Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie masz jeszcze konta?
Zarejestruj się

Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Instagram
Facebook
Shoutbox
Musisz się zalogować aby wysłać wiadomość.

Pracownik Miodowego Królestwa
20.10.2020 12:50
ja właśnie niestety nie będę się mogła urywać wcześniej, bo będę miała dużo pracy, pff

Niezwyciężony mag
20.10.2020 12:50
No dzień dobry Wrozka

Praktykant w Ministerstwie Magii
20.10.2020 12:44
Dzień dobry

moje życie to mem
20.10.2020 11:31
Chociaż u mnie teraz też ładne słoneczko. Gdybym nie miała tyle do robot to bym gdzieś sobie pojechała

Pracownik Miodowego Królestwa
20.10.2020 11:28
koniecznie trzeba to jakoś wykorzystać,proble
m w tym, że po pracy zostaje już coraz mniej dnia

Współpraca
Najaktywniejsi

1) Prefix użytkownikaAlette

Avatar

Posiada 59576 punktów.

2) Prefix użytkownikafuerte

Avatar

Posiada 56229 punktów.

3) Prefix użytkownikaKatherine_Pierce

Avatar

Posiada 44549 punktów.

4) Prefix użytkownikaShanti Black

Avatar

Posiada 43147 punktów.

5) Prefix użytkownikaSam Quest

Avatar

Posiada 38342 punktów.

6) Prefix użytkownikaania919

Avatar

Posiada 37194 punktów.

7) Prefix użytkownikaulka_black_potter

Avatar

Posiada 36433 punktów.

8) Prefix użytkownikalosiek13

Avatar

Posiada 33345 punktów.

9) Prefix użytkownikabatalion_88

Avatar

Posiada 31890 punktów.

10) Prefix użytkownikaMarcus Clinton

Avatar

Posiada 30892 punktów.

Losowe zdjęcie
Zobacz temat
Drukuj temat
Prace uczestników Wielkiej Wojny Fan Fickowej
monciakund
To w tym temacie będą umieszczone wszystkie prace konkursowe.

1. Kolejność prac w obrębie kategorii jest całkowicie przypadkowa.
2. Po każdym etapie prace zostaną przypisane do poszczególnych autorów.
3. Prace zostały wyrywkowo sprawdzone na obecność plagiatu.
4. Prace dodane są w stanie w jakim je otrzymuje Ogarniacz. Nie poprawia on żadnych błędów stylistycznych, ortograficznych czy interpunkcyjnych. Wszelakie ingerencje dotyczyły spraw technicznych.
5.
Oceniać prace można w tym temacie.


Z dedykacją dla Nior
zapodaj.net/images/2ac8c9dd6c48d.gif

- - -

confessionsofasomedaysomebody.files.wordpress.com/2015/01/ga-mer-and-christina-dancing.gif

- - -
The human life is made up of choices. Yes or no. In or out. Up or down. And then there are the choices that matter. Love or hate. To be a hero or to be a coward. To fight or to give in. Live or die.
- - -

s14.favim.com/orig/160717/derek-shepherd-gif-gir-meredith-grey-Favim.com-4535174.gif

- - -
Don't let what he wants eclipse what you need. He's very dreamy but he's not the sun, you are.
- - -

66.media.tumblr.com/tumblr_l9mktjSej61qaao9mo1_500.gif

---
Nad przepaścią, tegoż roku
Żyraf masa się w amoku
Rodzi. Pamięć ludzka jest
Zawodna, mimo tego fiest
Tysiące, z tej okazji,
Ku jej chwale od Abchazji
Aż po Nordkapp wspominacie.
"Czyjej chwale?", się spytacie.
Jak to czyjej? Monci* naszej.
Gryfa córce, redakcyjnej
Na tym świecie ambitniejszej
Od niej nie ma. Tu rysunek,
Tam malunek i do tego
Social media. Wizerunek
Hp-neta tam kreuje, ego
Strony reperuje. Szczerze,
Bardzo, bardzo szczerze mówiąc
Człek orkiestra, żywa gwiazda.
Żyj nam wiecznie, twórz i kreuj.
Koniec, basta - taki mus i
Żyraf pasta.

---

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2016awards_pedzel.png
www.harry-potter.net.pl/images/articles/moncia.jpg


 
monciakund
PRACE I ETAPU


1. OBYCZAJOWE
- wymagana wzmianka o Polskim Ministerstwie Magii
- główna postać to pracownik Polskiego Ministerstwa Magii
- Dodatkowo, w zadaniu należy co najmniej 3 razy użyć słowa: ARGUMENTACJA - dopuszczona odmiana przez przypadki

PRACA A - Syriusz32


Zdania są podzielone


Po obudzeniu się, leżał jeszcze kilka minut wpatrując się w sufit i obserwując pająka, który leniwie wędrował po uwitej podczas jego snu sieci. Zdawał sobie jednak sprawę, że ta cudowna chwila błogości, którą teraz przeżywa, musi minąć, jeśli chce zdążyć do pracy. Wstał więc z łóżka, które zaskrzypiało niby równie niezadowolone z faktu, że zostało porzucone co on, powłóczył niechętnie nogami na drugi koniec swojego pokoju i otworzył drewnianą szafę znajdującą się przy drzwiach. Poza nią i łóżkiem, które stało w rogu, w pomieszczeniu znajdowały się jedynie biały niegdyś stolik nocny z licznymi plamami po kubku oraz biurko, które uginało się, zawalone stosem papierów z ministerstwa. Gdy już wybrał odpowiedni strój, ruszył w kierunku łazienki. Tam wziął szybki prysznic, po którym założył bieliznę, spodnie i narzucił koszulę. Potem umył zęby i dopiął guziki, szukając przy tym ewentualnych plam po paście, aż w końcu był gotowy do wyjścia. W korytarzu połączonym z kuchnią chwycił marynarkę, zaklęciem doprowadził łóżko do porządku, założył buty i zerknął w lustro, aby upewnić się, że wszystko jest na swoim miejscu. Półbuty oraz spodnie na kant w granatowym kolorze i nieco wymięta, biała koszula z naszywką "Adam Nowak". Już pogodził się, że nie będzie dobrze wyglądał w garniturze, bo ten wisiał na nim jak na wieszaku. Schylił się więc do zbyt nisko powieszonego lustra, aby zobaczyć swoją niedobudzoną twarz z brązowymi, rozczochranymi włosami. Wyciągnął z kieszeni marynarki grzebień, przejechał nim po głowie, ale widząc, że ten zatrzymał się na splątanych włosach, zaniechał dalszych prób. Wyszedł z mieszkania i minął na klatce młodą, ciemnowłosą czarownicę, która wracała ze spaceru ze swoim przypominającym owczarka psidwakiem Edisonem. Wymienił grzeczne "dzień dobry" i ruszył w dół krętych schodów. Póki co, dzisiejszy dzień doskonale wpisywał się w jego rutynę, ponieważ mniej więcej właśnie tak wyglądał każdy poranek od roku, kiedy rozpoczął pracę w Polskim Ministerstwie Magii.
Szedł chodnikiem składającym się z krzywo położonej kostki brukowej i przechylonego krawężnika, w akompaniamencie buczących ulicznych lamp, które oświetlały mu drogę, gdyż drogi pozostawały skąpane w cieniu gmachów okalających je budynków, a muskane promieniami słońca pozostawały jedynie najwyższe wieżowce i bloki mieszkalne. Miasto jeszcze spało, na ulicach nie było żywego ducha, jeśli nie liczyć dwóch kotów walczących o upolowanego wróbla, które i tak uciekły do najbliższego zaułka, gdy tylko się zbliżył. Cała okolica jego kamienicy składała się głównie z budynków mieszkalnych, których balkony były skierowane w kierunku ulic, tak, aby ludzie mogli obserwować wszystko co dzieje się na zewnątrz. Było to zresztą jedno z ich ulubionych zajęć, zwłaszcza wśród starszego pokolenia. Na parterach owych mieszkań znajdowały się głównie małe sklepy. Adama od momentu wyprowadzki od rodziców dziwił fakt, że znaczną częścią z nich były zakłady zajmującą się sprzedażą sukni ślubnych. Zwłaszcza, że w tych czasach młodzi ludzie, ku niezadowoleniu swoich rodziców czy dziadków, małżeństwo odkładali na później.
Swoje kroki kierował od razu w stronę najbliższej placówki handlowej z zielonym szyldem. Była to mugolska sieć sklepów, w której znajdowały się wejścia do ministerstwa. Rozciągała się po całym mieście, co znacząco ułatwiało pracownikom dotarcie na miejsce. Z początku rozwiązanie to wzbudzało wiele kontrowersji. Spora część magicznej społeczności używała argumentacji, mówiącej o tym, że szansa na wykrycie jest zbyt duża w przypadku takiej metody, jednak wystarczyło ulokować czarodziejów na odpowiednie stanowiska i ryzyko zdemaskowania spadało niemalże do zera.
Szybko dotarł do sklepu, w którym mimo bardzo wczesnej pory napotkał klienta, najprawdopodobniej mugola. Kiwnął głową do niskiego chłopaka z plecakiem podróżnym i siwego pana w koszulce z logiem sklepu, który stał za ladą. Nowak postanowił wykorzystać, że nie jest tu sam i kupić sobie coś do jedzenia w ramach śniadania, nad które zazwyczaj przedkładał kilka dodatkowych minut snu. Chwycił w miarę świeżego rogala i ustawił się w kolejce za młodym nabywcą porannej, czarnej kawy. Gdy tylko tamten dokonał zakupu i oddalił się nieco, Adam pokazał kasjerowi zdobiony, srebrny pierścień na swoim palcu - znak rozpoznawczy ludzi z ministerstwa. Znał się z pracownikiem niemalże od roku, jednak tamten wciąż wymagał od niego tej procedury. Chłopak zastanawiał się, czy nieufność starszego pana wynika z jego wieku, czy doświadczeń. Uznał, że raczej to pierwsze, w końcu w tym kraju większość starych ludzi jest negatywnie nastawiona do nowości. Sprzedawca przyjrzał się dokładnie jego dłoni, po czym kiwnął głową, przyzwalając na przejście na zaplecze. Było to niewielkie pomieszczenie, które zajmował nieduży stolik z dwoma krzesłami, szczotka, mop oraz różne, kolorowe środki do czyszczenia z krzykliwymi etykietami. Poza zwykłym wyposażeniem sklepowym, przy jednej ze ścian stały zielone, metalowe szafki przylegające do siebie. Podszedł do jednej z nich i przyłożył do zamka pierścień, po czym usłyszał charakterystyczny zgrzyt, świadczący o tym, że drzwiczki można już otworzyć. I faktycznie, te uchyliły się lekko, ukazując swoje wnętrze. Z pozoru pusta, nie przyciągała niczyjej uwagi, a przedmiotem, po który przeszedł chłopak, nikt by się nie zainteresował. Mowa tu o drucianym wieszak, łudząco przypominającym te, we wszystkich pozostałych szafkach. Nowak wziął głęboki wdech, złapał go mocno, aby za chwilę szarpnąć z całej siły i słysząc już jakby z oddali trzaśnięcie zamykanych drzwiczek.
Był przyzwyczajony na tyle, że daleko mu było do wymiotów, ale pożałował zjedzonego rogala. Teleportacja nadal pozostawała jednym z najmniej lubianych rodzajów transportu, jednak nie miał żadnej, lepszej alternatywy, więc musiał znosić to małe, codzienne poświęcenie.
Do współdzielonego biura prowadził wąski korytarz z drzwiami po obu stronach, w którym nie dało się nie czuć wrażenia zbędnego przepychu. Na ziemi znajdował się czerwony, zdobiony dywan doskonale tłumiący kroki, a czarne ściany, przyozdobione złotymi wzorami, wzbogacone zostały o wiszące co kilka metrów obrazy w pozłacanych ramach. Wszystkie drzwi wyglądały niemalże identycznie - masywne, dębowe, z mosiężną kołatką w kształcie głowy orła w centralnej części. Różniły się jedynie tabliczkami z opisem pomieszczeń. Całość wyglądała dosyć staroświecko, jednak spełniała swoje główne zadanie - robiła wrażenie. A przynajmniej z zewnątrz, bo po przekroczeniu progu otoczenie robiło się mniej imponujące.
Tapety z pewnością pamiętające lepsze czasy, od dawna nie zostały wymienione, podobnie jak biurko, które trzeszcząc pod naporem sterty papierów, nieustannie walczyło o przeżycie. Szanse na zmianę takiego stanu rzeczy były raczej niewielkie. Mimo tego, że to właśnie on i jego przełożony, który stał teraz przy imitacji okna znajdującej się naprzeciwko drzwi, zajmowali się zarządzaniem i wydawaniem sprzętu do odpowiednich biur i wydziałów, nie mogli nic z tym zrobić, ponieważ na wszystko potrzebne było pozwolenie z góry.
Był to męczący układ, na który prawie nikt nie miał wpływu. Co więcej, nie było nawet wiadomo, kto konkretnie miałby udzielić takiego pozwolenia. Statut ministerstwa składał się z kilkuset stronic, na których znajdowały się słowa, które dawno wyszły z użycia, a same reguły odnosiły się do innych punktów regulaminu tak często, że tworzyły przypadki nieskończonych się pętli odwołań. Skutek tej sytuacji był taki, że mało kto rozumiał dokładnie jak działa prawo, co bardzo chętnie wykorzystywała władza.
- Cześć Adam - rzucił mężczyzna, odwracając się twarzą w stronę Nowaka. Był wysoki i dobrze zbudowany. Nie był stary, chociaż na skroniach miał już pierwsze oznaki siwizny, która powoli zastępowała jego naturalny, brązowy kolor włosów.
- Cześć - odpowiedział krótko chłopak, wystawiając rękę do uścisku, który tamten od razu odwzajemnił.
Borys Kowalski wprowadził Adama w rytm pracy ministerstwa. Od początku współpracy pozostawał najbardziej życzliwą osobą, która na każdym kroku pokazywała, że jest godna zaufania. Jako przełożony faktycznie starał się przekazać wiedzę i sposoby na rozwiązywanie problemów, a także czynami udowadniał, że ma po prostu dobre intencje, gdyż wszystkie sukcesy przynoszą im obopólną korzyść. Jednak tym razem coś było inaczej. Kowalski ubrany był w płaszcz podróżny, w lewej ręce trzymał różdżkę, a za plecami lewitowała jego skórzana aktówka.
- Muszę pilnie wrócić do domu - oznajmił, bez zbędnych wytłumaczeń. Adam zdawał sobie sprawę z tego, że bez poważnego powodu, nie zostawiłby go samego. Nie zamierzał jednak przeprowadzać przesłuchania z jego prywatnych spraw, więc zapewnił jedynie, że poradzi sobie bez wsparcia i usiadł za biurkiem, obserwując wychodzącego w pośpiechu szefa.
Różdżką przeniósł część papierów na ziemię, dzięki czemu stół nabrał bardziej prostych kształtów i nie groził złamaniem się w każdej chwili. Wniosek o nowe kociołki, pakiet piór, braki proszku fiuu... Zanim jednak zdążył cokolwiek wypełnić, drzwi otworzyły się i wszedł przez nie wyraźnie poirytowany pracownik ministerstwa, którego Adam widział po raz pierwszy. Sumiasty wąs drżał mu niebezpiecznie, a żyłka na czole pulsowała jakby miała zaraz wybuchnąć. Za nim wpadło dwóch innych czarodziejów, którzy wymachiwali rękami przekrzykując się przy tym wzajemnie. "Złodzieje", "Prostaki" czy "Chamska Hołota", to tylko niektóre ze słów, które wyłapał Nowak. Gdy już myślał, że chaos, jaki wywołało nagłe wtargnięcie urzędników, nie może być większy, do gabinetu wleciało dwadzieścia skrzypiących, metalowych klatek z sowami, które ułożyły się w dwie piramidki w rogu pomieszczenia.
- Co się tutaj dzieje? - spytał Adam zdenerwowanego pracownika z wąsem, który oparł się o jego biurko. Pozostali dwaj kłócili się dalej, przedstawiając swoją wątpliwej jakości argumentację.
- Wydział fałszerstw właśnie przejął chmarę sów, które trzeba gdzieś przydzielić - mężczyzna mówił szybko, mając wyraźnie dość już całej tej sytuacji.
- I co ja mam z tym wspólnego? - dopytał chłopak niepewnie.
- Właśnie to biuro odpowiada za takie przypadki - wyjaśnił. - Zostawiam cię z tym, najlepiej jakbyś szybko rozwiązał ten konflikt - dodał po chwili, a następnie obrócił się na pięcie i wyszedł szybkim krokiem.
Gdy tylko opuścił pomieszczenie, pozostali doskoczyli do biurka, łypiąc na Nowaka jak psy na smakowitą kość.
- Dzień dobry, nazywam się Żebro, jestem z Urzędu Paradoksów i Sprzeczności - wyrzucił z siebie na jednym tchu starszy z nich, łapiąc rękę Adama i machając nią energicznie. Był dosyć niski i nosił okulary w prostokątnych oprawkach. Drugi widocznie nie chciał pozostać w tyle z grzecznością, więc wyszarpnął prawicę chłopaka i również potrząsnął.
- Chatka, Komisja Obronna. Niezwykle miło mi pana poznać - powiedział cały czas się uśmiechając. Na głowie została mu reszta włosów, co podkreślało jego odstające uszy.
Z tego co zdążyli powiedzieć zanim wrócili do potyczki słownej, Nowak zrozumiał, że każdy z nich uważa, że nowe sowy są im niezbędne. Byli zgodni tylko co do jednej rzeczy, że nie można pójść na kompromis i druga strona nie zasługuje na dostanie absolutnie niczego.
- Oni chcą wszystko zagarnąć dla siebie! - zwrócił się bezpośrednio do chłopaka łysy czarodziej.
- Bzdura! - odkrzyknął natychmiast ten w okularach. - Rozdamy te sowy najzdolniejszym dzieciom w kraju!
- Tak? To my oddamy dzieciom i dorzucimy zapas karmy!
- To my damy jeszcze pióra!
- A my klatki!
Jedyne czego potrzebował to chwila spokoju. Popełnił jednak drugi raz ten sam błąd co wcześniej - nie docenił zdolności ministerstwa do tworzenia chaosu. Gdy tylko pomyślał, że gorszego bajzlu nie da się zrobić, drzwi pomieszczenia otworzyły się z hukiem i wpadli przez nie następni pracownicy urzędu Paradoksów i Sprzeczności oraz Komisji Obronnej, którzy najwyraźniej usłyszeli o konflikcie i postanowili wtrącić swoje trzy grosze. To była granica. Niemalże dziesięć krzyczących na siebie wzajemnie osób i dwadzieścia skrzeczących sów było czymś, na co młody pracownik ministerstwa nie był przygotowany. Ominął grupę walczących zajadle między sobą czarodziejów i chwycił za klamkę. Zdążył usłyszeć jeszcze zwroty "siadaj, kurduplu" oraz "te sowy nam się po prostu należą", a zaraz po tym drzwi trzasnęły z hukiem.
Dopiero teraz mógł spokojnie odetchnąć. W biurze ze względu na dużą ilość osób zaczynało brakować powietrza, a tutaj głęboki wdech nie był problemem. Było nim to, że nadal nie miał rozwiązania w kwestii sów. Skierował głowę w lewo, gdzie dostrzegł obraz, na którym namalowany był niuchacz. Próbował właśnie rozebrać na części zegarek kieszonkowy i tylko co jakiś czas zerkał w stronę obserwującego go chłopaka. Na dole widniał tytuł: "Strata czasu", a z boku drobne literki K.L., które Adam uznał za inicjały autora.
- Tak, to kompletna strata czasu - mruknął sam do siebie, wpatrując się w błyszczące futro stworzenia. - Wrócę tam i powiem, że chcę porządnej argumentacji, a nie jedynie plucia jadem na drugą stronę - zapewniał sam siebie, nabierając przy tym wiary w słuszność swojej decyzji. Odwrócił się, nacisnął klamkę i pchnął drzwi. Użył zaklęcia sonorus, po czym ryknął:
- CISZA! Proszę o formalny wniosek albo porządną argumentację, inaczej sowy zostaną w biurze! - Po tych słowach nastąpiła kilkusekundowa cisza. Ludzie spojrzeli po sobie, aż w końcu głos zabrał jeden z czarodziejów.
- Ale jakie sowy?


