Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie masz jeszcze konta?
Zarejestruj się

Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Instagram
Facebook
Shoutbox
Musisz się zalogować aby wysłać wiadomość.

Niezwyciężony mag
02.03.2021 23:15
A jednak już kończę pisać, nieźle poszło xD

Praktykant w Ministerstwie Magii
02.03.2021 22:29
Stanęło na B Smarcie z Longerem. Podrożały od kiedy byłam ostatnio :(

Oscypek
02.03.2021 22:26
CoSieDzieje, ale jak jutro nie, to się zdenerwuje

Niezwyciężony mag
02.03.2021 22:25
Angelina, wyślę jednak newsa z podsumowaniem jutro :(

Oscypek
02.03.2021 20:52
Anastazja Schubert, i co zamówiłaś? Ja tam najbardziej lubię mega pocketa ;D

Współpraca
Najaktywniejsi

1) Prefix użytkownikaAlette

Avatar

Posiada 59602 punktów.

2) Prefix użytkownikafuerte

Avatar

Posiada 56577 punktów.

3) Prefix użytkownikaKatherine_Pierce

Avatar

Posiada 45466 punktów.

4) Prefix użytkownikaShanti Black

Avatar

Posiada 43877 punktów.

5) Prefix użytkownikaSam Quest

Avatar

Posiada 41604 punktów.

6) Prefix użytkownikaania919

Avatar

Posiada 37824 punktów.

7) Prefix użytkownikaulka_black_potter

Avatar

Posiada 36617 punktów.

8) Prefix użytkownikalosiek13

Avatar

Posiada 33845 punktów.

9) Prefix użytkownikabatalion_88

Avatar

Posiada 31890 punktów.

10) Prefix użytkownikaMarcus Clinton

Avatar

Posiada 30892 punktów.

Losowe zdjęcie
Zobacz temat
Drukuj temat
Prace uczestników V Turnieju Fan Fiction
Prefix użytkownikaPaulaSmith
To w tym temacie będą umieszczone wszystkie prace konkursowe.

1. Kolejność prac jest całkowicie przypadkowa.
2. Po każdym etapie prace zostaną przypisane do poszczególnych autorów.
3. Prace zostały wyrywkowo sprawdzone na obecność plagiatu.
4. Prace dodane są w stanie w jakim je otrzymuje Master Turnieju. Nie poprawia on żadnych błędów stylistycznych, ortograficznych czy interpunkcyjnych. Wszelakie ingerencje dotyczyły spraw technicznych.
5. Oceniać prace można w TYM TEMACIE



PRACE II ETAPU



PRACA A - Nquus


Odgłos kilku ostatnich kropli piwa spadających na piankę w kuflu był jedynym dźwiękiem akompaniującym przedziwnym akrobacjom Hagrida. Chyba nigdy wcześniej nikomu choćby przez myśl nie przeszło, że tak nieludzkich rozmiarów ciało może wyginać się na tyle różnych stron jednocześnie, nie tracąc przy tym równowagi. Każdy jego ruch był mimo wszytko dość płynny i szybki, a przez chwilę nawet przypominał prawdziwy taniec. Niebanalna partnerka półolbrzyma również nie miała łatwo, bo tamten co rusz przydeptywał jej drewniane nogi. Cóż jednak mogła poradzić, kiedy nikt nie słyszał okrzyków bólu rodzących się w jej wieszakowym ciele.
- Całuj mnie, mój ty niedźwiedziu. - Hagrid poczuł delikatne szarpanie za jego okazałą brodę, kiedy rozchodzące się elementy wieszaka wplątały się w jego długie włosy. Posłuchał prośby i łapiąc partnerkę gdzieś w połowie jej wysokości pochylił się i przyłożył usta do ozdobnej drewnianej kulki, widniejącej na samej górze.
- Cholibka, nawet nie wiesz, jak brak takich czułości.. - Gdzieś z pomiędzy kudłatych wąsów a brody mężczyzny wydobył się mocny, męski głos, zniekształcony przez jąkanie. Objął mocniej swoją już trochę odrętwiałą partnerkę i obrócił się na palcach. Po wspólnym obrocie odsunął się od wieszaka, z którego już dawno pospadały kurtki wszystkich gości Harry'ego, złapał za górną odnogę i zaczął kręcić piruety.
- Jesteś taki romantyczny. - Piskliwy, niby żeński głos znów otarł się o uszy Rubeusa, kiedy ponownie złapał swoją partnerkę w miejscu, gdzie według niego powinna mieć talię. Delikatnie zwolnił z obrotami, ale nie puszczał swojej wybranki przez większość imprezy, więc nie zamierzał rezygnować z jej bliskości teraz. - A może pójdziemy do Ciebie, mój drogi? - Mężczyzna zareagował niemalże od razu i wziął ukochaną na ręce.
- Harry, cholibka się porobiło.. to my..- Głos Hagrida przez chwilę się zachwiał, ale po chwili, nabrawszy pewności siebie, dokończył. - Będziemy już iść.. prze-przepraszam, ale prezent się podobał? - Spytał, ale nie czekał na odpowiedź, a protesty Harry'ego jeszcze go pospieszyły.
- Toast za zdrowie Harry'ego - Niedaleko stal mężczyzna z długimi tłustymi włosami, ale nietypowo tym razem bardziej pogodny. Od dłuższego czasu delektował się drinkami z palemką, stojąc w kącie.. Nikomu dzięki temu nie przeszkadzał. Harry zauważył go dopiero teraz, a zadowolenie na twarzy Snape'a nie wróżyło nic dobrego. Znienawidzony przez młodego czarodzieja profesor od dłuższego czasu stał i się śmiał nie wzbudzając niczyich podejrzeń. Prawie wszyscy uczestnicy imprezy uznali, że zwyczajnie wypił o kilka drinków za dużo. Tylko on sam wiedział, że radość dała mu tak naprawdę świetna zabawa, którą przyniosło mu obserwowanie tańca Hagrida. Tylko Severus był świadom, że to on jest odpowiedzialny za głos nowej wybranki serca gajowego.




PRACA B - fuerte


Przyjęcie urodzinowe z okazji trzydziestych ósmych urodzin Harry'ego odbywało się jak zwykle w domu państwa Potterów. Na stole nie brakowało smakowitości, które w połowie zostały już pochłonięte przez Rona, a pod kominkiem stało kilka upominków przyniesionych przez przyjaciół solenizantowi. Harry lubił spędzać czas ze swoją rodziną i przyjaciółmi i doceniał, że pomimo nawału pracy zawsze znajdowali czas, żeby razem z nim świętować kolejny rok życia. Musiał jednak przyznać, że po kilkudziesięciu niemal takich samych imprezach, na których zmieniała się tylko liczba gości, był już trochę znudzony. Nie chciał jednak robić przykrości Ginny, która z całych sił starała się, żeby każde przyjęcie było udane, odtwarzając nawet słynne potrawy i tort swojej matki. Było to tym bardziej godne podziwu, że każdy, kto znał Ginny, wiedział, że kuchnia to ostatnie miejsce w domu, w którym chciałaby spędzać czas.

- Stary, ta ognista whisky jest naprawdę boska - odezwał się Ron, odsuwając się na krześle, zmęczony zjedzeniem połowy indyka. - Nie mógłbyś mi załatwić butelki od Neville'a? Chyba się na mnie obraził...

- Może dlatego, że w ogóle go nie odwiedzasz, chociaż Dziurawy Kocioł jest rzut beretem od Magicznych Dowcipów Weasleyów - zauważyła Hermiona.

- Kobieto, czy ty wiesz, jaki mamy tam ruch? Nie mam nawet czasu, żeby skoczyć do...

- Mam jeszcze jedną butelkę na strychu, zaraz przyniosę - powiedział szybko Harry, nie mając ochoty słuchać o problemach Rona z pęcherzem.

Zostawił gości i żonę przy stole i powędrował schodami na górę. W drodze na strych rozmyślał o tym, że tegoroczne urodziny są chyba najsmutniejsze ze wszystkich. Nie dlatego, że zbliżał się do czterdziestki, ale mało komu udało się w tym roku dotrzeć na przyjęcie. Neville zastępował chorą Hannę w Dziurawym Kotle, Luna i Rolf znowu szukali magicznych stworzeń na końcu świata, sami jednak nie potrafili określić, na którym. Rodzice Ginny zabrali wszystkie swoje wnuki na wakacje, więc z kilkudziesięciu osób, które co roku zjawiały się na imprezie, w tym zostało zaledwie kilka.

Harry pchnął drzwi prowadzące na strych i zaczął rozglądać się za półką z alkoholami. Wszędzie panował jednak niesamowity bałagan. Za każdym razem, kiedy tu przychodził, miał wrażenie, że doszło mnóstwo nowych i niepotrzebnych rzeczy. Stare miotły Jamesa, zabawki Lily, łóżeczko Albusa. Stały tu też stare kociołki, kufer, w którym przez sześć lat woził rzeczy do Hogwartu, klatka po Hedwidze... Czasami chciał to wszystko oddać dla biednych, ale zawsze zmieniał zdanie. Wszystko na tym strychu tworzyło historię jego i jego rodziny, po co więc się tego pozbywać?
Harry wypuścił powietrze z płuc i zaczął przedzierać się przez stertę porozrzucanych na podłodze rzeczy. Po prawej stronie nad barkiem zobaczył stojącą butelkę ognistej whisky Neville'a. Kiedy miał już butelkę na wyciągnięcie ręki, poślizgnął się na starej deskorolce i odruchowo złapał za drzwi od barku. Nie przewidział jednak, że drzwiczki nie będą zamknięte na klucz. Pod wpływem szarpnięcia ze środka wyleciała szklana fiolka wypełniona różowym pyłem, który rozsypał się prosto na twarz Harry'ego.

- Chyba jednak oddamy to wszystko dla biednych - mruknął do siebie Harry kichając, prychając i przecierając twarz. Sięgnął ze złością po butelkę ognistej whisky i uważnie patrząc pod nogi wyszedł ze strychu i wrócił na parter do salonu.

- Merlinie, zaatakowała cię Wróżka Zębuszka? - zapytała ze śmiechem Hermiona na widok jego utytłanej twarzy.

- Wróżka Zę... co? - Ron i Ginny spojrzeli na siebie zdezorientowani.

- To taka historyjka, którą Mugole wciskają swoim dzieciom, jak wypadną im mleczaki - wyjaśnił uprzejmie Harry. - Masz tę przeklętą butelkę -dodał, wciskając ją Ronowi. - A my musimy zrobić porządek na strychu - warknął do Ginny.

- Moim zdaniem, całkiem do twarzy ci w różowym - odparła Ginny i cmoknęła Harry'ego w policzek.

Kolejne kilka minut upłynęło na wyśmiewaniu nowego wyglądu solenizanta. Harry czuł, że atmosfera zaczęła się rozluźniać. Może nawet za bardzo? Miał wrażenie, że przestał czuć wszystkie swoje mięśnie, nawet ból kręgosłupa, który ćmił go przez kilka ostatnich lat, nagle jakby uleciał... Leniwie spojrzał na Rona, który rozwalił się przejedzony na krześle. Harry miał wrażenie, że guziki w koszuli przyjaciela zaraz eksplodują i powybijają mu zęby. Wtedy Wróżka Zębuszka naprawdę będzie miała po co go odwiedzać. Zaśmiał się na tę myśl.

- Wszystko w porządku? - zapytała Ginny. Jej głos brzmiał jednak, jakby była bardzo daleko od Harry'ego, mimo że siedziała tuż obok.

- W najlepszym - odpowiedział Harry, szczerząc się.

Chciał oprzeć łokcie na stole, ale ku swojemu zaskoczeniu zobaczył, że połowa indyka, której Ron jeszcze nie zdążył zjeść, właśnie podniosła się z półmiska i kuśtykała w jego stronę. Rozejrzał się po swoich przyjaciołach, ale oni kompletnie zdawali się nie zauważać co się dzieje. Indyk zamachał do niego wściekle nogą, która jeszcze mu pozostała. Harry wytrzeszczył oczy.

- Stary, co się tak gapisz na to mięso - zagadnął Ron. - Ja już swoje zjadłem, nie musisz się czaić, jedz śmiało!

Harry spojrzał na niego ze zdziwieniem, nadal nie rozumiejąc, dlaczego nikt nie reaguje na upieczonego indyka, który nagle ożył i wygraża udkami. Postanowił więc zmienić przedmiot zainteresowań. Spojrzał na Hermionę i jej ogromny, bursztynowy wisior.

- Hermiono, masz bardzo piękny naszyjnik - wypalił, przerywając żywą dyskusję między przyjaciółką a Ginny.

Hermiona spojrzała na niego lekko zbita z tropu.
- Ee... Dzięki, Harry - odparła i z powrotem odwróciła się w stronę jego żony.

Harry nie mógł oprzeć się wrażeniu, że wisiorek puścił do niego oko i zarumienił się na komplement.

Harry odsunął od siebie szklaneczkę wypełnioną złocistym płynem. Wypił dopiero jedną, a jego umysł najwyraźniej zaczął płatać mu figle. Czy to możliwe, że w wieku trzydziestu ośmiu lat człowiek zaczyna aż tak źle reagować na alkohol? Czuł się prawie tak, jak wtedy, kiedy pierwszy raz wypił coś mocniejszego na pogrzebie Aragoga w Chatce Hagrida w szóstej klasie. A właśnie, cześć, Hagrid! Hagrid?

Harry zamrugał szybko. Tuż za stołem, przy którym siedzieli, po środku pokoju gajowy Hogwartu, Rubeus Hagrid, poruszał się powoli w rytm tylko jego znanej mu melodii. Stał plecami do Harry'ego, więc ten dopiero po kolejnym obrocie zauważył, że jego stary przyjaciel tańczy z... wieszakiem na ubrania. Harry nie poznawał tego wieszaka. Nie przypominał sobie też, żeby Hagrid przyszedł z Ronem i Hermioną. Kilka dni przed urodzinami wysłał sowę, że złapali z Olimpią jakąś tropikalną chorobę, która unieruchomiła ich w łóżku.

- Hej, Hagridzie! - krzyknął Harry, machając, jak oszalały.

- Harry, czy ty się naprawdę dobrze czujesz? - Ginny złapała go za twarz i obróciła w swoją stronę. - Przecież tu nie ma żadnego Hagrida!

- O czym ty mówisz, właśnie tańczy w naszym salonie razem z wieszakiem! Pewnie też wypił za dużo ognistej, co Hagridzie?!

Ron parsknął śmiechem, a Hermiona wpatrywała się w przyjaciela z osłupieniem.
- Harry, jeżeli chciałeś się zabawić, to trzeba było mówić, zawsze chciałem spróbować r11; odezwał się Weasley, puszczajac do niego oko. Hermiona pacnęła go otwartą ręką w głowę. - AUU, zwariowałaś?!

Harry nie rozumiał o co im chodzi. Dlaczego nikt nie witał się z Hagridem?
Ginny patrzyła na niego badawczo.

- To ten różowy proszek - powiedziała po chwili Hermiona. - Tylko co to jest? Skąd macie coś takiego w domu?

- JAMES - powiedzieli równocześnie Harry i Ginny.

- Muszę porozmawiać z rodzicami, trzeba znaleźć jakieś antidotum - warknęła Ginny i szybkim krokiem wyszła z pokoju.

Harry nagle zaczął się śmiać. Wiedział doskonale, że Jamesowi nie będzie do śmiechu, kiedy już wróci z wakacji z dziadkami, ale teraz cała ta sytuacja wydawała się niesamowicie absurdalna. Harry był na haju! Nigdy się nawet nie upił, a co dopiero mówić o zażywaniu jakichś magicznych substancji.

- To nie jest śmieszne, Harry - odezwała się Hermiona z powagą, chociaż kąciki ust lekko jej drgały.

- Nie sądziłem, że kiedyś to powiem, ale zgadzam się z Granger. - Harry nie wierzył własnym oczom i uszom. Na miejscu, które przed chwilą zajmowała Ginny, siedział teraz Severus Snape. Nie był to jednak Snape, którego Harry pamiętał z dzieciństwa. Ten Snape miał na szyi zawieszony hawajski wieniec, a w prawej dłoni trzymał drinka z palemką.

- Sex on the beach, zrobić ci, Potter? - zapytał i zachichotał pod nosem. - Umiem jeszcze zrobić Cuba Libre. Macie whisky, więc akurat. No i jakieś Mohito. Wypróbowałem wszystkie trzy przepisy - dodał i zaszczycił Harry'ego spojrzeniem, które w języku młodzieży można opisać krótko jako: "oczy kobry".

- Ginny?! GINNY?! - wrzasnął Harry i przerażony zerwał się z krzesła.

Ron śmiał się w głos, a Hermiona nie do końca wiedziała czy powinna być rozbawiona, czy może przerażona stanem swojego przyjaciela.
- Zaczekaj, coś tu masz - powiedział do niej Ron i strzepnął z jej ramienia kupkę różowego proszku. - O, to chyba z ciasta! - Ucieszył się i zanim Hermiona zdążyła krzyknąć "NIE!" wsadził sobie palec z proszkiem prosto do ust.

Tego wieczoru trzydzieste ósme urodziny Harry'ego Pottera świętowali nie tylko Ron, Hermiona, Ginny, Hagrid i Snape, ale też piękne wile i Wiktor Krum.




PRACA C - Lilyatte


Severus Snape nigdy nie sądził, że będzie musiał uczestniczyć w przyjęciu zorganizowanym na setne urodziny Pottera. Na Merlina, nie po to umarł, aby nawet nie móc odpocząć od durnej twarzy nieznośnego bachora! Jeszcze rozumiał, gdyby ktoś zapytał go o zdanie, ale nie. Bo po co? Lepiej wyciągnąć spoczywającego w pokoju Mistrza Eliksirów z grobu. Czemu nie? Zastanawiał się tylko kto maczał palce w zaawansowanej nekromancji... Zresztą, nie to było jego głównym problemem. Ten główny był niski, miał rude włosy i zielone oczy i stał obok swojego męża i syna. Gdyby Snape wiedział, kto odpowiada za wskrzeszenie ich strzeliłby mu wyjątkowo nieprzyjemną klątwą. Co jeszcze irytowało byłego szpiega? Syriusz Black, Albus Dumbledore i przeklęty Weasley, mówiący i starający się żartować z nim. Tęsknił za trumienką. Naprawdę.
Po odśpiewaniu piosenki urodzinowej dla już niemal głuchego Harry'ego, kilku toastach, kilkudziesięciu litrach wódki i około czterdziestu beczkach Ognistej opróżnionej przez gości (w trakcie których mężczyzna zaczął podejrzewać, że czystokrwiści mają jakiegoś słowiańskiego przodka) Severus docenił przywrócenie ciała. Za życia nie miał czasu na alkohol, za bardzo był zajęty uprzykrzaniem życia innym i szpiegowaniem Czarnego Pana. Ale teraz? Sączył powoli drinka z palemką, rozkoszując się jego smakiem. Palił w przełyku i wyłączał jego myślenie. I o to chodziło! Mający podejrzany niebieski odcień napój był jego wybawieniem od otaczających go ludzi. Po pierwszym kieliszku przyszła kolej na drugi, potem trzeci, następnie piętnasty... Nieco już wstawiony Ślizgon rozejrzał się po gościach. Część piła, część tańczyła, a część rozmawiała.
- Masz takie ponętne kształty, madame- mruczał zadowolony Hagrid, obmacując bezwstydnie powiększony magicznie wieszak. Snape podejrzewał, że któryś z bliźniaków ubrał i dodał kilka kobiecych kształtów temu przedmiotowi. Nie jemu było jednak osądzać dziwny pociąg gajowego do tej rzeczy. Tym bardziej, że cudne kształty nie były zwieńczone głową, lecz zakrzywionym drutem. Chociaż jakby tak na to spojrzeć, to Hagrid był niższy od Olimpii. A wszyscy wiedzieli, że twarz dyrektorki do najpiękniejszych nie należała. Może Rubeusowi bardziej pasował wieszak niż madame z Francji?
- HARRY POTTER, SIR - wydarł się Zgredek, zanim zwymiotował na szaty Hermiony Granger, która wyglądała, jakby miała zamiar go zamordować.
- Pamiętaj o W.E.S.Z. - próbował uspokoić swoją żonę Ronald, co na niewiele się zdało, gdyż była Gryfoka była ewidentnie wkurzona.
- Wszy? Kto ma wszy? Harry skarbeńku, mam dobry szampon z odchodów smoka od Billa, zabije on wszystkie te stworzonka- wtrąciła się Molly, podchodząc bliżej zięcia i rozgarniając jego włosy.
Severus na chwilę przestał zwracać uwagę na tłum wokół niego. Nie do końca był pewien co się stało, ale widział, że mocno pijani ludzie zaczynają grać w quidditcha. Miał nadzieję, że poniektórzy spadną z mioteł i przepadną na zawsze. Miał złe przeczucie, jednak gdy przez pierwsze dwadzieścia minut gra szła względnie dobrze odwrócił się, by jeszcze raz popatrzeć na swoją rudą muzę.
- UWAGA!- Snape odwrócił się. I to był jego błąd. Ostatnim co zobaczył na tym przyjęciu był tłuczek lecący w jego stronę. Potem zapadła ciemność.





PRACA D - monciakund


Nie było jeszcze dwudziestej, a przyjęcie urodzinowe Harry'ego Pottera, odbywające się przy Grimmauld Place 12, trwało w najlepsze już od kilku godzin. Wzdłuż długiego korytarza, widocznego tuż po wejściu do mieszkania, rozwieszone były liczne ozdoby. Czerwono-srebrne serpentyny ubarwiały stare wnętrze, a balony dodawały miejscu beztroskiego charakteru. Pomimo że Ginny oraz Harry starali się unowocześnić swoje lokum, nawet po ściągnięciu wiekowych obrazów nadal było czuć nutkę przeszłości. To jednak nie przeszkadzało zgromadzonym w hucznym świętowaniu.

Po przekroczeniu drzwi do kuchni można było zobaczyć sporej wielkości stos prezentów wszelkiej maści. Z wstążkami i bez wstążek. Dużych i małych. Zawiniętych w papier oraz w ozdobnych torebkach. Przy dużym, drewnianym stole siedziała część gości śmiejąc się, rozmawiając i jedząc smakołyki. Pani Weasley, specjalnie na tą okazję, zrobiła swoje słynne krówki. Ron napychał sobie nimi usta, pomimo karcącego wzroku swojej żony. Po przeciwległej stronie ławy Hagrid próbował coś przekazać zmieszanemu George'owi, gestykulując przy tym wyraziście.

- No bo widzisz... - zaczął półolbrzym - Te kelpie to wyjątkowo zmyślne stworzenia. Niby takie miłe koniki, a potem hyc! Do wody z nieszczęśnikiem i już po nim. Bidactwo. - Zakrył energicznie twarz rękoma, przewracając kufel wypełniony do połowy złocistym napojem, zapewne piwem kremowym. Rudzielec szybko zareagował wyciągając z kieszeni różdżkę i rzucając ciche ''chłoszczyść'' nim gajowy się zorientował.
- Tyle bidaków na tym świcie. 'Arry, moje biedactwo, dziś kończy trzydzieści osiem lat! Dobrze, że ma na tyle szczęścia, że żyje. A mówiłem Ci już o zdradliwych kelpiach? Wyglądają na przyjazne, a potem...
- Tak, tak, mówiłeś. Potem hyc i po człowieku. Naprawdę straszne. - George był pewny, że Hagrid nie jest już do końca trzeźwy. Zaczął się zastanawiać ile musiał wypić, by doprowadzić swój półolbrzymi organizm do takiego stanu. Rozważania przerwała mu córka, która biegnąc na drugą stronę pomieszczenia trąciła go mocno łokciem. Chciał za nią krzyknąć by bardziej uważała, ale uznał to za bezsensowne. I tak go nie usłyszy w tym zgiełku.

Roxanne biegła więc dalej, próbując dogonić swojego kuzyna, Hugo. Chłopiec schował się za matką, która stałą w rogu rozmawiając z Harrym oraz Ronem. Po chwili uników ruszył dalej zostawiając rodziców z jubilatem w samotności. Potter uśmiechnął się tylko na widok dziecka i rozejrzał się po pomieszczeniu w poszukiwaniu swoich potomków. Znalazł ich wzrokiem i upewniwszy się, że nie robią głupot, powrócił do przerwanej rozmowy z przyjaciółmi.

- Więc tak jak mówiłem, - powiedział Ron widząc, że towarzysze na niego patrzą - Snape stał się chyba bardziej rozrywkowy w swoim drugim życiu. - Spojrzał z ukosa na obraz byłego profesora eliksirów, który wisiał na ścianie. Harry i Hermiona także skierowali wzrok w tamtym kierunku. Faktycznie, rudzielec miał rację. Severus Snape był równie, a może nawet bardziej, nietrzeźwy co Hagrid. W obydwu jego dłoniach znajdowały się kolorowe kieliszki wypełnione po brzegi alkoholem. Jeden z nich miał dotykowo palemkę, parasolkę i coś, co kształtem przypominało plasterek cytryny, ale zdecydowanie nim nie było. Mistrzowi eliksirów jednak to nie przeszkadzało, bo raz po raz brał łyka któregoś z napojów. Gdy w kieliszku zaczynało być widać dno, magicznie napełniał się z powrotem.
- Dobrze, że już nie żyje. Nie umrze jutro z powodu kaca.
- Na Merlina, Harry, z wiekiem twoje żarty są coraz mniej śmieszne. - zauważyła Hermiona
- Nic na to nie poradzę, taka moja natura. - Uśmiechnął się szeroko. Dobrze było spędzać urodziny w towarzystwie najlepszych przyjaciół i rodziny.
-Nie chcę przeszkadzać, ale kończy się alkohol ze stołu. - Szepnęła mężowi na ucho Ginny, która pojawiła się z nikąd i zawisła na ramieniu Harry'ego. - Pomóż mi go przynieść ze schowka.
- Tak mówisz? Tobie nie odmówię. - Potter mrugnął porozumiewawczo do Rona, przyciągnął dziewczynę i udał się z nią do drzwi na końcu kuchni. Nacisnął klamkę, a gdy weszli do pomieszczenia, nachylił się nad żoną.
- Czyli chodzi o alkohol?
- Tak, głuptasie. - Ginny obróciła się w stronę regału i sięgnęła na półkę z butelkami. Oprócz kupnej Ognistej Whiskey oraz piwa kremowego stało na niej wiele trunków domowej roboty. Kilka lat temu Harry znalazł sobie nowe hobby i co roku tworzył nowe nalewki. Niezbyt podobało się rudowłosej, ale nie mogła nic na to poradzić. Pozostawało jej tylko się cieszyć, że kryzys wieku średniego przechodzi u jej męża tak łagodnie. Wzięła dwie złociste butelki i podała je Harry'emu. Sama sięgnęła po domowej roboty wino. Nie było najlepsze, ale gościom i tak już wszystko jedno co piją. Przynajmniej taką miała nadzieję. Wychodząc cmoknęła męża w policzek. Zdziwiony podążył za nią. Podczas gdy odstawiał butelki na barek usłyszał jak ktoś go woła.

