
- I w tym celu chodziłaś do niego po nocach w ciuchach matki? - Detektywowi ten pomysł nie wydawał się zbyt dobry. Była w końcu nastolatką, która próbowała wydobyć informację od mordercy.
- Co ty byś zrobił na moim miejscu? Tylko mi nie mów, że poprosiłbyś o pomoc kogoś starszego - dodała szybko, widząc że zamierza jej przerwać odpowiadając na retoryczne pytanie. - Znam cię, od zawsze lubiłeś sam odkrywać prawdę. A ja wiedziałam, jak on panicznie boi się duchów. Jak i o tym, że często nadużywa alkoholu. No i w końcu się przyznał.
- Ale to było ponad cztery lata temu. Nie rozumiem czego oczekujesz. W liście z prośbą o spotkanie zaznaczyłaś, że to nie będzie przyjacielskie spotkanie po latach, tylko że potrzebujesz pomocy detektywa. Chcesz, żeby świat poznał prawdę? Ciężko będzie tego dokonać, tym bardziej, że oskarżony nie może się bronić.
- Nie. Już mi na tym nie zależy. Jego śmierć, choć była wypadkiem, była dla mnie wystarczająca. Nie chcę skandalu. - Benjamin równie dobrze jak śmierć Nicole Brauder, pamiętał śmierć jej drugiego męża. Mikael zmarł pół roku po żonie, został znaleziony u dołu schodów.
- Więc już kompletnie nie wiem co mogę dla ciebie zrobić - stwierdził lekko zdezorientowany Cradle.
- Wydaje mi się, że on żyje - Wyszeptała cicho, jakby w obawie że ktoś może ją usłyszeć.
Detektyw przyjrzał się koleżance ze szkolnych lat, chcą wybadać, czy sobie z niego nie żartuje. Jednak przerażenie malujące się na jej twarzy rozwiało jego wątpliwości.
- Jakim cudem? Zgon został stwierdzony, a nie wydaje mi się żeby czarodzieje mogli się pomylić. Poza tym byłem na jego pogrzebie.
- Myślisz, że ja tego nie wiem? Wiem, że umarł. Tego jestem pewna. Ale... - młoda kobieta pokręciła głową. - Sam zobacz. - Trzęsącymi się dłońmi wyciągnęła z torebki wycinek z Proroka Codziennego i podsunęła Benjaminowi.
Mężczyzna wziął do ręki kawałek gazety i lekko się uśmiechnął. Doskonale pamiętał ten artykuł i swoją pierwszą reakcję na niego. Autor opisał w nim człowieka, który próbował przekonać świat, że jest bliski wynalezienia zaklęcia, które pozwoli w pełni ożywiać zmarłych. Oczywiście, warunkiem ukończenia prac było zebranie sporej ilości złota.
- Przeczytałaś to i od razu pomyślałaś o tym, że Mikael żyje? - zdziwił się. Stella zawsze była rozważną osobą, często roztrzepaną i nieuważną, ale rozważną.
- Nie. Oczywiście, że nie. Dostałam ten wycinek razem z tym. - Podała mu kawałek pergaminu, który okazał się być listem.
- Stello. Pragnąc zadowolić twój dociekliwy umysł, załączam artykuł, który powinien cię zainteresować. Wynika z niego, że zmarli nie zawsze pozostają zmarłymi. M. - Benjamin odczytał na głos treść listu. - I to ci wystarczyło?
- Nie chodzi tylko o to. To był początek. Później zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Zaczęłam natykać się na różne przedmioty, które straciłam jako dziecko. Przedmioty, które Mikael zabierał mi w ramach "kary" za złe zachowanie. Na przykład... natknęłam się na wisiorek, który dostałam od babci, a który on zabrał mi gdy miałam dwanaście lat. Wiesz gdzie go znalazłam? Wisiał na klamce drzwi wejściowych. OD WEWNĄTRZ. To nie wszystko - dodała widząc, że mężczyzna chce jej przerwać. - Mikael zawsze miał bzika na punkcie orchidei. Uwielbiał te kwiaty. W całym domu można było się na nie natchnąć, w ogrodzie nie znalazłbyś innych kwiatów. Już kilka dni pod rząd znalazłam orchideę na moim łóżku.
- Czy ktoś wie co stało się tamtej nocy? Kiedy on zginął. Może ktoś chce cię szantażować, albo zastraszyć. Masz jakiś wrogów? - Benjamin starał się mówić uspokajającym głosem. Nie wierzył w żywego trupa, z doświadczenia wiedział, że za takimi sprawami zawsze stoi ktoś trzeci.
- Jestem pewna. Dom leży na odludziu. Jest, i był również wtedy, chroniony wieloma za... - Stella przerwała słysząc otwierające się drzwi gabinetu.
- Przepraszam, ale przyszła pani Isabelle i twierdzi, że to sprawa niecierpiąca zwłoki - poinformowała sekretarka Credler17;a.
- Uhmm. - Mężczyzna zamknął oczy jakby tracił cierpliwość. - Dobrze, wpuść ją. To na pewno nie zajmie dużo czasu - wyjaśnił Stelli, gdy drzwi do gabinetu ponownie się zamknęły. - Zawsze przychodzi z jakąś drobnostką. To kobieta, która... Pani McGlide! - Detektyw podniósł się z miejsca gdy do gabinetu wkroczyła klientka. - Co panią do mnie sprowadza?
- Benjaminie, ile razy mam prosić żebyś zwracał się do mnie po imieniu? - zapytała z uroczym uśmiechem, który zniknął, kiedy dostrzegła Stellę. - Mogę zająć ci chwilę?
Isabelle McGlide przypominała egzotyczny klejnot. Przekroczyła już czterdziestkę, ale nadal roztaczała wokół siebie atmosferę tajemniczej zmysłowości, która przyciągała mężczyzn tak jak miód wabi pszczoły.
Wrażenie pogłębiały kocie ruchy, lśniące czarne włosy i lekko skośne oczy.
- Mam prośbę. - Udając, że Stella nie istnieje, położyła na biurku zdjęcie młodego, przystojnego mężczyzny. - Sprawdź proszę, czy to nie jakiś łowca posagów.
- Eeee... a kto to w ogóle jest? - zapytał Benjamin wyciągając notatnik.
- Maxymilian Drace. Mój przyszyły mąż, jeśli twoje śledztwo nie wykaże niczego podejrzanego - powiedziała i bez zbędnych słów opuściła pomieszczenie.
- Wybacz. To...
- Nieważne. - Stella była zbyt zmęczona nieprzespanymi nocami, żeby udawać zainteresowaną. - Mogę na ciebie liczyć?
- Obiecuję, że dowiem się kto stoi za dziwnymi wydarzeniami z ostatnich dni.
- Dziękuję. Pójdę już. Zatrzymałam się u przyjaciółki i obiecałam jej babski wieczór.

***


Dwa dni później Benjamin nadal niczego nie ustalił. Rzucił na dom Stelli wszystkie znane zaklęcia obserwujące, ale nikt nawet się do niego nie zbliżył. Sama Stella także nie doniosła mu o żadnym nowym, podejrzanym znalezisku. Wracając do gabinetu, był już porządnie sfrustrowany. Nie lubił gdy jego śledztwo stawało w miejscu.
- Masz coś? - zapytał, swojego asystenta.
- Nic. Znaczy, dostałeś jakiś list. - Mężczyzna wskazał głową na kopertę znajdującą się na biurku.
- Może coś w końcu ruszy - powiedział detektyw czytając wiadomość wysłaną przez anonimowego nadawcę.
Chcesz się dowiedzieć czegoś o Mikaelu? Przyjdź do Dziurawego kotła dzisiaj o 23.Pokój 9. Bądź sam.

***


Benjamin nie wiedział, że nie tylko on dostał taką wiadomość. Stella dostała wytyczne by pojawić się na miejscu o dwudziestej drugiej. Przerażona, jednak zdeterminowana by poznać prawdę, zapukała do pokoju numer dziewięć. Odpowiedziała jej głucha cisza. Niezniechęcona złapała za klamkę, a drzwi otworzyły się bez problemu.
W pokoju zastała osobę, którą widziała drugi raz w życiu. Kobieta wykorzystała zaskoczenie Stelli i odebrała jej różdżkę.
- Pani McGlide, co za niespodzianka. - Stella starała się mówić spokojnie, chłodno i obojętnie. Przynajmniej nie mam do czynienia z przywróconym do życia Mikaelem, pomyślała.
- Wejdź. Czekałam na ciebie.
Kiedy minął pierwszy szok, Stella postanowiła, że musi okazać zimną krew.
- To ty za tym stoisz tak? Za tym wszystkim.
- Cóż za spostrzegawczość. - Isabelle cofnęła się o krok. Jej oczy błyszczały niezdrowo. - Ale ty zawsze byłaś wyjątkowo spostrzegawcza. Zbyt spostrzegawcza. I teraz za to zapłacisz.
Ze ściśniętym sercem, Stella podeszła do kominka i oparła się niedbale o gzyms. Płonący ogień rzucał ponury blask na mały pokój.
- Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że wszystko to tutaj jest wynikiem urazy, jaką do mnie żywisz? Przecież się nie znamy. Co ja takiego ci zrobiłam?
- Zabiłaś go! Oto, co uczyniłaś - syknęła Isabelle. - Zabiłaś Mikaela i wszystko zniszczyłaś.
Stella zamarła.
- Może zechcesz mi wytłumaczyć, co takiego zniszczyłam?
- Wszystko zaplanowałam, ty głupia, mała suko. Mikael miał się ze mną ożenić, kiedy zabił twoją matkę. Wiele miesięcy zajęło mi namówienie go, by zamordował Nicole.
Stella omal nie przewróciła się na gzyms kominka.
- Namówiłaś go, by zamordował moją matkę?
- Myślisz, że sam by tego dokonał? Nie zdobyłby się na to, gdybym mu w tym nie pomogła. Nie uważał tego za konieczne. Wciąż powtarzał, że i tak korzysta z jej pieniędzy, więc nie przeszkadzało mu, że ona żyje. Ale ja nie mogłam z nich korzystać. Dałam mu więc jasno do zrozumienia, że nie będzie mnie miał, jeśli się jej nie pozbędzie. A on nie mógł beze mnie żyć, Stello. W końcu zaplanował wypadek z miotłą.
- Wiedziałam, że to było morderstwo, jeszcze zanim mi to wyznał.
- Tak, natychmiast się tego domyśliłaś, prawda? Niecałe dwa miesiące później zaczął się dziwnie zachowywać. Ciągle powtarzał, że widział zjawę twojej matki. Nie ducha, a zjawę. Przestraszyłam się, że stracił rozum, i że odeślą go do wariatkowa, zanim zdąży się ze mną ożenić. Postanowiłam więc, że sama sprawdzę, co się dzieje w jego domu.
- Byłaś tam tej nocy, kiedy rzucił się na mnie z różdżką?
- A kto, jak sądzisz, wcisnął mu ją do ręki? Powiedziałam, że musi ponownie zabić Nicole, ale tym razem na dobre. Był tak zamroczony alkoholem i opętany myślą, że ona wróciła, by go straszyć, że zrobił wszystko, co mu kazałam.
Serce Stelli zaczęło łomotać z gniewu i przerażenia. Nadal opierała się o obramowanie kominka, kiedy dostrzegła ruch za oknem. Natychmiast domyśliła się, kto tam jest. Ulga spłynęła na nią wielka fala. To Benjamin. Teraz musi tylko odciągnąć uwagę Isabelle od okna.
- Jak to możliwe, że nigdy wcześniej cię nie poznałam?
- Byłaś smarkulą, poza tym większość czasu spędzałaś w Hogwarcie - odpowiedziała lekceważącym tonem.
- Powiedz mi... cieszysz się, że w Azkabanie nie ma już dementorów? Ciężko by ci było wytrzymać z nimi, prawda?
- Zamknij się! To nie będzie mój problem. Już za chwilę Benjamin znajdzie tu twoje martwe ciało, a wyrzuty sumienia nie dadzą mu spokoju.
Stella zamarła.
- Co on ma z tym wspólnego? - zapytała zszokowana.
- Kiedy planowałam moją zemstę na tobie, uznałam, że mogę upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Ten idiota śmiał mnie odrzucić. Mnie! Wiedziałam, że polecisz do niego po pomoc, jak tylko wprowadzę w życie swój plan. Jak tu nie skorzystać z pomocy starszego kolegi skoro jest uznanym detektywem? Spokojnie. Go nie zabiję. Wydaje mi się, że wyrzuty sumienia spowodowane tym, że nie zdołał pomóc klientce, będą wystarczającą karą.
- Jesteś nienormalna.- Stella pokręciła głową. - Ale nic z tego. Benjamin...
- On cię nie uratuje. Wbij to sobie do głowy. Już nic ci nie pomoże. - Uśmiechnęła się szaleńczo i wycelowała różdżką w Stelle. W w tym momencie, przy ogłuszającym huku pękającego szkła i drewna, Benjamin wpadł do pokoju.
- Nie! - krzyknęła Isabelle i skierowała różdżkę w jego stronę.
Stella momentalnie zamachnęła się peleryną i zarzuciła ją na głowę kobiety. Ta krzyknęła i upuściła różdżkę, która potoczył się po podłodze. Benjamin wyprostował się, otrzepał ubranie i spojrzał na koleżankę.
- Nic ci nie jest? - zapytał spokojnie.
- Nie. Dzięki tobie. - odparła. - Wiedziałam, że przyjdziesz. Słyszałeś co mówiła?
- Tak. Ale to teraz nie jest ważne. - Detektyw wycelował różdżką w Isabelle. Czerwone promienie skutecznie ogłuszyły kobietę.
- W Azkabanie muszą uszykować dla niej celę. - Głos miał opanowany, ale wyglądał na wstrząśniętego.
- Raczej oddział zamknięty w Mungu. Ta kobieta jest nienormalna.
- Decyzja nie należy do nas. Cieszę się, że nic ci nie jest - powiedział, uśmiechając się do Stelli.

Edytowane przez Prefix użytkownikaChristina dnia 03.09.2015 20:07
i65.tinypic.com/2d7bmkw.jpg
That's all they really want
i63.tinypic.com/fc8xht.jpg
Some fun
i65.tinypic.com/1zgcchl.jpg
When the working day is done
i64.tinypic.com/68xamr.jpg
All girls - they want to have fun
i66.tinypic.com/24o5d1j.jpg





i64.tinypic.com/214waz4.png
i64.tinypic.com/258waba.png
zapodaj.net/images/d9840e51c9400.png

Nagroda za Najlepszą Miniaturkę Wojenną - Niebo pośrodku piekła
Nagroda za Najlepszą Serię o Ciemnej Stronie - Krwawy Zmierzch
oi66.tinypic.com/n36vcy.jpg
 
http://xchristix.tumblr.com
Prefix użytkownikaChristina
Praca E - Wilena Romus

Perła
Inspiracja: Alette - Dziewczyna z porcelany

Albert był pedantem. Utrzymywał cały dom i sklep w nienagannej czystości, ale najbardziej dbał o gabinet. Na miękkim zielonym dywanie nie było ani śladu brudu, zioła w kredensie starannie posegregowano i oklejono odpowiednimi plakietkami, książki na wielkich pułkach miały identyczne okładki, a blat dębowego biurka wręcz lśnił.

Tamtego dnia umysł mężczyzny był całkowitym przeciwieństwem tego pokoju. W głowie huczało mu milion myśli. Na niczym nie mógł się skupić i nie umiał podjąć żadnej decyzji. rCo robić?r1; pytał przechadzając się po gabinecie. W końcu usiadł za biurkiem, na którym stała filiżanka z herbatą w towarzystwie rzeźbionej szkatułki i wyjął z kieszeni kawałek pergaminu. Złapał za pióro, ale zawahał się, a na list padła kropelka atramentu. Nie wiedział, czy powinien to zrobić. Brad się na niego nieźle wkurzy, a Greg znienawidzi. Żaden z nich nie pomyśli o tym, że tak będzie mu łatwiej. Potarł brwi w zamyśleniu i otworzył szkatułkę. W środku, na czerwonej poduszeczce, leżała broszka z perłą - jedyna rzecz, która pozostała po niedawno zmarłej żonie zielarza. Uśmiechnął się do niej, przypominając sobie wspaniałą kobietę. Ona by zrozumiała. Ona rozumiała wszystko. Odłożył pióro na ubrudzoną kartkę i upił łyk ciepłej herbaty...

* * *


Świeżo awansowany auror szedł budzącą się do życia Pokątną. To była jego pierwsza sprawa od czasu wydarzeń w Hogsmeade i nie był pewien, czy podoła zadaniu. Tamte obrazy wciąż mu towarzyszyły: potwór, ciała, puste oczy i krew. Krew była najgorsza, cały czas zdarzało mu się śnić o tej przeklętej czerwieni. I skąd niby ten awans? Znalazł kryjówkę potwora, bo nie posłuchał rozkazu i dlatego awansował? Może Potter chce go w ten sposób ukarać? Zbłaźnić przed kolegami, bo wie, że nie da rady poprowadzić własnego śledztwa? Możliwe, jednak Mike Rogers nie miał zamiaru się poddawać. Nie wiedział czy wytrzyma widok miejsca zbrodni, kolejną dawkę krwi i horroru, ale musiał to sprawdzić.
Wkroczył do zalanego porannym słońcem gabinetu i odetchnął z ulgą. Żadnej krwi, żadnych oczu. Mężczyzna za biurkiem siedział na zdobionym fotelu ze zwieszoną głową. Wyglądał jakby zasnął.
- Co mamy? - zapytał czarodzieja, który oglądał ciało.
- Zatrucie. - Wskazał na leżącą obok fotela filiżankę, nad którą wisiała ręka ofiary - W herbacie miał liście baryliowe. Cholernie silny środek nasenny, a w naczyniu znalazłem sześć listków. Tyle starczy żeby powalić hipogryfa.
Mike zerknął na leżącą na stole torebkę na dowody. W środku znajdował się w połowie pełny słoik z zieleniną, a na plakietce widniał napis "baryli". To mieszkanie zielarza, nic dziwnego, że miał w swoich zapasach taką roślinę.
- To ma jakiś smak? Zapach?
- Tak, ale mocna herbata z łatwością maskuje wszystkie ślady... Co się tak szczerzysz?
Rogers tylko machnął na niego ręką. Radość była ostatnim uczuciem jakie powinno towarzyszyć śledczemu na miejscu zbrodni, ale Mike nareszcie poczuł, że jest na właściwym miejscu. Zagadka. To była rzecz, która pozwoli mu przestać myśleć o potworze.
Zaczął kombinować. Morderstwo albo samobójstwo. Wypadek był mało prawdopodobny, w końcu facet znał się na ziołach.
- Kto znalazł ciało?
- Chyba jego syn, Angelina właśnie przesłuch.uje dwóch świadków.
I dobrze, sam nie lubił przesłuchań, wolał skupić się na badaniu śladów. Dowody kłamią o wiele rzadziej niż ludzie.
Obszedł biurko i przyjrzał się leżącym na nim przedmiotom. Kawałek pergaminu z wielkim kleksem, ubrudzone pióro i pusta szkatułka. W szufladach też nie było nic ciekawego. W jednej znalazł idealnie poukładane przybory do pisania, a w drugiej wielką księgę. Rogers machnął różdżką, otwierając opasły tom. Był to wielki, kilkusetstronicowy spis sklepowego asortymentu. Na szczycie każdej strony widniała data, a pod nią notatki o ziołach i sprzedanych danego dnia produktach. Auror zaśmiał się pod nosem. Gdyby tylko jego raporty były tak dokładne, od razu awansowałby na szefa biura.

* * *


- Coś tu nie gra - powiedział do Angeliny, kiedy znaleźli się sami w gabinecie. Ciało, jak i dowody zabrano, teraz trzeba było zająć się ludźmi.
- Wiem. Czegoś nie dostrzegamy - odpowiedziała czarnowłosa dziewczyna przygryzając wargę. - Jeden z nich coś ukrywa.
Mike przypomniał sobie Grega, syna ofiary. Według dokumentów miał dwadzieścia lat, ale podczas przesłuchania wyglądał jak dzieciak. Szlochał, a koszulę miął mokrą od łez. Przestał płakać dopiero po podwójnej dawce środków uspokajających. To on z samego rana znalazł ojca. Jego krzyki sprowadziły na górę pracownika zielarni - Brada, który wezwał aurorów. Ci dwaj byli najbliższymi ludźmi ofiary, ale nie zgadzali się w zbyt wielu kwestiach.
- To mogło być samobójstwo - zaczęła dyskusję kobieta. - Niedawno stracił żonę, według syna załamał się psychicznie i dziwnie się zachowywał poprzedniego dnia.
- Za to Brad twierdzi, że przyjął to nadzwyczaj dobrze. - Mike powrócił myślami do rozmowy z brodatym olbrzymem. Ciągle powtarzał, że to morderstwo, że Albert nie zostawiłby syna po śmierci żony, że ktoś go zabił. - No i nie ma listu. Tylko ten świstek z kleksem.
- Samobójcy nie zawsze zostawiają wiadomość. Może chciał napisać, ale nie umiał tego ująć w słowa i po prostu... - Wzruszyła ramionami, a po chwili milczenia przeszła do kolejnej kwestii. - I co z tą broszką? Greg twierdzi, że ojciec cały czas chciał ją sprzedać. Według niego dostał już kilka ofert, wystarczyła jedna wiadomość i jakiś kolekcjoner zjawiłby się tutaj z torbą pełną galeonów.
- Za to przyjaciel uważa, że nic takiego nie miało miejsca, że chciał zatrzymać jedyną pamiątkę po żonie i w życiu by się jej nie pozbył. - Westchnął. - Albo pan Albert miał niezłe wahania nastrojów albo któryś ze świadków coś kręci.