PRACA B - Klaudia Lind


"Karma wraca"


Cisna, niewielkie miasteczko położone w Bieszczadach, było idealnym miejscem dla ludzi chcących spędzić życie z dala od wielkomiejskich aglomeracji. W wakacje największymi atrakcjami były tu piesze górskie wycieczki, małe stragany z pamiątkami oraz kafejki z kawą i ciastkami. Byli też tacy, choć należeli do znacznej mniejszości, których wyjątkowo interesowała stara budka do robienia zdjęć. Jedną z takich osób była Wiktoria Lesiak, która codziennie, około godziny dziesiątej, wchodziła do kolorowego fotodomku. Znikała na kilka godzin, a po godzinie
szesnastej wychodziła z budki, bynajmniej nie robiąc sobie ani jednego zdjęcia.

Wiktoria pracowała w Polskim Ministerstwie Magii, jako Zastępca Dyrektora w Departamencie Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami w oddziale w Cisnej. Fotobudka od lat służyła jej i kilkoro innym czarodziejom jako winda, prowadząca do korytarzy Departamentu.
W ciągu pięciu minut kobieta była już w swoim gabinecie, piętnaście metrów pod ziemią. Czekała na nią Elżbieta Nowakowska, pani sekretarz oraz jej dobra koleżanka w jednej osobie.
- Cześć - przywitała się Wiktoria, rzuciła torebkę na swoje biurko i odpaliła komputer. Zerknęła w lustro i związała ciemnobrązowe włosy w koński ogon. Wygoda przede wszystkim.
- Cześć, zdążyłam już zrobić obchód - odpowiedziała Ela, machając teczką pełną papierów.
- Przepraszam, że tyle czekałaś, ale w domu miałam totalny młyn. Konrad zgubił swoją różdżkę, Anię rozbolał brzuch po czekoladowych żabach, a Nikola... - Wiktoria przypomniała sobie niemiłą rozmowę z piętnastoletnią córką i zrezygnowała z opowiadania. - Szkoda gadać.

Konrad Lesiak był mężem Wiktorii, o dziesięć lat od niej młodszym muzykiem, Ania siedmioletnią córeczką, podążającą artystycznymi śladami tatusia. Wiktoria za rok kończyła czterdziestkę, a od piętnastu lat pracowała w tym samym miejscu, starając się o posadę Dyrektora Departamentu. Elżbieta natomiast była niezastąpioną pomocą nie tylko w pracy, ale także w rozmowach o życiu.
- Hejka. Nie tłumacz się, Dawida nie ma. - Sekretarka miała na myśli ich szefa. - Co do Nikoli, to może trochę jej odpuść? W końcu są wakacje.
Wiktoria nastawiła czajnik i wsypała dwie łyżeczki kawy do kubka z logo Ministerstwa.
- Ela, za niecałe dwa miesiące moja córka wyjedzie do Hogwartu i będzie za późno by porozmawiać o jej przyszłości. Wiesz, że ona chce zostać Aurorem? Jestem pewna, że robi mi to po złości.
- Przesadzasz - podsumowała Elżbieta i podała koleżance ciastko. - Nie tak dawno temu byłam w jej wieku i pamiętam, jak to jest. Im bardziej naciskasz, tym gorzej, wierz mi.
- taka argumentacja do mnie nie przemawia - ucięła temat Wiktoria.
- ok, jak chcesz. Co do roboty...niestety szykuje się ciężki dzień - powiedziała Ela, marszcząc wypielęgnowane brwi. Była jak zawsze ubrana bardzo kobieco. Miętowa sukienka z lejącego się materiału nie zdradzała żadnych oznak niepotrzebnych kilogramów. Długie blond włosy upięła
we francuski warkocz. Wiktoria miała na sobie koszulkę na ramiączkach, krótkie spodenki i trapery. Strój godny kogoś, kto łapie po lasach mantikory i hipogryfy.
- Rano dostaliśmy anonimowy telefon - kontynuowała Ela, siadając jednym pośladkiem na swoim biurku. - Ktoś zgłosił, że pod barem stoi podejrzana klatka przykryta plandeką, z której dochodzą dziwne odgłosy. Gość był na tyle odważny, bądź głupi, że zajrzał pod nią. Od razu wyciągnął telefon, aby powiadomić Ministerstwo. Stwierdził, że powinniśmy być tym zainteresowani.
Wiktoria machnęła różdżką w stronę wielkiego wiatraka i przyjęła jego chłód z ulgą. Przy temperaturze powyżej dwudziestu ośmiu stopni nie umiała się skupić.
- Co było w klatkach? - Zapytała szczerze zaciekawiona. Może i była przemęczona życiem, ale lubiła swoją pracę, w której obcowała głównie ze zwierzętami.
- Osiem feniksów.

Poszły do pomieszczania znajdującego się na tyłach Departamentu. Było to dobrze schłodzone miejsce z klatkami umieszczonymi po obydwu stronach przedniej części hali. Przebywały w nich tymczasowo różne fantastyczne zwierzęta, czekające na swoich nowych właścicieli, lub transport do specjalistycznych hodowli. Drugą część stanowiły zamykane szafki z pokarmem, opatrunkami, lekami i zabawkami dla podopiecznych. Wiktoria kochała zwierzęta i starała się jak najbardziej umilić im czas spędzony w niewoli. Niestety ostatnio sprawy zaczynały wymykać się spod kontroli. W ciągu jednego miesiąca Departament przejął dwa niuchacze, dziesięć nieśmiałków, jednego przegłodzonego zouwu, ciężarnego żmijoptaka, parę wozaków oraz traszkę dwuogonową, która pływała leniwie w sporym akwarium. Wszystkie zwierzęta zostały przechwycone z czarnego rynku, który jakimś cudem wypłynął w Cisnej.
Ten miesiąc był niezwykle trudny dla Departamentu, gdyż działając jedynie lokalnie, nie posiadali zbyt wiele miejsca dla zwierząt. Po zakwaterowaniu odnalezionych feniksów okazało się, że wszystkie klatki są zajęte. Do tej pory nigdy im się to nie zdarzyło.
Wiktoria dokładnie przyglądała się każdemu zwierzęciu, zatrzymując się dłużej przy tych przywiezionych dzisiaj.
- Dlaczego w tej klatce są dwa feniksy? - zapytała Wiktoria podniesionym tonem.
- jak widzisz, zabrakło miejsca.
- To wiem, ale czemu jeden z nich nie został przeniesiony do hodowli feniksów w Ustrzykach Dolnych?
Twarz Elżbiety spochmurniała. Nie miała dla przyjaciółki dobrych wieści.
- Powiedzieli, że mają jakąś epidemię i nie mogą przyjmować ani wydawać zwierząt. Korytarz został zamknięty. Tak samo jest w oddziale Dolnośląskim.
Wiktoria wstrzymała oddech, ale zaraz się rozluźniła. Jedno spojrzenie w wielkie, czarne oczy zwierzęcia zadecydowało. Nie mogłaby postąpić inaczej.
- Przygotuj mi transporter, biorę go do domu.

