Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie masz jeszcze konta?
Zarejestruj się

Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Instagram
Facebook
Shoutbox
Musisz się zalogować aby wysłać wiadomość.

Niezwyciężony mag
07.03.2021 20:22
Dlaczego ktoś piszący o teście osobowości mbti założył, ze będą to tylko czytać kobiety, ekhmm?

Niezwyciężony mag
07.03.2021 20:21
W miarę

moje życie to mem
07.03.2021 19:44
żyjecie?

Niezwyciężony mag
07.03.2021 18:32
Głos dla quizu o stronie jest twój?

najdroższa
07.03.2021 16:33
mam nadzieje, ze nikt nie będzie mnie dyskryminować

Współpraca
Najaktywniejsi

1) Prefix użytkownikaAlette

Avatar

Posiada 59606 punktów.

2) Prefix użytkownikafuerte

Avatar

Posiada 56577 punktów.

3) Prefix użytkownikaKatherine_Pierce

Avatar

Posiada 45466 punktów.

4) Prefix użytkownikaShanti Black

Avatar

Posiada 43881 punktów.

5) Prefix użytkownikaSam Quest

Avatar

Posiada 41604 punktów.

6) Prefix użytkownikaania919

Avatar

Posiada 37824 punktów.

7) Prefix użytkownikaulka_black_potter

Avatar

Posiada 36617 punktów.

8) Prefix użytkownikalosiek13

Avatar

Posiada 33847 punktów.

9) Prefix użytkownikabatalion_88

Avatar

Posiada 31890 punktów.

10) Prefix użytkownikaMarcus Clinton

Avatar

Posiada 30892 punktów.

Losowe zdjęcie
Zobacz temat
Drukuj temat
Prace uczestników III Turnieju FF
Angelina Johnson
To w tym temacie będą umieszczone wszystkie prace konkursowe.

1. Kolejność prac jest całkowicie przypadkowa.
2. Po każdym etapie prace zostaną przypisane do poszczególnych autorów.
3. Prace zostały wyrywkowo sprawdzone na obecność plagiatu.
4. Prace dodane są w stanie w jakim je otrzymałam. Nie poprawiałam żadnych błędów stylistycznych, ortograficznych czy interpunkcyjnych. Wszelakie ingerencje dotyczyły spraw technicznych.
5. Oceniać prace można w TYM TEMACIE

Edytowane przez Prefix użytkownikaKatherine_Pierce dnia 15.07.2016 19:04
 
Angelina Johnson
ELIMINACJE
 
Angelina Johnson
PRACA A - Loony5


Słychać było tylko ciche echo jego własnych kroków. Mrok podziemii całkowicie spowił wszelki koloryt, pozostawiając jedynie głęboką czerń. Chłopak szedł po omacku tuż przy ścianie, zdając się na cztery pozostałe zmysły. Zbyt ryzykowne byłoby teraz wyciągnięcie różdżki. Kiedy dotarł do schodów, jego oczy wychwyciły cienką wiązkę ciepłego światła wydobywającego się ze szpary pod drzwiami. Pokonał kilka stopni i usłyszał perlisty śmiech kobiety. Na jego ciało wstąpiły zimne poty. Miał poczucie, że ryzykował dużo więcej, niż otrzymanie szlabanu - jakby stawiał na szali wszystko, co miał, jakby ta noc decydowała o jego dalszym życiu.
Nie mógł jej zawieść. Doskonale wiedział, że nie działał racjonalnie, że zależało mu o wiele bardziej, niż powinno. Czasem przeklinał się w duchu, że tak było. Ale o wiele częściej myślał, że to szczęście, móc poświęcić samego siebie dla kogoś innego. Kogoś, kogo się kocha. Czy było w tym coś złego?
Wypuścił powietrze i powoli uchylił drzwi. Kobieta zniknęła. Przemknął się przez Salę Wejściową i wyszedł na Błonia. Na dworze powietrze było mroźne, wczesnowiosenne. Okrył się dokładniej szatą i skierował kroki w kierunku jeziora. Czekała na niego przy wielkim głazie niedaleko zamku. Jej widok wywołał w nim burzę emocji, poczuł ściskanie w żołądku. Nie okazywał tego. Jego twarz była skamieniała, a oczy zimne. Robił to już tyle razy, że sztukę maskowania uczuć wyćwiczył niemal do perfekcji. Kiedy ich spojrzenia spotkały się, zadrżał z podniecenia, niezauważalnie. Ostatnio tak rzadko na niego patrzyła. Przez cztery lata w Hogwarcie ich relacja uległa wypaleniu, pokazując, jak wiele ich różniło. Teraz stali pod gołym niebem, obserwowani jedynie przez gwiazdy, jakby znowu byli dziećmi.
Otworzył usta, chcąc zakończyć narastającą ciszę, ale przerwała mu jednym gestem.
- Sev... martwię się o ciebie.
Martwiła się o niego.
- Wciąż zadajesz się z Averym i Mulciberem. Wiesz, co oni zrobili tydzień temu...
Doskonale wiedział. Severus był świadkiem, jak jego najlepsi przyjaciele wyzywają ją od szlam. Na samo wspomnienie gotowała w nim się woda. Ale nie mógł powiedzieć im, co o tym myśli. Byli jednymi z niewielu ludzi w szkole, którzy nie patrzyli na niego spode łba. Jeśli i oni się od niego odwrócą, zostanie zupełnie sam.
- Nie jesteś taki jak oni. Ja to wiem.
Po tych słowach schyliła się, aby podnieść leżącą na ziemi, materiałową torbę i zaczęła iść w kierunku zamku. W głowie kotłowało mu się pełno myśli. Jedna, wyjątkowo silna wołała "Pobiegnij, przytul ją i nie puszczaj". Nie zrobił tego. Nie miał zamiaru jej zatrzymywać. Tylko słabeusze ulegają takim bezsensownym emocjom. A on nie był słaby. Pozwolił jej odejść.

Edytowane przez Angelina Johnson dnia 17.07.2016 21:47
 
Angelina Johnson
PRACA B - Margaret Black



Zemsta za zemstę jest tylko powodem do zemsty




- ... i stało się wówczas tak, że oskarżono ich o zdradę, i czary, i morderstwa, o wszystkie najgorsze zbrodnie, a nawet połowa nie była ich winą. Obdarto ich z honoru i odebrano wszelkie prawa, a nawet te, których nie posiadali.

Część z nich uciekła przez morze w stronę Brytanii, a nawet i dalej, do Skandii (a wraz z nimi brat króla, książę Salzar, który miał zginąć z rąk skrytobójcy, a któremu jedynie oni pozostali wierni). Wielu jednak zostało złapanych przez królewskich rycerzy (podobno on sam był charłakiem, ale o tym nie mówi się głośno).

Niewielu uciekających, a jeszcze mniej ich oprawców, znało powód Wielkiej Czystki, jak to wtedy nazywano. Sądzili, że chodzi o jakąś większą, podniosłą sprawę, o sprawę dla której warto narazić życie. No cóż mylili się. Królowi (bo to on stał na czele wojsk rycerskich) nie przyświecał żaden z wyższych celów, nie próbował nawet udawać, że tak jest. Chodziło o sprawy osobiste. A musicie wiedzieć, że gdy jest się królem władającym oddziałami zbrojnych, trudno oprzeć się pokusie zadania dotkliwszych ran swoim wrogom.

Ogłosił więc magów, wszystkich, bez wyjątku, o zdradę królestwa, pogaństwo i wszystko co w tamtych czasach uważane było za zbrodnie. Możecie zapytać: "I w czym problem? Nawet najostrzejszy miecz nie ma szans w starciu z czarodziejską różdżką". Mielibyście pewnie rację. Ale król nie był głupcem. Zdawał sobie sprawę ze swoich słabości.

W zamkach wszystkich baronów, w większości miast, a nawet w kilku mniejszych wioskach mieszkał chociaż jeden czarodziej. Miejscowe wróżbitki, zielarze, czy zwykli magicy - żaden z nich nie wiedział, że w nocy podpisano dekret, wydający ich wszystkich na śmierć. Jak każdego ranka udali się do pracy, odwiedzić przyjaciół, czy zrobić zakupy na targu i każdy z nich został otoczony przez tuzin królewskich rycerzy. Biedy magicy, oj biada im!

Nie chcieli walczyć z ludźmi, których uważali za sprzymierzeńców. Większość poddała się dobrowolnie, a ci, którzy stawiali opór, kończyli ze sztyletem wbitym głęboko w pierś. Ci czarodzieje, którzy mieszkali na zamkach, nie doczekali nawet poranka. Pod osłoną nocy, zostali zaatakowani, nie mając szans na obronę.

Kilku uciekło, schowało się w lesie. Większość nie miała jednak szans na przeżycie. Gdy wieść o dekrecie się rozeszła, rozpoczęła się wielka nagonka. Czarodzieje mieszkający w lasach, czy na pustkowiach, szybko szykowali się do opuszczenia kraju. Wszyscy mieszkańcy wiosek i miast przyłączyli się do łapania magicznych. Za każdego z nich otrzymywali sowitą zapłatę. I tak matki wydawały córki, synowie ojców, przyjaciele przyjaciół, a sąsiedzi sąsiadów. Nikt nie był bezpieczny.

Schwytano uczniów, którzy uczyli się dopiero zaklęcia światła i starców, którzy o własnych siłach nie wstawali z łóżek. Wielu, oj wielu zaufało niewłaściwym osobom, a jaszcze więcej złapano na łowach (naprawdę urządzano na nich polowania. Za każdą szatę płacono srebrem, za różdżkę r11; złotem). Możecie mi wierzyć - nigdy więcej na świecie nie było tak brutalnych czasów, jak wtedy, gdy zgodnie z Dekretem Zdrajców, polowano na Czarodziejów.

A później, gdy wszyscy, którzy nie umknęli zostali złapani, rozpoczęły się egzekucje. Krwawe widowiska. Krwawe i brutalne. Każdy mieszkaniec stolicy miał obowiązek je oglądać (z wyjątkiem starców i obłożnie chorych). Przed szafotami gromadziły się tłumy. Krzyczały oszalałe, zapominając, że przed ich oczami mordowano niewinnych. Powieszano ich. Palono na stosie. Ścinano im głowy. A oni przez cały ten czasu - dumni, wyprostowani, wykrzykiwali błagania do Merlina i zaklęcia, które już dawno straciły swą moc. Nikt ich nie słuchał.

Jeden mały chłopiec, nie więcej niż dziesięć lat, jeszcze dziecko, stojąc na szafocie, zdjął z szyi srebrny amulet i rzucił go w tłum. Na wewnętrznej stronie, dziecięcym pismem wyskrobane było "Wybaczam".

Ostatni pozostali Czarodzieje mieli skończyć spektakularnie. Zarazę trzeba był wypędzić. Zdrajców trzeba było ukarać. Dla zemsty. Dla zemsty Oszalałego Króla - brata Salzara, za którego głowę, osobiście ustalił nagrodę.

Ostatni czarodzieje (było ich zaledwie kilkunastu - nie próbowali nawet uciekać), szli na śmierć ubrani w obszerne szaty, z tiarami na głowie i połamanymi różdżkami w rękach.

Tylko ich krzyki zdołały przebić się ponad wiwaty tłumu.

---


Młody profesor Binns zaszklonymi oczami spogląda na uczniów wbiegających do klasy. Na radosnych uczniów, którzy kilka dni temu - zaraz przed rozpoczęciem roku szkolnego, kupili swoje pierwsze różdżki. Odwraca wzrok, zaglądając do położonej na biurku książki.

- Dzisiaj omówimy pierwszą bitwę goblinów pod wodzą Gablinosa Niskiego - rozpoczyna cichym, zachrypniętym głosem.

W rękach obraca srebrny amulet, przekazywany w jego rodzinie z pokolenia na pokolenie, mając nadzieję, że jego pierwszy właściciel mu wybaczy.

Niektóre sprawy lepiej przemilczeć. Opowieść o zemście potrafi wywołać tylko i wyłącznie chęć zemsty.

Edytowane przez Angelina Johnson dnia 17.07.2016 21:48
 
Angelina Johnson
PRACA C - KHZP


Aah.... Bólu już prawie nie czuję... Patrzę tylko na nią. Podziwiam ją. Jest na prawdę twarda. Twardsza ode mnie. Ile to razy udowadniała wszystkim, że jest ponad wszystkie drobnostki życia doczesnego? Ból to drobnostka? Patrzy na mnie. A ja patrzę na nią. Zostaliśmy już tylko my. Nic więcej. My i nasza tajemnica. Nikt, żadne zło już nas nie rozdzieli. Kiedy wreszcie to się skończy!?! Ten stan jest tak przerażający... Ale z nią... Z nią czuję się bezpieczny. Alicjo! Ah... Nie słyszy mnie. Już nic nie ma... Patrzę w jej oczy, zmęczone jak moje, gdzie wszystko jest pogrążone w mroku, ale zło przegra. Te oczy mówią wszystko. Nasz koniec, nasze poświęcenie nie pójdzie na marne... Mały będzie nas znał jako bohaterów, a przyjaciele będą ocaleni. Nie! Znika... Znika, a ja nie mogę do niej podejść. Ślepnę. Tracę ją. Tracimy się wzajemnie... Gdzieś w oddali słyszę szum. Ale nie widzę tego światełka. Gdzie jest koniec? A może to nie koniec. Ważne, że jesteśmy razem, bez końca...




- Frank Longbottom - torturowany

Edytowane przez Angelina Johnson dnia 17.07.2016 21:48
 
Angelina Johnson
PRACA D - fuerte


Szpital św. Munga każdego dnia przyjmował pacjentów dotkniętych urazami, które nie śniły się czarodziejom. Czasami powodem była przekręcona formuła zaklęcia, innym razem imanie się dziedzin magii, dla których praktykowania wymaga się ogromnej wiedzy i mocy. Nie mniej przypadków spowodowanych było głupotą rodziców, którzy - ku uciesze pociech - zostawiali swoje różdżki na widoku. Znaczna część tych zdarzeń zostawiała jednak ogromne spustoszenie w ciałach pacjentów i nie wszyscy wychodzili z nich cało.

Kiedy Hermiona przemierzała korytarze szpitala, chcąc nie chcąc widziała przez niedomknięte drzwi wykrzywione w grymasie bólu twarze czarodziejów, rany ziejące z ich trzewi, paskudne wysypki, czy amputowane kończyny. Chociaż żołądek podchodził jej do gardła, kiedy obserwowała świeże przypadki, przelatujące obok niej na niewidzialnych noszach, i tak w głębi ducha wiedziała, że z najgorszymi urazami borykają się pacjenci piętra czwartego. Przekonała się o tym doskonale kilka lat wcześniej, kiedy razem z Harrym i Ronem przypadkowo trafili na mieszkającego tam Gilderoya Lockharta i Neville'a odwiedzającego swoich rodziców. Niestety, wdrapując się powoli po schodach na trzecim piętrze, co robiła codziennie przez ostatni tydzień, kolejny raz musiała przygotować się na przeżycie godziny w najbardziej ponurym miejscu w magicznej części Londynu.
Pchnęła przeszklone drzwi, na których widniał napis "Piętro IV. Urazy pozaklęciowe" i niemal od razu poczuła chłód, jak gdyby minęło ją całe stado dementorów. Nie pomógł nawet na wpół znudzony, a na wpół przesadnie słodki uśmiech krępej uzdrowicielki, która czytała w recepcji "Proroka Codziennego".
- Pytał o panią - powiedziała śpiewnym głosem kobieta i skinęła na pokój na końcu korytarza.