* * *

Mike siedział w Dziurawym Kotle i popijał Ognistą Whisky. Ta sprawa nie dawała mu spokoju. Był niemal pewien, że to samobójstwo. Rozżalone paplanie syna zdawało się logiczne i proste. Facet załamał się po śmierci żony, sprzedał jej ostatnią własność, ale nie wytrzymał psychicznie. Tylko skąd odmienne zdanie jego przyjaciela? Nie ma co o tym myśleć. Trzeba dać im czas na ochłonięcie i przesłuchać ponownie, bo dowody w tej sprawie nie były wystarczające.
Auror wstał, zostawił niedopity trunek i wyszedł na Pokątną. Chciał popatrzeć na budynek zielarni. Może to pozwoli mu coś zrozumieć? Przeszedł pogrążoną w półmroku ulicą i zatrzymał się przed sklepem. Naprawdę liczył na to, że gapiąc się w okno gabinetu ofiary, dostanie olśnienia. Stał z głową zadartą ku górze, a zamiast wspaniałej myśli, odczuwał tylko ból karku.
Chciał już odejść, ale usłyszał dziwne głosy dobiegające z bocznej uliczki. Zakradł się bliżej z różdżką w pogotowiu i nasłuchiwał.
- To prawdziwa perła - szeptał znajomy głosik.
- Skąd miałbyś prawdziwą? Jedyną prawdziwą perłę w okolicy miał Albert. Chyba mu jej nie zwędziłeś?
Mike zakradł się jeszcze bliżej.
- Witaj Dung - powiedział dołączając do dwóch złodziejaszków. Jeden z nich deportował się w mgnieniu oka, ale Mundungus nie był już taki szybki, więc Rogers dorwał go, zanim ten zorientował się co jest grane. - Czy ty nie jesteś za stary na kantowanie? - zapytał Mike, a niski człowieczek uśmiechnął się przymilnie, próbując zwiać.
- Ależ jakie kantowanie! Ej... Oddawaj! - Detektyw wyrwał mu z rąk śmierdzącą alkoholem szmatkę. Rozwinął ją i ujrzał lśniącą w świetle różdżki perłę.
- Nie mam siły się z tobą bawić Fletcher! Opowiedz mi grzecznie skąd to wytrzasnąłeś.

* * *


Rogers wybiegł podekscytowany na ulice Londynu. Uśmiechał się triumfalnie i czuł buzującą w głowie mieszankę adrenaliny i whisky. Nie powinien w takim stanie konfrontować się z podejrzanym, ale był zbyt pochłonięty rozwiązaniem zagadki, żeby myśleć racjonalnie. To jego pierwsza samodzielna sprawa, chciał zakończyć ją jak najszybciej. W końcu dotarł do celu. Na piętrze szarej kamienicy paliło się światło, a z otwartego okna dobiegało szuranie. Auror zastukał kołatką i czekał. Nikt nie otwierał, ale hałasy z góry ucichły. W końcu, po podejrzanie długim czasie, klamka opadła, a w drzwiach ukazała się drobna twarz chłopaka o napuchniętych oczach.
- Dobry wieczór. O co chodzi?
- Jestem aurorem, prowadzę śledztwo w sprawie śmierci pana ojca.
- Tak, tak. Pamiętam pana. Coś nowego?
- Mógłbym wejść? Chcę porozmawiać - powiedział gość i nie czekając na zaproszenie, przecisnął się do środka.
- Nie za późno na tego typu wizyty? - Podejrzany próbował zatrzymać Mike'a, ale ten już wchodził do wyglądającego jak po przejściu tornada salonu. Zrzucone z kanap poduszki leżały na ziemi, na stole stały dwa pudełka na biżuterię, a ich zawartość walała się po blacie i podłodze. - Ja... szukałem zegarka... zgubiłem go wczoraj...
- A może szukał pan broszki z perłą? Może pana ojciec wcale jej nie sprzedał, tylko ukradł ją pan, a teraz ktoś ukradł ją panu? - Auror wycelował różdżką w chłopaka, a druga ręką wyjął z kieszeni fanta Mundungusa. - Zabiłeś go?
- Nie! - Zrobił dwa kroki w tył i natrafił na ścianę. Skrzywił się, a po twarzy pociekły kolejne łzy. - Ja tylko... nie chciałem żeby ją sprzedawał! Kiedy przyszedłem pisał list do kupca... ale on nie mógł! To jedyna pamiątka po matce! - Osunął się i szlochał. - Ja tylko dałem mu środki nasenne! Trzy liście! Żebym mógł zabrać perłę. Nie chciałem go zabijać! Ja tylko ją ukradłem!

* * *


Albert siedział w swoim gabinecie i zastanawiał się co robić. Po śmierci żony interesy po****dły, na koncie została już resztka pieniędzy, a za broszkę z perłą zdołałby utrzymać się przez co najmniej dwa miesiące. Wiedział, że Greg będzie na niego wściekły. Widział to w jego oczach, gdy niby to przez przypadek powiedział, że znalazł kupca na ozdobę. Ale chłopak był dobrym dzieckiem, chyba zrozumiał, że nie ma innego wyjścia. Nawet zaparzył tacie herbatę. Wydawał się taki miły, taki wspierający...
Zielarz podszedł do kredensu i wyjął słoiczek z liśćmi barylii. Wziął dwa, zastanowił się, po czym dołożył jeszcze jeden. Syn mówił mu, że powinien się przespać z podjęciem decyzji, ale Al wiedział, że jutro zmieni zdanie. Musi napisać list z ofertą, wysłać go jak najszybciej, zasnąć i obudzić się, gdy sprawa będzie przesądzona. Trzeba działać szybko, zanim sentymenty wpłyną na jego postanowienie.
Siadając przy biurku, dorzucił ziółka do herbaty. Wyjął kartkę, złapał za pióro i zastanowił się. Upił łyk, patrząc na broszkę w szkatułce i nagle ogarnęła go przemożna senność. Włożył tylko trzy liście... powinny zadziałać dopiero po dziesięciu minutach. Dlaczego zasypia? Co się stało? Zanim odpłynął, zauważył jak ktoś wchodzi do pokoju. Nie widział kto to. Mrugał, ale obraz przed oczami był coraz bardziej rozmazany. A potem zapadła ciemność.

Edytowane przez Prefix użytkownikaChristina dnia 03.09.2015 20:07
i65.tinypic.com/2d7bmkw.jpg
That's all they really want
i63.tinypic.com/fc8xht.jpg
Some fun
i65.tinypic.com/1zgcchl.jpg
When the working day is done
i64.tinypic.com/68xamr.jpg
All girls - they want to have fun
i66.tinypic.com/24o5d1j.jpg





i64.tinypic.com/214waz4.png
i64.tinypic.com/258waba.png
zapodaj.net/images/d9840e51c9400.png

Nagroda za Najlepszą Miniaturkę Wojenną - Niebo pośrodku piekła
Nagroda za Najlepszą Serię o Ciemnej Stronie - Krwawy Zmierzch
oi66.tinypic.com/n36vcy.jpg
 
http://xchristix.tumblr.com
Prefix użytkownikaChristina
Praca F - Glen

Życie za życie
Inspiracja: Alette - Dziewczyna z porcelany

Znajdował się w ciemnym, zniszczonym salonie, oświetlonym jedynie smugami światła padającymi z kilku różdżek. Ludzie krążyli wokół niego, zaglądając we wszystkie kąty, rozmawiając półgłosem, szukając śladów. A on stał nieruchomo, patrząc na postać u swych stóp i tylko powolne ruchy klatki piersiowej były znakiem, że mężczyzna żył.
- Żegnaj, Jerome - mruknął cicho, odwracając się od ciała swego przyjaciela.
To wszystko było jak jakiś sen - jeszcze wczoraj żartowali ze sobą, a teraz... Pokręcił głową i uszczypnął się w ramię, pragnąc, by był to tylko sen. Ale to nie był sen. To był koszmar. Koszmar na jawie.
Siedział do późna w swym biurze, gdy dostał wezwanie do morderstwa w opuszczonym domu. Choć poczuł rosnącą irytację na myśl o ponownej babraninie w czyjejś krwi, to niechętnie przesłał wiadomość, że się tym zajmie. Wiedział, że o tej porze mało kto zostaje w pracy i pewnie dostałby niezłe baty za olanie sprawy.
Niestety, późna pora oznaczała również brak najlepszych pracowników. Dlatego zamiast przybyć na miejsce z doświadczonymi kolegami, został skazany na towarzystwo dwóch młodych chłopaków, świeżo po kursie aurorskim.
Skrzywił się, patrząc, jak chodzą po całym pomieszczeniu, nie przejmując się tym, że mogą zatrzeć ewentualne ślady. "Ewentualne", gdyż tak naprawdę żadnych nie było - sam to sprawdził, zanim pozwolił myszkować tym dzieciakom.
Jedynym śladem zbrodni była głęboka rana na szyi i ciemnoczerwona krew, tworząc karmazynową ścieżkę na szyi i sporej wielkości plamę na podłodze. Morderstwa z pewnością nie dokonano z użyciem magii - gardło ofiary zostało poderżnięte ostrym, metalowym narzędziem.
- To chyba wszystko, Mike - młodziak podszedł do starszego mężczyzny i szturchnął go w ramię. - Nic nie znaleźliśmy.
Mężczyzna rzucił mu wściekłe spojrzenie, aż ten cofnął się o krok. Nie miał pojęcia, dlaczego każdy świeży adept uznawał, że - mimo różnicy wieku i doświadczenia - mogą zwracać się do niego tak poufale.
- Powiedz Tonyr17;emu, że możecie się zbierać - mruknął i potarł twarz dłonią.
- A ty? Szefie? - spytał auror, poprawiając się w ostatniej chwili.
- Ja tu jeszcze chwilę zostanę - burknął i ostrym spojrzeniem uciął wszelkie pytania. Młody skinął głową i razem z kolegą wyszedł. Po chwili usłyszał trzask deportacji.
Westchnął ciężko, kręcąc głową. Żałował, że w ogóle ich tu ściągnął. To, co jemu zabrało 15 minut, dwójce aurorów zajęło blisko godzinę.
- Amatorzy - prychnął pod nosem, kierując się w stronę schodów. Jakim ignorantem być trzeba, żeby przeszukując miejsce zbrodni ograniczyć się jedynie do pomieszczenia z ciałem?
Pokręcił głową z politowaniem, wspinając się po przeżartych przez korniki stopniach. Stanął u szczytu schodów i pogrążył się w całkowitej ciemności.
- Lumos - mruknął cicho i koniec różdżki rozświetlił się słabym blaskiem.
Piętro starego domu prezentowało się jeszcze gorzej niż parter. Spróchniałe deski trzeszczały i uginały się pod każdym krokiem, a kurz wzbijający się z podłogi tańczył wokół jego stóp w wąskim strumieniu światła błądzącym po pomieszczeniu. Na jego oko wyglądało ono na czyjąś dawną sypialnię - w kącie stało łóżko przykryte starą, zniszczoną narzutą, obok niego znajdowała się niewielka szafka nocna, a pod przeciwległą ścianą ujrzał sporej wielkości szafę z drzwiami wiszącymi krzywo na jednym zawiasie. Cały pokój wydawał się być opuszczony, ale mimo to odnosił wrażenie, że ktoś tu niedawno był.
Środek pokoju, jak i miejsca bliskie meblom, wydawały się być mniej zakurzone niż reszta podłogi. Kucnął i skierował światło w kierunku podłogi. Żałował, że nie zrobił tego przed wejściem do pokoju - wzburzone przez niego pokłady kurzu mogły już przykryć ewentualne ślady. Ale pomimo swego niedopatrzenia ujrzał w kilku miejscach ciemniejsze plamy, które okazały się być odciskami podeszew butów. Wyprostował się i - ignorując łóżko oraz szafę - podszedł do zniszczonej szafki nocnej. Rzucił okiem na jej zakurzony wierzch i skierował wzrok na trzy gałki od szuflad. Z uwagą przyjrzał się pierwszej z nich, po czym przeciągnął po niej palcem.
- Czysty - szepnął do siebie, gdy na opuszku nie pojawił się choćby cień kurzu. Złapał gałkę całą dłonią i powolnym ruchem wysunął szufladę, po czym zajrzał do środka.
Wpatrywał się w jej dno przez chwilę, marszcząc czoło. Sam nie był do końca pewien, czego się spodziewał, ale to, co ujrzał, lekko go rozczarowało. Wewnątrz nie było nic godnego uwagi - żadnych zdjęć, listów, dokumentów. Jedynie srebrny naszyjnik.
Podniósł go delikatnie i przyjrzawszy mu się z bliska, dostrzegł niewielką zawieszkę, wiszącą na łańcuszku. Chwycił ją w dwa palce i obrócił przodem w swoją stronę. Ozdoba przedstawiała okrąg stworzony z dwóch splecionych ze sobą węży. W miejscach na oczy miały maleńkie szmaragdy.
Nagle zatoczył się do tyłu, czując się jak po uderzeniu obuchem. Pamiętał tę zawieszkę, ten naszyjnik; przed oczami stanęła mu chwila, gdy młoda dziewczyna wyciągała go z przewiązanego zieloną wstążką pudełka i uśmiechała się promiennie.
Pragnął odwrócić się i zbiec ze schodów, by skontaktować się z pozostałymi, lecz w tej chwili poczuł silne uderzenie w krzyż, pozbawiające go tchu. Jęknął głucho, gdy ból eksplodował w dolnej części pleców, promieniując we wszystkich możliwych kierunkach, po czym opadł na kolana i podpierając się na dłoniach próbował złapać oddech. Mózg, zaabsorbowany silnym bodźcem, nie rejestrował mniej intensywnych odczuć, dlatego mężczyzna nie usłyszał zgrzytu zamykanych drzwi i stukotu obcasów o podłogę. Dopiero miękki, wręcz pieszczotliwy głos przebił się przez zasłonę bólu.
- Brawo, brawo, mój dzielny aurorze - wymruczała kobieta tuż przy jego uchu, gładząc delikatnie palcem zarośnięty policzek. Mężczyzna, odwrócony tyłem, nie widział jej twarzy. Nie musiał. Dobrze znał ten głos.
Starał się zwalczyć początkowy szok i zapanować nad wciąż odczuwalnym bólem, gdy tymczasem napastniczka kontynuowała:
- Prawdę mówiąc, bałam się, że zamiast się tu fatygować poślesz tamte żółtodzioby. Ale na szczęście mnie nie zawiodłeś.
Mógł wręcz wyczuć uśmiech w jej tonie. Poczuł smukłe palce chwytające go za podbródek i zmuszające do odwrócenia głowy. Nie miał siły, by się skutecznie opierać.
Spojrzał jej w twarz i wzdrygnął się na widok tego, co zobaczył. Oczy osoby, na którą patrzył, pozbawione były ciepła, które tak dobrze pamiętał. Teraz widział w nich tylko chłód i zimną determinację.
- Zawsze byłeś egoistą - z jej tonu zniknęły jakiekolwiek ślady czułości, teraz pozostał w nim tylko wstręt. - Musiałeś być we wszystkim pierwszy, we wszystkim najlepszy. I gówno cię obchodziło, gdy niewinni płacili za twą pieprzoną chwałę! - ostatnie słowa wykrzyczała z wściekłością, po czym brutalnie odepchnęła jego twarz i zerwała się na nogi.
- Amber, uspokój się - wycharczał z trudem Mike, zdobywszy w końcu siły na to, by się odezwać. - Nie mam pojęcia, w co ty ze mną pogrywasz, ale skończ z tym.
- Nie masz pojęcia? - spojrzała na niego z uniesionymi brwiami, po czym zaśmiała się szaleńczo, aż poczuł, jak wzdłuż kręgosłupa przebiega mu lodowaty dreszcz. - Oj Mikey, jestem pewna, że wiesz, o co mi chodzi. W końcu ty to zapoczątkowałeś.
Przełknął ciężko ślinę. On zapoczątkował? Trybiki w jego głowie obracały się w szaleńczym tempie, ale nie był w stanie wymyśleć, co kobieta mogła mieć na myśli. Spróbował wstać i z zaskoczeniem oraz rosnącym niepokojem zauważył, że nie jest w stanie podnieść się z klęczek ani oderwać dłoni od podłogi. Najwyraźniej silny cios nie było jedynym, co otrzymał.
Jego wysiłki przerwało rozbawione prychnięcie:
- Chyba nie myślałeś, że zostawiłabym ciebie tutaj ot tak, bez odpowiedniego zatroszczenia się o twą osobę? - przekrzywiła głowę, spoglądając na niego z cieniem uśmiechu. - Zdążyłeś już zapomnieć, że mam w zwyczaju dopinać wszystko na ostatni guzik?
- Amber, posłuchaj mnie - mężczyzna postanowił ponownie przemówić jej do rozsądku. - Popełniłaś morderstwo i to był błąd. Nie popełniaj kolejnego - miał ochotę zamknąć się, słysząc, jak śmiesznie słabo brzmiał jego głos, ale ciągnął dalej. - Po prostu uwolnij mnie, a jakoś znajdziemy wyjście z tej sytuacji.
To było kłamstwo, dobrze o tym wiedział - jedyną karą za taki występek był Azkaban. Ale absurdalność tej sytuacji oraz wzrastająca panika sprawiały, że był gotów uczepić się czegokolwiek, co pozwoliłoby mu w jakiś sposób dotrzeć do stojącej przed nim osoby.
Wielu kandydatów na aurorów, pytanych, co skłoniło ich do podjęcia takiej, a nie innej pracy, odpowiadało bez mrugnięcia okiem, że kierowała nimi chęć pomocy ludziom, ratowania świata czy inne banały. On nigdy się tak nie okłamywał. Głównym, a może wręcz jedynym powodem, dla którego podążył tą ścieżką, było poczucie siły i władzy. Lubił to uczucie panowania nad sytuacją, nad podległymi mu ludźmi. Dlatego nienawidził położenia, w którym się teraz znalazł; nienawidził tego poczucia bezsilności; poczucia, że cała sytuacja nieubłaganie wymyka mu się z rąk; poczucia, że znalazł się na łasce tej kobiety.
Kobiety, która podeszła teraz do niego, kucnęła przed jego twarzą i zaczęła mówić takim tonem, od którego włosy zjeżyły mu się na karku.
- Błąd? - zimny uśmiech wykrzywił jej twarz. - Nie, to nie był błąd. Błędem było odwlekanie tego przez tak długi czas. Już wiele lat temu powinniście zapłacić za to, co zrobiliście - przejechała paznokciem po jego szyi, rozdrapując skórę. - Twój kolega już się rozliczył. Teraz twoja kolej.
- Przestań! - wrzasnął, czując, jak całe opanowanie go opuszcza. W oczach błyszczał mu strach. - Nie wiem, o czym mówisz! Nic ci nie zrobiliśmy!
- Nic?! - wściekły syk wydobył się z jej gardła, a oczy zwęziły się niebezpiecznie. Szarpnęła go za włosy, odchylając mu głowę do tyłu i napotykając jego przerażony wzrok. - Akcja na Forest Avenue to było nic?! Zabicie Heather to było nic?! - jej oczy nie wyrażały już nic prócz furii, gotowej spalić i zniszczyć każdego na swej dordze.
Oczy Miker17;a rozszerzyły się w nagłym zrozumieniu.
- Ach, więc jednak pamiętasz? - warknęła mu do ucha.
- Przecież to nie nasza wina - wydyszał, czując, jak napięte do granic możliwości mięśnie karku palą go żywym ogniem. - Szukaliśmy tych ludzi od miesięcy, to byli mordercy. Musieliśmy działać!
- Mogliście poczekać! - płomień w jej oczach wzrósł jeszcze bardziej, ale wzrok kobiety zaszklił się. - Wiedzieliście, że ona tam jest! Ale mieliście to w **** i wysadziliście budynek, nawet nie próbując jej ratować! - po policzkach Amber spłynęły dwie łzy wściekłości.
- Nie mogliśmy. Nie miała szans. Wiesz o tym - spoglądał na nią z lękiem, ale też żalem.
- Gówno prawda - warknęła, puszczając nagle jego włosy i wstając.
Zamknął oczy, pogrążając się we wspomnieniu. Dobrze pamiętał tamten dzień. Udało im się osaczyć grupę groźnych czarodziei , których ścigali ponad pół roku. Potrzebowali kogoś, kto zakradłby się do środka i dał im znać, co się dzieje. Od razu jedna osoba wystąpiła z szeregu - Heather. Zawsze pełna energii, zawsze odważna, pewnie idąca tam, gdzie niejeden bałby się postawić choćby krok. Nie było misji, przed którą by stchórzyła. Była jednym z ich najlepszych ludzi. Nigdy nawet nie przyszło mu przez myśl, że mogłaby zginąć podczas akcji.
Ale tamtego dnia nie wszystko poszło zgodnie z planem. Heather doniosła im, że czarodzieje zamierzają przenieść się świstoklikiem za 10 sekund. Razem z Jerome rozkazał jej natychmiast uciekać z budynku, zanim reszta aurorów go wysadzi, by nie dopuścić do ucieczki morderców.
Nie zdążyła.
Pamiętał ból, jaki czuł, gdy po opadnięciu pyłu nigdzie nie mogli jej znaleźć. Pamiętał smutek panujący w oddziale. Pamiętał rozpacz jej siostry, gdy przekazywali jej ponure wieści.
Siostry, która chciała się zemścić.
- Powinniście bronić życia niewinnych - drgnął, słysząc tuż za sobą pełen goryczy głos - a nie je odbierać. Walczyła z wami, a wy zostawiliście ją, by zginęła. Zabiliście ją.
Usłyszał metaliczny brzdęk i chciał odwrócić głowę, ale szczupłe palce ponownie chwyciły go za włosy, odginając ją do tyłu.
- Co robisz? - wyszeptał drżącym głosem.
- Aurorzy walczą dla ludzi, dla sprawiedliwości. Odebraliście jej życie, więc ja odbiorę jej wam - odpowiedziała szeptem wprost w jego ucho i przyłożyła mu sztylet do gardła. - Życie za życie. To chyba uczciwy pomysł?
Poczuł, że robi mu się słabo. Biorąc udział w akcjach, dzień po dniu ryzykował życiem. Ale to było ryzyko , nad którym w ferworze walki nie miał czasu myśleć. Ale teraz, czując jak uciekają ostatnie chwile jego życia, poczuł lodowaty uścisk strachu łapiący go za serce.
- Amber, proszę, nie rób tego - zaczął ja błagać, oczy błyszczały mu jak w gorączce. - Nie możesz, ja... ja mam rodzinę, żonę, córkę... - usłyszał, jak łamie mu się głos.
- Myślisz, że ja nie miałam rodziny? - zapytała równie cicho, ale usłyszał, jak ton jej głosu drży. - Miałam ukochaną siostrę, jedyny jasny promień w moim życiu. A teraz jej nie ma.
- Tęsknisz za nią, prawda? - spytał, widząc światełko nadziei dla siebie w łamiącym się murze opanowania kobiety.
- Każdej nocy... śni mi się ona... Uśmiechnięta, radosna... A rano okazuje się, że jej nie ma. - jej głos był na granicy płaczu, dłoń z nożem trzęsła się.
- Moja rodzina... też będzie tak się czuć. Dzień po dniu. Rok po roku - szeptał coraz bardziej gorączkowo.
Nagle dłoń z nożem cofnęła się. Wstrzymał oddech w niemym oczekiwaniu.
- Masz rację - głos, który usłyszał, ciął jak szkło. Wszelkie drżenie z niego zniknęło. - To kara idealna.
Poczuł ostry ból w szyi, gdy krew trysnęła z rozciętej aorty, a on odkrył, że nie może oddychać. Czar trzymający go w miejscu puścił i mężczyzna upadł na podłogę. Wyciągnął rękę, próbując zatrzymać krwawienie i złapać oddech. Na próżno. Jego ciało ogarnął przenikliwy chłód. Czerwona mgła zasnuła mu oczy, a cały świat zaczął się rozmywać. Usłyszał jeszcze stukot butów na podłodze, gdy w końcu ogarnęła go ciemność.

