Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie masz jeszcze konta?
Zarejestruj się

Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Instagram
Facebook
Shoutbox
Musisz się zalogować aby wysłać wiadomość.

Wróg ciemnej strony
04.03.2021 17:16
a można prosić o hieroglify? Wrozka

moje życie to mem
04.03.2021 15:00
Hiszpańskie akcenty również działają <3

Wielki mag
04.03.2021 14:41
Niech ktoś zrobi tak żeby był też francuski

Praktykant w Św Mungu
04.03.2021 14:38
CoSieDzieje, Tak bo ja lubię niemiecki

Niezwyciężony mag
04.03.2021 14:33
Ale Niemców akceptuje xD

Współpraca
Najaktywniejsi

1) Prefix użytkownikaAlette

Avatar

Posiada 59604 punktów.

2) Prefix użytkownikafuerte

Avatar

Posiada 56577 punktów.

3) Prefix użytkownikaKatherine_Pierce

Avatar

Posiada 45466 punktów.

4) Prefix użytkownikaShanti Black

Avatar

Posiada 43877 punktów.

5) Prefix użytkownikaSam Quest

Avatar

Posiada 41604 punktów.

6) Prefix użytkownikaania919

Avatar

Posiada 37824 punktów.

7) Prefix użytkownikaulka_black_potter

Avatar

Posiada 36617 punktów.

8) Prefix użytkownikalosiek13

Avatar

Posiada 33847 punktów.

9) Prefix użytkownikabatalion_88

Avatar

Posiada 31890 punktów.

10) Prefix użytkownikaMarcus Clinton

Avatar

Posiada 30892 punktów.

Losowe zdjęcie
Zobacz temat
Drukuj temat
Prace uczestników IV Turnieju FF
Prefix użytkownikaSam Quest
Praca B - Margaret Black


W zasadzie niegroźni

Mogli się tego, oczywiście, spodziewać. Cisza trwała zdecydowanie za długo i teraz przyszło im zapłacić za swoją naiwność. Być może, po prostu, nie spodziewali się, że uderzenie przyjdzie od kogoś tak im bliskiego. A jednak. Byli tutaj. Siedzieli w owalnym kręgu, który, ku irytacji Hermiony, nie został poprawiony i wpatrywali się w nich ponaglająco. Tak, dobrze myślcie. Rodzinna interwencja.

Hugo naprawdę nie miał nic przeciwko temu, wbrew przeciwnie, zobaczenie jego całej rodzinny, skoncentrowanej na wspólnym celu, było czymś, o czym już od dawna marzył. Nie spodziewał się jednak, że głównym tematem ich rozmowy będą "problemy wychowawcze", którym każdego dnia stawiają czoła jego rodzice. Nigdy nie spodziewał się też, że on - zbuntowany nastolatek, "mów do ręki, twarz się zmęczyła", będzie tmy, który stanie w ich obronie.

Tym, który kompletnie ich zniszczy - możliwe.

Tym, który odtańczy taniec szczęścia, gdy Harry zdecyduje, że lepiej będzie, jeżeli przeprowadzi się do niego, gdy jego rodzice będą zapluwać się żółcią - więcej niż prawdopodobne.

Tym, który stanie w ich obronie - nie... po prostu nie, dzięki.

Siedząca obok niego, naprzeciwko Harry'ego i Ginny Potterów, Rose, miała poważną i uroczystą minę.

- Hugo, pamiętaj, że jesteś ich synem i stajesz w ich obronie - szepnęła mu do ucha, gdy większość rodziny Weasley-Potter rozsiadła się na ustawionych krzesłach.

Twarz, znajdującego się po drugiej stronie okręgu Rona zbladła gwałtownie, a Hermiona wykonała symboliczny gest dłonią i wymamrotała pod nosem słowa modlitwy. Hugo zastanowił się, czy jest to magia bezróżdżkowa i czy jest ona niebezpieczna.

- Pamiętaj o tym! - syknęła Rose po raz kolejny.

"Szlag", pomyślał.

- Pamiętam, Rose! Może jeszcze stań za plecami Harry'ego i pokazuj mi plansze, na których napisane będzie, co powinienem mówić - Starał się szeptać ale widział, że spoczywa na nim spojrzenie zaproszonych na "interwencję" wujków i ciotek - I przypomnij mi jeszcze, czy mam zaznawać za tym, żeby się od nich odwalili, czy żeby odseparowali ich od czarodziejów, dla dobra społeczeństwa, bo ciągle zapominam.

Zmroziła go wzrokiem i wydęła wargi, rzucając spojrzenie mówiące: "Oni są twoimi rodzicami i spędzają całe dnie, pracując na twoje utrzymanie, a to, że wrzeszczą na ciebie, bo pomimo piętnastu lat, ciągle spraszasz tutaj swój harem, nie oznacza, że są źli", a przynajmniej Hugo miał wrażenie, że mówiło coś w tym stylu.

- Chyba możemy już zaczynać - Harry przemówił jako pierwszy, poprawiając nerwowo okulary i krzywo zawiązany krawat - Hermiono, Ron - zwrócił się w kierunku rodziców Hugo - Jesteście moimi najlepszymi przyjaciółmi i kocham was bardziej niż moją żonę i dzie... i kocham was jak moje własne rodzeństwo, ale doszły mnie słuchy, że nie spędzacie ze swoimi dziećmi wystarczającej ilości czasu i nie traktujecie ich we właściwy sposób. Wiecie, że jestem wyczulony na takie zachowania, więc... pozwoliłem zaprosić sobie tutaj Molly i Artura, ich synów z małżonkami i dziećmi i naszych najbliższych przyjaciół, żeby prywatnie, w małym gronie, naszych najbliższych pięćdziesięciu znajomych, omówić tą sprawę...

Hugo westchnął cierpiętniczo i postanowił przejąć głos, zanim Harry zdąży się rozkręcić.

- Słuchajcie - powiedział, gdy spoczęło na nim kilkadziesiąt par oczy - to jest po prostu śmieszne. Wszyscy znacie moich rodziców i wiecie, że robią wszystko co w ich mocy, żeby nie wyrosły z nas splątki tylnowybuchowe...

- Dlatego właśnie nie rzucamy oskarżeniami - powiedziała łagodnie Ginny, jak gdyby już zaklasyfikowała go jako ofiarę przemocy domowej - Po prostu chcemy żebyś odpowiedział nam na kilka pytać. Od ciebie nic nie chcemy, Rose - zastrzegła, gdy zobaczyła, że jego siostra chce zabrać głos - Dobrze wiemy, że jesteś równie winna. Ale, oczywiście, nikogo nie oceniamy i nie rzucamy oskarżeniamir30;

Hugowi opadła szczęka. Jakiś głos w jego głowie, niepokojąco przypominający ten należący do jego wujka George'a, krzyczał: "TAAAK! NARESZCIE WSZYSTKIM IM SIĘ DOSTANIE!", ale jego druga strona, ta rozsądniejsza, wiedziała, że nie ma za co im się dostać, bo nie zrobili niczego złego. Mówiła też, że to niesprawiedliwe - karać kogoś tylko dlatego, bo czasami jest niemiły.

- I ja... mam stanąć w ich obronie, no nie?

- Zgadza się.

- A co, jeżeli okaże się, że cytuję, albo dobra, lepiej nie będę cytował... A co, jeśli okaże się, że mamy tutaj... przemoc?

- Rzucimy urok, dzięki, któremu Ron i Hermiona staną się twoimi osobistymi niewolnikami.

- To legalne?

- Oczywiście.

- Ale chyba dość... niekonwencjonalne?

- Nie, skądże. Często się to zdarza.

Zapadła niezręczna ciszą, którą postanowił przerwać Harry.

- Może przejdziemy do szczegółowych pytań. Mam listę - Wyciągnął z kieszeni pomięty kawałek pergaminu - Czy to prawda, że Hermiona nazwała cię, cytuję: "Niepoważnym dzieciakiem, który marnuje swoje życie, na kompletnie nieważne czynności"?

"Szlag", pomyślał.

- Zdarzyło jej się - powiedział powoli - Ale zrobiła to tak... pieszczotliwie.

- Pieszczotliwie?

- No, wiecie... w stylu "kocham cię, ty mój idioto", tylko w rozszerzonej wersji - Zobaczył niedowierzanie na twarzach zgromadzonych - A poza tym, była wytrącona równowagi, bo bez pytania wziąłem Nimbusa 2000 taty i wleciałem nim w szafkę nocną.

- Latałeś na miotle w domu? A oni cię nie powstrzymali?

"Szlag", pomyślał.

- Nasza szafka nocna stoi w ogrodzie... ponieważ - "szlag, szlag, szlag" - Brzozowe drewno, z którego jest wykonane, źle wpływa na moją... aurę i eeee... ee, dlatego postanowili postawić je w ogrodzie. Aż tak bardzo martwią się o moje zdrowie.

- Twoja różdżka jest z brzozowego drewna - zauważyła Molly.

- Walczę ze swoimi lękami - powiedział bez zająknięcia - A rodzice bardzo mnie w tym wspierają.

Hermiona zakrztusiła się śliną, a Ron to czerwieniał, to bladł, na zmianę. Wszyscy zgodnie postanowili ich zignorować.

- Podobno, gdy dostałeś w te wakacje zaproszenie na urodziny swojego znajomego ze Slytherinu, Ron wygłosił niecenzuralną w słowach... przemowę na temat Ślizgonów - Na jego ojcu spoczęło kilkadziesiąt potępiających spojrzeń. Skulił się na krześle.

- To nie tak! - zaprzeczył szybko Hugo - I tak nie chciałem iść na urodziny Notta, wiecie? Bo mój tata wiedział. Tak dobrze mnie zna. Ale wiedział, że nie będę potrafił odmówić i dlatego zabronił mi na nie iść! - Pokiwał energicznie głową - To był z jego strony niesamowity pokaz aktorstwa!

Artur i Molly pokiwali głowami, jakby się z nim zgadzali. Pewnie uwierzyli mu z łatwością. Przypuszczał, że gdy ma się dziesiątkę wnuków, trudno ich nie faworyzować.

- Ale chyba zgodzisz się z tym, że rodzice nie spędzają z tobą wiele czasu? Hermiona ciągle przesiaduje w Ministerstwie, a Ron biega od sklepu George, do gabinetu Aurorów. Wiem, oczywiście, że bardzo się starają i, że im zależy, ale trudno jest podzielić rodzicielstwo z karierą zawodową, prawda?

