Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie masz jeszcze konta?
Zarejestruj się

Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Instagram
Facebook
Shoutbox
Musisz się zalogować aby wysłać wiadomość.

Pracownik Miodowego Królestwa
03.03.2021 18:07
Angelina Johnson, polecam!

Oscypek
03.03.2021 18:01
OO, to jest myśl, by wiosną pojechać w Sowie, Mikasa, jesteś genialna!

Pracownik Miodowego Królestwa
03.03.2021 14:38
na pewno ładnie, czy w jakichś górach może nie być ładnie?

Praktykant w Ministerstwie Magii
03.03.2021 14:37
Nigdy nie byłam w Górach Sowich. Podobno ładne. Musisz potem potwierdzić.

Pracownik Miodowego Królestwa
03.03.2021 13:59
Sowie, więc potterowo, haha

potrzebuję się gdzieś ruszyć, już dostaję świra w domu

Współpraca
Najaktywniejsi

1) Prefix użytkownikaAlette

Avatar

Posiada 59604 punktów.

2) Prefix użytkownikafuerte

Avatar

Posiada 56577 punktów.

3) Prefix użytkownikaKatherine_Pierce

Avatar

Posiada 45466 punktów.

4) Prefix użytkownikaShanti Black

Avatar

Posiada 43877 punktów.

5) Prefix użytkownikaSam Quest

Avatar

Posiada 41604 punktów.

6) Prefix użytkownikaania919

Avatar

Posiada 37824 punktów.

7) Prefix użytkownikaulka_black_potter

Avatar

Posiada 36617 punktów.

8) Prefix użytkownikalosiek13

Avatar

Posiada 33845 punktów.

9) Prefix użytkownikabatalion_88

Avatar

Posiada 31890 punktów.

10) Prefix użytkownikaMarcus Clinton

Avatar

Posiada 30892 punktów.

Losowe zdjęcie
Zobacz temat
Drukuj temat
Prace uczestników III Turnieju FF
Angelina Johnson
PRACA C - ulka_black_potter


Bajka dla dzieci.
Hogwart nocą.

Stąpała bezszelestnie po pustym korytarzu. Nikt nie miał prawa jej usłyszeć, gdyż to on wyznaczała reguły gry. Krok za krokiem zbliżała się do wyznaczonego wcześniej celu. Przemknęła tuż koło wiecznie skrzypiącej zbroi, która nawet w nocy nie przestawała wydawać z siebie dźwięku. Drzwi były otwarte, jak zwykle kiedy wiedział, że nie ma jej w pobliżu. Pomyślała sobie, że ten człowiek mało rozumie. Przecież i tak dostałaby się do środka.

- Moja kochana, długo cię dzisiaj nie było - powiedział przymilnie Argus Filch, po czym chwycił Panią Norris w ramiona. - Na pewno jesteś głodna... Zaraz coś znajdziemy...

Pani Norris nie rozumiała dlaczego człowiek znienawidzony przez pół szkoły, dla niej jest taki miły i opiekuńczy. Może po prostu był jedną z tych osób, które w książkach są samotnymi ciotkami, które śmierdzą i mają więcej kotów niż włosów na głowie. Pani Norris nie przeszkadzała troska Filcha wobec niej. Była jej nawet na rękę bo nie musiała tracić czasu na szukanie jedzenia czy czegoś wygodnego do odpoczynku. Poza tym woźny zapewniał jej alibi - wszyscy byli pewni, że włóczy się po zamku z nim, a jak jest sama to potajemnie, przekazuje mu informacje, w jakiś niezrozumiały, magiczny sposób. Prawda jest taka, że Filch po prostu zawsze był w pobliżu swojej kotki i na każde jej mruknięcie spieszył z pomocą.

Pani Norris zjadła pospiesznie resztki gulaszu wołowego, po czym udała się na spoczynek. Były wakacje, więc nocne eskapady po zamku nie były potrzebne. Dwa miesiące spokojnego snu, były potrzebne Argusowi Filchowi. Gdy tylko woźny zaczął miarowo oddychać, co mogło oznaczać, że zapadł już w głęboki sen, pani Norris zgrabnie zeskoczyła ze swojego posłania i ruszyła ku wyjściu z sypialni.
Mało kto znał tyle tajemnic Hogwartu co Pani Norris. Wiedziała na przykład, że co noc w sali numer pięć, zamkniętej ze względu stare i niepraktyczne urządzenia, spotykali się profesor Binns i Szara Dama. Lepiej nie opowiadać co tam wyprawiali, ale nocne jęki starego Lupina we Wrzeszczącej Chacie, można by przy nich uznać, za świergot skowronka. Kocica znała też wejście do tajnej kanciapy Hagrida na szóstym piętrze, która po brzegi wypełniona była napitkiem o sugestywnej nazwie ZACHLEJ VODKA. Kiedyś przez cały dzień zastanawiała się czy Hagrid nie dodaje do swojej herbatki tego alkoholu. Nikt nie zaprzeczyłby, że wygląda on czasem jak alkoholik.

W końcu zwierzę dotarło na miejsce. Jej gość jeszcze nie przybył, trochę ją to zirytowało, więc postanowiła się na czymś wyżyć. Jako, że w tej opustoszałej sali nie było niczego cennego poza pięknym, rzeźbionym fotelem z miękką czerwoną pufą, jako siedzisko, skupiła się na nim. Zbliżyła się do niego i wyciągnęła pazury. Drapanie drewna dawało jej niemałą satysfakcję, czuła jak odlatuje do innej krainy, z każdym ruchem łapy. Każda zeskrobana wiórka, była dla niej niczym fajerwerki, których o dziwo Pani Norris jako kot się nie bała. Zaczęła mruczeć przymilnie.