Edytowane przez Prefix użytkownikaChristina dnia 03.09.2015 20:07
i65.tinypic.com/2d7bmkw.jpg
That's all they really want
i63.tinypic.com/fc8xht.jpg
Some fun
i65.tinypic.com/1zgcchl.jpg
When the working day is done
i64.tinypic.com/68xamr.jpg
All girls - they want to have fun
i66.tinypic.com/24o5d1j.jpg





i64.tinypic.com/214waz4.png
i64.tinypic.com/258waba.png
zapodaj.net/images/d9840e51c9400.png

Nagroda za Najlepszą Miniaturkę Wojenną - Niebo pośrodku piekła
Nagroda za Najlepszą Serię o Ciemnej Stronie - Krwawy Zmierzch
oi66.tinypic.com/n36vcy.jpg
 
http://xchristix.tumblr.com
Prefix użytkownikaChristina


1. Kolejność prac jest całkowicie przypadkowa.
2. Po każdym etapie prace zostaną przypisane do poszczególnych autorów.
3. Prace zostały wyrywkowo sprawdzone na obecność plagiatu.
4. Prace dodane są w stanie w jakim je otrzymałam. Nie poprawiałam żadnych błędów stylistycznych, ortograficznych czy interpunkcyjnych. Wszelakie ingerencje dotyczyły spraw technicznych.
5. Oceniać prace można w TYM TEMACIE


Przypominam o podawaniu numerków 1-5 do swojej oceny. Dzięki temu będziecie mogli wybrać kategorię następnego etapu.

Przypominam również o "ciszy wyborczej".



i65.tinypic.com/2d7bmkw.jpg
That's all they really want
i63.tinypic.com/fc8xht.jpg
Some fun
i65.tinypic.com/1zgcchl.jpg
When the working day is done
i64.tinypic.com/68xamr.jpg
All girls - they want to have fun
i66.tinypic.com/24o5d1j.jpg





i64.tinypic.com/214waz4.png
i64.tinypic.com/258waba.png
zapodaj.net/images/d9840e51c9400.png

Nagroda za Najlepszą Miniaturkę Wojenną - Niebo pośrodku piekła
Nagroda za Najlepszą Serię o Ciemnej Stronie - Krwawy Zmierzch
oi66.tinypic.com/n36vcy.jpg
 
http://xchristix.tumblr.com
Prefix użytkownikaChristina
Praca A.
Nieoryginalna


Horyzonty
- Chcesz powiedzieć, że nigdy nie funkcjonowałaś w mugolskim świecie, nawet nie próbowałaś żyć bez pomocy magii ani nie miałaś żadnego większego kontaktu z osobami niemagicznymi?
- Wypraszam sobie! - krzyknęła, stanowczo zbyt arogancko, biorąc pod uwagę stojącą przed nią personę. - Mój stryjeczny wujek to mugol z krwi i kości, widziałam kiedyś nawet jego zdjęcie w nieruchomej gazecie!
Charity uśmiechnęła się triumfująco. Nie widziała sensu wspominać, że nie rozumiała nawet połowy tego artykułu. Jednak były tam sowy i podsłuchy, czymkolwiek by to nie było.
Dumbledore zdjął noszoną zazwyczaj maskę opanowania z twarzy i patrzył się na nią z zażenowaniem. Z tej perspektywy faktycznie jego nos wygląda strasznie niekorzystnie, stwierdziła Burbage gapiąc się na niego.
- Pani profesor - rzekł w końcu Albus, odganiając od siebie natrętną muchę. - Zatrudniłem panią jako nauczycielkę mugoloznawstwa. Wie pani, co to znaczy dla setek młodych czarodziejów chcących nauczyć się o świecie mugoli, który wciąż pozostaje dla nich sekretem?
- Ee?
- Proszę mi odpowiedzieć na pytanie, pani Burbage. Tak jak na rozmowie kwalifikacyjnej.
Spojrzała na niego tępo.
- Oznacza to, że chcą przystosować się do świata mugoli, by w razie wzrostu bezrobocia w czarodziejskim świecie mogli pracować na budowie? - Chciała odczytać z twarzy Albusa, czy właśnie o taką odpowiedź mu chodziło, był on niestety zbytnio zajęty wypluwaniem przypadkowo połkniętej muchy. Jeszcze raz po prostu podniosła głos - A ja umożliwię im pracę na budowie!
Dumbledore poradził sobie z niewiele gorszym od samego Voldemorta wrogiem i spojrzał na nią zza swoich okularów połówek.
- Pani Burbage - powiedział opanowany, a Charity stwierdziła, że jego nos wygląda niekorzystnie pod każdym kątem. - Mam w takim razie dla pani pracę na wakacje, skoro, jak widzę, nie ma pani żadnych lepszych planów prócz przyganiania do swojego domu stada robactwa. Proszę więc wybrać się do dowolnego kraju i najzwyczajniej w świecie przeżyć tam tydzień.
Nie byłoby wielką stratą, gdyby się pani nie udało pomyślał, jednak szybko odgonił tę myśl od siebie. Przynajmniej nie nosiła na głowie turbanu, pod którym nie kryła największego czarnoksiężnika na ziemi ani nie śmierdziała na kilometr czosnkiem, jak to poprzedni nauczyciel na tym stanowisku miał w zwyczaju.
- Ach, proszę najlepiej wyjechać na ten czas z Wielkiej Brytanii. Myślę, że potrzebuje pani odpoczynku od tego kraju - albo raczej kraj od pani, pomyślał. - No i oczywiście proszę oddać mi różdżkę.

Kierowca najwidoczniej nie widział większej różnicy między "Holland" a "Poland", w którym to niestety znalazła się Charity. Obudziły ją nierówności na drodze, które, jak powiedział jej wcześniej Stan Shunpike, miały symbolizować wkroczenie do ojczyzny. Na początku zmartwiła się nieco, że tłumaczka nie dogada się w Polsce, jednak ta krótko podsumowała -
- W sumie to żadnej różnicy mi nie robi, jestem Polką. Muszę tylko uprzedzić, że stryjeczna ciotka mojego sąsiada mieszka w Ameryce i zdążyłam przez to forgot niektórych słów!
Nie wiedziała w ogóle, skąd Dumbledore wziął tę kobietę. Podobno posługiwała się wieloma językami używanymi na kontynencie, nie miała pojęcia o magii i - jak powiedział Albus - była do niej bardzo podobna pod względem intelektualnym.
Tłumaczka - która jak potem okazała się mieć na imię Bożena - z zapałem opowiadała jej o stolicy oraz jej mieszkańcach. Szczególnie mieszkańcach, a także ich pracach, ubraniach, dzieciach oraz o pensjach, o których rozmawiała z najwyższą pasją. Burbage słuchała wszystkiego z niemałym zainteresowaniem, pilnie notując w swoim zeszycie wiedzę, którą chciała przekazać na swojej pierwszej lekcji nowym uczniom. Nie kwestionowała materiału prezentowanego jej przez nietypową lektorkę, jednak szczerze nie wiedziała, po co jej wiedzieć, jakim samochodem jeździł sąsiad cioci Grażynki, nim ta wyprowadziła się z miasta.

Świat mugoli różnił się od świata czarodziejów. Bożenka co prawda nie umiała sobie przypomnieć polskiej nazwy miasta w którym się teraz nazywali, jednak Warsaw była według Burbage po prostu szkaradna - szare i brudne budynki, na czele z wielką kwadratową rakietą w centrum. Nie narzekała jednak, jej tłumaczka wystarczająca zapeszała jej już podróż, tylko z determinacją robiła notatki.

Zaobserwowała też dość nietypowe zachowania mieszkańców, które także pilnie zapisywała. Mugole byli dość dziwni, jeśli chodzi o modę - nie nosili dostojnych, purpurowych szat jak ona. Typowy ubiorem były za to tak zwane skarpety (tę nazwę o dziwo Bożenka zatrzymała w głowie) z sandałami oraz torebką marki Biedronka, czymkolwiek by to miało nie być. Zdziwił ją także fakt występowania jasnych blondynek o wyjątkowo ciemnej karnacji, jednak stwierdziła, że musi być to po prostu typowy dla regionu typ urody. Nie komentując niczego, paradowała po prostu dumna w swojej długiej, fioletowej pelerynie lekko złoszcząc się, że zaczerwieniona tłumaczka nie chciała przełożyć jej na angielski komplementów, rzucanych przez mieszkańców miasta opasanych w śmieszne torebki na biodra i szerokie spodnie wykonane z materiału, którego Charity nie potrafiła określić.

Kobieta targała ją po różnych ciekawych miejscach w mieście, na które składały się głównie centra i galerie handlowe. Widząc kobiety wychodzące z droższych sklepów nie szczędziła przytyków pod ich adresem. Z wielką zawiścią dodawała również, że wielką niesprawiedliwością jest, iż poczciwi ludzie jak ona zbierają codziennie ciężko na chleb, tymczasem niektórzy dostają wszystko tak za nic. Charity szczerze powiedziawszy nie wiedziała zbytnio, co ma o tym myśleć, więc po prostu szła dalej, notując zacięcie. Wstąpiły do paru sklepów, w których między innymi kupiły pomidory - jak podkreśli jej tłumaczka, taka okazja jak ta po prostu nie mogła się zmarnować - i kilka żelów pod prysznic, na które była ona w sumie uczulona, jednak miała zamiar dać je komuś w prezencie. Burbage z sekundy na sekundę była coraz bardziej zafascynowana tym światem. Tak wiele rzeczy chciała jeszcze wiedzieć, tak wiele rzeczy wymagało wyjaśnień... Wciąż nie mogła jednak zrozumieć, jak działają tak zwane sklepowe reklamówki, do których po zważeniu i naklejeniu naklejki dosypywało się jeszcze kilka sztuk danego towaru.

- Co powinnam jeszcze wiedzieć o twoim świecie? - spytała wyczerpana po całym dniu Bożenki, przerywając jej paplaninę o torebce, które jej siostra dostała od byłego narzeczonego.
- Ja nie wiem, nie jestem już from Poland - powiedziała, marnie podrabiając angielski akcent. - Ale musisz wiedzieć jedno. Ci wszyscy ludzie to jedna wielka wieś i nawet nie wiesz, jak cieszę się, że mam takie open perspektywy na świat!

Edytowane przez Prefix użytkownikaChristina dnia 12.09.2015 20:06
i65.tinypic.com/2d7bmkw.jpg
That's all they really want
i63.tinypic.com/fc8xht.jpg
Some fun
i65.tinypic.com/1zgcchl.jpg
When the working day is done
i64.tinypic.com/68xamr.jpg
All girls - they want to have fun
i66.tinypic.com/24o5d1j.jpg





i64.tinypic.com/214waz4.png
i64.tinypic.com/258waba.png
zapodaj.net/images/d9840e51c9400.png

Nagroda za Najlepszą Miniaturkę Wojenną - Niebo pośrodku piekła
Nagroda za Najlepszą Serię o Ciemnej Stronie - Krwawy Zmierzch
oi66.tinypic.com/n36vcy.jpg
 
http://xchristix.tumblr.com
Prefix użytkownikaChristina
Praca B.
Glen


Wakacje na 100 procent
Gdyby ktoś zapytał uczniów Hogwartu, jak ich zdaniem Nieoficjalny Władca Lochów spędza letnie wakacje, zapewne padłyby odpowiedzi, w których znalazłoby się warzenie eliksirów, mieszkanie w jaskiniach z gackami, spotkania z wampirami czy pożeranie dzieci.
Severus Snape mógłby być dumny z wiary swych podopiecznych w swą skromną osobę.
Jeśli tylko w aktualnym stanie byłby zdolny do myślenia.
O czymkolwiek.

Biorąc pod uwagę pełne niebezpieczeństw życie, nie powinno dziwić, iż Mistrz Eliksirów wakacje woli spędzać w swym domowym zaciszu. Codzienna walka o przetrwanie na lekcjach z tumanami (których pozostali nauczyciele łaskawie nazywają "uczniami" ), w tym specjalne zajęcia podwyższonego ryzyka, gdy w grupie jest Longbottom oraz okazjonalne spotkania u wężowatego jegomościa, który swą niską samoocenę stara się podnieść nakazując tytułowanie się "Panem"...Tak, takie doświadczenia mogą wyczerpać roczny limit wrażeń.

Dlatego też każdego roku, od czasu, gdy po raz pierwszy wstąpił w mury Hogwartu jako nauczyciel, Severus Snape zaczyna swe wakacje według tego samego schematu.
Po wyskoczeniu z kominka w swym skromnym salonie, zawsze głęboko wciąga powietrze, napawając się zapachem wolności, wilgotnej i lekko zatęchłej, przy okazji wprowadzając do swego organizmu tysiące roztoczy. Na szczęście nie jest alergikiem.
Następnie, budzący grozę i przerażenie od pierwszorocznych wzwyż, ogromny nietoperz zaczyna radośnie tańczyć kankana po całym pokoju, jednocześnie drąc się na całe gardło "Freedom!" w rytm znanego utworu Georger17;a Michaela. I tutaj brawa dla tego pana, bo kręcić się i skakać w tych czarnych szatach pałętających się koło nóg, bez zaplątania się w nie (co pewnikiem skutkowałoby bliskim spotkaniem trzeciego stopnia z podłogą), to naprawdę wyczyn godny pochwały.

Po takich kilkunastominutowych wygibasach, gdy początkowa euforia opada, gardło jest zdarte jak papier ścierny, a nogi zaczynają się uginać od ciągłych podskoków i wymachów, nadchodzi wreszcie czas na porządne świętowanie upragnionych dwóch miesięcy wolności. Naczelny Postrach Hogwartu siada z należną sobie godnością na wytartej, przeżartej przez mole kanapie, machnięciem różdżki otwiera barek i przywołuje jego jakże bogatą zawartość na stół. Jako pierwszą chwyta (zawsze!) butelkę Ognistej Whisky, otwiera ją, unosi w geście toastu i z zawołaniem "Na zdrowie!" zaczyna utęsknione wakacje.

Dlatego nie powinno dziwić, że teraz, po ponad dwóch tygodniach od zakończeniu roku szkolnego i opróżnieniu takiej ilości butelek, której nie powstydziłby się cały zastęp olbrzymów, Severus Snape pół-siedział, pół-leżał na swej wytartej, przeżartej przez mole i poplamionej alkoholem kanapie, nawalony jak Messerschmitt, utrzymując się na cienkiej granicy pomiędzy świadomością a całkowitą utratą przytomności. Zapewne gdyby w tym momencie wparował mu do mieszkania tuzin śmierciożerców z Voldkiem na czele, celując w niego różdżkami i oskarżając o zdradę, to jedyną jego reakcją (zakładając, iż w ogóle zauważyłby, co się dzieje) byłoby kazać im zwalać (mówiąc bardzo eufemistycznie), bo on napitkiem się nie podzieli. Najprawdopodobniej byłyby to ostatnie słowa w jego życiu. Ale w obecnym stanie pewnie nawet by się tym nie przejął.

Na szczęście, zarówno dla niego, jak i reszty czarodziejskiego świata, nie zanosiło się na to, by Pan Nie-Mam-Nosa-Ale-I-Tak-Jestem-Lepszy-Od-Was zamierzał złożyć mu wizytę. Tak więc najlepszy szpieg Dumbledore'a mógł czuć się bezpiecznie i w dalszym ciągu zalewać się w trupa. Z czego skwapliwie skorzystał.

W ramach wytłumaczenia: zapewne większość osób czytając o dwutygodniowym rauszu kręci głową z niedowierzaniem lub puka się w nią z politowaniem. No bo jak to tak - chlać przez tyle dni i wciąż być wśród żywych? Coś tu nie halo. Więc, żeby nie było, wyjaśniamy tajemnicę.
To wcale nie tak, że nasz Mistrz Eliksirów ma stalowy łeb (jak mogłoby się niektórym wydawać), bądź że nie jest w stu procentach człowiekiem (jak mogłoby się wydawać wielu). Po prostu, robiąc pożytek ze swych umiejętności, przed każdymi wakacjami dba o to, by w domu nie zabrakło mu wystarczającego zapasu Eliksiru Trzeźwiącego (własnej receptury). Również tenże specyfik jest powodem jego bogatych zasobów alkoholowych - wielu czarodziejów czujących pociąg do wysokoprocentowych trunków, a nie cieszących się mocną czachą, zaopatruje się w odpowiednie wspomagacze, pozwalające wrócić im do stanu używalności. A płacą zazwyczaj tym, czego alkoholicy mają pod dostatkiem. Więc eliksir na zawianie jest źródłem zaopatrzenia barku w środki, które to zawianie wywołują. Cóż za ironia.

Jednakże, Severus Snape nie jest człowiekiem, który pochwala marnowanie dobrego trunku dla kilku chwil błogostanu. Mając już za sobą lata praktyki, setki litrów alkoholu, dziesiątki porządnych zamroczeń i kilka utrat świadomości, wypracował sobie odpowiedni harmonogram zażywania swego otrzeźwiacza, by pozwolić sobie na cieszenie się procentami krążącymi we krwi, jednocześnie pozostając całkowicie świadomym swych słów i czynów. No, może prawie całkowicie.

Z tego też powodu, podnosząc do ust piątą... Nie, piętnastą?... A kto by tam liczył... Podnosząc do ust kolejną butelkę whisky (zapasy Ognistej skończyły się już po niecałym tygodniu), mężczyzna rzucił okiem na zegar wiszący nad kominkiem. Rzut oka zmienił się w dłuższe spojrzenie, a następnie we wgapianie się w tarczę zegarową zmrużonymi oczyma. Gdy wreszcie wskazówki przestały odgrywać swój taniec i przyjęły w miarę nieruchome pozycje, Mistrz Eliksirów stwierdził, że zbliża się pora zażycia eliksiru, po czym przechylił butelkę i duszkiem wypił pozostający w niej płyn. Przełknął, zamlaskał, a następnie pozwolił sobie na porządne beknięcie, którym nawet dorodnego ogra by zawstydził.

I jak na zawołanie, kominek w głębi pokoju rozbłysnął szmaragdowym płomieniem, po czym wytoczył się z niego wysoki, odziany w hawajską koszulę, siwobrody czarodziej z wianuszkiem kwiatów na szyi, drinkiem z parasolką w dłoni i roziskrzonymi oczyma (będącymi zapewne efektem przedawkowania cukru pod postacią cytrynowych dropsów). Gdy odzyskał równowagę i otrzepał się z sadzy, rozejrzał się po pokoju. Jego spojrzenie natrafiło w końcu na postać rozwaloną na kanapie i usta rozszerzyły mu się w promiennym uśmiechu, grożącym ślepotą temu, kto za długo się w niego wpatrywał. Rozrzucił ramiona na boki, energicznym gestem wylewając nieco swego drinka (hańba!), po czym zawołał radośnie:
- Severusie! Co za miłe spotkanie! Ty też godnie świętujesz wakacje, jak widzę?
Mężczyzna nazwany Severusem oderwał wreszcie wzrok od swej kolekcji butelek na blacie, zauważając, że ktoś przebywa w jego mieszkaniu i coś do niego mówi. Spojrzał na czarodzieja przed sobą i zmarszczył brwi, a trybiki w jego głowie turkotały tak głośno, że chyba było je słychać w całym pokoju. W końcu jego oblicze rozjaśniło się w zrozumieniu, a usta otworzyły się, by wypowiedzieć:
- Albus...?
- Tak, tak, to ja, chłopcze - starszy mężczyzna uśmiechnął się jeszcze szerzej (o ile to w ogóle było możliwe). - Wybacz, że tak cię nachodzę i przeszkadzam, ale zbliża się połowa lipca i chciałem wiedzieć, czy masz jakieś wieści o aktywności?
Ponowne zmarszczenie brwi i mało inteligentny wyraz twarzy. Jak również mało inteligentna odpowiedź:
-Aktywności...? - spojrzał w dół na swoje spodnie. Wątpił, by w tym stanie jakakolwiek aktywność była w ogóle możliwa.
Błyszczące iskierki w oczach staruszka lekko zbladły, a na jego skroni pojawiła się pulsująca żyłka.
- Tak, aktywności - odparł, siląc się na spokojny ton. - Śmierciożercy? Voldemort?
Severus przybrał bardzo poważny wyraz twarzy, wskazujący na wielki wysiłek umysłowy i podrapał się po swym dwutygodniowym zaroście.
- Vol... Vul... Vol-au-vent? To to? Jadłbym - mruknął niewyraźnie, próbując sięgnąć ręką po kolejną butelkę trunku i przy okazji swym zamaszystym ruchem posyłając dwie inne na podłogę. Nie, żeby to zauważył.