- Mógłbym się z tym zgodzić... przyznał Hugo, zerkając nerwowo na Rose - Ale przecież wszyscy wiedzą, że mój tata niedługo zostanie zwolniony - Ron odkaszlnął znacząco - Ciągle się spóźnia. A wiecie dlaczego? Bo codziennie przed pracą, gotuje nam obiad!

- A więc to Ron gotuje? - Ginny zachichotała - To w takim razie, sprawa twojej anoreksji jest już wyjaśniona.

- Nie mam anoreksji.

- Naprawdę, Hugo? Popatrz na siebie - Wykonała teatralny ruch ręką, żeby zachęcić zgromadzonych, do bliższego przyjrzenia się najmłodszemu synowi Rona i Hermiony - Sama skóra i kości.

- Nie mam anoreksji.

- To dlaczego jesteś tak chudy?

- Bo jestem gejem.

Cała rodzina wpatrywała się w niego w szoku. Rose zachichotała, jego ojciec wachlował się ręką. Przynajmniej dwie osoby zemdlały. Harry spojrzał niepewnie na Ginny. Ginny spojrzała niepewnie na Harry'ego. Wiedzieli, że powinni zadać na ten temat więcej szczegółowych pytań, ale oboje bali się odpowiedzi, które mogliby otrzymać.

- Czy bycie gejem, automatycznie sprawia, że chudniesz? - ktoś zapytał. Hugo nie był pewien kto to zrobił, bo każdy cicho szeptał i nie orientował się już, do kogo należą wypowiadane słowa.

- Jeszcze jedna sprawa - Harry westchnął głęboko - Podobno wymknąłeś się na imprezę w środku nocy.

- Ale to przecież nie miało z nimi nic wspólnego!- Zaczął pocić się nerwowo - Zrobiłem to bo... chciałem pokazać, że jestem... eeee... odważny. Bo jestem.

Rose odchrząknęła znacząco. Hugo odczytał to jako: "oby tak dalej geniuszu, to oboje wylądujemy w domu dziecka".

- A co powiesz na temat swojego, znowu cytuję, tym razem Rose: "haremu, który ciągle tutaj spraszasz"?

- To nie jest harem, jeżeli jego członkami są mężczyźni, prawda?

Zapadła cisza.

- Och, żartuję przecież! Ludzie, ja mam piętnaście lat! - zaśmiał się nerwowo - To tylko moi znajomi, a Rose jest po prostu złośliwa, bo taka jest właśnie rola starszej siostry, prawda? Obgadywanie znajomych, wrzucanie pająków do łóżka, otwieranie skrzyni z boginem, gdy jesteś w trakcie brania kąpie... Bycie złośliwym, no nie?

- Ostatnie pytanie - powiedziała uroczyście Ginny, robiąc przerwę dla osiągnięcia lepszego efektu - Podobno w waszej rodzinie pojawiła się przemoc fizyczna - Zgromadzeni wstrzymali oddech. Hermiona parsknęła, Ron pobladł po raz kolejny - Podobno podczas kłótni, Hermiona rzuciła w ciebie słoikiem z martwymi traszkami!

Tłum zafalował. Rozległy się krzyki. Hugo był pewien, że, znowu, przynajmniej dwie osoby zemdlały.

- To nie tak! - krzyknął zdenerwowany - Wszystko przekręcacie! Nie rzuciła we mnie niczym! - Tak naprawdę to rzuciła, ale wiedział, że była to jego wina. Nie powinien był zatrudniać skrzata domowego... - To prawda, że się pokłóciliśmy, ale... niczym we mnie nie rzuciła! - powtórzył dla lepszego efektu.

- W takim razie dlaczego wybiegłeś z domu oblepiony martwymi traszkami?

Hugo zamrugał, zdezorientowany.

- Najwyraźniej wpadłem na ich stado... watahę, kolonię... gniazdo, gdy biegłem przez korytarz.

- Więc dlaczego były martwe?

- Jestem potężnym czarodziejem, nic na to nie poradzę - wzruszył ramionami - Jeżeli coś mnie atakuje i robiąc to, umiera, to najwidoczniej tak ma być.

Harry zaśmiał się nerwowo i spojrzał na swoich przyjaciół.

- No cóż, to niespodziewane... ale wiedziałem, oczywiście, że nigdy nie skrzywdzilibyście swojego syna - Podrapał się po karku - Do zobaczenia na jutrzejszym obiedzie! Kończą się wakacje, niedługo Hugo rozpoczyna szósty rok i... tak... pa!

Teleportował się.

Pozostali zgromadzeni członkowie rodziny Weasley-Potter, odczytali to jako sygnał do odwrotu i, jak stado bahanek, równo rzucili się w stronę drzwi. Część z nich posłała jeszcze przepraszające spojrzenia w stronę Hermiony i Rona.

Gdy zostali sami, siedzieli przez chwilę ciszy, aż w końcu wszyscy wybuchnęli śmiechem.

- Jestem pod wrażeniem - powiedziała Rose, klepiąc Hugo po plecach.

- Ja też - przyznał - Pięćdziesiąt dwie osoby, na po prostu...

Hermiona zbliżyła się do swojego syna i przytuliła go do siebie.

- Jestem z ciebie taka dumna - powiedziała ze łzami w oczach.

- Nie spodziewałaś się, że stanę w waszej obronie? - zapytał zaskoczony - A może nie wiedziałaś, że potrafię aż tak dobrze kłamać?

- Co? Nie, ty niepoważny dzieciaku, marnujący swoje życie, na kompletnie nieważne czynności! - zaśmiała się - Jestem dumna i zaskoczona bo... nie spodziewałam się, że umiesz liczyć.

Edytowane przez Prefix użytkownikaSam Quest dnia 26.07.2017 22:13
 
Prefix użytkownikaSam Quest
Praca C - Shanti Black


Słońce powoli chowało się za horyzontem, otulając świat ostatnimi tego dnia promykami. Drzewa szumiały cicho, poruszane delikatnym wiaterkiem. Na podwórku przy jednym z domów siedział trzynastoletni chłopiec, bawiąc się z kotem. Zwierzę nie wyglądało na szczególnie zadowolone z tego faktu, jednak cierpliwie znosiło drapanie po brzuchu i za uchem.
- Hugo, chodź na kolację! - do chłopca doszedł głos matki wydobywający się najprawdopodobniej z kuchni lub salonu. Wstał, otrzepał spodnie i wsłuchał się w ciszę, która teraz go otaczała. Westchnął z ulgą, gdyż miał już dość nieustającej kłótni swojej siostry z ojcem.

W kuchni państwa Weasley panował zatrważający porządek. Hermiona stała przy blacie, stawiając kubki z herbatą na tacce, gdy do pomieszczenia wszedł jej syn.
- Czy tata przestał kłócić się z Rose? - spytał Hugo, siadając przy stole.
- Mam nadzieję - kobieta przewróciła oczami na samo wspomnienie o swoim mężu, który miał problem z tym, że córka pojedzie na dwa tygodnie do koleżanki. W tej samej chwili Ronald wkroczył do pomieszczenia, trzymając w ręku jakąś książkę.
- Czy ty widziałaś, co nasza córka czyta? - oznajmił poważnym tonem, rzucając książkę na blat, za co natychmiast oberwał od żony ścierką. - Aua! Za co?!
- Za brak szacunku do książek i brak nawet próby zrozumienia dla Rose - burknęła Hermiona. - O co ci chodzi?

Wzburzony Ronald zamaszyście odsunął krzesło i usiadł na nim. To znaczy próbował usiąść, gdyż pod jego ciężarem i siłą, z jaką opadł na siedzenie, przedmiot złamał się i Weasley wylądował na podłodze. Jego twarz w jednej chwili zmieniła kolor na czerwony, a po domu rozniósł się krzyk:
- Dlaczego wszyscy jesteście przeciwko mnie?! Czy tak trudno powiedzieć, że krzesło jest zepsute i trzeba je naprawić?! To tylko chwila, a nie musiałbym teraz wycierać spodniami podłogi!
- Gdybyś mnie słuchał, to wiedziałbyś, że krzesło jest zepsute od czterech miesięcy. A poza tym, to tylko chwila, by je naprawić, panie Na-Wszystko-Mam-Czas - odparła Hermiona, przedrzeźniając ton męża sprzed kilku chwil.

Całej scenie, stojąc w drzwiach, przyglądała się Rose. Zachichotała cicho, gdy ojciec upadł wraz z krzesłem. Uważała, że należało mu się za to, że nie pozwalał jej jechać do przyjaciółki.

***

Rose siedziała w swoim pokoju, zastanawiając się, jakie ubrania powinna zabrać na dwa tygodnie. Czy jedna para długich spodni wystarczy? Czy może zabrać coś jeszcze z długim rękawem? Kolczyki, naszyjnik, trzy pary butów. Wszystko jest. Dziewczyna odhaczała w myślach kolejne przedmioty.
- Dalej się pakujesz? - w progu jej pokoju stanął Ronald. - Czy ja wyraziłem na to zgodę?
- Tato - westchnęła Rose, wstając z podłogi. - Rozmawiamy o tym od tygodnia. Mama się zgodziła, rodzice Annie też wiedzą i nie mają nic przeciwko temu, żebym spędziła u nich te dwa tygodnie. A ja nie mam dwóch lat przecież. Obiecałeś, że jak dobrze zdam SUMy to będę mogła pojechać.
- Dobrze zdaj OWUTEMy, a porozmawiamy - Ronald odwrócił się na pięcie, a Rose usłyszała głuchy odgłos uderzenia oraz przekleństwa ojca. - KTO DO JASNEJ CHOINKI ZOSTAWIŁ SZAFKĘ NOCNĄ NA SAMYM ŚRODKU KORYTARZA?!
- Ty, tatusiu. Miałeś ją naprawić, pamiętasz? - dziewczyna uśmiechnęła się słodko, czym jeszcze bardziej rozwścieczyła Weasleya, który skakał teraz na jednej nodze w stronę sypialni.