- Uważaj, jeszcze ktoś cię usłyszy. - rzekł znienacka tubalny i przebiegły głos. Gdyby głosy miały jakieś zapachy to ten śmierdziałby zgnilizną i psimi odchodami. Można było się domyślić, że taki zestaw nie bardzo odpowiadał kotu, ale Pani Norris się nie bała, po prostu czuła wstręt. W jednej chwili wskoczyła na fotel, lecz nie obejrzała się w kierunku postaci, która ją zagadnęła.
- Spóźniłeś się. - zamiauczała słodko. - Nie zajmę ci wiele czasu, chcę żebyś...
- Nie wiem czy wiesz, ale jest tylko jedna osoba, która może mi mówić co mam robić.
- Sranie w banie. Naprawdę głęboko w poważaniu mam to, co kazał ci zrobić Sam Wiesz Kto, jego poplecznicy czy jakaś tam inna dupy Maryny - odparła coraz bardziej poirytowana kotka. - Chcę miejsca, a ty mi je udostępnisz.
Posiadacz tajemniczego głosu nie odezwał się, czuł się urażony tonem, jakim zwracał się do niego ten parchaty kot.
- Bazyli, nie odstawiaj obrażonej lalki z Gryffindoru. Masz robotę, która przy okazji może pomóc i mi.
- Nie pomogę ci. Nie wiem dlaczego w ogóle z tobą rozmawiam. Mógłbym zjeść cię na obiad. - odpowiedziała postać nazwana Bazylim. - I w ogóle to od kiedy ja nazywam się Bazyli, hm?
- Nie fikaj potworze z Loch Ness, dobrze wiemy, że wystarczy jedno moje słowo, a któryś z kogutów Hagrida przyjdzie tu i po tobie.
Pani Norris wiedziała, że ten argument był aż nazbyt przekonujący. To dziwne jak małe stworzenia działają na wielkich. Ludzie tez się boją pająków, a te co najwyżej mogłyby wejść człowiekowi do kanapki, a ten zszedłby z obrzydzenia.
- Czego chcesz? - powiedział głos ze złością.
- Kiedy ty będziesz urządzał sobie wycieczki po zamku, udostępnisz mi Komnatę Tajemnic. Dwie do trzech godzin w tygodniu w zupełności mi wystarczą. Ani słowa nikomu, twojego pana i tak nie obchodzą koty. Woli śliskie zwierzątka.
- Koty? Będzie was tam więcej? - zapytał bazyliszek, a w jego głosie dało się usłyszeć nutę zrozumienia. Zaśmiał się złośliwie lecz nic więcej nie powiedział.
- I jeszcze jedno. Żeby nie było niedomówień. Nie chce żeby ktoś wiedział o naszych powiązaniach, dlatego mnie jako pierwszą spetryfikujesz. Dumbledore wróci mnie do życia, a ja odpocznę sobie od tego starego capa.
- Z przyjemnością. - wysyczał bazyliszek i odszedł.

~~~


Pani Norris lizała swoje fueterko tuż przy łazience Jęczącej Marty. Drzwi do niej były otwarte, a ona sama ukryła się za nimi. Nie chciała żeby ktoś niepożądany ją spostrzegł. Nagle usłyszała cichutkie kroki. Zbliżał się.
- Halo, jest tu ktoś?
Nagle wszystkie świecie oświetlające korytarz zgasły. Zrobiło się bardzo ciemno, ale dla kota nie miało to znaczenia. Noc była ulubiona porą tego zwierzęcia. Pani Norris wyszła zza drzwi by przywitać swojego gościa.
- Widzę, ze dostałeś moją wiadomość. - Pani Norris spojrzała prosto w oczy rudemu kotu, którego zaprosiła. Z satysfakcją stwierdziła, że Krzywołap ucieszył się na jej widok.
- Kobieto, już się przestraszyłem, że to jakiś pchlarz chce mnie wyzwać na pojedynek czy coś w ten deseń. Coś taka tajemnicza?
- Mamy dwie godziny. Znalazłam miejsce gdzie nikt nas nie znajdzie. Komnata Tajemnic została otwarta specjalnie na moje zamówienie. - powiedziała pani Norris i ruszyła do łazienki machając ogonem.
- Jesteś niesamowita. - powiedział Krzywołap wpatrzony w jej kuperek. - Jesteś wspaniała! Jesteś rubinem w mieczu Gryffindora...
- Jestem Hogwartem nocą. - odpowiedziała kotka i znikła w tunelu prowadzącym do Komnaty Tajemnic.

Edytowane przez Angelina Johnson dnia 25.07.2016 18:32
 
Angelina Johnson
PRACA D - fuerte


Gruby Mnich, po niemal tysiącu lat zamieszkiwania w Hogwarcie, postanowił znaleźć zajęcie, które pomogłoby mu uporać się z nudą. Bycie duchem miało naturalnie wady i zalety, przy czym do tych pierwszych zaliczała się niemożność wykonywania jakichkolwiek czynności manualnych. Gruby Mnich musiał także przyznać, że oprócz wielu rzeczy, których nie mógł robić, jak na przykład granie w Quidditcha, czy konstruowanie witraży, najbardziej brakowało mu smaku prawdziwego udźca. Bez wątpienia jednak zamkowe zjawy mogły poszczycić się umiejętnościami, których zazdrościli im czarodzieje z krwi i kości. Jako największy plus swojego stanu Gruby Mnich uważał niekończące się pokłady wina, z którym w ręku akurat zdarzyło mu się umrzeć. Kolejną zaletą, mającą nadać jego wiecznemu żywotowi w Hogwarcie nieco koloru, była możliwość przenikania przez ściany, a co za tym idzie, obserwowania innych mieszkańców zamku, podczas krótkich chwil prywatności. Gruby Mnich zdawał sobie sprawę, że wścibskość nie była szczególnie pożądaną cechą u byłego duchownego, ale skoro i tak już umarł, to nie musiał bać się, że znów spotka go kara boska.

Także tej nocy, kiedy zegar tylko wybił północ, Gruby Mnich przeniknął przez ścianę w Pokoju wspólnym Hufflepuffu i znalazł się na korytarzu tuż obok wejścia do szkolnej kuchni. Odkąd był martwy, czyli od bardzo dawna, widok tego miejsca napawał go ogromnym smutkiem, więc czym prędzej skierował się w stronę kwater Pomony Sprout.

Pokój znajdujący się na końcu korytarza był nieduży, ale całkowicie wypełniony magicznymi roślinami. Gruby Mnich miał problem z dostrzeżeniem opiekunki Puchonów wśród wijących się wszędzie pędów i w pewnym momencie zmartwił się, że zaczyna ślepnąć. Po kilku minutach dokładniejszych oględzin stwierdził jednak, że chociaż w sypialni jest cała masa żyjących roślin, to na pewno nie ma w niej profesor Sprout. Natomiast każdy, kto miał do czynienia z nauczycielką Zielarstwa wiedział, że najchętniej zamieszkałaby w jednej ze swoich cieplarni. Mnich nie przepadał za wylatywaniem z zamku, zresztą, szefowie wszystkich duchów nie patrzyli na tego typu eskapady przychylnym okiem, ale ciekawość wzięła górę. Spojrzał jeszcze na dziwną roślinę zżerającą własne owoce i wyleciał z pokoju.

Noc była ciepła, a niebo zasypane gwiazdami, co ucieszyło Mnicha, który nie cierpiał, kiedy krople zimnego deszczu przelatywały mu przez bebechy. Nie groziło mu zmoknięcie, ani przeziębienie po takiej kąpieli, ale mimo wszystko nie było to przyjemne. Zbliżając się do cieplarni zauważył, że w jednej z nich świeci się słabe światło. Przyspieszył nieco, łapiąc lekką zadyszkę i już po chwili znajdował się w pełnym najdziwniejszych roślin przeszklonym pomieszczeniu.

Profesor Sprout stała z rękami na biodrach przed donicami z Jadowitą Tentakulą i mamrotała coś wściekle pod nosem. Gruby Mnich był pewien, że z emocji go nie zauważyła, więc nadął policzki, zacisnął powieki i zaczął stopniowo blednąć. Kolejna zaleta bycia duchem; można zniknąć bez użycia różdżki czy Peleryny Niewidki. Podleciał bliżej nauczycielki i zobaczył, że doniczki są wybrakowane.

- Jasna cholera - warczała pod nosem Pomona. - Niech ja się tylko dowiem, kto znowu gwizdnął mi pędy... To, co dzieje się w tej szkole przechodzi już wszelkie granice... Już ja sobie pogadam z Dumbledore'em...

Gruby Mnich zamyślił się na moment. Wcześniej nic nie zapowiadało, że tej nocy wydarzy się coś nadzwyczajnego, więc może, gdyby pomógł profesor Sprout znaleźć złodzieja... Zaraz przypomniał sobie jednak, że kiedy w zeszłym roku Krwawy Baron zwędził mu dzban z winem, nikt z kadry nauczycielskiej nie kiwnął palcem, żeby odzyskać boski napój. Lepiej by było, gdyby wrócił z powrotem do zamku i zobaczył, co robi reszta opiekunów. Jeżeli przypadkiem dowie się, kto kradnie Pomonie rośliny z jej królestwa, z pewnością powiadomi kogo trzeba. A tymczasem...

W Sali Wejściowej natknął się na woźnego Filcha, który właśnie próbował wyjąć głowę z hełmu należącego do zbroi stojącej przy drzwiach. Hałasował przy tym na cały parter, a pani Norris prychała wściekle. Gruby Mnich rozbawiony tym widokiem, zanosząc się śmiechem poleciał na pierwsze piętro, gdzie znajdowała się kwatera profesor McGonagall. Zanim zdecydował się na przeniknięcie przez ścianę, sprawdził czy na pewno jest niewidoczny.

Minerwa siedziała przy drewnianym biurku w kącie małego pokoju i przeglądała z wypiekami na twarzy najnowsze wydanie "Transmutacji Współczesnej". Bawełniany czepek przechylił jej się na głowie pod dziwnym kątem, kiedy podekscytowana stukała różdżką w szklankę, wypełniając ją złocistym płynem. Chociaż Gruby Mnich skończył Hogwart bardzo dawno temu, dość szybko domyślił się, że dolewanie alkoholu do naczynia nie jest żadną umiejętnością z dziedziny Transmutacji. Nieco rozczarowany rozejrzał się jeszcze po uporządkowanym pomieszczeniu i zauważył na szafce nocnej niedokończony sweter na drutach oraz zdjęcie drużyny Srok z Montrose z autografem. Stwierdziwszy, że profesor McGonagall, oprócz opróżnienia całej butelki Ognistej Whisky, nie wymyśli sobie nic ciekawszego do roboty, postanowił zobaczyć, co słychać u profesora Flitwicka.

Gabinet opiekuna Ravenclawu znajdował się na siódmym piętrze. W połowie Gruby Mnich prawie zrezygnował z dalszej podróży, gdy odezwała się jego nadwaga i brak kondycji. Nie mógł się nadziwić, jak maleńki profesor Flitwick codziennie pokonuje taką drogę na swoich krótkich nóżkach.

W pokoju nauczyciela Zaklęć głośno grała muzyka. Gruby Mnich jeszcze raz wyleciał na korytarz sprawdzając, czy przypadkiem się nie pomylił. Na drzwiach wisiała jednak mosiężna tabliczka z napisem "Filius Flitwick, opiekun Ravenclawu", więc z powrotem przeleciał przez ścianę. W środku odbywała się prawdziwa muzyczna uczta. Profesor stał na podwyższeniu w granatowej piżamie w pionowe paski i machał różdżką, która służyła mu za batutę. Na stoliku obok stało kilka pucharów z syropem wiśniowym; w każdym znajdowały się dwie kostki lodu i kolorowe parasolki. Gdyby Gruby Mnich mógł, na pewno pośliniłby się na ten widok. Zamiast tego zaczął się zastanawiać, dlaczego Filius dyryguje niewidzialnej orkiestrze, zamiast za dnia trenować z prawdziwym chórem. Odpowiedź przyszła nadzwyczaj szybko, kiedy przed oczami pojawił mu się obraz sprzed dwóch lat, kiedy to utalentowani inaczej chórzyści zaserwowali prawdziwy pokaz fałszowania podczas uczty inaugurującej rok szkolny. Gruby Mnich mógłby przysiąc, że sam Albus Dumbledore chciał wtedy na śpiewaków rzucić Silencio.

Profesor Flitwick kompletnie zatracił się w dźwiękach muzyki i nie zauważył nawet, kiedy z tego wszystkiego strącił batutą puchar ze swoim ulubionym napojem. Mnich nie chciał patrzeć na rozpacz, która ogarnie sympatycznego profesora na widok bałaganu, a poza tym śpiew chórzystów przywodził mu na myśl lata spędzone w klasztorze, których nie zaliczał do specjalnie udanych.