Albus westchnął teatralnie, rozłożył ręce w znanym geście "Co ci złego uczyniłem?" i spróbował ponownie dotrzeć do swego urżniętego Mistrza Eliksirów. Mimo względnego spokoju, żyłka na skroni pulsowała coraz wyraźniej.
- Nie, Severusie. Voldemort - brak reakcji. - Voldi - wciąż nic. - Ten bez nosa! - O, coś zaskoczyło.

Snape patrzył na niego w skupieniu, po czym klepnął się w czoło, aż głowa odskoczyła mu do tyłu.
- Aa, to o tym skurrrszybyku mówisz... Trza było tak... od razu - wybełkotał, próbując wstać i przybrać wyprostowaną postawę. Nawet mu się to udało i tylko nieznaczne kiwanie się na boki wskazywało na jego nie do końca trzeźwy stan. - Zara, tylko... Muszę się napić...
- Może jednak najpierw byś mi odpowiedział, zanim znów będziesz... - zaczął dyrektor, ale przerwało mu niecierpliwe machnięcie ręką drugiego mężczyzny.
- Niee - mruknął, sięgając po różdżkę. - Potrzebuję się tylko otrzew... otszezi... ogarnąć, no... machnął drewnianym patyczkiem i wymamrotał r11; Accio eliksir tszezwioocy.
I nic. Dochodząc do wniosku, że najwidoczniej się na niego nie doczeka, Severus zaklął siarczyście, po czym powolnym, tanecznym krokiem zaczął kierować się w stronę domowego składziku (na szczęście, swego czasu pomyślał i pozbył się swej szaty na rzecz mugolskich ciuchów i chwała Merlinowi, bo w przeciwnym razie w obecnym stanie pewnie nie raz całowałby podłogę).

Kilkanaście minut, parę siniaków i dziesiątki przedmiotów na podłodze później, Severus dopadł wreszcie swej magicznej szafeczki ze wszystkimi specyfikami, które każdy szanujący się Mistrz Eliksirów pod ręką mieć powinien i po nerwowym przetrząsaniu jej zawartości odnalazł wreszcie to, czego szukał. Uśmiechnął się szeroko (tak, takie rzeczy tylko pod wpływem) i wyciągnął dłoń z buteleczką w geście triumfu, po czym odkorkował ją i opróżnił jednym haustem.

Nagle poczuł się tak, jakby ktoś zapalił mu w głowie lampę z lekko migającą i zakurzoną żarówką i cudowne uczucie odurzenia zaczęło przemijać, zastąpione coraz bardziej wyostrzającym się poczuciem rzeczywistości (oraz wzrokiem, który napotkał na bardzo zirytowanego czarodzieja). Wynurzając się z alkoholowego upojenia i przeklinając w duchu osobę, która go do tego przymusiła, poważny profesor prestiżowej szkoły magii wyprostował się i wyburczał bardzo elokwentne:
- Czego?
- No nareszcie - Dumbledore wypuścił z ulgą powietrze, po czym zapytał: - Czy Voldemort coś ostatnio planuje?
Młodszy mężczyzna zmrużył oczy, po czym potrząsnął głową.
- Gdy tuż po zakończeniu roku szkolnego zwołał zebranie, nie wydał nam żadnych konkretnych poleceń. Kazał jedynie cieszyć się latem (tu jego spojrzenie powędrowało w stronę zawalonego butelkami salonu) i zbierać siły na koniec lipca. Pewnie wciąż ma nadzieję, że dorwie Pottera - prychnął. - Teraz przebywa bodajże na Lazurowym Wybrzeżu wraz ze świtą paru śmierciożerców z Wewnętrznego Kręgu.

Czarny Pan ostatnimi czasy bardzo zainteresował się mugolskimi salonami urody (najprawdopodobniej usłyszał od kogoś, że jego paznokcie wyglądają jak szpony wiedźmy i bardzo to ubodło jego ego). Dlatego na niedawnym spotkaniu radośnie oznajmił, że ma zamiar poprawić swój wizerunek, by jedynie za pomocą swego olśniewającego wyglądu zdobywać nowych zwolenników. Wszyscy energicznie pochwalili ten pomysł, bo nikt nie miał odwagi stwierdzić, że tego braku nosa nawet tuzin stylistów z Hollywood mu nie zrekompensuje. Wyznaczył kilka osób, które miałyby mu towarzyszyć (Severusowi udało się nie trafić do tego grona szczęśliwców), a Lucjuszowi oddał honor robienia mu pedicure. Fuj.

- Ach, to bardzo dobre wieści, mój chłopcze - zaszczebiotał dyrektor, po czym wykonał piruet, mający świadczyć o jego radości z usłyszanych rewelacji. - W takim razie już ci więcej nie przeszkadzam. Ale zgłoś się do mnie przed końcem miesiąca, dobrze?
- Mhm - mruknął Snape, po czym poczłapał za dyrektorem w stronę kominka.
Albus zakręcił swym naszyjnikiem z kwiatów, a następnie zaprezentował solowy układ rodem z Jeziora Łabędziego na środku salonu, by w końcu wrzucić garść proszku Fiuu w palenisko i z okrzykiem "Wykorzystuj swe wakacje na sto procent, Severusie!" opuścić mieszkanie Mistrza Eliksirów w otoczeniu zielonych płomieni.

Mężczyzna wpatrywał się przez chwilę w dogasający ogień, po czym odwrócił się na pięcie, podszedł do kanapy i zwalił się na nią w mało zgrabny sposób. Po chwili uśmiechnął się krzywo i sięgnął po ledwo napoczętą butelkę.
- Jak sobie życzysz, Albusie - rzucił w stronę kominka, unosząc trunek w toaście i powracając do świętowania. W końcu zostało mu jeszcze półtorej miesiąca.

Edytowane przez Prefix użytkownikaChristina dnia 12.09.2015 20:06
i65.tinypic.com/2d7bmkw.jpg
That's all they really want
i63.tinypic.com/fc8xht.jpg
Some fun
i65.tinypic.com/1zgcchl.jpg
When the working day is done
i64.tinypic.com/68xamr.jpg
All girls - they want to have fun
i66.tinypic.com/24o5d1j.jpg





i64.tinypic.com/214waz4.png
i64.tinypic.com/258waba.png
zapodaj.net/images/d9840e51c9400.png

Nagroda za Najlepszą Miniaturkę Wojenną - Niebo pośrodku piekła
Nagroda za Najlepszą Serię o Ciemnej Stronie - Krwawy Zmierzch
oi66.tinypic.com/n36vcy.jpg
 
http://xchristix.tumblr.com
Prefix użytkownikaChristina
Praca C.

Katherine_Pierce


Wakacyjne upokorzenie

02.08.1993, godzina 08:30
Piękny, choć nieco wietrzny dzień, nie zachęcał do siedzenia w pokoju hotelowym, w którym Minerwa zatrzymała się na kilka dni. Kobieta zdecydowała się więc na przechadzkę po obcym dla siebie mieście. Bath nie było miejscowością, którą z chęcią odwiedzali czarodzieje. Było to najnudniejsze, mugolskie miasto jakie można było sobie wyobrazić. I nikt przy zdrowych zmysłach nie wybrałby się tu na wakacje. Z jakiś jednak powodów to w tutejszej pijalni wód miało się odbyć przyjęcie z okazji urodzin Korneliusza Knota, Ministra Magii. McGonagall z początku nie miała zamiaru się na nim zjawiać, gardziła tym człowiekiem niczym Barlom lukrecjami, ale po usilnych błaganiach, dała się namówić swojemu przyjacielowi i przełożonemu, Albusowi Dumbledorer17;owi, na towarzyszenie mu na tej nudnej imprezie.
Minerwa, bez problemu dotarła do ogromnego parku. O tej godzinie był opustoszały, ale jego widok zachwycił starszą kobietę. Po raz pierwszy ucieszyła się z przybycia do Bath. Nie przeszkadzały jej nawet podejrzliwe spojrzenia przechodniów rzucane na, w jej opinii niezwykle stylową, szatę letnią w odcieniach błękitu. Miejsce było oazą spokoju, którego hogwarcka nauczycielka nie zaznała zbyt wiele. Nagły pisk przykuł jej uwagę. Zza zakrętu ścieżki biegnącej zboczem wzgórza dochodził kobiecy krzyk. Kobietę zasłaniały zarośla, jednak Minerwa wyraźnie usłyszała odgłosy szamotaniny, niski męski głos i kolejny, już mniej rozpaczliwy okrzyk. Wiewiórki czmychnęły do najbliższego drzewa, wspięły się po pniu i szybko zniknęły wśród gałęzi i liści.
Niemal biegiem ruszyła ścieżką w stronę, z której dobiegał krzyk. Nie musiała iść daleko. Tuż za zakrętem zobaczyła trawnik, a na nim wysokiego, postawnego mężczyznę, ściskającego drobną dziewczynę. Uwięził jej ręce, przyciskając je do swej piersi i właśnie pochylał głowę z zamiarem pocałowania ofiary. Choć niewątpliwie, gdyby nie interwencja Minerwy,za chwilę zaciągnąłby ją w zarośla i poczynał z nią dalsze zberezeństwa.
- Łapy precz! - rozkazała nauczycielskim tonem, wydłużając krok - Ty nieokrzesany łotrze! Puść ją!
Mężczyzna i kobieta odskoczyli od siebie i odwrócili się do niej z tak samo zaskoczonymi minami. Potem dziewczyna krzyknęła i uciekła szybko ze wzgórza, nie oglądając się za siebie.
Minerwa nie zwolniła kroku. Podeszła blisko, po drodze wyciągając różdżkę, niewerbalne zaklęcie odrzuciło mężczyznę na kilkanaście metrów. Nie obchodziło jej, że to mugol, zamierzała wymazać mu to wspomnienie z pamięci, jak tylko zaprowadzi go na mugoslki posterunek.
- Auć! - Mężczyzna nawet nie próbował podnieść się z ziemi.
- Ty podły, tchórzliwy łajdaku! - zawołała. - Wstręty, nastający na niewinne dziewczyny, rozpustniku! Nie zasługujesz nawet na pogardę. Skończysz w więzieniu.
- Naprawdę? - Po woli podnosił się z ziemi. Oczy, mimo spływających z nich łez, miał roześmiane. - A na kogo złożysz pani doniesienie?
Minerwa nadęła się z oburzenia. Jak ten, na oko czterdziestoletni, szczyl śmiał się tak do niej odezwać?
- Twoja tożsamość nie jest mi do niczego potrzebna - odparła ponownie celując w niego różdżką.
Mężczyzna nie zamierzał jednak czekać na kolejne powalające zaklęcie. Nauczycielka ze zdziwieniem patrzyła jak wyciąga on różdżkę.
- Ekspeliarmus - wykrzyknął i nim kobieta zdążyła zareagować jej różdżka wyleciała w powietrze, po czym wpadła w ręce tego łotra. - Przypuszczam, że nie jest pani w nastroju żeby wysłuchać mojej wersji tego, czego była pani świadkiem?
- Nie potrzebuję żadnych wyjaśnień, wystarczy mi to co zobaczyłam. Słyszałam, że dziewczyna krzyczała i widziałam, że ją obściskiwałeś, a lada moment miałeś zamiar haniebnie sobie z nią poczynać. Nie jestem głupia.
Skrzyżował ręce na piersi i marszcząc brwi, przyglądał się starszej kobiecie roześmiany od ucha do ucha. Bardzo ją korciło żeby przywalić mu po mugolsku - pięścią w nos - skoro nie mogła skorzystać z różdżki.
-Nie, chyba nie - stwierdził. - Różdżkę znajdzie pani w pijalni wód. Nie oddam jej teraz, nie mam ochoty oberwać zaklęciem jak tylko się odwrócę. Do widzenia.
Teleportował się, zostawiając Minerwę bez różdżki. Kobiecie nie pozostawało nic innego jak ruszyć w kierunku miejsca, w którym miała zamiar odzyskać swoją własność.

***


Ten sam dzień, godzina 19:00
Przyjęcie wydawane Ministra Magii musi być wielkim wydarzeniem. I tak też było. W luksusowej i bogato przystrojonej sali, w pijalni wód, zebranych było ponad stu pięćdziesięciu gości, sama śmietanka towarzyska magicznego świata.
Pszemysław Łosiek właśnie rozmawiał z Dolores Umbridge, uroczą kobietą, której szczerze nie znosił. Jednak jeśli ktoś chce przejąć władzę w Ministerstwie, poprzez rozkochanie w sobie Ministra, a taki właśnie plan posiadał wyżej wspomniany Pszemysław, musi zadawać się z osobami Ministrowi bliskimi. Umbridge, którą z nikomu nieznanych powodów, potajemnie nazywał Anczejem, ubrana była w obrzydliwie czerwoną szatę. Na czole miała przyklejoną jakąś dziwną kopkę, a może to był po prostu pryszcz?
No, no!- pomyślał. Nareszcie ktoś, kto ożywi przyjęcie, które jak na gust Pszemka było straszliwie nudne. Oto i ona, starsza kobieta, która tak go rozbawiła w parku, we własnej osobie!
Ubrana była w ciemnozieloną szatę wieczorową, a na jej twarzy malował się wyraz wyniosłego znudzenia. Jakby pragnęła, tak jak on, znaleźć się gdzieś indziej, z pewnością nie w otoczeniu wszystkich tych nadętych bufonów. Pamiętaj jaki jest Twój cel Pszemku - powtarzał w myślach. Właśnie w tej chwili kobieta go zauważyła. Popatrzyła mu prosto w oczy. W jej wzroku, mimo dzielącej ich odległości, zobaczył wrogość, usta zacisnęły się gniewnie.
- To co o tym myślisz? - Dotarło do niego, że Dolores ciągle coś mówi.
- Eee co myślę o czym? - Widząc dezaprobatę w oczach szefowej dodał: - Wybacz, zamyśliłem się, mogłabyś powtórzyć?
- Nie - odparła ze swoim standardowym Anczejowym tonem "bo nie".
Minerwa niecierpliwie stukała stopą w posadzę. Zupełnie nie zwracała uwagi na podlizującego jej się ojca jednego z uczniów, tylko wpatrywała się w Łośka zmrużonymi oczami. Po chwili bez słowa odłączyła się od swego towarzystwa i nie oglądając się za siebie, przeszła energicznym krokiem przez salę. Ostrość jej ruchów tak bardzo nie pasowała do spokojnego, dystyngowanego otoczenia, że natychmiast zwróciła uwagę wszystkich. Zatrzymała się o krok od Pszemka i spojrzała na niego piorunująco. Zwróciła się jednak nie do niego, a do zszokowanej czarownicy.
- Dolores czy byłabyś tak uprzejma i poinformowała mnie, kim jest twój towarzysz? - Pozornie zwracając się do Umbridge, nie odrywała wzroku od Łośka.
Zapadła krótka cisza, jedyna oznaka zdziwienia, jakie z pewnością odczuła Dolores.
- Witam panią - szepnął Pszemek i pomyślał, że gdyby tylko kobieta zamiast koka miała na głowie zawór bezpieczeństwa, którym wypuszczałaby nadmiar pary, może nie wyglądałaby teraz tak, jakby miała eksplodować.
- Minerwo, pozwól że przedstawię ci Pszemysława Łośka, bliskiego i zaufanego pracownika Korneliusza - odparła Czerwona z Pryszczem ze zdumiewającym spokojem. - Pszemku poznaj Minerwę McGonagall, nauczycielkę z Hogwartu.
Kobieta spojrzała na niego, rozdymając nozdrza, najwyraźniej niespeszona tym, czego się dowiedziała. Spojrzał jej w oczy pełen podziwu i rozbawienia. Na Merlina, nie bała się wystawić na pośmiewisko przed licznie zebranym towarzystwem. Szmer rozmów znacznie przycichł. W ich stronę zaczęły się odwracać głowy, by zobaczyć, co zakłóciło spokojne przyjęcie.
- Moim zdaniem lepiej nadawałby się na pracownika Sami-Wiecie-Kogo - powiedziała siwowłosa ostrym tonem, słyszalnym w najdalszych krańcach sali. Palcem wskazała na jego pierś. - Ten mężczyzna nie zasługuje na przebywanie wśród porządnych czarodziei.
Zewsząd rozległy się głośne westchnienia, które natychmiast zostały uciszone. Nikt nie chciał uronić choćby jednego słowa z rozgrywającego się właśnie smakowitego skandalu.
- Minerwo!- powiedziała Dolores, ostrzegawczym tonem, który mówił "bo dostaniesz warna".
- Ten człowiek lubi się zabawiać, napastując niewinne, bezbronne kobiety - kontynuowała McGonagall.
- Minerwo!- głos Ropuchy stał się jeszcze bardziej stanowczy.
- Ostrzegałam go, że dowiem się kim jest i ujawnię przed całym magicznym światem jego łajdactwa. Przyrzekłam, że dopilnuję, by został wsadzony do więzienia. - Ponownie dźgnęła go palcem.
Nikt nawet nie próbował udawać, że jeszcze spaceruje. Towarzystwo przy stolikach wstało. Pszemek zorientował się, że on, Dolores i Minerwa nagle znaleźli się samotnie pośrodku sali, otoczeni kręgiem ciekawskich. Mniej więcej połowa świadków była głęboko zażenowana tym, że pani profesor zachowuje się tak bezceremonialnie. Druga połowa kierowała gniewne spojrzenia na mężczyznę, który napastuje niewinne, bezbronne kobiety.
Nagle pojawił się ktoś, kto mógł rozładować całe napięcie albo dolać oliwy do ognia. Sam Korneliusz Knot (przez Łośka zwany Krico) w towarzystwie Albusa Dumbledore - ten drugi wyglądał na rozbawionego.
- Korneliuszu, wyglądasz cudo...
- Nie teraz Łoś, robisz się upierdliwy niczym Anton - przerwał mu stanowczo.
Ech, ten człowiek zdecydowanie nie ułatwiał mi podchodów - pomyślał Pszemek.
- Minerwo, może powinniśmy to drobne nieporozumienie wyjaśnić dyskretnie na osobności - w głosie Knota słychać było błagalne nuty, niczym u Kath, Shatni i Neterina błagających o warny. Ujął kobietę pod łokieć. Ona jednak odsunęła się i spojrzała na niego z góry, jakby był wyjątkowo obleśną Sklątką Tylnowybuchową.
- Drobne nieporozumienie? - powtórzyła wyniośle. - Dziś rano, w parku, ten mężczyzna napadł na młodą dziewczynę i mimo jej rozpaczliwych krzyków zamierzał na moich oczach zaciągnąć ją w zarośla i zgwałcić. I to ma być drobne nieporozumienie? Coś, co należy dyskretnie zatuszować na osobności? Nie sądzę. To sprawa, którą należy wyjaśnić tu i teraz, wobec wszystkich szanowanych obywateli obecnych na sali. Knot, do diabła, miej odwagę i zachowaj się jak należy.
Wśród zebranych rozległy się oklaski.
Łosiek uśmiechnął się szeroko do McGonagall, która wyglądała niczym triumfująca królowa Ulka.
Korneliusz westchnął i zwrócił się do Pszemka.
- Co masz do powiezienia w tej sprawie?- spytał.
- Cóż, pani profesor ma przesadnie bujną wyobraźnię - odparł uśmiechając się słodko do Knota.
Spojrzała na niego z wyniosłą pogardą. Oburzyła się tak, że omal nie rozwalił jej się kok, który ułożyła jej domowa skrzatka - Gne.
- Mogłam przewidzieć, że się wszystkiego wyprzesz smarkaczu - rzuciła.
- Pszemku, czy widziałeś wczoraj Minerwę w parku? - zapytał Albus z wesołym błyskiem w oku.
- Z całą pewnością - odparł Łosiek. - Była sama, ubrana w jasnoniebieską szatę. Powaliła mnie jakimś zaklęciem.
- Tak zupełnie bez przyczyny? - zapytał Knot. - Oczekujesz, że uwierzymy, iż szanowana kobieta powaliła cię bez absolutnie żadnego powodu?
- Podbiegła do mnie, gdy podtrzymywałem wcześniej wspomnianą dziewczynę - wyjaśnił Łosiek. - Przypuszczalnie usłyszała krzyk dziewczyny kilka minut wcześniej. Zadaje się, że profesor McGonagall doszła do wniosku, iż zamierzam tą dziewczynę, hm, zniewolić.
- A nie taki był twój cel? - zapytał Minister?
Zapadła krótka cisza. Pszemek zauważył nagłe, zaintrygowane spojrzenie Minerwy. Dostrzegł w jej oczach błysk zrozumienia, że chyba jednak popełniła okropną pomyłkę. Że właśnie zrobiła z siebie idiotkę.
- Tamtej dziewczynie, gdy przechodziła w parku przez trawnik, przebiegła drogę wiewiórka - wyjaśnił. - Panna się wystraszyła i zatrzymała. Wiewiórka zamiast czmychnąć na drzewo, usiłowała się schować pod jej spódniczką, a dziewczyna narobiła krzyku. Byłem świadkiem całego wydarzenia i pospieszyłem z pomocą. Biedna wpadła w histerię, mimo iż wiewiórka już zniknęła w zaroślach. Ja, cóż, przytrzymałem dziewczynę za ramiona, żeby nie upadła. - Rzecz jasna lada moment miał ją też pocałować, zresztą przy pełnym entuzjazmu przyzwoleniu, ale nie było potrzeby dodawać tego obciążającego szczegółu. - W tym właśnie momencie pojawiała się pani profesor. Wystraszyła dziewczynę, ta znów krzyknęła i wzięła nogi za pas. A ja oberwałem zaklęciem.
Nauczycielka była zaskoczona, niczym Mikasa widząca pierwszy raz zdjęcie Kamyka.
Krico, znaczy Knot, przeniósł wzrok z Pszemkana Minerwę. Podobnie jak cała reszta gości.
- Czy to wyjaśnia wypadki, których była pani świadkiem? - zapytał z udawanym spokojem, bo widać jego wyraźne zażenowanie.
Kobieta nie straciła zimnej krwi. Nie zaczęła się rozglądać po sali w poszukiwaniu dziury, w której mogłaby się ukryć niczym Mniszek zmieniający się w Bataliona. Nie zaczęła się też złościć ani robić z siebie jeszcze większej idiotki upierając się przy swojej wersji wydarzeń. Zmrużyła oczy i spojrzała na mężczyznę wyniośle.
- Dlaczego nie wyjaśniłeś mi tego rano? - spytała ostro.
- Niech się zastanowię... - Pogłaskał się po brodzie. - Zapytałem panią, czy mogę wyjaśnić, na co pani odpowiedziała, że doskonale wie, co usłyszała i zobaczyła. Zdaje się, że dodała pani jeszcze, iż nie jest głupia. Byłoby z mojej strony bardzo niegrzecznie, gdybym zaczął się z panią sprzeczać.
Kilka osób zachichotało.
- Wygląda na to, że całe zamieszanie było wynikiem drobnego nieporozumienia - powiedział Dumbledore ze szczerym rozbawieniem. Rozejrzał się dookoła z życzliwym uśmiechem. Jego słowa zabrzmiały jak ostateczne podsumowanie sprawy. - Minerwo, Pszemku, podajcie sobie ręce, tak by wszyscy widzieli, że nie chowacie do siebie żadnej urazy.
Łosiek z przesadną uprzejmością wyciągnął rękę i się uśmiechnął. Pysznie się bawił. Bardzo się cieszył, że McGonagall nie przeobraziła się w żałosną kupkę upokorzonego nieszczęścia. To by mu odebrało satysfakcję z jej pokonania. Znowu rozdęła nozdrza. Zadarła brodę i niczym królowa obdarzająca łaską jakiegoś biednego, niegodnego śmiertelnika, oparła dłoń na jego ręce.
Ścisnął lekko jej palce i uniósł do ust.