- Harry! Gdzie masz ten stary aparat? - To był głos Neville'a. Wyglądał na rozbawionego.
- Aparat? Leży na stoliku, pod oknem. Po co Ci on teraz?
- Po to. - Mężczyzna wskazał głową w stronę stołu, gdzie jeszcze jakiś czas temu siedział George z Hagridem. Harry obejrzał się przez ramię, a jego oczy momentalnie się powiększyły. Twarz przybrała wyraz mocnego zdziwienia.

Potter patrzył na gajowego nie mogąc zdecydować czy zacząć się śmiać, czy płakać. Półolbrzym nucił pod nosem tylko sobie znaną melodię, podrygując do niej wesoło. Naprzeciw lewitował wieszak z uprasowaną zieloną sukienką Ginny, której w końcu zdecydowała się nie zakładać na dzisiejszą uroczystość. Na wskutek ruchu, ubranie falowało łudząco przypominając tańczącą dziewczynę. Dziewczynę bez rąk, nóg czy głowy, ale Hagridowi zdawało się to nie przeszkadzać. Wpatrywał się w srebrny haczyk jakby był on najpiękniejszym przedmiotem, jaki kiedykolwiek widział. Błysnął flesz.

- No to gotowe - stwierdził Neville. - Będziecie mieli piękne zdjęcie do albumu rodzinnego. Zrobił kilka kroków by uwiecznić na fotografii także Snape'a z drinkiem w ręce.
- Nie pozwólcie im o tym zapomnieć - dodał po chwili.

***


Harry wstał i zastukał trzy razy w krawędź kieliszka łyżeczką.
- Dziękuję wam, że przyszliście. To naprawdę dużo dla mnie znaczy - zaczął. - Chciałbym teraz wznieść toast. Nie za siebie, ale za was. Od wielu lat jesteście moją rodziną, pomimo niewiążących nas więzi krwi. Jesteśmy rodziną z wyboru i mam nadzieję, że zawsze nią pozostaniemy.
Rozległy się brawa, ustawiła się kolejka by uściskać jubilata i złożyć mu życzenia od serca. Wniesiono tort, zaczęto śpiewać tradycyjne ''Sto lat''. Pomimo radosnego huku, Harry słyszał tylko ciszę. Patrzył się ogień. Zdmuchnął świeczki. Oficjalnie skończył trzydzieści osiem lat i czuł się z tym dobrze.




PRACA E - Loony5


Dwóch mężczyzn stało naprzeciwko siebie w tłocznym, zaciemnionym pomieszczeniu. Jeden z nich z czułym uśmiechem poklepywał po ramieniu tego drugiego, podczas gdy na twarzy poklepywanego lśniły najprawdziwsze, męskie łzy.
- Mam syna - wyszeptał chrypiącym głosem, po czym wzniósł kieliszek Mózgotrzepa i wlał w siebie jego zawartość. Gorycz wysokoprocentowego napoju pomieszała się w jego ustach ze słonością łez. - Słuchajcie wszyscy, mam syna!
- Wiemy! - odpowiedział mu chór rozbawionych, acz nieco poirytowanych głosów, przedzierających się mgliście przez dźwięki muzyki Hobogoblinów.
- Powtórzyłeś to już dzisiaj trzynaście razy. - Podszedł do nich zielonooki, wysoki mężczyzna z szerokim uśmiechem na twarzy i kieliszkiem w dłoni. - Tak, liczyłem.
Salon w domie Potterów w Dolinie Godryka był wiejskim, przytulnym pomieszczeniem, jak również idealnym miejscem dla rozwoju nowonarodzonego dziecka. W jego centrum, niedaleko kominka, znajdował się zwykle kompleks foteli, teraz odsuniętych pod ściany, tak samo jak drewniany, wiekowy stół z części jadalnianej - po brzegi wypełniony alkoholem i niezdrowymi przekąskami. No cóż, rozwój będzie musiał zaczekać na odpowiedni moment.
Wszyscy wokół toczyli wesołe rozmowy, śpiewali i tańczyli przy akompaniamencie bezustannego brzęku kieliszka o kieliszek, jednak jedna osoba nie podzielała radości ogółu.
W najodleglejszym kącie pomieszczenia siedziała zgarbiona, czarna postać o kwaśnym wyrazie twarzy i kolorowymi, papierowymi palemkami pouczepianymi we włosach. Severus Snape przytknął kieliszek z kolejnym, kanarkowożółtym drinkiem do ust i wypił połowę zawartości. Jego wzrok był zamglony, zmysły coraz bardziej otępiałe.
- Jak ja... - wybełkotał, wskazując ociężałym palcem na Jamesa Pottera, stojącego w przeciwległym końcu pomieszczenia. - Jak j-ja cię, kurna, nienawidzę. - Zaczął machać chaotycznie ręką, a potem i głową, jakby odpychał od siebie powietrze, w obawie, że może ono zawierać drobinki Pottera. - Jak ja was wszystkich nienawidzę!
Jednym haustem wypił resztę drinka, po czym wstał i chwiejnym krokiem wybiegł z domu, trzaskając za sobą drzwiami.
Wydarzenie to nie wzbudziło zainteresowania kogokolwiek. Wzrok wszystkich przyciągnięty był przez Syriusza i Remusa tańczących ogniste tango. Oczywiście, Syriusz prowadził.
- Gorzko, gorzko! - rozległy się krzyki rozemocjonowanego tłumu, kiedy Remus zawisł w objęciach partnera kilkanaście centymetrów nad podłogą z dębowego drewna. Przez moment ich spojrzenia spotkały się, atmosfera stała się gęstsza, nawet dźwięk postukiwania kieliszków ucichł.
Wtedy starszy mężczyzna o srebrnych włosach i długiej, sięgającej pasa brodzie wszedł do pomieszczenia z radosnym okrzykiem i fioletowo-różowym, okrągłym tortem, który zdawał się żyć własnym życiem. Wypiek kołysał się na boki, śpiewając refren piosenki "Oh Czaro Maro" i skupiając na sobie uwagę zgromadzonych. Syriusz burknął w wyrazie irytacji, że zabiera mu się chwilę sławy i bezceremonialnie puścił Lupina. W ramach zemsty przyjaciel machnął różdżką, dorabiając mu parę kocich uszu.
- Goń się, piesku - zaśmiał się Remus, a następnie wstał i w jednej chwili podbiegł do obleganego zewsząd Dumbledore'a. Jego twarz była rozradowana i zatroskana jednocześnie, a błękitne oczy wypełniały ciepłe ogniki, niczym promienie słońca na tle bezchmurnego nieba.
- To będzie wyjątkowy chłopiec. - Dumbledore patrzył prosto na Jamesa, ignorując pozdrawiających go i zagadujących czarodziejów.
- Wiem - odpowiedział Potter, a w jego oczach ponownie zalśniły łzy. Ale tak naprawdę nie wiedział. Nikt nie wiedział.

Dwie godziny później

Zasoby ludzi zdolnych do użytku drastycznie malały. Część z gości spała w fotelach, inni udali się do pokoi na wyższym piętrze. W jednym z siedzeń obok stołu znajdował się Syriusz z drobną, ciemnowłosą dziewczyną na kolanach, która, jak się chwilę później zorientował, również zasnęła, zaś po drugiej stronie stołu Remus dyskutował na tematy polityczne z jakimś starszym czarodziejem. Jak policzył, James zdążył już ponad trzydzieści razy ogłosić narodziny swojego pierwszego syna. Pośrodku parkietu Dumbledore wraz z krępą czarownicą podskakiwał w rytm piosenki. Sam ojciec z rozmiękczonym wyrazem twarzy wpatrywał się w ogień tlący się w ceglanym kominku - płomienie sprawiały wrażenie świetlistych wróżek próbujących zerwać się z krępujących uwięzi.
Za jego plecami stanął Hagrid - od razu rozpoznał go po charakterystycznym zapachu nawozu i ognistej whiskey.
- Potter, co ty t-taak siedzisz smutno - wybełkotał niewyraźnie mężczyzna. - Chodź ino popląsać.
Nie dając Jamesowi możliwości sprzeciwu, chwycił go pod pachy i zaczął kręcić się z nim uniesionym nad ziemią, jakby był tekturową kukiełką. Nawet by mu to nie przeszkadzało, gdyby olbrzym chwilę później nie zatoczył się i nie upadł wraz z nim na ścianę. Na szczęście podobieństwo Jamesa do pobliskiego wieszaka na płaszcze - jak widać - było zniewalające i Hagrid kontynuował taniec z niczemu winnym przedmiotem.
- Bardzo milusi kapelusik, James - zarechotał, obracając wieszak, na czubku którego znajdował się okrągły, różowy kapelusz należący do Elli Stevenson, przyjaciółki Lily. Hagrid, poruszając się w tańcu przypominającym walca, co jakiś czas wpadał na różne meble, jednak dopiero, gdy nakrycie głowy zsunęło się z maltretowanego przez niego wieszaka, zauważył pewną nieścisłość. Podrapał się po głowie i rozejrzał wokół, sprawdzając, czy wydarzenie to zostało zanotowane przez któregoś z gości, wywołując tym samym niepowstrzymany atak śmiechu u Jamesa.
Jak się okazało, nie był jedyny. Syriusz stanął tuż obok, szczerze rozbawiony. Po chwili jednak jego twarz przybrała zatroskany wyraz.
- Ale wiesz, że jutro znów staniemy w ogniu walki?
James uśmiechnął się. Spojrzał na niego, prosto w jego zamglone, szare oczy. Nie był zmartwiony.
- Tak. Ale jutro będę miał Harry'ego.




PRACA F - Klaudia Lind


Urodzinowa (niedźwiedzia) przysługa

Noc była gorąca, jak przystało na lato, ale wyjątkowo deszczowa. Nad strzelistymi wieżami Hogwartu przelatywały skłębione szare chmury, gnane północnym wiatrem. Co jakiś czas niebo przecinała zygzakowata błyskawica, po której następował przeciągły grzmot.
- O rany! Widzieliście tę błyskawicę? - pisnęła Parvati nalewając sobie ponczu do wysokiej szklanki. Podeszła do jednego z witrażowych okien Wielkiej Sali, ale niczego nie mogła dojrzeć, bo widok przysłaniała ściana deszczu.
- Nie radzę stać tak blisko okna - ostrzegła Hermiona, podnosząc z podłogi serpentynę, która przyczepiła jej się do buta.
Potężny grzmot wstrząsną okolicą, sprawiając, że Parvati podskoczyła z krzykiem, wylewając na siebie zawartość szklanki.
- Do diaska!
Wyciągnęła zza paska różdżkę i szybko wysuszyła swoją wyjściową sukienkę.
- Czemu nie możemy zaczarować tych okien? Nie lepiej oglądać piękną, gwieździstą noc zamiast tego...huraganu?
- Harry prosił, by zostawić tak, jak jest - odpowiedziała lekko rozdrażniona Hermiona - dzisiaj są jego urodziny i obiecałam mu, że wszystko będzie jak trzeba.
Parvati pokręciła z niedowierzania głową i usiadła przy stole obok Rona zajadającego się galaretką z kurczaka.
Hermiona wyjrzała przez okno, ale zamiast patrzeć na to, co było na zewnątrz, przyglądała się odbiciu Wielkiej Sali oraz ludziom, którzy w niej byli. Nie była zadowolona z tego, co widzi.

W istocie dzisiaj były urodziny Harry'ego, a pomysł, zorganizowania ich w Hogwarcie przyszedł jej do głowy tydzień przed końcem roku. Siedzieli wtedy na błoniach, ona, Ron i Harry, rozmawiali o planach wakacyjnych i wspominali trudy minionego roku. W pewnym momencie Hermiona klasnęła z przejęciem w dłonie:
- Mam wspaniały pomysł! - po czym przedstawiła chłopakom swój plan na wielkie przyjęcie urodzinowe w Hogwarcie.
Harry'ego od razu to przeraziło, więc grzecznie próbował się z tego wykręcić, ale jego przyjaciółka była już całkowicie pochłonięta planowaniem.
- Nigdy nie miałeś prawdziwych urodzin - tłumaczyła stanowczo - pozwól mi wszystko przygotować, z wielką przyjemnością się tym zajmę.
Do końca roku szkolnego Harry próbował przekonać Hermionę, by zrezygnowała z imprezy, ale na nic się nie zdały prośby. Wreszcie pokonany i zmęczony machnął ręką mówiąc rDobrze, rób co chcesz".
Dziewczyna była zachwycona swoją rolą i postanowiła zapiąć wszystko na ostatni guzik. Otrzymała zgodę od Dyrektora, by urodziny odbyły się w Wielkiej Sali, zaprosiła niemal wszystkich znajomych ze szkoły, zajęła się dekoracjami oraz kuchnią, oczywiście z pomocą skrzatów, którym w podzięce uszyła śliczne koszulki. Była z siebie bardzo dumna.

Nadeszła wreszcie wyjątkowa, lipcowa noc. Niestety, nie wiedzieć czemu od samego początku wszystko szło nie tak, jak powinno. Pogoda się popsuła, połowy osób nie było, jedzenie smakowało jak słoma, a dekoracje zachowywały się jakby żyły własnym życiem. Harry snuł się niczym cień, od czasu do czasu uśmiechając się i dziękując za życzenia.
Hermiona chodziła zła jak osa i próbowała wszystko naprawiać, ale nawet jej wspaniała umiejętność rzucania zaklęć nie dawała rady falom wypadków, które co chwile miały miejsce.
- Wszystkie kremowe piwa się zważyły - zakomunikowała spokojnie Luna - to na pewno przez tę burzę, ale nie szkodzi, takie też mi smakuje.
- Już się tym zajmę - Hermiona pobiegła do kuchni, a Luna za nią i po chwili wróciły z zapasem malinowego ponczu.
Podszedł do nich zdyszany Ron.
- Potrzebujemy pomocy - zaczął i zaprowadził dziewczyny do podestu za stołem nauczycielskim. Na podłodze leżał ktoś zawinięty w sztandar Gryffindoru, który skutecznie tłumił krzyk osoby w środku.
- Tam jest Neville. Nie uwierzycie, ale ten sztandar spadł i zakręcił się wokół niego - wydyszał Ron, powstrzymując się od śmiechu, bo Hermiona ciskała z oczu błyskawicami.
Jednym ruchem różdżki wyswobodziła Nevilla z pułapki i bez słowa odeszła od zdziwionych chłopców.
Zastanawiała się, gdzie podziewa się Harry i nie widząc nigdzie Ginny stwierdziła, że muszą być razem.
Niebo przeszyła kolejna błyskawica, a po niej nastał głuchy grzmot zwiastujący oddalanie się burzy.
Usłyszała krzyk i z przerażeniem zobaczyła Angelinę próbującą wyciągnąć z włosów kolorowe serpentyny. Fred i George próbowali jej pomóc, ale cienkie paseczki wyślizgiwały się z ich rąk niczym małe żmije.
Hermiona nie miała już sił w tym uczestniczyć, więc tylko zapytała o to, czy nie widzieli Harry'ego i Ginny.
- Szanownego solenizanta nie widziałem od godziny - zaczął George, siłując się z serpentyną, która próbowała mu wyrwać różdżkę - ale Ginny jest w toalecie - dokończył Fred, uwalniając wreszcie Angelinę z kłopotu. Zgarnął z podłogi wijące się dekoracje i wrzucił do wielkiego kufra stojącego pod ścianą. Usiadł na nim i otarł pot z czoła:
- Ginny szybko nie wróci, bo po zjedzeniu galaretki spuchły jej wargi i wstydzi się pokazać.
Hermiona zrobiła się cała czerwona na twarzy. Nie mogła uwierzyć, że to wszystko dzieje się na prawdę. Przysięgłaby, że ktoś za tym stoi i specjalnie psuje urodzinowe przyjęcie Harry'ego, tylko nie rozumiała, po co miałby to robić...

Z zaczarowanych głośników popłynęła skoczna muzyka, więc kilka osób, w tym Luna, Parvati i Neville zaczęło tańczyć, próbując nie myśleć o dziwnych wydarzeniach sprzed kilku minut. Dekoracje dały za wygraną, wisiały grzecznie na swoich miejscach, a poncz wydawał się całkowicie zdatny do picia.
Wreszcie chwila spokoju - pomyślała Hermiona. Nakazała Ronowi iść po tort, a sama postanowiła poszukać Harry'ego. Zanim dotarła do drzwi, te rozwarły się z hukiem i stanął w nich przerażony Hagrid.
- Wieszaki! Wszystkie wieszaki ożyły i biegają po szkole, kryć się! - krzyknął i zanim zdążył zamknąć drzwi do Wielkiej Sali wjechały podłużne, szerokie stojaki na ubrania. Uczniowie rozpierzchli się pod ściany lub schowali pod stoły przerażeni tym, co się dzieje. Z głośników poleciała ogłuszająca muzyka klasyczna, a ożywione przedmioty zaczęły tańczyć walca na środku sali.
Ledwo Hermiona zdążyła pomyśleć, że gorzej być nie może, kiedy jeden z większych wieszaków chwycił Hagrida za talię i w żelaznym uścisku poprowadził do szaleńczego wirowania. Ustawił się z innymi w szeregu i dumnie kroczył w rytm piosenki śpiewanej wysokim altem przez jakąś młodą kobietę, Hagrid ledwo nadążał z krokami, ale za nic w świecie nie umiał się wyswobodzić z trzymających go ramion. Muzyka grała coraz szybciej i szybciej, a cały świat wirował mu przed oczami niczym na najgorszej karuzeli w lunaparku.
Łup! Głośniki nagle ekslodowały i w Wielkiej Sali zapadła głucha cisza.
- Koniec przyjęcia! - krzyknęła Hermiona celując różdżką w dymiące radio.

Harry od dłuższego czasu spacerował po pustych i ciemnych korytarzach Hogwartu. Słyszał stłumioną muzykę i co jakiś czas krzyki i piski, ale było mu obojętne co się tam dzieje. Na początku był wściekły, że wszyscy oczekują od niego radości i uśmiechu na twarzy, podczas gdy męczył go tłum ludzi i intensywność zainteresowania jego osobą. Uważał, że Hermiona całkowicie przesadziła, biorąc pod uwagę fakt, że od samego początku był przeciwny tej imprezie. Jednak teraz, kiedy emocje opadły był przygnębiony tym, że nie umie docenić jej starań.
Wyciągnął z kieszeni kawałek pergaminu i rozwinął go.
- Lumos - szepnął i oświetlił mapę Huncwotów różdżką.
Zobaczył na niej jak tłum gości opuszcza Wielką Salę, a potem Hogwart.
A więc przyjęcie skończone. Nie czuł smutku z tego powodu, wręcz przeciwnie. Wiedział, że od początku działy się na nim dziwne rzeczy i był pewny, że ktoś za tym stoi. Może Irytek? W każdym razie poczuł dla tego kogoś wdzięczność.
Nagle zobaczył na mapie nazwisko, którego nigdy by się tutaj nie spodziewał. Zwinął mapę, schował ją do kieszeni i pognał schodami w dół, a potem wprost do lochów pod szkołą.
Zatrzymał się przy jednych z kilku drzwi. Chciał zapukać, ale ręka zatrzymała się w połowie drogi. Drgnął, kiedy ze środka dobiegł go znajomy głos.
- Wejdź Potter.
Wszedł do środka, gdzie powitała go mroczna, zielonkawa poświata, oraz zapach stęchłego drewna. Naprzeciwko wejścia stało biurko, a za nim siedział Severus Snape. Trzymał w ręce kieliszek z białym płynem i zieloną, małą parasolką.
Harry na ten widok stanął w drzwiach jak wryty. Profesor nie zareagował na jego widok w żaden sposób. Przez kolejne kilka minut wpatrywał się w swój kieliszek i obracał nim tak, aby parasolka zataczała zgrabne kółko wokół rantu. Wreszcie Harry odzyskał mowę:
- Co ty tu robisz?
- PANIE PROFESORZE Potter. Nawet w swoje urodziny nie umiesz się zachować?
Harry nie poczuł urazy po tych słowach, za bardzo dziwiła go ta sytuacja.
- Przepraszam. Co pan tu robi?
Snape upił spory łyk swojego trunku, wstał i spojrzał na regał z rzędami małych, szklanych buteleczek z eliksirami.
- Dobrze się bawię - odpowiedział wyciągając rękę po jedną z nich, na której wielkimi literami napisno rożywianie".
Harry od razu zrozumiał, kto był sprawcą całego zamieszania dzisiejszej nocy.
- A więc to Pan ożywił te wszystkie przedmioty oraz zatruł jedzenie i picie - to było stwierdzenie, nie pytanie.
Snape z kamienną, nieprzeniknioną miną, dopił swojego drinka, parasolkę schował do szuflady w biurku i spojrzał w oczy chłopaka.
- Nie wiem, o czym mówisz. Przykro mi POTTER, że nic z twoich urodzin nie wyszło.
Harry spuścił wzrok, ale tylko na chwilę. Podniósł głowę i uśmiechnął się szczerze od ucha do ucha, po raz pierwszy tego wieczora.
- Dziękuję, panie profesorze.
Odwrócił się na pięcie i wyszedł z gabinetu. Zanim doszedł do schodów usłyszał, jak coś szklanego z hukiem roztrzaskuje się na podłodze.




PRACA G - Nicram_93


Harry leżał w łóżku i nie mógł zasnąć. Ciągle wspominał wydarzenia, których był świadkiem podczas dzisiejszego przyjęcia u Hagrida. Co prawda szesnaste urodziny obchodził dopiero jutro, ale gajowy przysłał wczoraj list z zaproszeniem na dodatkową uroczystość, którą chciał zorganizować u siebie:

Drogi Harry,

Mam nadzieję, żeś zdrowy. Piszę do Ciebie, ponieważ mam nietypową prośbę. Co byś powiedział, na taką skromną uroczystość z powodu Twoich urodzin w mojej chatce? Wiem, że Weasleyowie urządzają Ci również przyjęcie, na które mnie zaprosili, ale ja również chciałbym cholibka coś dla Ciebie osobiście przygotować. Oczywiście bardzo chętnie przyjdę również w Twoje urodziny
do Nory, ale mam nadzieję, że zgodzisz się, aby dzień wcześniej uczcić tą okazję już trochę u mnie. Normalnie bym nie prosił, ale już dawno chciałem zorganizować takie przyjęcie dla Ciebie i nigdy jakoś nie było okazji. Bardzo mi na tym zależy. Oczywiście zapraszam serdecznie również Rona
i Hermionę, a także pozostałych Weasleyów. Rozmawiałem już o tym z Dumbledorem i się zgodził, choć sam niestety nie zdoła nas zaszczycić swoją obecnością. Prosił, tylko aby Artur lub ktoś inny was bezpiecznie dostarczył do Hogwartu. Proszę Cię Harry o szybką odpowiedź, mam nadzieję,
że się zgodzisz.

Z nadzieją, że się jutro zobaczymy,
Hagrid


Harry był bardzo zaskoczony tym listem. Od tygodnia znajdował się już w Norze, po tym, jak profesor Dumbledore odwiedził go na Privet Drive i zabrał ze sobą. Chłopak miał więc szczere nadzieje na to, że tym razem czekają go najbardziej udane wakacje, a także najlepsze urodziny
w życiu, spędzone w gronie najbliższych mu przyjaciół i osób. Dzięki temu wszystkiemu dużo łatwiej znosił to, co wydarzyło się nie tak dawno w Departamencie Tajemnic. Harry przedyskutował, więc prośbę Hagrida z Hermioną i Ronem, a później również z jego rodzicami. Pani Weasley nie była za bardzo zachwycona, ale widząc, jak bardzo zależy trójce na tym, aby udać się na przyjęcie, ostatecznie się zgodziła. Harry odpisał więc Hagridowi, że jutro po południu przybędą do niego na przyjęcie, a późnym wieczorem pan Weasley ich odbierze.

Następnego dnia Artur deportował się po kolei z Harrym, Ronem i Hermioną do Hogsmeade. Stamtąd mieli wyruszyć pieszo do Hogwartu. Pod Gospodą pod Świńskim Łbem czekali już na nich Fred i George, którzy również udawali się z nimi do Hagrida, gdyż nie chcieli przegapić takiej okazji. Razem udali się do zamku. Po niecałej godzinie doszli pod bramę, gdzie czekał już na nich zadowolony Hagrid.