- Locomotor - wyszeptała Wiktoria, stojąc u progu schodów kamienicy, w której mieszkała. Miała nadzieję, że żaden wścibski sąsiad nie uchyli drzwi, by zobaczyć bezszelestnie lewitujący nad stopniami wielki transporter. Feniks spał smacznie, ugodzony niegroźnym zaklęciem.
Niezauważona dotarła na drugie piętro i weszła do mieszkania. Nikt jej nie przywitał, co ją wcale nie zdziwiło. O tej godzinie jej mąż zwykle siedział w wygłuszonym pokoju muzycznym z młodszą córeczką, a starsza córka Nikola spędzała czas u swojej przyjaciółki.
Ledwo ściągnęła buty, usłyszała ciche popiskiwanie wydobywające się z transportera. Nie zwlekając, skierowała kroki prosto do pokoju muzycznego. Tak jak sądziła, jej mąż, z zamkniętymi oczami i słuchawkami na uszach grał na gitarze. Obok niego siedziała śliczna mała czarnowłosa dziewczynka z mikrofonem.
- Cześć mamusiu! - wykrzyknęła nieco za głośno i pociągnęła tatę za rękaw, by spojrzał w stronę drzwi.
- Hej kochanie - powiedział, spuszczając słuchawki na szyję. Widząc transporter, uniósł wysoko brwi. - Co to jest?
Wiktoria postawiła pudło na środku pokoju i zamknęła za sobą drzwi. Wiedziała, że Konrad nie będzie zadowolony. Uważał, że jego żona za bardzo angażuje się w swoją pracę, podchodzi do niej zbyt emocjonalnie, a tym razem posunęła się jeszcze dalej. Żałowała, że nie zadzwoniła uprzedzić Konrada. Otworzyła drzwiczki.
- Ptaszek! - krzyknęła Ania, młodsza córeczka.
- To jest feniks skarbie. Pamiętasz, jak ci czytałam o... - zaczęła Wiki, ale mąż jej przerwał.
- Dlaczego go tu przyprowadziłaś?
Obserwując, jak zwierzę powoli wychyla łebek z pudła, opowiedziała mężowi całą sytuację. Słuchał jej uważnie, pilnując, by dziewczynka nie dotykała feniksa.
- Co na to Dawid? - zapytał Konrad. - To chyba nie jest codzienność, że zabiera się fantastyczne
zwierzę do domu.
- zostawiłam mu notatkę na biurku.
- I to wystarczy? - zdziwił się.
- Oh, będzie mi wdzięczny, że pozbyłam się kłopotu.
- Kochanie wiem, że chcesz dla tych zwierząt najlepiej, ale gdzie go będziemy trzymać? I przez jaki czas? Przemyślałaś to w ogóle?
Faktem jest, że Wiktoria tego w ogóle nie przemyślała i teraz kombinowała na poczekaniu.
- Musi zostać w tym pokoju, bo tylko tu nie będzie go słychać. To potrwa najwyżej tydzień, w poniedziałek wysyłamy żmijoptaka do kliniki na rozwiązanie i zwolni się klatka.
- a gdzie ja mam ćwiczyć? Przecież wiesz, że nagrywam album.
- Możesz grać u Patryka, w końcu razem go tworzycie - odpowiedziała cierpliwie.
Patryk był współzałożycielem zespołu rockowego, w którym Konrad grał pierwszą gitarę.
Wiktoria obserwowała męża, jak przymyka oczy. Widziała, jak próbuje zapanować nad oddechem i przykładając dłonie do skroni, zastanawia się. Czuła, że rozmowa nie dobiegła końca.
- Wiki, ja wiem, że praca jest ważna, ale to ci nie pomoże w karierze...
- To nie o to chodzi - oburzyła się Wiktoria. - Nigdy nie słuchasz moich argumentacji! To jest żywe zwierzę, które potrzebuje naszego wsparcia!
- Co to jest argumentacja? - wtrąciła Ania, ale nikt nie zwrócił na nią uwagi.
Twarz Konrada, zwykle przystojna i rozluźniona zrobiła się napięta.
- Zawsze obawiałem się, że w końcu do tego dojdzie, że zwierzęta zaczną być dla ciebie ważniejsze od rodziny.
Tego było Wiktorii za wiele. Poczuła się osaczona i zdradzona przez osobę, na której powinna najbardziej polegać.
- Możemy pogadać w salonie? Niech Ania pójdzie do siebie do pokoju - zaproponowała.
Konrad wyprowadził niezadowoloną córeczkę, która za wszelką cenę chciała pogłaskać "ptaszka". Wiktoria spojrzała ze łzami w oczach na feniksa i wciąż wzburzona opuściła pokój.

Kiedy weszła do salonu Konrad, stał do niej plecami i wyglądał przez otwarte okno balkonowe. Mieli przepiękny widok na gęsto zalesione zbocza gór. Słońce zaczęło się chylić ku wierzchołkowi Hyrlaty, rozpalając konary drzew ognistą czerwienią. Wiktoria pomyślała, że Nadia powinna być zaraz w domu.
- Musimy sobie coś wyjaśnić raz na zawsze - zaczęła. Serce podeszło jej do gardła. Wiedziała, że zaraz zaczną się poruszać, bo bardzo nietrwałym gruncie ich związku.
- Owszem.
- Możesz mieć pretensje, że nie dałam ci znać o feniksie. Rozumiem. Czekaj, nie przerywaj mi! Od zawsze zazdrościłam ci twojej młodości, ambicji i talentu. Tego, że jesteś taki wolny, że jesteś sam sobie szefem. Że masz tę energię, czas dla dzieci, że fanki cię kochają i że dogadujesz się z ludźmi. Ja mam swoją pracę, którą kocham. Czemu mi podcinasz skrzydła, skoro ja ci tego nie robię?
Konrad nadal się nie odwrócił, ale widziała jego drgającą żyłę na karku. Był wściekły. Atmosfera w salonie była tak napięta, że nie usłyszeli głuchego uderzenia dochodzącego z zewnątrz.
Konrad wreszcie się odezwał.
- Wiktoria, to nie może tak dłużej trwać. Ta twoja zazdrość...
Nie dokończył, bo coś dużego i czerwonego przeleciało obok niego z przeraźliwym skrzekiem i wyleciało przez otwarte okno balkonowe. Wiktoria krzyknęła, rzuciła się do przodu, ale nie zdołała złapać feniksa w porę. Konrad wybiegł na balkon, a za nim jego żona.
- Nie zamknęłaś drzwi w pokoju? - Zapytał zdziwiony, spoglądając w dół, na ulice pod blokiem.
Wiktoria nie odpowiedziała. Przyglądała się feniksowi, który poleciał ulicą nieco dalej i wylądował tuż za stojącą na jezdni furgonetką tak, że nie było go widać.
Nie czekając na męża, kobieta założyła pantofle, zbiegła po schodach wprost na ulicę. Nie wiedziała, że Konrad ruszył za nią, dopóki nie zrównali się w biegu.

To, co zobaczyli za furgonetką, zmroziło im krew w żyłach. Na jezdni leżała ich córka, Nikola. Była nieprzytomna, a jej rower leżał dwa metry dalej, wygięty w metalową koszmarną abstrakcję. Kierowca furgonetki stał przy drzwiach samochodu, a jego twarz wyglądała jak wyciosana z kamienia. Nie mógł uwierzyć własnym oczom. Nikt nie mógł. Tylko Wiktoria wiedziała, co się dzieje i szeptem poprosiła męża, aby nie podchodził.
Feniks, który uciekł z jej mieszkania, usiadł przy Nikoli i przylgnął łebkiem do jej zakrwawionej klatki piersiowej. Duże krople łez spadały wprost na ranę, a ta z sekundy na sekundę robiła się coraz mniejsza, aż wreszcie zniknęła. Nikola otworzyła oczy, usiadła i zaczęła się rozglądać. Była w lekkim szoku, ale prócz siniaka na ramieniu nic poważnego jej nie dolegało. Powoli przypominała sobie, co się stało. Jechała rowerem, jedną ręką pisała SMS-a, wjechała na ulicę i poczuła uderzenie. Straciła przytomność, a kiedy się ocknęła, patrzył na nią przepiękny, ognisty ptak. Potem zobaczyła rodziców.
- mamo! Tato! - zawołała. - Nic mi nie jest, na prawdę.
- Córeczko, gdyby nie ten feniks... - Konrad był tak zdenerwowany, że ledwo mógł mówić.
- Już dobrze tato, mogę wstać - powiedziała stanowczo, więc pomógł córce się podnieść.
Wyglądało na to, że prócz kilku siniaków rzeczywiście była cała i zdrowa.
Razem podeszli do fantastycznego zwierzęcia, głaskali jego miękkie pióra i dziękowali wzruszeni. Konrad okrył feniksa płaszczem przeciwdeszczowym, który Nikola miała w plecaku. Nie chciał, by ktoś go zobaczył. Wiktoria obserwowała ich w milczeniu, zupełnie zapominając o mężczyźnie stojącym przy samochodzie.
Dosłownie w ostatnim momencie zauważyła, że kierowca schyla się, by podnieść z jezdni podłużny przedmiot. Kobieta na szczęście okazała się szybsza.
- ja to wezmę - powiedziała, chwytając różdżkę Nikoli. - Obliviate.
Mężczyzna, ugodzony zaklęciem zapomnienia, patrzył na nią tępym wzrokiem. Następnie wzruszył ramionami, wsiadł do furgonetki i odjechał.

Rodzina Lesiaków powiększyła się o jedno fantastyczne zwierzę. Konrad był pierwszą osobą, która zadecydowała, że feniks u nich zostanie. Oddał mu do dyspozycji swój pokój, a sam wynajął mały garaż, w którym z młodszą córeczką mogli bez granic oddawać się muzycznej pasji. Nikola zaczęła więcej rozmawiać z mamą, okazało się, że fantastyczne zwierzęta są tematem łączącym pokolenia i budującym dobre relacje.
Pół roku później Wiktoria została Dyrektorką Departamentu, w którym pracowała. Szybko pozyskała dotację na rozbudowę hali dla zwierząt. Już nigdy dla żadnego nie zabrakło tam miejsca.


PRACA C - Kwieciste_Niebo


Albert Zieliński był jednym z nielicznych czarodziejów w swojej okolicy, którego rodzice zapisali do szkoły magii. Nie zmarnował tej szansy był jednym z najlepszych uczniów Dumstrangu. Dla wszystkich było oczywiste, że pisana jest mu wielka przyszłość. Stanowisko młodszego asystenta ministra magii wydawało się idealne by zacząć jego wielką karierę w Polskim Ministerstwie Magii. Nie spodziewał się tylko, że jego praca będzie polegała na roznoszeniu wszystkim drugiego śniadania i adresowaniu kopert. Ostatecznie pracował tam już pół roku. Zdecydowanie uwłaczało to jego ambicji i powodowało frustracje, zwłaszcza, że większość urzędników miało umiejętności niewiele przekraczające jego po ukończeniu pierwszego roku szkoły a posady zdobywali dzięki znajomością. Gardził takimi ludźmi.

Dwie kanapki z majonezem i kurczakiem oraz kanapka z łososiem i strączkami do działu gier i sportów, 4 sałatki z grillowanych warzyw do działu przestrzegania prawa czarodziejów, 2 kanapki z szynką i serem do działu współegzystencji z mugolamii. I tak w nieskończoność. Jedyne, co słyszał w zamian, to, że następnym razem ma poprosić o podwójną porcję sera. Zawsze na koniec zostawiał sobie samego ministra magii. Mimo, że na drugie śniadanie najczęściej wychodził na spotkania służbowe, po powrocie lubił mieć na biurku standardową kanapkę. Mówiono, że jego 20 lat młodsza żona dopiero odkrywa tajniki gotowania i póki, co idzie jej to opornie.

Tak samo sytuacja wyglądała w pewne środowe popołudnie. Wyjątkowo zbulwersował go jeden z zarozumiałych urzędników z działu magicznych stworzeń, który nawrzeszczał na niego, ponieważ jego drugie śniadanie omyłkowo zawierało mięso. Ostatecznie posmarowany majonezem chleb wylądował na czarnej szacie Alberta zostawiając widoczną, tłustą plamę. Zdenerwowany, oraz przyzwyczajony do nieobecności ministra magii w tym czasie wszedł do jego gabinetu bez pukania i ze zdziwieniem odkrył, że nie jest on pusty. Na kolanach ministra magii siedziała szefowa działu przestrzegania prawa i zasypywała jego szyję pocałunkami. Młodego pracownika ministerstwa zamurowało. Zasłonił oczy rękoma, upuszczając pakunek z kanapką i dukając przeprosiny ruszył z zasłoniętymi oczami do wyjścia, przy okazji tucząc jakiś wazon. Ledwo opuścił gabinet i odetchnął z ulgą zobaczył w wejściu Zuzannę Kier - żonę ministra magii.

Zuzanna to delikatna blondynka, która była prawdopodobnie mniej więcej w wieku Alberta. Jej ojciec to jeden z najbogatszych i tym samym najbardziej wpływowych ludzi w Polsce. Wiele plotek mówi, że właśnie z tego powodu Ryszard Kier ją poślubił. Liczył, że względy jej ojca pomogą mu zrobić szybką karierę. Patrząc na obecną sytuację można stwierdzić, że słusznie. Nie wiadomo jednak, jakim cudem oczarował taką sympatyczną dziewczynę. Tak naprawdę to jedyna życzliwa osoba w ministerstwie. Mimo, że nie zajmowała żadnej z urzędniczych funkcji często przynosiła mężowi swoje kulinarne popisy. Tego dnia z jej siatki można było wyczuć intensywny aromat ryby. Nie zwiastowało to niczego dobrego.

Albert jak się pytał sam siebie później, czemu zrobił tak a nie inaczej to nie mógł znaleźć konkretnej odpowiedzi. Prawdopodobnie nie chciał, żeby jedyna miła dla niego osoba cierpiała. Bo z całą pewnością można było stwierdzić, że mimo ukartowania całego tego małżeństwa, ona kochała swojego męża
- Witaj Albercie, jak tam Ci mija dzień? Dalej dokarmiasz mojego misia? - przywitała się jak zwykle pamiętając, żeby obdarzyć go promiennym uśmiechem, po czym nie czekając na odpowiedź nacisnęła klamkę.
- Chyba już niedługo nie będę musiał, pachnie znakomicie - skłamał pokazując na torbę, sprawiając, że zmarła z ledwo uchylonymi drzwiami.
- Naprawdę? - Zuzanna niemal podskoczyła z radości - W takim razie musisz spróbować, to stary rodzinny przepis - zamknęła, uchylone drzwi, które do tej pory cały czas trzymała za klamkę.
- Będę zaszczycony - Uśmiechnął się, wyrzucając sobie, że mógł pochwalić jej żółtą sukienkę. - Tylko jak umrę, przekaż wszystkim, że podwójnego majonezu już nie będzie! - zażartował, kiedy podała mu porcję szarozielonej zupy.
Albert nie miał wyboru. Włożył łyżkę do buzi i użył całej swojej woli by się nie skrzywić. Jego zmagania przerwał Minister Magii, który wyłonił się ze swojego gabinetu.
- Tak właśnie myślałem, że słyszałem głos mojego króliczka! - zawołał radośnie na widok żony. - Wejdź proszę, właśnie omawiamy z Eugenią raport z przestrzegania prawa w ostatnim kwartale. - Po czym spojrzał na Alberta i zupę, którą trzymał. - Co tak śmierdzi? Posprzątaj to!
- To nowa zupa pana żony, powinien pan spróbować! To kulinarne dzieło sztuki. -Podał mu miskę zanim wszyscy zniknęli na powrót w gabinecie a Minister był zbyt zaskoczony by się sprzeciwić.

Albert miał ochotę walić głową w ścianę. Nie dość, że przyłapał szefa na zdradzaniu żony to jeszcze wcisną mu niejadalną zupę. Zastanawiał się, która argumentacja znajdzie się na jego zwolnieniu. Dodatkowo był na siebie zły, że okłamał Zuzannę.