Kilkanaście minut później Rose zbiegła do kuchni, by spytać matki, co jeszcze powinna zabrać na wyjazd, jednak zastała rodziców na rozmowie. Wyglądała ona poważnie, a ojciec co chwilę uderzał pięścią w stół. Matka natomiast wyglądała na znudzoną jego kolejnymi fochami.
- Przecież tam będzie ten chłopak, starszy od Rose. Nie pozwolę, by moja córka się z nim zadawała.
- Ronaldzie uspokój się - powiedziała rozeźlona Hermiona. - Ten chłopak to dziecko Jenkinsów, podobnie jak przyjaciółka Rose. Ciężko by było o brak jego obecności w domu. Poza tym, jest od niej starszy o rok.
- Jest już dorosły! Kto wie co mu strzeli do głowy? Moja córka tam nie pojedzie!
- Ron, masz jakąś paranoję - warknęła Hermiona. - Idź się leczyć na nogi, bo na głowę to już zdecydowanie za późno. Jakim cudem z takim podejściem nie zrobiłeś sceny na ślubie Harry'ego i Ginny? A nie... przepraszam. Zrobiłeś - oczy brunetki ciskały pioruny.
- Co tata zrobił? - do pomieszczenia wkroczyła zaciekawiona Rose. - Sprawa poniekąd dotyczy mnie, bo zaczęło się od wyjazdu, a teraz ciekawa jestem, co się wydarzyło na ślubie wujka i cioci.

Hermiona spojrzała mściwie na męża, po czym zaczęła opowiadać. Z każdym jej słowem Ronald czerwieniał coraz bardziej, aż jego twarz przypominała dorodną piwonię lub pomidora.
- No więc na ślubie wujka i cioci, twój tata dostał ataku zazdrości o siostrę, gdy zobaczył, jak Harry całuje Ginny po przysiędze małżeńskiej. I tak cud, że wytrzymał do końca ceremonii. Jego twarz na przemian czerwieniała i bledła, a w pewnym momencie nawet pozieleniała. A potem twój tata zamiast złożyć młodej parze życzenia, zaczął krzyczeć na Ginny, że jest jego malutką siostrzyczką i on nie pozwoli na to, by mieszkała z jakimś facetem. Przypominam, Harry'ego zna od jedenastego roku życia. A później ktoś odciągnął twojego tatę od młodych, by nie pobił Pottera, bo już się szykował do bójki. Jak dzieciak.
Rose pokładała się ze śmiechu, próbując wyobrazić sobie swojego surowego ojca w takiej sytuacji.
- A co do Tony'ego, to tato, błagam. On jest brzydki, jak sklątka tylnowybuchowa - dziewczyna przewróciła oczami. - Nie to, co Scorpius Malfoy. To dopiero jest przystojniak.

Ronald, który właśnie pił herbatę, zakrztusił się i potrzebował poklepania po plecach, by dojść do siebie.
- Baby - warknął. - Chcecie mnie wykończyć i przejąć mój majątek. MALFOY?! ROSE! CZY TY CHCESZ, ŻEBYM CIĘ WYDZIEDZICZYŁ?! JAK MOŻESZ BRATAĆ SIĘ Z WROGIEM?! NA GACIE SALAZARA!
- Tato! Scorpius jest w porządku. Bardzo sympatyczny chłopak. Lubimy się przecież.

Weasley wyglądał, jakby miał za chwilę dostać zawału. Siedział przy stole i poruszał ustami jak ryba pozbawiona wody.
- Zanim coś powiesz, zastanów się nad tym - ostrzegła go chłodno żona. - Przypominam, że to nie są nasze czasy, gdzie Ślizgoni byli łączeni z śmierciożercami, a Lord Voldemort nie żyje.
- Nie wymawiaj tego imienia!
- No, jak widać, niektórzy boją się go do dziś - powiedziała uszczypliwie Hermiona.
- Tato, to mogę jechać? No zgódź się. Tony ma nimbusa 2000, obiecał nauczyć mnie na nim latać. Będziemy grać w quidditcha i w ogóle.

Rose spojrzała na ojca, po czym przeniosła wzrok na matkę, która puściła jej oczko. Dziewczyna wiedziała, że jej relacja z ojcem jest ciężka, bo łatwo traci panowanie nad sobą, zwłaszcza, gdy jest zazdrosny, jednak miała nadzieję, iż w końcu się to zmieni. Mimo wszystko kochała swojego ojca, jednak te jego wybuchy złości bardziej ją śmieszyły, niż martwiły.
- Tata na pewno się zgadza - powiedziała Hermiona, wycierając mokre ręce w ścierkę. - A jeśli ma jakieś obiekcje, to musi zaczekać z tym, aż naprawi krzesło, które zepsuł, twoją szafkę nocną i w końcu odgnomi nasz ogród. Bez użycia czarów - ostatnie słowa kobieta zaakcentowała dobitnie.

***

- Uważaj na siebie. Nikogo nie podrywaj. Nie rozmawiaj z obcymi. Wysyłaj nam sowy codziennie rano i wieczorem. Unikaj chłopaków. Uważaj na miotły - Ronald wygłaszał swój monolog do córki, która właśnie wrzuciła garść proszku Fiuu do kominka i puściła jego uwagi mimo uszu.
- Dobrze tato - przewróciła oczami. - A właśnie, pamiętasz, jak mówiłeś, że w naszym domu nie będzie żadnych szczurów?
- Tak, a dlaczego o to pytasz? - wybałuszył oczy Weasley.
- Hugo chciałby ci kogoś przedstawić. A tymczasem do widzenia. Kocham was! - Rose przytuliła rodziców i brata, po czym weszła w zielone płomienie i wykrzyknęła adres.

Ron spojrzał na Hugona wyczekująco. Chłopiec wyciągnął zza pleców obie ręce, w których ułożony smacznie spał mały, szary szczur.
- Tato, to jest Alfred. Mój nowy szczur.
- HUGO NA MIŁOŚĆ ROWENY I SKARPETY GRYFFINDORA! ŻADNYCH SZCZURÓW W MOIM DOMU!

Edytowane przez Prefix użytkownikaSam Quest dnia 26.07.2017 22:13
 
Prefix użytkownikaSam Quest
Praca D - EmilyWright


- Podano do stołu - oznajmiła Hermiona, stawiając przed resztą rodziny ogromny talerz z parującym, aromatycznym kurczakiem.

Poprzedniego wieczoru Hogwart Express dotarł na peron dziewięć i trzy czwarte na stacji King's Cross, a z jego wnętrza wylał się tłum uczniów, w którym naturalnie znajdowali się Hugo i Rose Weasley. Wyglądało jednak na to, że nie byli w nastroju do opowieści. Hermiona uznała, iż może to być kwestia późnej pory lub znużenia podróżą, dlatego postanowiła porozmawiać z dziećmi w pierwszym dniu ich wakacji przy miłym, rodzinnym obiedzie. A takie obiady w tym przypadku były nie lada gratką, gdyż pani domu, jako urzędniczka Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów w angielskim Ministerstwie Magii, po prostu nie miała czasu ich przygotowywać. Jej mąż również nie należał do ludzi bez obowiązków, a poza tym był zdania, że Hermiona zrobi to lepiej - no to zrobiła.

- Widzę, że znowu przypalony - orzekł z lekkim niezadowoleniem Ron. Żona spojrzała na niego krzywo, nieco zbyt gwałtownie odsunęła krzesło i powiedziała z naciskiem:
- Ale za to zrobiony z miłością.
- Miłością chyba nie można się najeść - spostrzegła szesnastoletnia dziewczyna o rudych włosach, patrząc podejrzliwie na danie. Hermiona już chciała coś odpowiedzieć, ale doszła do wniosku, że kłótnie nie są im potrzebne. To miał być miły, rodzinny obiad, nie mogła dać się wyprowadzić z równowagi! Westchnęła, przykleiła na twarz miły uśmiech i kiedy dostrzegła, że nikt jeszcze nie zaczął jeść, jako pierwsza nałożyła sobie porcję na talerz.
- Więc... Długo się nie widzieliśmy, jak w szkole?
- Normalnie. - Rose wzruszyła ramionami.
- Całkiem normalnie - potwierdził Hugo, młodszy brat Rose.
- Wydarzyło się może coś ciekawego? - dociekała dalej Hermiona, tuszując swoją lekką irytację zachowaniem dzieci. Kątem oka dostrzegła, że Ron pochłania już spore ilości przypalonego kurczaka.
- Nie. W sumie Rose ma chłopaka, ale to raczej niespecjalnie ciekawe - wypalił Hugo, szczerząc się z buzią pełną jedzenia. Siostra spojrzała na niego obojętnym wzrokiem - nauczyła się już znosić gamonia i z godnością odpowiadać na tego typu teksty.
- Synku, masz już czternaście lat i powinieneś dobrze wiedzieć, że mówienie z pełnymi ustami jest niekulturalne - skarciła go Hermiona, która poczuła się w obowiązku powtórzenia mu tego po raz kolejny, po czym postanowiła przejść do naprawdę interesującej ją kwestii, gdyż była szczerze zaciekawiona. - Rose, czy to praw...
- Hugo ma dziewczynę - przerwała rudowłosa po przełknięciu kęsa kurczaka.
- O! - Granger o mało co nie zakrztusiła się mięsem z wrażenia. Czyżby jej dzieci tak szybko dorosły? Przecież to chyba jeszcze nie był ten wiek, ona nie mogła być już aż tak stara... Przeniosła spojrzenie na chłopca, który wydawał się zdezorientowany i ze zmarszczonymi brwiami patrzył na siostrę. - Naprawdę?
- Nie - zaprzeczyła szybko Rose. - Bo może sobie co najwyżej pomarzyć, że któraś by go chciała.
Hugo złośliwie wystawił jej język i wypił łyk gazowanego soku pomarańczowego.
- Mogą sobie co najwyżej pomarzyć, że ja chciałbym którąś z nich.
- To nie było zabawne.
- Jak ty.
- Scorpius Malfoy to dno.
- Punkt dla Rosie! - Ron otarł usta serwetką i w tym momencie włączył się do rozmowy. Jego córka uśmiechnęła się do brata z okrutną satysfakcją i przybiła z ojcem piątkę nad stołem.
- Tata znowu jest stronniczy - westchnął Hugo.
- Ronaldzie - powiedziała ostro Hermiona.
- No co? - spytał z lekką skruchą. - Dobrze mówi - mruknął do siebie tak cicho, żeby żona nie usłyszała.
- Ronaldzie, nie powinieneś nastawiać dzieci przeciwko innym.
- No wiem - przyznał z bardzo dobrze wyczuwalną dozą niechęci.
- Poza tym nie wiem, czy pamiętasz, ale moi rodzice przyjeżdżają w przyszłym tygodniu...
- Mówiłaś już kilka...naście razy - westchnął, niezadowolony z wizyty teściów, a szczególnie teściowej. Uważał, że ogólnie przyjęte stereotypy o teściowych nie mogą być w stu procentach prawdą i że naprawdę nie może być tak źle, ale przekonał się na własnej skórze zaraz po ślubie. Mama Hermiony uwielbiała ciągle go poprawiać i dawać do zrozumienia, że po raz kolejny coś mu nie wyszło. W ogóle nie brała pod uwagę, że był szanowanym aurorem i chyba wolałaby, żeby był mugolskim dentystą, jak ona, co go irytowało, ale w życiu nie przyznałby się do tego żonie.
- Po prostu chcę, żeby obyło się bez kłótni, mama ostatnio nie czuła się najlepiej.
- Ona się nigdy nie czuje dobrze - burknął do siebie Ronald.
- Przepraszam, co powiedziałeś?
- To ja już dziękuję - oświadczyła Rose, wstając od stołu i przysuwając krzesło. Hermiona natychmiast przeniosła niezadowolone spojrzenie z męża zawzięcie krojącego mięso na talerz córki, na którym zostało trochę kurczaka.
- Nie zjadłaś - stwierdziła lekko karcąco.
- Sorki, miłość to za mało, żeby zatuszować spaleniznę - odrzekła przepraszająco rudowłosa, po czym wyszła z kuchni i wbiegła po schodach na piętro, by dostać się do swojego pokoju. Zapadła cisza, zakłócana tylko brzękiem sztućców, aż wreszcie Ron postanowił się odezwać.
- To ja pójdę za nią - powiedział ostrożnie i ociężały po opróżnieniu talerza pełnego spalonego kurczaka podniósł się na nogi. Hermiona westchnęła, słysząc jego oddalające się kroki i popatrzyła smutno na syna, który bez zainteresowania konsumował obiad.
- Widzisz, Hugo, człowiek tak się stara, żeby było miło i rodzinnie, a wychodzi... jak zawsze - zwierzyła się i pogłaskała syna czule po głowie. On powinien zrozumieć, przecież to takie mądre dziecko, jako jedyny nie poszedł i nie zostawił jej samej. Musi go w nagrodę zabrać na lody albo do wesołego miasteczka, byłoby wspaniale, tak jak jeszcze kilka lat temu! - Chociaż ty mi zostałeś. W sobotę pójdziemy razem gdzieś na miasto, co ty na to? Matka i syn, cudownie, prawda?
Po minie Hugona łatwo można było wywnioskować, że wcale nie tak cudownie. Skrzywił się lekko i odłożył widelec, powoli odsuwając krzesło.
- Wiesz co... Chyba się najadłem. Przekarmiłaś mnie tą swoją miłością w kurczaku.