Hermiona kiwnęła tylko głową, myśląc kolejny raz tego tygodnia, że to miejsce przypomina szpitale psychiatryczne z tandetnych mugolskich horrorów, które oglądała jako mała dziewczynka ze starszym kuzynostwem. Minęła pokój, w którym do tej pory mieszkali Lockhart i Longbottomowie i ruszyła w stronę białych drzwi, znajdujących się naprzeciwko niej. Kilka chwil później uchyliła je ostrożnie, wsuwając tylko głowę do pomieszczenia.
Harry leżał na zasłanym łóżku z ramieniem założonym za głowę. Na brzuchu opierał książkę, której tytułu Hermiona nie mogła dostrzec i kiwał bosymi stopami w nerwowym rytmie. Patrzyła na niego przez moment, ale nagle drzwi skrzypnęły, więc gwałtownie odwrócił głowę w jej stronę.
- Cześć - powiedziała, podchodząc do łóżka. - Nie chciałam cię przestraszyć.
Harry utkwił w niej badawcze spojrzenie, a po chwili uśmiechnął się tak szeroko i radośnie, że aż łzy zakręciły się jej w oku. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz widziała ten uśmiech. Zresztą, żadne z nich nie robiło tego przez bardzo długi czas i zaczęła podejrzewać, że mięśnie twarzy odpowiedzialne z ten ruch przestały już u niej działać.
Harry był świadomy, ale nie zdawał żadnych pytań i Hermiona nie wiedziała, jak się zachować. Czy pamiętał, jak miesiąc po hogwarckiej bitwie w jednej sekundzie po prostu się wyłączył? Jak razem z Ginny znalazły go na podłodze w pokoju w Norze, kiedy martwymi oczami wpatrywał się w sufit? Zdawał sobie sprawę z tego, gdzie jest i dlaczego?
- Neville pożyczył mi książkę - odezwał się Harry.
Hermiona uniosła brew. Nikt poza nią i Weasleyami nie wiedział, gdzie jest bohater całego czarodziejskiego świata.
- Spotkaliśmy się na korytarzu - dodał, jakby w odpowiedzi na jej zdziwioną minę.
- Wyszedłeś z pokoju? To wspaniale!
- Mam problem z głową, nie z nogami - zażartował i przez ułamek sekundy moment jego zielone oczy rozbłysły.
Zaraz jednak jego twarz z powrotem pobladła i znów wyglądał na chorego.
- Czy Ron i... Ginny... - zaczął i utkwił w niej spojrzenie.
- Czują się już lepiej - odparła Hermiona, ale nie było to do końca zgodne z prawdą. Ron faktycznie radził sobie nieźle, ale czasem zastawała go samego w pokoju z zaczerwienionymi oczami. Ginny z kolei była zdecydowanie bardziej otępiała i obojętna na wszystko, co działo się wokół. - Ron był tu ze mną przedwczoraj. Obiecał, że jutro wpadnie. Pomaga George'owi postawić Magiczne Dow**** Weasleyów na nogi.
Harry pokiwał głową ze zrozumieniem, ale myślami znowu był daleko. Hermiona miała nadzieję, że jego powrót do świata żywych nie był tylko chwilowym rzutem, który przyniesie ze sobą coś o wiele gorszego.
- Może zagramy w Eksplodującego Durnia? - zaproponowała, wyjmując karty z torebki.
- Jasne. Nie ma tu wielu rozrywek...

Rozegrali kilka partii, które ku szczerej radości Harry'ego Hermiona przegrała z kretesem. Nigdy nie lubiła tej gry, ale tym razem gorycz porażki rekompensował uśmiech jej najlepszego przyjaciela.
Kiedy niecałą godzinę później wychodziła z korytarza na IV piętrze, zerknęła mimochodem w stronę pomieszczenia, w którym od lat przebywali Longbottomowie i Lockhart i zobaczyła, że Neville siedzi przy łóżku swoich rodziców. Zawahała się przez moment, nie chcąc przerywać intymnego momentu, ale coś kazało jej wejść do środka. Na jej widok Neville wstał z krzesła i podszedł się przywitać.
- Co u Harry'ego? - zapytał, zerkając w stronę swoich rodziców.
- Lepiej, ale nie wiem, jak długo to jeszcze potrwa - odparła Hermiona.
- A jak ty to wszystko znosisz?
Uderzyło ją to pytanie. Tak naprawdę odkąd po bitwie wszyscy wrócili do domów, nikt jej o to nie zapytał. Nie miała do nikogo pretensji, ale uświadomiła sobie, że jest potwornie zmęczona.
- Czy ja wiem, jakoś - przyznała. - Teraz chyba będzie już tylko lepiej.
Neville pokiwał głową. Jego matka podniosła się z łóżka i próbowała założyć na nogi puchate kapcie.
- Przepraszam cię, ale muszę... - mruknął.
- Jasne, trzymaj się - powiedziała, siląc się na uśmiech i uścisnęła go.
- Daj Harry'emu trochę czasu - szepnął jej do ucha, odwzajemniając uścisk. - Dzięki niemu już żadne dziecko nie będzie musiało odwiedzać rodziców, którzy postradali zmysły od tortur Śmierciożerców. Bycie bohaterem zawsze ma swoją cenę. Harry właśnie ją płaci, ale jest już na końcu drogi.
"Wszyscy płacimy", pomyślała Hermiona i ruszyła w stronę wyjścia.

Edytowane przez Angelina Johnson dnia 17.07.2016 21:49
 
Angelina Johnson
PRACA E - nati Black


James Syriusz Potter ostrożnie wędrował po korytarzach Hogwartu. To nie pierwsza taka wycieczka, jaką urządzał sobie młody czarodziej, lecz dużo ostrożniejsza niż jakakolwiek wcześniej, bowiem tym razem śledził odwiecznego wroga swojej rodziny. Malfoya.
- Gdzie on, na Merlina się podział? - warknął wściekle na siebie i po raz kolejny zaczął przeglądać Mapę Huncwotów. Po raz ostatni widział chłopaka na siódmym piętrze a potem ten jakby wyparował. Potter westchnął rozczarowany i już miał wracać do wieży, kiedy w ścianie przed nim pojawiły się drzwi. Zanim zdążył zrobić cokolwiek, te otworzyły się i wypadła przez nie Emily Malfoy, starsza o rok siostra Scorpiusa. James znał dziewczynę, w końcu miał z nią większość lekcji, jako że byli na jednym roku, ale wydawało mu się, że dziewczyna jest zbyt nieśmiała i za nic nie wyszłaby z własnego dormitorium w nocy.
- McGonagall, potrzebna mi McGonagall - wyszeptała przerażona i ruszyła biegiem korytarzem jednak nie wiedząc, czemu wpadła prosto na Jamesa, ukrywającego się pod peleryną niewidką, którą dostał od ojca w dniu rozpoczęcia szkoły. Materiał zsunął się z głowy chłopaka, gdy wylądował na zimnym kamieniu z jawnie zaskoczoną dziewczyną na sobie. - Potter? Co ty tu robisz, na Salazara?
- Ciebie mógłbym spytać o to samo - odparł równie zdziwiony, co ślizgonka. Wpatrywali się w siebie w milczeniu, zastanawiając się, jakim cudem musieli trafić akurat na siebie nawzajem dopóki nie przerwał im głośny huk dochodzący zza drzwi, przez które przed chwilą wybiegła dziewczyna.
- O nie, to za szybko! - Malfoy poderwała się na równe nogi i odruchowo wyciągnęła rękę przed siebie, by pomóc wstać gryfonowi. James uniósł brew, ale przyjął pomoc, drugą ręką do końca ściągając z siebie pelerynę. Już otwierał usta by jakoś podziękować, ale od razu został pociągnięty w stronę gabinetu dyrektorki. Nim dobiegli do schodów coś wyłamało wciąż widoczne drzwi. - O cholera! - pisnęła Emily przyśpieszając biegu.
- Co tam jest?! - krzyknął James, gdy na łeb na szyję zbiegali po schodach, by po chwili znaleźć się na korytarzu na szóstym piętrze.
- Nie, co, a kto - poprawiła go dziewczyna. - Mój brat!
- Że co?! - wrzasnął zdziwiony. Nigdy nie przypuszczałby młody Malfoy, aż tak przeraził własną siostrę. Zawsze sprawiali wrażenie kochającego się rodzeństwa i bardzo o siebie dbali, ale kto tam zrozumie tą dwójkę. Zwłaszcza po zniknięciu ich ojca, a minęło już ładnych parę lat od tego wydarzenia.
- Później - wysapała dziewczyna zatrzymując się przed gargulcem strzegącym wejścia do wieży. - My do dyrektor McGonagall! To bardzo pilne!
- Pani dyrektor nie ma obecnie u siebie.
- Co?! Przecież jest druga w nocy! - Dziewczyna podniosła wzrok znad zegarka. - Musi być!
- Dyrektor tu nie ma - powtórzył z naciskiem kamienny posąg.
- Słuchaj, nie wiem, czemu boisz się tak bardzo swojego brata, ale oboje jesteśmy na piątym roku. Damy sobie z nim radę. - Odezwał się Potter, kiedy zszokowana dziewczyna wciąż wpatrywała się w nieruchomego strażnika.
- Nie masz pojęcia, o czym mówisz Potter. Teraz to nie jest tylko mój brat, ale śmiertelne niebezpieczeństwo zagrażające także tobie! I po co łaziłeś dzisiaj po szkole, no, po co?!
- Ej! Twój brat dziwnie się zachowuje ostatnio, chciałem wiedzieć, co się z nim dzieje!
- Ty i ta twoja gryfońska ciekawość! Tata miał rację, kiedy mówił, żeby na was uważać!
- I po co tak wrzeszczysz?! Twojego ojca nie ma od sześciu lat i pewnie i powiesz jeszcze, że nie wiesz, co się z nim stało!
Emily napłynęły łzy do oczu i James zrozumiał, że trochę przesadził. Rodzeństwo Malfoyów zawsze reagowało zbyt gwałtownie na słowa o swoim ojcu, jednak tym razem dziewczyna nawet nie zaczęła się na niego wydzierać.
- Wiem, dlaczego wyszedł tamtego dnia z domu, ale nie mam pojęcia, czemu nie wrócił. Mówił, że zna kogoś, kto jest w stanie pomóc Scorpiusowir30; - Głos dziewczyny załamał się na chwilę, ale jakoś się pozbierała. - Przysięgnij mi, że nikomu o tym nie powiesz, że zabierzesz tą tajemnice do grobu, co może nadejść szybciej niż się tego spodziewaszr30;
- O czym ty mówisz? Malfoy, znów ważyłaś jakiś niepewny w skutkach eliksir? - spytał chłopak przypominając sobie ubiegły rok, gdy dziewczyna prawie wysadziła jakąś starą klasę w powietrze.
- To nie jest śmieszne, Potter, po prostu mi to obiecaj!
- Okej, niech ci będzie - odparł ostrożnie widząc determinację na twarzy dziewczyny i czując, że z każdą minutą coraz bardziej ściska jego dłoń, którą, tak na marginesie nadal nie puściła.
- Scorpius jest przeklęty. Nie wiem, przez kogo i jak, ale właśnie przez to mój tata zaginął. Wcześniej nie było żadnych objawów, jednak ostatnio Scorp zaczął się robić coraz dziwniejszy, a w każdą pełnię szaleje. A dzisiajr30; dzisiaj była jego pierwsza przemiana. - Dziewczyna nabrała powietrza i spojrzała swojemu niepisanemu wrogowi prosto w oczy. - Mój brat jest wilkołakiem, jednak nie został pogryziony, tylko przeklęty ir30; I prawdopodobnie dzisiejszej nocy zginiemy, bor30; Przepraszam James za to wszystko, ale on właśnie stoi za tobą.
Potter przez chwilę wpatrywał się w szoku w dziewczynę, bo po raz pierwszy usłyszał jak wymawia jego imię, jednak po chwili wszystko inne zaczęło do niego docierać. Scorpius Malfoy jest wilkołakiem!
Odwrócił się powoli, czując jak Emily ściska mocniej jego dłoń i mimowolnie odpowiedział tak samo na jej gest. Kilka metrów przed nimi stał gotowy do ataku, średniej wielkości, srebrno-biały wilkołak. James przełknął ostrożnie ślinę widząc jak ogon zwierzęcia zaczyna powoli się poruszać a pysk otwiera się jakby w mimice wrednego ludzkiego uśmieszku.
- Odwrócę jakoś jego uwagę a ty stąd uciekaj, dobrze? - szepnęła do niego Emily, na co wilkołak spiął się jeszcze bardziej.
- Zwariowałaś? - zdziwił się James, jednak on także nie podniósł głosu. Zrozumiał, że, mimo iż jest gryfonem i jednym z wrogów rodziny dziewczyny, ta za nic w świecie nie chciałaby coś mu się stało. - Mam inny plan, ale musisz mi zaufać.
- Niech ci będzie - odpowiedziała po chwili, kiedy oboje wpatrywali się w to, czym teraz był jej brat.
- To słuchaj, ja odwrócę jego uwagę a ty uciekajr30;
Emily nie zdążyła nawet zaprotestować, gdy Potter wyrwał dłoń z jej uścisku i rzucił się do przodu, dokładnie w momencie, kiedy zwierz zrobił to samo. Dziewczyna krzyknęła przerażona i chciała rzucić się za chłopakiem, jednak ten zrobił coś, czego się w ogóle nie podziewała. W biegu przemienił się w potężnego wilka i starł się w śmiertelnej walce z jej bratem.
- Nie! - wrzasnęła przerażona, kiedy pobliska ściana została umazana krwią jednego z walczących. Sama potyczka nie trwała długo, widać było, że James jest bardziej doświadczony w takich pojedynkach i szybko poradził sobie z przeciwnikiem. Malfoy uderzył z całej siły o posadzkę, kiedy wilk skoczył na niego z rozpędu i stracił przytomność. Dziewczyna doskoczyła do Pottera, który wciąż w swej zwierzęcej postaci stał obok Scorpiusa, jednak widać było jak bardzo trzęsą mu się łapy. Złapała jego pysk zanim zwalił się ciężko na podłogę i wtedy położyła go sobie na kolanach. Patrzyła na wilka leżącego przy niej i swego brata w wilkołaczej postaci całkiem nie wiedząc, co robić. Na szczęście na schodach usłyszała kroki i już po chwilę na korytarzu pojawiła się profesor McGonagall razem z ich nauczycielem Obrony przed Czarną Magią, Nathanielem Nottem.
- Merlinie! Co się stało?!
- Pani dyrektor! Scorpius się dziś przemienił, chciałam o tym pani powiedzieć, ale spotkałam Pottera po drodze i jak tu przyszliśmy to pani nie było i zaskoczył nas Scorp i... I James mnie uratował - opowiedziała dość chaotycznie historię dziewczyna.
- Ale gdzie jest Pan Potter? - Jakby w odpowiedzi na jej słowa chłopak zebrał w sobie ostatnie siły i przemienił się z powrotem w człowieka. Jednak syknął z bólu złapał się za ranę na boku i zemdlał.
- Pani dyrektor? Chłopak musi natychmiast szpitala. Tak samo młody Malfoy, nie wiemy, w jakim jest stanie. - Znad ciała wilkołaka podniósł się profesor Nott i wyczarował nosze. - Panna Malfoy też powinna się tam udać, przyda się jej coś na uspokojenie.
Emily wpatrywała się w twarze Jamesa Pottera i swojego nadal nieodmienionego brat, a w myślach błagała wszystkich wielkich czarodziejów, włączając do tego grona nawet Gryffindora, by zrobili wszystko, aby ta dwójka wróciła do zdrowia.

Edytowane przez Angelina Johnson dnia 17.07.2016 21:51
 
Angelina Johnson
PRACA F - gordian119


TO WSZYSTKO NA NIC


Zwykłe czwartkowe popołudnie. Gregory, jak co dzień, siedzi u siebie w biurze i wykonuje normalną robotę - normalny dzień, taki jak każdy inny. Musi przejrzeć jeszcze kilka dokumentów. Zerka na zegarek na biurku. Jest dokładnie godzina 18:42. Gregory otwiera szufladę i wyjmuje z niej swoją różdżkę. Podchodzi do okna i otwiera je. Z okna nie widać nic innego, jak tylko kolejne piętrzące się wieżowce. Mężczyzna nie ma pojęcia, dlaczego to robi, po prostu czuje, że musi to zrobić, zupełnie jakby od tego zależało coś ważnego. Wyciąga różdżkę przed siebie, celując nią w najbliższy budynek. Avada kedavra! - krzyknął na całe gardło. Z jego różdżki wystrzeliła jadowicie zielona, oślepiająca wiązka światła. Uderzyła o sąsiedni budynek, ale ściana ją zatrzymała. Zaklęcie odbiło się rykoszetem i trafiło w tego, którego różdżka je wystrzeliła. Gregory poczuł ogromne pieczenie w miejscu, w którym zaklęcie ugodziło, a potem... wszystko zgasło. I nic już nie istniało. Tylko ciemność, nicość. Znowu...
Gregory obudził się w środku nocy, zlany zimnym potem. Po raz kolejny przyśniło mu się dokładnie to samo. Już którąś noc z rzędu miał dokładnie ten sam sen, w którym nie wiadomo dlaczego popełniał samobójstwo. A przecież nie miał nawet najmniejszego powodu, żeby to robić. Był właścicielem bardzo dobrze prosperującego przedsiębiorstwa produkującego miotły, z których korzystały najlepsze ligi Quidditcha. Spojrzał na swoją żonę, która spała w najlepsze. I dobrze, niech sobie śpi. Nie ma potrzeby denerwować się jakimś tam urojeniem swojego męża, przecież to zapewne nic nie znaczy. Tak, to po prostu efekt przemęczenia i stresu związanego z pracą. Może czas na jakiś urlop? Tak, trzeba będzie to załatwić... Gregory położył się z powrotem, choć już nie usnął.
Rano wyszedł jak co dzień do pracy. Po tradycyjnej wędrówce po labiryncie londyńskiego metra w poszukiwaniu odpowiedniego wyjścia, w końcu dotarł na miejsce. Wszedł do biura, nakrzyczał na kilku pracowników, po czym zasiadł do swojego biurka i zajął się przeglądaniem poczty. Nie był tam nic ciekawego, ot kilka zamówień na miotły. Odesłał je natychmiast sekretarce, która posłała je dalej, do fabryk. Teraz zamierzał zająć się swoim urlopem. Wyjął czystą kartkę papieru, pióro i kałamarz, po czym zabrał się do napisania listu do swojego zastępcy.