Do odwiedzenia został mu już tylko jeszcze jeden opiekun. Gruby Mnich bardzo polubił Horacego Slughorna jeszcze zanim ten nauczał w Hogwarcie przed emeryturą. Profesor, podobnie jak on, uwielbiał wszelkie rodzaje wina, a z racji swoich umiejętności, sam warzył własne odmiany tego szlachetnego trunku. Sunąc w kierunku lochów, gdzie znajdowały się gabinet i sypialnia Horacego, Mnich marzył o stojących na półkach butelkach wypełnionych czerwonym winem. Wiedział, że co roku, z okazji rocznicy swojej śmierci, Prawie Bezgłowy Nick zamawiał specjalny catering trudniący się przygotowywaniem jedzenia i picia dla duchów, ale wcześniej nie miał zaufania do takich rzeczy. Postanowił jednak, że skorzysta z tych usług, bo coś mu się w końcu od życia należy.

Nie wiedząc kiedy, duch Hufflepuffu dotarł pod drzwi z nazwiskiem Slughorna, prawie wpadając na profesora. Mężczyzna wyglądał dziwnie podejrzanie. Pod umorusaną trawą i błotem szatą widać było wybrzuszenie. Gruby Mnich niedawno rozmawiał z Horacym i nie zauważył znaczącej zmiany w wadze, więc mogło to oznaczać tylko jedno. Nauczyciel Eliksirów chował coś pod ubraniem i bardzo nie chciał, żeby ktokolwiek go zobaczył. Z łoskotem wpadł do swojej kwatery, a podekscytowany Mnich poleciał za nim.
Slughorn minął gabinet i pognał do drugiego pomieszczenia, w którym znajdowała się sypialnia. Pod ścianą stało ogromne terrarium wypełnione pędami dziwnie znajomej magicznej rośliny. Kiedy do Grubego Mnicha dotarło na co właściwie patrzy, wytrzeszczył szeroko oczy.

- Nie... - szepnął i szybko zasłonił sobie usta ręką.

Profesor był zbyt zaaferowany, aby zorientować się, że ktoś mu towarzyszy. Wkładał właśnie kolejne pędy do terrarium i w ostatniej chwili zasunął drzwiczki, chroniąc się przed ukąszeniem. Mnich zrozumiał, że Jadowita Tentakula usiłowała zemścić się za zabranie jej spod skrzydeł profesor Sprout. Nie chciał być w skórze Horacego, kiedy Pomona dowie się, kto podkradał jej cenne zapasy. Wszyscy mieszkańcy zamku mogli się jednak spodziewać wielkiego rabanu i ogłoszenia poszukiwań.

Gruby Mnich był rozdarty. Z jednej strony jego moralnym obowiązkiem było zawiadomienie o podłym przestępstwie Slughorna. Z drugiej niesamowicie wręcz cenił sobie towarzystwo mężczyzny, z którym dzielił zamiłowanie do wina. Mnich nie miał wątpliwości, że gdyby nie jego przykre doświadczenia z duchownymi, którzy skazali go na śmierć za uleczanie dzieci ze smoczej ospy, moralność wzięłaby górę.

Po krótkim bilansie zysków i strat przyznał w duchu, że najlepiej będzie, jeśli wróci do Pokoju wspólnego Puchonów i utnie sobie drzemkę. Slughorn na pewno potrzebuje pędów do jakiegoś eliksiru, a Pomona ma ich w cieplarni jeszcze całe mnóstwo. Zresztą, przecież nikt nie będzie używał Jadowitej Tentakuli w Hogwarcie. Bo niby po co, może do walki z Sami-Wiecie-Kim?

Gruby Mnich zaśmiał się pod nosem i zostawił umorusanego Horacego Slughorna samego w swoich kwaterach.

Edytowane przez Angelina Johnson dnia 25.07.2016 18:32
 
Angelina Johnson
PRACA E - Nedelle


Przygoda małego Nostalga


Będzie to opowieść, jakiej z pewnością nigdy nie usłyszeliście czy przeczytaliście, gdyż ma ona nietypowego bohatera, a jest nim... zwykły skrzat domowy. Żył on bowiem dawno temu i tę historię znam tylko dlatego, że wyszukałam ją w bibliotece większej niż ta, która ma miejsce w Hogwarcie. Dużo czasu spędzam w tego typu miejscach, więc znam wiele takich klechd.

Na pewno znacie historię Howartu, a w szczególności jego założycieli, czyli Godryka Griffndora, Rowenę Ravenclow, Salazara Slitherina, oraz tą, która będzie miała większe znaczenie w tej anegdocie - Helenę Hufflepuff. Ta ostatnia wpadła na genialny pomysł zatrudnienia nikomu nie służących skrzatów domowych, aby te pomagały założycielom w utrzymaniu szkoły.

Opowiastka ma swój początek pewnej nocy, gdy Hogwart był jeszcze młodziutką szkołą. Wtedy jeszcze nie miał takiej sławy jak dziś, jednak myślę, że łazienka prefektów od samego początku podobała się uczniom... A zwane przez wszystkich "kiblem" pomieszczenie pachniało dość specyficznie. Do rzeczy... naszym bohaterem jest Nostalg, mały skrzacik domowy, który dotarł do Hogwartu mając zaledwie cztery latka. Nie jestem pewna, czy wiek u tych stworzeń magicznych inaczej się liczy, później sprawdzę w księdze, bo strasznie mnie to intryguje. Wracając. Nasz Nostalg został uwolniony od swojego pana przez kapelusz. Ponoć w ten sposób jego właściciel chciał się pozbyć, bo nie lubił skrzatów, a tego miał tylko dlatego, że jego siostra, była nauczycielka eliksirów, zmarła i malec stał się opiekunem tego jegomościa, lecz właściwie nie jest to istotne. Wybijała trzecia nad ranem, gdy Nostalg pojawił się w sypialni Helgi, budząc ją. Kobieta nie wierzyła wtedy własnym oczom.

- Skrzacie, skąd pochodzisz? Potrzebują coś twoi właściciele ode mnie? - zaspana Hufflepuff pocierała oczy, by nieco się rozbudzić. Niestety, nie pomagało to zbytnio.

- Madame Hufflepuff? Wybacz, Pani, że cię obudziłem. Mój właściciel oddał mi swój kapelusz, zwalniając mnie ze służby i nie mam komu teraz pomagać - zaczął żalić się malec. Nie dziw się, że czterolatek tak ładnie zwracał się do obudzonej kobiety, bo to oczywiste, że jego poprzedni pan nauczył go tego, zanim haniebnie się go pozbył. Może po to, by nie wstydzić się za malca poza domem. Helga popatrzyła na Nostalga. Ubranie miał dość mizerne - stara, poniszczona koszulka z prawie niewidocznym już jednorożcem na środku była jedyną rzeczą chroniące jego ciałko. - Przybyłem więc tu, bo usłyszałem od brata, iż bezpańskie skrzaty, takie jak ja, znają tu miejsce pracy.

- Czy twój brat tu jest? Pracuje u nas, na kuchni? - zapytała Helena, nieco już rozbudzona.

- Tak, madame. Na imię mu Dawcio, na pewno Pani go zna!

- Och, faktycznie. To sympatyczny skrzat, bardzo go lubię. Czy mógłbyś mi się przedstawić? - zapytała Helga pewna już, że chce pomóc biednemu malcowi.

- Wybacz, Pani, mój brak manier! Muszę sobie odmierzyć jakąś karę... - zaczął skrzacik i rozejrzał się po pomieszczeniu. Zauważył w kącie stojący parasol, który szybko wziął do ręki i zaczął bić się nim po głowie, by odmierzyć sobie karę. - Nostalg zły, Nostalg nieładny, fuj...

- Och, na ciastka Salazara! Daj spokój, naprawdę ładnie się zachowałeś. Przestań już odmierzać sobie karę, twój brat czeka, na pewno się ucieszy na twój widok!

Faktycznie, gdy tylko Dawcio zobaczył Nostalga, uśmiechnął się, a zaraz potem ściskali się długi czas. Helga mimo zmęczenia czuła się bardzo dobrze. Szybko zatrudniła czterolatka. Miał pomagać bratu w sprzątaniu i pichceniu jedzenia dla uczniów. Potem poszła dalej spać, bo jak sama stwierdziła, wszystkie kalorie jakie w sobie ma, muszą odpocząć, bo jeszcze je straci.

Co noc wyruszali do dormitoriów uczniów, by uporządkować nieco ich skarpetki, podjeść fasolki, czy śmiać się po cichu z min, jakie robili uczniowie śpiąc. Niektóre naprawdę były zabawne, prawie jak te, które są znakiem rozpoznawczym mugola Ruperta Grinta. Z pewnością go znacie! Nostalg jednak był niespełnionym artystą i malował wizerunki różnych osób. Ulubionym portretem jego brata był ten, który przedstawiał Salazara Slitherina obżerającego się ciasteczkami upieczonymi przez skrzaty i Helgę. Ale kto mógł się im oprzeć? Jestem w stu procentach pewna, że ty nie dałbyś rady, skoro nawet ten zardzewiały gargulec wymiękał przy ich zapachu!

Szczęście nie dopisało jednak pięcioletniemu już Nostalgowi, bo podczas jednego z wieczorów zmarła Helga. A była to wielka tragedia, bo każdy ją lubił. Chyba każdy płakał z tego powodu. W końcu kto będzie piekł tak smaczne ciastka? Z pewnością nigdy już nie poczują tego smaku... Malec załamał się, gdy tylko uświadomił to sobie i noce z bratem przestały być takie zabawne, a praca w kuchni taka fajna.

Nostalg z każdym dnie gorzej się czuł. Bardzo brakowało mu madame Helgi i jej ciasteczek. Nadszedł czas i na niego. Otulił go sen żelazny w kuchni, podczas... robienia puddingu na Święta Bożego Narodzenia. Niech nie będzie wam smutno! Z pewnością spotkał się ze swoją Panią i porozmawiał z nią o przepisach, ogólnie jedzeniu i portretów karykaturalnych przedstawiających Salazara jako świnkę, czy Godryka jako kotka z groźną minką. Za namową madame Hufflepuff Nostalg wrócił do Hogwartu jako duch. Od tamtej pory mały brzdąc pilnował, by ciasteczka były tak smaczne, jak za życia Helgi. A nie zawsze były!

Och, jeszcze coś! Zastanawialiście się, czy Zgredek trafił do nieba? Tak? To mogę wam powiedzieć, że on też postanowił nie rozstawać się z magicznym zamkiem i wrócił tam jako duch. Ciasteczka to bardzo ważna rzecz, ale przy skarpetkach wydają się być błahostką! Ktoś musiał sprawiać, by uczniowie nosili skarpetki nie do pary, prawda? Następnym razem, gdy jedna ze skarpetek zniknie, nie obwiniajcie o to swojej bezczelnej pralki, tylko tego małego skrzata, bo to jego sprawka.

Tak czytałam w książce, a co jest napisane w książce jest prawdą, nawet nie zaprzeczaj!

Edytowane przez Angelina Johnson dnia 25.07.2016 18:32
 
Angelina Johnson
PRACA F - Midnight Mist


Samotna postać sunęła niespiesznie przez błonia szkoły pośród mgły wznoszącej się powoli od strony jeziora. Jej delikatna szata powiewała w nieistniejących podmuchach wiatru, sunąc przez źdźbła traw i drobne kamienie jak gdyby były one niczym. Ani jeden listek nie poruszał się na drzewie i ani jedna zmarszczka nie burzyła lustrzanej tafli jeziora. Księżyc na niebie był już delikatnym sierpem, przez co niemrawo oświetlał błonia i mury zamku. Chłód ściął kwiaty, które właśnie mijała zwiewna dama, a ona wzniosła swój przeszywający własnym chłodem wzrok na lewitującą postać w zgniłozielonych szatach i z twarzą ukrytą w podobnym kapturze.
­- Czego ode mnie chcesz potworze? - ­bez wahania fuknęła na dementora ­-
Mieszkam tu ponad tysiąc lat i nadal nie rozumiem jak którykolwiek dyrektor mógł zgodzić się na wpuszczenie do Hogwartu takich wynaturzeń.

Bez zbędnego pośpiechu wznowiła swoją wędrówkę, przenikając przez cuchnącą śmiercią bestię. Promienie księżyca rozjaśniły jej błyszczącą srebrzyście suknię, gdy wyszła z cienia rzucanego przez dementora. Wielu jemu podobnych unosiło się wokół zamku, a nawet Szara Dama była zdolna zauważyć ich zniecierpliwienie i pragnienie wtargnięcia do zamku, który pozostawał w całkowitej ciemności poza jaśniejącymi witrażami Wielkiej Sali.