Następnego dnia rano, ledwo Albert usiadł przy biurku i zabrał się za adresowanie kopert, minister osobiście poprosił go do swojego gabinetu. Chłopak spodziewał się tego, już wczoraj przygotował sobie nawet, co powie, gdy minister przekaże mu wypowiedzenie. Zamierzał też wysłać sowę Zuzannie i poinformować ją o zaistniałej sytuacji. Zawsze jest lepiej wiedzieć. Minister wskazał mu krzesło naprzeciwko biurka i zaproponował herbatę, po czym sam zajął swój fotel.
- Tak więc... - zaczął minister - Słyszałem jak wczoraj mnie kryłeś. Bardzo doceniam taką lojalność. Jednak podejrzewam, że taka pomoc ma swoją cenę. Omińmy wszystkie gierki i przejdźmy od razu do negocjacji. Co mogę ci zaproponować?
- Hmm...- Albert był w szoku. Takiego obrotu spraw się nie spodziewał. Zaczął gorączkowo się zastanawiać o jak wiele może poprosić. Ostatecznie uznał, że to jego szansa by zrealizować wszystkie swoje idealistyczne wizje, które snuł nocami przed snem. - Chciałbym zostać szefem działu - odparł udając pewność siebie.
- Którego? - Minister nie miał oporów by zwolnić, któregokolwiek z szefów działów byle ochronić swoje stanowisko.
- Edukacji magicznej - odparł Albert, widząc zdziwienie na twarzy ministra kontynuował - Wiem, że na razie nie ma takiego działu. Chciałbym go stworzyć. Widziałem jak wygląda edukacja za granicą. W Polsce rodzice uczą dzieci tylko tego, co uznają za słuszne i co sami umieją a testy potwierdzające edukację zda każdy, kto nie jest charłakiem. Należy to uregulować a ja mam wiele pomysłów jak to zrobić.
- Ciekawa propozycja - podsumował minister, który sam nie wiedział, co na ten temat sądzi. Cieszył się jednak, że niewygodny chłopak sam znalazł sobie miejsce niewymagające ofiar. - Mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę, że to nie jest zmiana, którą mogę wprowadzić z dnia na dzień - spojrzał na chłopaka badawczym spojrzeniem, po czym nie widząc sprzeciwu na jego twarzy kontynuował - Przygotuj mi trzy wstępne propozycje dekretów, żebym miał jakąś argumentację dla mediów a potem w zależności od opinii publicznej przystąpimy do realizacji. Pasuje ci taki układ? - przedstawił plan, coraz bardziej przekonując się, że to jest dobry pomysł.
-Pasuje!- przytaknął Albert, sam nie wierząc, jakie ma szczęście. Już niedługo zacznie realizować swoje marzenia.

Miesiąc później Albert wprowadzał się do swojego gabinetu. Nie był duży, był to odświeżony schowek znajdujący się pomiędzy działami magizoologii oraz gier i sportów. Ledwo mieściły się w nim trzy biurka, dla niego oraz jego dwóch przyszłych pracowników, oraz regał na dokumenty. Z dumą przytwierdził plakietkę informacyjną na drzwiach a następnie usiadł na swoim fotelu i ponownie przeczytał artykuł w państwowej gazecie - informatorze codziennym, o utworzeniu nowego działu odpowiedzialnego za kształcenie młodych czarownic i czarodziejów. Był rozczarowany, że wszystkie jego pomysły zostały przypisane ministrowi magii, jednak uznał, że nikt się nie spodziewał takiego geniuszu po młodym asystencie a minister pewnie nie chciał wzbudzać podejrzeń.

W ciągu kolejnych dni Albert zajął się rekrutacją pracowników. Potrzebował pomocy w wprowadzeniu prawdziwej rewolucji w świecie edukacji. Ku jego zdumieniu i niezadowoleniu ministra magii swoją kandydaturę zgłosiła Zuzanna Kier. Ojciec zapewnił jej edukację w Ilvermorny, dzięki czemu miała inne, przydatne doświadczenia z etapu edukacji. Kolejne biurko przypadło Lidii Bez. Była to nieco starsza kobieta, która uczyła w domu czwórkę swoich dzieci i miała wiedzę z pierwszej ręki, co w tym systemie funkcjonuje prawidłowo a co nieco gorzej.

Miesiące wspólnej pracy z Zuzanną zbliżyły ich do siebie. Stali się przyjaciółmi z prawdziwego zdarzenia. On uwielbiał patrzeć jak zawijała włosy na linkę myśląc nad rozwiązaniem jakiegoś problemu oraz jak rumieniła się, gdy chwalił jej pomysły. Czasem przyłapywał się, że zamiast pracować przyglądał się jej. Zastanawiał się, dlaczego jej mąż ją zdradza. Była ucieleśnieniem ideału: delikatny, dziewczęcy wygląd połączone z ponadprzeciętną inteligencją i sporym poczuciem humoru.

Po niemal roku pracy dział Edukacji ostatecznie wprowadził szereg dekretów szczegółowo regulujący program nauczania, obowiązkowych lektur i testów potwierdzających przyswojenie wiedzy. Był to ich dzień świętowania, otworzyli szampana i cieszyli się sukcesem. Pani Lidia, skorzystała z okazji i wyszła wcześniej do domu a Zuzanna oraz Albert wspominali najciekawsze historie z czasów szkolnych.
- Kiedy, cię zobaczyłam od razu wiedziałam, że jesteś inny niż ta reszta zarozumialców - zaczęła Zuzanna - że jesteś taki sam jak ja - była już trochę pijana
- że na wszystko ciężko pracujemy zamiast liczyć na znajomości? - zapytał równie pijany Albert
- Nieee! - zaprzeczyła - że chodziliśmy do szkoły - zachichotała- jak się ma mojego ojca to nie da się na wszystko zapracować.
- Szkoda, że nie do jednej - wziął kolejny łyk szampana - może miałabym, z kim chodzić na szkolne potańcówki.
- A ja może bym nie wyszła za mąż za tego buraka - szybko zrozumiała, co powiedziała, po czym się zaczerwieniła a Albert zachęcony tymi słowami pokonał dzielącą ich odległość
- Gdybym znał cię wcześniej na pewno nie wyszłabyś za tego buraka - pogładził ją kciukiem po policzku - nie spojrzałabyś nawet na niego - zapewnił, po czym ją popchnął w stronę ściany i pocałował.

Rozum resztkami trzeźwości podpowiadał, ze zaraz dostanie od niej twarz, więc tym bardziej się zdziwił, kiedy zarzuciła mu ręce na szyję, przyciągnęła do siebie i odwzajemniła pocałunek. Czuł się wspaniale, trzymał w dłoniach wszystko to, czego od zawsze pragnął. Chwilę przerwała sowa, która wleciała przez uchylone okno i upuściła na nich najnowszy numer informatora codziennego. Zuzanna uświadomiła sobie, co zrobiła, rzuciła szybkie przeprosiny, zabrała swoje rzeczy i pośpiesznie opuściła gabinet. Albert ciężko westchnął, dopił resztkę szampana prosto z butelki a następnie usiadł w swoim fotelu i otworzył gazetę ciekawy reakcji prasy na jego rewolucję.

Wielki sukces ministerstwa

Nareszcie młodzi czarodzieje i czarownice z Polskich rodzin będą mieli podobną wiedzę do rówieśników z innych krajów, mimo braku szkoły magii. Nowo stworzony dział edukacji magicznej pod przywództwem samego ministra magii Ryszarda Kiera uregulował wszystkie kwestie związane z edukacją Polskich dzieci. Minister pytany o komentarz powiedział skromnie, że dzieci to nasza przyszłość i będzie dbałby mogły zastąpić nas w przyszłości i poprowadzić Polskich czarodziei ku wielkim osiągnięciom. Z niecierpliwością czekamy na kolejne postępy w tej kwestii. Wszystkie wprowadzone zmiany można znaleźć z dołączonym biuletynie.


Młody pracownik ministerstwa nie wierzył w to, co czytał. Minister magii przypisał sobie wszystkie jego zasługi. Wściekły chwycił gazetę i ruszył prosto do gabinetu głowy państwa nie wysilając się nawet na pukanie. Ryszarda Kier nie zdziwiło to wtargnięcie, wręcz na jego twarzy był nikły uśmiech satysfakcji, kiedy Albert rzucił mu na biurko najnowszy numer informatora codziennego.
- Twoje pomysły okazały się wielkim sukcesem, myślałem, że się ucieszysz- zadrwił z niego minister.
- Tak wielkim sukcesem, że musiał go pan przypisać sobie? - zirytował się Albert - Oczekuję sprostowania w jutrzejszym wydaniu, inaczej Zuzanna dowie się o pańskich zdradach! - zdenerwowany młodzieniec nie przemyślał swoich słów. Czując się jak pan sytuacji odwrócił się i zmierzył w stronę wyjścia. Jednak zatrzymało go chrząknięcie ministra.
- Zuzanna wniosła pozew o rozwód. Podobno zakochała się w kimś innym. - Minister zmierzył go spojrzeniem, sprawnie odczytując reakcję chłopaka by potwierdzić swoje podejrzenia. - Jak myślisz, jak się poczuje, kiedy się okaże, że jej wielki przyjaciel cały rok wiedział o zdradach jej męża i zamiast jej powiedzieć wykorzystał te informacje by szantażem dopiąć swego? - Ryszard Kier nie miał skrupułów. - Myślisz, że zmienianie świata będzie wystarczającą argumentacją? Przyznam szczerze, że nie sądzę. Przeprowadzisz drugi etap swojej rewolucji, a jak nie będziesz grzeczny to może gdzieś małym drukiem pojawi się nawet twoje nazwisko. - Minister uśmiechnął się widząc zagubienie Alberta. - Możesz odejść - Różdżką otworzył mu drzwi ostatecznie go wypraszając.

Albert był zły na siebie, że dał się podejść jak dziecko. Gdyby trzymał się swoich zasad i do wszystkiego dążył ciężko pracą, tak jak zamierzał na początku nikt nie zbierałby teraz pochwał za jego osiągnięcia. Stał się pionkiem w grze, w której póki, co słabo rozumiał zasady. Miał jednak pewność, ze to jeszcze nie koniec. Przegrał bitwę, ale wygra wojnę. Minister magii ma się, czego bać.


2. POEZJA
- Autor musi wcielić się w rolę Minervy McGonagall, która pod postacią kota siedzi na murku obok domu przy Privet Drive w dzień śmierci Potterów
- Historia może zawierać także inne wydarzenia, które działy się przed tym jak się tam znalazła, jednak ich długość nie może przekraczać 1/4 całej pracy
- Autor musi opisać jakie wrażenie wywarli na McGonagall Dursleyowie
- Praca musi zawierać dokładny opis otoczenia oraz wrażeń jakie doświadczała nauczycielka jako kot.
- W opowiadaniu muszą pojawić się słowa( dozwolona jest odmiana): AMBIWALENTNY, ZAGMATWANY, NIEBYWALE, NOBILITACJA

PRACA D - Anastazja Schubert


Siedzę na murku już drugą godzinę
i czekam na Dumbledore'a.
Przez okno widzę Dursley'ów rodzinę,
ni śladu zaś profesora.

Zerkam raz po raz na tych mugoli,
lecz myślę tylko o Harry'ego niedoli.

Do jego życia z ciotką mam podejście ambiwalentne.
Ta wszędzie nosi swego jedynego syna,
który ciało ma korpulentne.
Czy Harry polubi tego kuzyna...?

Chłopcy są w podobnym wieku,
z pewnością nieraz będą się razem bawili.
Przestań się martwić, Minerwo, człowieku!
Tylko czy oni się losem Harry'ego będą trapili...?

Mężczyzna obok Petunii pewnie jest jej mężem.
Z niebywałą troską bawi się z synem,
patykami w dłoniach wymachu.ją jak orężem.
Każdy dzień z dzieckiem musi być dla niego festynem.

Ich życie od dziś będzie bardziej zagmatwane.
Albus im z pewnością wszystko wyjaśni.
Jak doszło do zabójstwa Potterów - to skomplikowane,
słowo "magia" im może trochę rozjaśni.

Mija już piąta godzina jak siedzę na murze.
Czuję w sobie dużo zwierzęcia,
bezmyślnie patrzę na podwórze
i powstrzymuję się od muchy capnięcia.

Pamiętaj, ta misja to dla ciebie nobilitacja...!
Czas wyczyścić futro.
Stop, przestań! Czemu opuszcza mnie ludzka gracja?!
Już ja sobie z Albusem porozmawiam jutro.

Za długo jestem kotem,
nie mogę się skupić na Harrym.
Jak będzie wyglądało jego życie potem
gdy stanie się czarodziejem małym?

Widzę wreszcie Albusa na rogu ulicy.
"Mogłem się tego spodziewać" huczy.
Myślę: bezczelny ten białolicy!
ale moje gardło mimowolnie mruczy.

Czas zmienić się w człowieka,
chłopiec już pewnie gdzieś na nas czeka.
Przyszłość jego jest niepewna,
lecz ja nie będę wylewna.

Jak najlepiej mu życzę
i choć w duchu krzyczę,
na głos powiem tylko otwarcie:
Do zobaczenia za 10 lat w Hogwarcie!


PRACA E - Krnabrny


Niebo znowu jest pogodne,
To takie niewiarygodne
Bywały zdarzenia tkliwe
Tak z pozoru niemożliwe...

Wierzyć ludzkiemu gadaniu?
Wszyscy w podekscytowaniu
Nikt nie myśli o Jamesie, Lily,
Jakby nigdy tu żyli
I, że dzięki niemowlęciu
Ludzkiemu przeczy pojęciu,
Wszystkie serca to porusza,
Najmroczniejsza padła dusza.

Ulica w blasku porannych promieni
Każda fasada z tych samych kamieni
Jakby magicznie to zaczarowane
Tylko tabliczki z numerem zmieniane.
Równe okna, równe dachy
Wszystko jakby z jednej blachy.
Na parapetach dziwne rośliny
Jakby wszystie z jednej rodziny.
Trawniki ładnie wszystkie przystrzyżone
Pewnie wszystkie odgnomione.
Murek na rogu ulicy
Siadłam, by przestudiować mapę okolicy.
Jegomość w garniturze, bez szyi acz z wąsem.
Chciał mnie przegonić, prychnęłam z przekąsem.
Następnie przystąpiłam do rozciągania
Od chwili w kocim ciele przebywania
Kości zaczęły cierpieć tak straszliwie
Niełatwo kotom, stwierdziłam mrukliwie.

Na wiarę Albus tylko zasługuje,
A więc na niego tutaj oczekuje.
Siwobrodego starego przyjaciela,
Podług pogłosek tutaj się wybiera.
A teraz co to, kocur tu się zjawia,
I jakąś rybę pod nos mi podstawia.
A potem jakby na nogach się słania,
Co tu się dzieje? Czy on mi się kłania?
Futerko czarne mej sierści dotyka,
Nastraszam ciało, niech jegomość znika!
Widzę odwagi jemu nie brakuje,
Ja sama coraz dziwniej zaś się czuje
Uczucia mam ambiwalentne,
Te jego ruchy nawet są...ponętne.