Drogi Benie!
Nie będzie mnie przez najbliższy tydzień, wyjeżdżam z rodziną na urlop. Zastąp mnie, proszę, w tym czasie.
Z poważaniem
Gregory


Wysłał sowę do swojego przyjaciela, po czym wrócił do dalszej pracy. Wieczorem, Ben wreszcie przybył. Przywitali się serdecznym uściskiem.
- Cześć, Gregory! Miło cię widzieć. - powiedział Ben dziarskim tonem.
- Cześć, stary! Mam trochę spraw do załatwienia, kłopotów z którymi muszę się uporać, nie mam za bardzo czasu, żeby tu siedzieć. Weź mnie zastąp... W końcu, musisz jakoś przygotowywać się do roli mojego następcy w firmie! - zaśmiał się Gregory, klepiąc kumpla w ramię.
Tak właśnie było. Ben był dyrektorem głównej fabryki i miał przejąć cały interes po tym, jak Gregory zdecyduje się na emeryturę. A to chyba mogło nastąpić już niedługo, bo Gregory dochodził już powoli do stanu załamania nerwowego z tego całego stresu, czego te sny były niezbitym dowodem. Za drzwiami czekała już jego żona, która rano obiecała mu podwózkę. Wtem, Gregory poczuł się jakoś dziwnie. Przez cały dzień dokuczał mu ból głowy, a teraz nagle przestał go odczuwać. Opuściło go także zmęczenie i stres, uszły z niego wszystkie smutki. Było to cudowne uczucie. Nie czuł nic, słyszał tylko głos, który zdawał się dobiegać ze środka jego głowy WRACAJ DO SWOJEGO GABINETU! Tak też zrobił, no bo dlaczego nie? Przecież było mu tak cudownie, tak błogo, że nie chciał wychodzić z tego stanu. Był gotowy zrobić wszystko. Robił zatem to, co podpowiadał mu głos w jego głowie. WYCIĄGNIJ RÓŻDŻKĘ! Tak też zrobił. Podszedł do okna, otworzył je, wycelował w ścianę sąsiedniego wieżowca i krzyknął Avada kedavra! Efekt był natychmiastowy. Zaklęcie odbiło się rykoszetem i Gregory padł trupem niemal natychmiast. A zegarek na biurku wskazał godzinę 18:42.
Kilka godzin później, już po zamknięciu biura, ciało szefa zostało odkryte przez sprzątaczkę. Ministerstwo natychmiast wszczęło śledztwo. Ale jedyne, do czego udało się dojść magicznym detektywom, to sposób, w jaki Gregory zginął. Okno było otwarte, a zaklęcie zostawiło ślad na budynku, nie trudno było się więc domyślić, co się stało. A jak dołożyć do tego fakt, że Gregory trzymał w ręku różdżkę, u której wykryto użycie klątwy Avada kedavra jako ostatniego zaklęcia, już wszystko stało się jasne r11; Gregory popełnił samobójstwo. Ale dlaczego to zrobił?
Na przesłuchanie do ministerstwa wezwano całą jego rodzinę oraz najbliższych współpracowników. Żona ofiary siedziała na ławce z twarzą ukrytą w dłoniach, pocieszana przez Bena. Czekali tak przez dobre kilkadziesiąt minut na zakończenie przesłuchiwania sekretarki. Kiedy już wyszła, funkcjonariusz wezwał na przesłuchanie Bena. Żona Gregory'ego uścisnęła go mocno, po czym Ben wszedł do pokoju przesłuchań.
- Proszę usiąść! - powiedział funkcjonariusz siedzący za biurkiem. Ben posłusznie zajął miejsce po drugiej stronie. - Proszę powiedzieć, jakie relacje łączyły pana z Gregorym Stepwordem?
- Byliśmy przyjaciółmi. - odpowiedział Ben. - Byłem jego zastępcą. Następnego dnia miał wyjechać na urlop, więc miałem go zastępować.
- Pan Stepword miał uczynić pana spadkobiercą, prawda?
- Tak. Do mnie miała należeć firma.
- Zatem miał pan powód, żeby zabić pana Stepworda, prawda? - zapytał funkcjonariusz, a Ben wydał się oszołomiony.
- No wie pan co...
- Przesłuchana wcześniej sekretarka zeznała, że pan Stepword zachowywał się jakoś dziwnie, tak jakby był pod wpływem zaklęcia Imperius.
- Nic nie zrobiłem, przysięgam! - krzyknął przerażony Ben, zrywając się z krzesła.
- Możemy to łatwo sprawdzić. - odpowiedział spokojnie funkcjonariusz. - Czy mógłby nam pan okazać swoją różdżkę?
- Oczywiście! - odpowiedział pewnie Ben i położył różdżkę na biurku.
Przesłu****ący go mężczyzna wziął ją do ręki i mruknął Priori Incantatem! Z różdżki wystrzelił bladoniebieski dym, który powoli zaczął się układać w słowo IMPERIUS.
- Czyli wszystko jasne! - powiedział spokojnie auror, spoglądając na białego już na twarzy Bena. - Pójdzie pan z nami, do Azkabanu.
Funkcjonariusze wyprowadzili Bena i zaprowadzili do więzienia czarodziejów, gdzie miał oczekiwać na proces za użycie zaklęcia niewybaczalnego i w konsekwencji doprowadzenie do śmierci swojego współpracownika, po którym miał odziedziczyć firmę. Żony Gregory'ego już tam nie było. Wyszła natychmiast po wprowadzeniu Bena na przesłuchanie, aby od razu założyć sprawę o przyznanie jej firmy po zmarłym mężu, bo przecież nie mogła ona trafić w ręce przestępcy, który miał już do końca życia gnić w Azkabanie i to jeszcze zabójcy jej męża, właściciela owej firmy. Jednak prawo czarodziejów w takich przypadkach przewidywało przejęcie firmy przez ministerstwo i wystawienie na sprzedaż. Na nic zatem zdało się to wszystko. Na nic było podawanie co wieczór mężowi eliksirów, które wzbudzały u niego te koszmary. Nic jej nie przyszło z rzucenia na męża zaklęcia Imperius, kiedy ten był w pracy, a ona czekała na niego z samochodem. Wreszcie nic nie dało zamienienie różdżek jej i Bena w momencie, kiedy rzuciła mu się w ramiona tuż przed przesłuchaniem. To wszystko na nic...

Edytowane przez Angelina Johnson dnia 17.07.2016 21:52
 
Angelina Johnson
PRACA G - poczwarkka


"A światło nie zawsze pomagało"


Wpatrywał się w mały płomyczek świecy. Kolejna się wypalała, a on podpalał drugą, zanim zgaśnie poprzednia. Nienawidził ciemności, czuł się wtedy taki... bezradny. Nienawidził bezradności.
Grimmauld Place 12 nie było domem pełnym miłości. Niemal w każdym zakątku domu coś się kryło - od boginów przez wydające się zwykłymi przedmioty, które mają na sobie jakąś czarno-magiczną klątwę, po głowy skrzatów straszących dzieci na każdym kroku.
Środek nocy, burza szalała za oknem, a on był sam. Nieważne, że w domu była matka. Nie można było zwracać uwagi także w tym wypadku na jego ojca czy Regulusa, który starał się być ukochanym synem rodziców. Kiedyś próbował szukać pocieszenia w takie noce jak ta u swojej matki, później u ojca. Na marne. Nie mazgaj się - mówiła matka.
- Jesteś Blackiem. Blackowie niczego się nie boją - Ojciec zawsze to podkreślał. Był Blackiem z krwi i kości, nie mógł się tego wyprzeć. Tym bardziej głupio się czuł, kiedy każdej nocy przed snem zapalał świecę i prosił skrzata domowego, aby dopilnował, by nie zgasła.

~*~*~


Jeszcze gorzej było, jak poszedł do Hogwartu. W domu miał swój pokój. Matka ani ojciec nigdy tam nie przychodzili, był to jego i tylko jego zakątek domu. W szkole nie miał oddzielnego pomieszczenia. W momencie, gdy euforia po dostaniu się do Gryffindoru przeszła, nastała noc. Jego towarzysze z dormitorium szykowali się do snu, a on siedział na łóżku blady spoglądając za okno. Nawet gwiazdy nie przebijały się przez grube warstwy chmur. Wszyscy w końcu się położyli, a pochodnia została zgaszona przez Remusa.
Syriusz na początku dobrze to znosił. Zamknął oczy i próbował usnąć wyobrażając sobie, że świeca się pali. Nie minęło dziesięć minut, a już czuł, jak głupie myśli zaczynają nachodzić mu do głowy. Od czasu do czasu przechodził przez całą długość jego ciała potężny dreszcz, który nie pozwalał usnąć. Nie wytrzymam tu dłużej, pomyślał panicznie przewracając się z boku na bok.
Przez chwilę nasłuchiwał, aż dosłyszał się trzech równych oddechów. Chłopaki spali, więc mógł bez zauważenia wyjść z dormitorium. Gdy tylko otworzył drzwi, głośno odetchnął. W kominku w pokoju wspólnym tańczyły wesoło ogniki.
Tej nocy nie wrócił do dormitorium.

~*~*~


Jego nowi koledzy zaczęli zauważać to, że Syriusz ma podkrążone oczy, a po nocce zamiast być wypoczętym, był jeszcze bardziej zmęczony. A on wydawał się nie zauważać tego, że chcą z nim na ten temat porozmawiać.
Kolejna noc, a on w momencie, kiedy znowu usłyszał trzy równe oddechy, wstał z łóżka i wyszedł do pokoju wspólnego. Usiadł przed kominkiem i wpatrywał się w płomienie.
- Dlaczego co noc tutaj przychodzisz? - Wzdrygnął się, kiedy zza pleców usłyszał głos Jamesa. Nie odpowiadał przez chwilę, a tamten usiadł obok niego. - Całe noce tutaj siedzisz i potem chodzisz po szkole jak zombie.
To były pierwsze dni szkoły. Nie chciał robić z siebie mięczaka. Był z Blacków, nie powinien się niczego bać, prawda?
- Ja... - Mimo swoich myśli, zdanie rboję się ciemnościr1; nie chciało przejść mu przez gardło.
- Nie będę się śmiał. - Gdy Syriusz spojrzał na niego z powątpieniem, dopowiedział kładąc sobie rękę na sercu - Obiecuję.
- Ech... niech ci będzie. Boję... - Syriusz mówił cicho. - Boję się ciemności - wycharczał niepewnie, a potem, gdy James nie zaczął się śmiać, dodał trochę pewniej - Nie mogę usnąć bez światła.
- Dlaczego wcześniej nie powiedziałeś? - zdziwił się James. - Gdybyś to zrobił, zostawilibyśmy zapaloną pochodnię na noc. Żaden problem ?
Syriusz nie odpowiedział. Siedzieli tak jeszcze kilkadziesiąt minut, ale ani im nie przeszkadzała cisza. Kolejnego dnia nikt nie zgasił światła w dormitorium, jednak nie skomentowali tego. Syriusz poczuł niemą wdzięczność. Ani tego roku, ani w ciągu następnych lat, nikt się nie dowiedział o palącej się pochodni w dormitorium Huncwotów. Syriuszowi wydawało się, że to wtedy stali się zgraną paczką przyjaciół.

~*~*~


Koniec szkoły przyszedł szybko. Za szybko, pomyślał Syriusz. Spojrzał na swoich przyjaciół, gdy wsiadali do pociągu. Każdy się uśmiechał, jednak Syriusz wiedział, co sobie myślą. Zostawiają za sobą Hogwart, kończą kolejny rozdział w swoim życiu. Cieszyli się z dobrych wyników, a jednak jemu podczas egzaminów przyszła do głowy absurdalna myśl, czy aby lepiej nie byłoby zawalić tego roku i wrócić do szkoły. Szybko oczywiście odrzucił od siebie tą myśl ,ale samo to, że przeszło mu to przez głowę... Zdał egzaminy bardzo dobrze, tak samo jak jego przyjaciele. I wiedział, że gdyby wrócił tu, do Hogwartu, następnego roku, to nie byłoby już to. Nie wyobrażał sobie nauki bez Jamesa, Petera i Remusa.
Gdy wszedł po schodkach do pociągu ciągnąc za sobą ciężki kufer, wiedział jedno; kończyło się dzieciństwo i zaczynało brutalne życie dorosłego, w którym nie ma miejsca na infantylny strach przed ciemnością.

~*~*~


Salon w małym domku Syriusza był pogrążony w ponurej ciszy. Wszyscy Huncwoci siedzieli przy stole wpatrując się w płomyk świecy, która była jedynym źródłem światła.
- Marlena nie żyje - stwierdził Syriusz, aby przerwać ciszę. Wszyscy bardzo dobrze o tym wiedzieli, ale chyba potrzebne było im to stwierdzenie. Uświadomiło im to, że jej po prostu nie ma. Nie ma i już nie będzie.
James nerwowo przewracał pustym kubkiem w dłoniach. Syriusz nieświadomie robił to samo. Musieli czymś zająć dłonie. Minęło pół godziny.
Musieli się z tym pogodzić i żyć dalej. Wstali bez słowa i mieli już się rozejść. Gdy Remus i Peter odeszli trochę dalej, Syriusz złapał Jamesa za rękę, który właśnie wstawał z krzesła.
- Następnym razem to może być któryś z nas. - stwierdził patrząc mu prosto w oczy.
- Wiem, Łapo - odpowiedział. - Jednak postarajmy się przeżyć tą wojnę, co?
- Przeżyjemy - rzekł z przekonaniem. - I nie rozdzieli nas zło. Ani ciemność.
Na twarzy Jamesa pojawił się cień uśmiechu, kiedy usłyszał ostatnie słowo. Każdy mógł zrozumieć to jak chce - dosłownie, czy w przenośni.
Ciemność nie rozdzieliła ich w pierwszej klasie i nie zrobi tego teraz.

~*~*~


Syriusz leciał na lśniącym motorze do Doliny Godryka. Właśnie przekroczył swoje wszystkie życiowe rekordy prędkości na motorze, ale nie zwracał na to uwagi. Jedyne, co do niego dotarło, to jedna myśl - przy odrobinie szczęścia uda mi się rozbić. Słyszał w głowie przemądrzały i karcący głos Lily, która zapewne zganiłaby go za tak szybki lot i nie potrafił myśleć, że ona nigdy więcej tego nie zrobi.
Już z daleka widział Mroczny Znak wiszący nad domem Potterów. Wylądował na ziemi i zszedł z motoru. Wszedł do ruiny, którą stał się budynek po ataku Voldemorta. Spojrzał na zwłoki Jamesa i nie potrafił uwierzyć, że on nie żyje. Nie mógł zginąć, prawda? Przecież mieli przeżyć, zatańczyć taniec zwycięstwa na grobie Voldemorta. A James... Tak po prostu umarł.
- Dlaczego mnie zostawiłeś, James? Dlaczego to zrobiłeś?! Mieliśmy przeżyć tą wojnę!
Kopnął w najbliższe kamienie, a potem uderzył pięścią w kredens, niszcząc jedyną ocalałą szybę w całym domu.
Nagle usłyszał jak przez mgłę płacz dziecka. Bardzo powoli dotarło do niego, że to Harry, jego chrześniak. Powinien się nim zająć.
Wszedł na górę po rozlatujących się schodach i szybko znalazł pomieszczenie, z którego dobiegał płacz. Nie widział Lily, która leżała obok łóżeczka dziecka. Nie zauważył też, kiedy bierze chrześniaka na ręce czy paskudnej blizny na jego czole. Trzymał go w ramionach, bo wiedział, że powinien to zrobić.
Zszedł na dół. Do budynku ktoś wszedł, a po chwili Syriusz zarejestrował wzrokiem Hagrida. Powiedział coś do niego, a Syriusz mu odpowiedział; nawet nie wiedział, co dokładnie. Dotarło do niego to, że Hagrid chce wziąć Harry'ego. Syriusz w końcu zaczął kontaktować. Nie może oddać Hagridowi dziecka. To syn Jamesa, pomyślał. Jestem jego chrzestnym. To ja powinienem się nim zaopiekować. James tego chciał, skoro zrobił mnie chrzestnym. Hagrid jednak powołał się na nazwisko Dumbledore'a i Syriusz nie mógł już nic więcej zrobić, jak tylko dać dziecko pół olbrzymowi.
- Weź mój motor - wycharczał. - Mnie się już do niczego nie przyda.
Hagrid zgodził się na to i po chwili został sam. Został sam, chociaż James leżał obok niego na podłodze. Sam, chociaż Lily leżała na piętrze obok dziecięcego łóżeczka. I nie mógł w to uwierzyć. Oni nie mogli go zostawić.
Syriusz spojrzał na swojego przyjaciela ostatni raz - wiedział, że powinien już iść. Żyć dalej i... zemścić się.
Nie czuł zimna październikowej nocy ani bólu ręki, w której tkwiły odłamki szkła. Nie słyszał głośnego trzasku ognia czy ryku powoli oddalającego się motoru.
Czuł tylko bezradność, gdy widział puste oczy Jamesa i tym razem nawet światło nie mogło mu pomóc.