***


Rose leżała na łóżku wpatrzona w sufit, myśląc o wszystkim i o niczym jednocześnie. W sumie chyba powinna odpisać Danielowi na list. W końcu nie widzieli się od wczoraj, a nie chciała, żeby ich kontakt osłabł przez wakacje, no nie mogła sobie na to pozwolić! Czuła się trochę jak te głupie nastolatki, które potem wysyłały swoje zażalenia do działu z listami w mugolskich gazetach. Babcia Granger czasem kupowała jej takie czasopisma w kioskach, gdyż sądziła, że dobrze uczyć się na cudzych błędach i czytać porady ekspertów, które mogą się przydać w przyszłości. Póki co rudowłosa nie miała pojęcia, jak zastosować sposób na przygotowanie jakiejś mugolskiej maseczki, skoro mogła kupić czarodziejską, lepszą, no ale cóż. Babcia miała sporą przyjemność z kupowania tych magazynów.
Rose zwlekła się z łóżka i usiadła przy biurku, po czym wyjęła z szuflady niezapisaną kartkę i pióro wieczne i swoim pięknym, kaligraficznym pismem (odziedziczonym po mamie) napisała kilka słów. Utknęła. Miała do powiedzenia tyle rzeczy, ale jakoś nie wiedziała, jak przelać je na papier, żeby nie było zbyt chaotycznie. Dłoń trzymająca pióro ostrożnie się opuszczała... I nagle rozległo się pukanie. Rose szybko wepchnęła kartkę i pióro z powrotem do szafki i w panice rzuciła się na łóżko, starając się sprawiać wrażenie, że leży tam dłuższy czas.
- Proszę - westchnęła. W drzwiach ukazała się głowa ojca z uśmiechem na twarzy.
- Nie przeszkadzam ci? - Rozejrzał się po pokoju, jakby szukał śladów jakiejś podejrzanej działalności.
- Nie, dlaczego? - Wyszczerzyła się i usiadła po turecku, a Ronald zajął miejsce obok niej. Przez chwilę najwidoczniej zbierał się, żeby coś powiedzieć, aż wreszcie przemówił ze wzrokiem wbitym w jakiś bliżej nieokreślony punkt.
- Wiesz, Rosie, ja i mama bardzo się staramy... Ale nie zawsze nam wychodzi, rozumiesz? Czasem kurczak się przypala, że tak powiem.
Zacisnęła usta i zmrużyła oczy, nie bardzo wiedząc, dokąd zmierza ta rozmowa, ale pokiwała wolno głową.
- Po prostu ostatnio jesteś cichsza i chciałbym wiedzieć, czy coś się stało.
Uśmiechnęła się pobłażliwie.
- Nie, tato, nic się nie stało.
- To jakiś... nastoletni bunt?
Skrzywiła się.
- Nie, tato.
- Chyba nie mam tu co robić, nie?
- Chyba nie bardzo.
- No to będę się zbierał. I tak nic nie zrobię.
Wstał powoli i skierował się ku drzwiom, ale mimo wszystko jeszcze się odwrócił.
- Wiesz, że gdybyś chciała pogadać, to jestem.
- Tak, tato - przewróciła oczami.
Ronald jednak najwidoczniej chciał coś jeszcze dodać, a może po prostu liczył, że córka zdecyduje się na rozmowę. Swoją drogą, rzeczywiście był ciekawy, czy jego kochana Rosie ma chłopaka. Przecież jako dobry ojciec powinien go poznać i ocenić, czy to odpowiedni kandydat dla niej, to był wręcz jego obowiązek, ona nie mogła się prowadzać z byle kim.
- A tak z czystej ciekawości... - zaczął nieporadnie, wodząc wzrokiem po całym pokoju.
- Hugo mówił prawdę?
- Tato! - prychnęła Rose, po czym wstała z łóżka, podeszła do ojca i lekko popchnęła go w kierunku drzwi, tłumiąc chichot.
- A tak na poważnie - zawołał nagle pan Weasley. Odwrócił się z powrotem do córki i znowu omiótł spojrzeniem jej pokój, skupiając szczególną uwagę na biurku. - Nie pisałaś może czegoś ostatnio?
- Wcale nie jesteś dyskretny.
- Po prostu jako twój najlepszy i jedyny tata... No dobrze, już nie będę. Chciałem ci tylko powiedzieć, że bardzo mnie dzisiaj zawiodłaś.
Dziewczyna popatrzyła pytająco, lekko zdziwiona. Uznał to za zgodę do kontynuacji i przejścia do sedna sprawy - do tego, po co naprawdę tu przyszedł i co go naprawdę trapiło.
- Jak mówiłem, czasem kurczak się przypala, to normalne. Ale go nie zjadłaś i teraz się marnuje, nie zasłużył na taki los.
Rose parsknęła śmiechem i przytuliła ojca. Zawsze dobrze się czuła w jego towarzystwie, potrafił rozbawić ją jak nikt i rozproszyć wszystkie smutki swoim poczuciem humoru, które tak uwielbiała. Kochała go, nawet jeśli on bardziej kochał kurczaka.
- Możesz go zjeść, tym razem więcej dla ciebie. Ale jak trafi się następny, nie odpuszczę
- powiedziała z twarzą rozpromienioną uśmiechem.
- Wiesz, że jesteś moją najlepszą córką?
- Ale masz tylko dwie.
Ronald zmarszczył brwi, jakby musiał dla pewności przeliczyć, ile ma dzieci, jednak niespodziewanie dotarł do niego ten "żart", a córka wybuchnęła śmiechem na widok jego miny.
- Nie obrażaj brata - upomniał ją żartobliwie i pogroził palcem.
- Idź już, kurczak czeka. - Jej uśmieszek przybrał złośliwy wyraz.
- Idę - odparł, i poczochrał ją po głowie. - Jednak dobrze cię z mamą wychowaliśmy.
- Przynajmniej to jedno dziecko wam wyszło.
Ron po raz kolejny się roześmiał, uwielbiał żarty ze swoją córką chociażby z tego powodu, że mieli bardzo podobne poczucie humoru i świetnie się rozumieli. Z każdym rokiem, kiedy widział, jak Rosie dorasta, rosła w nim duma i przekonanie, że lepszej córki nie mógł mieć. Położył już dłoń na klamce, ale wychodząc postanowił przypomnieć jeszcze ich wspólną, ulubioną sentencję, która wyjątkowo pasowała do sytuacji.
- I pamiętaj, że nie ma lepszego sposobu okazywania miłości...
- Niż dzielenie się jedzeniem - wpadła mu w słowo. - Tak, wiem.

Edytowane przez Prefix użytkownikaSam Quest dnia 26.07.2017 22:14
 
Prefix użytkownikaSam Quest
Praca E - Helenkaa


Śmiech łaskotanego kurczaka

Dookoła panowała ciemność, a jedynym źródłem światła były fluoresencyjne gwiazdki świecące na suficie. Na szafce nocnej chwiała się góra naczyń, których nie było kiedy uprzątnąć i o które mama zrobiła nie jedną awanturę. Przetarłem sennie twarz, gdy do pokoju weszła mama w fartuchu i z lekko nieprzytomnym wzrokiem. 
- Hugo wstawaj, bo się spóźnimy przez ciebie - popatrzyła na mnie i wyszła z pokoju. Zapowiadał się długi dzień. Budzik dopiero co wskazywał w pół do piątej, ale mama już, że niby spóźnieni. Dobre mi bajki, dopiero co tata mówił wczoraj, że samolot jest na ósmą. Przerzuciłem oczami tak bardzo, że aż zabolało i wygramoliłem się z łóżka.
W kuchni mocno pachniało kawą. Za oknem widać było połowę księżyca, a ja miałem właśnie zjeść śniadanie. Super, nie ma co. Tata drzemał nad talerzem jajecznicy, mama próbowała przepędzić jakąś złośliwą muchę, a Rose robiła sobie kanapki wyglądając jak żywy trup. Chyba jedynie mamie służyło to wczesne wstawanie. Gdy Rose nie patrzyła gwizdnąłem jej jedną kanapkę i zacząłem ją łapczywie jeść. Kiedy siostra zauważyła brak chleba na talerzu, jej policzki poczerwieniały. I wtedy zrozumiałam błąd. Wziąłem tą kromkę, na której było najwięcej nutelli. Może nieświadomie, ale jednak. 
- Gdzie jest moja kanapka? - warknęła wywiercając mi dziurę w głowie swoim spojrzeniem. 
- Ja jej nie widziałem - udałem głupa, no bo co miałem zrobić? 
- Hugo przyznaj się bo im powiem - szepnęła, a to uderzyło w czuły punkt. Poczułem dreszcze na plecach i ucisk w brzuchu. Już chciałem coś powiedzieć, gdy siostra powiedziała już dużo głośniej. - A wiecie, że Hugo hoduje w swoim poko... - i w tym momencie się zacięła, bo z całej siły kopnąłem ją pod stołem. Syknęła z bólu i gdyby można było zabijać wzrokiem to wierzcie mi, już dawno leżałbym martwy. 
- Co mówiłaś Rose? - mruknął sennie tata biorąc łyk kawy. 
- Nic takiego - uśmiechnęła się krzywo dalej próbując uśmiercić mnie wzrokiem.
Reszta śniadania przebiegła w ciszy. Każdy oprócz mamy, która cały czas trajkotała o tym, jaka to odpowiedzialność spadła na nią przez ten cały wyjazd ospale grzebał w swoim jedzeniu, raz po raz ziewając i przytakując jej, kiedy było trzeba.