Minerwa pomyślała, że te wakacje, z powodu tego drobnego upokorzenia, na zawsze pozostaną w jej pamięci. Mimo iż była zła niczym Angelina kiedy nikt nie komentuje ff, to czuła, że kiedyś to wspomnienie będzie ją bawić.
Edytowane przez Prefix użytkownikaChristina dnia 12.09.2015 20:10
i65.tinypic.com/2d7bmkw.jpg
That's all they really want
i63.tinypic.com/fc8xht.jpg
Some fun
i65.tinypic.com/1zgcchl.jpg
When the working day is done
i64.tinypic.com/68xamr.jpg
All girls - they want to have fun
i66.tinypic.com/24o5d1j.jpg





i64.tinypic.com/214waz4.png
i64.tinypic.com/258waba.png
zapodaj.net/images/d9840e51c9400.png

Nagroda za Najlepszą Miniaturkę Wojenną - Niebo pośrodku piekła
Nagroda za Najlepszą Serię o Ciemnej Stronie - Krwawy Zmierzch
oi66.tinypic.com/n36vcy.jpg
 
http://xchristix.tumblr.com
Prefix użytkownikaChristina
Praca D.

Wilena Romus


Nareszcie wakacje

Hawaje - raj na ziemi. Złocista plaża obmywana przez błękitne fale, malutkie drewniane chatki stojące nieopodal palmowego lasu i wesołe śpiewy tańczących ludzi, przerywane jedynie wybuchami paniki, gdy jakiś czarodziej postanowi poeksperymentować z wulkanem...
- Piękne miejsce... - mruknęła do siebie Minerwa McGonagall, odkładając folder biura podróży i łapiąc za krzyżówkę. Może w tym roku w końcu się tam wybierze? Miała już dość tego zagwiazdkowia w północnym Devon. Czas na wakacje... ale najpierw krzyżówka.
Doszła akurat do pytania "dlaczego?", na które odpowiedzią było pięć liter, składających się na dwa słowa, gdy w kominku zapłonął zielony ogień. Z hukiem oraz resztkami połamanego paleniska na podłogę upadł młody człowiek. Poderwał się i wcierając popiół w zieloną szatę (należał do ludzi, którzy wcierają brud w materiał tak długo, aż stanie się on częścią ubrania), uśmiechnął się krzywo do Minerwy.
- Ciociu, potrzebuję pomocy.
- Wyjść możesz również przez kominek, chyba nie potrzebujesz do tego moich wskazówek - odparła odkładając pióro, co było mądrym posunięciem, bo miała wielką ochotę włożyć je gościowi w oko.
Trzeba tutaj przypomnieć, że pani McGonagall nie należy do osób agresywnych ani nienawidzących. Stara się lubić wszystkich. Niektórych ludzi po prostu lubi mniej, ale zezowaty, piegowaty i głupkowaty chłopak, który właśnie ją odwiedził, zdecydowanie nie wzbudzał w kobiecie ani krzty sympatii. Nie raz zastanawiała się dlaczego, ale po jakimś czasie doszła do wniosku, że to jedna z tych niezrozumiałych kwestii, które na zawsze pozostaną niezrozumiałe i o które lepiej nie pytać. Coś w stylu sposobu powstawania półolbrzymów.
- Ciociu, naprawdę potrzebuję...
- Kris, mógłbyś najpierw po sobie posprzątać.
Chłopak machnął różdżką w stronę połamanych drewienek nawet na nie nie patrząc. A szkoda, bo gdyby spojrzał, zorientowałby się, że posłał je wraz z resztką proszku fiuu w bliżej nieokreśloną otchłań między kominkami czarodziejów.
- O co chodzi? - Starsza czarownica naprawdę nie chciała tego wiedzieć, ale lata doświadczeń nauczyły ją, że walka z bratankiem może skończyć się większymi szkodami niż połamany podest od kominka.
- Ojciec zniknął.
- Jak to zniknął?
Kris usiał na sofie obok Minerwy i przybrał minę człowieka zatopionego w myślach, chociaż to co wypełniało jego głowę trudno było nazwać myślami, a już na pewno nie dało się w tym zatopić. W końcu przerwał milczenie i opowiedział całą historię...


* * *


- Chciałem dzisiaj odwiedzić rodziców, ale jak przyszedłem, taty nie było w domu.
Kobieta zacisnęła usta, czego próbowała nie robić w czasie wolnym, bo przecież wakacje mają służyć rozluźnieniu warg, by w roku szkolnym móc zaciskać je do woli.
Po chwili pełnej wyczekiwania nie wytrzymała.
- I co dalej?
- No... nic, po prostu zniknął. Mama mówi, że drugi dzień go nie ma. Musisz go odnaleźć ciociu! - Kris przybliżył napęczniałą ze zdenerwowania twarz do twarzy kobiety i jednym okiem posłał jej groźne spojrzenie (drugim w podobny sposób przyglądał się wiszącemu na ścianie herbowi Gryffindoru).
- No dobrze, ale...
Chłopak poderwał się uradowany i nie czekając na resztę zdania wlazł do kominka.
- Wiedziałem że na ciocię zawsze można liczyć - dorzucił zanim zniknął w zielonych płomieniach.
Zdanie to byłoby może pochlebstwem, gdyby nie wypowiedział ich młodzieniec nie mający zielonego (ani żadnego innego) pojęcia o matematyce.


Minerwa nie znosiła absurdu i bałaganu, wielbiła natomiast normalność i działanie zgodnie z zasadami. Pewnie dlatego rzadko odwiedzała swojego brata. Julian McGonagall (na prawdę miał na imię Malcolm, ale uznał je za niegodne tak twórczej duszy) był artystą. I jak przystało na człowieka kierującego się w życiu głównie wyobraźnią (a w zasadzie tylko wyobraźnią), jego dom łamał wszelkie reguły estetyki i zwyczajności. Świadczyło o tym chociażby podwórze, na którym stały dziesiątki nocników, książek i naczyń połączonych w dziwaczne instalacje, zwane potocznie sztuką nowoczesną. Co gorsza niektóre tworzyły ożywioną sztukę nowoczesną. Mając na uwadze miłość Juliana do tego typu eksperymentów nic dziwnego że dorobił się takiego syna... jakiego się dorobił i żony, która z twarzy przypominała jeden z końców sklątki tylnowybuchowej.
Patrząc na tę rodzinę z zewnątrz, nikt nie powiedziałby, że Minerwa i jej brat, pochodzą z tej samej rodowej gałązki. Zdawałoby się raczej, że są odrębnymi drzewami i rosną od siebie w odległości tysięcy kilometrów (co nie jest określeniem precyzyjnym, bo przecież Ziemia jest okrągła), ale cóż poradzić? Bliskich się nie wybiera, a pani profesor ceniła więzy rodzinne na równi z honorem. Wyżej w hierarchii ważności był jedynie honor rodziny.
Chcąc, a bardziej nie chcąc, aportowała się przed niewielkim dworkiem i starając się nie patrzeć na panujący wokół chaos, ruszyła w stronę domu, w którego stronę również starała się nie patrzeć, bo bała się zobaczyć, w czym może mieszkać rodzina McGonagall. Prowadzona przez skrzata (o paradoksalnie oryginalnym imieniu - Skrzat) dotarła do pokoju, który można by było ze spokojem nazwać burdelem, gdyby nie brak pięknych (lub tych mniej pięknych) pań. Przy kuchennym stole, którego pozwolę sobie nie opisywać, gdyż był tak niecodziennie przystrojony, że opisać go nie potrafię, siedziała jedynie czarnowłosa kobieta o figurze modelki i psującej cały efekt twarzy (która gwoli ścisłości, nie była ani trochę piękna).
- Witaj Minerwo. Co cię sprowadza?
- Kris mówił... - zaczęła zdziwiona beztroskim tonem szwagierki - że Julian zniknął.
- Ależ jakie tam zniknął! - Mirian machnęła ręką. - Wakacje sobie zrobił i tyle. Pewnie znowu na Hawaje pojechał, poszukać inspiracji i tak dalej. Napijesz się herbaty? - I nie czekając na odpowiedź (jak to mieli w zwyczaju wszyscy mieszkańcy tego domu), podała gościowi kubek, mimo wielkiego sprzeciwu niesfornego naczynia, które było jednym z dzieł jej męża. Minerwa w tym czasie westchnęła (była już zmęczyła zaciskaniem ust), po czym rezygnując z dalszych pytań, wdała się w ciekawą dyskusję na temat animagów.
Nagle do kuchni wparował Kris.
- Jak możecie spokojnie siedzieć? Tata zniknął! - Rzucił im wściekłe spojrzenie znudzonego bazyliszka patrząc na obie kobiety (siedzące po przeciwległych stronach stołu) jednocześnie. - A jeżeli ktoś go porwał?
- Kochanie - zaczęła Mirian uspokajając syna - jeżeli ktoś chciał porwać twojego tatę jest albo idiotą albo samobójcą. W obu przypadkach nie musimy się specjalnie martwić.
- Ale... on nigdy nie wyjeżdżał bez słowa! Musiało się coś stać.
- Nie wyjechał bez słowa. - Kobieta wyciągnęła z kieszeni kartkę i przyjrzała się jej. - Zostawił ich nawet kilkanaście.
Chłopak dorwał świstek i (ku wielkiemu zdziwieniu obu pań) przeczytał na głos, a nawet płynnie:
- Musiałem wyjechać żeby pozbierać myśli. Nie będzie mnie kilka dni. Nie martwcie się, niedługo wrócę. Kocham was.. J... Co to może znaczyć?
- Myślę... że Julian wyjechał, żeby pozbierać myśli i wróci niedługo - wytłumaczyła nieco rozbawiona Minerwa. - Nie musicie się chyba martwić...
- Ciociu! Błagam znajdź go! Mam przeczucie, że coś mu się stało!
Wtedy w domu zapanował jeszcze większy chaos niż panował wcześniej, co przekracza granicę ludzkiego zrozumienia. Krótko mówiąc: Kris zaczął płakać i błagać u stóp ciotki, Mirian zaczęła błagać syna, żeby przestał błagać i zachowywać się, jak aż tak wielki idiota, niektóre dzieła sztuki zeskoczyły z półek, aby przyjrzeć się przedstawieniu, a Minerwa próbowała jedynie przywrócić rzeczywistość do stanu, w którym być powinna. Opanowała sytuację dopiero, gdy przysięgła bratankowi, że odnajdzie Juliana, co szczerze mówiąc, było jej jak najbardziej na rękę.


Jakieś dwie godziny później profesorka Hogwartu zakupiła bilet na magiclota. Na pierwszy rzut oka magiclot nie różni się prawie niczym od mugolskiego samolotu. Może poza tym, że nikt nie musi być zazdrosny o stewardessy, chyba że jakiś partner gustuje w skrzatach domowych... ale wtedy chyba nie ma powodu do zazdrości.
W każdym razie pani McGonagall zakupiła bilet do Honolulu i tego samego dnia (według hawajskiego czasu) lub dzień później (według zegara w Londynie) deptała po nagrzanej plaży jakże uroczej, amerykańskiej wyspy.
Za młody spędzała w tym miejscu wiele wakacji, biegając razem z bratem między palmami i wiedziała, że Julian właśnie tutaj "zbiera myśli". Sama nie chciała się do tego przyznać, ale wcale nie przyjechała tam dla niego. Chciała wreszcie odpocząć nad wielką wodą, a zniknięcie członka rodziny było tylko pretekstem, żeby wreszcie ruszyć się z domu. Tak czy inaczej obiecała z nim porozmawiać, przekazać wyrazy zmartwienia od syna i własne wyrzuty za zostawienie jej na głowie swoich najbliższych. Po krótkim śledztwie doszła do wniosku, że mężczyzna zajął jeden z malutkich domków tuż przy brzegu. Wdrapała się więc na wygiętą palmę, której kokosy dotykały ziemi i w zniecierpliwieniu poruszając ogonem, czekała w miejscu idealnym dla kota-obserwatora.
Był wieczór, robiło się coraz ciemniej, a choć ludzi na plaży przybywało, to szukanej postaci było ciągle tyle samo co wcześniej.
Nagle z ziemi dobiegł ją szept, a po nim lekkie ukłucie w futrzany tyłek. Bury kot zatrząsł się ze zdziwienia, by po chwili przybrać postać kobiety. Ta zaczęła ześlizgiwać się z pnia, ale w ostatniej chwili przypomniała sobie o kciukach i tylko dzięki temu nie wylądowała twarzą w piasku. Surowym wzrokiem zmierzyła niewiele młodszego od siebie demaskatora, próbując przy tym zachować resztki godności, co nie jest łatwe, jeżeli jest się starszą panią siedzącą na palmie.
- Witaj Minerwo. - Julian uśmiechnął się krzywo, trzymając w jednej ręce kokosa, a w drugiej różdżkę. Zarzucił długą, posiwiałą brodę na plecy (co wyglądało szczególnie dziwnie, bo miał na sobie hawajską koszulę) i kontynuował. - Czekałem na ciebie. Wiedziałem że Kris cie przyśle. - Jak widać zaślepiony miłością, zdawał sobie sprawę, że ma syna idiotę.
- Wiedziałeś? - zapytała zsuwając się z drzewa z gracją godną siedemdziesięciolatki.
- Wiesz moja droga siostro - zaczął, biorąc ją pod rękę i prowadząc wzdłuż plaży - każdy z nas musi czasem odpocząć. Nawet ty. Ile lat już się tutaj wybierasz? Sama z siebie nigdy byś nie odpoczęła. Każde wakacje zaczynasz wpatrzona w ten głupi folder biura podróży, zamiast po prostu ruszyć się z domu - Nagle przypomniał sobie o trzymanym w ręku orzechu. - Może kokoska? - Machnięciem różdżki rozłupał go na pół i podał go siostrze, chwaląc się przy tym brakiem uzębienia.
- Dziękuję - odpowiedziała kobieta odwzajemniając uśmiech. Teraz nie było już szkoły, nie był szlabanów czy Komnaty Tajemnic, nie było Mirian i Krisa. Nawet Julian gdzieś zniknął. Została tylko ona, kokos... no i Hawaje.

Edytowane przez Prefix użytkownikaChristina dnia 12.09.2015 20:09
i65.tinypic.com/2d7bmkw.jpg
That's all they really want
i63.tinypic.com/fc8xht.jpg
Some fun
i65.tinypic.com/1zgcchl.jpg
When the working day is done
i64.tinypic.com/68xamr.jpg
All girls - they want to have fun
i66.tinypic.com/24o5d1j.jpg





i64.tinypic.com/214waz4.png
i64.tinypic.com/258waba.png
zapodaj.net/images/d9840e51c9400.png

Nagroda za Najlepszą Miniaturkę Wojenną - Niebo pośrodku piekła
Nagroda za Najlepszą Serię o Ciemnej Stronie - Krwawy Zmierzch
oi66.tinypic.com/n36vcy.jpg
 
http://xchristix.tumblr.com
Prefix użytkownikaChristina


1. Kolejność prac jest całkowicie przypadkowa.
2. Po każdym etapie prace zostaną przypisane do poszczególnych autorów.
3. Prace zostały wyrywkowo sprawdzone na obecność plagiatu.
4. Prace dodane są w stanie w jakim je otrzymałam. Nie poprawiałam żadnych błędów stylistycznych, ortograficznych czy interpunkcyjnych. Wszelakie ingerencje dotyczyły spraw technicznych.
5. Oceniać prace można w TYM TEMACIE


Tym razem wybieracie numerki od 1-3.


Przypominam również o "ciszy wyborczej".

Edytowane przez Prefix użytkownikaChristina dnia 09.09.2015 00:11
i65.tinypic.com/2d7bmkw.jpg
That's all they really want
i63.tinypic.com/fc8xht.jpg
Some fun
i65.tinypic.com/1zgcchl.jpg
When the working day is done
i64.tinypic.com/68xamr.jpg
All girls - they want to have fun
i66.tinypic.com/24o5d1j.jpg





i64.tinypic.com/214waz4.png
i64.tinypic.com/258waba.png
zapodaj.net/images/d9840e51c9400.png

Nagroda za Najlepszą Miniaturkę Wojenną - Niebo pośrodku piekła
Nagroda za Najlepszą Serię o Ciemnej Stronie - Krwawy Zmierzch
oi66.tinypic.com/n36vcy.jpg
 
http://xchristix.tumblr.com
Prefix użytkownikaChristina
Praca A. - Wilena Romus


Harry uwielbiał obserwować latającą Ginny. Chętnie towarzyszyłby jej w ćwiczeniach, ale po ostatniej kontuzji, wciąż miał problem z utrzymaniem się na miotle, więc pani Potter sama musiała zajmować się treningiem Błyskawic - młodzieżowej drużyny quidditcha. Auror siedział na trybunach i obserwował jak rudowłosa kobieta w brązowej szacie zbliża się do obrońcy i gestykulując, wyjaśnia mu jak przechwycić kafla. Potter przyglądał się tej scenie, nie myśląc o niczym, po prostu cieszył się widokiem. Nagle jakaś postać przemknęła obok rozmawiających tak szybko, że oboje chwycili mocniej miotły. Harry przyjrzał się skarbowi drużyny. Angelina była najlepszą szukającą jaką w życiu widział i był dumny, że karierę zaczęła właśnie w Błyskawicach. Patrząc na jej manewry miał wrażenie, że to nie gra, a taniec. Gdy znalazła się na skraju boiska, zrobiła nagły zwrot i przeleciała między słupkami. Wyciągnęła rękę, ale zaraz ją cofnęła i przekręciła się unikając tłuczka. Z niesamowitą szybkością przeleciała tuż nad trybunami, a jej palce od złotego zniczai dzieliło już tylko kilka centymetrów...
- Pomocy! - krzyknął ktoś z dołu. Auror odwrócił wzrok od wspaniałego popisu i wychylił się za barierki.
- Ginny... - mruknął zaciskając dłonie na prętach - Ginny!