Jako kot wzroku wytężać nie muszę
Kobieta z dzieckiem, co ma wielką tuszę!
U tego chłopca ruchy tak ospałe,
W tak młodym wieku, to jest niebywałe!
A jeszcze grają w jakieś dziwne gierki
On kopie matkę, krzycząc "Chcę cukierki"
Kobieta daje wchodząc jego łaski,
Nie każcie patrzeć na takie obrazki!
Gdyby poprosił o zamek z wieżami,
Pewnie by dostał mówiąc między nami.
Okropne dziecko co bez wzorców, wychowania,
Nieznośne już, co dopiero gdy wkroczy w okres dorastania!

Do mnie podchodzi kotka dumnym krokiem
Ja srogo łypie swoim wąskim okiem
Dumnie unosi ogon, że z arystokracji
Mnie chce prowadzić do nobilitacji
A ja zaciskam wielkie swe zębiska
I piana prawie pociekła mi z pyska
Próbuję ogonem zepchnąć tę kotkę
Niechaj gdzieś indziej robi za błyskotkę.

Arabella nawołuje swą kocią gromadę
Jakiś dzieciak popija dziwną oranżadę
Tu i tu z okien słychać jakieś głosy
Zwykłe, codzienne, mugolskie to losy.

Mugole wychodzą do pracy i szkoły
Ich kobiety z okien wytężają wzrok jak sokoły
Jedna się chwali, ma zlewozmywarkę
Innej syn urwis zepsuł starą pralkę!
A jeszcze jakaś pani chce być zdrowa,
W przyszłym tygodniu przyjeżdża teściowa.

Głupawe plotki, banalne wyznania
Chciałabym mieć tyle do poukładania
Jednak mą głowę co inne zaprząta
Potterów nie ma, padła na nich klątwa.
Lily, co rękę miała do eliksirów.
Przed Jamesem Hogwart nie krył swych rewirów.
No i do tego świetny szukający,
Teraz na zawsze snem już wiecznym śpiący.
Wspaniali ludzie odchodzą najprędzej.

Mugolki nadal gadają o ciuchach
Mężach, weselach i społecznych ruchach
O dziwnych ludziach w peleryny odzianych
I dziwactwach przez nich wygadywanych,
Czuję złość w kościach, ciało me kostnieje,
Zbyt długo siedzę, temu tak się dzieje.

Mugole wracają, okna uchylone
I wszędzie wiadomości są włączone
Według nieznaego przyrodnikom zwyczaju
Sowy latają w dzień po całym kraju!
Nie to jedno odbiega od stereotypów,
W części Anglii prawdziwy deszcz meteorytów.

Nastroszyłam futerko, aż przeszły mnie dreszcze,
Złą czarodziejom przyszłość dziś wywieszcze,
Pokonany ten, kto niegodny życia,
I czy dnia tego mamy wyjść z ukrycia?
Proste zasady, od dziecka wpajane,
Ale jak się okazuje zbyt zagmatane!
Czarodzieje się cieszą na zabawach siedzą.
Mugole? Co tam? Niechaj się dowiedzą!
Edytowane przez monciakund dnia 25.07.2020 16:13

Z dedykacją dla Nior
zapodaj.net/images/2ac8c9dd6c48d.gif

- - -

confessionsofasomedaysomebody.files.wordpress.com/2015/01/ga-mer-and-christina-dancing.gif

- - -
The human life is made up of choices. Yes or no. In or out. Up or down. And then there are the choices that matter. Love or hate. To be a hero or to be a coward. To fight or to give in. Live or die.
- - -

s14.favim.com/orig/160717/derek-shepherd-gif-gir-meredith-grey-Favim.com-4535174.gif

- - -
Don't let what he wants eclipse what you need. He's very dreamy but he's not the sun, you are.
- - -

66.media.tumblr.com/tumblr_l9mktjSej61qaao9mo1_500.gif

---
Nad przepaścią, tegoż roku
Żyraf masa się w amoku
Rodzi. Pamięć ludzka jest
Zawodna, mimo tego fiest
Tysiące, z tej okazji,
Ku jej chwale od Abchazji
Aż po Nordkapp wspominacie.
"Czyjej chwale?", się spytacie.
Jak to czyjej? Monci* naszej.
Gryfa córce, redakcyjnej
Na tym świecie ambitniejszej
Od niej nie ma. Tu rysunek,
Tam malunek i do tego
Social media. Wizerunek
Hp-neta tam kreuje, ego
Strony reperuje. Szczerze,
Bardzo, bardzo szczerze mówiąc
Człek orkiestra, żywa gwiazda.
Żyj nam wiecznie, twórz i kreuj.
Koniec, basta - taki mus i
Żyraf pasta.

---

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2016awards_pedzel.png
www.harry-potter.net.pl/images/articles/moncia.jpg


 
monciakund
3. KOMEDIA
- Główną bohaterką ma być Irma Pince, która dopiero co zaczyna pracę w Hogwarckiej bibliotece
- W pracy mają znaleźć się co najmniej 2 dialogi przeprowadzone przez bohaterkę z dwoma różnymi nauczycielami Hogwartu. Jeden z dialogów musi się RYMOWAĆ
- Opowiadanie musi zawierać barwny opis zachwytu jakim pani Pince darzy swoją nową pracę
- W pracy musi się znaleźć opis negatywnego nastawianie Irmy do jednego z nauczycieli
- W pracy NIE MOŻNA użyć słowa książka i bibliotekarka

PRACA F - Rachel Otterly


Pierwszy raz przekroczyłam próg tego budynku, gdy byłam mała. Nie wiem, jakim smarkaczem byłam, ale pamiętam, że jacyś Gryfoni z piątej klasy podłożyli mi łajno pod nogi. Piękne czasy. Wałęsając się po starym budynku, odczuwam pewną nostalgię, doskonale pamiętam część wydarzeń, inne wolałabym zapomnieć. Bo jaka zdrowo myśląca osoba rozpamiętywałaby z radością zamknięcie w połowie stopnia?
Albo wpadnięcie w środek fajerwerków? Chyba tylko ja.
No ale... Pamiętam tylu uczniów Hogwartu jako dzieci, a teraz uczą trasmutacji, zaklęć czy innych wpadek. Przecież prawdziwa wiedza bierze się z wolumenów, pełnych świeżych stronic, pachnących papierem, tuszem, atramentem!
Rozpoczynając pracę jako opiekunka biblioteki i wszystkich tomów musiałam się przyłożyć.
Tyle, że najpierw czas na wizytę u dyrektora, wielkiego Albusa.
Jak ja go nie lubię.
***

- Irmo, pewnie się cieszysz ze swojej nowej pracy. Wiem, że twoje zamiłowanie do opasłych tomów wiedzy - tu zrobił minę zdechłego psa - nie miało początku.
- Och tak. Doprawdy, znakomita wieść. Cieszę się, że to ja tu jestem.
Tacy inni, jak Volumen - teraz ja zrobiłam minę, jakbym widziała wymiotującego małego Snape'a - kompletnie nie mieli rozsądku...
- Dość. Severus też tu pracuje.
- I znowu w eliksirach oszukuje!
- Doprawdy? Ma rozległą wiedzę.
- A ja tylko jego podręczniki szoruję i siedzę!
- O co pani chodzi?
- O ten tramwaj, co w wodzie nie brodzi.
- Dlaczego Irmo tak rymujesz?
- A czemu pan ze Snapem oszukujesz?
- Dość. Dałaś mi w kość.
- A ja i tak panu zrobię na złość!
***

Rozmowa z dyrektorem nie należała do najlepszych. No ale - nie jestem konfidentem. Jeszcze tylko tego brakuje, jak usłyszę piękne słówka Snape'a o kolejnym zaklęciu zabijającym.
Porządkowanie biblioteki idzie mi całkiem nieźle, ale myślę o Jamesie, Severusie. Ich kłótnie były spektakularne. Epickie. Raz oberwałam księgą o animagii (interesujące zbiegi - zawsze brali tylko to). Ale na razie rozpływam się nad pracą. A nie, nie chcę zamoczyć dokumentów. O nie. Zaprzeczam na razie, wczoraj słałam ochy i achy, mogłabym to robić ciągle! Ta euforia w brzuchu, ta radość i uczucie odrealnienia... Jedyny godny sposób nauki. Papier, papier, papier! Tusz, tusz, tusz! Rysunki, rysunki, rysunki!
Ale moje pławienie się w euforii (o nie, książki) przerywa wejście smoka - tyle że z tłustą głową i czarną szatą, choć jest wrzesień. Snape.
Oho, właśnie podchodzi. Pan wielki nietoperz o tłustej głowie. Aż dziwne, że jakieś wiadomości do niego docierały przez ten tłusty łeb.
- Irmo, podaj mi ten księgozbiór.
- Dobrze - po cichu dodałam "ty stary wredny nietoperzu"
- Coś mówiłaś, Irmo?
- Nie, nic (ty wredny śliski od tłuszczu paragonie)
- Teraz wyraźnie coś słyszałem.
Nie jestem paragonem, pani Vector uczy numerologii.
- Przecież wiem, oto twoje wolumeny (ty mały dupku od czarnej magii)
- Irmo, o co ci chodzi? Przecież James zakochał się w Lily, już nie wyładowuj furii na mnie, dobrze?


PRACA G - Nquus


- Irma ja Cię naprawdę rozumiem. Jesteś nowa, boisz się, że popełnisz jakiś błąd, że Albus Cię zwolni, ale jeśli, któryś z moich uczniów wyraźnie powie Ci, że potrzebuje jakiegoś tytułu to, masz mu go dać bez zbędnych pytań. - Przetłuszczone włosy Snape'a błyszczały w słońcu, wpadającym przez okna wypożyczalni. - Tym bardziej że na moje lekcje Ci... - Profesor przerwał swoje wywody, żeby nie obrazić przypadkiem któregoś z uczniów, znał podejście Dumbledore'a do tych kwestii. - Uczniowie mają obowiązek zapoznać się z wybranymi przeze mnie lekturami. I żaden z uczniów Slytherinu nie będzie się prosił byle kogo, a ja nie zamierzam co chwilę komuś wystawiać zgody na korzystanie ze zbioru zakazanych. Rozumiemy się? - Severus odwrócił się, nie czekając na odpowiedź panny Pince. Prawda była taka, że ani trochę nie obchodziło go jej zdanie. Wiedział też, że jego obowiązkiem jest wystawienie za każdym razem stosownej zgody, ale uznał, że nowej pracownicy Hogwartu potrzeba trochę dyscypliny, a kto jak nie on, jeden z najlepszych i najbardziej doświadczonych nauczycieli tej wiekowej placówki, mógłby jej zaprezetować jak, powinna wyglądać jej praca. W końcu opuścił pomieszczenie.


- Tak, panie profesorze. - Irma przytaknęła, ale tak naprawdę wpuściła jego uwagę jednym, a wypuściła drugim uchem. Nie przepadała za nauczycielem jeszcze na długo przed tym jak zaczęła tu pracować, a rozmowy uczniów, które czasami zdarzyło się jej przez przypadek podsłuchać, coraz bardziej upewniały ją, że ten człowiek nie zasługuje na jej sympatię. Jej kariera w nowej pracy trwała zaledwie kilkadziesiąt godzin, a ów profesor już kilka razy próbował jej przedstawiać swoje moralizujące gadki. Jej sumienie mówiło wprawdzie, że tak surowa ocena, wyrobiona w gruncie rzeczy jedynie za pośrednictwem zasłyszanych gdzieś informacji, jest nie sprawiedliwa, ale z drugiej strony, kiedy tylko Severus pojawiał się w pobliżu, miała ochotę sięgnąć po różdżkę i poczęstować go którymś z zaklęć niewybaczalnych. - Już lecę łamać jeden z najważniejszych, według dyrektora, wymogów. - Stwierdziła, oczyma wyobraźni pozbawiając Snape'a włosów z głowy i doprawiając mu nos niczym ten Pinokia. Jej niechęć do jegomościa rosła z każdą jego wizytą w pomieszczeniu, którym się zajmowała. - Ciekawe jak szybko twój nos przerósłby twoje ego i arogancje. - Powiedziała sama do siebie w myślach, wyobrażając sobie jak, nauczyciel eliksirów próbuje przekroczyć drzwi wypożyczalni, ale przez swoje machlojki i liczne kłamstwa po prostu się w nich nie mieści. Kobieta w końcu miała chwilę dla siebie, więc porozkładała oddane przez uczniów woluminy na odpowiednie półki. - Och jak piękna to jest praca, która dobrem się odpłaca. - Zaczęła śpiewać, wychwalając miejsce w którym się znalazła, nigdy nawet nie śmiała sobie wyobrażać, że będzie miała tak dobrą pracę i była pewna, że nie zaćmi tego nawet Snape. Wkładając coraz to ciekawsze tytuły na ich miejsce, robiła piruety między pułkami, a żeby dostać tych wyższych, zgrabnie stawała na palcach. Na szczęście w pobliżu nie było już żadnego ucznia, bo Ci o tej porze musieli siedzieć już w swoich dormitoriach. - Ach jak dobrze w swojej pracy, wartość wiedzy kłaść do głów. Ach jak dobrze w swojej pracy spełnić marzenia ze snów. - Ciągnęła dalej, zupełnie nie zwracając uwagi na to, czy aby na pewno nikt się jej nie przygląda. Piruet, pszykuc do niższej półki i wyskok do wyższej i tak w kółko. - O jak pięknie móc pracować tak jak zawsze chciało się. I jak pięknie mieszkać w miejscu, które piękne jak we śnie. - Jej śpiew był na tyle głośny, że roznosił się po pobliskich korytarzach. Gdyby tylko uczniowie to usłyszeli. Irma, która już przez pierwsze godziny, zdążyła przypomnieć im o ciszy obowiązującej w czytelni, teraz sama ją zakłócała, wyjąc wniebogłosy.

- Akhem. Nie przeszkadzam Ci kochana? - Spytała Minerwa, niespodziewanie stając w drzwiach. Irma w przypływie emocji zbliżyła się do niej i mało brakło, a nie opamiętałaby się i porwała surową nauczycielkę do tańca.

- Nie wcale a wcale przecież mogę tak do rana. - Takiej odpowiedzi od nowej pracownicy i entuzjazmu, z jakim biegała po całym pomieszczeniu, McGonagall się nie spodziewała. Przechodziła akurat obok i dobiegły do niej niewyraźne krzyki, więc postanowiła sprawdzić, czy to nie Irytek.


- Co się stało droga pani, że tak śpiewem swym nas darzysz? Może o uwadze samego dyrektora marzysz? - Srogie spojrzenie nauczycielki transmutacji, mówiło tak wiele, a jednocześnie miało w sobie jakiś promyk, wskazujący na zadowolenie opiekunki Gryffindoru z radości panny Prince.