- Arturze, już jesteście. Cieszę się, że dotarliście szczęśliwie i że chcieliście przyjść - powiedział uradowany Hagrid. Miał na sobie swój okropny włochaty garnitur, widziany między innymi
na Balu Bożonarodzeniowym podczas Turnieju Trójmagicznego.
- Cześć Hagridzie - powitali go razem Harry, Ron i Hermiona.
- No cóż, myślę, że już mnie nie potrzebujecie - oznajmił pan Weasley. - Z tobą Hagridzie będą bezpieczni, tym bardziej na terenie zamku. Przyjdę po was gdzieś około 22.00. Tylko zachowujcie mi się, jak należy. - Tutaj szczególnie groźnie spojrzał na bliźniaków.
- Tato, a czy my zachowywaliśmy się kiedyś niewłaściwie? - zapytał Fred.
- No może raz lub dwa, kilka razy - zawtórował mu George ze śmiechem. - Obiecujemy, że dzisiaj będziemy jednak grzeczni.
- No już dobrze chłopcy, to bawcie się dobrze. Do wieczora. - Pożegnał się z nimi Pan Weasley,
po czym teleportował się z cichym trzaskiem.
- Naprawdę wspaniale, że jesteście - kolejny raz powtórzył się Hagrid. - To co, chyba nie będziemy tracić cennego czasu. Chodźmy do mnie, przyjęcie przygotowałem przed chatką, bo pomyślałem,
że gdyby zjawiło się więcej osób, to byśmy się nie pomieścili.
- Hagrid, inni chętnie by przyszli, ale nie chcieli sprawiać ci dodatkowych trudności. Tym bardziej że jutro i tak będzie przyjęcie w Norze.
- Dobrze, dobrze, ale dalibyśmy sobie radę. W takim razie uczcimy wspólnie Harry twoje szesnaste urodziny, powspominamy trochę i wypijemy za Twoje zdrowie. Cholibka Harry, jak ten czas szybko leci, już szesnaście lat. Jesteś już prawie dorosły.

Rozmawiając wspólnie, doszli w końcu do chatki. Harry, a sądził także, że pozostali również byli pod wrażeniem tego ile pracy włożył Hagrid w przygotowanie tego przyjęcia. Tuż przed samą chatką stał duży okrągły stół, z kilkunastoma krzesłami. Na stole znajdowało się kilka przysmaków. Harry od razu zobaczył słynne ciasteczka Hagrida, na których już wielokrotnie prawie połamał sobie zęby, ale poza tym inne słodkości wyglądały naprawdę wspaniale. Prawdopodobnie gajowy korzystał z pomocy skrzatów domowych, znajdujących się w zamku. Nad drzwiami chatki wisiał duży złoty napis na czerwonym tle: Wszystkiego Najlepszego Harry! Sama chatka była udekorowana wieloma kolorowymi balonikami. Gdy tylko wszyscy usiedli przy stole, do Harry'ego podbiegł Kieł. Potter o mało nie wybuchł śmiechem, widząc go. Pod szyją miał przywiązaną czerwoną kokardkę, a na głowie miał typową urodzinową czapeczkę, która była już bardzo pognieciona. Zapewne pies nie był zbyt zadowolony ze swoich nowych ozdóbek. Mimo tego wszystko wyglądało na pierwszy rzut oka wspaniale i Harry był naprawdę wdzięczny Hagridowi
za ten trud, który sobie zadał.

- Fred - zawołał Hagrid. - Przynieś może te wasze trunki, są w chatce na kredensie. Zaczniemy
od wzniesienia toastu.
- Jakich trunków? - zaciekawiła się Hermiona.
- Zobaczysz Hermiono, naszej produkcji, ale oniemiejesz z wrażenia - uśmiechnął się wesoło George. - Przysłaliśmy to Hagridowi dzisiaj rano. To nasz nowy wynalazek. Hagridzie druga przesyłka również doszła?
- Tak George, razem z tą pierwszą.
- A co było w tej drugiej paczce? - zapytał Harry.
- Och Harry, nie psuj zabawy, zobaczysz w swoim czasie - oznajmił George. - No to może, czekając na Freda, zapuścimy jakąś muzyczkę. Co wy na to, żeby powspominać Bal Bożonarodzeniowy, mam tu płytę Fatalnych Jędz.
Harry dopiero teraz zauważył, że na drugim końcu stołu stał stary zabytkowy adapter. W tym momencie wrócił Fred z tacą, na której miał kilkanaście kolorowych drinków znajdujących się
w szklanych pucharkach ze słomkami, a także małymi parasolkami. Hermionę aż zatkało na ten widok.
- No to co, każdy bierze po jednym. Nie bójcie się, są całkiem bezpieczne - dodał na widok niepewnych min Harry'ego, Rona i Hermiony.
Wszyscy wzięli, więc po jednym pucharze, wstali i wznieśli je wysoko. Hagrid wygłosił toast:
- No to wypijmy wszyscy za zdrowie Harry'ego, chłopca, który przeżył, wszystkiego najlepszego!
- Inni również mu zawtórowali, po czym wszyscy wypili powoli swoje trunki. Potter musiał przyznać, że były wspaniałe. Popatrzył na Rona i Hermionę, widać było, że oni też podzielają jego zdanie.
- No to teraz czas na tort. Prezent otrzymasz Harry jutro podczas przyjęcia w Norze, ale nie pytaj
co to, bo to niespodzianka. - Oświadczył Hagrid, po czym przyniósł z chatki okrągły tort,
z różowym lukrem i zielonymi napisami: rHarry'emu w dniu urodzinr1;.
- Hagrid, czy ja już kiedyś nie widziałem takiego tortu? - zapytał Harry, choć znał odpowiedź. Taki sam tort dostarczył mu kiedyś, gdy po raz pierwszy się zobaczyli, kiedy oświadczył mu, że jest czarodziejem.
- Chciałem trochę nawiązać do tamtych chwil i powspominać trochę twoje zdziwienie, Dursleyów, świński ogonek Dudleya - zaśmiał się Hagrid.
Tak siedzieli przy stole zajadając kolejne przysmaki Hagrida, a także wspominając dawne czasy.
Od czasu do czasu pili też kolejne drinki, które wydawało się, że się wcale nie kończyły. W końcu weszli na temat Balu Bożonarodzeniowego. Zaczęli wesoło wspominać taniec Hagrida z Madame Maxime. Gajowy nie był zbyt zadowolony z tego tematu i lekko się obruszył na wieść o tym,
że taniec niespecjalnie mu wychodził. Hagrid chciał, więc udowodnić im, że się mylą. Poprosił, więc do tańca Hermionę, lecz ta mu stanowczo odmówiła. Hagrid poszedł więc do chatki i wrócił, tańcząc walca z wieszakiem, który prawdopodobnie pochodził z jego garnituru. Harry, Ron
i Hermiona oniemieli z wrażenie. Nie wiedzieli, czy się śmiać, czy płakać. Hagrid czasami zbyt poważnie brał do siebie wszelkie uwagi. Po drugiej stronie stołu, Fred i George ledwo powstrzymywali się od śmiechu. Hagrid tak bardzo wczuł się w taniec, że nie zauważył, że zbliża się do grządki z dyniami.
- Hagrid, uwa...! - krzyknął Harry, ale było już za późno. Gajowy potknął się o płot i upadł ciężko po drugiej stronie. Harry, Ron i Hermiona natychmiast podbiegli do niego. Fred i George już nie mogli kontrolować śmiechu.
- Nic mi nie jest - zapewniał ich Hagrid, po czym się podniósł.

W tym momencie podeszła do nich postać, której Harry chyba najmniej się spodziewał w tej chwili, przed nimi stał nie kto inny, jak Severus Snape.
- Dobry wieczór państwu. Co tu się wyprawia Hagridzie? I co tutaj robisz Potter? - zapytał
ze wściekłą miną Snape, nagle dostrzegając Harry'ego.
- Dobry wieczór, panie psorze - przywitał się Hagrid. - Wyprawiamy tu takie małe przyjęcie,
z okazji urodzin Harry'ego. Może się pan psor do nas przyłączy?
- Raczej nie, nie mam najmniejszej ochoty tracić swojego czasu na jakieś imprezki Pottera.
- Niech się więc pan psor da namówić, chociaż na jednego drinka. O, proszę - Hagrid podał mu jeden z kolorowych trunków.
Snape usiadł przy stole i zaczął pomału delektować się drinkiem. Mimo początkowo skwaszonej miny profesorowi zdecydowanie przypadł on do gustu, gdyż zaczął się nim bardzo delektować.
- No cóż, Potter, widzę, że twoja pycha doprowadziła już do tego, że sprowadzasz się do Hogwartu nawet w wakacje, aby urządzać swoje imprezki z kolegami. Gdyby to był rok szkolny zarobiłbyś już minus sto punktów dla Gryffindoru r11; oznajmił Snape.
Harry nie dał się jednak sprowokować, a Severus poczęstował się kolejnym pucharem.
- Muszę przyznać, że fascynujący smak. Masz jakiś przepis Hagridzie? - zapytał Snape.
- Profesorze Snape, jeśli chce pan recepturę, to musi pan porozmawiać z nami r11; oświadczył z dumą Fred. - To nasz nowy wynalazek.
Snape słysząc tę uwagę, zrezygnował z dalszego wypytywania o przepis na te wspaniałe drinki.
Nie chciał wchodzić w głupie dyskusje z Weasleyami, zresztą wypijając kolejne trunki, zaczynał chyba poznawać kolejne składniki tych drinków. Sądził, że wie z grubsza jak je przygotować. Był
w końcu jednym z najzdolniejszych alchemików w historii Hogwartu.

- No cóż, myślę, że czas na ostatnią atrakcję - ogłosił Hagrid. - Zapraszam wszystkich na pokaz sztucznych ogni, które, nawiasem mówiąc, zakupiłem w Magicznych Dow****ch Weasleyów
- uśmiechnął się Hagrid do bliźniaków.
- Na mnie w takim razie już pora, nie mam zamiaru brać w tym udziału - oświadczył Snape,
po czym wstał od stołu i skierował się w stronę zamku.
- Dziękujemy za towarzystwo profesorze Snape - zawołała za nim Hermiona.
Snape obrócił się, ale zaszczycił Hermionę tylko groźnym spojrzeniem. Ron popatrzył się na nią
z niewinną miną.
- No co? - burknęła dziewczyna na Weasleya. - Chciałam być miła.

Wszyscy wstali od stołu i udali się za chatkę Hagrida. Gajowy wyjął parasol i machnął nim
w kierunku pudełek, które znajdowały się na polanie. Fajerwerki uniosły się w górę, po czym zamieniły się w piękne gwiazdy i wzory, które utworzyły napis: rWszystkiego Najlepszegor1;, a pod spodem znajdowała się podobizna twarzy Harry'ego.
- Uderzające podobieństwo - uśmiechnął się Ron do solenizanta.

Podczas gdy podziwiali jeszcze pokaz sztucznych ogni, niespodziewanie pojawił się obok nich pan Weasley.
- Witajcie moi drodzy, widzę, że impreza udana. Severus mnie wpuścił - dodał na pytające spojrzenie Hagrida. - Nie wiedziałem, że jest teraz w Hogwarcie.
- Zaszczycił nas trochę swoim towarzystwem - odpowiedział mu Ron.
- No to czas wracać domu, inaczej matka nas wszystkich własnoręcznie pozabija.
- Dobrze już idziemy - opowiedzieli zgodnie.
- Hagridzie, poradzisz sobie z porządkami? - zapytał pan Weasley.
- Tak, oczywiście Arturze, żaden problem, lepiej już wracajcie, bo Molly będzie na mnie zła
r11; uśmiechnął się Hagrid. - Dziękuję wam za to, że przyszliście, to było wspaniałe przyjęcie.
- My również dziękujemy, a ja, szczególnie że zadałeś sobie tyle trudu - powiedział Harry.
- To widzimy się jutro w Norze.
- Tak, na pewno będę. Dobranoc, lećcie już.

Razem z panem Weasleyem opuścili Hogwart. Bliźniacy sami się deportowali do Nory, a Artur
w tym czasie po raz kolejny teleportował się osobno z Harrym, Ronem i Hermioną. Potter, czekając na swoją kolej, rozmyślał o przyjęciu. Było wspaniałe i zabawne, naprawdę był wdzięczny Hagridowi. Teraz już nie miał wątpliwości, że właśnie przeżywa najwspanialsze urodziny w swoim życiu, a to dopiero początek. Przecież przed nim jeszcze jutrzejsze główne przyjęcie w Norze wraz ze stosem prezentów.




PRACA H - Helenkaa


Declarationem Amoris

Gdy się obudziłam słońce rozlewało się już pomarańczowym blaskiem po okolicy, wpuszczając do malutkiego pokoiku na poddaszu ciepłe smugi porannego światła. Z dołu dochodziły odgłosy krzątaniny mamy, a zza okna świergotały ptaki. Wcale nie miałam ochoty dołączać do tego urodzinowego szaleństwa, więc ślamazarnie zwlokłam się z zaścielonego materaca, który robił mi za łóżko i opadłam na poduszki przy okrągłym oknie, które wychodziło na ogród. Gdzieś na skraju, przy zagajniku, dostrzegłam Albusa i Jamesa. Nie mogłam z tej odległości dostrzec, co robią, ale siedzieli na ziemi nad czymś pochyleni, więc możliwe, że coś kopali. Złapałam za plastikową rączkę okna i otworzyłam je na oścież, tym samym wpuszczając do pomieszczenia świeże, rześkie powietrze. Krzyknęłam za nimi, po czym pomachałam, ale najwidoczniej mnie nie usłyszeli, bo ani nie drgnęli. Westchnęłam ciężko opierając skroń o zimną powierzchnię szyby, która nieco mnie rozbudziła. W pokoju panował ogromny bałagan, ale mama i tak nigdy nie wchodziła na samą górę, więc wcale nie musiałam się kwapić, żeby go ogarniać. Nie żebym się skarżyła.
Siedząc w kuchni i ciesząc się ostatnimi chwilami wolności myślałam o tym, kto dzisiaj przyjdzie, a lista była naprawdę długa. Na pewno przyjedzie cała rodzinka Weasley, Ted, profesor Hagrid oraz Snape i McGonagall, ciocia Luna z Lysanderem i Lorcanem, wujek Neville z..
- Mamo, a czy będzie Eileen? - zagadnęłam jakby od niechcenia, biorąc łyk mleka.
- Eileen? Longbottom? - mama zapytała zaskoczona, więc skinęłam głową. - Pewnie tak, a co?
- A nic... - wymamrotałam, czując jak serce w mojej piersi przyspiesza, a na policzki wkradają się rumieńce.

***

Byłam w trakcie rozwieszania z Jamesem kolorowych lampek w ogrodzie, gdy podenerwowany tata wybiegł z domu poganiając nas, do szybszej pracy, bo już za chwilę mieli przyjść goście. Niepewnie balansowałam na drabinie kupionej przez niego w jakimś mugolskim sklepie na przecenie zeszłej jesieni i zastanawiałam się, jak na Merlina mam niby przymocować te przeklęte światełka bez użycia magii. Odkąd razem z chłopakami prawie wywołaliśmy tsunami podczas zabawy w basenie mama zarządziła całkowity zakaz używania magii bez konkretnego powodu. Nawet tacie się przez nas oberwało i jedyną osobą z różdżką w domu była mama, co wszyscy uważaliśmy za wielce niesprawiedliwe i krzywdzące.
O szesnastej wszystko już było gotowe, a my szykowaliśmy się na przyjście gości, ubierając coś bardziej wyszukanego od naciągniętych, roboczych koszulek i dresów podwiniętych do kolana. Długie stoły zajmowały cały taras i wręcz uginały się od stojącego na nim jedzenia. Patrząc na te wszystkie ciasta, ciastka, torciki, galaretki czy przekąski byłam pod wrażeniem, że razem z mamą to wszystko ogarnęłyśmy. Wraz z Albusem udało nam się wyznaczyć nawet kawałek ogrodu, w którym będzie można swobodnie tańczyć bez obaw o skończenie w czyimś cieście, czy zrzuceniu sobie na głowę jakiejś dekoracji. Na szczęście pogoda była na tyle dobra, że goście mogli obawiać się co najwyżej poparzeń słonecznych niźli zmoknięcia czy przeziębienia.
Gdy wbiegałam na samą górę do pokoju moje myśli zaczęła zajmować Eileen. Nie mogłam się doczekać, aż się zobaczymy. Ostatni raz rozmawiałam z nią na stacji w Londynie, gdzie chyba miała umrzeć cała nasza więź, którą budowałyśmy od szóstej klasy. Po wakacjach już nie miałyśmy się spotkać w Hogwarcie, więc na jedno wychodziło. Na same wspomnienie jej rozpromienionej twarzy coś niebezpiecznie tłukło mi się w piersi.
Wchodząc do pokoju miałam wrażenie, że bałagan sam rozrósł się od kiedy zostawiłam go rano. Wiedziałam, że skoro dziewczyna również ma przyjechać, trzeba to ogarnąć. Spoglądałam na te wszystkie rozwalone ubrania, jakieś papierki, książki walające się po podłodze i naczynia poustawiane gdzie tylko się dało i zadawałam sobie jedno pytanie: jak ja to ogarnę? Zaczęłam chodzić pomiędzy tym z rękami na biodrach, aż nagle mnie oświeciło. Zerknęłam zadowolona z siebie na ogromną szafę stojącą w kącie i już po chwili cały ten bałagan zagnieździł się w niej. Ale było czysto? Było, więc nie ma co się nad tym rozwodzić.
Dopiero po tym, jak już ubrałam cytrynową sukienkę i jakoś ogarnęłam te rude kudły zdałam sobie sprawę, która jest godzina. Jak oparzona zbiegłam na dół (prawie wywijając orła i tracąc moje kochane uzębienie), słysząc już tą awanturę o moją niekompetentność. O dziwo w kuchni, ani salonie nikogo nie zastałam, więc pewnie ktoś musiał już przybyć. Otworzyłam drzwi prowadzące na taras i wkroczyłam w najbardziej duszne po południe tego lata, z daleka dostrzegając kolorową czuprynę Teda oraz stojącą obok niego Victoire z małą Leslie na rękach. Uśmiechnęłam się promiennie i pomachałam do nich z myślą, że może wcale nie będzie tak źle.

***

Po kolacji impreza rozkręciła się już na dobre, co można było zobaczyć po nieco wstawionych gościach. Profesor Snape siedział na samym końcu stołu, co chwila dolewając sobie różnych kolorowych alkoholi. Jego włosy pomimo tylu lat nadal były tłuste, a teraz zasłaniały purpurową twarz Severusa. Siedział z głową opartą na ręce i mruczał coś pod nosem, a wolną ręką bawił się palemką pływającą w jego drinku. Biła od niego jakaś niewytłumaczona litość i żal, ale raczej nikt nie kwapił się, żeby mu potowarzyszyć, więc popijać musiał sam.
Za to profesor Hagrid bawił się wyśmienicie, pomimo tak sędziwego wieku. Można nawet powiedzieć, że na parkiecie był tancerzem numer jeden i nawet jego częściowa ślepota mu nie przeszkadzała. Co chwila tańczył z jakąś dziewczyną, a gdy chętnych już nie było, podetknięto mu wieszak. I choć wydawać by się mogło, że był to czyn okropny i bezduszny, to sam poszkodowany się raczej nie uskarżał, a tańczył jeszcze żwawiej niż dotychczas.
Eileen, a jakże, przyjechała wraz z wujkiem Nevillem i ciotką Hanną, jednak nie miałyśmy zbyt wielu okazji, żeby porozmawiać. Tylko podczas krojenia tortu, gdy obok mnie przechodziła, konspiracyjnie musnęła moje odsłonięte ramię wargami, przez co momentalnie zrobiłam się cała czerwona, a ręce zaczęły mi nieznacznie drżeć. Nie wiedziałam za bardzo na co mogę sobie pozwolić względem niej po ostatnim pożegnaniu na stacji. Wszelkie wątpliwości się rozwiały, gdy postanowiłam pójść potańczyć.
- Potter, zapomniałaś już o mnie? - jej cichy szept wybił mnie z rytmu. Mogłam przysiąc, że serce na moment mi stanęło, a następnie zaczęło pędzić jak klacz wyścigowa, ale nie wiedziałam, czy to przez chwilowe przerażenie, czy też dźwięk jej głosu. Odwróciłam się w jej kierunku nieco zmachana, mając nadzieję, że moje włosy nie były w aż takim złym stanie.
- Ja zapomnieć? Eileen ty wiesz z kim rozmawiasz? - zaśmiałam się, a kąciki jej ust również uniosły się w górę.
- Mogę prosić do tańca? - zapytała z szelmowskim uśmiechem i wyciągniętą ku mnie dłonią, którą bez zastanowienia od razu złapałam.
Kręciłyśmy się po parkiecie, wpadając na wszystkich wokół. Długie włosy zasłaniały mi oczy, przez co co chwilę potykałam się, głośno się śmiejąc. Nie słuchałyśmy już nawet lecącej piosenki, tylko pląsałyśmy w jedynie nam znany rytm. Wszędzie wirowały kolorowe światełka, zapachy spoconych ciał mieszały się z lawendowymi perfumami Eileen, a muzyka łączyła z naszymi piskami i moim szumem w głowie, tworząc nieźle psychodeliczny kawałek. Czułam ocierające mi kostki sandałki, luźny materiał sukienki, dłonie dziewczyny na moich plecach, dłoniach, policzkach, włosach...
I wtedy dałyśmy ponieść się zabawie za bardzo. Poczułam jak wargi Eileen łączą się z moimi, a jej dłoń łapie moje biodro oraz rozpalony policzek. Coś wewnątrz mnie urwało się i zaczęło spadać, obijając przy okazji wszystkie narządy. Jej usta smakowały wiśniowymi lodami, które przed chwilą zostały podane. Wtedy to wszystko sobie uświadomiłam. Nareszcie potrafiłam nazwać to uczucie po imieniu.
- Kocham cię, Eileen - szepnęłam, gdy na chwilę się ode mnie odsunęła. Spoglądałam na jej błyszczące oczy, zaczerwienione poliki i miodowe kosmyki włosów przyklejone do czoła.
Nagle wszystko ucichło. Słyszałam tylko moje przyspieszone bicie serca i nasze urywane oddechy. Odwróciłam się. Oczy wszystkich skierowane były na nas. Dobry Merlinie ratuj...

Edytowane przez Prefix użytkownikaPaulaSmith dnia 11.08.2018 15:59
www.harry-potter.net.pl/images/articles/wyd2020.jpg

www.harry-potter.net.pl/images/articles/wydpro2020.jpg

www.harry-potter.net.pl/images/articles/najadminpaula.jpg

www.harry-potter.net.pl/images/articles/admingadulapaula.jpg

www.harry-potter.net.pl/images/articles/wydanieprorokaroku.jpg

www.harry-potter.net.pl/images/articles/objawienie.jpg

www.harry-potter.net.pl/images/articles/paula.png


78.media.tumblr.com/06faed4d6c3be0fab9fbd74bd1023201/tumblr_mxeds7ekEv1ru0os8o4_500.gif