* * *



Minęły dwa dni od czasu kiedy przewieźli ją do Munga, a Harry zaczynał tracić zmysły. Przez prawie czterdzieści osiem godziny, niemal bez przerwy siedział przy łóżku, trzymając żonę za rękę i wpatrując się w jej twarz. Gdyby nie dzieci i przyjaciele, zapomniałby nawet o jedzeniu. W sali panowała cisza, ale głowę mężczyzny wypełniały najróżniejsze głosy. Szczególnie słowa uzdrowiciela utkwiły mu w pamięci:
- Przykro mi panie Potter. Pańska żona zasłabła, spadła z miotły i niefortunnie uderzyła głową o podest słupka. Miewałem już takie przypadki. Niestety nic nie możemy zrobić. Działanie magii nie sięga tak daleko. Niektórzy pacjenci wybudzają się jak gdyby nigdy nic, a inni... - Tutaj rozłożył ręce.
Nie musiał kończyć. Potter nie raz słyszał o tego typu śpiączkach i cały czas miał nadzieję, że Ginny znajdzie się w tych czterdziestu procentach szczęśliwców, którym udało się przeżyć. Niestety z godziny na godzinę było coraz gorzej. Harry wiedział, że to prawie koniec, że dni, a może nawet godziny dzielą go od rozstania z żoną. Uzdrowiciele, w tym Albus, dawali mu to do zrozumienia, ale jak miał zaakceptować taką wiadomość? Nie mógł. Siedział ściskając jej dłoń, jakby to miało w czymś pomóc. Zachowywał się spokojnie jak nigdy, chociaż wnętrze niemal mu płonęło z głodu, zmęczenia i żalu.
Miał jedną szansę. Jedną drogę, aby ją uratować. Nie powinien nawet o tym myśleć, ale śmierć była zdecydowanie za blisko. Gdyby tylko TAM poszedł i wykradł Władcę Snów mógłby ją obudzić, przytrzymać przy życiu... Ale z jakiegoś powodu ukryto ten przedmiot, na dodatek w takim miejscu. To rozwiązanie niosło ze sobą zbyt duże konsekwencje, zbyt wielka była cena przywrócenia życia. Czy byli na to gotowi? Czy Ginny była na to gotowa? Czy on był?
Nie miał nic do stracenia.
Podskoczył, przewracając krzesło i nachylił się nad umierającą żoną. Wciąż miał wątpliwości, ale czym dłużej przyglądał się tej bladej, zmizerniałej twarzy, tym bardziej chciał działać. Ucałował jej czoło, po czym wyszedł, starając się nie patrzeć za siebie.
Pół godziny później nerwowo spacerował po Ministerstwie Magii. Nie wiedział co robić. Chciał porozmawiać z Hermioną, chciał żeby odsunęła od niego te myśli, żeby nim wstrząsnęła, ale jeżeli tak się stanie, straci ostatnią nadzieję. r1;Cholera, co robić?r1; pytał sam siebie, błądząc między piętrami i starannie omijając cel swojej wycieczki.
W końcu podjął decyzję. Wszedł do windy, ale gdy ta ruszyła, znowu zmienił zdanie. Zamierzał wysiąść na najbliższym piętrze i dać sobie więcej czasu do namysłu, przeanalizować wszystkie za i przeciw...
- Departament Tajemnic - oznajmił kobiecy głos. Harry go nie usłyszał. Pogrążony w myślach wyszedł na korytarz i dopiero po chwili zorientował się, gdzie jest. To właśnie był cel podróży, do którego tak bardzo nie chciał dotrzeć. A jednak właśnie tutaj się znalazł, można powiedzieć, że wręcz przez przypadek. Przełknął głośno ślinę i ruszył w stronę drzwi, które tak dobrze pamiętał ze snów. Minął kilku pracowników, którzy łypali na niego podejrzliwie, jednak nikt go nie zatrzymał. Był zbyt wysoko postawiony, żeby ktoś mógł powstrzymać go przed wejściem do jakiejkolwiek części Ministerstwa. Wyciągnął różdżkę, czując coś dziwnego w powietrzu. Departament Tajemnic pełen był niecodziennej magii, która jeżyła włosy na głowie, nieokiełznanej i złej. Potter przypomniał sobie pana Weasley'a i Syriusza, mózg oplatający Rona, zasłonę i Śmierciożerców, nagle przypomniał sobie wszystkie złe rzeczy, które wiązały się z tym miejscem. Przezwyciężył niechęć i wszedł do okrągłego pomieszczenia. Przyszedł tu ratować Ginny, nic go nie powstrzyma.
"To nie pierwszy raz, kiedy ratujesz kogoś w Departamencie Tajemnic" powiedziała Hermiona w jego głowie, a przed oczami znowu zobaczył wpadającego za zasłonę Syriusza.
"Nauczyłem się czegoś od tamtego wydarzenia. Tym razem nie dam plamy. Muszę ją uratować" odpowiedział mocniej ściskając różdżkę i kierując się w prawą stronę, do drzwi, które zdołano otworzyć ledwie kilka lat wcześniej. Jako Szef Biura Aurorów był świadkiem tego przełomowego wydarzenia, wiedział co znajduje się w pomieszczeniu i jako jeden z nielicznych, wiedział jak je znaleźć.
Powinien? Nie powinien? Myśli galopowały, nie mógł żadnej przytrzymać na dłużej niż sekundę, nie mógł się na niczym skupić. Miał tego dość. Wstrzymał oddech i otworzył drzwi, po czym wszedł do Krainy Snu.
Kraina Snu była ogromnym pomieszczeniem. Przypominała trochę Wielką Salę Hogwartu, ale była jeszcze większa i wypełniona mgłą, jakby duchy urządziły sobie przyjęcie, z tym że zamiast duchów wypełniały ją sny. Jedne bardziej rozmyte, inne mniej, jasne, ciemne, mgliste lub wyraźne. Setki postaci odgrywały swoje role nie zwracając uwagi na zbłąkanego aurora, który przemykał między nimi. Harry starał się nie patrzeć na to, co działo się wokół, wpatrywał się w podłogę, ale kilka razy dojrzał fragment czyjegoś snu. Słyszał krzyki koszmarów, śmiechy beztroskich wizji, widział dziwaczne stworzenia przemykające pod nogami albo zwykłych ludzi prowadzących nudne rozmowy. Czuł że pod sklepieniem rozgrywa się senny mecz quidditcha, a może wyścig hipogryfów? Nie wiedział i powstrzymywał się, żeby tego nie sprawdzić.
W końcu dotarł do końca pomieszczenia, gdzie w oszklonej szafie znajdowały się setki przedmiotów. Piramidy, klucze, kule, słoiki z różnymi płynami... Wszystko to miało jakiś wpływ na świat snów, ale jemu zależało na jednym przedmiocie, schowanym na najniższej półce. Klęknął i otworzył drzwiczki. W środku znajdowało się niewielkie czarne pudełko. Harry zabrał je, schował do kieszeni i odwrócił się, żeby pobiec ku wyjściu, ale kątem oka dojrzał znajomą postać w mglistym tłumie. Ginny, biała jak duch, siedziała na ławce. Płakała, odwracając się plecami do poważnego i niemal przeźroczystego męża.
Mężczyzna zawahał się. Czy ona by tego chciała? Czy ma prawo, decydować za nią, w tak ważnej kwestii?
Zamknął oczy, żeby nie patrzeć dłużej na pogrążoną w smutku twarz i swoją własną, obojętną postać.
- Chciałabym żebyś był szczęśliwy - przypomniał sobie jej słowa.
Nie mógł być szczęśliwy bez niej. Podjął decyzję. Otworzył oczy i bez wahania ruszył do wyjścia.


* * *



Wbiegł zziajany do sali szpitalnej, z rozpędu wpadając na wychodzącego właśnie Rona.
- Harry! Gdzie ty byłeś?! - zapytała stojąca za rudzielcem Hermiona, której zaczerwienione oczy zdradzały, że przed chwilą płakała.
- Wyjdźcie.
- Co? - zdziwili się oboje.
- Proszę was. Wyjdźcie. Muszę z nią zostać sam na sam - wycedził Potter przez zęby i wypchnął oniemiałych przyjaciół za drzwi. Dla spokoju rzucił zaklęcie na zamek, po czym z bijącym mocno sercem podszedł do łóżka. Ginny leżała tak, jak kilka godzin wcześniej. Była jeszcze bledsza, a jej klatka piersiowa ledwo się unosiła.
- Nie zastanawiaj się - powiedział do siebie Harry i otworzył pudełko. Wyjął z niego błyszczącą, srebrną bransoletkę i nałożył ją na rękę kobiety.
Przestała oddychać. Miał coraz mniej czasu, a drżące ręce i ogień we wnętrznościach nie pomagał się skoncentrować. Odetchnął głęboko i wypowiedział zaklęcie. Nie wiedział, czy dobrze ruszył różdżką, czy dobrze wypowiedział formułkę. Wydawało mu się, że wszystko zrobił nie tak, ale miał tylko jedną szansę. Usiadł i ukrył twarz w dłoniach. Teraz już nic nie zależało od niego. Zrobił wszystko co było w jego mocy. Spóźnił się? Pomylił? To nie miało znaczenia, pozostawała jedynie nadzieja. Władca Snów mógł wybudzić z transu tylko tych, których serce wciąż biło.
Gdyby nie wahał się tak długo! Gdyby nie tracił tyle czasu na myślenie i spacery po Ministerstwie! Może gdyby nie wpatrywał się tak w akrobacje Angeliny, zdołałby jakoś odwrócić bieg zdarzeń...
Bał się, ale zdołał spojrzeć w twarz kobiety. Wciąż była blada, ale coś ruszało się pod powiekami, a klatka piersiowa znowu się poruszała. Żyła! Oddychała!



* * *



- Ginny...
- Tak? - zapytała rudowłosa, zatrzymując się w progu i z uśmiechem przyglądając się mężowi. Wciąż była blada po wydarzeniach sprzed dwóch tygodni, ale żyła, a nawet wróciła do pracy.
- Czy chciałabyś wrócić jako duch? No wiesz... po śmierci? Myślałaś o tym?
- Myślałam - spojrzała na niego podejrzliwie. - Dlaczego pytasz?
- Z ciekawości odpowiedział Harry z uśmiechem, starając się ukryć napięcie. - To jak? Wróciłabyś?
- Nie. To chyba najgorsza rzecz jaką można zrobić. Wszystko jest lepsze niż wieczna tułaczka.
- Ale...
- Ale... Muszę iść, bo spóźnię się na spotkanie! - Podeszła do niego i pocałowała na do widzenia. - A ty przestań czytać książki filozoficzne, bo zaczynasz od nich bredzić.
Wyszła z domu i deportowała się na ulicy, a Potter przyglądał się miejscu, w którym zniknęła. Nie miał odwagi powiedzieć żonie, że do uratowania jej użył Władcy Snów. Nikt o tym nie wiedział, chociaż Hermiona coś podejrzewała. Nie wierzyła w cud, o którym mówili uzdrowiciele. Powinien powiedzieć Ginny, że to zrobił, że podjął za nią pewną decyzję i że teraz, czy chce, czy nie, po śmierci wróci na ziemię jako duch. Nie powinien tego robić. Dopiero teraz to do niego dotarło, ale nie było już odwrotu.

Wieczna tułaczka... właśnie to było ceną, za skorzystanie z Władcy Snów.

Edytowane przez Prefix użytkownikaChristina dnia 22.09.2015 23:13
i65.tinypic.com/2d7bmkw.jpg
That's all they really want
i63.tinypic.com/fc8xht.jpg
Some fun
i65.tinypic.com/1zgcchl.jpg
When the working day is done
i64.tinypic.com/68xamr.jpg
All girls - they want to have fun
i66.tinypic.com/24o5d1j.jpg





i64.tinypic.com/214waz4.png
i64.tinypic.com/258waba.png
zapodaj.net/images/d9840e51c9400.png

Nagroda za Najlepszą Miniaturkę Wojenną - Niebo pośrodku piekła
Nagroda za Najlepszą Serię o Ciemnej Stronie - Krwawy Zmierzch
oi66.tinypic.com/n36vcy.jpg
 
http://xchristix.tumblr.com
Prefix użytkownikaChristina
Praca B. - Glen


W pokoju wspólnym Wieży Gryffidoru zwykle ciężko było znaleźć chwilę spokoju. Gwar rozmów i wybuchy śmiechu były wręcz nieodłącznym jej elementem. Zwłaszcza tuż po kolacji, gdy młodzi Gryfoni, po dniu wypełnionym lekcjami, znajdowali wreszcie czas na gry i luźne pogawędki. Dopiero późnym wieczorem, gdy kolejne roczniki zaczynały kierować się w stronę dormitoriów, pokój stopniowo wyciszał się, a głośne dyskusje i chichoty powoli były zastępowane przez ciche szepty i szelest przewracanych stron.
Zbliżała się dziesiąta i w pomieszczeniu zostało jedynie kilka osób. Dwójka siódmorocznych podniosła się właśnie z foteli i skierowała w stronę grupki z drugiej klasy, ślęczącej nad książkami do eliksirów, zaganiając młodszych kolegów do łóżek, po czym sami zaczęli wspinać się po schodach prowadzących do dormitoriów, pozostawiając za sobą trójkę szóstorocznych Gryfonów, siedzących na kanapie.

Rudowłosy chłopak nerwowo gryzł końcówkę pióra, świdrując wzrokiem zapisany w połowie arkusz pergaminu i rzucając zazdrosne spojrzenie dziewczynie z burzą włosów na głowie, która śmigała piórem z zawrotną szybkością i najwidoczniej nie zamierzała prędko przestać. Pomiędzy tą dwójką zajętą swymi esejami siedział czarnowłosy młodzieniec. Na jego kolanach spoczywał otwarty podręcznik do transmutacji, ale od prawie godziny nawet na niego nie spojrzał. Przygarbiony, utkwił spojrzenie w trzaskającym przed nim ogniu, a jego oblicze przybrało odległy, nieobecny wyraz.

- Harry... Wszystko w porządku?

Chłopak oderwał nieprzytomny wzrok od kominka i rozejrzał się wokół siebie, napotykając zmartwioną twarz przyjaciółki. Nie pamiętał już, ile razy od rozpoczęcia roku szkolnego to pytanie padło z jej ust. Zmuszał się wtedy do słabego uśmiechu, mamrotał krótkie "Tak, w porządku", po czym szybko odwracał się i uciekał, by uniknąć dalszych pytań.
Teraz zrobił podobnie i podniósłszy się z kanapy, ruszył w kierunku wyjścia z wieży.

- Hej, stary, gdzie idziesz? - Ron podniósł głowę znad eseju, spoglądając na przyjaciela z niepokojem wypisanym na twarzy. Początkowo sam strofował Hermionę, twierdząc, że jest przewrażliwiona. Ale po paru tygodniach i on wydawał się być zaniepokojony dziwnym zachowaniem kolegi.
- Po prostu chcę się przejść, niedługo wrócę - mruknął, nie odwracając się do nich. - Nie czekajcie na mnie - dodał, znikając za portretem. Wspomniane "niedługo" było lekkim niedopowiedzeniem - nie miał zamiaru pojawić się w dormitorium przed północą i wiedział, że będą się martwić i czekać na niego przez co najmniej godzinę. Ale musiał pobyć sam.

Pod koniec zeszłego roku wydarzenia w Ministerstwie coś w nim złamały i mimo tego, że upłynęło kilka miesięcy, wciąż nie potrafił się po nich pozbierać. Zwykle wakacje u Dursley'ów traktował jak najgorszą karę, ale tym razem uznał je wręcz za błogosławieństwo. Przez dwa miesiące, siedząc praktycznie całe dnie w jednym pokoju, całkowicie odcięty od świata magii, mógł chociaż udawać, że to, co stało się w czerwcu, nie było prawdą. Wiedział, że tylko zaprzecza oczywistemu; że ucieczka od rzeczywistości jest tylko chwilowa, a powrót do niej może być strasznym wstrząsem. Ale to było jedynym, co mógł zrobić. Bo nie potrafił pogodzić się z faktem, że stracił jedyną szansę na prawdziwą rodzinę; to było za wcześnie, rany były zbyt świeże, ból był zbyt silny. Naiwnie wierzył, że gdy wróci do szkoły, wszystko się jakoś ułożyr30; Uśmiechnął się gorzko do siebie. Jakże się mylił.

Gdy we wrześniu przekroczył próg Hogwartu, z trudem zmusił się, by dojść do Wielkiej Sali, przetrwać przydział pierwszaków i dotrzeć do wieży, udając przed przyjaciółmi i samym sobą, że wszystko jest w porządku. Ale gdy tylko zasłonił kotary swego łóżka i przyłożył głowę do poduszki, wspomnienia, przed którymi uciekał miesiącami, zalały go niczym ogromna fala i wciągnęły w swe odmęty, sprawiając, że z trudem łapał oddech. Tej nocy nawet nie zmrużył oka; leżał tylko, wpatrując się w sufit, ale tak naprawdę go nie widząc - przed oczami stawały mu bez końca obrazy z tamtego strasznego dnia i Syriusz, wpadający za zasłonę. I czuł wszechogarniający smutek i żal. I ból, ból tak silny i wielki, że wypełniał nie tylko jego serce, ale umysł i ciało, wypełniając go całego tak szczelnie, jakby nigdy nie miał już go opuścić...

Gdy o świcie ocknął się z tego odrętwienia, po wszelkich myślach i obrazach krążących mu po głowie zeszłej nocy nie było nawet śladu. Ale dziwny, tępy ból w klatce piersiowej pozostał; on, a także uczucie pustki i rezygnacji - przeświadczenie, jakoby nic, co zrobi od tej pory, nie miałoby mieć żadnego sensu.
I od tej pierwszej nocy w Hogwarcie tak właśnie się czuł. Chodził z lekcji na lekcje, jadał posiłki, odrabiał zadania i starał się zachowywać normalnie, ale był jak wydrążona skorupa, pusta w środku. Nie chciał rozmawiać, nie śmiał się; unikał zatłoczonych miejsc, włócząc się po pustych korytarzach; nie czuł się niczym zachwycony, zaciekawiony, rozbawiony. Egzystował, ale nie "żył". I choć minął ponad miesiąc, nic nie wskazywało na to, by miało się to zmienić.

Czując, jak zmęczenie powoli ogarnia jego ciało, skręcił w stronę portretu Grubej Damy i wymamrotał hasło, po czym, ignorując jej utyskiwania, wszedł do środka. Zegar nad kominkiem wskazywał za kwadrans północ, a po dwójce jego przyjaciół nie było ani śladu. Przyjął to z ulgą, bo wiedział, że gdyby zobaczyli, o której wraca do wieży, to jedno zdanie nie wystarczyłoby do ich uspokojenia. Wszedł po schodach do sypialni i obrzucił niechętnym spojrzeniem łóżko. Najchętniej w ogóle nie kładłby się spać, ale wiedział zbyt dobrze, by ignorować potrzeby swego organizmu.
To było jego kolejnym problemem - od kiedy wrócił do szkoły, ani razu nie wyspał się porządnie. I nie była to wina wizji, które mógłby zsyłać na niego Voldemort, bo mimo przerwania lekcji Oklumencji w piątej klasie, Harry stosował się do poleceń Snaper17;a, by "oczyszczać umysł". Nie miał pojęcia, czy robi to dobrze, ale fakt, że od wakacji czarnoksiężnik nie przesyłał mu żadnych obrazów, był dla niego wystarczający.
Nie sądził też, by winne temu mogłyby być koszmary. Nie budził się w środku nocy, przerażony i zlany potem. Ale jednak, coś było nie w porządku.

Od ponad miesiąca, gdy kładł się do łóżka, przez ponad godzinę nie był w stanie zmrużyć oka. Przewracał się tylko z boku na bok, ale sen nie nadchodził. I nieważne, czy kładł się o dziesiątej, czy grubo po północy - problem z zaśnięciem pojawiał się każdej nocy. I zawsze budził się wczesnym rankiem. Bez względu na dzień tygodnia i porę, o której zasnął, otwierał oczy o świcie. Lecz nie to go tak niepokoiło.
Najbardziej dziwny był fakt, że po przebudzeniu czuł się dziwnie... wykończony. Jakby we śnie każdej nocy toczył wyczerpujący bój i dopiero nad ranem jego ciało było wyciągane z tej ciężkiej potyczki. Przez parę godzin czuł się wtedy słabo i był półprzytomny, jakby zarwał całą noc. Dopiero po południu odzyskiwał siły. Ale gdy nadchodziła noc, wiedział, że znów czeka bo senny bój.

Westchnął i potrząsnął głową. Wiedział, że bez względu na to, jak męczące są dla niego te noce, to spać przecież musi. Chwycił w dłonie piżamę, po czym poszedł wziąć prysznic. Po kwadransie wrócił do pokoju, położył się na łóżku i zamknął oczy, choć wiedział, że sen nie nadejdzie.
W pośpiechu zapomniał o pozbyciu się wszelkich myśli, ale uznał, że chyba nic się nie stanie, jak raz sobie odpuści.

Nie minęło pięć minut, jak z ostatniego z zajętych łóżek zaczęło wydobywać się spokojne posapywanie.

~.~


- Harry! Hej, Harry! Wstawaj, bo się spóźnimy!
- Hmm...?
- No wstawaj już, za dziesięć minut mamy transmutację!
- Za dziesięć... Która godzina? r11; wymamrotał czarnowłosy chłopak, otwierając wreszcie zaspane oczy.
- Zaraz dziewiąta. No już, ruchy! - krzyczał Ron, popychając kolegę i popędzając go, wymachując przy tym rękoma. - Już nie pamiętam, kiedy ostatnio tak długo spałeś, śpiochu! - rzucił z szerokim uśmiechem.

Harry w pośpiechu nałożył na siebie ubranie, po czym chwycił torbę i pędem ruszył razem z przyjacielem, wypadając jak burza z pustego już dormitorium. Dopiero po chwili dotarło do niego, co usłyszał. Spojrzał zszokowany na Rona.
- Powiedziałeś, że która godzina?
- Dziewiąta! Ogłuchłeś, czy co? - odkrzyknął, po czym spojrzał na drugiego chłopaka. - Chyba się jeszcze do końca nie obudziłeś, hmm? - dodał, widząc jego zamyśloną twarz.

Harry biegł dalej, ale myślami był zupełnie gdzie indziej. I podczas drogi do klasy, i podczas samych zajęć.
Nie miał pojęcia o której zasnął, ale wiedział, że tak długo jeszcze nie spał. Zwykle wstawał przed siódmą, czasem nawet budził się koło piątej. Ale najbardziej zaskoczyło go to, jak się czuł. Był... wyspany. Wyspany i pełen sił. Nie pamiętał, o czym śnił, lecz miał świadomość, że było to coś przyjemnego. Na tyle przyjemnego, że tuż przed obudzeniem odczuwał chyba nawet... radość? Już nawet zapomniał, co to za uczucie. To było tak niesamowite, że pod koniec dnia nawet nie pamiętał, co się działo na lekcjach, o czym rozmawiali Ron i Hermiona, nie przejmował się nawet dwoma esejami, które dostali do napisania do końca tygodnia. Mógł myśleć tylko o tym cudownym uczuciu, które ogarnęło go we śnie i pragnął poczuć je znów.
Gdy po kolacji dotarli do wieży, rzucił przyjaciołom, że jest zmęczony i chciałby się chwilę przespać, po czym ruszył do dormitorium, ignorując zaskoczone spojrzenie rudzielca i zaniepokojone Hermiony. Przebrał się szybko i położył się, zaciągając zasłony i zamykając oczy. Po chwili rzeczywistość zniknęła i otoczył go sen, wciągając go w swe odmęty.

~.~


Po piątkowych zajęciach troje Gryfonów szło w stronę Wielkiej Sali na kolację. Tuż przed wejściem jeden z dwójki chłopców próbował ruszyć dalej, tłumacząc coś przyjaciołom, ale oni nawet go nie słuchali, tylko złapali za obie jego ręce i pociągnęli w kierunku wejścia. Chłopka warknął coś do nich, ale dał się poprowadzić do stołu i usiadł przy nim, nakładając sobie nieco jajecznicy na talerz.