***

Była może szósta, gdy mama zatrzasnęła bagażownik ( a może bagażnik? nie wiem, nie czaję tych mugolskich nazw) i usiadła za kierownicą. Nie pamiętam kiedy ostatnio była równie spełniona co teraz, odkąd zdała egzamin na prawo jazdy i zabrała nas na przejażdżkę (pomijając fakt, że prawie zdewastowała śmietnik na parkingu przed sklepem, to było nawet fajnie). Szczerzyła się do nas w lusterku i co chwila wzdychała, jak to ona nie może się doczekać pływania w morzu. Podczas drogi graliśmy w "co to za rzecz tutaj?". Polega to na opisywaniu danej rzeczy w aucie i próby odgadnięcia jej przez innych uczestników gry. Prowadziłem pięcioma punktami, gdy mama oznajmiła, że dotarliśmy na miejsce. Wyciągnęliśmy mugolskie kufry zwane walizkami (mama zadecydowała, że będą to mugolskie wakacje na tyle, na ile pozwolą Siły Wyższe) i udaliśmy się ku wejściu do ogromnego budynku trzęsąc się z chłodu. Musieliśmy wyglądać cudacznie. Mama miała na głowie ogromny plażowy kapelusz i trzy wypełnione po brzegi torby przewieszone na ramieniu. Już pominę fakt dwóch walizek, które ledwo co zamknęliśmy. Tata miał ubrane różowe okulary przeciwsłoneczne Rose, założony ponton kaczkę i naszyjnik z kwiatów. Musieliśmy i wyglądaliśmy cudacznie.
Podczas odprawy mama co chwilę zaglądała na bilety "żeby upewnić się, że nie zgubiła". No cóż, biletu może nie zgubiła, za to tatę tak. Okazało się, że jego po prostu nie ma obok nas w długiej kolejce do odprawy. Jakby nałożył na siebie pelerynę niewidkę wujka Harry'ego. Na prawdę nie mogłem się temu nadziwić, no bo jak zgubić w tłumie rudego, wysokiego mężczyznę z różowymi okularami i głową kaczki na brzuchu? Dalej zadaję sobie to pytanie.
Podczas gdy znudzona Rose pilnowała naszych tobołów, my z mamą rozpoczęliśmy poszukiwania taty. Wypytywaliśmy ludzi, strażników o "wysokiego mężczyznę z pontonem kaczką", ale ku naszemu nieszczęściu nikt nic nie wiedział. I wtedy udałem się w stronę toalet. Już miałem otwierać drzwi, gdy usłyszałem głosy z końca korytarza. Jeden z nich bardzo przypominał głos taty. Z całej siły wytężyłem słuch, ale stwierdziłem, że nie ładnie tak podsłuchiwać i po prostu sprawdzę, kto tam jest. Kiedy wychyliłem się zza rogu, moim oczom ukazał się rosły mężczyzna stojący do mnie plecami i mój tata wyraźnie czymś podekscytowany. Zmarszczyłem brwi, gdy tata mnie zauważył.
- Hugo chłopcze, patrz - kiwnął głową na znak, żebym podszedł bliżej. Kiedy stanąłem obok nich dostrzegłem, że tata trzyma jakieś urządzenie i cieszy się jak dziecko, któremu mama kupiła nowe kredki. - Oto magiczne pudełeczko, przez które możesz rozmawiać. Nazywa się... Czekaj... O, już wiem, toki toki.
- Walkie talkie - wtrącił rozbawiony strażnik. 
- Mniejsza o to, Hugo ten miły mugol... Znaczy się pan, mówi, że wystarczy nacisnąć o tu i coś powiedzieć, a druga osoba, która też ma takie pudełeczko słyszy to! - tata naciskał co chwilę czarny przycisk i gdy jakiś głos mu odpowiadał, on rzucał jakimś żartem zasłyszanym w mugolskim radiu, na przykład: dlaczego sosna nie jest głodna? Bo jodła. Boki zrywać no nie?

***

Gdy w końcu udało nam się wejść na pokład samolotu poczułem jak pudełeczko w mojej kieszeni się porusza. Pudełeczko mieściło w sobie zmniejszone i w jakimś stopniu uspane mocnym urokiem sklątki tylnowybuchowe, o których chciała powiedzieć przy śniadaniu Rose. Tak, hoduję sklątki. Mama nie byłaby tym zachwycona (tata pewnie wręcz przeciwnie), ale kto powiedział, że musi się o tym dowiedzieć?
Siedziałem wygodnie na fotelu obok okna, a po mojej lewej stronie tata z mamą. Rose siedziała przede mną w towarzystwie jakiegoś chłopaka i starszej pani. Po chwili usłyszeliśmy komunikat, że startujemy i mamy zapiąć pasy. Chwilę się z nimi siłowałem, bo nie za bardzo patrzyłem gdy stewardessa pokazywała jak to zrobić. Już miałem zapytać tatę o jedzenie, gdy on zawył jak bity pies. Szybko odkryłem przyczynę. Mój wielce zaradny życiowo tata zatrzasnął sobie palec w klamrze pasa i kwiczał z bólu. Chciałem mu pomóc, ale nie wiedziałem jak, bo gdybym po prostu otworzył klamrę, to jeszcze bardziej zgniótłbym nieszczęsny kciuk taty. Postawiłem na jedną kartę i z myślą, że za wszystko trzeba płacić, pociągnąłem za otwieranie. Tata jeszcze bardziej zawył, a wtedy ja, niczym superbohater (z trzęsącymi się rękoma) wyciągnąłem palec z klamry ratując mu życie. Nie no, tak na prawdę, to tata wył cały czas, a ja ciągnąłem go za dłoń. Gdy w końcu udało mi się wyswobodzić kciuk taty z morderczych sideł, jakaś kobieta z personelu zabrała go, żeby sprawdzić czy nic poważniejszego się nie stało. Kiedy spojrzałem na mamę miałem ochotę się śmiać. Mama spała. Spała i nawet nie słyszała i nie zauważyła co się dzieje obok niej. To trzeba mieć mistrza...

***

Po kilku godzinach lotu, gdy już prawie byliśmy na miejscu, stwierdziłem, że muszę do toalety. Prawie wszyscy na pokładzie spali. Gdy miałem otworzyć drzwi toalety, pudełko w mojej kieszeni podskoczyło i wypadło na podłogę. Jedna ze sklątek uwolniła się, a ja już miałem ją z powrotem wsadzić do opakowania, gdy usłyszałem czyjś głos. 
- O fuj, co to jest? - odwróciłem się i zobaczyłem jakiegoś chłopaka. Miał szczurzą twarz, był wysoki i chudy jak tyczka.- Mogę zobaczyć? 
- E... Chyba nie - bąknąłem i zacząłem mocować się z wieczkiem. 
- A może mógłbym kupić? - to zmieniło postać rzeczy. Choć miałem zasadę, że handluję tylko z czarodziejami, to postanowiłem mu ją sprzedać tylko po to, żeby się odczepił. Odchrząknąłem i mruknąłem konspiracyjnie.
- Pięć galeonów za jedną, ale jak zapłacisz siedem to dorzucę jeszcze jedną - popatrzyłem na niego i poczułem się jak diler. Hugo Weasley, diler sklątek tylnowybuchowych. 
- Gościu, nie wiem co to te galeony, ale mogę dać ci pięć centów - spojrzał na mnie jak na wariata. Co to te centy? Pewnie jakieś mugolskie pieniądze, ale po co mi one? Przecież nie kupię za nich czekoladowych żab, ani samopiszącego pióra. 
- A te pięć centów to dużo? - zapytałem mając nadzieję, że może u Gringotta wymienię je na galeony. 
- Taak, jasne! - odpowiedział tego jeszcze pewniejszy niż ilości kontynentów na Ziemi. Przygryzłem policzek, zaryzykować czy nie?
- Dobra, dawaj te pieniądze - westchnąłem, a zadowolony chłopak wygrzebał z kieszeni monetę. Podałem mu sklątkę, a szczurza twarz odeszła krztusząc się ze śmiechu. Włożyłem pudełeczko z powrotem do kieszeni i wszedłem do toalety. Gdy tylko zatrzasnąłem drzwi, w samolocie rozległ się komunikat o końcu podróży i lądowaniu, a trzy i pół sekundy później zacząłem obijać się o ściany pomieszczenia. Moja głowa miała przykre spotkanie z pojemnikiem na mydło, a ręka natrafiła na muszlę. Z obrzydzeniem spojrzałem na dłoń ociekającą wodą pochodzącą z toalety. Skuliłem się w kącie równocześnie zapierając się nogami o ścianę naprzeciwko. Gdy było już po wszystkim spojrzałem wrogo na dozownik mydła z myślą o moim obolałym czole. Kiedy schyliłem się, żeby wyrzucić leżący papierek na ziemi, pudełko ze sklątkami wypadło z mojej kieszeni wprost w paszczę toalety. Już ponownie wsadzałem rękę do wody po moją małą hodowlę, gdy załączyła się automatyczna spłuczka połykając moje sklątki i na dodatek bezczelnie opryskując mi twarz. A niech cię Belzebub pochłonie szatańska toaleto!
Kiedy chciałem wyjść z toalety, okazało się, że nie mogę. Szarpałem tą klamkę, uderzałem w drzwi i nic. Przeleciał mnie strach, że wszyscy już wysiedli, a ja zostanę w tej kabinie do końca życia. Zacząłem krzyczeć, wrzeszczeć o pomoc, z myślą, że może ktoś mnie usłyszy. I nie wiem, może to cud, może zrządzenie losu, ale miałem zostać wybawiony z objęć śmierci toaletowej. 
- Hugo? Hugo czy to ty?! - usłyszałem zaspany głos mamy i chyba po raz pierwszy tak się cieszyłem na dźwięk jej głosu. 
- Tak mamo, to ja, zatrzasnąłem się tu.
- Ron, sprawdź czy nikt nie patrzy - syknęła pewnie do taty stojącego za nią. - Alohomora! 
Drzwi odskoczyły, a ja byłem wolny. Nie za bardzo zwróciłem wtedy uwagę na to, że mama złamała nasze postanowienie o mugolskich wakacjach. Zrobiła to w słusznej sprawie i teraz mnie przytulała. 
- Hugo ale pomyśl, z pragnienia byś nie umarł - zachichotał tata, a mama tylko uniosła kącik ust i sprzedała mu kuksańca w bok. Ruszyliśmy ku naszym siedzeniom, gdzie mieliśmy bagaże podręczne. Rose siedziała na moim miejscu i szczerzyła się patrząc na swoją dłoń.
- Tobie co? 
- Patrz - odwróciła się w moim kierunku i wystawiła mi rękę przed oczy, a ja nawet nie zdążyłem zapytać o co chodzi. - Ten chłopak, obok którego siedziałam dał mi swój numer telefonu.
- Rose, ale my nie mamy telefonu - starałem zachować powagę, by jej nie urazić. Dziewczyna była w siódmym niebie, a ja brutalnie sprowadziłem ją na ziemię. Tylko coś burknęła i ruszyła ku wyjściu z samolotu.