- Nic takiego droga pani, bo choć Snape mnie już odwiedzał, ja wiem, że to praca marzeń, bo w tych zwojach jest tu wiedza. - Kobiety cały czas podśpiewywały do melodii narzuconej wcześniej przez Irmę, która jednak nieco spoważniała i nie hasała już tak żwawo. Chciała zachować powagę przy jednej w wybitniejszych postaci ich świata.

- A więc życzę powodzenia, jak jest dobrze, do widzenia! - Odśpiewała Minerwa, odwracając się i puszczając tym samym metaforyczne oczko w stronę Irmy, dając jej tym samym zgodę na dalsze tańce.


4. ROMANS
- napisanie opowiadania, którego wątkiem głównym będzie miłość
- w fabule znajdzie się przynajmniej jedno fantastyczne zwierzę
- czas akcji musi rozgrywać się w czasach, kiedy Harry Potter uczył się w Hogwarcie
- zakończenie musi być dramatyczne. Żadnych happy end'ów!

PRACA H - Shanti Black


Chłodny jesienny wiatr przeciskał się przez szczeliny pomiędzy cegłami budującymi mury Hogwartu. Granatowe chmury spowijały niebo od jakichś pięciu dni, nie chcąc ustąpić słońcu choć na chwilę. Deszcz padał przez większość doby, tworząc na błoniach i boisku do quidditcha jedno ogromne bagno. Kilkoro starszych uczniów właśnie rzucało się kulkami z błota, udając, że to śnieżki. Luna Lovegood stała w oknie korytarza na czwartym piętrze, w przerwie pomiędzy Historią Magii a numerologią, podziwiając smutny, szary krajobraz. Kilkoro uczniów biegnących w stronę cieplarni wydało jej się bardzo małymi, jak mrówki. Westchnęła głęboko, z niechęcią odwracając się w stronę niewielkiej grupki Puchonów, którzy czekali wraz z nią na zajęcia.
Powędrowała wzrokiem po dalszej części korytarza w nadziei, że dostrzeże jakąkolwiek, nawet nikłą motywację do tego, by iść na kolejne lekcje. Pogoda taka, jak w ostatnich dniach zdecydowanie nie działała na korzyść blondynki, a wręcz ją przytłaczała. Po chwili błądzenia wzrokiem za nie wiadomo czym, jej uwagę przyciągnęła nagle sytuacja tak nietypowa, że przez moment wydawało jej się, że to się nie dzieje i po raz kolejny wyobraźnia ją oszukuje. Jednakże po kilku minutach wpatrywania się w jeden punkt, przetarciu oczu i uszczypnięciu się w przedramię, Krukonka doszła do wniosku, że właśnie jest świadkiem czegoś niebywałego.

Pod jedną z zimnych ścian siedział jeden z młodszych uczniów, prawdopodobnie ktoś z pierwszego
roku. Barwy na jego szacie świadczyły o tym, że należy do Hufflepuffu. Gdy podniósł głowę, nie dało się nie zauważyć, że przed chwilą płakał. I w tym nie byłoby nic dziwnego, pierwszoroczniakom czasem zdarzał się taki moment krytyczny, Luna pamiętała, jak sama przechodziła takich kilka w odstępie zaledwie czterech tygodni, gdyby nie fakt, że przed chłopcem ukucnął wysoki, ciemnoskóry chłopak w szacie Slytherinu. Dziewczyna znała go, był rok starszy od niej i podobnie, jak pozostali mieszkańcy Domu Salazara, arogancki i zarozumiały. Przypatrując się jednak tej scenie, mogła usłyszeć kawałek rozmowy.

- Hej - zaczął niepewnie Ślizgon. r11; Co się dzieje? Dlaczego tu siedzisz i płaczesz?

- N-nic - mały Puchon wyglądał na wystraszonego i przytłoczonego tym, co właśnie się działo, jednak szybko otarł łzy i wstał. - Po prostu... mam wrażenie, że tutaj nie pasuję, ciągle ciężko mi się przyzwyczaić do tylu nowych rzeczy.

- Pochodzisz z rodziny mugoli? - w oczach Ślizgona przez ułamek sekundy rozbłysła dziwna iskra, ale w tonie jego głosu nie dało się wyczuć zwykłej pogardy i wyższości. - Jak masz na imię? Ja jestem Blaise. Jak mogę pomóc?

- David - zająknął się pierwszoklasista.

Luna przestała słuchać, nie mogła pojąć, jak to się stało, że ten wyniosły, arogancki dupek, Blaise
Zabini, sam z siebie podszedł do młodszego i słabszego ucznia, a do tego zaoferował mu pomoc.
Może nie każdy Ślizgon jest zły - pomyślała w duchu, jednak skarciła się szybko za tę myśl. To przydupas Malfoya, jaki ma być? Blondynka jeszcze przez kilka minut rozważała różne opcje i powody jego zachowania, dlatego, gdy po raz kolejny spojrzała w tamtą stronę zobaczyła, że David śmieje się w głos i, wylewnie dziękując Blaiser17;owi, odchodzi szybkim krokiem. Wzięła głęboki wdech. A gdyby takr30;?

- Cześć! - uśmiechnęła się, podchodząc do Ślizgona, który właśnie podnosił z ziemi swoją torbę. -
Widziałam, że pomogłeś temu pierwszoroczniakowi. To bardzo miło z twojej strony, nie
spodziewałabym się czegoś takiego por30; - urwała, gryząc się w język. Co chciała powiedzieć? Po kimś twojego pokroju? Po Ślizgonie?

- Po mnie? - wpadł jej w słowo rozbawiony Zabini. Na jego ustach igrał uśmiech, a w oczach rozbłysły iskierki wesołości. - No, tak. W końcu wiele osób uważa, że mieszkańcy Slytherinu to pozbawieni uczuć, czystokrwiści, wredni i aroganccy buce. Zdziwię cię. Nie każdy taki jest, a wiele osób naprawdę zyskuje przy bliższym poznaniu.

Luna poczuła, że rumieniec powoli wpełza na jej policzki. Te kilka słów zdecydowanie zawstydziło ją na tyle, by nie wiedziała, co dalej powiedzieć. Nie sądziła, że Blaise w ogóle zechce z nią
porozmawiać. Pozory mylą, cóż zrobić. Westchnęła, odgarniając natrętny kosmyk włosów, który wypadł jej z zrobionego w pośpiechu kucyka i od kilku minut utrudniał jej postrzeganie świata, co chwilę wpadając do oczu. Czas obciąć grzywkę - ta myśl przyszła nagle i niespodziewanie.

- Możer30; - z zamyślenia wydarł ją głos Zabiniego, który wciąż przed nią stał. - Może wyskoczyłabyś ze mną do Hogsmeade w najbliższy weekend? Chętnie pokazałbym ci, że Ślizgoni nie są aż tak źli i okrutni, jak się wszystkim wydaje. Spotkamy się przy wyjściu w sobotę o dziesiątej?

Blondynka nawet nie poczuła, że skinęła głową. Zrobiła to odruchowo, jakby zgoda na wyjście z nim była najnaturalniejszą rzeczą na świecie. Dopiero widząc uśmiechającego się chłopaka, zrozumiała, na co przystała.

- Ale nie będziesz próbował mnie zabić, ani zrobić mi innej krzywdy? - zaśmiała się, przestępując z nogi na nogę. Zawsze tak robiła, gdy była w nowej sytuacji, a ta z pewnością nie należała ani do
typowych, ani do częstych. Zabini pokręcił przecząco głową, spojrzał na zegarek i odwrócił się.

- Jestem spóźniony na eliksiry do Snaper17;a, to jesteśmy umówieni. Do zobaczenia!
Lovegood patrzyła w ślad za biegnącym chłopakiem, nie zdając sobie sprawy, że szeroki uśmiech nie schodzi z jej ust. Jeszcze kilka godzin temu nie miała najmniejszej ochoty w ogóle wybierać się do magicznej wioski w weekend, a już tym bardziej z nikim się spotykać. A jednak zgodziła się w nadziei, że będzie miło. Luna mrugnęła kilka razy i wzięła głęboki wdech. Musi być miło! To żaden podstęp.

***


Od tej rozmowy minęło sześć tygodni. Przyszedł grudzień, bezczelnie obsypując całą okolicę śniegiem sięgającym po kolana. Mroźne powietrze jeszcze bardziej przenikało przez mury Hogwartu, niż jesienne wiatry. Luna Lovegood w końcu była szczęśliwa. Mimo tego, że profesor Snape wymagał ciągle więcej i więcej, mimo straszenia SUMami, nawet kilka niepowodzeń na lekcji Zaklęć nie było w stanie zepsuć jej humoru. Siedziała właśnie na krześle w bibliotece, poszukując informacji na temat eliksiru dodającego wigoru, kiedy usłyszała, że ktoś wchodzi do pomieszczenia.

- Cześć - owionął ją znajomy zapach perfum Blaise'a. Wzięła głęboki wdech; uwielbiała je. Były takie delikatne, idealnie dobrane do niego.

- Co ty tu robisz? - spytała, nie odrywając wzroku od książki. Chciała to skończyć i mieć z głowy,
położyć się w łóżku i pogrążyć w świecie marzeń.


- Chciałem zaprosić cię wieczorem w jedno miejsce. Nie daj się prosić, jeśli ci się nie spodoba,
będziemy mogli wyjść.

Luna spojrzała na niego sceptycznie. Musiała przyznać, że pomysłowości Zabiniemu nie brakuje,
jednakże niektóre jego pomysły kończyły się fiaskiem już na samym początku. Jak wtedy, gdy zaprosił ją na jedno ze spotkań w gronie Ślizgonów z jego roku. Gdyby nie fakt, że blondynka nie lubiła stosować zaklęć i przemocy do rozwiązywania konfliktów, Pansy Parkinson mogłaby obawiać się inwazji gnębistrysków.

- Dobrze, ale mam nadzieję, że to nie jest kolejna z twoich prób integracji z Draco Malfoyem i resztą jego świty. Dobrze wiesz, jakie mam o nich zdanie i...

- Spokojnie, nie będzie ich - Blaise spojrzał badawczo na Lunę. - Bądź o osiemnastej przy gobelinie Barnabasza Bzika i trolli na siódmym piętrze.

Luna westchnęła i wstała od stolika, wiedząc, że z jej dzisiejszej nauki już nic nie będzie. Uśmiechnęła się do Ślizgona, jednocześnie ścisnąwszy jego rękę. W jej głowie szalał milion myśli, które galopowały jedna za drugą. W sercu powolutku rozlewało się przyjemne ciepło, przeczucie czegoś dobrego. Mimo to, ręce nieznośnie się trzęsły, a po chwili stania ze zdziwieniem odkryła, że nogi ma jak z waty. Chciała zrobić krok, ale bała się, że się przewróci. Zabini odszedł już kilka minut temu, a Luna wciąż stała, nie wierząc w to, co się właśnie działo.

I parę godzin później stała w umówionym miejscu, strzelając palcami z nerwów. Jej relacja ze
Ślizgonem przez ostatnie tygodnie rozwijała się dynamicznie. Po spotkaniu w Hogsmeade, umówili się na kolejny tydzień. I następny. I jeszcze jeden. Lubiła spędzać czas w jego towarzystwie, miała
wrażenie, że zna go od lat, z nikim do tej pory nie rozmawiało jej się tak dobrze. Zdawał się rozumieć, jej zaniepokojenie, że nargle są bardzo psotliwe ostatnim czasem, a tykwobulwa chroni przed plumpkami. Kiedy się z nim nie widziała, miała wrażenie, że czas płynie bardzo powoli, jakby na złość dłużąc się i wlokąc, ale jednocześnie uciekał szybko, co przybliżało ją do Blaise'a.

- Jesteś! Bardzo się cieszę! - z zamyślenia wyrwał ją znajomy głos. Uśmiechnęła się i poprawiła
odruchowo niesforny kosmyk włosów. - Przepraszam, chciałem cię zabrać do pokoju życzeń, ale
zdałem sobie sprawę, że może ci się dobrze nie kojarzyć po ostatnim roku. Dlatego proszę, weź sobie ciepły płaszcz, pójdziemy na spacer.

Kilkadziesiąt minut później spacerowali w okolicy Zakazanego Lasu. Nagle Zabini pociągnął ją za rękę i zanurzyli się w zarośla.

- Chciałbym ci coś pokazać - zaczął, nie puszczając jej ręki, a wręcz przeciwnie, splatając jej palce ze swoimi. - Widziałem te niezwykłe stworzenia już dawno temu, ale nie jestem pewien czy ty je
zobaczysz, nie każdy je widzi. Najczęściej można je spotkać na tej polance.

Na potwierdzenie swych słów, odsunął kilka gałęzi, zagradzających przejście, a oczom Luny ukazały się trzy duże, czarne konie. Zdawały się być wychudzone, każda kość była dostrzegalna gołym okiem. Białe, puste, pozbawione źrenic oczy skierowały się w stronę przybyszów, a jeden z nich potrząsnął gniewnie czarną grzywą. Blaise zatrzymał się w pół kroku.

- Wiem, że to nie najlepsze miejsce, ale poczułem, że jeśli cię tu zabiorę, ja sam dużo zrozumiem. Nie wiem, czy je widzisz. To...

- Testrale - odrzekła Luna, jak w transie, podchodząc do jednego z nich, który znajdował się najbliżej.

- Tak, widzę je. Często tu przychodzę, poznałam już ich zwyczaje, humory i nastawienie. To takie
urocze zwierzęta. Lubię je karmić, ale dziś niestety nic dla nich nie mam. Nie bój się, daj rękę.
Blondynka pokierowała dłonią Ślizgona tak, by dotknął pyska stworzenia. Jego skóra nie była tak, jak się mu wydawało oślizła, ale wręcz aksamitna. Zwierzę parsknęło cicho.

- Polubił cię - uśmiechnęła się dziewczyna.

Wieczór spędzili całkiem miło, jednak z upływem godzin robiło się coraz zimniej. Wracając do zamku, cały czas trzymali się za ręce. Księżyc w pełni oświetlał jasno drogę, ale zdawali się go nie zauważać pochłonięci sobą. Po wyjściu z Zakazanego Lasu, Blaise przystanął i odwrócił się do blondynki twarzą. Wyraz jego twarzy był bardzo poważny, a brązowe, wręcz czarne oczy intensywnie wpatrywały się w Lunę. W pewnej chwili, która wydawała się dziewczynie w spowolnionym tempie, wyciągnął rękę i odgarnął z jej twarzy kosmyk włosów, pochylił się, a wszystko, co działo się później było mieszanką emocji, skrywanych uczuć i wszystkiego, co do siebie mieli. Krukonka poczuła na swoich ustach jego miękkie wargi. Do jej nozdrzy wdarł się ulubiony zapach perfum Blaise'a. Objęła go za szyję, pragnąc, by ta chwila nie kończyła się nigdy. To było jej miejsce na ziemi, jej czas, jej wszystko. To tutaj powinna być właśnie teraz, nieważne, co będzie jutro. To z nim powinna być.