Edytowane przez Angelina Johnson dnia 17.07.2016 21:53
 
Angelina Johnson
PRACA H - Shanti Black


"Brat na wieki"


Mój kochany uduchowiony bracie.
Drogi George'u
Kochany braciszku.

Zadomowiłem się tutaj. Mimo, że ciągle nie mogę przyzwyczaić się do wielu nowych rzeczy, czuję się tutaj naprawdę bardzo dobrze. Spotkałem tutaj rodziców Harry'ego. Są naprawdę bardzo dumni z syna i wdzięczni, że tak mu pomogliśmy. Lily jest bardzo szczęśliwa, że znalazł przyjaciół i prawdziwą rodzinę. Zaopiekowała się mną, tak jak nasza mama jej synem kilka lat temu. Jest naprawdę wspaniała. Uwielbiam, gdy opowiada historie ze swojego dzieciństwa. James to typowy żartowniś i bardzo pozytywny człowiek. Nie uwierzysz, co tu się dzieje, gdy z Syriuszem i Remusem zaczną wspominać stare czasy, kiedy uczęszczali do Hogwartu.
Wiem, że jesteś przytłoczony faktem, iż nie ma mnie przy Tobie. Ale, George, to nie jest prawda. Ja jestem i zawsze będę gdzieś w pobliżu. Może nie cieleśnie i nie będziesz mógł mnie zobaczyć, ale będę Ci towarzyszył, dokądkolwiek pójdziesz. Obiecuję Ci, że mimo wszystko będę zaraz za Tobą. Nieważne jak, nieważne gdzie. Zawsze możesz na mnie liczyć. Jeśli czasem zobaczysz światło jaśniejsze, niż lampa powinna dawać, to ja, oświetlam ciemność i pustkę Twojego serca, byś nigdy nie zabłądził w jej mroku. Jeśli usłyszysz czasem kroki, to ja sprawdzam, czy nie zamykasz się ze swoimi problemami sam, zamiast wyjść do ludzi. Jeśli poczujesz, że ktoś przy Tobie jest, to ja, czuwam i moja w tym głowa, by nie stało Ci się nic złego.
Dlatego błagam Cię, kochany bracie, wyjdź do ludzi. Zacznij wychodzić z naszego ze swojego pokoju nie tylko na posiłki. Przestań wpatrywać się martwym wzrokiem w nasze wspólne zdjęcia. Uprzątnij w końcu moje rzeczy, może komuś się przydadzą. Ubrania przecież można oddać potrzebującym. A Magiczne Dow**** Weasleyów? Masz zamiar porzucić lata naszej pracy? Lata, które poświęciliśmy na rozkręcenie tego interesu? Przecież to nie może pójść na marne. Wiem, że jest Ci ciężko, mnie również, ale musisz iść na przód, bo ja jestem szczęśliwy, a Ty? Kiedy ostatnio rozmawiałeś z Ginny? Ona też siedzi po nocach i płacze. Nie robi tego jednak z żalu po mojej śmierci, z tym pogodziła się już dawno. Ona płacze, bo wraz ze mną umarli jej starsi bracia. Tęskni za tymi wszystkimi wygłupami, grą w quidditcha, łapaniem gnomów... Rzeczami, które kiedyś robiliśmy wspólnie, a teraz tylko przypominają o stracie.
Wojna zmienia każdego, George. Zmieniła Ciebie, zmieniła mamę, tatę. Nikt nie będzie już taki sam, jak kiedyś. Ale trzeba iść dalej.
Bardzo za Wami tęsknię, czasem się budzę i żałuję, że nie ma Ciebie na łóżku obok, że mama nie krząta się w kuchni i nie krzyczy na tatę, gdy ten po raz kolejny przyniesie do domu jakiś przerobiony przez niego na magiczny mugolski sprzęt. Tęsknię za eksperymentowaniem z naszymi sprzętami. Nawet sobie nie wyobrażasz, jak czasami chciałbym znów znaleźć się wśród Was.
Tęsknię za Angeliną. Bardzo mi jej brakuje. Nie ma nocy, bym nie myślał o jej szczerym uśmiechu, jej pięknych orzechowobrązowych oczach, o niej... Proszę Cię, bracie, zaopiekuj się nią. Nie pozwól, by płakała i dopilnuj, by w końcu znalazła szczęście.
Pozdrów i uściskaj serdecznie mamę i tatę. Niech już się nie zamartwiają. Jedno z ich dzieci już zawsze będzie w dobrym miejscu. Będę tu na Was czekał.
Przepraszam, muszę kończyć. Łzy zaczynają zamazywać mi obraz, więc nie widzę, co piszę. Trzymajcie się. Odwiedźcie mnie czasem. Kocham Was wszystkich.

Fred
Ten przystojniejszy i mądrzejszy bliźniak

Edytowane przez Angelina Johnson dnia 17.07.2016 21:53
 
Angelina Johnson
PRACA I - Isabelle Black


Śnieg.

Biały puch obejmował każdy szczegół malowniczego krajobrazu Hogsmeade. Uczniowie chodzili między uliczkami, śmiejąc się, poszturch.ując i rozprawiając o nadchodzących świętach.

Nadia stała na ośnieżonym bruku przed Herbaciarnią Pani Puddifoot, wpatrując się przez szybę w uśmiechnięte twarze klientów. Ręce wciskała głęboko w kieszenie kurtki pilotki Nica, swojego przyjaciela, usiłując ogrzać zmarznięte dłonie. Jej oddech zamieniał się w parę.

Uśmiechała się. Była umówiona w tym lokalu z Nico i miała nadzieję, że może chłopak miał jej do powiedzenia coś, co zmieniłoby ich relację. W końcu zaprosił ją do najromantyczniejszego miejsca w całym miasteczku.

Ostatnimi czasy jej charakter zmienił się nie do poznania. Od zawsze była zamkniętą w sobie pesymistką i introwertyczką, nie potrzebującą do niczego towarzystwa innych. A teraz? Od kiedy poznała Nica stała się zupełnie odmiennym człowiekiem, dużo radośniejszym i czerpiącym satysfakcję ze swojego życia, nawet jeśli nie okazywała tego wszem i wobec.

Wychowywała się w czystokrwistej rodzinie, a mimo to okazywano jej uczucia od dnia jej narodzin. Jej rodzice, Teodora i Henry, nie byli w najmniejszym stopniu uprzedzeni do mugoli czy mugolaków, jak większość społeczności czarodziei czystej krwi, wręcz przeciwnie - byli na tyle ambitnymi ludźmi, że kultura oraz obyczaje mugoli były dla nich znane już od dawna.

Jednym z ich niemagicznych znajomych była pani Maria, matka Nica. Była bardzo miłą i życzliwą kobietą - ilekroć odwiedzała ich dom, zawsze zapraszała Nadię do włączenia się do konwersacji między nią a rodzicami dziewczyny.

Nadia wciągnęła z błogością słodki aromat pierniczków i gorącej czekolady unoszący się w powietrzu. Czuła wewnętrzny spokój, jakby jakiś głosik w środku jej serca podpowiadał jej, że ten dzień będzie jednym z najlepszych w jej życiu.

- Hej! Nadia! - usłyszała gdzieś obok siebie.

Spojrzała w stronę, z której dobiegał głos, a jej twarz mimowolnie znów rozjaśnił uśmiech. Luna biegła ku niej, obładowana jaskrawo ubarwionymi torbami i pudłami obwiązanymi w kolorowe folie do pakowania prezentów. Dziewczyna miała na sobie srebrną kurtkę, a jasne włosy zaplecione w warkocz opadały jej na ramię.

- Cześć, Luna - odparła Nadia, kiedy Luna dobiegła już do niej i właśnie przekładała prezenty tak, by mogła stabilnie stać. Nie chciała robić z siebie kolejnej wielkiej atrakcji na całe Hogsmeade. - Pomóc ci?

- Nie. - Luna pokręciła głową tak gwałtownie, że jedna torba wypadła spod jej ramienia. Jej zawartość rozsypała się na bruku, a Luna rzuciła się, żeby pozbierać swoje rzeczy. - Nie, dzięki.

Nadia jednak przykucnęła i zaczęła zbierać mazaki i farby do środka torebki. Zauważyła, że większość przedmiotów ma na zakrętce odręczny, neonowy napis: "Własność Luny Lovegood", tak jakby ich właścicielka naprędce nabazgrała na nich swoje nazwisko, kiedy pakowała je do torby po raz pierwszy.

- Dzięki. - Luna chyba naprawdę była zadowolona, że otrzymała pomocną dłoń od jej przyjaciółki mimo swoich własnych zaprzeczeń. - A tak w ogóle, to ładna sukienka. Nico się spodoba.

Nadia wstała z klęczek i otrzepała ubranie. Każdy w szkole wiedział, że pomimo dziwacznych akcesoriów z magazynu, który wydawał jej ojciec, Luna miała bardzo dobre gusta, jeżeli chodziło o ubrania, nawet jeśli ona wcale tak nie uważała i nie interesowała się modą.

Tamtego dnia rzeczywiście założyła czerwoną sukienkę od swojej matki, co wcześniej rzadko jej się zdarzało, lecz w miarę, jak zaprzyjaźniła się z Nico, jej upodobania co do ubioru nieco się zmieniły. Nie była tego świadoma, ale od tamtego czasu stała się nieformalnie jedną z najpiękniejszych dziewcząt w Hogwarcie.

- Dziękuję. Skąd wiesz, że czekam na Nico?

Luna wzruszyła ramionami. W tamtej chwili Nadii po raz któryś tego dnia pomyślała, że jej przyjaciółka wie o wiele więcej, niż wydawałoby się nawet jej samej.

- Wygadał mi się - oznajmiła ze śmiechem. - Chodź, chcę się napić herbaty. Otworzysz mi drzwi?

Nadia zaśmiała się cicho i pociągnęła za gałkę. Gdy tylko drzwi się otworzyły, niemal natychmiast odurzyła ją słodka woń ciasteczek czekoladowych i tortów roboty pani Puddifoot. Bardzo dobrze znała ten zapach; wiedziała, że Madame była dawną koleżanką jej matki i wzięła od niej kilka przepisów na słodkości, którymi zdobyła serca klientów.

Luna podskoczyła i popędziła do wolnego stolika, po czym zaczęła rozkładać prezenty na wolnych krzesełkach, jakby bała się, że ktoś może się do niej dosiąść. Nadia zachichotała, widząc, z jakim roztargnieniem jej przyjaciółka rozstawia torby i pudełka naokoło siebie.

Tuż nad sufitem latały zaczarowane mechaniczne ptaszki, latające między ludźmi i umilające im pobyt w herbaciarni. Ćwierkanie wydobywało się z ich małych gardziołek, zabarwiając atmosferę muzyką niby wziętą z natury. Jeden ptaszek przysiadł na ramieniu Nadii i odśpiewał kilka taktów nieznanej jej pięknej melodii, czym sprawił, że jeszcze raz się zaśmiała, tym razem bardziej radośnie. Nie wiedziała, co się z nią dzieje - dawniej nie śmiała się nawet w połowie tak dużo, jak teraz.

Wtedy ktoś zaśmiał się za nią i zanim zdążyła zorientować się, co się dzieje, odwrócił ją w swoją stronę. Nico stał nad nią, pochylając się, by móc spojrzeć jej w oczy. Przy nim wyglądała jak skrzat domowy; była od niego niższa o ponad głowę.

Nico był jej przyjacielem od trzeciej klasy Hogwartu - to wtedy po raz pierwszy dostrzegł ją pomiędzy innymi uczniami Ravenclawu, z którymi Gryffindor miał wtedy Transmutację. Na tamtej pamiętnej lekcji tak bardzo usiłował się przed nią popisać, że w nieuwadze zamienił kapelusz profesor McGonagall w gęś, czym odjął swojemu domowi pięć punktów. W tamtym momencie roześmiała się po raz pierwszy z czyjegoś powodu, a siedząca z nią w ławce Luna stwierdziła, że Nadia ma piękny śmiech.

Po tamtej pamiętnej lekcji podszedł do niej na korytarzu i odprowadził pod jej salę, po czym przesiedział z nią aż do rozpoczęcia jej Eliksirów, kompletnie nie zważając na to, że klasa do Wróżbiarstwa, w której miał następną godzinę, była bardzo oddalona od sali Nadii. Jako jeden z niewielu zaakceptował ją taką, jaka naprawdę była.

Od tamtej pory spędzali ze sobą coraz więcej czasu. Zdradzał jej każde hasło do wieży Gryffindoru, by mogła odwiedzać go w jego dormitorium. Z kolei ona w wolnych chwilach zadawała mu mnóstwo zagadek na poprawienie koncentracji i naukę myślenia, albowiem tylko odpowiadając poprawnie na pytanie mosiężnej kołatki na drzwiach wejściowych do pokoju wspólnego Krukonów można było dostać się do środka.

Teraz, gdy patrzyła w jego ciemne niczym gorzka czekolada oczy, dopiero zauważyła, jak dziwnie i nierealnie to brzmiało; wiadomość, że oni mogliby być razem. Nadia - cicha i spokojna dziewczyna z dobrymi stopniami oraz Nico - typowy chuligan szkolny, jeden z następców sławnych Huncwotów, razem z Harrym Potterem, Fredem Weasleyem i jego bratem bliźniakiem, George'em. To było po prostu idiotyczne.

- Hej - powiedział Nico, uśmiechając się szeroko.

Ona też się uśmiechnęła, ale mniej, lżej. W jego brązowych oczach widziała odbijający się blask niesfornego ogniska, na które była kiedyś zaproszona do jego domu. Przypomniały jej się pieczone kiełbaski, żarty opowiadane przez jego ojca i to, jak siedziała przytulona do niego na pniaku w ogrodzie, a on gładził ją po włosach, pewien, że dawno zasnęła. W jej sercu obudziło się wspomnienie min jej i chłopaka, kiedy jego matka zapytała ich, czy są parą.

- Hej - odparła, unosząc kąciki ust w górę. Tylko tak potrafiła się uśmiechać, ale jemu to w zupełności wystarczyło.

Poprowadził ją do pobliskiego stolika przy akompaniamencie melodii mechanicznych ptaszków. Minęli przy tym kilka całujących się par i Lunę, która z wielkim uśmiechem i podniesionymi do góry kciukami sączyła swoją herbatę z żurawiny.

W pewnym momencie Nico zatrzymał się i spojrzał do góry. Na jego twarzy wykwitł wielki uśmiech, ale zanim Nadia zdążyła zapytać go, co go tak rozweseliło, wpił się w jej usta. Z początku była zaskoczona, lecz po chwili oddała pocałunek. Kochała go, teraz to wiedziała. Tylko czemu wcześniej nie zdawała sobie z tego sprawy?

Kolory wokół niej jakby się wyostrzyły, widziała wszystko dokładnie mimo zamkniętych powiek. Uśmiechnęła się przez pocałunek, oplatając jego szyję ramionami. Wokół nich rozległy się gwizdy i okrzyki pełne zachwytu. Oderwali się od siebie dopiero wtedy, kiedy zabrakło im powietrza.

Nico zaśmiał się lekko, nadal nie wypuszczając Nadii ze swoich objęć. Odsunął jej krzesełko i gestem wskazał, by usiadła. Nie robił sobie nic z tego, że inni klienci nadal krzyczeli: "Jeszcze! Jeszcze!".