***

Hotel nie był jakiś nadzwyczajny. Jedyne o było tu niezwykłe, to makaron z serem i zachody słońca. Aż żałowałem, że nie pomyśleliśmy o wzięciu aparatu, bo z chęcią zrobiłbym zdjęcie. Makaronowi oczywiście. Pozostałe jedzenie było nawet znośne w porównaniu do kocich koncertów, które odbywały się co noc. Tata zachwycał się jak małe dziecko każdym nowym zwierzątkiem zrobionym z ręcznika przez sprzątaczki, Rose siedziała dwie godziny w łazience, a mama męczyła nas zwiedzaniem okolicy. 
Cały pobyt przebiegał bardzo spokojnie  aż do pewnego dnia. Był to może czwarty dzień naszych wczasów. Rano poszliśmy na basen, bo wtedy było najmniej ludzi. Tata robił zamki z piasku w pobliskiej piaskownicy, mama z Rose się opalały, a ja czytałem książkę. Już miałem zaczynać rozdział, w którym główny bohater ma przesłuchiwać swojego więźnia, gdy rozległ się głośny plusk. Podniosłem wzrok, ale nikogo nie zauważyłem. Wróciłem do czytania i może byłem już trzy strony dalej, a nikt się jeszcze nie wynurzył. Zmrużyłem oczy i spojrzałem na basen. Nagle z tafli wody wyłoniła się dłoń. Machała chwilę, jak gdyby chciała się czegoś złapać, po czym znowu zniknęła w wodzie. Bez zastanowienia odrzuciłem książkę na bok, pospiesznie założyłem okularki do pływania i wskoczyłem do wody. Cudem było, że nie dostałem szoku termicznego, bo woda była jeszcze nienagrzana. Zacząłem rozglądać się za topielcem, ale długo to nie trwało. Jakaś dziewczyna z otwartymi ustami rzucała się jak patroszony łosoś starając się wypłynąć na powierzchnię. Szybko podpłynąłem do niej, objąłem ją w talii i z całych sił starałem się płynąć ku górze.
Gdy wypłynąłem na brzeg i wtaszczyłem dziewczynę na stały ląd z paniką stwierdziłem, że nie wiem co teraz. Przeklnąłem w duchu ratownika, którego nigdzie nie było i przewróciłem dziewczynę na bok. Udrożniłem jej drogi oddechowe tak, jak pokazywali na karcie bezpieczeństwa obok basenu. Już miałem wołać pomoc, gdy dziewczyna wypluła trochę wody i zaczęła łapczywie oddychać. Przykryłem ją ręcznikiem i pomogłem usiąść na leżaku.
- Em... Hej? Wszystko dobrze? Halo? - usiadłem na sąsiednim leżaku i napotkałem wzrok najpiękniejszych oczu na świecie. Patrzyła tak na mnie swoimi małymi błękitnymi oczami (ale jakże pięknymi) ze strachem. - Słyszysz mnie? Jak się nazywasz? Powiedz coś, na Merlina!
- Madge - wychrypiała odgarniając drżącą ręką niesforny kosmyk blond włosów. Nie była za bardzo rozmowna, więc przez dłuższą chwilę siedzieliśmy w ciszy (podczas której zdążyłem policzyć ilość okien hotelu). Pomyślałem, że może jest w szoku, gdy odchrząknęła.
- Dziękuję - opatuliła się jeszcze mocniej ręcznikiem. Postanowiłem przełamać lody, no i muszę przyznać, że od tamtego momentu zaczęliśmy nadawać na tych samych falach.

***

Madge była super dziewczyną o pięknych miodowych włosach ("Są cienkie jak ogon myszy!" ), miłych małych oczach ("Wszyscy się mnie pytają czy mam azjatyckie korzenie przez te oczy, a ja przecież jestem z Norwegii!" ) i dużym poczuciu humoru. Patrzyłem na nią maślanymi oczami i spijałem każde słowo z jej ust. I robiłem to ja, były diler sklątek tylnowybuchowych uważający, że wakacyjna miłość to bzdura. Rozmawialiśmy tak długo, że zdążyliśmy już wyschnąć. Kątem oka rozejrzałem się za moją rodzinką, ale oni siedzieli przy barze gawędząc z barmanem i popijając koktajle.
Madge opowiedziała mi trochę o jej rodzinie rozrzuconej po całym świecie, a ja o mojej rodzinie w Anglii. Tak świetnie nam się rozmawiało, że nawet pochwaliłem się jej moim Nimbusem 2000. Na pytanie co to jest, odpowiedziałem, że miotła, a ona tylko zachichotała jak łaskotany kurczak i stwierdziła, że jestem niezłym dziwakiem, że nazywam miotły i że już mnie lubi. Uznałem, że nie ma sensu jej tłumaczyć i tylko powiedziałem, że też ją lubię. Nawet za bardzo, stwierdziłem w duchu.

***

Było południe, gdy dziewczyna z przepraszającym uśmiechem oznajmiła, że musi już wracać, bo rodzice będą się martwić. Zapewniłem ją, że na pewno się jeszcze spotkamy i już miałem sięgać po książkę leżącą pod stolikiem, gdy Madge nachyliła się, cmoknęła mnie w policzek i pobiegła w stronę hotelu. Zastygłem czując jak oblewa mnie rumieniec.
- A ty co masz takiego buraka na twarzy? - Rose usiadła na leżaku, na którym wcześniej siedziała blondynka. - Co to była za dziewczyna, z którą gadałeś?
- A co ja, na przesłuchaniu jestem? Topiła się, to ją uratowałem - burknąłem i udałem się ku rodzicom.

***

Był wieczór, gdy wróciłem do naszego pokoju ze stołówki. Rose jak zwykle okupowała łazienkę, tata siedział na balkonie, a obok niego spała mama. Spojrzałem na telewizor i od razu z obrzydzeniem odwróciłem wzrok. Leciał jakiś program przyrodniczy o zarzynanych indykach i królikach hodowlanych, które popełniały samobójstwa uderzając głowami w ściany. Zakrywając oczy podszedłem to dekodera i go wyłączyłem. Musiałem porozmawiać z tatą. Zebrałem się w sobie i podszedłem ku drzwiom balkonowym. 
- Tato, możemy porozmawiać? - zagadnąłem skubiąc rąbek koszulki. Tata kiwnął głową, po czym dał palec na usta i wskazał na mamę. Wziął ją na ręce i zaniósł ją do ich sypialni.
- To o co chodzi? Siadaj - usiadłem obok niego na kanapie i spojrzałem na podświetloną taflę wody z basenu.
- Ee, no bo wiesz, poznałem taką jedną dziewczynę... - poczułem się głupio.
- Dziewczynę?! Hugo stałeś się facetem! - przerwał mi tata ciesząc się jak dziecko.
- Tato przestań - poczułem jak oblewa mnie rumieniec.
- Która to? W takim razie, o czym chcesz pogadać, w czym problem? - spoważniał i spojrzał na mnie. Poczułem się jak na jakiejś terapii.
- No bo wiesz, lubię ją i... Merlinie jakie to głupie - schowałem twarz w dłoniach jeszcze bardziej zażenowany niż na początku.
- Ej, ziomek - dźgnął mnie w bok. - Nie ma w tym nic złego, to normalne w czasie dorastania. Nie krępuj się, mów śmiało.
- No... yh... to co ja mam zrobić?
- Jesteś pewny, że ona odwzajemnia uczucia? Może pochwal jej wygląd, no wiesz, dziewczyny to lubią - tata wziął łyk jakiegoś napoju i ziewnął.
- Powiedziała, że mnie lubi i.. a nie ważne. Jestem jej bohaterem, uratowałem ją, gdy się topiła - powiedziałem uśmiechając się.
- Hugo, co?! Ty umiesz pływać? - tata spojrzał na mnie wielkimi oczami, a ja strzeliłem face palma. - Ale mam super syna, o kurde, widać po kim taki fajny - wypiął dumnie pierś. - A jak ona wygląda?
- No ma takie włosy, o, dotąd, niebieskie oczy, ee... Jest niska i na pewno nie wygląda jak wieszak - zarumieniłem się.
- A ma komórkon? - spojrzał na mnie rozweselony.
- Czy co ma? - zaśmiałem się.
- Nie ważne. Hugo, jak ty się jeszcze zastanawiasz, to możesz nas sobie przedstawić, no wiesz - poruszył znacząco brwiami i obaj parsknęliśmy śmiechem.
- Chyba nie. Dzięki tato - uśmiechnąłem się do niego i wstałem. Byłem już przy drzwiach, gdy tata wyciągnął ku mnie pięść. Przybiliśmy żółwika i z o wiele lepszym humorem udałem się do łazienki. Nie będzie tak źle, no nie?