Hermiona obserwowała przyjaciela z niepokojem. Od początku roku szkolnego martwiła się o Harry'ego, ale teraz zaczęła się wręcz o niego bać. Przez cały wrzesień włóczył się po szkole bez życia, a wszelkie próby rozmowy zbywał fałszywym zapewnieniem, że wszystko jest w porządku. Jednak zachowywał się w miarę normalnie. Ale od tego tygodnia coś się zmieniło.
Harry wciąż był nieobecny duchem i stronił od ludzi, lecz o ile wcześniejsze próby rozmowy zbywał milczeniem bądź zdawkową odpowiedzią, o tyle teraz wydawał się być zirytowany każdą próbą rozmowy. Nawet na lekcjach nie uważał i nie notował, a po powrocie do pokoju wspólnego szybko uciekał do sypialni, tłumacząc, że jest zmęczony. Co było dziwne, biorąc pod uwagę, że według słów Rona sam z siebie nie budzi się przed dziewiątą i codziennie jest siłą zaciągany na zajęcia. Kilka dni temu zadano im dwa eseje - dziś Harry dostał dwa Trolle za ich brak. Może nie był prymusem, ale nigdy nie olewał zadań.
A teraz odsuwał szybko pusty talerz i wstał, mówiąc, że idzie się położyć. Ani ona, ani Ron nic na to nie powiedzieli - wiedzieli, że skończy się to tylko kolejną kłótnią. Ciemnowłosy chłopak opuszczał Wielką Salę, odprowadzany dwoma zmartwionymi spojrzeniami.

~.~


Otworzył oczy, stojąc w swoim dormitorium. Pamiętał, że gdy się kładł, był tu sam. Teraz w łóżkach spali jego koledzy. Zmarszczył brwi, nieco zdziwiony. Ale zanim zdążył dłużej się nad tym zastanowić, myśl uleciała z jego głowy. Poczuł radość wypełniającą jego ciało. Nie miał pojęcia, dlaczego się tak cieszy, ale nie było to istotne. Poddał się jej, temu cudownemu uczuciu, że wszystko jest w porządku, że wszystko idzie zgodnie z planem. Ale potrzebny był test; potrzebna była pewność. Poczuł, jak jego stopy kierują się w stronę wyjścia. Nie wiedział dlaczego, ale czuł, że tak trzeba. Zszedł na dół, do pokoju wspólnego i zanurzył dłoń w miskę z owocami, stojącą na stole w kącie. Nie przypominał sobie żadnej miski z owocami, ale ona tam była, więc wszystko było w porządku. Gdy jego palce uchwyciły drewnianą rączkę, szeroki uśmiech rozciągnął mu twarz. Opuścił dłoń i ruszył do kolejnych drzwi. Przez jego umysł przeleciała myśl, że to wejście do dormitorium drugoklasistów, ale po chwili zniknęła, zastąpiona przez poczucie pewności. Pchnął drzwi i powolnym krokiem podszedł do jednego z łóżek. Odsunął zasłonę otaczającą łóżko, a jego pierś wypełniło poczucie zwycięstwa, gdy unosił dłoń...

~.~


Obudziły go krzyki i tupot stóp. Uchylił powieki i ziewnął, rozsuwając kotary wokół łóżka.
- Hej, Ron - wymamrotał, pocierając oczy. - Co to za hałasy? Ktoś umarł? - spojrzał z cieniem uśmiechu na przyjaciela. Który został zastąpiony strachem, gdy zobaczył twarz kolegi.
Ron siedział blady jak ściana, ściskając drżącymi dłońmi rozrzuconą kołdrę. Co chwilę otwierał i zamykał usta, jakby próbował coś powiedzieć, ale nie był w stanie.
- Ron? - Harry spytał drżącym głosem, podchodząc do jego łóżka.
Rudzielec pokręcił tylko głową, wskazując ręką w stronę wyjścia. Chłopak przełknął ciężko gulę, która nie wiedzieć skąd pojawił się w jego gardle, po czym ruszył powoli w kierunku wskazanym przez przyjaciela.
Pokój wspólny rozbrzmiewał cichymi rozmowami i wybuchami płaczu. Zauważył, że spora część uczniów zgromadziła się w drzwiach prowadzących do sypialni drugorocznych. Podszedł do nich na drżących nogach i z duszą na ramieniu zajrzał do środka.
To, co ujrzał, sprawiło, że zatoczył się do tyłu, czując w ustach smak żółci. Krew, wszędzie krewr30; Na łóżku, kolumnach, kotarach, nieruchomym ciele... I znajoma twarz... Znajoma twarz, znajome ciało, gdy we śnie unosił rękę i dźgał w nie nożem, raz za razem...
Nagle poczuł, że brakuje mu powietrza i musi stąd wyjść, bo inaczej się udusi. Mamrocząc przeprosiny, wypadł z pokoju wspólnego i oparł się o ścianę, biorąc gwałtowne wdechy i czując jak cały świat wiruje mu przed oczyma. Zacisnął powieki, modląc się, by to nie była prawda.
- Harry?
Otworzył oczy, napotykając przerażone twarze dwójki przyjaciół.
- Harry, co się...? - nie dał jej dokończyć pytania. Pokręcił tylko głową i ruszył w głąb korytarza. Była tylko jedna rzecz, którą mógł zrobić.

Po piętnastu minutach czekania, przy chimerze pojawił się starszy czarodziej.
- Harry, co mogę dla ciebie zrobić? - spytał z uśmiechem, który zniknął, gdy tylko spojrzał w twarz młodzieńca.
- Potrzebuję pomocy, dyrektorze - wydusił łamiącym się głosem, patrząc na mężczyznę załzawionymi oczyma.
Albus Dumbledore popatrzył z troską na młodzieńca, po czym skinął głową, wpuszczając Harry'ego do gabinetu. Po chwili wszedł za nim, zamykając za sobą drzwi.

Edytowane przez Prefix użytkownikaChristina dnia 22.09.2015 23:14
i65.tinypic.com/2d7bmkw.jpg
That's all they really want
i63.tinypic.com/fc8xht.jpg
Some fun
i65.tinypic.com/1zgcchl.jpg
When the working day is done
i64.tinypic.com/68xamr.jpg
All girls - they want to have fun
i66.tinypic.com/24o5d1j.jpg





i64.tinypic.com/214waz4.png
i64.tinypic.com/258waba.png
zapodaj.net/images/d9840e51c9400.png

Nagroda za Najlepszą Miniaturkę Wojenną - Niebo pośrodku piekła
Nagroda za Najlepszą Serię o Ciemnej Stronie - Krwawy Zmierzch
oi66.tinypic.com/n36vcy.jpg
 
http://xchristix.tumblr.com
Prefix użytkownikaChristina
Praca C. - Katherine Pierce


Ciepłe promienie letniego słońca oświetlały ogromny ogród państwa Potterów, który widoczny z okien domu zachwycał bogactwem kwiatów.
Przez większość roku miejsce to uchodziło za prawdziwą oazę spokoju. Już niedługo - pomyślał mężczyzna w średnim wieku, idąc alejką wśród bujnie rozkwitłych egzotycznych roślin, w poszukiwaniu żony. Za dwa dni bowiem miały zacząć się wakacje, a to oznaczało powrót dzieci. Oczywiście zarówno pan jak i pani Potter nie mogli doczekać się trójki swoich pociech po tych kilku miesiącach rozłąki, szczególnie, że dla ich jedynej córki był to pierwszy rok w Hogwarcie. Jednak oboje korzystali z ostatnich chwili błogiego relaksu.
- Myślałem, że za nic nie będziesz z tego korzystać. - Harry nie ukrywał zdziwienia na widok sceny, która ukazała się jego oczom, kiedy tylko znalazł żonę. Wskazał głową na prezent, który kobieta dostała na święta od Hermiony. Był to mugolski zestaw do malowania, sztaluga, pędzle i farby. Przyjaciółka rzuciła na zestaw jakieś specjalne zaklęcia, które miały pomóc początkującym malarzom.
- Obiecałam... poza tym strasznie się nudziłam, a to podobno relaksuje. Co sądzisz? - zapytała odsuwając się od efektów swojej pracy.
- Zdecydowanie chybiony prezent - zaśmiał się gdy zobaczył obraz żony. - Zaklęcie Hermiony chyba nie działa. Co to w ogóle ma przypominać? Jakiś potwór wodny czy... - zaczął żartobliwym tonem, jednak przerwał kiedy Ginny ochlapała go resztkami farby z pędzla.
- To kwiat - odparła pozornie urażonym tonem. - O tamten. - Wskazała głową na dziwną małą lilię, którą niedawno przysłał im Neville.
Harry, który nie widział ani odrobiny podobieństwa, już zamierzał coś powiedzieć jednak jego uwagę przykuło wesołe dziecięce gruchanie dobiegające z kołyski ustawionej niedaleko sztalug.
- Patrzcie kto się obudził. - Potter podszedł do źródła tego dźwięku i uśmiechnął się do swojego najmłodszego synka.
Mimo radości jaką czuł za każdym razem gdy patrzył na chłopca, na twarzy mężczyzny pojawił się lekki grymas.
- Wiem o czym myślisz. - Dobiegł go głos Ginny. - George nie daje mi spokoju, ciągle się pyta o imię chrześniaka. - Minął już miesiąc odkąd malec pojawił się na świecie, a oni nadal nie nadali mu imienia. - Nie tylko on zresztą. Musimy w końcu jakieś wybrać. I w sumie to mam pomysł.
- O, chętnie posłucham, bo przyznam szczerze, że jak dla mnie żadne nie jest wystarczająco dobre. - Była to prawda. Ilekroć ktoś podawał jakieś propozycje, a padały one często, Harry uznawał, że się nie nadają. Zresztą nie tylko on. Ginny także była wybredna.
- Widziałeś jaką minę zrobił kiedy odwiedziła nas ciotka Muriel? Kiedy się nad nim pochyliła?
Pierwszą reakcją Harry'ego na to pytanie był wybuch śmiechu. Doskonale pamiętał te małe rączki zaciskające się w piąstki i zaciętą, niemal wściekłą minę kilkutygodniowego dziecka, kiedy stara ciotka zaczęła wygłaszać krytyczne uwagi na temat jego "za pulchnych nóżek".
- Pamiętam. Pamiętam też jak uznałaś, że to oznaka naszych przyszłych problemów - odparł Harry z uśmiechem. Nie miał wątpliwości, że ten bobas z kruczoczarnymi włosami wda się w swojego najstarszego brata.
- No właśnie. I tak sobie pomyślałam, że to typ wojownika. Co więc powiesz na Marcel? Czyż nie idealne imię dla kogoś komu zapowiada się taki temperament?
- Marsel? To ten czarodziej, który brał udział w mugoskich wojnach? Hermiona kiedyś o nim opowiadała - powiedział widząc zaskoczoną minę żony. - Mężczyzna pochylił się nad kołyską i pogłaskał syka po głowie. - Marsel. - Dziecko na dźwięk imienia zaśmiało się radośnie.
- Chyba mu się podoba - zauważyła Ginny podchodzą do nich.
- Marsel Artur. Pasuje idealnie.
- Idealnie.


Silny podmuch wiatru zatrząsł szybami tak mocno, że mężczyzna gwałtownie wybudził się ze snu. Kilka minut potrwało zanim Harry uświadomił sobie co się stało, gdzie się znajduje i dlaczego ma mokrą twarz. Bez większych nadziei spojrzał na drugą połowę łóżka. Nie był zaskoczony tym, że nie zastał w nim Ginny. Doskonale wiedział gdzie kobieta spędza dzisiejszą noc, gdzie spędzała kilka ostatnich nocy.
Otarł twarz z łez po czym powoli, niemal w zwolnionym tempie, wstał z łóżka. Chwycił różdżkę i skierował się w stronę pokoju dziecięcego.
- Lumos - szepnął kiedy dotarł do celu.
W bladym świetle różdżki pomieszczenie wyglądało przerażająco ponuro. Błękitne w ciągu dnia ściany, teraz wyglądały na niemal czarne. A może to przygnębiająca atmosfera, jaką wyczuwano w każdym calu tego pokoju, powodowała takie wrażenie?
Ginny siedziała w fotelu stojącym tuż przy wysokim, pustym łóżeczku. Nie spała, jednak zupełnie nie zareagowała na wejście męża. Szeroko otwartymi oczami wpatrywała się w psutą ścianę.
- Ginny? - zaczął niepewnym tonem zbliżając się do żony. - Chyba czas wracać do łóżka.
- Co? - Kobieta spojrzała na niego jakby dopiero sobie uświadomiła, że nie jest w pokoju sama. - Nie mogę. Za dwa dni wracają dzieci, nie chcę żeby widziały ten pokój. - Zaczęła wyrzucać z siebie kolejne słowa. Przeczesała dłonią włosy i zaczęła podnosić się z fotela. - Chciałam zacząć wynosić meble, ale... - zabrakło jej słów więc pokręciła tylko głową. Opadła z powrotem na siedzenie i ukryła twarz w dłoniach.
Harry doskonale rozumiał targające nią emocje. Czuł się tak samo od miesiąca. Codziennie planował wyrzucić wszystko co znajduje się w tym pokoju, jednak nie potrafił. Nie umiał nawet spoglądać do łóżeczka. Ta pustka była bardziej przerażająca niż wszystko inne z czym musiał się zmierzyć. A ból silniejszy niż kiedykolwiek przedtem. Przykucnął i położył ręce na kolanach żony.
- Jutro się tym zajmiemy, dobrze? Razem. - Podkreślił wagę tego słowa chwytając ją za nadgarstki i odsłaniając jej twarz. - Przejdziemy przez to razem - powtórzył kiedy spojrzała mu w oczy. Pokiwała powoli głową.
- Dlaczego? - zapytała po chwili milczenia.
- Nie wiem - odparł łamiącym się głosem. Nie wiedział, nie potrafił zrozumieć, ani wyjaśnić tego co się stało. Powoli się wyprostował i usiadł na oparciu fotela. Ginny oparła głowę na jego piersi i próbowała zapanować nad kolejnymi łzami.
Harry wiedział, że w tej chwili oddałby wszystko, by wraz z żoną przenieść się do tej pięknej Krainy Snu, w której jego syn nie urodził się martwy.

Edytowane przez Prefix użytkownikaChristina dnia 22.09.2015 23:15
i65.tinypic.com/2d7bmkw.jpg
That's all they really want
i63.tinypic.com/fc8xht.jpg
Some fun
i65.tinypic.com/1zgcchl.jpg
When the working day is done
i64.tinypic.com/68xamr.jpg
All girls - they want to have fun
i66.tinypic.com/24o5d1j.jpg





i64.tinypic.com/214waz4.png
i64.tinypic.com/258waba.png
zapodaj.net/images/d9840e51c9400.png

Nagroda za Najlepszą Miniaturkę Wojenną - Niebo pośrodku piekła
Nagroda za Najlepszą Serię o Ciemnej Stronie - Krwawy Zmierzch
oi66.tinypic.com/n36vcy.jpg
 
http://xchristix.tumblr.com
Prefix użytkownikaChristina


1. Kolejność prac jest całkowicie przypadkowa.
2. Po każdym etapie prace zostaną przypisane do poszczególnych autorów.
3. Prace zostały wyrywkowo sprawdzone na obecność plagiatu.
4. Prace dodane są w stanie w jakim je otrzymałam. Nie poprawiałam żadnych błędów stylistycznych, ortograficznych czy interpunkcyjnych. Wszelakie ingerencje dotyczyły spraw technicznych.
5. Oceniać prace można w TYM TEMACIE



Przypominam również o "ciszy wyborczej".

i65.tinypic.com/2d7bmkw.jpg
That's all they really want
i63.tinypic.com/fc8xht.jpg
Some fun
i65.tinypic.com/1zgcchl.jpg
When the working day is done
i64.tinypic.com/68xamr.jpg
All girls - they want to have fun
i66.tinypic.com/24o5d1j.jpg





i64.tinypic.com/214waz4.png
i64.tinypic.com/258waba.png
zapodaj.net/images/d9840e51c9400.png

Nagroda za Najlepszą Miniaturkę Wojenną - Niebo pośrodku piekła
Nagroda za Najlepszą Serię o Ciemnej Stronie - Krwawy Zmierzch
oi66.tinypic.com/n36vcy.jpg
 
http://xchristix.tumblr.com
Prefix użytkownikaChristina
Praca A.


Dni po.
Nie wojna jest najgorsza, a powrót do życia po jej zakończeniu.


Zbudziła się bez tchu. Znów dręczyły ją koszmary.
Uniosła ręce ku twarzy. Kiedy je opuściła, były wilgotne. Łzy zdołały jednak zmyć z jej policzków przynajmniej trochę brudu. Serce wciąż jeszcze biło jej gwałtownie, ramiona miała zesztywniałe. Czuła, że niemal dławi się w ciężkim zaduchu, który otaczał ją zewsząd.
Długo leżała w ciemności, rozmyślając o Adiel. Jej duch zdawał się nad nią krążyć. Tak bardzo pragnęła, by siostra ukazała się jej, by towarzyszyła w tej nowej rzeczywistości.
Zamknęła oczy i pozwoliła by te dobre wspomnienia nią zawładnęły.


Znów była sobą, Kateriną.
Powróciła do rezydencji pod Kijowem. Był to maj 2013 roku, na Majdanie nie doszło jeszcze do żadnych zamieszek, a wiejące w jej rodzinnych stronach wiatry szumiały łagodnie.
Pokój, który dzieliła z młodszą siostrą, znajdował się we wschodnim skrzydle domu, a ona stała właśnie w garderobie i przyglądała się jak Adiel przymierza jedną szatę po drugiej.
- Nie, nie! - parsknęła śmiechem. - Ten zielony brokat za bardzo rzuca się w oczy. Wywalą cię z Koldvstoretz już pierwszego dnia! - Roześmiała się znów, rozczesując pasma lśniących, brązowych włosów, spływających jej na ramiona.
Adiel zrobiła smutną minę jednak odłożyła ulubioną szatę na bok. Katerina uśmiechnęła się pocieszająco do siostry. Wiedziała jak dziewczynka nie może doczekać się swojego pierwszego roku w rosyjskiej Szkole Magii.

- Załóż szatę z niebieskiego atłasu, o wiele bardziej do ciebie pasuje. Wyglądasz w niej jak aniołek. Co ci zawsze powtarzam?
- Że mam usypiać czujność innych - odparła z lekko złośliwą miną. Mimo iż wyglądem różniły się zupełnie, to jedenastolatka była wierną kopią charakteru siostry.

Błękitna szata, w odcieniu leśnych dzwoneczków, naprawdę sprawiała, że Adiel przypominała aniołka. Katerina wiedziała, że ona sama nigdy tak nie wyglądała. Mimo, iż rysy twarzy miały podobne, posiadały te same zadarte noski i pełne wargi w kolorze płatków róży, to jasnoniebieskie oczy i blond włosy dodawały młodszej Petrovej uroku i niewinnosci. Kiedy coś spsociła, jej anielska uroda sprawiała, że zawsze uchodziło jej to na sucho. Katerina doskonale pamiętała, że ona była w tym wieku surowo karana za podobne przewinienia.



- Katerino? - Do rzeczywistości przywołał ją znajomy, zmęczony głos. Szatynka spojrzała na swojego ojca. Dziewczyna mimo czasu, który upłynął, nadal odczuwała szok na myśl jak jeden dzień może zmienić silnego i twardego człowieka w zaledwie cień mężczyzny, którym był kiedyś.
- Hmm?
- Muszę na chwilę wyjść. Pamiętasz zasady?
Córka spojrzała na niego chłodno. Przecież nie była już dzieckiem. Może i nie miała różdżki, ale i bez niej nie była bezsilną gąską za jaką ją miał. Wiedziała, że nie może wychylać się z domu. Nikt nie może zauważyć, że nadal tu mieszkają.
- Rozumiem - powiedział z rezygnacją w głosie. Nie miał siły na sprzeczki z córką.
Kiedy wyszedł Kate ponownie pozostała sam na sam ze swoimi ponurymi myślami. Ogarnęła ją melancholia i rozejrzała się po pokoju, który tak dobrze znała. Kiedyś na podłodze leżał ciemnozielony, wzorzysty dywan, w oknach wisiały jedwabne, migoczące purpurą kotary, a pod ścianami stały szafki wypełnione książkami z wielu różnych dziedzin, od transmutacji do starożytnych run. Teraz Katerina obojętnie wpatrywała się w gołe ściany. Zabrano dywan, a oczom ukazały się surowe deski. Dawniej w pokoju unosił się zapach czerwonego wina i wosku do podłóg, teraz czuć było jedynie stare drewno, pleśń i stęchliznę. Z okien zdjęto zasłony, sprzedali je na pchlim targu. Musieli przecież coś jeść, a na pracę nie było co liczyć. Teraz widziała krople deszczu padające na odsłonięte szyby. Kiedyś był to wspaniały dom. Kiedyś. Zanim rosyjskie władze zapragnęły kontroli nie tylko nad mugolską częścią Ukrainy.
Ludzie zawsze cieszą się z końca wojny, albo przynajmniej z chwili spokoju. Kate wpatrując się w puste ściany zaczęła wspominać dzień, który zmienił jej życie. W chwilach, kiedy powracała do niej w koszmarach, uważała, że był to najgorszy dzień jej życia. Później dochodziła do wniosku, że obecna rzeczywistość jest jeszcze gorsza. Nagle musiała żyć ze świadomością, że jej matka i siostra nie żyją. Nagle musiała nauczyć się żyć w skrajnej biedzie, w domu w którym nie było nawet wody. Nagle nie było ich stać nawet na nowe różdżki. Poprzednie zostały zniszczone w ferworze walk.
Dziewczyna zaczęła chodzić po zrujnowanym pokoju. Była wściekła. Uczucie to często do niej powracało. Przez większość czasu była zobojętniała, zimna i zamknięta w sobie. Tylko po to by nagle jakieś wspomnienie włączało u niej potworny ból, żal i niepohamowaną wściekłość.
Wszystko przez jednego człowieka. Katerina spojrzała na skrawki gazet jakie można było znaleźć na podłodze. I na tych mugolskich i magicznych widniała jedna twarz. Władimir Putin. Rosja to jedyny kraj, w którym władzę nad oboma światami sprawował jeden czarodziej. W innych krajach, nawet na Ukrainie, czarodzieje nie ingerowali w życie mugoli, chyba że pojawiała się taka konieczność. Tak właśnie stało się tym razem. Kiedy na protesty mugoli zaczęto odpowiadać przemocą, używając magii, czarodzieje postanowili wspomóc swoich rodaków.
Jej rodzina nie chciała, nie próbowała nawet brać w tym udziału, a i tak została w to tak okrutnie wmieszana. Katerina nie miała nic przeciwko Rosjanom, w końcu uczyła się w rosyjskiej szkole, miała wśród nich przyjaciół... Tak samo jak jej ojciec. Z tego powodu postanowili się w to nie mieszać. Okrutny przypadek sprawił jednak, że wojna ich nie ominęła. Tylko dlatego, że mieszkali tak blisko...