SarahisSerce

funkyimg.com/i/2CwAW.jpg
 
Prefix użytkownikaPaulaSmith
PRACA I - Livka


Zdenerwowana Hermiona krążyła po pokoju - od ściany do okna, przy okazji za każdym razem przez nie wyglądając.
- No gdzie on jest? - Spytała i omiotła spojrzeniem obecnych w pokoju, nikt się jednak nie odezwał. Czy to ze strachu, przed jej bojowym nastawieniem, czy też dlatego, że tegoroczny lipiec był wyjątkowo gorący.
Ginny siedziała w kącie i wachlowała się gazetą, a dokładniej rzecz ujmując gazeta sama ją wachlowała, podczas gdy ona sięgała po kolejnego precla.
- Może po prostu uciekł mu świstoklik - Powiedziała, ale sama zerknęła w stronę okna, jakby Harry miałby się wspiąć po ścianie budynku.
- Albo spotkał po drodze jakąś ślicznotkę i zapomniał o imprezie. - Powiedział z uśmiechem Fred, jednak zaraz uniósł dłonie w obronnym geście, widząc mordercze spojrzenie siostry.
Kolejny raz zapadła niemal zupełna cisza, przerywana jedynie odgłosami kroków Hermiony i leniwym bzyczeniem, wyjątkowo opasłej muchy.
Tymczasem w pokoju obok wcale nie było tak nudno. Dorośli czarodzieje świętowali już od rana. Nie, żeby byli pili od rana, jednak wyraźnie było widać, że nikt z obecnych sobie nie żałował alkoholu. Młodym dali sok dyniowe i piwo kremowe. Dla siebie zaś mieli ognistą whisky Ogdena, sherry i kilka kolorowych drinków dla pań. Pojawił się niemal cały Zakon i urodziny Pottera potraktowali jako niemal dzień wolny. Ku zaskoczeniu wszystkich pojawił się nawet Snape i jak gdyby nigdy nic, niemal od progu skierował się do stolika z drinkami. Przez chwilę przyglądał się kolorowym napojom, a następnie ostrożnie, ze środka wyjął ten intensywnie niebieski.
- Severusie! - Powiedział Dumbledore, który na taką okazję ubrał szatę z balonami we wszystkich kolorach tęczy. - Cieszę się, że zdecydowałeś się przyjść. Co prawda Harry'ego jeszcze nie ma, ale spodziewamy się go całkiem niedługo.
- Nieodpowiedzialny jak jego ojciec. - Mruknął pod nosem Snape i pociągnął nieco napoju przez słomkę.
Chłodnym spojrzeniem omiótł mieszkanie i wszystkich tam zgromadzonych. Dyrektor, który dostrzegł kolejną nową osobę na przyjęciu, właśnie zmierzał w kierunku Slughorna z rozłożonymi ramionami. Profesor McGonagall słuchała uważnie jak Molly Weasley opowiada o najpraktyczniejszych zaklęciach domowych według magazynu Czarownica. Pan Weasley rozmawiał z Tonks i Lupinem o tym, jak ostatnio miał interwencję związaną z pewną krzyżówką, która dosłownie wypluwała z siebie, źle wpisane hasła.
Snape siorbnął raz czy dwa razy, starając się wydobyć resztki napoju spomiędzy kostek lodu, ale zaraz odstawił szkło na lewitującą tacę i sięgnął po kolejnego drinka. A raczej starał się sięgnąć, bo na jego drodze stanął Hagrid.
- O przepszam panie psorze - Powiedział nieco bełkotliwie - Nie zauważyłem *hic* Pana. - Chwiejnie zrobił krok w bok tak by Snape mógł wziąć sobie alkohol. Sam Hagrid nalał do kanciastej szklanki kolejną porcję ognistej whisky i ruszył w kierunku drzwi.
- Żałosne. - Mruknął do siebie Snape wyjmując palemkę, z nieukrywanym obrzydzeniem.
- Ron, co Ty robisz?! - Powiedziała zdenerwowana Hermiona podchodząc od tyłu do chłopaka, który przyglądał się dorosłym przez dziurkę od klucza. Ron niemal podskoczył, ale zaraz też zrobił poważną minę i powiedział.
- Zobaczcie, jak oni się dobrze bawią! A my co? Kilka butelek sou dyniowego i ciepłe kremowe piwo. To nie fair. - Powiedział i wydawało się, że dla większego efektu tupnie jeszcze nogą. Nie zrobił tego. Pochylił się jednak ponownie i zajrzał przez otwór. - O nie! Mają też pieczeń.
Hermiona skrzyżowała ramiona na piersi.
- Lodu możesz sobie dołożyć do napoju i też będzie dobry. - Powiedziała butnie. - A poza tym, ja też zrobiłam przekąski.
- Te kanapeczki? Przecież tym nie naje się nawet jedna osoba, a co dopiero sześć. - Powiedział Ron, prostując się. Wtedy też napotkał mordercze spojrzenie Hermiony.
- To, że tu jesteśmy to Twoja wina! - Powiedziała, celując w niego palcem. - Gdybyś nie wlazł na ten strych, to nie miałbyś kłopotów, a tak cierpimy tu wszyscy.
Bliźniacy zarechotali, ale wtedy jej spojrzenie przeniosło się na nich.
- To nie jest śmieszne! Wy go do tego namówiliście! Po co Wam właściwie były wyziewy z paszczy tego Ghula?!
Bracia niemal jednocześnie wzruszyli ramionami.
- Mamy pomysł na nowy produkt. - Odparł George wymijająco. - A Ron, za odpowiednią opłatą oczywiście, zgodził się nam pomóc.
Hermiona wykonała ruch, który wskazywał na to, że nie ma zamiaru słuchać o ich pomysłach i podeszła do okna. Po chwili dołączyła do niej Ginny.
- Spóźnia się. Mam nadzieję, że nic mu się nie stało. - Powiedziała Hermiona
W drugim pokoju, przyjęcie trwało w najlepsze. Dorośli członkowie zakonu, najprawdopodobniej nie zdawali sobie sprawy z tego, że jubilata w dalszym ciągu brak.
Hagrid zezował na Slughorna, z wyraźnym trudem, udając skupienie. Nauczyciel eliksirów, również sporo już wypił tego wieczora, więc nawet nie zauważył, że jego towarzysz nie jest zbyt rozmowny.
- .. i jak dodasz krew smoka, to możesz wytworzyć taki sam, ale w kolorze butelkowo zielonym.
Hagrid poruszył się i chrząknął.
- Miaem kiedyyyyś smoka. - Powiedział, przeciągając niektóre sylaby. - A jak był ten no.. turniej trójmagiszny to pomagaem zajmowaś się czterema. - Uniósł dłoń, pokazując 4 palce. - Była też tam taka piękna kobieta. - Jego wzrok stał się jakby zamglony. Uniósł głowę w górę zbyt gwałtownie i zachwiał się, wpadając na wieszak. Nic jednak nie mogło go najwyraźniej wybić z romantycznego nastroju, bo oto porwał ten wieszak to przedziwnego tańca, pełnego obrotów. - Madame Maxime to najwspanialsza kobieta. - Powiedział ni to do siebie, ni to Slughorna, ni to do wieszaka.
Hagrid przecisnął się z wieszakiem na środek pokoju i potrącił przy tym McGonagall, która z impetem wpadła na stół z ponczem, a jej tiara nie wylądowała w wazie.
- Przepraszam Pani psor. - Powiedział, zatrzymując się, ale wciąż trzymając dłoń, jakby trzymał partnerkę w pasie. - Pomyliłem kroki.
McGonagall uśmiechnęła się lekko i naprostowała tiarę, a Hagrid odszedł, ciągnąc za sobą wieszak.
Snape tymczasem z zaskoczeniem odkrył, że te słodkie drinki są rzeczywiście bardzo smaczne. Nie bardzo wiedział, ile dokładnie wypił, ale czuł, że zaszumiało mu w głowie. Nie przeszkadzały mu już nawet palemki w drinkach. W krótkich momentach otrzeźwienia łapał się na tym, że rozmawiał swobodnie z ludźmi, z którymi nie zwykł wymieniać nic oprócz powitań lub pożegnań.
On.. dobrze się bawił. Po raz pierwszy w życiu dobrze się bawił i to do tego stopnia, że pozwolił Dumbledorowi wyczarować dla siebie spiczastą czapkę urodzinową.
Deska w korytarzu skrzypnęła, ale w tym hałasie, nikt nic nie usłyszał.
Harry Potter stał pod peleryną niewidką w korytarzu i przyglądał się wszystkim, wiedząc, że za kilka chwil musi do nich dołączyć. 5 lat temu do małej chatce na skale, przybył pół olbrzym (teraz śpiewający coś z Slughornem i Dumbledorem) i zmienił jego życie. Teraz on zrobi wszystkim odwróconą niespodziankę urodzinową.
Był nareszcie wśród swoich. Był w domu.



PRACA J - Shanti Black


- Nie pij już więcej - rzekła Minerwa, lustrując Severusa Snape'a krytycznym wzrokiem. Mężczyzna wyglądał jak siedem nieszczęść, prawie leżąc na stole, na którym walały się pozostałości po siedmiu drinkach z palemką. Spojrzał na nią z oburzeniem, po czym sięgnął po ósmy, jeszcze pełen kieliszek.
- Spokojnie Minnie - uśmiechnął się i ruszył ręką w geście przypominającym toast. - Dzisiaj urodziny naszego bohatera, raz do roku można zabalować. A to tylko kremowe piwo, nic mi się nie stanie. W najgorszym razie będę oddawać dużo płynów, jeśli wiesz co mam na myśli.
Nauczycielka transmutacji zlustrowała towarzysza od góry do dołu i jedyne, z czym mogła się zgodzić to to, że rzeczywiście Harry Potter obchodził urodziny. Musiała jednak przyznać, że z pewnością przyjęcia, które urządził z tej okazji nie można było nazwać normalnym. Przyjęcie odbywało się w Norze, Molly Weasley wraz z Fleur i Ginny przygotowały przepyszny poczęstunek i dodatkowo ogromny tort w kształcie złotego znicza. Picia i jedzenia nie brakowało. Radio pani Weasley przygrywało w radosnym rytmie, umilając wszystkim gorące popołudnie. Wydawało się, że wszystko jest idealnie, jednakże czegoś brakowało. A raczej kogoś r11; jubilata. Zniknął on w ogrodzie wraz z siostrą swojego najlepszego przyjaciela.
- On ma oczy po Lily - westchnął Snape, zabierając z tacki, która do niego podleciała, kolejnego drinka. - Czasem za nią tęsknię.
- Severusie, na miłość Merlina, przestań już bełkotać - warknęła, wyrywając mu kieliszek. - Lepiej zobacz, co tu się dzieje.
Snape rozejrzał się wokół i ujrzał coś, czego z całą pewnością widzieć nie chciał - profesora Dumbledorer17;a wyginającego się w rytm szybkiej piosenki, machającego swą szatą i wywijającego głową, na której z długich, siwych włosów zostały zaplecione warkoczyki.
- Minerwo, idę wymiotować - skwitował, wstając od stołu. Zrobił to jednak tak niefortunnie, że zatoczył się do tyłu i wpadł na Hagrida, tańczącego szybką salsę z wieszakiem na ubrania. Półolbrzym nie wyczuł jednak do końca tego tańca, przez co poplątały mu się nogi i przewrócił się. Chcąc ratować swoje cztery litery przed stłuczeniem zaczął rozpaczliwie machać rękoma i złapał firanę zawieszoną na bardzo ciężkim karniszu, który w wyniku tego upadku uderzył Snape'a w głowę. Nauczyciel eliksirów przewrócił się na podłogę, tracąc przytomność na krótką chwilę.
Gajowy pozbierał się szybko z nadzieją, że uda mu się wycofać i może jeszcze zatańczyć z Amelią, wieszakiem, tango.
- Hagridzie, nawet nie próbuj! - krzyknął Snape, który odzyskał przytomność, ale wciąż leżał na podłodze. - Jak cię dorwę to ci nogi zr30;
Reszta jego słów utonęła w potężnym hałasie, a obraz rozmył się. Harry Potter obudził się ze snu, który był tak realistyczny, że musiał się uszczypnąć, by się upewnić, że nic takiego nie miało miejsca. Zerknął na kalendarz i zegarek. Było kilka chwil po północy, 31 lipca. Jego urodziny. Hałas powtórzył się, a zza okna brunet usłyszał słowa:
- Szybciej, bo się obudzi i przestraszy! Musimy to otworzyć i dopiero robić pobudkę. To będą jego najlepsze urodziny.
- Ale po co Hagridowi ten wieszak?!



PRACA K - gordian119


JESTEŚMY NA WCZASACH, W TYCH GÓRALSKICH LASACH...

Ten rok był dla Harry'ego wyjątkowy. Co tam dla Harry'ego, dla całego świata czarodziejów! Oto Lord Voldemort został raz na zawsze pokonany i już nigdy nie wróci. W świecie czarodziejów zapanował wreszcie długo oczekiwany i niczym niemącony pokój. Radość była jeszcze większa, niż 16 lat temu, bo teraz już nikt nie miał wątpliwości co do tego, że Czarny Pan nie wróci.
Z tego też powodu osiemnaste urodziny Harry Potter mógł uznać za zdecydowanie najlepsze w swoim życiu. Po raz pierwszy obchodził je w spokoju i pełnej radości, w towarzystwie bliskich sobie osób, a nie w samotności oczekując jedynie na życzenia i paczki od przyjaciół. Mógł wreszcie zorganizować swoją własną imprezę urodzinową, cieszyć się tym dniem tak jak tylko chciał i z tymi ludźmi, z którymi chciał.
Zgromadził zatem w swoim domu przy Grimmauld Place 12 zapasy różnego rodzaju... rtowarówr1;. Nie no, trochę żarcia też było, to jasne. W końcu co jak co, ale jedzenie musi być, żeby Ron w ogóle się na taką imprezę pofatygował! Hagrid z kolei tradycyjnie potrzebował rczegoś mocniejszegor1;, no a urodziny bez Hagrida to nie urodziny.
Kiedy więc wszystkie potrzebne zapasy zostały zgromadzone, Harry przy pomocy Stworka udekorował dom przy Grimmauld Place tak, by przynajmniej trochę przestał być taki mroczny jak wcześniej. Potter miał jednak pewien pomysł, którego nie chciał zdradzać przed czasem i dlatego zdecydował się zostawić w nim taką grobową atmosferę jaka była, nawet kategorycznie zabronił Stworkowi w nim sprzątać. Została w nim zatem pajęczyna, kurz i inne tego typu niespodzianki.
Wieczorem przybyli wszyscy zaproszeni: Ron i Hermiona, którzy nie mogli przestać na siebie patrzeć, Ginny, na którą to Harry nie mógł przestać patrzeć, wszyscy pozostali Weasleyowie, Neville, Luna i Hagrid. To potwornie przykre, ale byli to jego jedyni przyjaciele, którzy dotrwali do dnia dzisiejszego... Harry usadził ich w odpowiednich miejscach i oficjalnie rozpoczął imprezę. Wiadomo, wszyscy sobie pogadali, pośpiewali, do rKociołka pełnego miłościr1; zatańczyli Harry i Ginny, a potem Ron z Hermioną, fajnie było. Nawet Hagrida udało się namówić do tańca. Choć potrzebował do tego kilka grzdyli szkockiej, którą pił jak wodę, odważył się w końcu poprosić do tańca Lunę. Kiedy jednak okazało się, że olbrzymowi muzyka w tańcu nie przeszkadza i stopy (i nie tylko) Luny potwornie na tym ucierpiały, wspólnie uznali, że może powinien jednak zmienić partnerkę. Był już tak nawalony, że było mu wszystko jedno, rozpoczął zatem taniec z.. wieszakiem. Dla większego picu Harry postanowić puścić tango. W życiu nie widzieli czegoś tak komicznego, całe Grimmauld Place trzęsło się i to nie tylko od kroków wielkoluda, ale od śmiechu wszystkich pozostałych. Widok Hagrida z różą w ustach był naprawdę ciekawy. Okazało się przy tym, że wbrew wszystkiemu jest całkiem zgrabnym tancerzem, no bo takie ruchy jakie wykonywał z tym wieszakiem.. Niejeden tancerz mógłby się od niego uczyć! Pytanie tylko, czy z żywym człowiekiem radziłby sobie tak samo dobrze, czy nie zgniótłby do przy pierwszej okazji...
Kiedy się już trochę pośmiali, Harry postanowił przejść do części zasadniczej. Zaprosił zatem wszystkich do pokoju, którego wcześniej zabronił Stworkowi sprzątać. Uznał, że chciałby te urodziny spędzić ze wszystkimi swoimi bliskimi, także tymi, którzy umarli. Postanowił zatem przeprowadzić seans spirytystyczny i przyzwać dusze jego rodziców i wszystkich innych, którzy zginęli, aby razem z innymi w tym dniu uczestniczyli w jego święcie. Przygotował zatem wszystko do tego rytuału, zgromadzeni goście usiedli dookoła i zaczęli kołysać się na wszystkie strony, szeptając jakieś tajemnicze zaklęcia. Na środku, wewnątrz wytworzonego przez nich koła, pojawił się wielki ogień. Z jego środka zaczęli kolejno wychodzić: Lily i James, Syriusz, Lupin, Tonks, Fred, Moody, Dumbledore i Snape. Tak, nawet Snape'a Harry chciał tutaj zobaczyć. Ostatecznie przez tyle lat, wbrew tym wszystkim nieprzyjemnościom jakie sobie nawzajem wyrządzali, jednak byli po swojej stronie. Mimo wszystko też można powiedzieć, że Snape lubił Harry'ego i wielokrotnie wyświadczał mu różne przysługi, więc może teraz udałoby się jakoś mu odwdzięczyć.. No i była jeszcze jedna kwestia. Otóż Harry chciał doprowadzić Snape'a do zgody z jego ojcem. Skoro nie zdążyli pojednać się za życia, niech zrobią to chociaż po śmierci. Ostatecznie obaj nie chcieli niczego złego, ale i obaj dużo zła sobie nawzajem wyrządzili..
Nie było to jednak takie proste. Obaj za nic w świecie nie chcieli się do siebie zbliżać, nawet słowa ze sobą zamienić. Ginny podsunęła jednak Harry'emu pewien pomysł. Otóż kiedy ona i jej bracia kłócili się jak byli mali, mama dawała im syrop z kocimiętki, a ci natychmiast się godzili. Razem z Hermioną wlały zatem ów środek do kieliszków i przyrządziły tak, żeby wyglądały one jak drinki z palemką. Następnie jeden podały Snape'owi, drugi zaś Potterowi seniorowi. Nie przewidzieli jednak efektów ubocznych. Otóż okazało się, że były mistrz eliksirów z Hogwartu jest na kocimiętkę uczulony. Działa ona na niego tak, jakby wypił z pół litra i to bynajmniej nie soku z dyni...
Zaczął się zachowywać co najmniej, jak Hagrid po trzech głębszych (czyli aktualnie..): potykał się o własne nogi, wpadał na futryny drzwi w które bynajmniej nie wchodził, czkał i obściskiwał się ze wszystkimi mówiąc, że ich kocha. W końcu podszedł i do Jamesa. Ten jednak nie upił jeszcze ani łyka, z podanego mu przez Hermionę syropu z kocimiętki, nic więc nie poczuł. Od nawalonego jak szpadel Snape'a zatem uciekał jak się tylko da. Tłustowłosy oczywiście zaczął go gonić, co nie skończyło się dla niego dobrze, bo za moment się wywalił na podłodze i wybił sobie dwa zęby. Co za pech..

- Harry! Harry! - usłyszał głos dochodzący gdzieś jakby z oddali, ale jak najbardziej realny. Chwilę później cały ten świat zniknął. On sam leżał w swoim łóżku przy Grimmauld Place, a coś właśnie go obudziło. Sięgnął po okulary, założył je i ujrzał stojących nad nim Rona i Hermionę.
- Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin!

"Bo miewamy często głupie sny, ale potem się budzimy i..."




PRACA L - Krnabrny



To zaczynało być zabawne, no proszę... Nawet nie przypuszczał, że może się dobrze czuć ściągnięty podstępem na urodziny tego kretyna Pottera. Teraz jednak z satysfakcją chwycił za kolorowego drinka z palemką i z tryumfem przemieszanym z lekką żenadą obserwował tę bandę półmózgów. Hagrid, po kilkudziesięciu kolejkach ognistej whisky poprosił do tańca Madame Maxime. Problem w tym, że dyrektorka Beauxbatons tego wieczoru była o wiele bardziej drewniana i trójkątna niż zwykle. Snape z delikatnym rozbawieniem pomyślał, że szkolny gajowy prawdopodobnie pierwszy raz nie depcze partnerki po stopach. Wieszak, któremu najpierw szeptał czułe słówka, a z którym teraz wirował w takt raz, dwa, pięć po prostu ich nie posiadał. Reszcie wydawało się to nie przeszkadzać. Ten leser, Black, bezskutecznie próbował uciszyć portret swojej matki, jednak pod wpływem procentów mógł tylko wydobyć z siebie beznadziejne Zam...yyy...Zami...Zaa, Zaa... Zabierzcie mnie stąd, błagał w duszy Severus. Jego prośby były równie daremne co starania Syriusza, zresztą rhiciorr1; o klątwie prawdziwej miłości i tak zagłuszał krzyki obrazu. Pozostali nie zachowywała się lepiej. Szanowny solenizant wraz ze swoim przyjacielem panem Weasleyem i panną rWiemToWszystkor1; schowali się w jednym z pokoi zaciągnięci tam przez bliźniaków. Czyżby ta cała Granger dziś przestała być taka porządna? Może zaraz rozsadzą razem ten dom i zakończą wszystkie męczarnie. Chociaż raz zrobili coś pożytecznego. Dumbledore popisywał się jakimiś wygibasami na podłodze przed grupą wstawionych facetów. Mistrz Eliksirów nie wiedział tak naprawdę co jego szef robi, choć przypuszczał, że musiało to zostać podpatrzone od mugoli. Artur Weasley wniebowzięty oglądał pokaz dyrektora Hogwartu co chwila zadając jakieś pytania, podczas gdy jego żona próbowała wcisnąć Nimfadorze Black kolejną porcję sernika z rodzynkami.
- Gdzie ja wylądowałem? - zapytał retorycznie Severus. Nie miał ochoty teraz walczyć ze wstawionym Albusem, który na pewno jako jedyny pragnąłby go zatrzymać, gdyby tylko zaczął podchodzić do drzwi. Z braku laku chwycił za kolejny kieliszek pełen zielono-niebieskiego koktajlu z palemką zamiast parasolki. Dlaczego to na niego nie działa? Jasne, to balanga Pottera, na porządne rcoś mocniejszegor1; nie ma co liczyć. Sławetny chłopiec, któremu się poszczęściło nic sam nie potrafi zrobić porządnie.

Zaniepokojony Severus wyszedł z kominka salonu przy Grimmuald Place dwanaście, i ciskając gromy z oczu ogarnął wzrokiem całe pomieszczenie. Z sufitu zwieszały się kolorowe serpentyny, z których zwieszały się niewielkie figurki kościotrupów, po ścianach biegały kolorowe plamy i pająki, a udekorowane stoły uginały się od przepysznie wyglądających potraw i wypieków. To samo w sobie wystarczało, aby Mistrz Eliksirów pobladł bardziej niż zwykle. Z zaciętą miną zwrócił się w stronę Albusa.
- Co to u licha ma znaczyć? Dostałem wiadomość o nadzwyczajnym zebraniu Zakonu! -
- Och musiała zajść jakaś kolosalna pomyłka, Severusie! - odpowiedział Dumbledore z zawadiackim błyskiem w oku. - Jesteśmy na urodzinach pana Pottera! Bierz się do zabawy -zaproponował i zaczął wyginać swoje ciało w rytm skocznej muzyki. Nie był jedyny - nieco speszony Lupin podrygiwał prowadzony przez Molly, Tonks tonęła w ramionach Syriusza, a Artur podskakiwał machając rękami jak upośledzona małpa. Severus nie wierzył, że to się dzieje naprawdę, nie mając lepszego pomysłu chwycił kolorowy napój z lewitującej obok srebrnej tacy. Ostrożnie obejrzał całość, kolorowa palemka na słomce, znany zapach nie zwiastował trucizny. Przechylił do gardła bez wahania, a po chwili został porwany. Wciągnął go ludzki pociąg podrygujący w rytm skocznej piosenki. Za lokomotywę robił Albus, dalej był Potter z koleżkami i Ginny, kilku aurorów, Artur, którego brzuszek robił prawdziwe show, co Syriusz boleśnie odczuwał na plecach. Severus odnosił wrażenie, że uczestniczy w jakimś groteskowym Dance Macabre. Jednak najgorsze miało za chwilę nadejść, wstawionemu Syriuszowi poplątały się nogi i razem z kilkoma gośćmi w pobliżu wylądował na stole. Molly jęknęła, widząc co pozostało z pieczołowicie przygotowanych potraw, Severus cynicznie się uśmiechnął, a kilka czarownic pomogło ubrudzonym wyczyścić szaty.
- Och, wybaczcie mu - zachichotał Dumbledore - w Azkabanie raczej nieczęsto urządzano prywatki.
- A w zasadzie dlaczego nie ma tu Minerwy? - zapytał Snape uświadamiając sobie, że w zalewie gości nie dostrzega koleżanki.
- Och, bardzo by chciała przybyć. Widzisz tylko, dziś w Yorkshire wypada prestiżowa wystawa kotów, McGonagall co roku staje na podium - wyszeptał rozbawiony Dumbledore.
- Tylko jej nie mów, że wiesz. Skrywa to przed całym światem. Osobiście byłbym dumny z pierwszego miejsca w takim konkursie - dodał drapiąc się po brodzie.



PRACA M - Erudieth


Najlepsze urodziny

Był piątek, 31 lipca roku 1981. Słońce tego dnia wstało o godzinie 4:54. O tejże godzinie wstała również Lily Potter, obudzona krzykiem swojego małego dziecka. Poderwała się z łóżka już niemalże odruchowo, bo przez ten okrągły rok zdołała przywyknąć do porannych pobudek Harry'ego. I choć dzień w dzień nie chciało jej się zupełnie podchodzić do jego łóżeczka i uspokajać, to pod widocznym zmęczeniem na jej twarzy kryła się również ogromna miłość do syna.

James Potter spał snem twardym i niewzruszonym ani płaczem dziecka, ani nerwowym szturchaniem go przez żonę.

- Psst, James! Wstawaj, dzisiaj są urodziny Harry'ego! To muszą być najlepsze urodziny, jakie miał w życiu - oznajmiła rudowłosa kobieta, spoglądając groźnie na męża, który finalnie łaskawie otworzył oczy.

- Skarbie, to są pierwsze urodziny Harry'ego, więc choćby były do kitu, i tak będą najlepszymi, jakie miał dotychczas - mruknął mężczyzna, przewrócił się na drugi bok i po chwili z jego strony dochodziło jedynie donośne chrapanie.


Tysiące chrapnięć, setki szturchnięć i dziesiątki okrzyków rTrzeba się pospieszyć!r1; później, czyli około godziny 16, w rodzinnym domu Potterów w Dolinie Godryka zaczęli pojawiać się zaproszeni goście. Po spojrzeniu solenizanta można było śmiało wywnioskować, iż niezbyt pasjonują go powitania, uściski, składanie życzeń oraz słuchanie, jak to on wyrósł, i że jest coraz bardziej podobny do tatusia, ale oczy to ma po mamie. Zainteresowanie tymi sprawami utracił już zupełnie w momencie rozpakowania prezentu od ojca chrzestnego. Kiedy tylko ujrzał miotełkę dla dzieci, na jego okrągłej twarzy rozkwitł szeroki uśmiech. Jego mama była jednak pełna wątpliwości.

- Czy on nie jest jeszcze na to za mały, Syriuszu? - spytała, świdrując go spojrzeniem.

Ten nie zdążył jednak odpowiedzieć, gdyż przerwał mu jego najlepszy przyjaciel:

- Lily, słońce, spokojnie. Ja w jego wieku... - zaczął, lecz żona zakryła mu usta dłonią, chcąc uniknąć zapowiadającej się litanii na temat jego osiągnięć w quidditchu od najmłodszych lat.

Panią Potter ostatecznie do tego pomysłu przekonał jednak wyraz szczęścia na twarzy jej syna, kiedy przy pomocy ojca wsiadł na zabawkową miotełkę i zaczął latać na niej po pokoju.


Podczas gdy solenizant był do reszty zaabsorbowany swoją pierwszą miotłą, reszta gospodarzy oraz goście nie do końca wiedzieli, co ze sobą począć. Tematy do rozmów jakoś szybko się skończyły, bo ileż można pytać o zdrowie rodziny i wygłaszać peany na cześć Harry'ego? Lily rzucała mężowi znaczące spojrzenia, mając nadzieję, że zrozumie, o co jej chodzi, i rozbawi towarzystwo, bo przecież zawsze wychodziło mu to znakomicie. On jednak zbyt pochłonięty był śledzeniem poczynań syna. W końcu niezręczny moment przerwał Hagrid.