- Jemioła - wyjaśnił, siadając na swoim miejscu. - Miałem nadzieję pogadać o nas w tym momencie, ale skoro już sobie to wyjaśniliśmy, to... - Zrobił dramatyczną pauzę. - Kocham cię, Nadia.

- Ja ciebie też, idioto. - Poczochrała mu włosy.

Ponownie się zaśmiała. Zdecydowanie robiła to zbyt często.

Edytowane przez Angelina Johnson dnia 17.07.2016 21:54
 
Angelina Johnson
PRACA J - Barlom


Carmen była typem dziewczyny przebojowej. Brała z życia pełnymi garściami, nie przejmując się możliwymi konsekwencjami. Niektórzy mawiali że nie znała strachu, lecz było to kłamstwem nie widzieli oni tych kilku momentów, kiedy na jej drodze stawały pufki pigmejskie. Może i dobrze, że nie wiedzieli oni też skąd wzięła się ta fobia, bo zapewne nie zwróciliby uwagi na niemałe dokonania absolwentki domu węża. W końcu każdy mógłby pomylić to małe zwierzątko z gąbką na puder. Ale dosyć już o głupich żartach koleżanek. Carmen nie miała sobie równych, kiedy przychodziło do pojedynków. Wrodzona zwinność, którą pielęgnowała w czasach szkolnych spowodowały, że wielu czarnoksiężników miało spore problemy z samym trafieniem w ambitną łowczynię praktykujących czarną magię czarodziejów. Miała szczęście urodzić się na dobre kilkadziesiąt lat przed powstaniem Sami Wiecie Kogo, kiedy półświatek kryminalny był słabo zorganizowany, choć nadal bardzo pomysłowy pod względem wymyślnych trucizn, pułapek i klątw. Pierwsza samotna misja Carmen wydawała się zbyt prosta. Znała dokładną lokację i nazwisko osoby, która zbyt długo uchylała się przed różdżkami prawa. Domek położony w przedmieściach Londynu prezentował się nazbyt przeciętnie, co według Carmen dowodziło jedynie, że jej cel potrafił chociaż porządnie rzucać zaklęcia kamuflujące. Ubrana niczym mugol, w długą, czarną spódnicę z żakietem, skryta pod parasolem, krążyła już od jakiegoś czasu w okolicy. Chciała dokładnie obejrzeć kryjówkę czarnoksiężnika, poznać wszystkie możliwe drogi wniknięcia na posesję ofiary, bez alarmowania jej o tym. Jednocześnie roztaczała w okolicy zaklęcia uniemożliwiające teleportację, nie zamierzała po raz kolejny popełnić błędu sprzed miesiąca, kiedy to prawie połowa szajki znęcającej się notorycznie nad mugolami deportowała się jej w bliżej nieznane miejsca. Dwa tygodnie ślęczała nad mapami na przemian bluzgając i rzucając zaklęcia namierzające. Szelmy były na tyle domyślne, że przeniosły się w różne części kraju, a jednego zaniosło aż do sąsiedniej Irlandii. Tym razem wszystko miało pójść perfekcyjnie. Rzuciła kilka zaklęć by sprawdzić wytrzymałość nałożonych niedawno barier, poprawiła kosmyk włosów, który uciekł spod szerokiego kapelusza, zwijając się pod wpływem wilgoci w fikuśny świński ogonek. Niby od niechcenia, markując chęć poprawienia sznurowadeł w trampkach, rzuciła na siebie zaklęcie kameleona. Znajomy, chłodny dreszcz spłynął po jej ciele. Przesmyknęła się między poluzowanymi deskami w tylnej bramie.
Kilka szybkich zaklęć upewniło ją, że w środku znajduje się tylko jeden człowiek, który na dodatek najprawdopodobniej śpi. Stała na starej ścieżce, o pielęgnacji której zapewne poprzedni właściciele kompletnie zapomnieli. Spomiędzy trawy dało się zauważyć pokryte mchem kostki brukowe, prowadzące przez równie zaniedbany ogród wprost do tylnego wejścia. Pewnym krokiem ruszyła, mijając powykręcane gałęzie i przedzierając się przez czepiające się ubrań liście. Początkowo starała się zrzucać z ramion zeschłą roślinność, gdyż w obecnej sytuacji mogła prezentować się dziwacznie dla postronnego obserwatora. Równie dobrze mogła darować sobie kameleona, gdyż wiszące w powietrzu, poruszające się w poziomie liście idealnie zdradzały miejsce, w którym właśnie się znajduje. W połowie drogi szczerze żałowała, że nie poszła na łatwiznę wybierając drogę od frontu. Przystanęła na chwilę, ponawiając serię zaklęć wykrywających, lecz zanim zdążyła dokładnie przeskanować dom, coś zaszeleściło. W ułamku sekundy ziemia pod nogami Carmen zapadła się po pas. Ziemia zacisnęła się mocno wokół jej nóg. Zanim całkiem zdrętwiały jej stopy, zdołała wyczuć że stoi na czymś twardym. Klnąc pod nosem przygotowywała się do rzucenia kontr-zaklęcia. Wyginała się niczym kobieta guma, próbując sięgnąć do kieszeni w spodniach, gdzie trzymała parę przydatnych gadżetów. W końcu uznała, że nie warto jest ryzykować wyrwanie sobie barku ze stawu. Musiała wystarczyć jej różdżka. Machała nią, kreśląc wymyślne kształty, mrucząc pod nosem wyuczone formułki. W końcu przy czwartej próbie, ziemia, trzymająca ją w potrzasku, skurczyła się. Carmen za pomocą rąk wygrzebała się z wilczego dołu, rozmasowując sobie nogi. Leżała tam dobrą chwilę w oczekiwaniu, aż krew na dobre wróci do jej kończyn. Dało jej to chwilę, by ponownie dokładnie przemyśleć wszystkie możliwości, jakie mogły czekać na nią w środku. Z grymasem na twarzy, podniosła się z ziemi. Ostrożnie ruszyła naprzód, sprawdzając teren przed sobą. W końcu dotarła do drzwi, które na pierwszy rzut oka wyglądały normalnie, lecz po rzuceniu odpowiedniego zaklęcia, zaczęły emanować zgniłozieloną poświatą. "Ha, tym razem nie zaskoczysz mnie klątwą uwiędu" pomyślała tryumfalnie Carmen i szybkim smagnięciem różdżki zdjęła pułapkę. Mimo to nie odważyła się dotykać klamki, a rzuciła zaklęcie lewitacji. "Wingardium Leviosa", obrót i trach, klamka obróciła się z lekkim zgrzytem, a drzwi uchyliły na kilka centymetrów. Dwa zaklęcia wyciszające rzucone na zardzewiałe zawiasy, "w końcu nie można być zbyt ostrożnym" tłumaczyła sobie i już mogła ze spokojnym sumieniem wkroczyć do jaskini czarnoksiężnika.
Wnętrze budynku wyglądało staromodnie, choć od razu dało się zauważyć, że ktoś u mieszka i na dodatek raczej nie przejmuje się taką drobnostką jak utrzymywanie porządku. Od schodów wiodły dwie ścieżki wydeptane w zalegającym na podłodze kurzu. Jedna wiodła do salonu, gdzie urywała się na grubym dywanie, a druga znikała za rogiem. Zielono-brązowa tapeta na ścianach odchodziła tu i ówdzie ukazując kruszący się tynk. "Homenum Revelio" mruknęła i z zadowoleniem stwierdziła, że śpiący człowiek nadal znajduje się w tym samym miejscu. Ruszyła korytarzem w stronę schodów, starając się nie dotykać niczego. Uchyliła się więc mijając sporych rozmiarów pajęczynę, i przekroczyła długim krokiem wyjątkowo podejrzaną deskę podłogową. Carmen nie spodziewała się by była zaklęta, jedynie zmurszała, co groziło kolejnym zapadnięciem się w dół, a tego scenariusza nie zamierzała powtarzać. Kamienne schody prowadzące w mrok piwnicy zmusiły kobietę do rozświetlenia sobie drogi zaklęciem. Wątłe światełko trzymające się końca różdżki było jednak zdradliwe, o czym Carmen dobrze wiedziała. Z jednej strony dawało niezbędne światło, z drugiej powodowało, że wokół pojawiały się liczne cienie, które poruszały się z każdym ruchem różdżki. Już schodząc na dół do jej nozdrzy dotarł wyjątkowo przykry zapach, który w samej piwnicy stawał się trudny do zniesienia. Auror dobrze znała ten zapach. Nie wiedzieć czemu wiele ludzi parających się czarną magią lubowało się w trzymaniu zwłok swoich ofiar jako trofea, które wydzielały specyficzny zapach, szczególnie że żaden z nich nie kwapił się by otoczyć je zaklęciami zamrożenia.
Podczas kiedy ogród wyglądał na opuszczony, a parter budynku na lekko zaniedbany, choć wciąż całkiem normalny, tak piwnica przedstawiała się niczym z horrorów dla mugoli. W kamienne ściany powbijane były haki, na których zawieszone były najróżniejsze narzędzia, od piły i całej kolekcji noży, po grube łańcuchy, które aż brzęczały od zaklętej w niej magii. Oczywiście spora część nierównych kamieni miała na sobie ślady zakrzepłej krwi. Podczas powolnego marszu przez niewielki korytarz, Carmen dostrzegła pewny schemat, zgodnie z którym krew została rozlana po tym pomieszczeniu. Była pewna że szalony mag eksperymentował z jakimiś chorymi rytuałami, które miały zapewnić mu wielką moc i nieśmiertelność. rNiedoczekanie jegor1; pomyślała, po czym wycelowała różdżkę w drzwi za którymi ukrywał się jej cel. Nie zamierzała już być cicho, chciała mu pokazać, czym kończy się łamanie wszelkich praw, oraz że trafił najgorzej bo właśnie na nią. "Confingo!" Drzwi na których krwią namalowany był odwrócony pentagram obróciły się w niebyt, posyłając we wszystkie kierunki drobne drzazgi. Carmen nie czekała aż kurz opadnie, posyłając najróżniejsze zaklęcia wkroczyła do niewielkiego pomieszczenia. Jej arsenał rozpoczynał się od prostych uroków żądlących, poprzez dobrze znaną drętwotę, wcale nie kończąc na wymyślnych zaklęciach powodujących obrośnięcie całego ciała czyrakami, lub grubą łuską uniemożliwiającą ruch. Spodziewała się, że wcale nie zaskoczy czarnoksiężnika swoim wybuchowym wejściem, więc nie zraziła się ani trochę faktem, że jej przeciwnik zdołał odbić większość lecących w jego stronę pocisków. Starszy pokrzywiony czarodziej śmiał się opętańczo ciskając w kierunku Carmen kilka zaklęć niewybaczalnych, lecz kobieta zwinnie uniknęła wszystkich, choć przeszły ją ciarki, kiedy zielony promień minął ją dosłownie o milimetry, niszcząc stary kinkiet. Przeturlała się między stojącymi stołami i kryjąc się za jednym z nich wycelowała różdżkę, lecz zawahała się na ułamek sekundy, gdyż szaleniec przestał ją atakować. Skupiony był na czymś ponad nią. Wrodzona ciekawość mogła przyprawić ją o wyjątkowo krótki żywot. Krzyknęła kiedy za ramię złapały ją zimne palce i zacisnęły się niczym stal. Za wszelką cenę starała się nie wypuścić z unieruchomionej ręki różdżki, drugą szukając w licznych falbanach żakietu ukrytego sztyletu. Kiedy wyczuła ciepły metal, chwyciła mocno rękojeść i wyginając się go granic możliwości cięła na ślepo. Zdawało się że zaraz po chrupnięciu czegoś w jej własnym ramieniu, które ustawione było pod bardzo ostrym kątem, usłyszała dźwięk ostrza przejeżdżającego po kości. Szczęśliwie trafiła nieco poniżej nadgarstka niespodziewanego napastnika, a siła skrętu jej ciała spowodowało, że sztylet zgrabnie zjechał do samego stawu odcinając dłoń od reszty ramienia. Była wolna, jednak mimo tak drastycznej amputacji, nie polała się krew, a zimna dłoń nadal była zaciśnięta na jej ramieniu. Stojąc już na własnych nogach mogła ocenić sytuację. W niewielkim pomieszczeniu poza nią i szalonym magiem były jeszcze trzy postaci, które ewidentnie były źródłem unoszącego się w piwnicy fetoru. Cała trójka maszerowała chwiejnym krokiem w jej kierunku, podczas gdy mężczyzna śmiał się do rozpuku, posyłając co jakiś czas zielone promienie. Carmen kucnęła szykując się do skoku. Była w rogu pomieszczenia i nie zamierzała skończyć otoczona przez martwe ciała. Zebrała w sobie wszystkie siły i niczym sprężyna zanurkowała w prawo. Mijając w locie jednego z inferiusów, cięła sztyletem pod kolanami licząc na to, że bez sprawnych ścięgien bestia zostanie choć trochę pozbawiona mobilności. Wylądowała na boku, sunąc przez chwilę po zakrwawionej podłodze. Przeturlała się i korzystając z rozpędu rzuciła się w kierunku drzwi. Nie zamierzała walczyć w tak niewielkim pomieszczeniu. Wypadła na korytarz i obracając się zobaczyła jak ożywione magią ciała zmierzają w jej kierunku. Mężczyzna chwilowo przestał się śmiać i wycelował różdżkę. Carmen była przekonana że to w nią ma zaraz polecieć klątwa, więc przygotowała się do rzucenia tarczy. Była jednak w błędzie. Fioletowy promień minął ją o dobre pół metra, lecz mimo to sięgnął swojego celu, a były nim schody prowadzące ku górze. Huknęło, a z góry posypał się gruz blokujący drogę ucieczki.
- Jeżeli ja mam tu umrzeć, to wezmę cię ze sobą! - krzyknęła w przypływie furii. - Petrifikus Totalus! - Zaklęcie trafiło w jednego z inferiusów, który znieruchomiał i runął na podłogę. Przez chwilę miała czyste pole do rzucenia zaklęcia i tym razem się nie zawahała. "Avada Kedavra!". Jak w zwolnionym filmie patrzyła, jak zielony promień mknie prosto w serce czarnoksiężnika. Czuła narastającą euforię kiedy prawdopodobieństwo, że mężczyzna uniknie klątwy malały. W końcu stało się. Huknęło po raz kolejny, cała piwnica zatrzęsła się, a z sufitu zaczęły spadać pojedyncze kamienie, lecz nie to liczyło się teraz dla Carmen. Najważniejszy był widok martwego szaleńca, który już nigdy nie zabije kolejnego człowieka i nie będzie profanował zwłok dla własnych, nieodgadnionych celów. Wiedziała, że nie powinna posuwać się do korzystania z zaklęcia niewybaczalnego, lecz nie mogła inaczej, nie po tym, kiedy uzmysłowiła sobie, że trójka inferiusów była najprawdopodobniej poprzednimi mieszkańcami tego domu. Wiedziała, że śmierć szaleńca była jedynym wyjściem, by zakończyć ich cierpienie. Jeszcze przez kilka sekund po tym jak czarodziej wyzionął ducha, bestie zdawały się kontynuować ostatnie zadanie jakim było pochwycenie Carmen, lecz szybko zaczęły się wahać, po czym opadły bezwładnie na ziemię. Carmen nie pamiętała co wydarzyło się dalej, przytomności pozbawił ją jeden ze spadających z sufitu kamieni.

Edytowane przez Angelina Johnson dnia 17.07.2016 21:54


Pamiętaj chemiku młody, komentuj ficki lub zmień się w odchody
made by Mikasa, Butelka 31.07.2020r.

image.spreadshirtmedia.net/image-server/v1/mp/designs/143618396,width=178,height=178,version=1077033415/chemia-milosci.png


s5.ifotos.pl/img/batpng_aewxhsq.png


img.joemonster.org/i/2018/01/mowiace_02.jpg


img.joemonster.org/i/2014/05/slodkiezdjecia_19.jpg


Slytherin! Sss..

Nigdy nie pozwoliłem aby szkoła przeszkadzała mi w edukacji.
Zawsze miałam szczęście. I znów będę je mieć.



Krew na twoich rękach, Falka,
Krew na twej sukience
Płoń, płoń, Falka, za twe zbrodnie
Spłoń i skonaj w męce!