Helena Ravenclaw uniosła się nad ziemię, szybując nad świecącymi dyniami przy wejściu do szkoły. W przeciwieństwie do większości duchów nie była zainteresowana zabawą w ostatnią noc października. Jej niechęć pogłębiał tylko bardziej łoskot łańcuchów Krwawego Barona, który wyraźnie wybijał się z gwaru panującego w czasie uczty. Niewzruszona Dama wzniosłą się po schodach, by poszybować korytarzami w kierunku sali Obrony przed Czarną Magią. Chciała zobaczyć, czy jej nowy gospodarz nie potrzebuje przypadkiem towarzystwa w czasie samotnych nocy jakie spędzał tam zdecydowanie zbyt często.

Profesor Lupin nie był może czarodziejem jakiego Helena chciała by widzieć jako nauczyciela w szkole swojej matki, jednak pomimo pewnych wad wydawał jej się uprzejmy i godny zaufania, przynajmniej w pewnych granicach. A te u Heleny zawężały się coraz bardziej na przestrzeni ostatniego millenium. Sala Obrony przed Czarną Magią stała jednak pusta, a w gabinecie również nie było z kim teraz porozmawiać.

Dama ruszyła więc w podróż do wieży Ravenclawu, by w noc zmarłych oddać hołd swojej matce. Nie zwracała większej uwagi na wiszące wokół portrety, których mieszkańcy pozdrawiali najstarszą mieszkankę Howartu gdy bezgłośnie sunęła pustymi korytarzami obok ich ram. Musnęła ręką balustradę spiralnych schodów w wieży, a jej twarz pokrył smutek, gdy blade palce przeniknęły przez wygładzony tysiącami rąk kamień. Zapominała już jak miły był on w dotyku, gdy sama wspinała się do pokoju wspólnego ponad 10 wieków wcześniej...

Otrząsnęła się z tej posępnej myśli i poszybowała w górę, by bez zastanowienia przeniknąć drewniane drzwi. Zawisła dopiero przed posągiem przedstawiającym urodziwą czarownicę w podobnie zwiewnej szacie i z diademem na czole. Grymas pojawił się na twarzy ducha, gdy przypomniała sobie do czego doprowadził ten niepozorny magiczny artefakt. Jednak nie po to tu przybyła. Wyciągnęła rękę i położyła ją na piersi posągu w geście pojednania, schylając głowę w pokorze.

­- Przepraszam, matko... - stała tak przez kilkanaście minut, w asyście cicho trzaskająceo kominka i odległego gwaru. Usunęła przezroczystą dłoń dopiero, gdy uznałą to za stosowne i oddaliła się od wizerunku rodzicielki, by jeszcze przez chwilę pobyć z nią w ciszy i spokoju, gdy mogła ją podziwiać bez gwaru uczniów.

Gdy zobaczyła na zegarze zbliżającą się północ wyfrunęła z pokoju i udała się na szczyt wieży astronomicznej, która zawsze kojarzyła jej się z ogromem wiedzy jaki jeszcze czeka na odkrycie. Wiedziała, że jej matka zawsze lubiła tu siadać na ławeczce, dlatego nie zajęła jej miejsca, tylko odsunęła się na bok. Kiedyś siadywały tu razem i dziś pragnęła poczuć jak pustka mieszkająca w niej od tysiąca lat choć na chwilę wypełnia się ciepłem.

Obok srebrzystego ducha wylądował kruk o błyszczących w świetle księżyca piórach, który najwyraźniej nie bał się zjawy. Ta wysunęła do niego rękę, gładząc niematerialnie głowę ptaka. Jak co roku chciała uwierzyć, że to jej matka wróciła jej przebaczyć, dlatego na jej twarzy pojawił się dawno nieobecny uśmiech. Siedziała więc szczęśliwa, słuchając pierwszego z uderzeń zegara i wiedząc, że jak co roku wraz z ostatnim uderzeniem ptak zniknie, a ona znów będzie borykała się ze swoim poczuciem winy do następnej Nocy Duchów. Nie chciała psuć tej chwili, dlatego odwróciła wzrok od ciemnych postaci unoszących się na tle księżyca i spojrzała w gwiazdy ­- w końcu w nich zawsze można wyczytać coś ciekawego.

Edytowane przez Angelina Johnson dnia 25.07.2016 18:33
 
Angelina Johnson
PÓŁFINAŁ

Prace na PÓŁFINAŁ MUSZĄ:

- być napisane zgodnie z kategorią: DRAMAT
- musi być tytuł pracy, który będzie nawiązywał do tiary
- w pracy NIE MOŻE znaleźć się Severus Snape, śmierć, utrata zdrowia
- w pracy MUSI znaleźć się ulica Pokątna, Ollivander, spotkanie z bratem
- praca musi być utrzymana w kategorii: HUMOR, DRAMAT lub OBYCZAJ do wyboru.


Pamiętaj chemiku młody, komentuj ficki lub zmień się w odchody
made by Mikasa, Butelka 31.07.2020r.

image.spreadshirtmedia.net/image-server/v1/mp/designs/143618396,width=178,height=178,version=1077033415/chemia-milosci.png


s5.ifotos.pl/img/batpng_aewxhsq.png


img.joemonster.org/i/2018/01/mowiace_02.jpg


img.joemonster.org/i/2014/05/slodkiezdjecia_19.jpg


Slytherin! Sss..

Nigdy nie pozwoliłem aby szkoła przeszkadzała mi w edukacji.
Zawsze miałam szczęście. I znów będę je mieć.



Krew na twoich rękach, Falka,
Krew na twej sukience
Płoń, płoń, Falka, za twe zbrodnie
Spłoń i skonaj w męce!

Trochę wstyd, ale cóż, zasłużyłam ;D
www.harry-potter.net.pl/images/articles/admlen20202.jpg

www.harry-potter.net.pl/images/articles/najadminang.jpg
www.harry-potter.net.pl/images/articles/redaktorang.jpg
www.harry-potter.net.pl/images/articles/autorartang.jpg
www.harry-potter.net.pl/images/articles/wydanieprorokaroku.jpg

www.harry-potter.net.pl/images/articles/admin_naj.jpg

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2016awards_naj_pomocny_adm.png
www.harry-potter.net.pl/images/articles/2016awards_admin_naj.png

www.harry-potter.net.pl/awards/images/awardswinner/najbardziej_pomocny_administrator.png
www.harry-potter.net.pl/awards/images/awardswinner/najlepszy_administrator.png
www.harry-potter.net.pl/awards/images/awardswinner/najlepszy_komentator.png
www.harry-potter.net.pl/awards/images/awardswinner/najmilszy_administrator.png

www.harry-potter.net.pl/images/awards2013/najbardziej_pomocny_administrator.png
www.harry-potter.net.pl/images/awards2013/najlepszy_administrator.png
www.harry-potter.net.pl/images/awards2013/najmilszy_administrator.png
www.harry-potter.net.pl/images/awards2013/autor_najlepszego_artykulu.png
www.harry-potter.net.pl/images/awards2013/najlepszy_komentator.png
 
Angelina Johnson
PRACA A - Margaret Black


"Bracie, tiara nie ukryje Twoich zamiarów"



Pierwsza siostra sięga po nić.

Dobrze wiem, że nie powinienem był tutaj przychodzić. Sam pomysł odwiedzenia Londynu, ba nawet powrotu do kraju, czy na kontynent był z mojej strony czystą głupotą, spontanicznym szaleństwem. Coś jednak kazało mi tutaj przyjechać. Miałem dosyć. Po prostu dosyć. Dosyć budzenia się w środku nocy, nie pamiętając w jakim kraju przebywam. Miałem dosyć zmian hotelu przynajmniej raz w miesiącu. Dosyć ucieczki. Przede wszystkim ucieczki.

Obawiałem się, że popadam w paranoję. Tak naprawdę to nie miałem żadnych podstaw by twierdzić, że ktoś na mnie poluje. Nie zmienia to jednak faktu, że uciekam już od dwóch lat. O ironio! Uciekam od czasu mojej ucieczki.

Teraz znajduje się tutaj. W samym sercu czarodziejskiej Anglii i czuję się jak gdyby czas się zatrzymał. Jestem w domu. W prawdziwym domu, a nie w jakimś przydrożnym hotelu, czy w obskurnej karczmie. Jestem w domu. Jestem w Europie. W Anglii. Na Pokątnej.

Nic się nie zmieniło od mojego wyjazdu. Po lewej ciągle stoi sklep Ollivandera, a na końcu ulicy Bank Gringotta. Czarodzieje spacerują z torbami pełnymi zakupów, a małe dzieci oglądają kolorowe wystawy. Nikt nie zwraca na mnie uwagi. Nikt mnie nie obserwuje. Nikt nie chce mnie zabić.

- Rabastan! - słyszę krzyk i zamieram w bezruchu. Nie. Nie. To niemożliwe. Jestem tutaj zaledwie od kilku minut, a on... Odwracam się powoli.

Chciałbym powiedzieć, że nic się nie zmienił. Byłoby to największym kłamstwem jakie kiedykolwiek wypowiedziałem. Zestarzał się. Mój starszy brat - zaledwie dwudziestopięciolatek, po prostu się zestarzał. Jego oczy nie błyszczą już tak jak kiedyś. Jego usta się nie śmieją, a jego postawa nie jest swobodna. Mój brat jest spięty. Wyprostowany i dumny.

- Bałem się o twoje zdrowie - mówi głośno. Kilka osób spogląda w naszą stronę - Uzdrowiciele nie dawali ci żadnych szans.

Podchodzi i wyciąga do mnie rękę. Nie wiem o co mu chodzi. Mruga do mnie jak gdyby opowiedział jakiś żart, który rozumiemy tylko my. Ale ja nie rozumiem. Z moim zdrowiem jest wszystko w porządku - nigdy nawet nie chorowałem.

- Panna Greengrass była zrozpaczona odwołaniem waszych zaręczyn - kontynuuje niezrażony - Ale widzę cię tutaj i mam nadzieję, że wszystko jest już w porządku. Prawda?

Zrozumiałem teraz. Idealna rodzina Lestrange wymyśliła usprawiedliwienie mojej ucieczki. Cała czarodziejska Anglia myśli, że wyjechałem z powodu śmiertelnej choroby. To było takie... sprytne. Z wzroku mojego brata wyczytałem jednak, że wolałby widzieć mnie na łożu śmierci.

- Trochę się tutaj pozmieniało od twojego wyjazdu - mówi z nikłym uśmiechem - Zapraszam na herbatę. Porozmawiamy.

---

Druga siostrą ją naciąga.

Rudolf stukał nerwowo o blat stołu. Poprawiał włosy. Rozglądał się. Jak na tak spokojnego człowieka jakim był, miał zdecydowanie za dużo tików nerwowych. Ciągle starał się zachować pozory zwykłego rodzinnego spotkania. Ja jednak wiem lepiej - jest na mnie wściekły.

- Po prostu mnie to przerosło - zaczynam się tłumaczyć - Wiesz... oczekiwania rodziców i... Tom Riddle.

- Nie wymawiaj tego nazwiska - przerywa mi ostro - Mój pan jest tytułowany Lordem.

- To niedorzeczne - śmieję się krótko - Czarodziej półkrwi?

Mam wrażenie, że Rudolf najchętniej rzuciłby we mnie klątwą.

- Jak już mówiłem - nastąpiły zmiany. Możliwe, że tego nie zauważyłeś. Z tego co mi wiadomo podróżujesz po Ameryce. Kanada, Stany Zjednoczone, Meksyk... podobno nawet Gwatemala.

Zamieram. Przecież to niemożliwe, żeby znał miejsca, w których się zatrzymywałem. Podnoszę na niego wzrok i nie jestem już tego taki pewien. Mój brat się zmienił. Wszystko się zmieniło.

- Klub przyjaciół mojego Lorda się powiększa. Malfoy, Avery, Mulciber, Bulstrode... i ja oczywiście. Mam nadzieję, że już wkrótce i ty - Zabrzmiało to jak rozkaz.

- Poglądy moje i pana Riddler17;a się różnią - mówię ostrożnie - Dałem mu to do zrozumienia dwa lata temu - Spoglądam na niego niepewnie - Rodzice również odmówili.

- Rodzice nie żyją - mówi niezrażony. Filiżanka w mojej dłoni pęka - Nie rób takiej zdziwionej miny. Nie graj perfekcyjnego syna. Wiem, że ich nienawidziłeś. I przede wszystkim - o nic mnie nie oskarżaj. To był jedynie nieszczęśliwy wypadek. Zostali napadnięci przez czarodziejów w białych maskach... To takie... przykre.

- Byłeś tam. To ty ich zabiłeś - syczę przez zęby.

- A jednak nie jesteś taki głupi na jakiego wyglądasz. Musisz nas odwiedzić. Bella się stęskniła.

Trzecia wyjmuję nożyce.