Ferie wielkanocne powoli dobiegały końca, jednak siostry miały jeszcze cały dzień na nacieszenie się własnym domem.
Katerina rozsiadła się wśród miękkich paproci i obserwowała Adiel latającą na swojej pierwszej miotle. Szatynka postanowiła właśnie, że do niej dołączy, zanim jednak zdążyła wstać, spostrzegła, że stało się coś złego.
Stanęła nieruchomo na zboczu panicznie przerażona, patrząc, jak miotła przyspiesza i wpada do jeziora. Po kilku sekundach za drzew wyłoniło się kilkunastu czarodziei. Nie mogła pojąć, skąd się tam wzięli i dlaczego ignorują krzyki jej siostry, a potem zsiadają z mioteł, obserwując topiącą się dziewczynkę.
Myśląc ze zgrozą, że przecież Adiel nie potrafi pływać, a nikt nawet nie zamierza jej pomóc, Katerina puściła się pędem w dół. Musi biec siostrze na ratunek! W połowie drogi dojrzała, jak jeden z mężczyzn wskakuje do jeziora. Poczuła ulgę, sądząc, że ktoś wreszcie pomoże Adiel. Nim jednak zdążyła do niej dotrzeć usłyszała jej przeraźliwy krzyk.
Stanęła jak wryta, zdumiona i pełna niedowierzania. Nagle ktoś szarpnął ją do tyłu. Odwróciła się i dostrzegła twarde spojrzenie ojca.
- Masz się tu schować i nie wychodzić dopóki po ciebie nie przyjdę jasne? - Mężczyzna wskazał na gęsto zarośnięte krzaki, które mogły stanowić osłonę przed widokiem niepożądanych gości.
- Co się... - próbowała zadać pytanie, ale ojciec szarpnął nią boleśnie.
- ROZUMIESZ? Masz nie wychodzić.
Katerina kiwnęła głową i wykonała rozkaz ojca.



W oczach młodej kobiety przez chwilę można było dostrzec ból, jednak szybko zastąpiła go czysta nienawiść. Ci ludzie nie byli nawet członkami jakieś tam armii... byli zwykłymi bandytami, którzy postanowili wykorzystać chaos panujący w kraju i wzbogacić się, grabiąc pobliskie domy.
Katerina ponownie rozejrzała się po pomieszczeniu i lekko się skrzywiła. Po tym jak tamtego dnia zamordowano mu jedną z córek oraz żonę, ojciec Kate postanowił dołączyć do walczących na Majdanie. Nie wiedział, że starsza córka pojedzie za nim, nie wiedział, że w dniu kiedy patrzyła na śmierć siostry, był ostatnim dniem kiedy posłuchała jego rozkazu. Dziewczyna nie chciała zostawać sama w przepełnionym wspomnieniami domu. Chciała odnaleźć tych, którzy zniszczyli jej spokojne życie i się zemścić. Chciała ich torturować i zabić.
Nienawiść jaka ją wtedy przepełniała dawała siłę do walki. Jednak przeciwników było więcej i wtedy właśnie straciła swoją różdżkę. Przeżyła tylko dlatego, że ogłoszono tymczasowe zawieszenie broni i zdążyła się ukryć. Z perspektywy czasu nie uważa jednak, że miała szczęście. W śmierci z ręki wroga mogłaby odnaleźć spokój.
Po powrocie do domu zastali go ograbionego z wszystkiego co miało jakąkolwiek wartość. Najgorszy okazał się fakt, że wszelkie oszczędności pan Petrova trzymał w domowym skarbcu bo nie miał zaufania do banku. I to głównie dlatego wraz z córką znajdował się w tak trudnej sytuacji, mimo względnego pokoju jaki w tej chwili panował. Względnego, bo każdy wiedział, że to tylko bajeczka dla zagranicznych mediów. Każdy kolejny dzień przynosił lęk, a jednocześnie nadzieję - może to dzisiaj będzie koniec?

Burczenie w brzuchu przypomniało jej o tym, że nie jadła jeszcze śniadania. Tak jak nie jadła nic wczorajszego dnia. W ciągu ostatnich tygodni nauczyła się lekceważyć głód, jednak dzisiaj nie miała na to ochoty. Nie chciała też słuchać durnych zasad i siedzieć w tym ponurym budynku.
Nie wiele myśląc, ruszyła w stronę wyjścia. Nie obchodziło jej to, że jest brudna, wychudzona i ubrana tylko w letnią, starą szatę. Co z tego, że to środek zimy? Musiała wyjść i znaleźć coś do jedzenia. Musiała znaleźć miejsce, w którym będzie mogła się wykąpać i ponownie poczuć się dawną sobą. Musiała... Po prostu musiała.
Droga do miasta nie należała do przyjemnych. Kate mijała nędzne przedmieścia pełne pijaków - zarówno mugoli jak i czarodziei. Staliw drzwiach swoich żałosnych lepianek, a kiedy przechodziła obok, jeden z nich ukłonił się z udawaną gracją. Gdy posłała mu swoje najbardziej dumne spojrzenie, inni zaczęli złośliwe rechotać.
- Proszę, proszę. Panienka zanadto zaciera główkę! - bełkotał za nią któryś kalecząc ukraiński. Rosjanin pomyślała dziewczyna. Nie miała jednak ochoty na kłótnie.
Kiedy dotarła do centrum poczuła, że opuszczają ją siły. Jeszcze kilka miesięcy temu widniał tu piękny plac... a teraz? Gruzy. Wszędzie gruzy. Poczuła, że słabnie. Przez ból? Głód? Zimno? Nie wiedziała, wiedziała tylko, że nie ma już sił, a nogi odmawiają jej posłuszeństwa. Czuła, że osuwa się na ziemię. Po chwili wszystko spowiła ciemność.

Edytowane przez Prefix użytkownikaChristina dnia 29.09.2015 00:04
i65.tinypic.com/2d7bmkw.jpg
That's all they really want
i63.tinypic.com/fc8xht.jpg
Some fun
i65.tinypic.com/1zgcchl.jpg
When the working day is done
i64.tinypic.com/68xamr.jpg
All girls - they want to have fun
i66.tinypic.com/24o5d1j.jpg





i64.tinypic.com/214waz4.png
i64.tinypic.com/258waba.png
zapodaj.net/images/d9840e51c9400.png

Nagroda za Najlepszą Miniaturkę Wojenną - Niebo pośrodku piekła
Nagroda za Najlepszą Serię o Ciemnej Stronie - Krwawy Zmierzch
oi66.tinypic.com/n36vcy.jpg
 
http://xchristix.tumblr.com
Prefix użytkownikaChristina
Praca B.


Uciekaj.
Rok 2025

- Uciekaj! - krzyczał zgarbiony staruszek do osłupiałej dziewczyny. - Bierz to i uciekaj! - Wepchnął jej w ręce dwa kawałki pergaminu i starając się opanować drżenie, przeprowadził uczennice przez laboratorium. Ta szła za nim bez słowa. Dała się wepchnąć za drzwi jak szmaciana lalka, ale w ostatnim momencie złapała nauczyciela za rękaw szaty. Nie chciała go zostawiać, powinni razem uciekać, to była ich wspólna misja. Greg stał przez chwilę w bezruchu. Wahał się, widziała w jego oczach, że wolałby iść z nią. Po chwili pokręcił głową i odepchnął się od dziewczyny, która nie zdążyła złapać go drugi raz. Huk wstrząsnął całym pomieszczeniem, a zabarykadowane przejście eksplodowało. Z obłoków pyłu leciały zaklęcia. Jedno z nich minęło staruszka i wleciało do ciemnego korytarza, w którym stała dziewczyna. To było jak znak do startu. Bez zastanowienia odwróciła się od Grega i zaczęła biec. W tamtym momencie myślała tylko o ucieczce.


Wilena gnała na oślep. Bała się wyciągnąć różdżkę i oświetlić drogę, żeby nie zdradzać swojego położenia. Nie widziała żadnego światła za plecami, a jedyne odgłosy, które dochodziły do jej uszu były przytłumione. Krzyki, trzaski, uderzenia... widocznie Greg zdołał zamknąć drzwi. Chyba to on krzyczał... Nie przejmowała się tym. Zapomniała o staruszku, nie myślała o tym, że go zostawiła, że tak miało być, zapomniała nawet o misji związanej z kawałkami pergaminu, które ściskała w mokrej dłoni. Głowę wypełniał jej jedynie strach. Instynkt kazał biec, zostawić wszystko i martwić się jedynie własnym życiem. Tak też zrobiła. Nie miała innego wyboru, bo ciało zawładnęło umysłem. Wpadła na ścianę. Z trudem utrzymała równowagę i zakręciła, wciąż poruszając się na oślep po podziemnym labiryncie. Nie biegła długo, ale zmęczenie dawało o sobie znać. Dyszała, a nogi odmawiały posłuszeństwa. Minęła pierwsza fala strachu, zabierając ze sobą adrenalinę. Teraz zaczęła się zastanawiać. Co powinna zrobić? Zatrzymała się i nasłuchiwała przez chwilę. Poza biciem własnego serca i swoim ciężkim oddechem nie słyszała zupełnie nic. Czyżby Gregowi udało się ich zatrzymać?

Greg...

Odwróciła się, ale nie zrobiła ani kroku. Jak mogła zostawić mentora samego? Chciała po niego wrócić, jednak była zbyt przerażona, zresztą... nie taki był plan. W razie ataku, ktoś z nich miał uciekać. Zostawić wszystko, wybiec na powierzchnię i w pierwszej możliwej chwili teleportować się do Munga, zawiadomić ludzi, ogłosić publicznie, że się udało. Padło na nią.
- Lumos - szepnęła rozglądając się po korytarzu. Była w niedokończonej części podziemnego kompleksu, który miał być ogromnym laboratorium, jednak ledwie po roku pracy inwestor wycofał swoje środki i zostawił po sobie jedynie kilka w pełni wyposażonych pokoi oraz sieć niedokończonych pomieszczeń. Nikt z personelu tego nie rozumiał. Przez te sześć miesięcy pracy zdołali opracować lek hamujący skutki likantropii o wiele skuteczniejszy niż wywar tojadowy. W czasach kiedy wilkołactwo stało się niemal epidemią, było to wielkie odkrycie, dające wielu ludziom nadzieję. Po tym przełomowym zdarzeniu Greg liczył na kolejne inwestycje, nowych pracowników i dofinansowania, ale gdy tylko lek trafił do chorych, a on zapowiedział, że zaczyna pracę nad szczepionką oraz środkiem, który całkowicie wyeliminuje nieprzyjemne skutki przemiany w potwora, bez potrzeby regularnego zażywania, zostali niemal bez grosza. Dopiero wtedy uświadomili sobie o co tak naprawdę chodzi. Oficjalnie zrezygnowali z wcześniej zadeklarowanych badań, a zajęli się leczeniem skrzatów domowych ze skrzatnicy. W rzeczywistości pracą nad szczepionką szła w najlepsze, chociaż wszyscy zdawali sobie sprawę jak to może się skończyć. Tak właśnie, cztery lata po pierwszym sukcesie, nastąpił kolejny, tym razem o wiele większy, a wraz z nim spełniły się najgorsze obawy naukowców.


Wilena musiała się wydostać z tego przeklętego labiryntu, jednak przez szaleńczy bieg straciła orientację. Jeżeli ufać wiadomości, którą dostali na kilka minut przed nadejściem intruzów, miała przy sobie jedyne notatki z tych dziewięciu lat badań nad szczepionką. Wszystkie inne kopie wpadły w ręce nieodpowiednich ludzi i zostały zniszczone. Teraz zdrowie setek, a nawet tysięcy ludzi zależało tylko od niej.


Zebrała myśli, uspokoiła się, po czym ruszyła dalej. Przystawała co jakiś czas nasłuchując, gotowa w każdej chwili odskoczyć i uciec. Kilka razy zabrnęła w ślepą uliczkę albo weszła do niewykończonego pomieszczenia. Panującą wokół cisza, początkowo tak przyjemna, stała się nie do zniesienia. A co jeżeli nigdy nie uda jej się znaleźć wyjścia? Wizja spędzenia resztek życia w porzuconych korytarzach wydawała się o wiele straszniejsza niż spotkanie z intruzami. Czując że oddala się od celu, zawróciła i po kilku minutach dojrzała lekkie światło.
- Nox - mruknęła przytulając się do ściany. Znowu poczuła jak serce podchodzi jej do gardła, a nogi jakby same z siebie szykują się do ucieczki. Tym razem udało jej się zapanować nad ciałem i najciszej jak umiała, ruszyła w stronę uchylonych drzwi. Jeden rzut oka na pomieszczenie wystarczył żeby zorientować się gdzie jest. Teraz wystarczyło przejść do sąsiedniego pokoju, skorzystać z kominka... nie, na pewno obstawili kominek. Zapewne była to pierwsza rzecz, która im przyszła do głowy. W takim razie...
Za plecami usłyszała odgłosy kłótni. Nie musiała nawet patrzeć w tamtą stronę, żeby kątem oka ujrzeć łunę światła wydostającego się z różdżki. Niewiele myśląc wskoczyła do biblioteki i ukryła się za jednym z regałów.
- Ark? Pit? To wy? - zapytał jakiś mężczyzna, a Wilena pożałowała, że nie ruszyła dalej ciemnym korytarzem. Usłyszała jak ktoś wstaje z drewnianego krzesła i kieruje się w stronę drzwi. W tym samym momencie kłócący się mężczyźni weszli do pokoju pełnego książek. - Znaleźliście ją?
- Nie, bo ten idiota...
- To na co czekacie? Musi gdzieś tam być, obstawiliśmy wszystkie wyjścia, więc wracać do roboty. Macie jej szukać choćbyście zdechli tam z głodu.
- Ale... - zaczął jeden, zająknął się jakby rozbolał go brzuch, a drugi dokończył przymilnym tonem.
- Jasne szefie.


Dziewczyna stała w cieniu regałów i nie wiedziała co robić. Dwaj faceci zniknęli, sądząc po skrzypieniu krzesła ich szef siedział przy biurku, a reszta tej szajki obstawiała wszystkie wyjścia. Co miała zrobić? Mogła jedynie liczyć na szczęście albo mieć nadzieję, że nikt jej nie znajdzie w plątaninie niewykończonych korytarzy i ginąć z głodu.
Starannie ukryła powierzone jej pergaminy, po czym wychyliła się zza regału. Wielki mężczyzna w czarnej szacie siedział za biurkiem i wertował książki. Nie wyglądał na kogoś kto umie czytać, ale wydawał się bardzo zajęty lekturą. Wilena zbliżyła się jeszcze kawałek i wyciągnęła różdżkę.
- Petrificus Totalus.
Wielkolud wyprostował się i spadł z krzesła, a książka wyleciała mu z ręki.
Dziewczyna podeszła do swojej ofiary. Małe czarne oczka obserwowały ją z podłogi. Coś było nie tak, poszło zdecydowanie za łatwo.
- Expeliarmus! - Różdżka wysunęła jej się z dłoni. Podskoczyła próbując zlokalizować przeciwnika. Jak mogła przypuszczać, że w całej bibliotece znajduje się tylko jedna osoba? Chciała uciekać, ale tym razem strach okazał się paraliżujący. Rozglądała się po pomieszczeniu, jednak po napastniku nie było śladu. - Witaj Wil.
Dziewczyna spojrzała na jedno z krzeseł. Siedział na nim młody czarodziej w brązowej szacie, idealnie maskując się na tle drewnianych mebli.
- Jeff? Co ty... - zaczęła, ale nie była w stanie nic więcej powiedzieć. Z jednej strony cieszyła się, że spotkała starego przyjaciela. Od razu poczuła się lepiej, w dwójkę łatwiej wydostaną się z pułapki, ale... co on tutaj robił?
Wstał i zrobił kilka kroków w jej stronę, a w zielonych oczach nie było ani śladu radości, która zawsze tam gościła. Uniósł kącik ust i przyglądał się dziewczynie.
- Gdzie to masz?
- Nie wiem o czym mówisz - skłamała, a Jeff przewrócił oczami.
- Nie ściemniaj. Uwierz, nie chcę ci robić krzywdy, daj mi tylko ten pergamin, a nikomu nic się nie stanie.
- Po co ci to?! Sam namawiałeś mnie do podjęcia tej pracy! Sam walczyłeś o dotację, a teraz chcesz to wszystko zniszczyć?!
- Oj Wil... - mężczyzna usiadł na stole i westchnął. - Ciebie nigdy nie interesował świat.
- Co? A po co siedzę tutaj od kilku lat?! - krzyczała. Gra skończona, teraz mogła przynajmniej dać upust emocjom.
- Nie o taki świat mi chodzi. Wyobrażasz sobie jakie ten wasz przełom miałby skutki?
- Tysiące ludzi bez problemu z wilkołactwem - parsknęła, a Jeff znów przewrócił oczami.
- I tysiące ludzi bez pracy, upadek całego mojego przedsiębiorstwa. Wiesz ilu ludzi zatrudniam? Ile litrów antidotum dziennie produkują? Pomyśl o tym. - Podszedł do niej i próbował dotknąć jej twarzy, ale go odepchnęła.
- Zawsze chodziło ci tylko o to? - zapytała ze łzami w oczach. - Chciałeś tylko wynaleźć lek, na którym zarobisz? A jak jest szansa raz na zawsze pomóc chorym, rezygnujesz?
Jak mógł to zrobić? Przecież to on, jeszcze w szkole, wygłaszał wielkie idee, namawiał ją do wcześniejszego zakończenia szkoły, rozwijaniu talentu i działaniu na rzecz ludzkości, a teraz?
- Nie. Świat się zmienia - odpowiedział wściekły, że go odepchnęła. Szarpnął ją i wyprowadził z biblioteki, pozostawiając sparaliżowanego kolegę. Zapierała się z całych sił, ale nie miała szans z wysportowanym młodzieńcem. Mijali zdziwionych pracowników laboratorium i zadowolonych osiłków z firmy Jeffa. W końcu weszli do gabinetu Grega. Przywiązany do krzesła staruszek z trudem uniósł głowę, żeby spojrzeć na uczennicę. Miał napuchniętą wargę i ranę na głowie. Uśmiechał się jakby zwariował. Jeff zostawił Wilenę przy jednym ze swoich ludzi, a sam podszedł do jeńca celując w niego różdżką z szyderczym uśmiechem.
- Mów, a staruszek jeszcze trochę pożyje. I nie tylko on, ale wszyscy, twoi współpracownicy.

Edytowane przez Prefix użytkownikaChristina dnia 29.09.2015 00:04
i65.tinypic.com/2d7bmkw.jpg
That's all they really want
i63.tinypic.com/fc8xht.jpg
Some fun
i65.tinypic.com/1zgcchl.jpg
When the working day is done
i64.tinypic.com/68xamr.jpg
All girls - they want to have fun
i66.tinypic.com/24o5d1j.jpg





i64.tinypic.com/214waz4.png
i64.tinypic.com/258waba.png
zapodaj.net/images/d9840e51c9400.png

Nagroda za Najlepszą Miniaturkę Wojenną - Niebo pośrodku piekła
Nagroda za Najlepszą Serię o Ciemnej Stronie - Krwawy Zmierzch
oi66.tinypic.com/n36vcy.jpg
 
http://xchristix.tumblr.com
Prefix użytkownikaChristina


1. Kolejność prac jest całkowicie przypadkowa.
2. Po każdym etapie prace zostaną przypisane do poszczególnych autorów.
3. Prace zostały wyrywkowo sprawdzone na obecność plagiatu.
4. Prace dodane są w stanie w jakim je otrzymałam. Nie poprawiałam żadnych błędów stylistycznych, ortograficznych czy interpunkcyjnych. Wszelakie ingerencje dotyczyły spraw technicznych.
5. Oceniać prace można w TYM TEMACIE



Przypominam również o "ciszy wyborczej".

i65.tinypic.com/2d7bmkw.jpg
That's all they really want
i63.tinypic.com/fc8xht.jpg
Some fun
i65.tinypic.com/1zgcchl.jpg
When the working day is done
i64.tinypic.com/68xamr.jpg
All girls - they want to have fun
i66.tinypic.com/24o5d1j.jpg





i64.tinypic.com/214waz4.png
i64.tinypic.com/258waba.png
zapodaj.net/images/d9840e51c9400.png

Nagroda za Najlepszą Miniaturkę Wojenną - Niebo pośrodku piekła
Nagroda za Najlepszą Serię o Ciemnej Stronie - Krwawy Zmierzch
oi66.tinypic.com/n36vcy.jpg
 
http://xchristix.tumblr.com

Podziel się z innymi: Delicious Facebook Google Live Tweet This Yahoo

Przejdź do forum:
Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2021 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3.
Theme by Andrzejster
Copyright © 2006-2015 by Harry-Potter.net.pl
All rights reserved.
Wygenerowano w sekund: 3.48