Trochę wstyd, ale cóż, zasłużyłam ;D
www.harry-potter.net.pl/images/articles/admlen20202.jpg

www.harry-potter.net.pl/images/articles/najadminang.jpg
www.harry-potter.net.pl/images/articles/redaktorang.jpg
www.harry-potter.net.pl/images/articles/autorartang.jpg
www.harry-potter.net.pl/images/articles/wydanieprorokaroku.jpg

www.harry-potter.net.pl/images/articles/admin_naj.jpg

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2016awards_naj_pomocny_adm.png
www.harry-potter.net.pl/images/articles/2016awards_admin_naj.png

www.harry-potter.net.pl/awards/images/awardswinner/najbardziej_pomocny_administrator.png
www.harry-potter.net.pl/awards/images/awardswinner/najlepszy_administrator.png
www.harry-potter.net.pl/awards/images/awardswinner/najlepszy_komentator.png
www.harry-potter.net.pl/awards/images/awardswinner/najmilszy_administrator.png

www.harry-potter.net.pl/images/awards2013/najbardziej_pomocny_administrator.png
www.harry-potter.net.pl/images/awards2013/najlepszy_administrator.png
www.harry-potter.net.pl/images/awards2013/najmilszy_administrator.png
www.harry-potter.net.pl/images/awards2013/autor_najlepszego_artykulu.png
www.harry-potter.net.pl/images/awards2013/najlepszy_komentator.png
 
Angelina Johnson
PRACA K - TenKtóregoNickuPisaćNieMożna


ZERWANE ŁAŃCUCHY

C
iemnie niebo przecięła błyskawica by chwile potem ciche pyknięcie podczas aportacji zostało zagłuszone hukiem burzowego grzmotu. Typowa brytyjska pogoda. Środek lata, a leje jak z cebra, pomyślał Harry idąc pewnym krokiem jedną z ulic w Dolinie Godryka, zręcznie mijając kałuże. Głowę zaprzątał mu raport oględzin z grobu w Little Hangleton. Ktoś umyślnie... Wtem dostrzegł coś, co sprawiło, że po ciele przeszedł go dreszcz, a on asam stanął jak wryty. Czaszka, ułożona jakby ze szmaragdowych gwiazd, z ust której niczym wąż wysuwał się język, unosiła się nad jednym z miejscowych budynków.
Dłuższą chwilę sprawiło mu zmuszenie swojego ciała do ruchu. Sięgnął po różdżkę, z końca której po chwili wystrzelił srebrny jeleń. On sam biegiem ruszył przed siebie, nie zawracając nawet uwagi na patronusa znikającego gdzieś w chmurach. Mijając gapi, którzy zmierzali w stronę domu, nad którym unosił się niespotykany od lat symbol morderstwa - Mroczny Znak. Poczuł jak coraz bardziej ogarnia go strach. To nie może być prawda. Z trudem przeciskał się przez coraz większy tłum mugoli zainteresowanych całym widowiskiem.
Postawił stopę na terenie swego podwórza. Delikatna mgiełka wydobywała się z jego ust, kiedy próbował złapać oddech. Drzwi wejściowe były otwarte na oścież. Przed oczami mignęła mu wizja podobna do tej, której był świadkiem dwadzieścia lat temu, kiedy cudem uszedł z życiem ze spotkania z Nagini - wężem Voldemorta.
Odgonił od siebie te myśli, po czym zrobił krok na przód.
- Ginny? - zapytał niepewnie przekraczając próg domu. Odpowiedziała mu złowroga cisza.
- Homenum revelio - szepnął. Zaklęcie powędrowało w głąb domu ujawniając jedną osobę znajdującą się w sypialni na piętrze ponad nim. Wbiegł po schodach na górę. Z wyciągniętą przed siebie różdżką doszedł do zniszczonych drzwi sypialni. To, co ujrzał w środku sprawiło, że nogi odmówiły mu posłuszeństwa, a łzy napłynęły do jego odziedziczonych po matce oczu. Oparł się rękoma o framugę, żeby nie stracić równowagi.
Rudowłosa kobieta leżała nieruchomo obok ich wspólnego łoża. Jej blada, zastygła w przerażeniu twarz i otwarte, pozbawione iskierki życia oczy sprawiły, że coś utkwiło mu w gardle. Mężczyzna osunął się na ziemie.
- Ginny - z trudem wypowiedział jej imię. Potok słonych łez niczym wodospad spływał mu po policzkach. Doczołgał się do niej i chwycił jej dłoń. Na zimnym nadgarstku nie był w stanie wyczuć tętna. Patrzył w jej martwe oczy czując jak żal i bezradność mieszają się w nim z nienawiścią. Podniósł ją, przytulając do siebie
- Przepraszam - powiedział, delikatnie gładząc jej twarz - Powinienem był ci powiedzieć.
- Harry - usłyszał gdzieś z oddali jej ciepły głos
- Wybacz mi...
- Harry!
Otworzył oczy z trudem nabierając powietrza. Poczuł jak z jego twarzy spływają krople potu. Rozejrzał się gwałtownie oślepiony światłem padającym z lampy zawieszonej pod sufitem. Był w swoim łóżku. To tylko zły sen pomyślał.
- W porządku? - zapytała Ginny wpatrując się w niego z zatroskaną miną.
- Zły sen... - odpowiedział spoglądając z ulgą na swą żonę. Była cała i zdrowa. Tylko skąd do cholery wziął się ten sen? - przetoczyło mu się przez głowę pytanie.
Odruchowo dotknął ręką blizny, jednak gdy spojrzał na twarz swej małżonki, pożałował tego.
- Nie mów, że znów cie boli - głos jej zadrżał.
- Nic mi nie jest... - próbował ją uspokoić - Naprawdę to nic takiego, śpij.
Jednak kobieta nadal wpatrywała się w niego uważnie.
- Mówię poważnie - dodał całując ją w czoło. Rudowłosa ostrożnie położyła głowę na jego torsie. Harry objął ją i przytulił do siebie. Machnął od niechcenia różdżką i światło oświetlające sypialnie ustąpiło miejsca nocy. Nie miał najmniejszej ochoty mówić jej o tym, co mu się śniło. Nie chciał jej niepotrzebnie niepokoić. Z drugiej strony, odkąd dostał ten cholerny raport do ręki, niczego nie mógł być pewien.

***


Księżyc ukryty był za gęstymi chmurami jakby się bał ujawnić. Gdzieś na wzburzonych wodach Morza Północnego, fale rozbijały się o maleńką wysepkę, na której zbudowany był Azkaban. Więzienie dla czarodziejów, niegdyś strzeżone przez de mentorów, istoty wysysające z ludzi wszelkie szczęśliwe wspomnienia. Po reformie wprowadzonej przez Kingsleya te przerażające stwory zostały zastąpione przez wykwalifikowanych aurorów i strażników Ministerstwa, co miało poniekąd zapobiec jakimkolwiek ucieczkom.
Dwie zakapturzone postaci wędrowały bezszelestnie korytarzami tej jednej z największych magicznych twierdzy. Jarzące się czerwienią oczy, blada skóra odpadająca od twarzy i nozdrza niczym u węża, sprawiały że na twarzach osadzonych pojawiały się wyrazy obrzydzenia, zdziwienia i przerażenia. Co jakiś czas korytarze spowite w bladym blasku świec rozjaśniał błysk zielonego światła wystrzeliwany z jego różdżki. Tym samym nieubłagalnie powiększała się liczba martwych ciał, które pozostawiali za sobą przybyli. Wszystko szło zgodnie z jego planem. Jak dotąd nikt nie zdołał podnieść alarmu. Nikt z zewnątrz nie wiedział, co dzieje się w tej chwili w Azkabanie.
Z łoskotem padały za posadzkę ciężkie kajdany. Kraty więziennych cel otwierały się z cichym skrzypieniem, wypuszczając zdezorientowanych więźniów. Ci, których od kilku tygodni palił znak znajdujący się na przedramieniu sądzili, że wreszcie byli wolni. Po raz kolejny z niedowierzaniem mogą podążać za swoim wybawcą - za Czarnym Panem. Wielu jednak się pomyliło. Nie wszystkim dał kolejną szansę. Tak jak i za dawnych czasów, tak i teraz nie tolerował zdrajców.

Edytowane przez Angelina Johnson dnia 17.07.2016 21:55
 
Angelina Johnson
PRACA L - ulka_black_potter


Pociąg mijał kolejne zapomniane przez świat wioski, kolejne pola i lasy. Krajobraz zmieniał się z minuty na minutę, ukazując pastwiska, na których pasły się brązowe krowy albo nastolatków pijących alkohol gdzieś w krzakach koło torów, na przedmieściach jakiego brudnego miasta, które być może było Paryżem, a może był to już Berlin.

Dla Ronalda Weasleya nie miało znaczenia to, gdzie akurat się znajdował. Nie widzącym wzrokiem spoglądał przez okno i zanurzał się coraz głębiej w swoich rozmyślaniach. Ron nie był już chłopcem, był wysokim mężczyzną lat około czterdziestu, któremu z racji wieku urósł nieco brzuch, zwany przez niektórych mięśniem piwnym. Jego rude włosy przerzedziły się znacznie, przez co coraz bardziej zaczął przypominać swojego ojca. Jedno co zmianie nie uległo, to ilość piegów na twarzy i niebieskie oczy, w których można było odnaleźć wspomnienia dawnych lat. Ron Weasley tęsknił za czasami, kiedy razem z Harrym i Hermioną ratowali świat przed zagładą w postaci Lorda Voldemorta. Ciągnęło go do lat prawdziwego szczęścia. Wyobrażał sobie, że znów jest chłopcem, który leci starym Fordem Anglią i wpada wprost na Bijącą Wierzbę, łamiąc przy tym swoją różdżkę. Jednak Ron od dawna był już pracownikiem Ministerstwa Magii, posiadającym trójkę dzieci, lubiącym zaglądać od czasu do czasu do butelki. Był człowiekiem bez perspektyw na czekające go gdzieś za rogiem przygody. Teraz gnał pociągiem przez Europę, zmuszony uciekać.

***


Był to czerwcowy poranek, który tego dnia wyglądał jak z opisu poranka w jakiejś szalenie dobrej książce. Wschodzące słońce otoczone było czerwoną poświatą, sprawiając, że wszystko dokoła, nawet brzydki, łysy pieniek na podwórzu, stawało się nadzwyczaj piękne. Ron Weasley obudził się nagle, jakby spodziewał się, że z szafy w sypialni wyskoczy jakiś Śmierciożerca. Spojrzał na łóżko i stwierdził, że Hermiona musiała już dawno wstać. W sumie to nie był pewny czy położyła się spać. Nie przebrawszy się w szaty, przeszedł po ciuchu do kuchni by nie budzić dzieci, które spały razem w pokoju Hugona.

- Cześć. - rzucił zdawkowo do Hermiony i już chciał zacząć narzekać, że śniadanie nie jest jeszcze gotowe, jednak zaniechał tego, kiedy spojrzał na pusty już prawie talerzyk żony. Śniadanie było gotowe, lecz nie dla niego. Nie zasługiwał nawet na to, żeby zjeść wspólny posiłek z własną żoną.
- Wrócę dzisiaj późno, zabieram dzieci do rodziców. - rzekła Hermiona nie podnosząc oczu znad Żonglera, którego treść i jakoś poprawiły się znacznie, odkąd Ksenofilus Lovegood zapadł w wieczny sen.
- Znowu? Ostatnio ciągle tam jeździcie...
Ron stawał się coraz bardziej poirytowany. Nalewając sobie ognistej whiskey do herbaty, rozlał trochę na szatę w miejscu, w którym wyglądało to bardzo niezręcznie.
- Cholera!
Hermiona spojrzała na męża i pokręciła tylko głową. Już dawno przestała walczyć, bo ciężko było wygrać z kimś, a raczej z czymś co ostatnio zawsze było na pierwszym miejscu i można to było kupować na pęczki w każdym sklepie.
- Przyleć do nas po pracy, rodzice się ucieszą... - powiedziała cicho, napotykając tylko wykrzywioną smakiem herbaty twarz. Już dawno przestała walczyć.

***


- Ron... Ron! Wstawaj do jasnej ciasnej!
Harry Potter był bohaterem magicznego świata, potężnym aurorem, lecz w tym przypadku liczyła się jego postura. Chuderlawość z pewnością nie była pomocna w postawieniu przyjaciela na nogi. Harry nie miał wyjścia.
- Levicorpus!
Ron zawisł nad barem Gospody pod Świńskim Łbem. Na szczęście gości było już mało, poza tym byli bardziej wstawieni od Rona, któremu ślina ciekła z ust gdzieś w okolice nozdrzy, jako że wisiał do góry nogami. Nawet taki wstrząs nie był w stanie go do końca ocucić. Zamachnął tylko dziko rękami, po czym zawisł bezładnie. Harry rad nie rad zabrał go do swojego domu. Wiedział, że Ginny posiada w swoim schowku odpowiedni eliksir, który doprowadzi Rona do ładu.

- Nie mam żadnego problemu. - oburknął Ron kiedy siostra zaczęła prawić mu tyradę na temat odpowiedzialności i głupoty.
- Masz problem ty skończony idioto! Który to raz Harry ściąga cię do naszego domu w takim stanie? A co z Hermioną, z dziećmi?! - krzyczała Ginny, której twarz nabrała już koloru włosów, co mogło oznaczać tylko kłopoty.
- Odwalcie się ode mnie wszyscy! Nie wiecie jak to jest! Przeze mnie Hermiona tak wygląda! To mnie zdegradowali do pomocnika Thomasa! Noszę za nim teczkę...
- Drętwota! - krzyknęła Ginny, a Harry spojrzał na nią oniemiały. - Wybacz, ale nie mogłam już słuchać tego palanta. Niech sobie odpocznie.

***


Hermiona Grenger siedziała przy stole w kuchni Potterów. W ciągu kilku ostatnich miesięcy jej twarz znacznie się postarzała, a we włosach można było odnaleźć kilka siwych kosmyków. Lecz to nie jedyne zmiany, które w niej zaszły. Od ucha, przez policzek, aż do obojczyka ciągnęła się długa i głęboka blizna. Nie było by w tym nic nadzwyczajnego, bo przecież była żoną aurora i wiedziała, że jest narażona na niebezpieczeństwo, jednak w tym przypadku było inaczej. Pewnego dnia kiedy to wybierali się na urodziny ojca Rona i byli już srogo spóźnieni Rose ciągle nie mogła się zdecydować co na siebie włożyć. Pół godziny zastanawiała się przed lustrem, która sukienka jest odpowiednia. Kiedy w końcu wszyscy byli gotowi do podróży, Rose stwierdziła, że jednak woli niebieską spódniczkę. Ron nie wytrzymał i w przypływie złości rozbił lustro zaklęciem niszczącym. Lustro rozbiło się na tysiące drobnych kawałków. Jeden odłamek, który na nieszczęście najbardziej nasączył się magią, trafił w Hermionę, która niespodziewanie wyszła z kuchni. Uzdrowiciele nie potrafili usunąć blizny, która powstała w wyniku tego wypadku stwierdzili tylko, że będzie jaśnieć z każdym rokiem, więc może w końcu sama zniknie. Ron również ucierpiał w całej tej sytuacji. Został zdegradowany ze stanowiska aurora, za nieodpowiedzialne użycie zaklęcia, które było niebezpieczne.

- Śpi, przywlec go tu? - zapytała Ginny z troską, która zupełnie nie odpowiadała treści pytania.
- Znów był u Rosmerty?
- Był. Jej córka próbowała się nim zająć, ale nie wychodziło jej to zbyt dobrze, więc wysłała sowę po Harry'ego.
Hermiona pokiwała niezręcznie głową, a jej twarz zrobiła się bardzo blada.
- Przeprowadzimy się na jakiś czas do moich rodziców. Pożegnaj ode mnie Rona. - powiedziała cicho, po czym teleportowała się.

***


- Jeszcze jednego Mirando i wracam do... I wracam. - rzekł Ron uśmiechając się niepewnie do barmanki, która była córką madame Rosmerty. Albo jej kopią - jedno nie wykluczało drugiego.
- Och, znów będziesz wracał do pustego mieszkania? Chodź ze mną i zapomnijmy, że to świat pełen smutków i złości. - powiedziała dziewczyna z pełną powagi miną. Ron zaczerwienił się po uszy i wymamrotał coś ledwie zrozumiałego.
- Wiem, że masz żonę, która swoją drogą nie odzywa się do ciebie od miesiąca. Wcale nie chcę zaciągać cię do łóżka. Chcę żebyś poczuł się lepiej, po prostu. - powiedziawszy to złapała go za rękę i wyprowadziła go z gospody. Zniknęli gdzieś w ciemnościach nocy.