Nie mogę uwierzyć, że tak szybko zmienił temat. Przed chwilą rozmawialiśmy o morderstwie, a teraz... Miałem ochotę go uderzyć.

- Przepraszam - do naszego stolika podchodzi starszy mężczyzna. Ollivander. r11; Zobaczyłem pana Rabastana i postanowiłem się przywitać. Wydaje mi się, że jego różdżka nie służy już tak dobrze, jak kiedyś - Patrzy na mnie ponaglająco, a ja nie mogę oprzeć się wrażeniu, że właśnie uratował mi życie. Rozmowa, którą prowadzę może bardzo łatwo skazać mnie na śmierć.

Wstaję od stolika i idę za starszym czarodziejem.

- Razem z przyjaciółmi odwiedzę cię wieczorem - krzyczy mój brat - Mam nadzieję, że zaakceptujesz propozycję członkostwa w naszym klubie. Wiem gdzie się zatrzymałeś - Słyszę jego śmiech.

Mój brat się zmienił. Nie jest już małym chłopcem. Nie jest już szczęśliwym nastolatkiem. Jest mężczyzną. Mężczyzną, który już wybrał.

Widzę współczujący wzrok Ollivandera i podejmuję decyzję.

Zostanę. Bez względu na wszystko przestanę uciekać.

Może znajdę szansę na ocalenie mojego brata.

I wszystkie trzy czekają na chwilę przecięcia linii mojego życia.


Praca została dopuszczona jako spełniająca wymagania przez Mastera Turnieju (morderstwo jest jedynie wspomniane, nie ma więc sceny śmierci zakazanej wymaganiem)
Edytowane przez Angelina Johnson dnia 01.08.2016 00:36
 
Angelina Johnson
PRACA B - Loony5


Co dwie tiary to nie jedna


Wściekłe spojrzenie funkcjonariusza przeszywa mnie na wskroś. Jestem przyzwyczajony, że ludzie patrzą na mnie z wyrzutem, żalem czy złością - normalka.

- Zapytam jeszcze raz. - Odezwał się wysoki, ciemny mężczyzna, a jego głos wskazywał na to, że pasek podpisany rfuriar1; jest coraz bardziej pełen. W wytrącaniu ludzi z równowagi
jestem prawdziwym mistrzem. - Czego szukałeś wczorajszej nocy w domu państwa Hoobs?

- Psa.

- Jakiego psa?!

- Tego nie mogę powiedzieć - odpowiadam kolejny raz, śmiertelnie poważnym głosem, patrząc prosto w oczy rozwścieczonego gliny. Coraz trudniej przychodzi mi ukrywanie wesołości.

- Czy ktoś może to potwierdzić?

- Łapa.

Nagle mężczyzna prostuje się i patrzy na mnie ze złośliwym uśmiechem.

- Ah, tak? A co to za Łapa?

- Pies. - W tym momencie nie wytrzymuję i parskam śmiechem prosto w twarz policjanta. Za chwilę tego żałuję, bo czuję, jak para silnych dłoni chwyta moją szatę i przeciąga mnie przez dzielący nas stół. Zaciśnięta pięść znajduje się dziesięć centymetrów przed moją twarzą, kiedy mężczyzna się opanowuje.

- Zaczekaj tu - mówi, patrząc na mnie spode łba i wychodzi z pomieszczenia. Słyszę dźwięk przekręcanego klucza w zamku. Rozglądam się po kątach, suficie, ubogim umeblowaniu. Jedna kamera w lewym górnym rogu. Wstaję i zaklejam ją kawałkiem taśmy klejącej. Podchodzę do dużego okna wychodzącego na korytarz. Nie ma nikogo w zasięgu wzroku. Wyciągam z kieszeni fiolkę z przezroczystym płynem i wlewam w siebie jej zawartość. Wyciągam przed siebie ręce, aby skontrolować efekt. Stałem się niewidzialny.

Zgodnie z poleceniem funkcjonariusza czekam na jego powrót. Nie trwa to długo - z tego co wiem, to nawet nie mógłby mnie tak zostawić. Kiedy wraca, z jego ust wyrywa się ostry wulgaryzm. Nie widzi mnie. Zręcznie mijam policjanta i staję za jego plecami.

- Chętnie zostałbym dłużej, ale mam coś ważnego do załatwienia. - mówię i pędzę korytarzem do wyjścia, potrącając po drodze licznych mugoli w niebieskich mundurach.

W takich momentach cieszę się, że uczęszczałem na mugoloznawstwo. Dobrze jest wiedzieć więcej.

Wypadam przez drzwi wychodzące na ulicę i biegnę w kierunku Grimmauld Place. Skręcam w boczną uliczkę i moim oczom ukazuje się Syriusz Black w całej okazałości.

- Jak poszło? - pyta z uśmiechem, a ja zdaję sobie sprawę, że odzyskałem widzialność.

- Łatwizna. Facet to zupełny nowicjusz. Przynajmniej było zabawnie. - Szczerzę się i z kieszeni szaty wyciągam dwie zwinięte tiary. Jedną z nich podaję Syriuszowi, drugą sam wkładam na głowę.

Niemal od razu czuję, że moje ciało zmienia się. Nie jest to przyjemne uczucie - silne mrowienie od stóp do głowy, pieczenie i pulsowanie w mięśniach. Przez chwilę mam zamglony wzrok, zginam się wpół. Kiedy ból ustępuje, a przemiana dobiega końca, prostuję się i przyglądam najpierw swoim dłoniom - są nieco bardziej gładkie - a następnie macam twarz - zniknął okalający ją wcześniej zarost.

- No nieźle... - słyszę głos Blacka. - Ollivander? Naprawdę nie wpadłeś na nic lepszego?

Patrzę na niego, jednak zamiast Syriusza stoi przede mną jego brat, Regulus.

- Cicho. - Odwracam się i wychodzę na główną ulicę.

Wchodzimy do domu z numerem 12. Niedługo w korytarzu pojawia się kobieta w średnim wieku. W pierwszym momencie uderza mnie jej uroda - zawsze wyobrażałem ją sobie jako
starą wiedźmę ze skrzywionym nosem. Przez chwilę można by zapomnieć, że jest poplecznicą Voldemorta. Jednak nią jest. Przygląda się z zaciekawieniem raz mnie, raz Syriuszowi.

- Mamo, to jest Gideon Ollivander, syn Garricka Ollivandera. - Syriusz zdobył się na uśmiech, choć wiem, jak bardzo jej nie cierpi.

- Miło mi cię poznać. - mówi kobieta dostojnym głosem i wychodzi.

Kiedy znajdujemy się w pokoju Syriusza, natychmiast porywam stojący w kącie kufer, a mój przyjaciel zaczyna zapełniać go ubraniami, mugolskimi plakatami przedstawiającymi ubogo ubrane dziewczyny oraz innymi znakami swojego buntu. Po pośpiesznym spakowaniu wracamy do holu. W momencie, w którym wyciągam rękę w kierunku drzwi wejściowych, te otwierają się, a moim oczom ukazuje się Regulus. Prawdziwy Regulus. Patrzy na nas wybałuszonymi oczami, wyraźnie zdezorientowany.

- Co do cholery?!

Syriusz ciągnie mnie za łokieć i wybiega z domu, odpychając po drodze swojego klona.

- Do zobaczenia, braciszku!

***


Dzisiaj widzimy się po raz ostatni. Siedzę skulony w cieniu, w jednej z bocznych uliczek Pokątnej. Tym razem ja mam tiarę Syriusza, więc wyglądam jak Regulus. Muszę się ukrywać. Black zostanie Strażnikiem Tajemnicy, a ja będę siedzieć w Dolinie Godryka wraz z rodziną.

Nadchodzi. Uśmiecha się blado i obejmuje mnie ramieniem. Odwzajemniam gest.

Kiedy zapada zmrok, a ja nie potrafię już iść prostą linią, czas się pożegnać. Dochodzimy do tej samej uliczki, w której się spotkaliśmy i przez chwilę patrzymy na siebie. Wybucham głośnym śmiechem, przez dużą ilość alkoholu we krwi nie jestem w stanie się skupić. Syriusz patrzy na mnie przenikliwie swoimi przekrwionymi oczami. Przyciąga mnie do siebie i trzyma w ramionach dobre kilka minut. Kiedy w końcu puszcza, mówi tylko:

- Do zobaczenia, braciszku.

I aportuje się.

Edytowane przez Angelina Johnson dnia 01.08.2016 00:37
 
Angelina Johnson
PRACA C - fuerte


"Tiary na wszystkie okazje"


Był rok 1996. W Londynie przy Downing Street, Rufus Scrimgeour przedstawiał właśnie dramatyczną sytuację świata czarodziejów mugolskiemu premierowi. Z kolei po drugiej stronie miasta Colin Creevey wkraczał na ulicę Pokątną. Najbardziej znana brytyjskim magom aleja w niczym nie przypominała miejsca, które jako jedenastolatek odwiedzał po raz pierwszy.

Niegdyś przyciągające najdziwniejszymi szyldami i reklamami sklepy teraz ziały pustką. Drzwi i okna pozabijane były deskami, a w tynku widać było ślady po pojedynkach, jakie odbywały się tu, odkąd Śmierciożercy zaczęli jawnie patrolować ulicę. Magiczna menażeria i Centrum Handlowe Eylopa, w których zawsze pełno było najróżniejszych magicznych i niemagicznych stworzeń, teraz prezentowały się żałośnie. Colinowi niemal pękło serce, kiedy pracownik menażerii wyszedł przed sklep i włożył bezwładne ciałko kota do czarnego worka.

- Zdychają przez dementorów. Nic nie możemy poradzić - powiedział smutnym głosem mężczyzna i wrócił do sklepu.

Colin ruszył dalej wzdłuż kolejnych zasnutych mgłą sklepów, które czasy świetności miały już za sobą. Szepty nielicznych przechodniów, którzy w pośpiechu robili zakupy, wskazywały na to, że i oni nie widzą nadziei na to, że w Pokątną uda się jeszcze tchnąć życie. Na tle zniszczonego i ponurego centrum zakupów czarodziejów wyróżniały się jedynie Magiczne Dow**** Weasleyów; budynek pomalowany był we wściekłe kolory, a z witryn sklepowych machały przeróżne stworzonka, lipne różdżki i artykuły obrony osobistej. Colin przez chwilę miał ochotę wejść do środka, ale postanowił ruszyć dalej. Nie miał zbyt wiele czasu.
Minęło go troje dementorów. Zatrząsł się z zimna i poczuł, że odpływa z niego resztka szczęścia, jaką udało mu się jeszcze zachować. Sięgnął do kieszeni czarnej szaty i wyjął z niej tabliczkę czekolady. Zjadł dwie kostki, zarzucił kaptur na głowę i ruszył dalej. Potrzebował płynu do wywoływania zdjęć, który mógł kupić tylko w Artykułach Piśmienniczych Scribbulusa. Colin nie lubił tam chodzić, bo sklep znajdował się tuż obok bramy prowadzącej na aleję Śmiertelnego Nokturnu. Tym razem nie robiło mu to jednak różnicy, bo Pokątna wcale nie różniła się już od najbardziej podejrzanego miejsca w świecie czarodziejów.

Z daleka zobaczył, że budynek jest pusty. Szyby w oknach były powybijane, a drzwi wisiały smętnie na jednym zawiasie. Po chwili wyszło stamtąd dwóch wysokich mężczyzn ubranych w ciemne szaty, na których widok przechodząca kobieta schowała się przerażona do najbliższego otwartego sklepu. Colin także od razu zawrócił i ruszył wzdłuż kolejnych zrujnowanych lokali. Postanowił, że kupi wosk do polerowania różdżek u Ollivandera i podzieli się z Dennisem. Dotarłszy na miejsce zobaczył jednak, jak stary wytwórca przybija deski do okien, rzucając za siebie przerażone spojrzenia.

- Zamyka pan? - zapytał zdziwiony Creevey, podchodząc do Ollivandera.
Mężczyzna podskoczył na dźwięk jego głosu i złapał się za serce, dysząc ciężko.
- Cis, dziewięć cali, włókno smoczego serca, giętka - wymamrotał Ollivander. - Mam nadzieję, że będzie ci długo służyć, chłopcze. Zamykam - potwierdził po chwili. - Zamykam i uciekam, a tobie radzę zrobić to samo. Tutaj nie jest już bezpiecznie. No już, zmykaj!
Colin już otwierał usta, żeby zapytać o wosk, ale w ostatniej chwili ugryzł się w język. Posłuchał więc pana Ollivandera i odszedł. Chociaż sam bardzo chciał wydostać się z Pokątnej, musiał załatwić jeszcze jedną sprawę, o której nie powiedział nawet ojcu. Wiedział, że to złamie mu serce, ale skoro nawet tak wielcy czarodzieje jak Ollivander nie są bezpieczni na ulicach, to co dopiero powiedzieć o mugolach.