- Cholibka, to urodziny, a nie stypa. Może by coś potańczył? - podsunął i, nie czekając na odpowiedź pozostałych, podniósł się, podszedł do stojącego obok magicznego odtwarzacza i włączył najnowszy album Disco Hipogryfów. Był to co prawda zespół znany jedynie jemu, i sądząc po minach reszty, tylko jemu się podobał, lecz po chwili większość zaczęła tańczyć, podążając za przykładem rozentuzjazmowanego półolbrzyma i Lily, która postanowiła podchwycić jego pomysł, dostrzegając w nim ostatnią deskę ratunku atmosfery tego popołudnia.

***

Tymczasem Gospodę Pod Spleśniałym Śluzem Gumochłona, zapomnianą knajpkę na Ulicy Śmiertelnego Nokturnu, ogarniał podobny klimat, jaki przed zaledwie chwilą panował jeszcze w domu Potterów. Pomieszczenie było ciemne, jedynymi kolorowymi akcentami były w nim dekoracje - podejrzana, imitująca substancja, która spływała po ścianach, a także stojące na ladzie drinki z palemką, przy których widniała tabliczka z napisem rŚluz zawierają, z nóg zwalają!r1;. W karczmie znajdowały się obecnie dwie osoby. Pierwszą z nich był barman - niski, dość tęgi człowiek, nieco przypominający z twarzy Jasia Fasolę. Drugi człowiek miał długą, czarną szatę, ciemne, tłuste włosy, haczykowaty nos oraz zły humor. Wszystkie te jego tymczasowe cechy były widoczne jak na dłoni, dlatego mężczyzna stojący za ladą aż się nad nim zlitował i podreptał w jego kierunku, żeby spytać, czy nie napiłby się czegoś na koszt firmy.

- Severus Snape nigdy nie pije na koszt firmy - warknął czarodziej i spojrzał na barmana w taki sposób, że tamten aż z przerażeniem wrócił z powrotem za bar.
Oczy Mistrza Eliksirów powędrowały jednak w kierunku stojących na blacie drinków. Wyjął więc z kieszeni różdżkę i przywołał po jednym z każdego dostępnego koloru (a było ich około 20). Utkwił w nich złowróżbny wzrok, po czym ustawił je w takiej kolejności, by tworzyły coś w rodzaju tęczy. Przyjrzał się pierwszemu od lewej z wyrazem twarzy świadczący o głębokim zwątpieniu zarówno w jakość tych napojów, jak i rzekomą zawartość śluzu gumochłona. Wmówił sobie zatem, że tak naprawdę skusiły go palemki stylizowane na Mroczne Znaki. Pocieszywszy się w ten sposób, nieufnie uniósł do ust pierwszy kieliszek i jednym haustem wypił całą zawartość. Obserwujący go barman bacznie obserwował zmieniającą się jego minę - począwszy od zaskoczenia, przez obrzydzenie, aż do ulgi.

Snape uznał, że drinki są zaiste obrzydliwe, jednak nie chciał delektować się alkoholem, tylko po prostu, najzwyczajniej w świecie się upić. Opróżniał więc je po kolei. Zatrzymał się dopiero przy ostatnim, sprawiając wrażenie, jakby się wahał.

- Zdrowie Harry'ego Pottera - mruknął tonem sugerującym, że życzy Harry'emu co najmniej bolesnej śmierci poprzez stoczenie z górki w beczce nabitej gwoździami. Kiedy ostatni łyk napoju spłynął po jego przełyku, mężczyzna zebrał palemki, które widocznie przypadły mu do gustu, schował je do kieszeni i wstał.

- Te drinki były jakieś mdłe, poza tym słabe, wcale nie zwaliły mnie z nóg. Wypiłem chyba ze dwadzieścia i nie czuję się ani trochę pijany. Nie zamierzam płacić za coś tak żenującego - rzucił ozięble, zdecydowanym krokiem opuszczając lokal. Szedł ulicą, rozmyślając o swojej nienawiści do Jamesa Pottera i jego synalka. Zastanawiał się również, co jest z nim nie tak, że nie udało mu się upić dwudziestoma kieliszkami.

Biedny barman nie zdążył nawet mu powiedzieć, że były to drinki bezalkoholowe.

***

Hagrid niezmordowanie kręcił się i kołysał, kiedy pozostali goście mieli już absolutnie dość tańca.

- To może ja bym se z tym małym Harrym zatańczył, co? - podsunął i, nim ktokolwiek zdążył zaprotestować, chwycił dziecko w locie, odrzucając jego miotłę na bok. Najmłodszy Potter był ewidentnie niezadowolony z takiego obrotu spraw, dlatego zaczął drzeć się wniebogłosy, rozpaczliwie wyciągając rączkę w kierunku leżącej na podłodze zabawki.

Syriusz nie mógł patrzeć na nieszczęście swojego chrześniaka, dlatego też przywołał z szafy wieszak i transmutował go tak, żeby jak najbardziej przypominał syna jego najlepszego przyjaciela. Szybko zakradł się i podmienił dziecko na drewniany przedmiot, a zatracony w tańcu półolbrzym niczego nie spostrzegł. Harry powrócił do przerwanego zajęcia, zaś Hagrid sprawiał wrażenie wniebowziętego. Czule i o wiele za mocno tulił do siebie wieszak, kręcąc z nim takie piruety, że każdemu normalnego człowiekowi zrobiłoby się od tego niedobrze. Mężczyzna wciąż powtarzał, jaki to malutki Potter jest milutki. Nie omieszkał również dodać, że tańczy wspaniale, i powinien przestać latać i poważnie zająć się tańcem. Trzeba przyznać, że pozostali goście mieli naprawdę niezły ubaw, obserwując tę rparęr1;.

- O nie! - krzyknęła w pewnym momencie Lily, ale nim ktokolwiek zdążył zareagować, było już za późno. Zobaczyli dopiero lecącą w górę miotełkę, leżącego na ziemi solenizanta i potłuczony na setki kawałków wazon, który Potterowie dostali niegdyś od Petunii Dursley.

- Oj, jaka szkoda - powiedział James tonem, w którym ciężko byłoby doszukać się choćby cienia żalu.

O dziwo, nie przerwało to tańca Hagridowi - wkręcił się w niego tak, że nawet nic nie zauważył. Przyjęcie toczyło się więc dalej tak, jak przed nieszczęsnym incydentem z wazonem, ponieważ Harry, nie uroniwszy ani jednej łzy, wziął miotłę i zaczął znów latać.

Pląsy półolbrzyma z wieszakiem przerwał dopiero drugi wypadek miotlarski, podczas którego przyszły gracz qudditcha strącił ze stołu tort. Pech chciał, że ciasto pomknęło akurat w stronę Hagrida, rozwalając się na jego dużej, zarośniętej twarzy. Musiał więc udać się do łazienki i próbować zdjąć resztki kremu z gęstej brody.

Harry chyba trochę się przestraszył, bo ku zdziwieniu wszystkich odłożył miotłę i usadowił się wygodnie na kolanach mamy, a po chwili usnął. Wszyscy uznali to za koniec przyjęcia i zaczęli powoli rozchodzić się - każdy w swoją stronę. Jako ostatni wyszedł Hagrid, wciąż z pozostałościami tortu we włosach. Potterowie dojrzeli jeszcze, że przez jego ramię przewieszony jest Harry-wieszak, który musiał znaleźć się tam przypadkowo, kiedy półolbrzym biegł do łazienki. Nie zdążyli jednak go zatrzymać, bo kiedy się zorientowali, on był już poza zasięgiem słuchu i wzroku.


Kiedy James beztrosko sprzątał w salonie, Lily leżała na kanapie, wyraźnie wykończona. Harry się przebudził, więc przytuliła go i głaskała delikatnie po główce.

- I co, malutki? Udały się najlepsze urodziny w Twoim życiu? - spytała cichutko, a choć on nie odpowiedział, była przekonana, że pokiwał twierdząco, usypiając po raz kolejny.

***


31 lipca 1981 roku słońce zaszło o godzinie 20:30, dając koniec temu pamiętnemu dniu.

Chyba nikt wtedy nawet nie przypuszczał, że to mogą być ostatnie urodziny Harry'ego spędzone w tym gronie. No bo kto mógłby wtedy pomyśleć, że za trzy miesiące to malutkie dziecko, które tego dnia skończyło dopiero rok, zostanie pozbawione dwóch najbardziej kochających je osób? Z pewnością nikt nie pokusiłby się o stwierdzenie, że los może być aż tak okrutny.

Dalsze losy Potterów są jednak teraz wszystkim dobrze znane.

I choć Harry Potter nie pamięta już swoich pierwszych urodzin, może śmiało uznać je za swoje najlepsze urodziny, a już na pewno za najlepsze urodziny, które spędził razem z rodzicami.



PRACA N - Inga Clinton


- Stara nie marudź tylko wciskaj na siebie tę kieckę i wychodzimy na imbę - pogoniła przyjaciółkę Julie.

Dziewczyna w łazience odłożyła z wrażenia szczotkę do włosów.

- Laska. Ile razy mam ci powtarzać? Nie ma takiego słowa jak I-M-B-A pogódź się z tym - odparła Silver zza drzwi łazienki.

Julie zaczęła chodzić w kółko po pokoju. Była znużona długimi przygotowaniami Ślizgonki. Obie szykowały się na tę samą okazję, a jakoś Puchonka ogarnęła się szybciej.

- To tylko Harry Potter, wyluzuj - jęknęła opuszczona z sił Jul.

Silver wyszła z łazienki, prawie wyrywając drzwi z zawiasów.

- Jak wyglądam? - poprosiła o zdanie przyjaciółkę.

Puchoka pokręciła zrezygnowana głową, bo domyśliła się dlaczego przygotowywania trwały tak długo.

- Odstroiłaś się tak, bo będzie tam junior, prawda? - zmarszczyła czoło dziewczyna.

- Proszę cię, kochana, przecież ja go nienawidzę - uczennica Slytherinu odrzuciła platynowe włosy do tyłu.

Julie tylko przewróciła oczami. Obie dziewczyny szły w lekkim przerażeniu bo co roku na urodzinach Harry'ego Pottera działy się dziwne rzeczy. Na przykład rok temu Silver widziała jak Minerwa McSztywna upiła się w trupa i śmiała się z tanich żartów George'a Weasley'a.

- Pukamy czy wchodzimy? - zapytała Silv, gdy dotarły pod dom.

- Mordo, to nie ja dostałam zaproszenie - rzuciła zgryźliwie Puchonka.

- Dochodzę do wniosku, że kocham wakacje. Jak uderzę cię w twarz to nie dostanę szlabanu, tylko tata kupi mi lody - wyszczerzyła się Ślizgonka.

Przyjaciółka rzuciła jej spojrzenie, które ostatnio nadużywała. "I ty nie wiesz dlaczego jesteś w Slytherinie?". Champaginer odwzajemniła spojrzenie, tylko przesłała inną treść. "Spadaj do Malfoya". Obie dziewczyny finalnie uśmiechnęły się do siebie wrednie, po czym Julie zapukała do drzwi. Kilka sekund później otworzył im przerażony Albus.

- Dziewczyny bałem się, że już nie przyjdziecie. Tutaj jest jakiś psychiatryk, a nie impreza urodzinowa mojego ojca - wyrzucił z siebie szybko.

Al Potter wyglądał naprawdę strasznie. Był cały w jedzeniu i jakiś napojach. Silver odchyliła drzwi i weszła powoli do środka patrząc na młodszego syna Harry'ego.

- Co może być gorszego od twojej twarz... y?- Ślizgonka omiotła spojrzeniem salon domu.

Zarówno Julie jak i Silver widziały dużo w swoim życiu. Gołą Jęczącą Martę, Jamesa Syriusza Pottera podrywającego Filliusa Flitwicka i całą plejadę innych wyskoków. Jednak nic nie dorównało temu widokowi. W salonie państwa Potterów panowała dzicz i chaos. Zacznijmy od najstarszego syna i córki państwa Potter, którzy tańczyli na stołach Makarenę bez muzyki. Valentine Malfoy udawał DJ'a i grał na pustych kieliszkach po ognistej. Jednak punktem kulminacyjnym będzie chyba nauczyciel Hogwartu - Hagrid. Leśniczego obie dziewczyny bardzo lubiły, chodziły do niego czasem z chłopcami na herbatę. Jednak tutaj Gajowy był wyraźnie podpity, o czym świadczyła jego partnerka w tańcu, a mianowicie... wieszak. Najdziwniejsze było to, że to był pusty wieszak, bez żadnych ubrań. Gdyby był na nim płaszcz lub sukienka, byłoby to jeszcze w miarę sensowne. Po drugiej stronie pokoju, Hermiona Weasley kłóciła się zażarcie z mężem, na temat Kodeksu Karnego obowiązującego w Chinach, a reszta ludzi zaproszonych po prostu tańczyła, lub demolowała mieszkanie. Nie zapomnijmy wspomnieć, że każdy oprócz niepełnoletnich był mocno pijany.

- Okay, ja nie wnikam co ci ludzie tutaj brali - bąknęła pod nosem Jul.

- A uwaga to nie jest najlepsze moje drogie panie, proszę za mną - Albus zachęcił dziewczyny do zobaczenia jeszcze większej patologii.

Julie i Silver z niechęcią i chęcią jednocześnie, poszły za chłopakiem.

- Przywitajcie się z gospodarzem domu - młodszy Potter otworzył lekko drzwi do gabinetu ojca.

To co zobaczyły przyjaciółki przeszło ich najśmielsze oczekiwania. Harry Potter, Cudowne Dziecko, Szef Biura Aurorów, siedział na fotelu i liczył z kimś shoty. Tylko z kim? No właśnie to było z tego wszystkiego najciekawsze. Otóż pan Potter liczył shoty... z obrazem. Na płótnie przedstawiony był były dyrektor Hogwartu, Severus Snape - to po nim miał drugie imię Albus. Wydaje się, że Snape mógł być zainteresowany tematem upijania się? Nie bardzo. Mężczyzna na obrazie tylko sączył drinka z palemką i patrzył na Pottera z politowaniem. Jednak po chwili Julie zauważyła, że na biurku, za którym namalowany był Sev, stoi cały arsenał opróżnionych drinków z palemkami.

- Potter jesteś tak pijany, że nawet nie wiesz, że cię podglądają - warknął z ramy były opiekun Slytherinu.

W tym momencie głowa Wybrańca spoczęła na biurku, a jedynym dźwiękiem, który wydawał było nierównomierne chrapanie.

- O matko - Silver dusiła się ze śmiechu.

- O nie - zrobił wielkie oczy Al.

- Co? - szepnęła do niego Julie.

- Dzięki za zabawę Severusie, było przyjemnie, ale muszę ogarnąć towarzystwo bo zniszczą mój dom - rozległ się aksamitny kobiecy głos.

- Idź faktycznie zły pomysł był z tym upijaniem tak poza tym. Przecież jako obraz nie mogę być pijany - żachnął się Snape.

- Zawsze warto było spróbować. Wiem, że tam jesteście dzieciaki.

Trójka podsłu****ących usłyszała jak Ginevra Potter wstaje z krzesła i idzie do drzwi.

- Biegiem! - szepnął młody Potter

Albus złapał Xavier i Champaginer za ręce, po czym pobiegł z nimi do salonu i wylał na nie trochę napoi, po czym obrzucił szybko jedzeniem.

- Będzie myślała, że jesteście tu dłużej, zacznijcie robić coś głupiego - pogonił obie dziewczyny chłopak.

Przyjaciółki spojrzały na siebie niepewnie.

- Jak szaleć to szaleć - stwierdziła Xav.

Julie pobiegła do starszego z synów Malfoya. Kiedy chłopak ją zobaczył od razu wyostrzył wzrok i zaczął udawać poważnego.

- Nie wiem po co ten teatr Val - Julie bez oporów przyssała mu się do warg i nie było już rozmowy.

Natomiast Silver poczekała spokojnie, aż James zejdzie ze stołu. Kiedy tak się stało, Gryfon podbiegł do dziewczyny.

- Potter kryj mnie - warknęła szybko Prefekt Naczelna Slytherinu.

Chłopak nie wiedział o co chodzi, więc rozejrzał się po sali.

- O co chodzi? Zakład, ktoś cię śledzi, wisisz komuś forsę? - podniósł brew Idiota Naczelny.

Silv nie miała ochoty na długie pogaduchy.

- Twoja matka. Zrób coś, żebym miała alibi, i żeby twoja mamusia nie musiała mnie zabić za podglądanie żałosnych sytuacji - jęknęła zrozpaczona Chapaginer.

- Cokolwiek?

- Cokolwiek.

Ginny Potter weszła do salonu, by złapać syna i jego dwie koleżanki ze szkoły, ale zastała widok, który sprawił, że nie mogła nic zrobić. Albus tańczył z Lily, Julie żartowała o czymś z Valentinem, a James...

- Oh, gdyby Harry był trzeźwy i przede wszystkim przytomny, to żądałabym moich pięćdziesięciu galeonów - powiedziała pod nosem rudowłosa kobieta.

Jej najstarszy syn całował swoją nemezis, z którą miał potyczki od pierwszego roku w Hogwarcie.

- Na urodzinach mojego męża zawsze zaczynają się nowe związki, tylko ja nie mam okazji na rozwój swojego, bo Harry ma słabą głowę do alkoholu - pani Potter przewróciła oczami i usiadła na kanapie, by przyglądać się uroczej scenerii (starała się nie zwracać uwagi na Hagrida).



PRACA O - Bad wolf


Chłód ciągnący od kamiennych ścian był przyjemny. Upalny dzień był nie do zniesienia nawet dla zwierząt, które rozpaczliwie przesiadywały pod murami Hogwartu, aby znaleźć choć trochę cienia.
Szedłem tak szybko, że wiatr rozwiewał moją szatę. Nietoperz, powiadają. Ale jeszcze tylko kilka kroków i będę na miejscu...
Pchnąłem drzwi. Z głośnym trzaskiem odbiły się od ściany i w powolnym tempie wracać na miejsce. Wszedłem do środka.
- Niespodzianka! - krzyknął tłum wyskakując zza biurek i szafek. Kolorowo zrobiło się w mgnieniu oka, kiedy z każdych zakamarków zaczęły wylatywać złote, srebrne, czarne i czerwone chmary pyłu.
- Profesorze Snape - usłyszałem. Stałem nieruchomo, aż lekko przekręciłem głowę. Rude włosy odznaczały się w tłumie.
- Weasley. Co tu się dzieje?
Nikt nie zdążył mi odpowiedzieć, bo do pokoju wszedł Potter. Najjaśniejsza gwiazda naszych czasów. Napuszony wybraniec.
- Niespodzianka! - zawołali ponownie, trochę ciszej i mniej pewnie.

Swoje miejsce znalazłem przy ścianie. Trzymałem w ręku drinka z palemką i bacznie obserwowałem zgromadzonych. Poprzednio piłem z żółtą, która smakowała egzotycznie, potem z pomarańczową, która już nie była taka egzotyczna, następnie z różową, która była bardziej egzotyczna od pomarańczowej, ale mniej od żółtej, aż w końcu z zieloną, która w ogóle nie była egzotyczna.
Wszyscy tańczyli i układali prezenty na stoliku. Panna Granger sprawnie poprawiała krzywo stawione pakunki, dziękując wszystkim za ich szczodrość i pamięć.
Potter jak zwykle robił z siebie gwiazdę podchodząc do każdego i zagadując ich na najbłahsze tematy. Pożal się Boże Gwiazda Quidditcha. Uprzejmie przeprosił pannę Lovegood, z którą akurat rozmawiał i podszedł do Hagrida. Sądząc po jego stanie, był pijany. Zaczął tańczyć z wieszakiem zasypując komplementami.
- Jesteś taka sztywna, rozluźnij się nieco - zawołał śmiejąc się bardzo głośno. Przechylał na lewą i prawą stronę kręcąc piruety.
Potter podszedł do niego, poklepał do plecach, zabrał wieszak i zaczął marudzić coś o lepszych partnerkach w pokoju obok. Wyprowadził chwiejącego się Hagrida, a gdy wrócił wywrócił oczami.
Oczami. Zielonymi. Kształtnymi. Otoczonymi czarnymi i gęstymi rzęsami...

Lily.
Edytowane przez Prefix użytkownikaPaulaSmith dnia 11.08.2018 15:56
www.harry-potter.net.pl/images/articles/wyd2020.jpg

www.harry-potter.net.pl/images/articles/wydpro2020.jpg

www.harry-potter.net.pl/images/articles/najadminpaula.jpg

www.harry-potter.net.pl/images/articles/admingadulapaula.jpg

www.harry-potter.net.pl/images/articles/wydanieprorokaroku.jpg

www.harry-potter.net.pl/images/articles/objawienie.jpg

www.harry-potter.net.pl/images/articles/paula.png


78.media.tumblr.com/06faed4d6c3be0fab9fbd74bd1023201/tumblr_mxeds7ekEv1ru0os8o4_500.gif


SarahisSerce

funkyimg.com/i/2CwAW.jpg
 
Prefix użytkownikaPaulaSmith
PRACE PÓŁFINAŁOWE



PRACA A


Jej drobne palce przeczesywały jego wilgotne z potu włosy. Oblicze miała spokojne, łagodne, jak matka obserwująca swoje dzieci. Siedziała pochylona ku niemu już pół nocy, o czym boleśnie przypominał jej kark i kręgosłup, ale nawet nie dopuszczała do siebie tych informacji. Nie ona była teraz ważna. Dłonie splecione miała z nim, jakby myślała, że jeśli dostatecznie mocno będzie go trzymać, to pozostanie przy niej, przy życiu. Nie wiedziała, co powinna czuć. Nie kochała go, ale wiedziała, że to jego koniec. Przyszła za późno i wszystko już było z góry przesądzone. Spoglądała migdałowymi oczyma na jego twarz pokryta kropelkami potu. Wiedziała, że cierpi. Starała się jakoś mu pomóc, więc wykrzywiała wąskie wargi w słabym uśmiechu, który przecież tak kochał. Czuła, jak z każdą sekundą jego uścisk słabnie. Jak oddechy stają się płytsze. Jak małe oczy coraz to bardziej zachodzą martwą mgłą.

Wiedział, że przyjdzie, zbyt dobrze ją znał. Starał się zapamiętać każdy szczegół jej drobnej twarzy. Łagodne łuki brwi, delikatne spojrzenie, prosta linia nosa, wąskie usta, tak pięknie się uśmiechające, mówiące tak piękne słowa, nieśmiałe rumieńce wykwitające na jej policzkach, ciepłe dłonie... Nie zwracał uwagi na powoli słabnące serce, nienadążające nad oddechami płuca, chaos w głowie mieszający mu zmysły. Nie zwracał też uwagi na chłód panujący w lochach, przez który jego usta stawały się sine, a poliki blade. Czuł tylko kłębek futra u stóp i gładkie palce owinięte wokół jego.

Koniec nadszedł powoli. Tak, że oboje doskonale zauważyli, kiedy się zaczął. Czuła jego drżenie rąk i piersi. Wzrok rzucany w każdy kąt pomieszczenia z paniką zaganianego w róg zwierzęcia. Pojedyncze litery słów umierających w gardle. Nie dała po sobie poznać, jak ogarnia ją dziwny strach, pełznący od dołu kręgosłupa aż po koniuszki palców. Siedziała jak zaklęta, odgrywając swoją rolę do końca. Kurtyna opadła, gdy jego wzrok zmętniał utkwiony w jej kosmyku włosów, który wymsknął się z pośpiesznie splecionego warkocza. Jego palce puściły jej lekko spoconą dłoń, a ona sztywno podniosła się z krawędzi łóżka. Spojrzała na niego ostatni raz, po czym odwróciła się i opuściła jego pokój na zawsze. Przechodząc przez próg pojedyncza łza opadła na próg. Mimo to, Irma Pince nigdy nie przyznała się, że to ona czuwała przy umierającym Argusie Filchu.





PRACA B


Siedząc w Wielkiej Sali na kolacji, Minerva pochłonięta była zażartej dyskusji na temat transmutacji roślin w zwierzęta. Siedząca po jej prawej Pomona przedstawiła zasłyszaną pogłoskę, jakoby mandragora była wynikiem nieudanej próby transmutacji pietruszki w gnoma. Stwierdzenie to było jednak jedynie pretekstem do dalszych teorii i spekulacji - jej zdaniem - wartych rozważenia.


Chmury wiszące na magicznym sklepieniu były gęste i ciemne, zwiastowały nadchodzącą śnieżycę. Albusa nie było. McGonagall oburzał fakt, że człowiek nawet w tak sędziwym wieku nie miał prawa w spokoju zjeść posiłku. Uczniowie, którzy pozostali w zamku na czas przerwy świątecznej pochłaniali kolejne porcje frytek z kurczakiem, placuszków z dyni, smażonego bekonu i naleśników, talerz nauczycielki transmutacji pozostał jednak pusty. Z nieznanych jej przyczyn denerwowała się. Była do niego, do jego obecności tak przyzwyczajona, że nagły brak tej osobliwej postaci wywoływał w niej nieznośny niepokój, jakby mały chochlik z najtylniejszego tyłu jej głowy naprzemiennie piszczał i bzyczał.


Zbliżała się Wigilia. McGonagall wraz z profesorem Binnsem zajmowała się dekorowaniem Sali Wejściowej oraz korytarzy na pierwszym piętrze.


- Cuthbertcie, te światełka powinny być czerwone, a nie fioletowe. - Przewróciła oczami w wyrazie irytacji i za sprawą jednego machnięcia różdżką osiągnęła upragniony kolor oświetlenia. Binns zdawał się w ogóle tym nie przejmować i ze stoickim spokojem godnym umarłego kontynuował wieszanie dekoracji wokół poręczy schodów.