Edytowane przez Prefix użytkownikaSam Quest dnia 26.07.2017 22:14
 
Prefix użytkownikaSam Quest
[
b]Prace Finał[/b]
 
Prefix użytkownikaSam Quest
Praca A - Shanti Black


Będzie pięknie


Słońce powoli wschodziło nad Londynem, otulając miasto swoimi promieniami. Rosa mieniła się na trawnikach, jak diamenty, a mgła unosiła się w górę. Zaczynał się kolejny, zwykły dzień. Pierwsi przechodnie przecinali ulice i chodniki, słychać było pierwsze odgłosy budzącego się społeczeństwa.

Dean Thomas obudził się wcześniej niż zwykle. Nie był pewien, czy to dlatego, że poprzedniego wieczoru położył się wcześniej, czy też to wina koszmaru, który dręczył go tej nocy. Niestety, mimo iż wiedział, że było to coś złego, nie mógł sobie tego przypomnieć. Pewnie sklątki tylnowybuchowe - pomyślał, bagatelizując całą sprawę. Szybko zjadł śniadanie, ubrał się i teleportował na ulicę Pokątną, gdzie miał zacząć swój pierwszy dzień pracy w Magicznych Dowcipach Weasleyów.

Gdy wszedł do budynku, od razu uderzył go wielki chaos, wszystko było wywrócone do góry nogami.
- Ron, jak mogłeś tego nie dopilnować?! - krzyknął ktoś. Dean odwrócił się w tamtym kierunku i serce zabiło mu mocniej. To Ginny strofowała jego kolegę z dormitorium. Ta sama, o której nie mógł zapomnieć.
- Dzień dobry - zebrał się na odwagę, idąc w ich stronę.
- Dean? - Ginny zdziwiła się szczerze, po czym rzuciła bratu spojrzenie pod tytułem nienawidzę cię. Przez chwilę panowała niezręczna cisza, którą przerwał Ronald.
- No więc, będziesz musiał to wszystko posegregować. Tylko ten kurczak - wskazał na gumową zabawkę - wybucha, kiedy go dotkniesz, więc radziłbym uważać.

Thomas spojrzał niepewnie na Ginny, a jej oczy po raz kolejny go zahipnotyzowały. Chciałby móc patrzeć w nie cały czas. Dziewczyna nie wyglądała na złą z powodu jego obecności, a zwyczajnie zdziwioną. Zarumieniła się, a jej rude włosy spływały na policzki, gdy spuściła głowę. Zaledwie kilka miesięcy wcześniej rozstali się z błahego powodu, a teraz znowu się spotykają. Do tej pory pamiętał zapach jej szamponu do włosów, wanilia z nutą czekolady.
- A i pamiętaj, że jeśli coś zniszczysz będziesz musiał pokryć stratę z własnej kieszeni, niestety moi kochani bracia mi nie odpuszczą, a ja nie odpuszczę tobie - wtrącił Ron, jakby nie zauważając dziwnej atmosfery, która zapanowała w pomieszczeniu.

***

Trzeci dzień z kolei padał deszcz. Nie zapowiadało się na to, by słońce chciało wyjrzeć zza chmur. Dean przechadzał się ulicą Pokątną, nosząc się z zamiarem kupienia mamie na urodziny książki. Postanowił wstąpić do Esów i Floresów, by sprawdzić, czy nie mają tam czegoś ciekawego. Przechadzał się między regałami, poszukując pozycji, która mogłaby go zainteresować.
- Dean? - zza kolejnego regału dobiegł go kobiecy głos, który, jak się okazało, należał do Ginny. - Dobrze cię widzieć.
- Ciebie też - odparł, może trochę za szybko, Thomas, opierając się nonszalancko o ścianę. - Co się stało?
- Ron szaleje, bo pufki pigmejskie pouciekały, a teraz nie możemy ich znaleźć - westchnęła, przewracając oczami. - Wiesz, że on jest dziwny, ale nie sądziłam, że aż tak.

Dean miał ochotę się roześmiać. Wyobraził sobie Weasleya czołgającego się po całej podłodze, szukającego pufków pigmejskich pod meblami.
- Chodźmy - Ginny złapała go za rękę, a w tej samej chwili przeszedł go cudowny dreszcz. - Im szybciej się znajdą, tym szybciej będę mogła na niego nawrzeszczeć, że do tego dopuścił. No i mam nadzieję, że Puszek nie zwiał z klatki.
- Puszek? - zdziwił się Dean, wpatrując się w dłoń rudowłosej, która nadal go ściskała.
- Tak, pies Hagrida. Strasznie duży, ma trzy głowy, ale jest niegroźny. Uwielbia, jak mu się coś gra, więc często czarujemy jakiś instrument. Hagrid poprosił, żebyśmy go pilnowali przez wakacje.

Thomas spojrzał niepewnie na rudowłosą, jakby nie wierzył w to, co mówi. Ogólnie bardzo za nią tęsknił, miał nadzieję, że kiedyś uda im się jeszcze raz. W jej oczach nadal migotały iskierki, które często widział w Hogwarcie.
- Czemu w waszym sklepie dzieją się takie dziwne rzeczy? Czemu trzymacie tam jakiegoś dziwnego psa?
- Bo moi bracia są dziwni - wzruszyła ramionami. Spojrzała przed siebie, po czym odrzuciła włosy, które opadły jej na twarz. - I w ogóle, może to nie jest dobry moment, ale tęskniłam za tobą.

***

Dean Thomas obudził się później niż zwykle, jednak nie przeszkadzało mu to zbytnio. Zdawał sobie sprawę, że jest spóźniony do pracy, ale pocieszenie stanowił dla niego poprzedni wieczór. Wiedział, że Ginny cierpiała chwilę po swoim pierwszym chłopaku - Harrym Potterze, który związał się ostatecznie z Hermioną Granger. Jednak to on, Dean, pocieszał rudowłosą i sprawiał, że przestała myśleć o Gryfonie. A poprzedniego wieczora poszli do mugolskiego kina. Podobało jej się.

Uśmiechnął się, przeczesując palcami włosy. Miał nadzieję, że wszystko będzie pięknie.

Edytowane przez Prefix użytkownikaSam Quest dnia 02.08.2017 22:58
 
Prefix użytkownikaSam Quest
Praca B - Margaret Black


Płakał bardzo głośno

Seamus nie wiedział co tutaj tak właściwie robi. Chociaż "nie wiedział", jest sporym niedopowiedzeniem, bo oczywiście wiedział.

Jedyne o czym był w stanie wtedy myśleć, jedyne co był w stanie czuć to obezwładniające przerażenie, które poczuł gdy okazało się, że to wszystko nie było jakimś okrutnym, nieudanym żartem. Żartem, na który liczył każdy z nich. Ale jednak... nie tego się spodziewał.

Dean Thomas chciał ich wszystkich zabić.

Nie spodziewał się tego. Naprawdę się tego nie spodziewał. Cała ta sytuacja była dla niego niczym więcej niż tylko absurdalnym snem bo przecież... jeszcze wczoraj jego życie toczyło się swoim starym, monotonnym rytmem. I wszystko było w porządku. Zjadł kurczaka z całą swoją rodziną, ponarzekał na szampon do włosów, który strasznie piekł go w oczy i... był pewien, że wszystko było i będzie w porządku.

Przecież czasy, w których ludzie codziennie walczyli o przeżycie minęły już dawno temu. Teraz było spokojnie. Teraz było idealnie. Chodzili do szkoły, urządzali imprezy i planowali swoją przyszłość. Nie chciał, żeby to wszystko skończyło się w ten sposób. To nie mogło skończyć się w ten sposób.

- Nie ma sensu walczyć - powiedział Dean, gdy zobaczył, że wszyscy szarpali się rozpaczliwie w oplatających ich łańcuchach. Jego głos brzmiał spokojnie i zdecydowanie, chociaż dłoń, w której trzymał różdżkę drżała lekko.

Seamus potrafił jedynie siedzieć nieruchomo. Skupiał się na oddychaniu, które z każdą kolejną sekundą zdawało mu się być coraz bardziej niepotrzebne, bo... Dean naprawdę miał zamiar ich wszystkich zabić. Zerknął na jego niewzruszoną minę, i zadrżał ze strachu.

Żałował, że w ogóle tutaj przychodził, ale gdy dostał od Deana krótką wiadomość, brzmiącą: "Jutro o wschodzie słońca w opuszczonej rezydencji Rockwoodów", nie wyobrażał sobie, że mógłby go tak po prostu zignorować. Deana nie dało się ignorować. To zawsze źle się kończyło. Obecna sytuacja była tego idealnym przykładem.

- Nie wygłupiaj się, Thomas! - krzyknął siedzący z tyłu Potter i zatrząsł oplatającymi jego klatkę piersiową łańcuchami - Wypuść nas psycholu! Do końca zwariowałeś?!

- Zamknij się, Harry! Nie mów w ten sposób do kogoś, kto celuje do nas z różdżki!

Seamus nie wiedział kto to krzyknął, ale przypuszczał, że była to jedna z tych pustych dziewczyn, którymi otaczał się Potter. Rozejrzał się po ciemnym pomieszczeniu, w którym byli zgromadzeni- wszyscy, z wyjątkiem Deana, przywiązani do krzeseł. Zamknął oczy, czując łzy wypełniające jego oczy. Nie chciał patrzeć na ich oprawcę.

Nigdy nie chciał patrzeć na Deana. Właściwie, to nie znał go zbyt dobrze. Nie trzymali się razem. Thomas był jednym z tych dumnych mugolaków, chodzących po korytarzach z podniesioną głową, jakby uciszenie Pierwszej Wojny było ich własną zasługą. Seamus za to... trzymał się z Potterem i resztą jego świty, nie rzucając się w oczy. Nie chcąc rzucać się w oczy.

Nie potrafił zapomnieć teraz o tej nieszczęsnej imprezie, którą urządzili, żeby uczcić ukończenie szóstej klasy i na której potraktowali Deana jak zupełnego śmiecia. Pamiętał, że chłopak stał w kącie, niepewnie opierając się o ścianę, a sam Seamus rozmawiał z Ginny, która była piękna i miła i kompletnie mu nie przeszkadzała. Gdy jednak, poczuł na sobie spojrzenie Deana zapragnął, żeby dziewczyna sobie poszła. Już od dłuższego czasu, przypuszczał, że czarnoskóry chłopak był w niej zakochany.