***


- Hermiono, ja nie chciałem... Błagam!
Ron Weasley wyglądał jak wrak człowieka. Klęczał w malutkim pokoiku, znajdującym się tuz przy kuchni państwa Grenger. Hermiona stała przed nim, lecz nie płakała. Na to przyjdzie czas potem.
- Hermiono, powiedz coś proszę! Ja nie chciałem. Ona mówiła, że... I byłem pijany... A to dziecko... Nie odzywałaś się do mnie przez tyle czasu!
- Nie mów mi, że to moja wina, że stałeś się alkoholikiem. Nie mów mi, że to mój wina, że przespałeś się z tą wywłoką. I nie mów mi, ze to moja wina, że...
Hermiona nie potrafiła wypowiedzieć na głos tych słów
- Że ona jest w ciąży. Odejdź, ze względu na dzieci, na mnie.

***


Pociąg Rona zatrzymał się na jakiejś stacji. Chyba w Polsce, bo nie potrafił przeczytać nazwy miasta. Na peronie spostrzegł parę czarodziei z dzieckiem. Poznał, że to nie mugole po jasno pomarańczowej szacie mężczyzny, która wystawała zza jego szarego prochowca. Ojciec zmierzwił włosy syna i odeszli. Ten mały gest sprawił, że Ron poczuł nagle ucisk w okolicach żołądka. I nie to, żeby cały czas nie czuł ucisku, odkąd Hermiona od niego odeszła, zabierając ze sobą dzieci. Nagle przypomniał sobie o wygaszaczu spoczywającym w jego torbie. Wyciągnął go i pstryknął. Światło w przedziale zostało wchłonięte. Pstryknął znów, światło wróciło na miejsce. Żadnej kuli światła, z której słyszałby głos. Żadnej nadziei. Jednak Ron czuł się tak samo jak wtedy gdy opuścił Harry'ego i Hermionę. Nagle uświadomił sobie, że znowu uciekł. Kolejny raz zostawił ludzi, których kochał nad życie. Ponownie nie walczył, tylko podkulił ogon i kiedy zrobiło się naprawdę źle, dał nogę. Czy zdoła jeszcze raz wrócić, zanurzyć się w lodowatej wodzie, wyciągnąć miecz i zmierzyć się z najgorszymi obawami?
Ron Weasley ściągnął swoją torbę w kratę z półki bagażowej i wysiadł na peronie. Spojrzał na pociąg, którym przyjechał i deportował się.

***


- Ciężko powiedzieć co wydarzyło się dalej. Przyszłość jest niejasna a ja, jako jedna z najsławniejszych wieszczek tego świata, praprawnuczka wielkiej Kasandry, potwierdzam, że spisana tu przeze mnie przeszłość jest jak najbardziej prawdziwa. Poproszę jeszcze tej sherry, kochaniutki.

Edytowane przez Angelina Johnson dnia 17.07.2016 21:55
 
Angelina Johnson
PRACA M - Nedelle



Och, już jesteś! Miło cię widzieć, przyjacielu. Leje jak z cebra, prawda? Widzę, że przemokłeś do suchej nitki... rozpłaszcz się. Wiem, ten żarcik cię nie osuszy, ale cóż, próbowałam. Za mało się uśmiechasz ostatnio. Właśnie coś przyszło mi do głowy! Ostatnio słyszałam bardzo interesującą opowiastkę, na pewno ci się spodoba! Powieś ten płaszcz na wieszaku, a ja w tym czasie przygotuję ci twoją ulubioną herbatę. Oczywiście jak tylko usłyszałam, że mnie odwiedzisz, poszłam do sklepu i ją kupiłam! No, już dobrze, dobrze. Nic nie mów. Wiesz, że nie lubię fałszywej skromności!



Nie ty jedyna! - myślisz. Ale to jest część mnie, nie potrafię się jej oduczyć! Nic się nie zmieniło od mojej ostatniej wizyty. Te same starodawne, ale za to bardzo wygodne fotele, mały stolik do kawy, wielki kominek... Ale chyba najbardziej cieszy mnie to, że właścicielka tego niedużego domku w lesie nadal jest, dzięki Bogu!, tą samą sympatyczną i trochę nadopiekuńczą starszą panią.



Widzę, żeś się już usadowił na fotelu? Cieszy mnie to. W końcu masz się tu czuć jak u siebie w domu. Proszę, wypiłeś całą. Opowiadaj, jak ci minęła podróż.



Fatalnie. Przepraszam, że tak mówię, ale tak było! Najpierw moja miotła przestała się mnie słuchać, a potem na domiar złego uderzyłem w drzewo, więc się rozleciała, a ja teraz męczę się z bólem głowy. Nie potrzebuję tabletki, naprawdę. Rzuciłem zaklęcie wspomagające, więc powoli mi przechodzi, ale sam fakt... Musiałem iść taki kawał piechotą! - mówisz. Tę starszą panią, mugolkę, uprzedziłeś już dawno temu, że jesteś czarodziejem, dlatego nie dziwi się, gdy opowiadasz o miotle jako środku transportu czy zaklęciu uśmierzającym ból.



Nie to cię zdenerwowało, prawda? Coś innego stanęło ci na drodze.



Prawda. Te głupie kocisko, w dodatku bezpańskie, się do mnie uczepiło. Najpierw głaskałem je, pocieszałem, nawet dałem jedzenie, bo wiozłem je dla twojego sierściucha, ale on nadal nie odpuszczał i ciągle za mną łaził. Udało mi się go zgubić. Tak myślałem, ale chwilę później zaatakował mnie ze swoimi kumplami.



Cóż, z tego, co widzę, nie przepadasz za kotami.



Dobrze widzisz, babciu Grindelio.



Jestem pewna, że nie mówisz tego na poważnie i kierujesz się emocjami.



Ja? Jestem niespotykanie spokojny i żaden gniew mną nie kieruje teraz. Świadomie mówię: nie dla kotów! A i nie tylko! Wszystkie zwierzęta to porażka!



Widzisz, jak babcia Grindelia wyjmuje coś z kieszeni swojego fartuszka w gruszki i jabłka. Uśmiecha się dziwnie, czujesz się bardzo nieswojo. To coś... to wisiorek iluzjonisty! Czemu ona mi to robi? - myślisz, a zaraz potem przypominasz sobie, że ta starsza pani nie jest czarodziejem, więc jej rzabawkar1; na ciebie nie zadziała. Słyszysz tylko słowa: Zmieniłeś się. Wiem, że powiedziałeś to tylko przez emocje, jednak musisz zapamiętać jedną, ale za to bardzo ważną rzecz. Słowa mogą sprawić, że ktoś mimo łez się uśmiechnie, jednak są i takie, które zadają większe rany od miecza. Dlatego wybacz mi, proszę, ale to dla twojego dobra. Musisz przeżyć tę lekcję, by zrozumieć.



Budzisz się. Wokół pachniało bardzo ładnie, a przynajmniej tak ci się wydawało. Jesteś w zupełnie innym miejscu niż przed zaśnięciem. Powoli otwierasz ślepia. Czekaj, ślepia? Ja mam oczy, nie ślepia, narratorze! Ale jesteś tego w stu procentach pewny? Rozejrzyj się wkoło. Nie bądź taki przerażony, to tylko klatka w Magicznej Menażerii, a ty jesteś kotem. Przeklęta gnida! Jak mogła mi to zrobić? To ma być ta lekcja? Chcę znowu być człowiekiem... Zaraz, jak mnie zmieniła, skoro nie ma magicznej krwi? Psiakość!



Ktoś otworzył twoją klatkę, w której siedział też inny kot. Rudy, z krzywymi łapami, ale nie zagadałeś do niego, bo a) nie znasz kociego, b) mało cię on interesował, teraz musiałeś rozgryźć czemu tu jesteś w nie swoim ciele. Według mnie zachowałeś się jak idiota, mówiąc przy psychofance kotów, że ich nienawidzisz. Emocje... to przez nie są na świecie takie sytuacje. No, ale przynajmniej mam co opowiadać w swoich wypocinach. Oczywiście nie powiem ci jak się stąd wydostać. Sam się w to wpakowałeś! Znaczy przeze mnie, bo to ja napisała ten tekst, ale... lubię czasem podręczyć swoich czytelników. Wracając do otwartej klatki...



- Jeny, nie bój się mnie tak, ja nie gryzę! - kobieta pracująca w Magicznej Menażerii uśmiechnęła się do ciebie, po czym kontynuowała: - Nazwę cię... no, patrząc na twoją sierść i brak przedniej łapki... Hiru. Poznałeś już Krzywołapa? To ten kot obok ciebie, jestem pewna, że się polubicie.



Jednak jedno krzywe spojrzenie, i już wiedziałeś, że raczej nie będzie chemii między wami. Zapach jedzenia skusił cię jednakże, aby zjeść z tej samej miski co on.



Dni mijały ci beztrosko i szybko. Niemal przyzwyczaiłeś się już do bycia kotem. To tak, jakbyś się nim urodził. Nawet nauczyłeś się chodzić na trzech łapach i reagujesz już na swoje nowe imię: Hiru. Pewnego dnia (ojej, zabrzmiało trochę jakbym opowiadała bajkę, ale nie zniechęcaj się!) ktoś wszedł do sklepu. Dla ciebie to już żadna nowość, w kółko ktoś otwierał drzwi, żeby potem zamknąć je z drugiej strony trzymając w ręku swoje zakupy. Jednak tym razem ktoś chciał zakupić sobie zwierzaka.



- Dzień dobry! Czy mogłabym kupić sowę? - Pyta dziewczynka, która jest owym gościem.



- Oczywiście! - odparła sprzedawczyni i zajęła się gościem. Phi, znowu nic nadzwyczajnego! Dasz mi skończyć, czy nie? Dziewczyna podeszła do twojej klatki i splunęła na ciebie, gdy kobieta była odwrócona do was. Zrobiło ci się niewymownie przykro. Dlaczego ona mi to zrobiła? Przecież jej nie obrażałem, nic!



- Nienawidzę kotów! Jesteś głupi jak but i cuchniesz!



Bo słowa umieją ranić lepiej od miecza. Tylko od ciebie zależy, czy wrócisz do swojego dawnego życia. Musisz jedynie przeprosić.

Edytowane przez Angelina Johnson dnia 17.07.2016 22:00
 
Angelina Johnson
PRACA N - Midnight Mist


Krótki błysk jasnego światła przeciął półmrok równikowego lasu, a pękanie kruchych gałązek po chwili skończyło się głuchym tąpnięciem pokrytego lianami konara. Na jego szczycie stanął but z błyszczącej, brązowej skóry ­ nienaturalnie czystej, jeśli wziąć pod uwagę błoto, którego zawsze było tu pełno w porze deszczowej. Właścicielka buta wspięła się powoli na zwalone drzewo i spojrzała w wąwóz, nad którym utworzyło ono naturalny most. Powolnym i ostrożnym krokiem ruszyła w drogę przez omszały pień, rozglądając się niepewnie po skrawku nieba, którego nie pokrywały tutaj gęste korony drzew. W lewej ręce trzymała krótką różdżkę z jasnego drewna, a w prawej rozprutą torbę, którą zdjęła z kija swojej roztrzaskanej miotły. Całe prawe przedramię miała opasane nasiąkniętym na bordowo materiałem z podartej peleryny, której reszta okrywała jeszcze jej ramiona.

Upewniona obserwacją pustego nieba przemknęła nad wąwozem i szybko dopadła linii drzew po drugiej jego stronie. Jedno krótkie spojrzenie przez ramię uspokoiło ją już do końca zanim pogrążyła się w półmroku dalszej części lasu.
- Wskaż mi­ - szepnęła kładąc różdżkę na ręce i kierując się na zachód, gdy już odnalazła kierunek. ­
- Lumos - ­syknęła niezbyt głośno, by dokładniej przyglądnąć się śladom w błotnisym podłożu. Przykucnęła i przyłożyła do nich swoją drobną dłoń o delikatnie Indiańskiej karnacji, ale po samym rozmiarze uznała, że nawet jeśli jakiś duży kot kręci się w okolicy, to nie będzie stanowił dla niej większego zagrożenia.
- Nox.­ - Zgasiła różdżkę, nie chcąc ściągać na siebie ciekawskich spojrzeń, gdyż nie miała zbytnio pojęcia co lub kogo może spotkać w tym lesie. Już sama ta niewiedza doprowadziła ją do aktualnej sytuacji, gdy zaatakowały ją pokryte łuską ptaki (albo gady z piórami? Nie chciała nawet o tym myśleć.), a jeden pociął szponami jej rękę, gdy drugi wyrywał wszystkie witki z miotły.
- Cholerny zakład i cholerny George. - ­krzyknęła ze wściekłości. Zaraz jednak jej krzyk przerodził się w jęk bólu, gdy w przepływie złości uderzyła w drzewo pięścią uszkodzonej ręki. Sama nie wiedziała na co była teraz wściekła bardziej, więc ruszyła przed siebie bez dłuższego zastanowienia.
Zawsze lubiła się zakładać, więc nie mogła się nie zgodzić, gdy jej kolega ze szkolnej ławy zaproponował wyścig po skarby do dalekich krajów. Samantha miała zdobyć przeklętą bransoletę znaną z legend Tamilskich plemion, którą pewien nowojorski czarodziej uznał za wartą niemałej kupki złota. Mieli poszukać jej razem z Georgem, by później zdobyć jeszcze szmaragdowy naszyjnik ukryty podobno gdzieś w Palestynie.

Czymże byłoby jednak życie bez odrobiny szaleństwa? Zdecydowali więc, że polecą sami po swoje zdobycze, a kto wróci z łupem pierwszy, ten zgarnie jeszcze nie byle co, bo butlę najczystszej smoczej krwii. George zazwyczaj wygrywał zakłady z Samamthą, choć za czasów szkolnych dotyczyły one głównie meczy quidditcha między domami Grzmotoptaka i Węża Rogatego. Ale ona wcale nie zamierzała się teraz poddawać, bo mimo że smocza krew była kusząca, to utarcie nosa rosłemu blondynowi przyniosłoby jej znacznie większą satysfakcję.

Po krótkiej wędrówce dotarła do płytkiego, mulistego potoku. Woda była w nim jednak na tyle spokojna, że Samantha użyła go jako prowizorycznego lustra i szybko przemyła brudną twarz okoloną kruczoczarnymi, delikatnie kręconymi włosami.
Rozwiązała też opatrunek na prawej ręce, by obmyć poszarpane rozcięcie od pazurów i zaraz potem skropić je mlecznobiałą substancją wyjętą z rozdartej torby. Dyptam bardzo szybko odkaził i zamknął ranę, co kobieta przyjęła z mocno zaciśniętymi zębami.
Jeszcze raz użyła różdżki do wskazania kierunku i ruszyła wzdłuż potoku na północny zachód. W pewnej chwili poczuła chłód, jakby przeszła przez lodowaty wodospad, który zmusił każdy jeden włos na jej ciele do nastroszenia się w obronnym geście. Gdy już minęły ciarki jakie ją przeszły Samantha wyciągnęła przed siebie rękę, by poczuć delikatny, ale wyczuwalny opór powietrza. Czarownica znała podobne zabezpieczenia, ale tutaj niczego nie mogła być pewna. Cofnęła się więc na bezpieczną odległość i wycelowała różdżkę przed siebie.
- Finite incantatem! ­- zakrzyknęła, obserwując jak zaklęcie rozprasza się w nieregularnym załamaniu światła, a z miejsca gdzie przed chwilą ciągnęły się dalsze drzewa gęstej dżungli teraz wyzierał obłok biegnący po czystym niebie.
­- Finite incantatem­ - powtórzyła zaklęcie dla pewności i dopiero potem ruszyła naprzód.

Jej oczom ukazały się oświetlone kładącymi się promieniami słońca zbocza małej dolinki i ruiny na jednym z jej brzegów.
"Czyli jednak warto było zainwestować w Veritaserum. Ta mała Hinduska wiedziała co mówi." pomyślała Samantha, uśmiechając się sama do siebie.
Nagle zamarła. Po jej prawej stronie coś zsszumiało w krzakach, lecz na razie nic nie ukazało się oczom czarownicy.
­- Homenum revelio­szepnęła - szepnęła, jednak nie wyczuła żadnych istot ludzkich w okolicy.

Między wysokimi liśćmi gęstej trawy zatrzepotał wężowy język, na co czarownica szybki odwróciła swoje bezpośrednie spojrzenie niepewna przeciwnika. Nie omieszkała jednak wyciągnąć różdżki w kierunku napastnika i krzyknąć ­ Drętwota!
Czerwony promień pomknął w kierunku zarośli tylko po to, by ześlizgnąć się łuskowatej, wężowej głowie... tygrysa?
Chwila zawahania wystarczyła, by wielki wężo­kot susem skoczył przed siebie w kierunku pokiereszowanej już czarownicy.
­- Impedimenta!! ­- krzyknęła panicznie, odrzucając stwora na najbliższą, częściowo zawaloną ścianę budowli.
- Confringo! ­- dokończyła dzieła, burząc część ruiny, z której wielkie kamienie spadły na zwierzę, grzebiąc je żywcem.
Ciągle roztrzęsiona i z wyciągniętą różdżką podeszła do zawaliska, by sprawdzić czy aby na pewno pozbyła się zagrożenia.