Młody Gryfon minął jeszcze kilka wąskich, opuszczonych uliczek i znalazł się na samym skraju Pokątnej, gdzie nie było już żadnych sklepów, a pokoje do wynajęcia, skromne hoteliki albo przytułki dla bezdomnych czarodziejów i czarownic. Zatrzymał się przy najskromniejszym z nich i rozejrzawszy się, czy nikt go nie obserwuje, wszedł do środka przez obskurne drzwi. Nie zdążył nawet zorientować się, czy w korytarzu jest jakaś recepcja, bo ktoś rzucił mu się na szyję.

Mama.

Przytulił ją mocno i po raz pierwszy, widząc jaka jest roztrzęsiona, poczuł się dorosły. W jednej chwili przestał być niezdarnym, nadpobudliwym małym chłopcem robiącym zdjęcia, a stał się mężczyzną.

- Jesteś cały? Co z ojcem? - Pani Creevey chwyciła jego twarz w dłonie i pogłaskała go po policzkach.
- Wszystko w porządku - odparł uspokajająco Colin. - Tata poszedł do pracy. Zostawiłem mu kartkę, że jestem na zakupach. Nie mogłem go ze sobą zabrać - dodał przepraszająco.
- Wiem, wiem... - Posmutniała jednak jeszcze bardziej.
Za plecami matki pojawił się Dennis. Był okropnie chudy. Włosy mu się przerzedziły, policzki miał zapadnięte, a sińce wokół oczy były tak ciemne, że Colin przez chwilę zastanawiał się, czy to nie ślady po pięściach.
- Przyniosłeś jedzenie? - wychrypiał Dennis, nieco zawstydzony tym pytaniem.
- Jasne.
Colin próbował się uśmiechnąć, ale jego twarzy wykrzywił tylko nienaturalny grymas. Zdjął więc plecak z ramion, żeby wypakować jedzenie.
- Nie tutaj - szepnęła matka. - Chodźcie do pokoju. - Poprowadziła ich obok obdrapanej recepcji, przez wąski korytarz prosto do małego pokoju z dwoma łóżkami. - Rozpakuj - poleciła po zaryglowaniu drzwi.

Colin wysypał na łóżko zawartość plecaka; pieczywo, mleko, makarony, kasze, konserwy i słodycze. Było tego sporo, ale nie wiedział, kiedy znowu będzie mógł się wymknąć. Serce go bolało, kiedy patrzył na głodnego Dennisa i z jednej strony chciał, żeby rok szkolny w Hogwarcie już się rozpoczął, ale z drugiej martwił się o mamę. Miał nadzieję, że będzie mogła wrócić do domu, do ojca.

Miał wyrzuty sumienia, że nie mógł lepiej ochronić swojej mugolskiej rodziny, ale miał tylko piętnaście lat i wyłącznie dzięki tegorocznym zajęciom z Harrym Potterem umiał rzucać jakiekolwiek przydatne w walce zaklęcia. Zresztą, co właściwie mógł poradzić na to, że Sami-Wiecie-Kto chciał wyrżnąć każdego, kto nie jest przynajmniej pół-krwi?
Przez kilkanaście minut rozmowy Colin dowiedział się, że jego rodzina ukrywa się na Pokątnej od dwóch dni, więc zaraz będą musieli szukać innej kryjówki. Na ten pomysł wpadł, rzecz jasna, Dennis, ale Colin był pewien, że na pewno nie tak wyobrażał sobie miejsce, w którym po raz pierwszy zetknął się z magią na większą skalę.

Starszy z braci Creeveyów zamyślił się na chwilę i utkwił wzrok za szybą. Gdzieś w oddali majaczył szyld "Tiary na wszystkie okazje"; ze wszystkich liter na fioletowo migotało tylko kilka. Do Colina dotarło nagle, że kilka lat temu Tiara Przydziału zdecydowała, że powinien znaleźć się w Gryffindorze. Do tej pory często kwestionował wybór magicznego kapelusza, ale teraz zrozumiał, że musi zacząć zachowywać się jak Gryfon. Musi znaleźć rodzinie nową kryjówkę. Podniósł się gwałtownie z miejsca.

- Pamiętaj, czego uczył nas Harry - szepnął do Dennisa. - Czujność, stała czujność.
- Dobrze - odparł chłopiec nieco mocniejszym głosem i podniósł lekko koszulkę, żeby pokazać różdżkę wetkniętą w kieszeń.

Colin poklepał brata po plecach, objął mamę na pożegnanie i ruszył do wyjścia, ale wtedy drzwi wpadły z hukiem do środka. Zdążył tylko zobaczyć dwie zakapturzone postacie wbiegające do pokoju i usłyszał przeraźliwy krzyk matki, zanim runął z łoskotem na ziemię. Gdzieś świsnęło zaklęcie, zrzucając z sufitu żyrandol i kupę gruzu. Jeden z odłamków uderzył Colina w głowę, kiedy próbował się podnieść. Stracił przytomność.
Kiedy się ocknął, usłyszał jeszcze znajomy trzask teleportacji i pokój wypełniła głucha cisza. Mama i Dennis zniknęli razem ze Śmierciożercami. Colin został sam w zdemolowanym pokoju na szarym końcu ulicy Pokątnej. Rozpłakał się. Z mężczyzny z powrotem zamienił się w bezbronnego chłopca.

Za szybą zgasła kolejna litera szyldu "Tiary na wszystkie okazje".

Edytowane przez Angelina Johnson dnia 01.08.2016 00:37
 
Angelina Johnson
PRACA D - ulka_black_potter


Zły przydział

Dziewczyna rozejrzała się po pokoju. Na jej wielkim łóżku leżała czerwona suknia, na której mieniły się malutkie złote gwiazdki. Tuż obok stały nowe złote buty na wysokim obcasie. Większość pewnie nawet nie potrafiłaby w nich porządnie stać, ale dziewczyna w szpilkach czuła się jak ryba w wodzie. Dlatego też dziś wieczór zamierzała je ubrać - pewność siebie to podstawa w takich sytuacjach. Reszta pokoju wydała się dziewczynie jakaś obca i daleka. Tylko sukienka i buty sprawiały, że potrafi się jeszcze poruszać, oddychać, żyć.

Nie zrozumie czym jest miłość, ten kto nie był nigdy zakochany.

Dziewczyna stwierdziła, że czas się uczesać. Jej długie, czarne włosy nie potrzebowały wielu dodatków. Same w sobie były ozdobą. Podniosła z półki wielki grzebień i zaczęła je sukcesywnie rozczesywać, pasmo za pasmem. Spoglądając od czasu do czasu w lustro, zastanawiała się czy będzie kiedyś szczęśliwa. W przeszłości, jeszcze za czasów szkolnych, podobała się chłopcom. "Miała branie" jak mówili to ci bardziej otępiali faceci. Cieszyła się z tego. Która nie chciałaby być podziwiana, głaskana, tulona, kochana. Dziewczyna raz się zakochała naprawdę. A właściwie dwa. Ale ten pierwszy raz szybko się skończył, a ten drugi trwał i trwał, nawet kiedy było źle.

Kto ma rozumieć ból po stracie, jeśli nie ten kto stracił?

Jeden chłopak kochał się w dziewczynie, ale potem ją zostawił. Zwykła kłótnia, jakich wiele wśród młodych, narwanych ludzi. Dziewczyna była zdruzgotana, ale szybko znalazła pocieszenie w ramionach innego. Jednak mało kto wie, że to nie było to. Że dziewczyna tęskniła przez kolejne lata. Że jak widzi tamtego z inną to jej serce rozsypuje się na milion kawałków. Że jak o nich słyszy, to chce zakończyć swój żywot jednym ruchem różdżki. Nikt nie wie też, co czuje, kiedy słyszy jakieś wieści na swój temat.

Łatwo jest nienawidzić, jeśli ktoś zrujnował ci życie.

Dziewczyna zakochała się w chłopcu, którego kocha cały świat. Znana pisarka też kocha tego chłopca, napisała o nim książki. Książki o chłopcu, jego wspaniałych przyjaciołach, rodzinie i tych złych, którzy też byli wspaniali przez swoją podłość i nikczemność. Jednak kimże są Śmierciożercy w porównaniu do dziewczyny, która była okrutna dla chłopca? Nikim, marnym pyłem unoszącym się lekko nad ziemia. Bo Śmierciożerców już nie ma, a dziewczyna jest, porusza się, oddycha, żyje.
Ludzie nie wiedzą jak było naprawdę. Bo prawdą jest to co napisała pisarka. Czy da się lubić dziewczynę? Nie da się, nie przy płomiennorudej zbawczyni serca chłopaka. Ognisty temperament, odwaga, inteligencja. Pisarka zniszczyła dziewczynie życie, karierę. Nikt nie chciał kogoś kto, łamie serce Wybrańcowi.
Dziewczyna pojawiła się na Pokątnej ubrana w zwykłą szarą sukienkę i zielony prochowiec do ziemi. Zwykła dziewczyna, w zwykłych ubraniach. W sklepie z różdżkami Ollivandera spostrzegła staruszka, który chyba ją poznał. Odwrócił się, kręcąc głową w geście potępienia. Dziewczyna spuściła głowę. Nawet stary Ollivander przeczytał książki, w których dziewczyna stała się nikim. Dziewczyna nienawidziła autorki. Autorka i cała reszta nienawidziła dziewczyny. Wybraniec nie nienawidził.
Na początku, gdy książka wchodziła dopiero na półki sklepowe, dziewczyna zastanawiała się czy może odegra tam jakąś rolę. Odegrała. Dla dziewczyny autorka była nieczułą kobieta o wielkich ambicjach. Jak mogła zrobić z ze zwykłej nastolatki kobietę, która jest tak okropna? Wybraniec kochał się w dziewczynie, a ona ciągle ryczała, rozpamiętywała spotkania z poprzednim chłopakiem, a do tego broniła przyjaciółki, która donosiła. Nikt dziewczyny nie zapytał czy tak było naprawdę. Nikt nie zapytał czy może coś takiego opublikować, czy to przypadkiem nie zniszczy jej kariery. Jak autorka mogła w ogóle pisać o zakochanych piętnastolatkach? Może dziewczyna coś opacznie zrozumiała, jednak multum ludzi zrozumiało tak samo jak ona. Dziewczynę trzeba wrzucić do worka ludzi potępionych.

Cho Chang siedziała w swoim pokoju i rozmyślała. Dlaczego nikt nie zapytał jej co ona czuje. Dlaczego Harry jej nie obronił, skoro teraz zaprasza ją na swój ślub. Dlaczego nikt nie opowiedział o tym co działo się pomiędzy scenami wyolbrzymionymi w biografii Pottera? Dlaczego nikt nie zapytał co wydarzyło się później, już po wojnie? Cho lubiła Harry'ego kiedyś, kochała go od momentu kiedy wyszedł zza obrazu tego pamiętnego dnia, kiedy Czarny Pan upadł.

A na koniec zatańczmy ze smutkiem.

Cho Chang nie dostała zaproszenia na ślub Harry'ego Pottera i Ginny Weasley. Nie miała tez gdzie założyć sukni, ani pięknych butów. Nie miała się po co czesać, bo Cho nie miała już nic. Żyła z tego co zostało jej po rodzicach, na przedmieściach Londynu w małym pokoju wynajmowanym u starej i bardzo niemiłej czarownicy. Pracę straciła kilka tygodni po ukazaniu się autobiografii Harry'ego. Nie żeby źle pracowała. Jej szef nie chciał po prostu kogoś, kto może zagrażać wizerunkowi firmy. Nie w czasach gdzie Harry Potter stał się bogiem, chociaż najprawdopodobniej tego nie chciał. Cho wiedziała, że jest kilka osób, które są w takiej samej sytuacji jak ona. Żyją w biedzie i potępieniu, bo autorka zniszczyła im życie. Może nieświadomie, a może z premedytacją. Jednak znów wyszła kolejna historia o Harrym. Przeklęte dziecko? Niech będzie przeklęta autorka, która ze swojego boga i żyły złota chce zrobić ofiarę.
Kiedyś Cho spotkała się ze swoim bratem. Radził jej by się nie poddawała, by wzięła się w garść, by nie słuchała co inni o niej mówią. Cho nie posłuchała, pogrążyła się w swoim smutku, odcięła się od brata. Odcięła się od wszystkich. I można jej historie uznać za przesadzoną, oczywiście. Jednak co czuje wrażliwy człowiek kiedy napada na niego w gniewie, bezmyślnym oczernianiu horda nastolatków, starszych pań, dojrzałych mężczyzn? Cho być może była słaba i zasługiwała na nienawiść jaką ja darzono. Być może... A może zasługiwała na miłość, której tak bardzo pragnęła, a nie była jej dana. Może... Na szczęście autorka nie zabroniła jej poruszać się, oddychać, żyć.

Niestety dziewczynie trafił się zły przydział w tej historii.