Cała scena rozmazała się. Blondynka mrugnęła kilkukrotnie oczami, ze zdziwieniem stwierdzając, że znajduje się na czwartym piętrze Hogwartu, wpatrując się w Blaise'a Zabiniego, który kuca obok jakiegoś chłopca w szatach Hufflepuffu.

- Halo! Ziemia do Luny! - głos Ginny całkowicie sprowadził ją na ziemię. Rudowłosa Gryfonka
machała ręką przed jej twarzą, wyglądało na to, że od kilku dobrych minut. - Co się dzieje?
Wpatrujesz się w jedno miejsce, jak Kieł w kość. Mam nadzieję, że nie w Zabiniego - dodała
żartobliwie.

Luna poczuła, że rumieniec zaczyna wpełzać na jej policzki, dlatego szybko odwróciła głowę od
Ślizgona i spojrzała prosto na koleżankę.

- Nie, spokojnie - pokręciła głową, bagatelizując sprawę. Chciała jeszcze tylko raz rzucić okiem na
Blaiser17;a, by sprawdzić, że wzrok jej nie myli i rzeczywiście pomógł jakiemuś młodemu chłopcu. Kiedy spojrzała w tamtą stronę, Ślizgon wstał, podniósł torbę z ziemi i bez słowa podążył w stronę
ruchomych schodów. Czarna szata powiewała za nim, gdy szybkim krokiem przemierzał korytarz. - Ja tylko... Zamyśliłam się.


PRACA I - Nicram_93


Spóźnione zaproszenie


Był pochmurny, wietrzny poranek. Słońce mimo usilnych prób, nie mogło przebić się przez grube warstwy chmur. Terry Boot siedział w klasie zaklęć podczas zajęć z profesorem Flitwickiem. Obok niego w ławce siedział jego najlepszy przyjaciel Anthony Goldstein. Terry od kilkunastu minut był znudzony nudnym monologiem profesora. Przyłapał się na tym,
że jego wzrok coraz częściej zatrzymuje się na włosach Lisy Turpin. Na tych pięknych, cudownych włosach, od których coraz częściej nie mógł oderwać oczu. Nie mógł uwierzyć, dlaczego tak długo tego nie dostrzegał. Oczywiście nie powiedział o tym nikomu, nawet swojemu przyjacielowi. Od kilku tygodni miał ochotę ją gdzieś zaprosić, powiedzieć
jak bardzo mu się podoba, ale nie umiał się na to zdobyć. Jego rozmyślania przerwała jednak zmiana tonu głosu profesora Flitwicka.
- Jak wielu z was zapewne wie, w naszym zamku odbędzie się Bal Bożonarodzeniowy
z okazji Turnieju Trójmagicznego - powiedział swoim spokojnym, usypiającym na co dzień głosem. Mimo to w klasie atmosfera od razu się zmieniła. Zaczęły się podniecone szepty, głównie ze strony dziewcząt. - Bal jest tylko dla uczniów od czwartego roku w górę, możecie jednak zaprosić kogoś młodszego. Liczę na to, że mnie nie zawiedziecie i dumnie będziecie reprezentować dom Roweny Ravenclaw podczas samego balu.
Profesor Flitwick przybliżył im wszystkie informacje związane z Balem Bożonarodzeniowym, po czym zakończył lekcję. Uczniowie wyszli na zewnątrz, a wszędzie aż huczało od rozmów.
- I co o tym wszystkim myślisz? - zapytał Anthony.
- C-co...? - zamyślił się Terry, zerkając w stronę Lisy, która szła ze swoimi przyjaciółkami.
- Pytałem o Bal! Wreszcie odrobina luzu i dobrej zabawy, i to wszystko za zgodą nauczycieli - klepnął przyjaciela w ramię.
- Tak, jasne. Nie mogę się doczekać - odpowiedział Terry. Myślami był jednak przy Lisie, wiedział, że to ją chciałby zaprosić. Pytanie brzmiało tylko jak to zrobić, zwłaszcza że był bardzo nieśmiały w stosunku do dziewczyn.

***


Mijały kolejne dni, a Terry nie potrafił się zdobyć na zaproszenie Lisy na Bal Bożonarodzeniowy. To już kolejna noc, kiedy nie mógł zasnąć. Wiedział, że jeśli za chwilę jej nie zaprosi, to zrobi to ktoś inny. Równie dobrze już mogło być za późno. Jego przyjaciel Anthony już dwa dni temu zaprosił jedną z ich koleżanek z roku. Dostrzegał, że Goldstein już od jakiegoś czasu zauważył jego zainteresowanie Lisą, ale starał się, póki co tego
nie komentować. Terry jednak od czasu kiedy ogłoszono informację o balu, nie potrafił myśleć o niczym innym jak o niej. Nie miał ochoty na jedzenie, na zajęciach nie wiedział
co się tak naprawdę dzieje, przez co już kilka razy został upomniany przez nauczycieli. A on, gdy tylko widział Lisę Turpin, nie potrafił skupić wzroku na czymkolwiek innym. Do tego jeszcze te sny od paru dni. Terry oddałby wiele za to, aby stały się rzeczywistością. Wiedział, że tak naprawdę wystarczy zrobić tylko jedną rzecz, zaprosić ją. Nie potrafił się jednak na to zdobyć. Ciągle przebywała w towarzystwie swoich koleżanek. Gdy mijał ją na korytarzu,
czy w pokoju wspólnym, uśmiechał się do niej nieśmiało. Czasami miał wrażenie, że Lisa odwzajemnia ten uśmiech i sprawiała wrażenie jakby tylko czekała, aż do niej zagada,
ale potem Terry dochodził do wniosku, że to tylko jego wyobraźnia. Turpin była wspaniałą dziewczyną, więc dlaczego akurat miałaby zwrócić na niego swoją uwagę i pójść z nim? Jeśli ją zaprosi, to tylko się ośmieszy. Z tymi myślami, Terry spędził kolejną, bezsenną noc.

***


Następnego ranka Krukonów czekała dwugodzinna lekcja zajęć z Opieki nad Magicznymi Stworzeniami. Terry po kolejnej nieudanej próbie zjedzenia śniadania, udał się wraz z Anthonym do Chatki Hagrida. Przed nimi szła akurat Lisa ze swoimi przyjaciółkami. Terry wpatrywał się w nią jak urzeczony.
- To widzimy się później! - krzyknęła jedna z jej przyjaciółek.
- Tak, na razie - odpowiedziała Lisa i ruszyła dalej samotnie do chatki.
Tam czekał już na nich Hagrid wraz z Kłem u boku. Stał przed chatką z wyraźnym zadowoleniem na twarzy. Zarówno Terry, jak i reszta klasy, wiedzieli, że taka mina ich nauczyciela, najprawdopodobniej może zwiastować coś niezbyt przyjemnego dla nich samych, najprawdopodobniej kolejne niebezpieczne stworzenie.
- Chodźcie, chodźcie! - zawołał Hagrid. - Dzisiaj mam dla was coś ekstra, cholibka. Niech skonam, spodoba wam się. - Oświadczył wyraźnie uradowany.
Poprowadził ich w stronę Zakazanego Lasu. Nie zagłębili się jednak w gąszcz drzew,
lecz zatrzymali się przed skrajem lasu. Hagrid wszedł jednak w jego głąb i po paru minutach przyprowadził im jednego z jednorożców, młodego, o złotawej sierści. Wyglądał wspaniale,
a wiele osób odetchnęło z ulgą, że ich obawy się nie potwierdziły. Dziewczyny wpatrywały się w zwierzę z fascynacją.
- Dzisiaj mam dla was jednorożca, to dopiero młody - wskazał na niego ręką. Zwierzę stało spokojnie, obwą****ąc źdźbła trawy dookoła. - Prawda, że jest prześliczny? - dodał uradowany Hagrid. r11; Pootwirajcie książki na stronie pięćdziesiątej siódmej.
Niedaleko Terry'ego i Anthonyr17;ego stała Lisa, samotnie, co było rzadkością.
W głowie chłopaka tkwiła zażarta walka o to, czy zebrać się na odwagę i ją zaprosić,
czy jednak nie ośmieszać się przy wszystkich. Nim jednak podjął decyzję, Lisa wyjmując książkę z torby, upuściła ją przez przypadek na ziemię. Terry nie czekając, schylił się szybko po nią, nie zauważył jednak, że dziewczyna również uczyniła to samo, ich ręce spotkały się razem na okładce podręcznika. Oboje wdzięcznie się zarumienili. Terry jednak opamiętał się szybko, chwycił książkę i podał ją dziewczynie.
- Dziękuję, Terry - powiedziała, wpatrując się w chłopaka. Przez chwilę stała tak w miejscu, jakby czekała, że ten doda coś od siebie. Terry jednak wpatrywał się w Lisę i mimo szczerych chęci, nie potrafił się zdobyć na to jedno pytanie. Dziewczyna w końcu uśmiechnęła się wdzięcznie do niego raz jeszcze, po czym odeszła na bok. Terry wrócił do Anthony'ego.
- Właśnie zmarnowałeś wspaniałą okazję - oznajmił mu jego przyjaciel. - Stary, na co Ty jeszcze czekasz?
- Nie wiem, o czym mówisz - odpowiedział Terry, rumieniąc się mimo wszystko.
- Nie udawaj, myślisz, że nie widzę, jak na nią patrzysz, jak się ostatnio zachowujesz?
r11; powiedział Anthony. - Zbierz się wreszcie w sobie i to zrób. Druga taka okazja jak dzisiaj, może ci się już nie trafić.
Terry nic nie odpowiedział, stał zamyślony i patrzył ponurym wzrokiem w ziemię. Jego przyjaciel miał rację, Lisa mu się podobała, a dzisiaj dostał wymarzoną szansę od losu, aby porozmawiać z nią na osobności i ją zaprosić na bal. Co miał do stracenia? Terry podjął jednak decyzję, że następnym razem, o ile taka okazja się trafi, zdobędzie się jednak na odwagę. Popatrzył w kierunku Lisy i po raz kolejny poczuł dziwne ciepło w okolicach serca.
- Tak - przysiągł sobie w duchu - zrobię to, w ten czy inny sposób.

***


Terry wstał wcześnie rano, słońce dopiero co zaczęło wschodzić. Ubrał się szybko i po cichu, starając się nikogo nie obudzić. Wyszedł z dormitorium i udał się do sowiarni,
po drodze nie napotkał nikogo innego. Obmyślił plan zaproszenia Lisy na bal dziś w nocy
i postanowił, że tym razem się nie wycofa. Nie potrafił się zdobyć na odwagę, aby zaprosić ją w towarzystwie innych osób, więc napisał do niej króciutki liścik z prośbą o spotkanie:

Droga Liso,
Czy możemy się spotkać dzisiaj o 17.00 nad jeziorem? Bardzo mi na tym zależy. Mam nadzieję, że przyjdziesz, będę na Ciebie czekał.
Twój tajemniczy wielbiciel


Miał nadzieję, że sówka dostarczy list dzisiejszą pocztą po śniadaniu i na jego szczęście,
nie pomylił się. Lisa po otrzymaniu wiadomości w Wielkiej Sali wyglądała na trochę zaskoczoną, ale również zaciekawioną. Zadowolony Terry przez cały dzień na zajęciach odliczał kolejne długie i powolne godziny, nie mogąc się doczekać dzisiejszego spotkania.
Kiedy już lekcje dobiegły końca, udał się do dormitorium, przebrał i odczuwając olbrzymi stres, ale również nadzieję, udał się nad jezioro. Był już blisko, kiedy dostrzegł Lisę czekającą już na niego, wyglądała jak zawsze wspaniale, jej piękne brązowe włosy lśniły
w słońcu. Czuł, że serce zaczyna mu bić w okolicy "jabłka Adama".
- Dasz radę - podtrzymywał się w myślach na duchu. r11; To nie jest nic strasznego, po prostu ją zaproś.
Nagle dostrzegł, że do Lisy podchodzi jakiś chłopak z Huffelpuffu, był trochę starszy
od niego, a co najgorsze w rękach trzymał bukiet kwiatów. Terry schował się za pobliskim drzewem, usłyszał głos dziewczyny:
- ... bardzo mi miło, trochę mnie zaskoczyłeś - Lisa zawahała się, słychać było w jej głosie spore zdziwienie, odebrała jednak od niego kwiaty.
- Chciałem zapytać, czy poszłabyś ze mną razem na Bal Bożonarodzeniowy? - zapytał chłopak.
- Ja... - Lisa nie wiedziała co odpowiedzieć.
- Jeśli już masz kogoś innego, to rozumiem - dodał z pewnym rozczarowaniem Puchon.
- Nie... to znaczy, tak, pójdę z tobą, chętnie, po prostu..., nie spodziewałam się, że ten list był od ciebie - uśmiechnęła się do niego.
- List? - zdziwił się chłopak.
- Ten, w którym prosiłeś mnie o spotkanie?
- Nie wiem, o czym mówisz - uśmiechnął się Puchon.
- Oj, już nie udawaj i dziękuję za te piękne kwiaty - dodała, patrząc na prześliczny bukiet.
Terry nie mógł już tego dłużej słuchać, starając się, aby nikt go nie zauważył, wrócił
do zamku. Nie miał ochoty z nikim rozmawiać, udał się od razu do dormitorium. Miał dość tego przeklętego balu, był zły na siebie. Było już tak blisko... Sam jednak jest sobie winny, gdyby zapytał ją wcześniej, gdyby nie bał się tego zrobić... Było już jednak za późno, Lisa idzie na bal z kimś innym, a jeśli chodzi o niego, nie miał zamiaru w ogóle się tam wybierać. Czy mógł się czuć jeszcze gorzej niż teraz? Odpowiedź na to pytanie czekała na niego już następnego poranka...