Nieco uspokojona ruszyła w kierunku wejścia zapalając po drodze światło swojej różdżki. W jej głowie biły się teraz o prym trzy główne myśli: Jakie skarby uda jej się tu znaleźć? Jakie jeszcze zagrożenia na nią czyhają? I aktualnie zwyciężająca - Dlaczego była tak głupia, że nie przeczytała żadnej księgi o tym regionie zanim zdecydowała się tu przyjechać?!

Edytowane przez Angelina Johnson dnia 17.07.2016 22:00
 
Angelina Johnson
PRACA O - Hermionka78


Leganda o złotej sowie.


Pewnego dnia w pewnej szkole magii zwanej Hogwartem żyła podobno taka złota sowa, która umiała leczyć rany swoimi łzami, pióra miała brązowo-złote. Wiele uczniów wierzyło w tego mityczne stworzenie, ale było też wielu tych, którzy mówili i do tej chwili mówią, że to tylko przesąd. Jednak w poniedziałek Harry, Ron i Hermiona szli na lekcję historii magii, spóźnieni już o pięć minut. Razem rozmawiali na temat swoich ocen z eliksirów. W pewnym momencie wparowali do sali historii magii i usieli na swoich miejscach, wyciągnęli pióra i kałamarze; wszyscy wiedzieli już, że zbliża się kolejna mega nudna godzina siedzenia i słuchania profesora. Niestety meli rację profesor Binns znowu zaczął swój nudny długi wykład o powstaniu Hogwartu i średniowiecznych czarodziejach. Godzinę później Harry'ego i Rona obudził z głębokiego snu profesor, który oznajmił iż lekcja się już skączyła. Harry i Ron natychmiast wyrwali się do wyjścia lecz Binns i ch dopadł.
Potter, na jutro masz mi napisać jeden zwój na temat powstania Hogwartu - powiedział - to samo tyczy się pana Weasley'a. Gdy tylko skończył mówić odszedł bezszelestnie. Harry i Ron pobiegli w stronę dormitorium by nadążyć za Hermioną. Znaleźli ją pod samym wejściem do dormitorium.
Hej, Hermiona pomożesz nam w pracy domowej? - zapytał Ron
Z którego przedmiotu? - odwróciła się i popatrzyła na niego jakby ciciałaby go zabić.
Historii magii - odpowiedział niechętnie.
No nie wiem - powiedziała - Czy przypadkiem spałeliście na lekcji i dlatego mnie o to prosicie?
Tak - odpowiedział krótko bojąc się odpowiedzi.
Muszę to przemyśleć - powiedziała i odeszła do pokoju dziewczyn.
Czasami to naprawdę trudno zrozumieć dziewczyny - wymamrotał i wszedł do dormitorium wraz z Harrym i zaczeli przeglądać książki z nadzieją, że znajdą tam informacje, które nadają się na prace domową. Po godzinie sprawdzania podręczników oboje zdążyli przed następną lekcją napisać zwój pergaminu.

Edytowane przez Angelina Johnson dnia 17.07.2016 22:01
 
Angelina Johnson
ETAP II

Prace na Etap II MUSZĄ:

- nawiązywać do tytułu "co robi Hogwart nocą?"
- w pracy NIE MOGĄ znaleźć się uczniowie Hogwartu ani postacie niezwiązane na co dzień z Hogwartem
- w pracy MOGĄ znaleźć się natomiast nauczyciele, duchy, obrazy, skrzaty, pracownicy i tak dalej
- praca musi być utrzymana w kategorii: HUMOR, DRAMAT lub OBYCZAJ do wyboru.
Edytowane przez Angelina Johnson dnia 23.07.2016 11:39


Pamiętaj chemiku młody, komentuj ficki lub zmień się w odchody
made by Mikasa, Butelka 31.07.2020r.

image.spreadshirtmedia.net/image-server/v1/mp/designs/143618396,width=178,height=178,version=1077033415/chemia-milosci.png


s5.ifotos.pl/img/batpng_aewxhsq.png


img.joemonster.org/i/2018/01/mowiace_02.jpg


img.joemonster.org/i/2014/05/slodkiezdjecia_19.jpg


Slytherin! Sss..

Nigdy nie pozwoliłem aby szkoła przeszkadzała mi w edukacji.
Zawsze miałam szczęście. I znów będę je mieć.



Krew na twoich rękach, Falka,
Krew na twej sukience
Płoń, płoń, Falka, za twe zbrodnie
Spłoń i skonaj w męce!

Trochę wstyd, ale cóż, zasłużyłam ;D
www.harry-potter.net.pl/images/articles/admlen20202.jpg

www.harry-potter.net.pl/images/articles/najadminang.jpg
www.harry-potter.net.pl/images/articles/redaktorang.jpg
www.harry-potter.net.pl/images/articles/autorartang.jpg
www.harry-potter.net.pl/images/articles/wydanieprorokaroku.jpg

www.harry-potter.net.pl/images/articles/admin_naj.jpg

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2016awards_naj_pomocny_adm.png
www.harry-potter.net.pl/images/articles/2016awards_admin_naj.png

www.harry-potter.net.pl/awards/images/awardswinner/najbardziej_pomocny_administrator.png
www.harry-potter.net.pl/awards/images/awardswinner/najlepszy_administrator.png
www.harry-potter.net.pl/awards/images/awardswinner/najlepszy_komentator.png
www.harry-potter.net.pl/awards/images/awardswinner/najmilszy_administrator.png

www.harry-potter.net.pl/images/awards2013/najbardziej_pomocny_administrator.png
www.harry-potter.net.pl/images/awards2013/najlepszy_administrator.png
www.harry-potter.net.pl/images/awards2013/najmilszy_administrator.png
www.harry-potter.net.pl/images/awards2013/autor_najlepszego_artykulu.png
www.harry-potter.net.pl/images/awards2013/najlepszy_komentator.png
 
Angelina Johnson
PRACA A - Loony5


Dwie młode postacie wyłoniły się spośród drzew Zakazanego Lasu, wyraźnie zadowolone z siebie.
- To dopiero był pojedynek, prawda, Fil?
Karłowaty czarodziej o brązowych włosach potwierdził kiwnięciem głowy i zarechotał soczyście.
- Prawda, Minervo, ta wywłoka nie miała ze mną żadnych szans.
Wkroczyli do zamku, który o tej porze pogrążony był we śnie. Pochodnie na ścianach Sali Wejściowej dawały ciepłe, przyjemne światło. Kiedy dotarli do schodów prowadzących na wyższe piętra ich oczom ukazał się skrzat. Stał na szczycie i wlepiał w nich swoje wielkie, zamglone oczy. McGonagall zawołała go, jednak stworzenie pokazało jej język, zdjęło ubranie i pognało korytarzem na pierwsze piętro, głośno się zaśmiewając. Po chwili rozważań znieważona nauczycielka postanowiła wdać się w pogoń. Wraz z Flitwickiem pobiegli za małym buntownikiem, ciskając w niego zaklęciami, których ten zwinnie unikał. Po chwili skrzat skręcił w ślepy zaułek i zatrzymał się. Nauczyciele dogonili go z triumfem na twarzach, jednak z zaskoczeniem stwierdzili, że pojawiły się dwa kolejne, również roznegliżowane. Pomiędzy nimi stał wielki, czarny kocioł, a z niego unosił się fioletowawy dym.
- Cześć ci, Minervo! Cześć ci, transmutacji nauczycielko! - zawołał pierwszy skrzat.
- Cześć ci, Minervo! Cześć ci, dyrektora zastępco! - dodał drugi.
- Cześć ci, Minervo! Przyszła dyrektorko, cześć ci! - zawył trzeci.
Zdezorientowana nauczycielka wymieniła spojrzenie ze swoim karłowatym przyjacielem. Uczyła dopiero piąty rok i daleko jej było do stanowiska dyrektora. Od razu zdała sobie sprawę, że jest to idiotyczny żart i w szaleńczej złości chwyciła jednego ze skrzatów za ramię i zaczęła wymachiwać nim w powietrzu. Ten jednak wyrwał się jej i wraz z resztą ekipy wybiegł z korytarza, by następnie zeskoczyć z barierki na niższe piętro i zniknąć z pola widzenia.
Kiedy Minerva pożegnała się z Filiusem i udała do swojej sypialni, w głowie wciąż słyszała głosy skrzatów, przepowiadające jej przyszłość dyrektora szkoły. Z zamyślenia wyrwał ją widok Dumbledore'a stojącego przed jej gabinetem, wyraźnie wyczekującego.
- Dobrze, że jesteś, moja droga. - Jego uśmiech wywołał w niej dziwne drżenie, jakby doskonale wiedział o wszystkim, czego nie powinien był się dowiedzieć. - Może to nie jest najodpowiedniejsza pora, ale bardzo chciałem ci coś powiedzieć. Uważam, że twój staż i zaangażowanie, a także nieprzeciętna lojalność zasługują na nagrodę. Chciałbym więc mianować cię moim zastępcą. Dobranoc!
Albus minął ją i zniknął, zanim zdążyła wydobyć z siebie choćby dźwięk. Minerva, przytłoczona wydarzeniami tego dnia, postanowiła udać się do siebie, jednak zaśnięcie wydało jej się niemożliwością, czymś nierealnym, usiadła więc na krześle w gabinecie i pogrążyła się w myślach.
W końcu poderwała się z miejsca i bez dalszego zastanawiania się pobiegła na Błonia. Zatrzymała się dopiero przy chatce gajowego, starając się wyrównać oddech. Szalonym wzrokiem rozejrzała się dookoła i znalazła to, czego szukała. Podniosła siekierę i schowała ją pod płaszczem, a następnie przyspieszonym krokiem wróciła do zamku. Pobiegła schodami na pierwsze piętro, jednak zamiast zatrzymać się przy swoim gabinecie wspinała się dalej. Dotarła do gargulca strzeżącego gabinetu dyrektora i wypowiedziała hasło. Była tutaj już kilka razy, wezwana przez Dumbledore'a, jednak nigdy nie czuła takiego zdenerwowania. Nogi uginały się pod nią, kiedy przemierzała gabinet. Dotarła do sypialni i stanęła nad łóżkiem dyrektora. Wyciągnęła siekierę, wykonała zamach i uderzyła w miejsce, gdzie powinna leżeć głowa. Po drugim ciosie zdała sobie sprawę, że uderzenia wchodziły zupełnie gładko, jakby dyrektor pozbawiony był czaszki. Przerażona Minerva odrzuciła siekierę i zorientowała się, że zamiast głowy na poduszce leżał porozcinany arbuz, czego nie zauważyła we wcześniejszym amoku. Spanikowana nauczycielka wybiegła z gabinetu i ruszyła z powrotem na błonia. Na płaszczu miała kawałki arbuza. Za pomocą zaklęcia odcięła poplamione fragmenty ubrania i wraz z siekierą schowała je pod dużym głazem leżącym niedaleko jeziora.
McGonagall wróciła do pokoju i przez kolejne trzy dni zmagała się z ciężką gorączką. Od tej pory nie ufała żadnym wróżbom.

Edytowane przez Angelina Johnson dnia 25.07.2016 18:31
 
Angelina Johnson
PRACA B - Margaret Black



"Co robi Hogwart nocą?"



Przyjaźń jest cierpliwa.

Tak się składa, że Zgredek wie wszystko o cierpliwości.



Gdy zegar wybija północ, profesor McGonagall wzywa go do swojego gabinetu. Jest cicha, nic nie mówi, jedynie smutnymi oczami wygląda przez okno. Zgredek wie czego potrzebuje jego pani. Podaje jej filiżankę gorzkiej herbaty, a kilka łez spływa po jej policzkach.

Zgredek widzi jak pani McGonagall krzywi się - gorzka herbata, jest tym czego nienawidzi. A jednak prosi o nią każdej nocy. Zgredek jest dobrym skrzatem i nie odchodzi, dopóki nie zostaje odesłany. W trosce o swoją panią używa odrobinę magii, by zobaczyć o czym myśli. Jej wspomnienia są szczegółowe, ale Zgredek zauważa jedynie fragmenty - rude włosy, błyszczące, czekoladowe oczy, ciepły uśmiech i szczekanie psa. Zgredek wie kiedy jego pani potrzebuje towarzystwa.

- Zawsze zaskakiwałam ich wizytą - szepcze zachrypniętym głosem - Byli tak rozproszeni, że zapominali dodać cukru.

Zgredek spędza ze swoją panią jeszcze kilka minut. Patrzy jak ta transmutuje pióra, w kolejno - okulary, lilię, kluczyki do motoru i czekoladę. Chociaż profesor McGonagall jest mistrzynią transmutacji efekty jej pracy nie są zadawalające.

Okulary są pęknięte, lilia zwiędła, kluczyki zardzewiałe, a czekolada pokruszona. Zgredek słyszy cichy szept "Moi biedni Gryfoni".

---

Przyjaźń nie ocenia.

Tak się składa, że Zgredek nie ocenia nikogo.



Dyrektor wzywa Zgredka kilka minut po drugiej w nocy. Prosi o eliksir uspokajający. Zgredek przygląda się dokumentom porozrzucanym po podłodze i porozrywanym fotografiom. Pierwsza przedstawia trójkę rodzeństwa, druga samotnego chłopca, a trzecia czwórkę przyjaciół.

Zgredek zagląda do listu leżącego na podłodze. To zaledwie krótka notatka. "Nienawidzę cię - Aberforth". Zgredek patrzy jak Dumbledore wypija eliksir i za pomocą różdżki przywraca pokojowi dawny wygląd.

- To wszystko moja wina - szepcze zachrypniętym głosem - Zniszczyłem życie wszystkich, na których mi zależało.

Zgredek zostaje jeszcze przez kilka minut. Patrzy jak dyrektor przegląda wspomnienia w myślodsiweni, po każdym z nich wyglądając coraz gorzej. Zgredek słyszy histeryczny śmiech "Dla większego dobra".

---

Przyjaźń czasami boli.

Tak się składa, że Zgredek wie wszystko o bólu.


Wezwanie od profesora Snape'a przychodzi trzydzieści minut po trzeciej. Gdy Zgredek wchodzi do gabinetu widzi kilka pustych fiolek po eliksirach uzdrawiających. Pan Snape jest w czarnej szacie, obok, na stoliku leży śmierciożercza maska. Zgredek powstrzymuje dreszcz i podaje profesorowi filiżankę czarnej kawy.

Widzi jak mężczyzna krzywi się z bólu. Jego twarz przecina krwistoczerwona blizna.

- Zgredek ma zawołać dyrektora? - pyta cichym głosem.

Mężczyzna ukrywa twarz w ramionach, ignorując domowego skrzata. Zgredek wie, że powinien się oddalić, ale nie może tego zrobić widząc jak bardzo cierpi jego pan.

- Zgredek ma przynieść... - Skrzatowi przerywa szybka klątwa wystrzelona w jego stronę.

Upadając na kolana widzi tylko przerażoną twarz profesora Snape'a.

- Przepraszam - szepcze zachrypniętym głosem - Jestem takim głupcem.

Pan Snape z profesjonalną dokładnością leczy przecięcia na skórze Zgredka. Gdy roztrzęsiony skrzat wychodzi z gabinetu słyszy cichy szept "Jestem takim głupcem".

---

Gdy Zgredek wraca do Kuchni, spogląda na zegar powieszony na ścianie. Wie, że za dwadzieścia minut profesor Sprout poprosi o ziołową herbatę, a o piątej dziesięć pan Flitwick upomni się o eliksir rozweselający.

Zgredek wie wszystko o przyjaźni. Chodzi w niej o to, by bez względu na wszystko być przy przyjacielu, gdy ten cię potrzebuje.

Zgredek wie też co robi Hogwart nocą - krzyczy rozpaczliwym krzykiem, który usłyszeć mogą jedynie jego przyjaciele.

Edytowane przez Angelina Johnson dnia 25.07.2016 18:31
 

Podziel się z innymi: Delicious Facebook Google Live Tweet This Yahoo

Przejdź do forum:
Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2021 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3.
Theme by Andrzejster
Copyright © 2006-2015 by Harry-Potter.net.pl
All rights reserved.
Wygenerowano w sekund: 1.72