Wkrótce z sufitu zwisały kępki jemioły, gałęzie świerka oraz jodły, świecące gwiazdki i inne bzdety. Hagrid już ciągnął do Wielkiej Sali kilkumetrowe drzewko, które już wkrótce miało otrzymać zaszczyt pełnienia funkcji choinki. W kilku miejscach McGonagall poukrywała również fikuśne niespodzianki dla uczniów w postaci niewielkich pudełeczek, które po otwarciu miały obsypać zaciekawionego chmurą śniegu, na dnie za to znajdowały się upominki - jej ulubionym, autorskim pomysłem były sztuczne goblinie uszy. Niedaleko klepsydry z punktacją znajdował się skrzat z czapką Mikołaja na głowie, który zadawał uczniom pytania z ostatniego semestru i dawał możliwość zdobycia kilku dodatkowych punktów dla domu.


W Minervie rosło podekscytowanie nadchodzącymi świętami. Hogwart był najbliższym jej domem, a grono pedagogiczne - rodziną. Nie wyobrażała sobie inaczej spędzonych świąt. Sięgając do kieszeni szaty wymacała zwinięty w rulon pergamin, który był listą uczniów pozostających na święta. Przeklęła w duchu. Powinna była dostarczyć ją dyrektorowi do wczorajszego wieczora. Bez dalszego zwlekania udała się w stronę jego gabinetu.


Podając mu zwinięty kawałek pergaminu musnęła jego dłoń z zadziwiającą, magiczną intymnością, choć nie nachalnie. Jej śmiały dotyk spowodował, że poczuł go nie tylko pod skórą, lecz również w głębi żołądka, sprawił, że po tej lekkiej przystawce jeszcze bardziej zapragnął dania głównego.


- Proszę, Albusie, to jest lista, której potrzebowałeś. - Jej głos był surowy i wyniosły, gesty twarzy nie zdradzały emocji podobnych do jego.


Krótki dotyk, przelotne spojrzenie i czar prysnął.


- Dziękuję, Minervo - odpowiedział z uśmiechem, a następnie odłożył rulon na blat dębowego, rzeźbionego biurka. Stojąca na nim, smukła świeczka rzucała nieśmiały płomień na lewą stronę jego rumianej twarzy, dodając jej ciepła i uroku, a spojrzenie wypełniając migotliwymi ognikami. McGonagall drgnęła, jakby chciała wykonać jeszcze jeden krok w jego stronę, zaniechała jednak tego pomysłu i już po chwili zniknęła za masywnymi drzwiami, pozostawiając po sobie jedynie woń korzennych pierników, jak gdyby była tylko słodkim urojeniem.


Dyrektor z uśmiechem na ustach przeglądał listę uczniów, wspominając surowe spojrzenie Minervy z największą czułością. Ich relacji nie można było nazwać czułą czy romantyczną, jednak jej oczy zawsze wywoływały w nim spokój, jednocześnie wzbudzając gwałtowne emocje - były wirtuozerskim połączeniem burzy i ciszy, bólu i ukojenia.


W dniu Wigilii czarodzieje obecni na terenie Hogwartu nie kryli wesołości. Fred i George Weasley'owie, chociaż byli ledwie drugoklasistami, zdążyli zapewnić sobie popularność i sympatię większej części szkoły (biedny pan Filtch) tworząc z parkietu w Wielkiej Sali ogromną ślizgawkę. Chociaż wszyscy bezustannie się przewracali i zdzierali kolana, spora część nauczycieli uznała to za doskonały pomysł, a sam dyrektor był zachwycony - wyczarował sobie parę łyżw i z zadziwiającą gracją kręcił piruety. W pewnym momencie zatrzymał się naprzeciwko roześmianej McGonagall i za pomocą palca wskazał na sufit.


- Jemioła, Minervo - mówiąc to spojrzał głęboko w jej - tak rzadko - wesołe oczy i skradł całusa w policzek, zanim zdążyła odnaleźć się w sytuacji i zaoponować. Rumieńce na jej policzkach utrzymywały się przez jeszcze długi czas.


Podczas wigilijnej kolacji wszystkich - uczniów i nauczycieli, Gryfonów i Ślizgonów - połączyła magiczna nić wzajemnego szacunku i życzliwości. Siedząc przy jednym stole zapomnieli o waśniach i sporach. Angelina nie pamiętała już o niesprawiedliwej ocenie z wypracowania wystawionej przez profesor Trelawney, pierwszoroczny Puchon w niepamięć zaś posłał gumochłona w swojej torbie "przypadkiem" pozostawionego tam przez jednego z uczniów Slytherinu. Bliźniacy Weasley rzucali zabawnymi anegdotkami, powodując wesołość nawet u profesora Snape'a. Towarzyszyła temu wszystkiemu wspaniała uczta przygotowana przez skrzaty, a nauczyciele pozwolili sobie na odrobinę pitnego miodu lub grzanego wina.


- ...i wtedy profesor Flitwick stwierdził, że już nigdy nie zaufa żadnemu kotu - spuentował Hagrid, wywołując perlisty śmiech u McGonagall. Biedny Filius nie miał tak naprawdę pojęcia, kto stał za podrapaniem jego ukochanej poduszki.


Gdy ucztowanie dobiegło końca, Dumbledore zaprosił McGonagall do swojego gabinetu. Tradycją już stało się ich wspólne, prywatne świętowanie. W pomieszczeniu znajdowała się miniaturowa choinka, ale też ogrom światełek i ozdób. W kącie stał nawet podrygujący i śpiewający świąteczne piosenki skrzat. Albus z uśmiechem wyciągnął spod biurka owinięty w kolorowy papier, sześcienny pakunek. Minerva przyniosła ze sobą podobny. Wymienili się prezentami i uściskami, jednocześnie składając sobie świąteczne życzenia.


- Dobrze, że tu jesteś, kochana - powiedział Dumbledore i chwycił dłonią jej dłoń, drugą kładąc na schowanych pod materiałem łopatkach. McGonagall tylko się uśmiechała. Prowadził ją w niezbyt zgrabnym walcu, licząc rytm.


Łączyła ich szczególna relacja. Najgłębsze przywiązanie i najszczersza przyjaźń. Poza tym oboje widzieli w sobie pewną atrakcyjność - w ciasno upiętym koku, krzywym nosie, wąskich ustach, srebrnej brodzie. Byli siebie nawzajem ciekawi. Przede wszystkim jednak mogli na sobie polegać. A o to chodzi w życiu, by po prostu mieć taką osobę.





PRACA C


Niebo nad Hogwartem stopniowo zaczynało zmieniać barwę - począwszy od czerwonego, wywołanego zachodzącym słońcem, poprzez fioletowy i wreszcie granatowy, gdy światło dzienne w całości zostało pochłonięte przez horyzont. Z ciemności nocy powoli wyłaniały się gwiazdy, oświetlając zwieńczający zamek nieboskłon. Dołączył do nich również księżyc, dopełniając krajobraz roztaczający się po zmierzchu.

Wewnątrz szkolnego budynku na pierwszy rzut oka dało się zaobserwować jedynie całkiem zwyczajną wieczorną rutynę. Ktoś biegiem kierował się do swojego dormitorium, żeby uniknąć złapania przez nauczyciela po ciszy nocnej, ktoś inny spał już spokojnie w swojej sypialni, a jeszcze ktoś pisał na szybko esej o Wywarze Żywej Śmierci, bo uświadomił sobie, że następnego dnia jego pierwsza lekcja to Eliksiry, więc nie zdąży naskrobać zadania domowego na kolanie na przerwie, czy tam Historii Magii lub innej trochę luźniejszej lekcji.

Było jeszcze parę osób, które wychodziły przed szereg i nieustraszenie wyrywały się ze szkolnej codzienności, ryzykując tym samym utratę punktów, szlaban lub coś innego, co w pierwotnym zamyśle miało powstrzymać uczniów od nocnych wędrówek.
Istnieli jednak zarówno tacy, na których straszenie ewentualnymi konsekwencjami działało, jak i tacy, którzy mieli to w głębokim poważaniu (czytaj: Gryfoni). Wśród tej drugiej grupy zdecydowanie wyróżniał się Harry Potter, dla którego włóczenie się po korytarzach pod osłoną nocy było zupełnie naturalne. Pozostali członkowie tak zwanego Złotego Trio bezskutecznie starali się go od tego odwieźć, lecz ich groźby również rzucane były na próżno. Dla Wybrańca wszakże reguły zdawały się być niczym.

- Harry, proszę, posłuchaj mnie. Czy naprawdę uważasz, że warto ryzykować z powodu jakiegoś gościa z czwartego roku? Przecież bez problemu wygrasz ten pojedynek. Po co w ogóle go wyzwałeś? To kompletnie bez sensu! Chcesz sobie udowodnić, że jesteś lepszy od tego cieniasa, czy co? Chyba, że chcesz go totalnie zmiażdżyć, ale wtedy proponowanie mu takiego bezpośredniego starcia jest nie dość, że niehonorowe, to jeszcze niehumanitarne... - Hermiona naprawdę się starała, jednak jej słowa nie przynosiły pożądanego efektu.
- Ale on mnie obraził - rzucił Potter tonem nieznającym sprzeciwu. - A ty, Ron? - zwrócił się do przyjaciela z wyraźnym przekonaniem, że ten poprze go bez mrugnięcia oka.
- Wybacz, Harry, ale wydaje mi się, że Hermiona ma rację - oznajmił rudzielec, kończąc ostatni kawałek kurczaka, który ukradkiem zabrał ze stołu podczas kolacji.
Granger nie zdążyła jednak nawet zacząć swojego wykładu na temat tego, jak niezdrowe jest jedzenie w nocy, gdyż Wybraniec pogardliwie prychnął i udał się w kierunku wyjścia. Pozostała dwójka wymieniła się zrezygnowanymi spojrzeniami i podreptała w ślad za znikającym w ciemności Gryfonem.
Mieli jeszcze nadzieję na to, że strzegąca wejścia do Pokoju Wspólnego Gryffindoru Gruba Dama zdoła jakimś cudem odwieźć Pottera od tego beznadziejnego pomysłu, ale ta akurat pogrążona była w twardym śnie po wypiciu sporej ilości wina z koleżanką z pobliskiego obrazu.

Tak więc stało się - trójka przyjaciół wyruszyła w głąb pogrążonego w mroku korytarza. Inicjator tej wędrówki z nerwów zapomniał zabrać swojej peleryny-niewidki, miał jednak przy sobie Mapę Huncwotów, którą co jakiś czas uważnie oglądał.
Kiedy dotarli już na ustalone miejsce, czyli pod opuszczoną salę lekcyjną nieopodal Łazienki Jęczącej Marty, przeciwnik Pottera i jego wspólnik już tam byli.
- Zostaniesz na zewnątrz i będziesz pilnować, czy nikt się nie zbliża? - poprosił Harry Hermionę, a ona chętnie przystała na tę propozycję, bo nie miała zbytniej ochoty na oglądanie sromotnej porażki dwóch młodszych, ewidentnie wystraszonych Ślizgonów.
Wyszło więc na to, że Ron zgodził się być sekundantem przyjaciela i czterech chłopaków weszło do środka.
Gryfonka oświetliła różdżką pozostawioną jej przez Pottera Mapę Huncwotów. Nie było to ryzykowne, wszak od razu spostrzegłaby, gdyby ktoś zmierzał w tym kierunku. Stała tak przez dłuższą chwilę, dopóki wysoki, piskliwy głos nie sprawił, że aż podskoczyła ze zdziwienia i strachu.

- Och! Jak mnie przestraszyłaś! Nie wstyd ci tak zaskakiwać biedną Martę? - zachlipał duch, łapiąc się za klatkę piersiową.
- Cii, bo jeszcze obudzisz kogoś z nauczycieli, i nakryje ich na tym głupim pojedy... - zaczęła szeptem Granger, lecz, widząc minę Jęczącej Marty, szybko urwała.
- Ach! Tak, wiedziałam, że to prawda! Czyli to tutaj! - wykrzyknęła wyraźnie uradowana panna Warren.
- Wiesz coś o tym? - wykrztusiła z trudem Hermiona, która już kompletnie nie rozumiała, co się dzieje.
- Wczoraj dostałam list od tajemniczego wielbiciela, w którym wyznał mi miłość. Dzisiaj przyszła kolejna wiadomość, mówiąca, że dzisiaj w nocy ma zamiar się o mnie pojedynkować. Och, wyobraź to sobie! Pojedynek o Martę Warren! Ktoś wreszcie dostrzegł biedną Martę! - Duch z słowa na słowo mówił coraz głośniej, krążąc wokół dziewczyny i szaleńczo machając rękami.
- Co ty wygadujesz? To nie jest pojedynek o ciebie, to tylko zwykła potyczka dwóch pokłóconych uczniów, naprawdę, nie ma się co...
- Milcz! Nie mam siły dłużej cię słuchać! Chcesz okłamać biedną Martę? Nie masz serca! I przesuń się w końcu, muszę zobaczyć pojedynek - darła się Marta, chociaż przecież doskonale wiedziała, że mogła bez problemu przeniknąć przez dziewczynę. Była jednak zbyt poruszona, aby racjonalnie myśleć.

- Panno Granger! - rozległ się donośny głos profesor McGonagall, której Hermiona nie spostrzegła na mapie, bo duch zaabsorbował całą jej uwagę. - Czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, która jest godzina? Powinnaś już dawno być w dormitorium. - Surowe spojrzenie nauczycielki przeszyło na wskroś zlęknioną i zirytowaną uczennicę.
- Ale... ja...
- Ona tu stała i próbowała mi wmówić, że tamten pojedynek nie jest na moją cześć - stwierdziła Jęcząca Marta, poprawiając swoje okulary.
- Pojedynek? - zainteresowała się Minerwa, kierując swój baczny wzrok ku drzwiom do opuszczonej sali. Hermiona wstrzymała oddech w momencie, kiedy opiekunka Gryffindoru nacisnęła klamkę i otworzyła drzwi. Raźnym krokiem weszła do środka, a to, co zobaczyła, jakoś zbytnio jej nie zdziwiło.
- Pani profesor? - Na minie Rona malowało się głębokie zdumienie. Pojedynkujący się uczniowie natychmiast oddalili się w równoległe krańce pomieszczenia, szybko chowając różdżki do kieszeni.
- Potter, Weasley. Tak, tego mogłam się spodziewać. Powell i Fitzpatrick. Również żadna niespodzianka - westchnęła McGonagall, z rezygnacją kręcąc głową. - Minus 150 punktów dla Gryffindoru i 100 dla Slytherinu. Po 50 dla każdego z was za nocne wędrówki. A za tak nieodpowiedzialne i infantylne zachowanie jak samowolne pojedynkowanie się, zgłoście się do mnie, już ja coś dla was wymyślę. No to tak... Gryfoni jutro, Ślizgoni pojutrze, żeby przynajmniej podczas szlabanu uniknąć tych waszych dziecinnych potyczek. Mam już tego dość, naprawdę!
- A-ale pani profesor, ja, my... - począł się tłumaczyć jeden z młodszych chłopaków.
- Nie chcę słuchać waszych wyjaśnień, one i tak nic nie zmienią. A teraz zmykajcie do dormitoriów, natychmiast - rzekła surowo opiekunka Gryffindoru.
Dwóch uczniów z Domu Lwa i Węża wymieniło się pogardliwymi spojrzeniami i wszyscy rozeszli się w swoją stronę. Jęcząca Marta, która przypatrywała się w milczeniu poprzedniemu zajściu, poleciała za Gryfonami tylko po to, żeby pożegnać Hermionę tryumfalnym prychnięciem i pokazaniem języka. Kiedy duch się oddalił, a cała trójka dotarła do Pokoju Wspólnego, dziewczyna zrelacjonowała przyjaciołom wydarzenia, które miały miejsce na korytarzu podczas trwania pojedynku.

- Cóż, dziwne. Ale widocznie uznała, że nierozstrzygnięty pojedynek nie ma aż takiego znaczenia. Na szczęście - podsumował Harry. - Idziemy spać?
- Szkoda, że nie zaproponowałeś tego wcześniej - odburknął Ron, który był w wyraźnie złym nastroju. Podreptał na górę, a Potter podążył za nim.

Granger jeszcze chwilę siedziała w fotelu, wpatrując się w ogień i rozmyślając. A miała przecież parę spraw do przemyślenia. Wciąż obwiniała się za to, że nie udało jej się powstrzymać Harryr17;ego przed tą bezsensowną wyprawą, ale też nie była pewna, czy powinna znów za nim iść, kiedy uważała, że to bez sensu. Wiedziała, że Ron też ma tę zagwozdkę, albo chyba bardziej już zaczął żałować, że to zrobił. rMądry Gryfon po szkodzier1;, podsumowała i pochyliła się nad sytuacją Jęczącej Marty. Nadal nie mogła uwierzyć, że ktoś byłby zdolny pokochać kogoś takiego. Pojawiła się jej wtedy w głowie przelotna myśl, że może to wszystko nie jest prawdą. Przecież Marta mogłaby zmyślić sobie taką historyjkę, żeby się popisać albo zwyczajnie poprawić sobie humor, prawda? Ale... skąd miała informację o pojedynku? I jeśli naprawdę dostała ten list, to od kogo?
- To wszystko jest zbyt skomplikowane - szepnęła Hermiona i skierowała się do swojego dormitorium. Położyła się spać, mają nadzieję, że świt przyniesie mniej pytań, a więcej odpowiedzi.

***

Następny dzień aż do popołudnia upływał dla uczniów całkiem normalnie. Śniadanie, lekcje, obiad, znów lekcje - ot, zwykła, szkolna rutyna.
Dla trójki Gryfonów był to jednak dzień, w którym mieli odrobić swój szlaban - rzecz, która sprawiła, że atmosfera między nimi była dość napięta. Ron obwiniał za to wszystko Harryr17;ego, Hermiona siebie, a Potterowi było zwyczajnie głupio.
Stawili się pod gabinetem profesor McGonagall około godziny dziewiętnastej. Było mniej więcej tak źle, jak przewidywali - zostali oddelegowani do czyszczenia toalet, oczywiście bez użycia magii. Ich różdżki pozostały więc u nauczycielki, a oni wyruszyli w kierunku ubikacji uzbrojeni jedynie w szczotki, ścierki i wiadra.
Nie rozmawiali ze sobą zbyt wiele, a każdy z nich milczał z innego powodu. Wszystkie przyczyny były jednak zakorzenione w pojedynku, który miał miejsce poprzedniej nocy. Ponieważ jednak każdy choć trochę się za tamto zajście obwiniał, nikt nie miał ochoty o tym dyskutować. Ponura cisza jedynie potęgowała wrażenie, że czas spędzany na odrabianiu szlabanu dłuży się w nieskończoność. I tak oto trwała owa monotonia... do momentu, gdy została gwałtownie przerwana przez piskliwy chichot.

- Nie. To znowu ty? - westchnęła przeciągle Granger, dostrzegając wyłaniającego się z umywalki ducha.
- Och, nie. To znowu ty? - jęknęła Marta, przedrzeźniając dziewczynę. - Tylko wpadłam zobaczyć, jak radzisz sobie z karą, która spotkała cię za haniebne próby psucia mojego szczęścia. Ale nic nie jest w stanie go zepsuć, ha!
- A czemu jesteś taka szczęśliwa? - spytał Chłopiec, Który Przeżył, udając, że nie ma o niczym pojęcia.
- Bo ktoś ostatnio pokochał tą niepozorną Martę, rozumiesz? I zaprosił mnie na... r-a-n-d-k-ę! - wrzasnęła Jęcząca Marta, latając po całej łazience. - Tak się cieszę! To moja pierwsza w życiu randka, wreszcie, po tylu latach!
Trójka przyjaciół spojrzała po sobie, nie do końca wiedząc, jak powinni się zachować w tej sytuacji. Ron nie wiedział także, jak się w takiej sytuacji nie zachować, bo rzucił:
- No chyba nie w życiu, bo ty już nie żyjesz.
Hermiona spiorunowała go wzrokiem, lecz on jedynie wzruszył ramionami. Wszyscy już szykowali się na przeraźliwy pisk, jednak z zaskoczeniem zauważyli, że nic takiego nie nadeszło.
- Tak więc, z kim ta randka? - spytał Potter, sprawiając wrażenie żywo zainteresowanego tematem. Naprawdę go to zainteresowało, bo nie wierzył, żeby ta historia mogła mieć cokolwiek wspólnego z prawdą.
Mieli wrażenie, iż na twarzy Marty pojawił się rumieniec, choć wiedzieli, że tak być nie może, bo przecież ona jest duchem. Z pewnością zakryła twarz włosami i uśmiechnęła się tajemniczo.
- Naprawdę myślicie, że wam powiem? Niedoczekanie, phi! - prychnęła Jęcząca Marta, zawirowała i zniknęła w jednej z rur.

- Nie uważacie, że to dziwne? - zagaiła Hermiona, która po tym incydencie była jeszcze bardziej sceptycznie nastawiona w stosunku do rzekomego wielbiciela Warren.
- Bardzo - zgodził się rudowłosy. - Komu o zdrowych zmysłach spodobałby się ktoś pokroju Marty? Przecież to niedorzeczne.
- Poza tym, zakochać się w duchu? Przecież to całkiem nienormalne - dodał Harry, zabierając się za czyszczenie kolejnej ubikacji. Nie znosił tego, ale nie miał innego wyjścia. Nie dotarło do niego jednak, że mógł tego uniknąć, uważając na to, co robi.
- A więc mamy w Hogwarcie szaleńca - skwitował Weasley, który zajęty był ścieraniem kurzy z umywalek, podczas gdy Granger myła podłogę.
- Nie przyszło wam do głowy, że ona to wszystko zmyśliła? - podsunęła dziewczyna. Chłopcy po krótkim namyśle pokiwali twierdząco.
- Ale, z drugiej strony, ona sprawia wrażenie na serio szczęśliwej. Myślicie, że byłaby w stanie tak udawać? - Pytanie, które zadał Potter, zawisło w powietrzu, jedynie przez chwilę oczekując odpowiedzi.
- Faktycznie, trudno w to uwierzyć - przytaknęła brunetka. Zorientowała się wtedy, jak bardzo cieszy się z tego, że znów są w stanie względnie normalnie ze sobą rozmawiać. Czuła jednak napięcie wywołane przemilczanym tematem, który był dla nich w tym momencie dużo ważniejszy. Skupiali się jednak na tym mniej istotnym, bo sprawiał wrażenie łatwiejszego i wygodniejszego. Ona wiedziała, że nie jest to dobre, ale jednocześnie również nie chciała schodzić z mało męczącej ścieżki.
Długo jeszcze wymieniali się spostrzeżeniami dotyczącymi Jęczącej Marty i jej tajemniczego wielbiciela, co sprawiło, że czas szlabanu minął im o wiele szybciej, niż to się zapowiadało na początku. Posprzątali wszystko co mieli posprzątać i wrócili do gabinetu profesor McGonagall, żeby odebrać różdżki. Ona oczywiście oddała im je szybko, rzucając w ich kierunku chłodne spojrzenie.
Cała trójka po powrocie do Wieży Gryffindoru położyła się spać, aby nabrać sił na kolejny dzień nauki.

***


Przedpołudnie i popołudnie upłynęło również tym razem zupełnie zwyczajnie. Ktoś usnął na lekcji profesora Binnsa, komuś wybuchnął przygotowywany podczas lekcji eliksir... Tak, zaiste standardowy dzień w Hogwarcie.
Nikt zatem nie spodziewał się nadzwyczajnego widoku, który ukazał się oczom mieszkańców zamku tak nagle i tak niespodziewanie, że większość aż zamarła z nosami na szybach. Wszyscy stali i obserwowali, albowiem po Błoniach przechadzała się Jęcząca Marta w towarzystwie... Irytka!
- No dobra, nikt nie spodziewał się Irytka - przyznała Hermiona, kręcąc z przejęciem głową. - Biedna Marta...
- Czemu od razu biedna? - zaoponował Weasley. - Ja tam sam nie wiem, czy gorsza jest jęcząca bestia, czy tandetny błazen.
- Ron, czy ty naprawdę nic nie rozumiesz?! - oburzyła się Granger. - Przypomnij sobie choć jedną sytuację, kiedy Irytek robił coś na serio. I choć jedną sytuację, kiedy Marta nie wzięła czegoś na serio. Masz?
- Em... faktycznie, nie.
- No właśnie.

- Gwiazdy są dzisiaj takie piękne! A to jezioro? Mam wrażenie, że odbija się w nim cały świat, tak jak w twoich okularach - oznajmił Irytek, uśmiechając się subtelnie w stronę swojej towarzyszki, która ewidentnie nie wyczuła przytyku, tylko uznała to za komplement.
- Zdajesz sobie sprawę, że pewnie wszyscy na nas patrzą? - spytała szeptem Marta i cicho zachichotała.
- Tak - potwierdził drugi duch, a jego zęby wyszczerzyły się tym razem w o wiele szerszym uśmiechu.
Cieszyło to ich obojga, lecz każdego z zupełnie innego powodu. I tylko Irytek o tym wiedział.
Poltergeist musiał przyznać sam przed sobą, że był to jeden z najbardziej perfidnych, lecz też najbardziej śmieszących go żartów. Uwieść Martę - któż by na to wpadł? To było jednocześnie tak okrutne i zabawne, że duch z trudem mógł zmusić się do udawania zakochanego. Już od dłuższego czasu miał ochotę ujawnić, że to wszystko było jedynie jedną, wielką farsą. I był już tuż, tuż od zrobienia tego, kiedy...
Poczuł, że to, co zrobił, było złe, i bardzo zraniłby Martę, gdyby wyjawił jej prawdę. To zdecydowanie nie w jego stylu, ale na tę malutką chwilę zagościły w nim ludzkie uczucia i zrobiło mu się żal panny Warren. Owszem, jest naiwna, piskliwa i lubi dramatyzować, ale może nie powinien był...