Edytowane przez Angelina Johnson dnia 01.08.2016 00:38
 
Angelina Johnson
PRACA E - Midnight Mist


Niestety dzięki formatowi, w jakim został wysłany tekst, pozostają r03 nawet w miejscach, które były poprawiane przeze mnie (wstawianie od nowa znaków również nie działa.

"O właścicielu kanarkowej tiary"


Francesco przemierzał ulice Londynu w swoich skórzanych butach nieprzystosowanych zbytnio do chłodów północy. Jego strój dominowały odcienie żółci i zieleni, które tylko podkreślały oliwkowość jego cery, ledwie widoczną poniżej żółtego ronda tiary, odsłaniającego niewiele ponad nosem i krótkim, czarnym wąsikiem. Końcówka lipca była według niego taką sobie datą na podróże po Anglii, lecz miał jeszcze nadzieję, że to nie jemu będzie padać na głowę ze zbierających się na zachodzie chmur, więc poprawił tylko swój płaszcz i ruszył brukowaną drogą, która zapewne nie była tknięta ręką kamieniarza od czasów starożytnych.

Zatrzymał się dopiero przed skromnie wyglądającym, drewnianym budynkiem, który większość przechodniów omijała z pełną obojętnością, przesuwając wzrokiem od piekarni po lewej do sklepu z suknem po prawej. Ruszył pewnie przed siebie w stronę kołyszącego się na wietrze szyldu z dziurawym kociołkiem, starając się nie rzucać w oczy postronnych i pchnął drzwi do lokalu, znikając ze świata mugoli.

­- Dzień dobry! - rzucił angielszczyzną z mocno zaznaczonym śródziemnomorskim akcentem, gdy już podszedł do kontuaru i położył swoją torbę na podłodze.

­- Poproszę coś lekkiego na początek. - powiedział, kładąc na ladzie jednego sykla w nadziei, że tutejsze ceny nie zmieniły się nazbyt i tyle wystarczy na jakiś skromny napitek. ­- Byłbym też kontent, gdyby mi pan powiedział gdzie znajdę Silvio, bo mieliśmy się tu dzisiaj spotkać. - zapytał stojącego za ladą czarodzieja, który z uśmiechem przyjął monetę i wyciągnął spod lady napój o rubinowym kolorze, który może Toskańskim winem nie był, ale przynajmniej pasował Francesco bardziej od ulubionego przez miejscową ludność piwa. Razem z kuflem brodaty barman zbliżył się nieco do Włocha, wskazując mu by ten uczynił to samo, co ten uczynił z delikatnym zawahaniem.

­- Nie ma go tutaj, ale poprosił, by przekazać, że będzie po południu na Nokturnie. ­- cicho powiedział szynkarz, by zaraz oddalić się na bardziej przyzwoitą odległość do rozmowy ­

- Słyszałem, że pan Geraint cię oczekuje, więc wstąp do niego jak najszybciej. Co tam znowu ten staruch będzie robił? - spytał z zaciekawieniem, wskazując na tobół podróżnego. - Chciał, żebym mu przywiózł ode mnie kilka miejscowych materiałów, bo znalazł jakiś przypis swojego praprapradziadka w jednej z ksiąg i będzie znowu eksperymentował. ­- uśmiechnął się do gospodarza, który tylko trochę wywrócił oczami.

­- Mam nadzieję, że będzie to robił poza miastem, bo jak mi znowu po sąsiedzku podpali szopę to go napoję eliksirem opryszczkowym. - z lekkim zdenerwowaniem skomentował karczmarz, biorąc się za wycieranie lady, która nie wyglądała tak, jakby jeszcze się ją wytrzeć dało. Za ten czas przyjezdny skończył swój napitek i odstawił naczynie, chwytając w rękę torbę i odchodząc od lady.

­- Addio! - machnął tylko ręką gospodarzowi i wyszedł na zaplecze, gdzie przesunął różdżką po kamiennym murku i przeszedł przez łuk powstały po jego rozpłynięciu się w powietrzu.

Ruch na Pokątnej nie był również jakiś nadzwyczajny, więc Francesco spojrzał tylko na miejscowe szaty wystawione w jednej z gablot ­- ewidentnie w Londynie panowała teraz moda na odcienie brązu i bufiaste rękawy, bo ciężko było mu się było dopatrzeć innych wzorów pośród kilkunastu przedstawionych. Skierował swe kroki do sklepu z wejściem obłożonym ciemnym drewnem i wyrytym nad nim złotymi literami nazwiskiem rzemieślnika. Poprawił więc broszę płaszcza okraszoną rodowym herbem trzech oliwnych trzech delfinów i pchnął ciężkie drzwi, które ku jego zdziwieniu ustąpiły jednak z lekkością niepodobną ich gabarytom.

- Buongiorno signor Ollivander. - Wszedł do sklepu z uśmiechem na ustach, podchodząc do starszego czarodzieja jak do swojego dawno nie widzianego kuzyna, któremu ochoczo uścisnął kościstą dłoń, jednocześnie w geście grzeczności ściągając zamaszyście swoją żółtą tiarę. Geraint Ollivander był może niepozornym stulatkiem, ale zdołał zyskać sporą sławę nawet pomimo nasilających się ostatnio prześladowań, które przetaczały się przez coraz większe połaci Europy i dotykały społeczności czarodziejskiej na równi z mniej lub bardziej niewinnymi mugolami wskazanymi przez zawistny tłum.

­- Ach, pan Francesco. - ­dopiero po chwili zorientował się starszy człowiek, nie do końca pewny jaki człowiek z dalekich stron mógłby wejść i traktować go w ten sposób. Szybko jednak przypomniał sobie ostatnią podróż po zakątkach Europy, w czasie której poznał tego jegomościa. - Otrzymał pan moją sowę? Ma pan to, o co prosiłem? - ­zapytał zniecierpliwiony jak dziecko czekające na swój bożonarodzeniowy prezent.

­- Tak, wszystko jest tutaj. ­- Włoch położył na ladzie torbę, by wskazać różdżkarzowi kilkanaście słojów i opakowań - Udało mi się zdobyć to czego pan chciał, w tym nawet wszystkie cztery gatunki Marghrebu. Nie zdążyłem tylko do Sofii, bo wezwał mnie tu Silvio, nie widział go pan? - zapytał podróżny, przybierając poważniejszą minę.

- Nie, zupełnie nie. Miesiąc temu wyjechał do Szkocji i od tamtej pory nie widziałem go wcale. A to przypadkiem nie jego sowa siedzi przed moim sklepem? ­- wskazał zwierzę swoją cisową różdżką.

- Nie mam pojęcia, mój brat nigdy nie miał sowy tylko węża. - z zastanowieniem odpowiedział przyjezdny, przyglądając się szaro­czarnemu puchaczowi, który miał przy łapce urwaną zieloną wstążkę. - Ale skoro pan tak mówi... Przepraszam, zaraz wracam. - skinął głową na starca, wychodząc ze sklepu.

Ptak po zauważeniu Francesco zahukał, poderwał się i poleciał w boczną, ciemną uliczkę, do której Włoch miał pewne opory wchodzić. Pomimo dużej ilości czarnych kotów siedzących na parapetach, beczkach i pakach kręciło się tu zadziwiająco wiele szczurów, a atmosfera niczym nie przypominała jasnej, czystej i pogodnej Pokątnej. Sowa usiadła na rogu ulicy z jeszcze ciemniejszym ("Czy to w ogóle możliwe?" pomyślał Francesco) zaułkiem, gdzie też skierował swe kroki, delikatnie chwytając różdżkę pod połami zielonkawej opończy. Puchacz zmierzył go wzrokiem jasnobrązowym spojrzeniem i spojrzał na opartą w alejce, ubłoconą postać w podobnym do tego jaki miał Francesco, ale żółtawym płaszczu. Ukryta w cieniu postać zerwała się, gdy zobaczyła przybysza i wycelowała w niego swoją białą różdżkę. Francesco zrobił odruchowo to samo, przygotowując się do odparcia ataku swoją własną różdżką, która rozbłysła w mroku zdobieniem z perły blisko uchwytu. ­
- Francesco?! - zwrócił się do niego zmęczony głos ukrytego w cieniu człowieka.
- Silvio?! To ty?! - szybko zrewanżował się pytaniem Włoch już w swoim ojczystym języku, rozpoznając głos i różdżkę swojego brata. Opuścił własną i podszedł do niego, chwytając go za rękę, by wyciągnąć go z cienia, czemu jednak tamten się oparł.
­- Nie, chodź tutaj. - nakazał mu szeptem starszy brat, jednak jego głos wskazywał na znacznie większą różnicę wieku między nimi niż trzy lata, które zawsze ich dzieliły. Bardzo zmartwiło to Francesco, który posłuchał prośby i wsunął się w ciasny zaułek, oglądając czy ktoś na niego nie patrzy.
- Co ci się stało? Czemu jesteś sam? - zapytał zaniepokojony, szukając w okolicy jakiejś innej znajomej twarzy. W końcu Silvio jechał do Irlandii na miejscowy konwent warzycieli eliksirów razem z małżonką, a tutaj jej nie...
- Złapali je. Złapali Marię i Giannę. - wydyszał tylko zanim Francisco mu przerwał - ­ Kto?! - Starszy Włoch spojrzał na drugiego zmęczonym, pustym wzrokiem zrezygnowanego człowieka.
= N­nie wiem - wyszeptał Silvio jeszcze słabiej - To byli mugole. Jacyś fanatycy z tymi ich procesami i oskarżeniami. Ucieklibyśmy im, ale pomagała im jakaś czarownica, nie mam pojęcia czemu. Potem jeszcze jeden nas osaczył i tylko mnie udało się uciec.
- Dlaczego oni nam to robią?! Przecież są tacy jak my! - starszy brat był już bliski załamania o ile jeszcze go nie przeszedł. - Marię już skazali za czary. Proces Gianny jest w sobotę. Nie wiedziałem co robić i komu ufać... - Chwycił za rękę młodszego brata.
- Nie może być! Co oni sobie myślą? - zakrzyknął Francisco z niedowierzaniem. Pociągnął jednak brata za rękę, by postawić go na nogi. - Tutaj nic nie zdziałamy. Chodź do mojego starego znajomego, może on coś zaradzi. - pocieszył Silvio, obejmując go ręką i prowadząc z dala od tego przygnębiającego zaułka, w nieco jaśniejszą uliczkę Nocturnu, nie zważając na to, że brudzi swoją żółtą tiarę przytrzymując brata. Czemu w Anglii zawsze jest tak szaro?

Edytowane przez Angelina Johnson dnia 01.08.2016 00:38
 
Angelina Johnson
FINAŁ

Prace na FINAŁ MUSZĄ:

- być oparte o jedno z poniższych zdjęć z naszych fanartów

DO OCENIAJĄCYCH:
* proszę przy swojej ocenie podać która praca pasuje do którego fan arta, zobaczymy czy dziewczyny rzeczywiście dobrze nakierowały swoje prace finałowe. Możecie również nie tylko podać numer fan arta, ale też ocenić na ile pasuje on do danej pracy (każda dziewczyna ma inny fan art!), czy podoba Wam się ujęcie pracy w oparciu o ten fan art itp.

Fan arty do wyboru:

1.
www.harry-potter.net.pl/images/photoalbum/album_98/64125_261166167299504_1576088197_n_t2.jpg

2.
www.harry-potter.net.pl/images/photoalbum/album_133/3977369_fanart100_lightening_by_makani.jpg

3.
www.harry-potter.net.pl/images/photoalbum/album_94/teddy_lupin_by_hueco_mundo-d330bnk_t2.jpg

4.
www.harry-potter.net.pl/images/photoalbum/album_96/4c0f0ff7f0_27680804_o2.jpg

5.
www.harry-potter.net.pl/images/photoalbum/album_95/marauders_moon_by_avender-d37sn47_t2.png

6.
www.harry-potter.net.pl/images/photoalbum/album_35/usagi_1_miejsce.jpg

Edytowane przez Angelina Johnson dnia 05.08.2016 11:45
 
Angelina Johnson
PRACA A - ulka_black_potter



Narysowane szczęście


Mężczyzna zgniatał obrazek w mokrej dłoni, wyglądając za okno. Był przygnębiony, może trochę zły. Nie sądził, że wyląduje w takim miejscu. Myślał, że jest nietykalny i może podbijać świat jak mu się żywnie podoba. Czy ktokolwiek w świecie czarodziejów myślał, że może on upaść tak nisko? Nie - to bolało jeszcze bardziej.