I wtedy zjawił się Harry. Oczywiście.

- Naprawdę tutaj przyszedłeś, Thomas? Przecież zaproszenie cię tutaj było żartem. Nie wiedziałeś?

Seamus nigdy nie nienawidził Pottera bardziej, niż w tamtym momencie.

Wszyscy wiedzieli, że Dean nie zrobił niczego złego, po prostu był, ale nikt nigdy nie wyciągnął do niego pomocnej dłoni i nie stanął w jego obronie. Być może chłopak trzymał się trochę za bardzo z boku (ale kto nie chciałby trzymać się z dala od całej tej hałastry?) i może trochę za bardzo pysznił się swoją wiedzą (ale przecież nie on jedyny, no i naprawdę miał się czym chwalić), ale jego największą wadą było to, że Harry Potter go nie lubił.

Po tym gdy na głowę Deana została wylana butelka Ognistej Whisky, a on sam wylądował na podłodze, wymieniając się uderzeniami z Potterem, wybiegł z - o ironio - domu Rockwooda, na którego terenie urządzana była impreza. Seamus wybiegł za nim.

Nie wiedział tak właściwie, co powinien powiedzieć. On i Dean rozmawiali może ze dwa razy w całym życiu, ale pomimo to, to on był jedynym, który poszedł za biegnącym chłopakiem. Uważał, że to niesprawiedliwe.

Padał deszcz. Szczerze powiedziawszy, to lało jak z cebra. Już po kilku sekundach całe jego ubranie było przemoczone, a gdy biegł, buty chlupotały w kałużach.

- De! - krzyknął Seamus - Poczekaj!

Był zaskoczony, że chłopak go posłuchał, ale jeszcze bardziej zaskoczyło go to, że zdawał się być jedynie lekko zdenerwowany. Nie wkurzony, nie zrozpaczony - po prostu zdenerwowany. Tak jakby upokorzenie, które przeżył, nie było niczym wielkim.

- Przepraszam cię za Harry'ego - powiedział, nie wiedząc już nawet, dlaczego tłumaczy kogoś takiego jak Potter - Wiesz, że jego rodzice...

- Że, jego rodzice, co? Zrobili sobie kolejnego bachora i Potter czuje się odrzucony i musi odreagować?! -Wydawał się lekko rozczarowany - Mam to gdzieś, Sea! Nie jestem jego workiem treningowym. A jeżeli masz zamiar go bronić, to lepiej od razu sobie odpuść.

I Seamus odpuścił. Założył kaptur na głowę i wrócił do środka, nie chcąc stać w deszczu. I wiedział, że Dean go za to zabije.

Cała ta sytuacja miała miejsce miesiąc temu. Miesiąc podczas, którego Dean nie kontaktował się z żadnym ze swoich znajomych. Miesiąc podczas, którego wszyscy zdali się już zapomnieć o tej feralnej imprezie na zakończenie roku szkolnego. Wszyscy, oprócz Deana.

- De... - zaczął łagodnie Seamus, pragnąc, żeby oplatające go łańcuchy, pozwoliły mu na sięgnięcie po różdżkę - Nie chcesz tego zrobić...

- Zamknij się, Sea - odpowiedział chłopak, nawet na niego nie patrząc - A wy się uspokójcie. Nie zabiję was wszystkich. Chciałem jedynie mieć świadków, którzy zrozumieją to, co zrobiłem i nie będą myśleć o mnie, jak o jakimś potworze.

Ale ty jesteś potworem, Thomas. Podstępem zwabiłeś i związałeś grupkę znajomych ze szkoły i teraz przechodzisz się pomiędzy nimi jak pan tego świata. I chcesz ich zabić. Z zemsty.

- Czytałam trochę o zaklęciach niewybaczalnych - zaczął znowu Dean, a jego głos był odrobinę rozmarzony - Podobno trzeba naprawdę nienawidzić, żeby zadziałało. Wydaje mi się, że zadziała. Jak myślisz, Harry? - zrobił krok do przodu, a siedząca obok dziewczyna pisnęła - Przestań, Parvati.

Jak niby miała przestać?

- Zawsze wiedziałem, że jesteś szalony, Thomas! - krzyknął Potter, a zgromadzeni nastolatkowe patrzyli na niego w szoku.

- Nie mów tak! - krzyknęła Ginny - Nie prowokuj go!

Jakie to dziwne, że prowokowanie Deana nigdy wcześniej jej nie przeszkadzało.

- Niby dlaczego? - Potter zaśmiał się, ale jego głos brzmiał nienaturalnie wysoko - Nie ma jaj, żeby to zrobić. To wszystko z jego strony to gra! Chce nas jedynie nastraszyć. Dać nam nauczkę.

- Wiecie co? - Dean oparł się o ścianę i przyjrzał się im dokładnie - Wy naprawdę nie widzicie w sobie żadnej skazy, prawda? Przecież jesteście tak cholernie idealni! Ty tak myślisz, prawda Ginny? Myślisz, że jesteś idealna, prawda? Myślisz, że faceci ślinią się na twój widok i cały świat jest gotów paść ci do stóp. Ty też... prawda, Parvati? Boicie się, że to was zabiję. Że nie będziecie mogły nawet wybrać sukienek, w których was pochowają.

Seamus już dawno poddał się w próbach poluzowania łańcucha. Wiedział, że Dean wszystko dokładnie sobie zaplanował. Każdemu z nich wysłał wiadomość i zwabił ich tutaj, jak jakiś cholerny psychopata...

- De... - zaczął ponownie Seamus, nie wiedząc już nawet co powinien powiedzieć.

- Przestań, Sea - mruknął - Po prostu przestań.

Zabolało. Bardzo. Seamus nie spodziewał się, że Dean nienawidzi ich wszystkich aż tak bardzo. Wszyscy wiedzieli przecież, że był zakochany w Ginny, a jej brat, Ron, był dość znośny i czasami grał z nim w szachy. Merlinie! Oni byli tylko dziećmi! Głupimi nastolatkami, którzy myśleli, że są bezkarni.

- Jesteś taki odważny, Potter - zaśmiał się Thomas, zbliżając się i celując w niego różdżką - Tak bardzo odważny, prawda? Pamiętasz, jak na pierwszym roku poszczułeś na mnie psa gajowego? Miał na imię Puszek, no nie? A ty wcale się go nie bałeś. Ja się bałem. Bałem się też, gdy obudziłem się w środku nocy w Zakazanym Lesie, po tym gdy wynieśliście mnie tam z Longbottomem...

- Proszę cię, Dean... - zaczął płaczliwie Potter, jakby wiedział już, że to on zginie dzisiejszej nocy - Jestem głupi, wiem to, dobra? To było tylko na pokaz. To były tylko żarty...

- Tylko żarty - powtórzył głucho Dean, wzruszając z niedowierzaniem ramionami - Tylko żarty, no jasne. Ten ostatni był najlepszy, prawda? Ten list, który wysłałeś do mojego ojca - zaśmiał się - Jak to leciało? Pamiętasz? Pamiętasz chociaż co tam, do cholery, napisałeś?!

Potter skulił się na swoim krześle i wcale nie wyglądał już na tego odważnego Gryfona, który potrafił podporządkować sobie większość szkoły. Wyglądał jak małe dziecko, które chce zniknąć. I chciał zniknąć. Merlinie, zrobiłby wszystko, byleby znaleźć się teraz w innym miejscu.

- Ja pamiętam, co napisałeś - powiedział Dean, prawie smutno - W skrócie... że jestem nienormalnym pedałem, który wgapia się w Seamusa, tak jakby chciał zedrzeć z niego ubrania. Takie to przecież zabawne, prawda? Napisałeś, że wgapiam się w niego, jak... nieważne. Ważne jest to, że mojemu ojcu nie spodobał się ten list.

Seamus nie chciał tego słuchać. Nie, nie, nie! Jego jedyną winą było to, że po tamtej pamiętnej imprezie, nie próbował pomóc Deanowi, a jedynie kompletnie go olał, stając po stronie Pottera. Ale teraz, czuł, że był winny czegoś o wiele większego.

On mnie zabije, pomyślał nagle, zabije mnie.

- A co z tobą, Cho? - zwrócił się do łkającej Azjatki - Pamiętasz, jak wypiłaś amortencję i wmawiałaś wszystkim, że to ja ci ją podałem? - Pochylił się nad nią i poklepał ją po policzku - Odgrywanie ofiary poszło ci bardzo dobrze. Uwierzyli, prawda? Ale... zastanawiam się... co ty z tego miałaś? To nie było zabawne. To nie miało sensu. To było... podłe -Uśmiechnął się - Czy bycie podłą, jest wystarczającym powodem, żeby umrzeć?

Spacerował pomiędzy ich krzesłami, obracając pomiędzy palcami różdżkę. Czasami zatrzymywał się obok kogoś i po prostu się w niego wpatrywał, jakby chciał zapamiętać ich twarze, czasami wymawiał powody, dla których zasłużyli na śmierć. Czasami po prostu mijał ich w milczeniu.

- Sea? - zapytał nagle, zatrzymując się przed jego krzesłem.

Chłopak jedynie pokręcił głową, wiedząc, że to on jest tutaj głównym winowajcą. Po prostu zignorował to co zrobił Potter i chociaż uważał, że było to niesprawiedliwe, po prostu stanął po jego stronie. Zaśmiał się, poklepał go po ramieniu. Jak zawsze. Bo to było o wiele łatwiejsze od stania w deszczu i pocieszania Deana. A później... to przez niego chłopak miał problemy z ojcem. To nie on wysłał ten list, ale... czuł, że to wszystko było jego winą. Bo on, Seamus Finnigan, zawsze szedł na łatwiznę.

- Tak? - zapytał słabo, ledwo świadom spływających mu po policzkach łez.

- Potter miał rację. Patrzyłem jedynie na ciebie. Zawsze.

Dean Thomas wskazał na siebie różdżką i wypowiedział formułę śmiertelnej klątwy. Podobno trzeba naprawdę nienawidzić, żeby zadziałało. Przez wypełnione łzami oczy Seamus widział jedynie błysk zielonego światła i upadające na ziemie ciało.

Płakał bardzo głośno.

Edytowane przez Prefix użytkownikaSam Quest dnia 02.08.2017 22:58
 

Podziel się z innymi: Delicious Facebook Google Live Tweet This Yahoo

Przejdź do forum:
Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2021 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3.
Theme by Andrzejster
Copyright © 2006-2015 by Harry-Potter.net.pl
All rights reserved.
Wygenerowano w sekund: 1.20