- Marto! Marto! - rozległ się zdyszany, dziewczęcy głos. - Nie ufaj mu! On próbuje cię tylko wkręcić! Proszę, posłuchaj mnie...
- No nie! Znowu ty! Zepsułaś moją najlepszą w życiu randkę! - rozryczał się duch.
- Jedyną. I ty nie żyjesz - nie omieszkał dodać Ron, który przybiegł tuż za brunetką.
- Kochanie, ona nie ma racji, prawda? - spytała drżącym głosem Jęcząca Marta, wieszając się na ramieniu poltergeista. Ten jednak nie miał już siły dłużej udawać, a poza tym, teraz mógł wszystko zwalić na Granger, przez co nie powstrzymywało go nawet to coś na kształt sumienia, co obudziło się w nim tamtego dnia.
- Ona... - Irytek udał, że się zająknął, choć tak naprawdę rozkoszował się wyrazem przerażenia i nadziei na twarzy swojej "wybranki". - Ona ma rację.

Dalszy rozwój wydarzeń nie jest trudny do przewidzenia. Rzecz jasna, Marta wyła wniebogłosy jeszcze przez następne kilka tygodni. Wszyscy uczniowie mieli świetny temat do plotkowania i naśmiewania się.
Harry, Ron i Hermiona przedyskutowali ze sobą kwestię pojedynku i odtąd było między nimi już tak, jak wcześniej.
Za to Irytek musiał przyznać, że pierwszy (nie)poważny związek nauczył go ważnej rzeczy. Dowiedział się bowiem, że ludzie mają uczucia. Odkrył także, jak świetną zabawą jest igranie sobie z nimi.

Na koniec jeszcze garść moich autorsko-filozoficznych rozważań:
Irytek przyobleka się tu w uosobienie (czy może bardziej: uduchowienie) losu. Pogrywa sobie z nami, wodzi nas za nos i płata nam wszelakie figle. Ale, co najważniejsze - ma w głębokim poważaniu nasze uczucia. Nieważne, co my czujemy, los i tak robi swoje. I choć wydaje nam się, że mamy na to wszystko jakiś wpływ, to pewnie tylko nam się wydaje. Tak blisko nam do biednej, naiwnej Marty, która jest skłonna uwierzyć we wszystko, co wydaje się być dla niej dobre, lecz nie jest w stanie przyjąć prawdy wtedy, gdy jest smutna.
Ale zawsze jest prawda, i prawda zwycięży.




PRACA D


"Tęsknota w nieludzkiej odsłonie"


Obudziła się w Hogwarcie, na zimnej, kuchennej podłodze. Ciało miała odrętwiałe z zimna, a włosy posklejane od wylanych wcześniej łez. Plecami oparta była o ceglasty kominek, w którym już dawno zgasło i tylko ostry zapach spalonego drewna świadczył o tym, że był w nim niedawno ogień. Starała się rozchylić powieki, ale światło, chociaż wczesnoranne, raziło ją niczym najostrzejszy reflektor.
Ruszyła delikatnie głową i momentalnie poczuła eksplozję bólu w okolicy skroni, więc z powrotem oparła się o chłodny murek.
"Skrzaty nie powinny pić kremowego piwa" - powtarzał jej codziennie Zgredek niczym mantrę i mimo iż nigdy go nie słuchała, każdego ranka przyznawała mu w duchu racje.
Mróżka miała go serdecznie dość, a szczególnie jego odnoszenia się ze swoją wolnością i dziwaczne pomysły o zapłacie za pracę, urlopie i innych podobnych absurdach.

Rozbudzona narastającą złością do swojego kolegi "po fachu", zaczęła rozglądać się po kuchni. Widziała już wyraźnie pięć podłużnych stołów (odpowiadających tym w Wielkiej Sali), wiszące pod sufitem wypolerowane garnki, rondle, talerze i przeróżne naczynia, a także ogromny, ceglasty piec buchający ogniem. Obserwowała krzątające się skrzaty, które mimo bardzo wczesnej pory pracowały żywo i z ochotą.
Ona była w stanie tylko leżeć. Nie miała sił ruszyć nawet palcem.

Nie cierpią mnie - pomyślała, widząc, jak okrążają ją szerokim łukiem i posyłają ukradkowe, pogardliwe spojrzenia.

Niczego nie rozumieją. Nikt z nich nie czuje tego, co Mróżka. Nie stracili swojego ukochanego pana, nie zawiedli go.

Skrzatka zerknęła na swoje niegdyś piękne ubranie, teraz całe poplamione i podziurawione. Sukienka w strzępach, bluzeczka oblana zupami z całego tygodnia, a berecik leżał obok jej chudej nóżki i straszył poszarpaną dziurą.

Mrużka zasługuje na wszystko, co najgorsze. Zawiodła swojego pana.

Na wspomnienie Bartiego Croucha do brązowych, wielkich oczu napłynęły łzy, a twarz wykrzywił żałosny grymas. Chętnie zaniosłaby się szlochem, ale obawiała się kolejnej eksplozji bólu pod czaszką.

Mróżka musi stąd odejść.

Wstała powoli, czując nasilające się zawroty głowy i lekkie pulsowanie w skroni. Trzymając się ściany, ruszyła w kierunku wyjścia, całkowicie pogrążona w myślach.

Mrużka już nigdy tu nie wróci.

* * *

Zgredek przyszedł do pracy w znakomitym nastroju, ale nieco spóźniony. Pomimo pogody ducha i zapału do gotowania, on także nie był mile widziany w kuchni. Skrzaty pogardzały nim nie mniej niż Mrużką, nie mogąc zrozumieć, jak można cieszyć się z tego, że jest się wolnym skrzatem i otrzymywać zapłatę za pracę. Widząc zawzięte miny kolegów, próbował rozładować nastrój.
- Zgredek się spóźnił, bo dostał bardzo ważne zadanie od Sir Harry'ego Pottera! To dotyczyło drugiego zadania w Turnieju Trójmagicznym i było bardzo, bardzo ważne - opowiadał z przejęciem, ale nikt go nie słuchał - Zgredek jest teraz gotowy do pracy.
Podszedł do ogromnego kociołka i kręcąc w powietrzu chudą rączką, poruszał ogromną chochlą, mieszając zupę. Nagle zastygł w bezruchu i rozejrzał się po kuchni zdjęty niepokojem.
- Gdzie jest Mrużka? - zapytał skrzata stojącego najbliżej.
- Wyszła.
- Trytek wie, gdzie poszła? - zagadywał dalej, czując, że nie uzyska od kolegi konkretnej odpowiedzi.
- Nie wie, przepraszam, ale nie mam czasu.

Zgredek natychmiast zaprzestał mieszania zupy, pstrykną i w sekundę znalazł się na korytarzu. Mrużki nie było. Przeniósł się do Sowiarni, Wielkiej Sali, do Lochów, a nawet do wszystkich łazienek, ale nigdzie nie znalazł koleżanki.
Przyszło mu na myśl, aby poprosić o pomoc Harry'ego Pottera, ale przypomniał sobie o trwającym turnieju. Młody czarodziej najprawdopodobniej był teraz głęboko pod wodą, szukając swojego największego skarbu.
Przeniósł się jeszcze w kilka miejsc i kiedy miał już kontynuować poszukiwania poza Hogwartem, znalazł Mrużkę w Wierzy Astronomicznej. Siedziała plecami do niego na parapecie, nogami na zewnątrz i łkała głośno.
- Mrużko... - powiedział głośno by przekrzyczeć hałas jaki robiła, czując jednocześnie, że musi postępować bardzo ostrożnie.
- Niech da Mrużce spokój! - zapiszczała, zasłaniając nietoperzowe uszy piąstkami. Mimo że Zgredek był trzy metry niżej, widział dokładnie jej wybrzuszone żyły na szyi, napięte mięśnie i posklejane włosy. To był wyjątkowo przykry widok.
- Co Mrużka tutaj robi? Nie jest bezpiecznie siedzieć na oknie, niech zejdzie lepiej na dół.
- Nie jego sprawa, niech stąd idzie i zostawi Mrużkę, ona nigdy już nie wróci, nie jest nikomu potrzebna, a pan jej nie chce. Nie ma sensu żyć. Nic nie ma już sensu.

Po obszernej i pustej sali rozniósł jej żałosny szloch. Zgredek nie wiedział, co ma zrobić w takiej sytuacji. Zdawał sobie sprawę, że skrzatka nie darzy go sympatią, bo nie rozumie jego zadowolenia z wolności i płacy. Mimo tej antypatii chciał jej pomóc, gdyż po części rozumiał, co sprawia jej taki ból.
Spojrzał w górę i napotkał spojrzenie najbardziej zapłakanych i zapuchniętych oczu, jakie kiedykolwiek widział. Zawstydzona Mrużka odwróciła szybko głowę i utkwiła tępo wzrok w jasne, błękitne niebo.
- Nie wróci do kuchni - zapiszczała nieco ciszej i spokojniej - nie może zapomnieć swojego pana i tego, co razem przeszli. Nie chce! To wszystko...to wszystko jej wina, bo gdyby nie miała lęku wysokości, nie doszłoby do tego.
Zgredek nie miał pojęcia, o czym mówi skrzatka, natomiast był pewny, że nie ma sensu pytać. Domyślał się, że jest to związane z poufnymi informacjami dotyczącymi jej pana i że ona nigdy ich nie zdradzi.
- To wszystko jej wina! - kontynuowała - gdyby była bardziej uważna, gdyby umiała wszystko lepiej...
Mrużka drgnęła, słysząc znajome pstryknięcie. Niemal natychmiast obok niej pojawił się Zgredek, także z nogami dyndającymi na zewnątrz, wpatrzony w bezkresne niebo.
- Pan Mrużki popełnił błąd, pozbywając się jej - powiedział, spodziewając się kolejnego szlochu, ale jego towarzyszka tylko załkała krótko - bo ona nie zrobiła nic złego. Teraz ma nowego pana, czy to nie dobrze? Nie jest wolną, samotną skrzatką, ma pracę, pana i przyjaciół.
Nie spodziewał się odpowiedzi, wiec mówił dalej.
- Sir Dumbledore jest bardzo, bardzo dobry, miły i sprawiedliwy.
Tym razem Mrużka prychnęła brzydko, co momentalnie zezłościło Zgredka. Stanął na równe nogi i kolejne zdania wykrzyczał skrzatce prosto w twarz.
- Taki właśnie jest! Dobry i wspaniałomyślny. Mało, który czarodziej byłby tak jak on, wyrozumiały dla użalającej się nad sobą i pijanej Mrużki! Nie rozumie? Musi się wziąć w garść i nie zawieść nowego pana, musi pracować i dobrze gotować, bo wszystko może stracić. Nie upijać się kremowym piwem i nie szlochać na kuchenną podłogę lub do zupy dyniowej. Mrużka ma szansę na nowe, lepsze życie, tylko musi się postarać.
Zgredek wiedział, że postępuje ostro, ale ze zdenerwowania nie umiał zapanować nad swoim głosem i słowami.
- Niech Mrużka zobaczy, jak wygląda. Ubranie prawie z niej spada od brudu, włosy są posklejane łzami, a skóra umazana pastą jajeczną. Czy tak powinien wyglądać porządny domowy skrzat?
Mrużka już od dłuższego czasu wpatrywała się wielkimi oczami w Zgredka i nie płakała. Mimo rozsadzającej ją tęsknoty do poprzedniego pana w duchu przyznawała Zgredkowi racje. Wiedziała, że wygląda okropnie i nie przysługuje się nikomu w niczym. Wręcz zawadza.
Po okrągłym, czerwonym nosie spłynęła ostatnia łza.
Zgredek krótkim ruchem ręki wyczarował chusteczkę i podał ją skrzatce, ale ona, zamiast ją wziąć, chwyciła Zgredka za nadgarstek i pstryknęła, przenosząc ich do kuchni.

Tego dnia wszyscy w Hogwarcie zjedli jedną z pyszniejszych kolacji w ich życiu. Skrzaty przeszły same siebie, serwując dziesiątki rodzajów przekąsek, dań i deserów, a Mrużka i Zgredek mieli w tym ogromny udział. Zrozumieli, że mimo dzielących ich poglądów, łączy ich pragnienie bycia potrzebnym, lubianym i zaradnym, a wszelkimi problemami zawsze można podzielić się z innymi.
Mrużka jeszcze nieraz dawała się ponieść słodkiemu smakowi kremowego piwa i zdarzało jej się szlochać w kącie pod kominkiem, ale w głębi duszy czuła, że przyjaciele są blisko i pomogą jej przypomnieć sobie, co jest w życiu najważniejsze.





PRACA E


Ten, jak i inne pierwsze dni w Hogwarcie zaczął się dla Pani Norris dość zwyczajnie. Przybyła tutaj niecały tydzień wcześniej i od razu odkryła, że mieszkanie w zamku, który pełnił funkcję szkoły, miało zarówno swoje wady, jak i zalety.
Zdecydowanie pozytywnym aspektem było to, że miała człowieka, którego dało się tolerować o wiele bardziej niż innych. Podawał jej jedzenie, wypuszczał ją na nocne i dzienne łowy. Wadą jednak była młodzież, która zdecydowanie ją irytowała. Zupełnie tak jak tego ranka, jak chłopak z Gryffindoru, który zdecydował się przywołać z kuchni ogórka i ułożyć go bezpośrednio za nią. Przez kilka strasznych sekund była pewna, że to wąż.

Jednak zemsta nadeszła szybciej niż chłopak mógłby się tego spodziewać. Zaczęła od przejściu się po Błoniach i przegonieniu kilku sów znad jeziora, gdzie sama upiła kilka łyków wody. Po wykonaniu swojego obowiązkowego obchodu po zamku skierowała się w stronę Wieży Gryffindoru. Pokój był przyjemnie ciepły i kotka zawahała się, czy nie ułożyć się na podłokietniku fotela, gdzie miękką smugą rozlewała się struga światła, wpadająca przez okna. Niestety, najpierw obowiązki, potem przyjemności.
Ominęła szerokim łukiem kilkoro młodszych uczniów, którzy na jej widok zamilkli i wspięła się po schodach do męskich dormitorium. Po kilku chwilach gdzie węsząc, udało jej się zlokalizować łóżko delikwenta. Mruknęła zadowolona, zostawiając mu wśród pościeli prezent. Zeskoczyła miękko na podłogę i kolejny raz tego dnia, została zaskoczona. Pod sufitem unosił się Irytek, który podetknął sobie pod obie dziurki w nosie, dwa flety i wydmuchiwał jakąś okropną melodię. Pani Norris zirytowana machnęła ogonem i gotowa była ruszyć już w stronę drzwi, gdy Irytek zatarasował jej drogę.

Kotka, Psotka,
Nie tańczy, jak się jej gra,
Wchodzi nieproszona w rzeczy,
I tam z zemsty... paskudzi.


Wyśpiewał zadowolony z siebie i podleciał do kotki, by przejechać dłonią od strony ogona pod włos.
Jeśli było coś, czego Pani Norris nie lubiła bardziej od uczniów, to był to właśnie ten Poltergeist. Już pierwszego dnia, gdy tylko pojawiła się ze swoim człowiekiem w zamku, zamknął ją w zbroi. Nie, żeby było jej tam jakoś straszliwie źle. Po prostu sama w tamtej chwili nie miała ochoty się tam znaleźć. Teraz też nie, więc kolejny raz spróbowała wyminąć ducha. Kolejny raz bezskutecznie.
- A dokąd się tak śpieszysz? - Zawołał Irytek i niespodziewanie dla niej wziął ją w ramiona, by głaskać pod włos.

Kotka, Psotka,
Głaskania nie lubi?
Zabiorę ją na wycieczkę,
Ze mną się nie zgubi.


Skąd wziął się w nim taki pomysł, trudno powiedzieć, ale wyleciał przez otwarte drzwi z wyrywającą się na Panią Norris, i poszybował ku szczytowi Wieży Gryffindoru.
Och, ależ Pani Norris chciała, żeby on mógł poczuć ból. Na nic się zdawały wbijane pazury i gryzienie. Nie reagował również na prychanie i stanowcze miauczące sprzeciwy. Na szczęście jednak ich wspólna podróż nie trwała długo.

Było już dobrze po południu, więc nisko stojące słońce, zdawać się mogło, że rozpalało Błonia. Czerwona łuna odbijała się od jeziora i wędrowała aż pod samą salę wejściową. Widok zapierałby z pewnością dech, gdyby nie to, że Irytek postanowił urządzić kolejny koncert z udziałem fletów. Widocznie miał tu również stałe stanowisko, bo na nadchodzących uczniów, czekały już łajnobomby. Okropna muzyka przybierała na sile, za każdym razem, gdy Irytkowi udało się kogoś trafić.
Pani Norris krążyła zdenerwowana po Wieży. Ani myślała wyskakiwać z takiej wysokości, a ten przeklęty duch zablokował wszystkie wejścia. A powinna teraz patrolować korytarze! Jej złowrogie mruczenie narastało z każdą chwilą, niestety było skutecznie zagłuszane przez flety i triumfalne okrzyki Irytka. Nagle jego twarz wykrzywiła się w przedziwnym grymasie. Coś jakby nagłe olśnienie i zdumienie.
- Posłuchaj, jest tu takich kilku uczniów, których udało mi się już przyłapać na czymś ciekawie nielegalnym. Ale to... To będzie coś! - Mówił ożywiony, podleciał do drzwi, by je otworzyć i nagle... wykonał komiczny gest, jakby szykował się do skoku do wody. I rzeczywiście. Podskoczył, w powietrzu wykonał salto i zanurkował w ciało kotki.
Zimno chłód rozszedł się od czubka ogona po koniuszki uszu, a ona sama straciła panowanie nad swoim ciałem.

Zbiegli razem po schodach, znów do Wieży Gryfonów. Uczniowie, których wcześniej Pani Norris zignorowała, wciąż siedzieli przy stoliku.
- Spójrzcie to kotka tego nowego woźnego. - Powiedział chłopak z rozczochranymi czarnymi włosami i orzechowych oczach. - Psssik!
- No i co z tego? - Spytał drugi, szarooki, uśmiechając się lekceważąco. - Daj spokój to tylko kot. Mów dalej.
Kotka nie poruszyła się, tylko dalej wpatrywała a nich jakby nieco znudzona. Ten rozczochrany, jeszcze przez chwilę milczał, w końcu jednak przemówił.
- Zgodnie z tym, co wyliczyłem, Remus znika zawsze co 28 do 31 dni. - Powiedział i podsunął w ich stronę pergamin z rozrysowanymi fazami księżyca. Widocznie oczekiwał po swoich dwóch towarzyszach większej reakcji, bo zniecierpliwiony postukał palcem w pergamin i powiedział. -Remus jest wilkołakiem.
Pulchny, brązowowłosy chłopak pisnął, ale szybko zasłonił sobie usta dłońmi.
- Jesteś pewien? - Głos Syriusza Blacka był niezmiernie poważny i może jedynie lekko zaniepokojony.
James, w odpowiedzi pokiwał głową.
- Wszystko się zgadza. Czas, jego wygląd po pełni... I te jego mikstury, nad którymi zawsze ślęczy. Może one mają mu pomóc? - Zerknął ponownie na Panią Norris, która siedziała teraz jakby w wyczekiwaniu na więcej. - Pssssik!
- Zostaw... - Powiedział Syriusz.
- Co teraz zrobimy? - Petergriew drżał. Trudno powiedzieć, czy z ekscytacji, czy ze strachu. - Pójdziemy do dyrektora?
- Dumbledore pewnie wie, ale... - James wyraźnie nie mógł się skupić. - Chodźmy stąd, ten kot działa mi na nerwy.

Cała trójka wstała i ruszyła do dormitorium, a kiedy tylko ich kroki zamilkły Irytek wyskoczył z ciała kotki. - To nie to, co planowałem, ale jest znacznie lepsze! Idealnie się składa!

Lupin do księżyca wyje,
Strach ma bardzo wielkie kły,
Gdy mikstury nie wypije,
To ofiarą będziesz Ty!
Głupi Lupin znów się upił!


Zarechotał i gotowy był wylecieć z pokoju, by rozgłosić nowinę, gdy nagle w zatrzymał się. Kotka już wcześniej dostrzegła człowieka, który nazywany był dyrektorem. Teraz ten staruszek, surowo spoglądał na Irytka, choć duch zdawał się jedynie odrobinę speszony.

Pani Norris nie interesowało to, o czym Ci dwoje będą rozmawiać ani co zrobią chłopcy z tym jakimś wilkołakiem. Wydostała się wreszcie z pokoju wspólnego i ruszyła w poszukiwaniu miejsca, gdzie Irytek zwykł trzymać swoje rzeczy. Widziała go poprzednio w kapeluszu z dzwoneczkiem i bardzo chciała się zemścić.
Podobno kapelusz od Madame Bonhabille nigdy nie pachniał już tak samo.

Kotka, Psotka,
Nie tańczy, jak się jej gra,
Wchodzi nieproszona w rzeczy,
I tam z zemsty... paskudzi.


Edytowane przez Prefix użytkownikaPaulaSmith dnia 11.08.2018 20:28
www.harry-potter.net.pl/images/articles/wyd2020.jpg

www.harry-potter.net.pl/images/articles/wydpro2020.jpg

www.harry-potter.net.pl/images/articles/najadminpaula.jpg

www.harry-potter.net.pl/images/articles/admingadulapaula.jpg

www.harry-potter.net.pl/images/articles/wydanieprorokaroku.jpg

www.harry-potter.net.pl/images/articles/objawienie.jpg

www.harry-potter.net.pl/images/articles/paula.png


78.media.tumblr.com/06faed4d6c3be0fab9fbd74bd1023201/tumblr_mxeds7ekEv1ru0os8o4_500.gif


SarahisSerce

funkyimg.com/i/2CwAW.jpg
 
Prefix użytkownikaPaulaSmith
PRACA A


"To wydarzyło się naprawdę"


Tego mglistego popołudnia Paula Smith była bez wątpienia w swoim żywiole.
Jej niewielki, ale przytulny domek pachniał pieczenią, która skąpana w soczystym sosie, spoczywała w piekarniku, otoczona kompozycją warzyw. Poruszała się po kuchni niczym baletnica, wywijając zgrabnie różdżką we wszystkie strony i nucąc swoją ulubioną piosenkę. Rzuciła zaklęcie, po którym nad jej głową przeleciał śnieżnobiały obrus i gładko ułożył się na stole. Na niego opadły zrolowane i przewiązane wstążką serwetki, talerze i sztućce. Kolejne machnięcie różdżką i na środek stołu powędrował wazon ze świeżo ściętymi kwiatami oraz dwie świeczki. Paula dmuchnęła w końcówkę różdżki i ruchem rewolwerowca schowała ją do kieszeni fartuszka. Cieszyła się wolnym dniem, który postanowiła wykorzystać na zorganizowanie romantycznej kolacji dla niej i męża.

Rozległo się delikatne pukanie.
Czyżby niespodziewany gość? - zastanawiała się Paula.
Dźwięk dochodził jednak zza okna, a nie drzwi.
Na dworze było bardzo mglisto, więc nie od razu zauważyła małą sówkę siedzącą w doniczce wśród rabatów. Wpuściła zmarznięte zwierzę do środka.
- Cześć malutka, co tu robisz? - zapytała szarobiałą płomykówkę, którą bardzo dobrze znała. Należała bowiem do Krico, legendarnego założyciela HPneta, czarodziejskiego stowarzyszenia, którego była członkiem.
Ptak z zainteresowaniem zerkał na buchający zapachami piekarnik, więc Paula poczęstowała go kawałkiem surowej pieczeni. Zadowolone zwierzątko wyciągnęło w jej kierunku szponiastą nóżkę z żółtą kopertą i czerwonym, okrągłym lakiem.
- Masz dla mnie list?
Rozpieczętowała go i przeczytała na głos:

"Droga Paulo. Mam coś dla ciebie, ale nie za darmo. Przygotowałam kilka zagadek - wskazówek, dzięki którym się spotkamy i sobie pogadamy. Pierwszą wskazówkę znajdziesz na odwrocie, poproś znajomych, jeśli będziesz w kłopocie.
P.S. Nie masz czasu na zabawę? Odeślij sówkę, a wybiorę inną osóbkę"

- Zawsze się znajdzie czas na zabawę - powiedziała wesoło do sówki, głaszcząc ją po lśniących piórkach.
Jednym ruchem ręki zerwała z siebie fartuch, w tym samym momencie chwyciła różdżkę i rzuciła na piekarnik zaklęcie mrożące. Czuła jak żądza przygody zaczyna buzować jej w tętnicach.
Podekscytowana przeczytała napis na odwrocie listu:

"Trop prowadzi na goły bruk, lecz tam, gdzie nikt nie czeka. Wyciągnij prawą rękę i poczekaj tylko chwilę, potem wsiadaj, bo czas ucieka"

Schowała karteczkę do kieszeni i zastanawiając się nad jej treścią, spakowała do torebki kilka domowych babeczek, nieco drobnych oraz aparat fotograficzny. Włożyła trampki, poprosiła sówkę o pilnowanie domu i po chwili była już na dworze.
Mgła bardzo ograniczała widoczność, a w powietrzu czuć było nadchodzący deszcz, dzięki czemu ulice były niemal puste. Cieszył ją ten fakt, nie chciała, aby jacyś mugole byli świadkiem tego, co robi.
Według wskazówki, którą otrzymała, powinna stanąć na chodniku i unieść rękę, co szybko uczyniła.
Nic jednak się nie stało.
Zastanowiła się chwilę i pacnęła w lokowaną głowę. To przecież było takie oczywiste! Ponownie wyciągnęła prawą dłoń, ale tym razem trzymając w niej różdżkę.
Usłyszała głośny pisk opon i z mgły wyłonił się trzypiętrowy, kolorowy autobus.
- Błędny Rycerz! - zawołała Paula, wyciągnęła aparat i cyknęła kilka zgrabnych fotografii. Wesoło podeszła do kierowcy, nad którego głową dyndały pomarszczone, obrzydliwe breloczki.
- Dokąd? - zapytał chudy starzec, patrząc na nią zza grubych okularów.
- Jeszcze nie wiem - odpowiedziała szczerze dziewczyna i roześmiała się, widząc jego minę - może ma pan ochotę na ciasteczko?
Kierowca ochoczo pokiwał głową i chwilę potem zajadał się pysznym wypiekiem, a Paula mogła zająć miejsce.