Narcyza Malfoy usiadła u stóp męża i z rozmarzoną miną spojrzała w kierunku, w którym on sam przed chwilą patrzył. Lucjusz nie mógł się nadziwić, jak ona może się jeszcze uśmiechać. Stracili swój piękny dom, swój cały majątek. Galeonów ledwo wystarczało... Żyli z miesiąca na miesiąc. Mieszkanie, które sobie znaleźli, było małe, jednak w zupełności powinno wystarczyć parze w średnim wieku. Lucjusz uznawał je jednak za upokorzenie.

- Dlaczego ciągle się uśmiechasz? - zapytał w końcu żonę.

- A dlaczego nie? - odpowiedziała z uśmiechem na swoich ślicznych ustach Narcyza. - Wiesz, pamiętam taką sytuację. Ja, ty i Draco w jednym łóżku, czytaliśmy mu bajkę, bo nie mógł zasnąć przez szalejącą na dworze burzę. Pamiętasz?

Lucjusz zacisnął mocniej dłoń, w której trzymał obrazek. Nie chciał by Narcyza ujrzała co trzyma.

- Nie wiem... Może pamiętam, może nie. Dlaczego o tym mówisz?

Narcyza zamknęła oczy pogrążając się we wspomnieniach.

- Bo wtedy byliśmy szczęśliwi. W ten jeden wieczór ty nie byłeś Śmierciożercą, ja wcale nie popierałam okrutnych zapędów mojej chorej siostry, a Draco był niewinny i nieświadomy. Wtedy poczułam, że jesteśmy prawdziwą, dobrą rodziną. I teraz ciągle się uśmiecham bo myślę, że znów możemy być jak w ten jeden wieczór...

Lucjusz patrzył na Narcyzę i nie wiedział co powiedzieć. Był człowiekiem zniszczonym, nielubianym, potępianym, złym. Zabijał ludzi, a Narcyza chce by byli cudowną rodziną z obrazka. Popierał najgorszego człowieka pod słońcem, a jej pragnieniem jest wspólne szczęście. Jak zapomnieć o tym wszystkim?

- Ułożyłaś sobie całkiem nierealny plan moja droga. Jak po tym wszystkim... No jak? - rzekł Lucjusz i ukrył twarz w dłoni. Czuł się całkowicie bezradny, po raz kolejny zawodził swoją ukochaną. Narcyza wspięła się na jego kolana i usadowiła wygodnie, przytulając męża. Zaczęła głaskać go po głowie, a uśmiech nie schodził jej z ust. Ktoś mógłby pomyśleć, że oszalała, jednak ona wiedziała, że tak nie jest.

- Musimy po prostu sobie wybaczyć. Musimy zacząć żyć na nowo, a przeszłość zostawić tam gdzie jej miejsce, czyli za nami. Robiliśmy okropne rzeczy, ale... Ale czy nie spłaciliśmy choć po części naszych długów? Oddaliśmy wszystko co mieliśmy poszkodowanym, pomagamy im stanąć na nogi... Staramy się by było dobrze. I wiem, że do końca życia czarodzieje będą nas mieli za ludzi złych. Jednak czy chociaż dla siebie nie możemy stać się dobrzy? Dla Dracona? On w nas wierzy jak nikt inny. - szeptem powiedziała Narcyza, a na jej policzkach pojawiły się łzy. Chciała wierzyć, że to co powiedziała jest możliwe. Lucjusz nie chciał na nią patrzeć. Nie potrafił nic powiedzieć. Nie umiał sobie wyobrazić takiego życia. Czuł się złamany. - Nie chcę umrzeć będąc skopaną przez los i wrzuconą do najgłębszej kałuży kobietą. Chcę żyć mimo wszystko. Czy ty nie czujesz, że zamiast stawać powoli na nogi, staczamy się coraz bardziej? Nie powinno tak być.

Lucjusz Malfoy spojrzał na zonę swoimi szarymi oczyma bez wyrazu.

- Nie powinno, ale tak jest. Popatrz... - mężczyzna wyciągnął ku niej dłoń z obrazkiem. Przedstawiał on Lucjusza, Narcyzę i Dracona w jednym łóżku, czytających książkę. Na tym rysunku byłą przedstawiona ta sama scena, która opisała pani Malfoy. Narcyza ze zdumieniem ale i nadzieją wyciągnęła dłoń by lepiej się przyjrzeć, jednak Lucjusz cofnął rękę. - Pamiętam ten dzień, pamiętam jacy byliśmy wtedy szczęśliwi. Nie myślałem wtedy, że zabijałem, że byłem okrutnikiem. Ten dzień był cudowny. Ten dzień... Całe lata po upadku i przed ponownym powstaniem Czarnego Pana były naszym błogosławieństwem. Tyle dostaliśmy od jakiejś wyższej siły i powinniśmy za to dziękować. Nie proś o więcej Narcyzo. Więcej nie jest dla nas... Już nie...

Lucjusz delikatnie oswobodził się z objęć żony i wstał z fotela. Spojrzał na obrazek jeszcze raz i w końcu podarł go na malutkie kawałki. Nie dla Lucjusza i Narcyzy były szczęśliwe zakończenia. Dla nich była ciągła walka o przetrwanie. Może i nie umrą z głodu, ani nie zamarzną na śmierć, ale dzień w dzień będą walczyć z duchami przeszłości. Narcyza będzie się uśmiechać, udając, że wszystko będzie jak dawniej, jednak Lucjusz wie. Piekło jakie zgotowali innym, czeka na nich w jeszcze okrutniejszej formie. I nic nie pomoże wybaczenie samemu sobie. Ciągle w głowie będzie ta świadomość, że jest się złym człowiekiem. Narcyza chce szczęścia i spokoju, ale limit na te wartościowe towary już dawno się dla niej skończył. Teraz był czas pokuty. Lucjusz nie był człowiekiem, który kiedykolwiek czuł się winny. Teraz jednak tak było i nie potrafił z tym żyć. Z dnia na dzień zanikał. Przeszłość go pochłaniała i staczała w ciemność. Narcyza czuła to samo, chociaż nie potrafiła tego przed sobą przyznać.

Parę dni później pani Malfoy wyjechała do Dracona. Pomyślała, że może przy nim poczuje nadzieję na przyszłość. Lucjusz został w mieszkaniu i pozostanie już w nim na zawsze. Stał się kolejnym duchem przeszłości. Jego ciało zostało zdjęte z krokwi kilka dni po tym, kiedy postanowił się odebrać sobie życie, jednak o usunięciu sznurka nie pomyślano.
Wisiał smętnie tuż nad podartym obrazkiem kochającej się rodziny, nad utraconym szczęściem, jeszcze przez długi czas.

Edytowane przez Angelina Johnson dnia 08.08.2016 12:17
 
Angelina Johnson
PRACA B - Margaret Black


"To nie jest książkowy przykład"


Czytelnik sięga po jedną z najpopularniejszych powieści.


Nie mam wątpliwości, że każda z książek (zarówno mugolska jak i czarodziejska), posiada w sobie szczyptę magii, pozwalającą zachować wspomnienia z nią związane. Czy czytając baśnie z dzieciństwa, nie czujecie słodyczy ciasta z borówkami? Czy przeglądając szkolny album, nie przypominacie sobie imion przyjaciół ze swojego domu?

Nie ma w tym nic wstydliwego. Wierzę, że każdy z nas posiada w sobie chociaż najmniejsze pokłady wrażliwości, uwalniające się gdy nikt na nas nie patrzy. Gdy nie ma obok nikogo, kto mógłby nas skrytykować, czy ocenić. I nie ma w tym niczego złego. Naprawdę trudno jest się zmusić do wyznania komuś naszych najskrytszych uczuć i przemyśleń. Spokojnie, wiem to z doświadczenia.

Gdy chcesz więc pozwolić sobie na chwilę refleksji, szczególnie polecam opuszczone i zapomniane miejsca - takie, w których nie spotkasz żywej duszy. Gdybyś pomimo starań nie wpadł na konkretny pomysł, polecam las. Albo jeszcze lepiej - cmentarz. Z nieznanych mi powodów są to miejsca powszechnie unikane.

W pierwszej scenie bohater przeżywa szczęśliwe dzieciństwo.

A więc jesteś już na miejscu? To dobrze - ja też jestem teraz całkowicie sam. I to zarówno wtedy gdy to piszę, jak i zapewne wtedy, gdy to czytasz. Nie ma w tym niczego złego. Samotność jest dobra. Wprost ją uwielbiam. Czasami.

Ale zeszliśmy z tematu. Miałem pisać o szczęśliwym dzieciństwie.

Niewiele pamiętam z tamtego okresu, a jeszcze mniej potrafiłbym opisać. Przypominam sobie jedynie wielokolorowy pokój i spokojny głos czytający mi bajkę. Babcia powiedziała, że był to Remus (nadal nie potrafię nazywać go ojcem), czytający mi historię o czarodziejskim kociołku. Zastanawiając się nad tym teraz, myślę, że powinien opowiedzieć mi wtedy coś innego. Może jakąś historie z jego lat szkolnych, a może anegdotkę o poznaniu Nimfadory - cokolwiek co pozwoliłoby mi zobaczyć w nim prawdziwego człowieka, a nie tylko postać z rodzinnej fotografii.

Gdy ktokolwiek pyta mnie o Nimfadorę (czy też Tonks) przypominam sobie brzdęk tłuczonego szkła. Niestety nie wiem na ile wynika to z opowiadań babci, a na ile z rzeczywistych wspomnień. Nie pamiętam zbyt wiele, więc nie wiem czy moje dzieciństwo było szczęśliwe. Pozostaje mi jedynie w to wierzyć i z uśmiechem na ustach oglądać zdjęcia, przedstawiające pozorną utopię w czasach wojny.

W drugiej scenie wszystko się burzy.

Tą historię znam bardzo dokładnie. Najwyraźniej każdy z przyjaciół moich rodziców, za punkt honoru obrał sobie przestawienie ich jako największych bohaterów tej wojny. Czy mają rację? Nie jestem pewien. Jedyne co sobie przypominam to głośne trzaśnięcie drzwiami i cichy płacz mojej babci.

Podobno Remus i Nimfadora byli bohaterami. Walczyli w pierwszym rzędzie. Zginęli w blasku i chwale... Nie zdziwiłbym się gdyby w chwili ich śmierci aniołowie zstąpili z nieba i pośród zgiełku bitwy zagrali sonaty pochwalne. Wybaczcie ironię. To nie tak, że nie rozumiem niesamowitości poświęcenia. Po prostu patrząc teraz na groby moich rodziców, nie mogę pozbyć się wrażenia, że nekrolog po Bitwie o Hogwart, był za długi o dwa nazwiska.

W trzeciej scenie bohater dorasta.

Moja dramatyczna historia nie uwolniła mnie od obowiązku szkolnego. Razem z resztą pierwszorocznych przeszedłem ceremonię przydziału i... trafiłem do Ravenclawu. Tak, to jest ten moment, w którym wybuchacie śmiechem. Syn Gryfona i Puchonki, wnuk Ślizgonki, został Krukonem. Nigdy nie zastanawiałem się nad decyzją Tiary Przydziału, ale myślę, że zrozumiała moją potrzebę odrębności. Nie chciałem być oceniany przez pryzmat moich rodziców. Nie chciałem być jednym z bohaterów.

Bo bohaterowie mają to do siebie, że umierają.

Byłem dość dobrym uczniem - trzymałem się z daleka od kłopotów, słuchałem nauczycieli... jednak mam wrażenie, że robiąc to wszystko zawiodłem przyjaciół moich rodziców. Znowu te głupie i bezsensowne porównania - cichszy niż Remus, mniej zdolny niż Nimfadora.

Jestem Teddy do cholery!

Tylko Teddy.

W czwartej poprzysięga zemstę.

Antonin Dołohow - zabójca Remusa, zmarł kilka lat temu w Azkabanie, a Bellatrix Lestrange została pokonana podczas Bitwy o Hogwart. Nie znam żadnego ze śmierciożerców wspierających Voldemorta - większość jest uwięziona w Azkabanie, a ci, którym po bitwie udało się uciec nie wychodzą ze swoich kryjówek.

Gdybym był bardziej zdeterminowany pewnie zostałbym Aurorem i razem z innymi czarodziejami, szukałbym ukrywających się wojennych zbrodniarzy. Nie mam tego jednak w planach. Siedząc tutaj, w środku lasu, naprzeciwko grobu moich rodziców, myślę, że nie chcieliby mojej zemsty.

Z usłyszanych historii wiem, że nie prowadzi ona do niczego dobrego.

Edytowane przez Angelina Johnson dnia 08.08.2016 12:17
 

Podziel się z innymi: Delicious Facebook Google Live Tweet This Yahoo

Przejdź do forum:
Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2021 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3.
Theme by Andrzejster
Copyright © 2006-2015 by Harry-Potter.net.pl
All rights reserved.
Wygenerowano w sekund: 1.88