Błędny Rycerz ruszył jak błyskawica i czarownica popychana siłą rozpędu klapnęła ciężko na ostatnie krzesło.
Chwiejnym krokiem i z wyciągniętą ręką podszedł do niej patykowaty, długowłosy kontroler.
- Miałem to pani przekazać - powiedział lekko zawstydzony i podał jej małą karteczkę.
Czarownica podziękowała i spodziewając się kolejnej zagadki, szybko ją odczytała.

"Po pierwsze do czytania najlepsza na świecie, po drugie najnowsza, ostatnie ogłoszenie - ale to po trzecie"

- Chodzi o Proroka Niecodziennego, to jasne, nie ma lepszej gazety, tylko skąd ja teraz go wezmę? - myślała gorączkowo.
Czuła presję czasu i bała się, że przegapi przystanek, na którym ma wysiąść. Rozważała, czy nie zadzwonić do Ulki Black Potter, która była Redaktorem Naczelnym ostatniego Proroka i mogła pamiętać jego treść, ale przeszukawszy torebkę zorientowała się, że zapomniała telefonu.
Rozejrzała się szybko i z zachwytem odkryła, że kilka siedzeń przed nią siedzi jakiś mężczyzna z Prorokiem Niecodziennym rozłożonym na twarzy. Widocznie spał, ale Paula nie zamierzał się przejmować jego drzemką.
Autobus strasznie kołysał, pędząc we mgle ulicami miasta, więc czarownica trochę obawiała się przemieszczać.
- Halo, proszę pana! - zawołała z nadzieją, że go obudzi. Nic z tego.
Trzymając się barierki, ruszyła w jego kierunku, ale zanim doszła, autobus nagle skręcił i z całym impetem przewróciła się na pasażera.
- Na Merlina, przepraszam! - zawołała, uderzając mężczyznę łokciem w bark, ale tak naprawdę nie było jej przykro, bo się obudził. Uśmiechnęła się, widząc znajomą twarz.
- KHZP? Jak miło cię widzieć!

Czarodziej zmiął gazetę, spojrzał na Paulę, zamrugał kilka razy oczami, usiłując sobie przypomnieć gdzie jest i co się dzieje, aż w końcu uradowany przywitał się z koleżanką.
Znając gadulstwo kolegi postanowiła nie dać mu dojść do słowa, tylko szybko opowiedziała o sowie i zagadkach. Tak jak się spodziewała, KHZP od razu włączył się do zabawy i obiecał wszelką możliwą pomoc.
- Tak więc należałoby zajrzeć do Proroka - zaproponował czarodziej - jest to najnowszy numer, więc wszystko się zgadza, teraz odnajdziemy stronę z ogłoszeniami i należałoby zatrzymać się przy ostatnim - mówiąc, przewracał strony wolno, z wielką dokładnością, co nieco niecierpliwiło Paulę.
Nagle zastygł w bezruchu i przeczytał:
- Sprzedam jednorożca, tanio!

Nastała chwila grobowej ciszy. Każdy z nich zastanawiał się, co to może oznaczać. KHZP przez następne kilka minut analizował to zdanie pod kątem różnych możliwych odpowiedzi, aż wreszcie podsumował.
- Musi tu chodzić o jakąś figurkę, obrazek lub coś w tym stylu.
- W takim razie może sklep z pamiątkami w Hogsmeade? - zaproponowała Paula, a KHZP poinformował kierowcę o ich docelowym przystanku. Zapłacili 10 sykli i wysiedli na niewielkim ryneczku w wiosce czarownic.

Paula uwielbiała Hogsmeade, jego układ ulic, architekturę i rzeźbioną fontannę. Biegała przez chwilę z aparatem starając się uwiecznić na zdjęciach jak najwięcej czarodziejskiej natury tego miejsca.
Mgła już całkiem zniknęła, ale deszczowe chmury kłębiły się nad ich głowami, grożąc rychłą ulewą.
Daleko na południe, za Zakazanym Lasem niebo przecięła błyskawica, kończąc swój pionowy tor na najwyższej wieży Hogwartu.
Zerwał się silny wiatr wzbijając chmurę piasku, który przez kilkudniową suszę, zalegał ciężką warstwą na ulicach.

Czarodzieje ruszyli żwawo wzdłuż głównej drogi, z trudem odczytując powiewające szyldy sklepów, oślepieni panującą zamiecią.
- To tutaj - oznajmiła Paula z ulgą, pokazując na szeroki, kolorowy napis "Pamiątki, upominki, prezenty i inne berybenty".
Przepuścili jakąś odzianą w płaszcz postać, po czym weszli do środka wraz z dźwiękiem wysłużonego gongu.
Od razu wpadli pomiędzy regały rozglądając się za jednorożcami lub czymś pośrednio związanym z tymi zwierzętami. Nie było to jednak łatwe, gdyż tysiące półek uginało się od setek makiet, figurek, maskotek, breloczków i innych drobiazgów.
- Aż się w głowie kręci od tych bibelotów. Accio jednorożec - powiedziała Paula, celując różdżką w różne strony, ale bez skutku.
Nie chcąc więcej tracić czasu podeszła do pstrokato ubranej sprzedawczyni.
- Dzień dobry, szukamy jednorożca...jakiegokolwiek.
Sprzedawczyni popatrzyła na czarownicę podejrzanie, widocznie wahając się z odpowiedzią.
- Ostatni został wykupiony przed chwilą. Bardzo mi przykro.
KHZP wdał się w długą dyskusję z kobietą, aby dowiedzieć się kto i po co ostatnio kupował jednorożce, ale Paula, przypomniawszy sobie moment, kiedy wchodzili do sklepu, wybiegła na ulicę, aby zatrzymać zakapturzoną postać.

Dogoniła ją przy fontannie, kiedy pierwsze krople deszczu zaczęły spadać na ziemię.
- Poczekaj - poprosiła zadyszana, mając nadzieję, że nieznajomy ją chociaż wysłucha.
Postać ściągnęła kaptur.
- Cześć Paula - powitał ją znajomy głos.
- Sam Quest?! - czarownica nie mogła uwierzyć w swoje szczęście - nawet nie wiesz, jak się cieszę, że to ty.
Opowiedziała koleżance o wszystkim, co ją spotkało. W tym czasie dołączył do nich KHZP, obładowany znaczną ilością pamiątek.
- To niesamowite - podsumowała Sam Quest i wyciągnęła spod płaszcza małego, pluszowego jednorożca - kupiłam go, bo totalnie mi nie pasował do reszty tego sklepu, a kosztował tylko jednego sykla. Najśmieszniejsze jest to, że sprzedawczyni nie pamiętała, by miała takiego w asortymencie, więc wiadomo, tym bardziej chciałam go mieć.
- Wygląda na to, że ktoś go tam celowo postawił - powiedziała Paula, obracając maskotkę na wszystkie strony - gdzieś musi być wskazówka, ale niczego tu nie widzę.
KHZP wyciągnął z kieszeni scyzoryk.
- Myślę, że może być w środku, wystarczy...
Sam Quest chwyciła jednorożca i schowała w ramionach.
- Nie zgadzam się na to! - zaprotestowała.
Paula wzięła pluszaka z powrotem i zaczęła go naciskać, by wyczuć ewentualną karteczkę. Ze smutkiem stwierdziła, że faktycznie została zaszyta w środku.
Po długiej przemowie KHZP, traktującej o powadze ich misji i znikomym znaczeniu pluszowych jednorożców na świecie, Sam Quest zgodziła się na rozprucie. Po kilku minutach wskazówka wylądowała w rękach Pauli. Szybko odczytała:

"Brawo! Teraz czas spotkać się z wami, pod Trzema Miotłami"

Informacja dla wszystkich była jasna i zrozumiała.
Deszcz luną nagle i z taką siłą, że trójka przyjaciół wpadła do baru niemal całkiem przemoczona. W środku było dosyć tłoczno a ci, którzy siedzieli najbliżej wejścia, przyglądali się zdziwieni nowo przybyłym. Sam Quest szybko schowała pokiereszowane ciało jednorożca pod kurtkę.
Paula nie od razu zauważyła kobietę siedzącą na końcu pomieszczenia, ale wystarczyło jedno spojrzenie, by od razu rozpoznać, kim jest.
Elegancja czarownica miała na sobie długą, czerwoną suknię i misternie upięte włosy. Jedną ręką trzymała szklankę z kremowym piwem, a drugą zaprosiła trójkę czarodziejów do stolika.
- Angelina Johnson, spodziewałam się, że to twoja sprawka - zaśmiała się Paula, serdecznie ściskając koleżankę.
- Wytłumacz nam, o co w tym wszystkim chodzi, po co te zagadki? - poprosiła stanowczo Sam Quest, skinieniem głowy dziękując kelnerce za piwa, które dla nich przyniosła.

Angelina uśmiechnęła się tajemniczo i po krótkiej, celowej pauzie wyciągnęła z torebki trzy błyszczące tabliczki i rozłożyła je na stole.
- Zapewne wiecie, że jutro rusza sławny na cały świat czarodziejów Turniej Fanfiction - zaczęła tłumaczyć elegancka czarownica - tak się złożyło, że dostałam przywilej wybrania składu jury, oraz tak zwanego Mastera Turnieju. Ale znacie mnie, niczego nie daje za darmo.
Paula zaczęła wiercić się na swoim krześle. Domyślała się już, co leży na stole i czuła ogromne podekscytowanie.
- Stwierdziłam - kontynuowała Angelina - że ty Paulo najlepiej się nadajesz na Mastera, ale co to by była za przyjemność po prostu ci go dać... Wykombinowałam więc kilka zagadek, abyś mogła pochwalić się sprytem i zaufaniem do przyjaciół. Nie miałam wątpliwości, że temu podołasz. Oto twoja nagroda - podała czarownicy złotą plakietkę z wytłoczonym, mieniącym się napisem "Master Turnieju FF".
- KHZP oraz Sam Quest, mianuje was członkami jury, świetnie spisaliście się jako kompani Pauli, brawo.
Czarodzieje odebrali swoje plakietki, które były równie pięknie wykonane, co pierwsza.
Czworo przyjaciół zgodnie uniosło swoje szklanki i wypiło toast za jutrzejsze wielkie wydarzenie, za które od teraz byli współodpowiedzialni.
Paula oczywiście nie zapomniała o wspólnej fotografii.
- Skoro oficjalną część tego spotkania mamy za sobą - zagadną KHZP - to może zamówimy jakąś kolacje?
- Kolacja! - Krzyk Pauli potoczył się po całym barze, a czarownica, wpychając złotą plakietką pod pachę, przeprosiła wszystkich i wybiegła jakby ją sama Sklątka Tylnowybuchowa goniła.

Tak oto Paula Smitch została Masterem Turnieju Fanfiction. Nie wierzycie mi? Zapytajcie jej samej, tylko najlepiej nie wspominajcie o romantycznej kolacji we dwoje.





PRACA B


"Najciemniej pod latarnią"

Od kiedy wszystkie dzieci wyleciały z gniazda, Molly Weasley czuła się nieco samotna i niepotrzebna. Teraz gdy Artur dostał awans, a sklep z dowcipami okazał się sukcesem, wiodło się im znacznie lepiej. Trochę podróżowali i mogli pozwolić sobie na remont Nory. Ostatnio również zdecydowali się na połączenie swoich pasji, tj. mugoli i prowadzenie domu wraz z gotowaniem, więc otworzyli niewielki dom gościnny. Przyjmowali tam również mugoli. Znajdował się on na tyłach ogrodu, niedaleko grządek z warzywami i tuż nad rybnym stawem.

Tam też, rozłożywszy koc na trawniku, wygrzewała się w słońcu Kath*, która spędzała tu już drugi urlop z rzędu. Nieco żałowała, że nie udało się namówić większej ilości ludzi na jakiś mini zjazd, ale może to i lepiej? Cisza, spokój i tylko kilkoro najbliższych znajomych z HPnetu.
Przekręciła się na plecy, wsparła na łokciach i spojrzała na Paulę*, która akurat przeglądała ostatni numer Proroka Niecodziennego.
- O czym czytasz?- Spytała leniwie Kath, przymykając oczy, bo pomimo okularów i popołudniowej pory, słońce wciąż raziło ją dość mocno.
- Moje wakacyjne plany to praca. Jak wiecie, jest to dla mnie najbardziej gorący okres w roku - śluby, sesje plenerowe, jest tego masa.- Zacytowała samą siebie Paula i złożyła gazetę.- Cieszę się, że jednak udało mi się wyrwać, chociaż na te kilka dni.- Wzięła ze stolika stojącą niedaleko lemoniadę i upiła łyk.
Dziewczyny rozkoszowały się ciszą jeszcze tylko przez chwilę, gdy nagle do ich uszu dobiegł odgłos sprzeczki.
- Wracają.- Powiedziała Kath i wytężyła wzrok.
Na horyzoncie pojawił się zarys trzech postaci, a dwie z nich zażarcie dyskutowały.
- Gdybyś rzeczywiście był najmilszy, to byś odpuścił i przyznał, że ja jestem najmilsza!- Powiedziała Emily*
- Niestety, bycie najmilszym zobowiązuje mnie również do mówienia prawdy. Dlatego nie mogę kłamać w takich sprawach. Chyba że masz ze sobą kebab.- Wzruszył ramionami, w geście bezsilności Syriusz*.
Wiola*, która szła koło nich, przewróciła oczami, ale widać było, że cała dyskusja ją nieco bawi.
- Jak dzieci.- Skomentowała, kiedy wreszcie cała trójka dotarła do dziewczyn i rozsiadła się na kocach. Po kilku chwilach podeszła do nich Pani Weasley, która musiała ich widzieć z okna. Przyniosła tacę pełną pachnących i wciąż jeszcze ciepłych cynamonowych, drożdżowych zawijasów. I chociaż nadal byli pełni po obiedzie, jaki im zaserwowała, z ochotą wzięli po jednym i przesunęli kilka rzeczy na stoliku, gdzie spoczęła tacka z resztą wypieków. Molly wytarła dłonie w fartuch i przez chwilę z zadowoleniem przyglądała się im jak jedzą. Wreszcie odeszła w kierunku Nory. Musiała przecież niedługo podać kolację.
- Gdzie reszta?- Spytał Syriusz, który już sięgał po kolejnego zawijasa. Widocznie pogodził się już z faktem, że nie dostanie kebaba, więc jadł, co było pod ręką.
- Razor* widocznie stęsknił się za dziwną częścią internetu, bo poszedł oglądać północno-zachodni mech.- Powiedziała Kath, przecierając usta nieco lepkie od lukru.
- Mech? Taki zwykły mech? Dlaczego?- wyraz twarzy Wioli wskazywał co myśli o pomyśle Razora.
- Mnie nie pytaj. Nikt go chyba nie zrozumie. A Natka* wspomniała, że całkiem niedaleko jest uprawa pieczarek i że planuje zakraść się tam i kilka podkraść.
- Będzie je gotować?
- Nie, podobno lubi surowe. Tak przynajmniej czytałam w 10 losowych faktach. A co do reszty, to pewnie siedzą nad jeziorem. - Odparła Paula i sięgnęła po strony gazety, którymi Pani Weasley wyścieliła tace pod przekąski. Przeleciała po niej wzrokiem.
- Posłuchajcie tego!- Powiedziała nagle i wyprostowała się. Reszta, jak na komendę, skupiła na niej swój wzrok.

Mugole mają swój tajny serwis o czarodziejach?
Ekskluzywne informacje od tajemniczej informatorki wprost z portalu, korespondentka Proroka Codziennego, Rita Skeeter.



Od kiedy czarodziejski świat został wyeksponowany na widok oczu mugoli, wielu z nich zapragnęło dołączyć do naszej społeczności. Na szczęście, jak wszyscy wiemy, bez magii nie mają możliwości ukończyć szkoły jak np. Hogwart, czy wybrać się na ulicę Pokątną. Jednak już sam fakt tego, że wiedzą o naszym istnieniu wielu czarodziejom wydaje się niepokojący. Nie dalej jak 2 tygodnie temu udało mi się nawiązać kontakt z informatorką, która udzieliła mi ciekawych informacji o tym, co obecnie dzieje się na największym tego typu portalu w Polsce.

Z obawy o swoje bezpieczeństwo (doprawdy, Ci mugole muszą być niezwykle porywczy), nasza informatorka prosił o zachowanie anonimowości. Jak zapewne moi wierni czytelnicy wiedzą, dążenie do prawdy, ale i uczciwość zawsze będą u mnie na pierwszym miejscu.

Umówiłyśmy się w Błędnym Rycerzu. Miałam wsiąść na stacji Paddington w Londynie i wejść na piętro autobusu. Dzienny kurs jak zawsze był pusty, dlatego bez problemu rozpoznałam, do kogo muszę podejść. Złapałyśmy świetny kontakt i wszystko zostało mi przekazane w najdrobniejszych szczegółach. Dlatego drodzy czarodzieje i czarownice przygotujcie się na szok.

Mugole posiadają internet. Niektórzy z was być może już o nim słyszeli, jednak dla tych, którzy nie wiedzą, pozwolę sobie na kilka słów wyjaśnienia. Jest to sposób komunikowania się, za pomocą którego przesyła się na przykład listy- projekcje, bez użycia sów. Z tego, co wiem, można też pokazać komuś koty (domyślam się, że muszą być wyjątkowo drogie w mugolskich sklepach, bo po co w innym razie oglądać cudze koty?). Czasem osoby posiadające internet, tworzą stronę internetową, która jest swojego rodzaju książką, którą może czytać wiele osób w tym samym czasie, z różnych miejsc na świecie. I właśnie moja informatorka, jest kimś ważnym na tej stronie. Jednym z wielu kierowników, jakich tam mają. I gromadzą się oni tam, by rozmawiać o czarodziejskim świecie! Ale najbardziej szokujące jest to, że spora część z nas jest tam opisana! Wielu czarodziejów ma w tej książce stronę o sobie! Udało im się nawet zdobyć czarodziejską technologię do wywoływania zdjęć (nazywają je Gifami), więc wiele osób może zostać rozpoznanych w zasadzie bez przeszkód. Czy poczuliście się już zagrożeni? Jeśli nie to czytajcie dalej! Okazuje się, że stworzyli tam również swoją szkołę i przejęli (być może) jakieś fragmenty wspomnień nauczycieli, czy uczniów! Nazywają je botami i realizują niezrozumiałe fantazje odnośnie do życia w naszym świecie!

Sami użytkownicy tej strony, chcą sprawiać wrażenie niegroźnych, ale pozwólcie, że przytoczę, kilka przykładów i sami oceńcie czy to są normalne zachowania. Helenkaa* chciała zjeść placki ziemniaczane z nutellą, a nijaki Gordian* nie lubi na pizzy nic oprócz sera i mięsa. Jest tam również dziewczę, Rue Riddle*, która sama przyznaje, że jej włosy są gęste jak u Hagrida. A przecież wszyscy wiemy, że pół-olbrzymom nie wolno ufać. Konspirre*, boi się luster (Co takiego ukrywasz dziewczyno? Czyżbyś bała się, że jeśli trafisz na Ain Eingarp, to pokaże ono prawdę, której się obawiasz?) Jeśli to nadal nie wystarczająco dziwne to niemal na sam koniec dodam, że Loony* jada gołąbki z ryżem. Ryż w i obok gołąbków. A na koniec przykład dziwny, ale niewątpliwie prawdziwy. Sam Quest* nazwała (przypuszczam, że z własnej woli) swojego pluszowego misia Zdzisiu. To wszystko są oznaki, że ktoś powinien (Personel Świętego Munga na przykład) zainteresować się tymi osobami. Przecież to tylko garstka z tych setek niebezpiecznych osobników!

W Błędnym Rycerzu brak było jakiegoś tam sygnału, więc nie mogłam zobaczyć pełnego wydania tego przedziwnego zbiorowiska, ale to, co udało mi się podejrzeć sprawiło, że zaczęłam się poważnie obawiać o swoje bezpieczeństwo! Niestety nie dowiedziałam się skąd mają te wszystkie informacje, o nas, ale mój dziennikarski nos, podpowiada mi, że może za tym stać nie kto inny jak J.K.Rowling (więcej o niej, w kolejnym artykule z serii: Czy J.K.Rowling to Harry Potter pod pseudonimem? Nowe fakty o tym, czemu Wybraniec naprawdę stał się sławny).

Myślę, że tak szeroki dostęp do naszych informacji sprawia, że powinniście zastanowić się nad tym, komu tak naprawdę ufacie. Ta osoba może sprzedawać wszystkie dane wprost w ręce mugoli, którzy tylko czekają, żeby nasze projekcje umieścić w tej ich książkowej szkole. Będę przyglądać się tej sprawie, żebyśmy i my, czarodzieje, mogli czuć się nieco bezpieczniej i zdobyć o nich informacje!

Dla wszystkich, którzy chcą wiedzieć więcej, zachęcam już wkrótce do przeczytania mojej nowej książki "Przewodnik po mugolskim świecie, czyli jak rozpoznać toaletę bez przejścia." Premiera we wrześniu w Esach i Floresach.



Paula skończyła czytać i spojrzała na pozostałych. Siedzieli oni w osłupieniu, nie do końca wiedząc co powiedzieć.
Wreszcie odezwała się Wiola.
- Mamy szpiega.- Powiedziała, przyglądając się podejrzliwie innym, jakby spodziewała się, że ktoś w tej chwili się przyzna.
- Tylko kogo?- Zapytała niepewnie Emily.
- To zupełnie jak gra w mafię. Lilyatte* by się ucieszyła.- Powiedziała Kath nieco nerwowo, ale zaraz pokręciła głową.- Słuchajcie. Mamy ostatni dzień urlopu. Wrócimy, to wtedy będziemy się martwić i dojdziemy prawdy. A teraz chodźmy się przejść. Wieczór jest naprawdę piękny.

Jednak tylko Paula wyraziła chęć krótkiego spaceru, więc zostawiwszy resztę, dziewczyny wstały i ruszyły polną drogą, w kierunku jeziora. Słońce chyliło się ku zachodowi, zelżał już upał, a przyjemny wiaterek muskał liście, które powoli zaczęły zmieniać barwę, z zieleni, na bardziej ciepłe jesienne kolory.
- Jak myślisz, kto to mógł być?- Zapytała Paula, ale Kath jedynie wzruszyła ramionami.
- Czy to ważne? Jedynie co może się stać, to to, że strona będzie popularniejsza.
- Nie chce mi się wracać.- Paula zmieniła temat, widząc, że Kath nie chce już rozmawiać o tajemniczej informatorce.
- Mi też.- Kath uśmiechnęła się smutno i odetchnęła głęboko, wciągając zapach z pobliskiego sadu. Pachniały opadłe jabłka i dojrzałe śliwki. Mieszało się to wszystko z wonią ściętej trawy i wilgotnej, wzburzonej ziemi. Idylla. Cisza przerywana była tylko odległym szczekaniem psa i pierwszym pohukiwaniem sowy. Kath drgnęła i zatrzymała się.
- Idziesz?- Spytała Paula, która zdążyła wyprzedzić Kath już o kilkanaście kroków.
- Moment!- Odparła Kath i upewniwszy się, że tamta nie widzi, wyciągnęła do góry dłoń, na której przysiadła... maleńka sówka. Kath szybko odwinęła niewielki pergamin i wypuściła ptaka. Po chwili dogoniła Paulę i po godzinnym spacerze, dziewczyny wróciły nieco okrężną drogą do pozostałych.

Ognisko już płonęło, a HPnetowicze pogrążeni byli w ożywionej rozmowie. Pan Weasley dopytywał o szczegóły dotyczące latarek (to takie różdżki, ale tylko do światła, tak?). Pani Weasley rozmawiała z Mikasą na temat zdrowych przepisów. Wszyscy udawali, że wcale nie myślą o powrocie. Nie zamierzali iść wcześnie spać (oprócz Gordiana, który koło 22 rzucił pocieszne dobranoc i już go nie było), a nacieszyć się ostatnimi momentami beztroski.
Nikt nawet nie zauważył, kiedy w ognisku spłonął mały kawałek pergaminu. Kath zerknęła dyskretnie w ogień. Litery były już nieczytelne, ale ona doskonale zapamiętała, co było tam napisane.

Daj znać, jeśli znów będziesz w Londynie. Mam jeszcze kilka pytań. R. S.




Nie używałam całych nicków, ponieważ wyglądało to strasznie, dlatego poniżej lista pełnych nicków użytych w tym ff, w kolejności pojawienia się:
Katherine_Pierce
PaulaSmith
EmilyWright
Syriusz32
Wioletta
RazorBMW
Natka Potter
Helenkaa
Rue Riddle
konspirre
gordian119
Loony5
Sam Quest
Lilyatte
Mikasa

Edytowane przez Prefix użytkownikaSam Quest dnia 18.08.2018 21:56
www.harry-potter.net.pl/images/articles/wyd2020.jpg

www.harry-potter.net.pl/images/articles/wydpro2020.jpg

www.harry-potter.net.pl/images/articles/najadminpaula.jpg

www.harry-potter.net.pl/images/articles/admingadulapaula.jpg

www.harry-potter.net.pl/images/articles/wydanieprorokaroku.jpg

www.harry-potter.net.pl/images/articles/objawienie.jpg

www.harry-potter.net.pl/images/articles/paula.png


78.media.tumblr.com/06faed4d6c3be0fab9fbd74bd1023201/tumblr_mxeds7ekEv1ru0os8o4_500.gif


SarahisSerce

funkyimg.com/i/2CwAW.jpg
 

Podziel się z innymi: Delicious Facebook Google Live Tweet This Yahoo

Przejdź do forum:
Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2021 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3.
Theme by Andrzejster
Copyright © 2006-2015 by Harry-Potter.net.pl
All rights reserved.
Wygenerowano w sekund: 4.15