***


Terry Boot szedł na śniadanie do Wielkiej Sali, kiedy zza rogu korytarza usłyszał rozmowę trzech dziewczyn, jedną z nich rozpoznał od razu, to była Lisa.
- ... byłam pewna, że to Terry zaprosił mnie nad jezioro - powiedziała dziewczyna swoim przyjaciółkom. Chłopak aż zamarł, słysząc te słowa. - Byłam zaskoczona, gdy pojawił się Owen.
- Chyba nie jesteś rozczarowana? - spytała jedna z jej koleżanek.
- Byłam pewna, że podobam się Terry'emu, czekałam cały czas, myśląc, że zbierze się na odwagę i mnie zaprosi. Najwyraźniej się pomyliłam - dodała Turpin.
- Nie myśl już o tym - pocieszyła ją druga dziewczyna. - Idziesz z Owenem, ja ci zazdroszczę. Wygląda na fantastycznego faceta - dodała z zachwytem w głosie.
Terry ruszył dalej korytarzem, ale zamiast pójść do Wielkiej Sali na śniadanie, udał się na błonia. Czuł się podle, Lisa czekała na to, aż ją zaprosi, wszystko wskazywało na to,
że gdyby tylko się tak z tym nie ociągał, poszłaby z nim na bal z przyjemnością. Wiedział jedno, chciał teraz zostać sam, z dala od kogokolwiek.
Edytowane przez monciakund dnia 25.07.2020 16:16

Z dedykacją dla Nior
zapodaj.net/images/2ac8c9dd6c48d.gif

- - -

confessionsofasomedaysomebody.files.wordpress.com/2015/01/ga-mer-and-christina-dancing.gif

- - -
The human life is made up of choices. Yes or no. In or out. Up or down. And then there are the choices that matter. Love or hate. To be a hero or to be a coward. To fight or to give in. Live or die.
- - -

s14.favim.com/orig/160717/derek-shepherd-gif-gir-meredith-grey-Favim.com-4535174.gif

- - -
Don't let what he wants eclipse what you need. He's very dreamy but he's not the sun, you are.
- - -

66.media.tumblr.com/tumblr_l9mktjSej61qaao9mo1_500.gif

---
Nad przepaścią, tegoż roku
Żyraf masa się w amoku
Rodzi. Pamięć ludzka jest
Zawodna, mimo tego fiest
Tysiące, z tej okazji,
Ku jej chwale od Abchazji
Aż po Nordkapp wspominacie.
"Czyjej chwale?", się spytacie.
Jak to czyjej? Monci* naszej.
Gryfa córce, redakcyjnej
Na tym świecie ambitniejszej
Od niej nie ma. Tu rysunek,
Tam malunek i do tego
Social media. Wizerunek
Hp-neta tam kreuje, ego
Strony reperuje. Szczerze,
Bardzo, bardzo szczerze mówiąc
Człek orkiestra, żywa gwiazda.
Żyj nam wiecznie, twórz i kreuj.
Koniec, basta - taki mus i
Żyraf pasta.

---

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2016awards_pedzel.png
www.harry-potter.net.pl/images/articles/moncia.jpg


 
monciakund
5. PRZYGODOWE
- Muszą pojawić się słowa: bigos, boczek i kapusta
- Główne postacie: Lockhart i Trelawney, którzy muszą razem wykonać jakieś zadanie, coś zrobić, generalnie współpracować ze sobą


PRACA J - Nedelle


Lacock


Lacock w hrabstwie Wiltshire powoli budziło się z głębokiego, niczym niezmąconego snu. Wśród uliczek błąkał się jedynie spokój wraz z ciszą, nie wybudzając jeszcze zanadto mieszkańców. Pierwsze rozśpiewały się ptaki, radując ludzi cudownymi, delikatnymi dźwiękami. Gdzieniegdzie słychać było kroki rozespanych mężczyzn, pokrzykiwania ich żon i tupot dzieciaków ciekawskich nadchodzącego dnia. Rytm życia cudownie się powtarzał. Znaczy, prawie. Przez jedną z uliczek przechadzał odróżniający się od owego spokoju mężczyzna krokiem zdecydowanym, niemalże sprężystym. Skórzana torba przełożona przez ramię podskakiwała wraz z jego ruchami. Zmierzał na sam środek Lacocku, gdzie znajdowała się gospoda "Znak Anioła". Głowę trzymał lekko zadartą ku górze, pierś zaś wypiętą do przodu. Jego złociste loki pobłyskiwały skąpane w porannym słońcu.

Gospoda niczym nie różniła się od budynków wokoło; również zbudowana została z kamieni. Nad dębowymi drzwiami wisiał mały, okrągły zielony szyld. Dość duże, drewniane okiennice wypełniały ją słonecznymi promieniami. Mężczyzna wszedł z zadowoleniem do "Znaku Anioła". Ominął mniej lub bardziej zwinnie wszystkie stoliki, przy których siedziało już kilka turystów. Tylko paru z nich odwróciło się i przez chwilę wodziło za nim wzorkiem. Szybko jednak powrócili do śniadania. W całym pomieszczeniu unosił się zapach świeżo mielonej kawy i smażonej na boczku jajecznicy. Mężczyzna, który dotarł do szynkwasu przywitał się z gospodarzem i zagaił go jedną ze swoich znanych na świecie historii. Uśmiechnął się szeroko, a jego zęby białe niczym perły onieśmieliły rozmówcę. Przynajmniej mężczyzna tak myślał, któż mógłby mu odmówić uroku? Gdy wymienili ze sobą kilka grzecznościowych słów, blondyn ruszył ku schodom. Przed nimi zostawiona została tabliczka, która mówiła o remoncie pierwszego piętra. Na jej widok tylko uśmiechnął się lekko i przekroczył ją.

Na górze znajdowała się podobna sala do tej, która była na dole; długie, dębowe stoły stanowiły główne umeblowanie wraz z dostawionymi do nich ciężkimi ławami. Gdzieniegdzie na ścianach wisiały gobeliny i portrety, które radośnie witały gości. W prawym rogu znajdował się kamienny kominek przyozdobiony polnymi kwiatami w szklanym wazonie. Oczywiście o remoncie nie mogło być mowy - stanowiło to jednie zmyłkę, by mugole nie dostali się do świata magicznego. Mężczyzna rozejrzał się i w najdalszym kącie pomieszczenia zobaczył znaną sobie postać. Charakterystyczna czupryna w nieładzie oraz cekiny pokrywające całą szatę nie pozostawiały żadnej wątpliwości, tak samo jak okulary z bardzo grubymi szkłami, które powiększały jej oczy kilkukrotnie. Właściwie przypominała z wyglądu olbrzymiego, świecącego się owada. Podszedł do niej dumnie i z uniesioną głową.

- Sybillo, moja droga! Cóż cię sprowadziło do Lacocku? - zapytał mężczyzna, przysiadając się bez zbędnego przyzwolenia. Uśmiechnął się szeroko i wpatrywał w kobietę oczekując odpowiedzi.

- Mój drogi, sępy śmierci zbliżają się do ciebie, już krążą nad twą głową... - mruknęła w odpowiedzi kobieta i upiła łyk sherry. Głos miała jak zwykle spokojny i tajemniczy. Przed nią leżała rozłożona talia kart, której przyglądała się uważnie. Oderwała od niej wzrok na chwilę i przyjrzała się mężczyźnie. - Miejsce takie jak Lacock dobrze wpływają na moje wewnętrzne oko, Gilderoyu.


- To cudownie! Czy twoje karty przewidzą mój kolejny sukces pisarski? Korzystając z pięknej pogody przyjechałem tu, by dokończyć kolejny bestseller - powiedział podekscytowany Gilderoy i dumnie wypiął pierś. - Na pewno słyszałaś o tym, jak wysoko znajdują się wszystkie moje dzieła! Kochana, znam świetne miejsce, w którym na pewno twoje wewnętrzne oko się otworzy!

- Zaczekaj chwilę - powiedziała Sybilla i nagle chwyciła go za rękę. Głos drżał, gdy z jej ust przepowiednia sama wypływała: - Twa magia będzie ci odebrana, gdy tylko zamkniesz oczy. Gdy je otworzysz, strach ponownie cię oślepi. Kiedy słońce zabarwi Lacock w czerwień, dowiesz się okrutnej prawdy.

- Niech cię, brzmi groźnie - przeraził się czarodziej. Kiedy dotarło doń, że wyszedł na tchórza, dzielnie uśmiechnął się i mimo pobladłej twarzy dodał: - Dobrze, że tak wybitny czarodziej jak ja zawsze znajdzie wyjście z sytuacji. Tymczasem zapraszam cię na spacer, chyba nie odmówisz właścicielowi najbardziej czarującego uśmiechu na świecie?

Przez całe średniowiecze wieś Lacock słynęła z produkcji wełny. Dziś stała się atrakcją turystyczną Anglii, wciąż utrzymując swój dawny urok. Gilderoy zaprowadził Sybillę na kraniec miejscowości, gdzie znajdowały się pola uprawne pszenicy i pastwisko, na którym właśnie leniwie wylegiwało się stado owiec. Sielski widok otaczał ich zewsząd, tak samo jak zapach traw, odgłosy zwierząt i cichutki szelest liści tańczących na wietrze. Gilderoy zatrzymał się na środku ścieżynki, którą się przechadzali. Położył ręce na biodrach i westchnął przeciągle. Uśmiechnął się szeroko jak miał w zwyczaju, po czym z kieszeni spodni wyjął różdżkę. Rozejrzał się, szukając nieopodal głazu. Gdy taki znalazł w cieniu młodej brzozy, podszedł doń i mrucząc coś pod nosem machnął różdżką. Efektu zaklęcia nie było, zatem zniecierpliwiony powtórzył zabieg kilka razy. Gdy udało mu się w końcu głaz zamienić na kamienną ławkę, odwrócił się do cierpliwie czekającej Sybilli. Kobieta poprawiła spadające okulary i usiadła na przemienionym siedzisku. Gilderoy rozpostarł ręce, wyjął ze skórzanej torby czysty pergamin i samopiszące pióro, które wyróżniało się mocno liliowym zabarwieniem. Sybilla zerknęła na niego z ukosa i rzuciła spokojnie:

- Gdy twoje pióro postawi trzynastą kropkę, ktoś ułoży się do popołudniowego snu. - Mężczyzna spojrzał na czarownicę z zażenowaniem, oparł się wygodnie i nakazał pióru rozpoczęcie pisania. Nie przyglądając się temu, co błyskawicznie pojawiało się na jego pergaminie sięgnął do torby po raz kolejny, tym razem wyjmując kremowe piwo, które kupił będąc jeszcze w gospodzie. Otworzył je i upił spory łyk delektując się jego smakiem. Sybilla pustym wzrokiem patrzyła to na pastwisko, to na towarzysza. W lewej ręce trzymała prawie pustą już butelkę sherry, a prawą bawiła się cekinami przyszytymi do rękawa. Koło nich pojawił się młody zając. Kobieta przyglądała mu się chwilę, szybko jednak wróciła do obserwowania owiec i swojego wewnętrznego oka. Gilderoy zamruczał cichutko z zadowolenia i wystawiając twarz ku słońcu zamknął powieki. Zapewne nie spodziewał się tego, co stało się natychmiast po tym, gdy to zrobił: zając zbliżył się doń, uniósł łebek i chwilę powęszył. W jednej chwili podskoczył i złapał w pyszczek różdżkę, która wystawała Gilderoyowi z kieszeni. Gdy mężczyzna otworzył oczy i z przerażeniem poderwał się z siedzenia, zając kicał już w stronę pola. Sybilla również wstała, odłożyła butelkę i wskazała go palcem.


- Nie zamierzasz go złapać, Gilderoyu? - zapytała. Jej policzki zaczynały mieć odcień ulubionego przez nią trunku. Mężczyzna niezdarnie pobiegł za zającem. Sybilla wyjęła swoją różdżkę, by czarami wspomóc złapanie puchatego uciekiniera. Skierowała ją w zająca i rzuciła: - Immobulus! - Na całe nieszczęście nie trafiła w cel. Fioletowa stróżka ugodziła w plecy towarzysza. W bardzo zwolnionym tempie obrócił się w jej stronę zdziwiony i lekko oszołomiony. Sybilla zaczerwieniła się i wymamrotała przeprosiny piskliwym głosem. Uwolniła go szybko z rzuconego zaklęcia i pobiegła tam, gdzie udał się w podskokach zając. Gilderoy, który znów poruszał się szybko również rozpoczął ponowną gonitwę za zwierzęciem. Biegli więc ramię w ramię, oboje potykając się o kamienie i nierówności, jakie napotykali po drodze. Gdy zając w końcu zatrzymał się, otoczyli go dysząc ciężko. Sybilla uniosła swoją różdżkę. Postanowiła ponowić próbę zatrzymania urwisa. Zając popatrzył na nią zaciekawiony. Przechylił łebek, wciąż trzymając własność Gilderoya w pyszczku. Choć widok był rozczulający, Sybilla nie wahała się. Z jej różdżki kolejny raz pojawiła się fioletowa stróżka. Zając uskoczył przestraszony. Czar ugodził niewinny kamień obok. Gilderoy widząc niepowodzenie kobiety rzucił się na zwierzątko i złapał je w ręce. Zając wyrywał się, ale mężczyzna okazał się być silniejszy. Sybilla podeszła i przyjrzała się bliżej obojgu. Wyciągnęła różdżkę czarodzieja z pyska zająca. Gilderoy uśmiechnął się szeroko, wypiął dumnie pierś. Było oczywistym, że sobie poradzi! Sybilla podała mu różdżkę. Przyjął ją dziękując pięknymi słowy. Chwilę potem zając oddalił się bez zdobyczy. Nie wydawał się być tym zbytnio przejęty - znów radośnie kicał przed siebie. Roześmiali się głośno.

Kiedy ich śmiech przycichł, zdali sobie sprawę, że jakiś dźwięk im wtórował. Nastawili uszy. Głośne, głębokie, tubalne chrapanie dobiegało gdzieś niedaleko. Zdziwieni szukali źródła nieprzyjemnej melodii. Brzmiało to tak, jakby cała Hogwarcka brać chrapała jednocześnie z Hagridem na czele. Gilderoya przeszył nieprzyjemny dreszcz. Sybilla nasłu****ąc postanowiła zbliżyć się nieco. Czarodziej niespiesznie dreptał za nią z niezadowoleniem wzdychając ciężko. Kobieta zatrzymała się nagle; Gilderoy wpadł na Sybillę. Wymamrotał przeprosiny, spuszczając wzrok. Gdy podniósł głowę, ujrzał to, co nakazało jej się zatrzymać. W cieniu jednego z drzew spało olbrzymie dziecko, kudłate i tubalnie chrapiące. Fioletowe kudły wyglądały na czyste i zadbane. Niekontrolowany krzyk Gilderoya obudził je. Zaspane otworzyło czy. Powoli uniosło łeb. Krótkie rogi zabłysły odbitym światłem słonecznym. Sybilla i Gilderoy przerażeni długimi krokami wycofywali się. Czarodziej ukrył się za kobietą. Troll podniósł się ociężale; upewnili się, że nie był to dorosły osobnik. Pod Gilderoyem ugięły się nogi. Obudzone stworzenie miało prawie osiem stóp wysokości. Szmata, która zakrywała niektóre części jego kudłatego ciała, wyglądała tak, jakby ktoś niedawno ją wyprał; widniało na niej tylko kilka zielonych plam, prawdopodobnie od tarzania się w trawie. Troll zaryczał wściekle. Wskazał ich palcem i powarkiwał zdenerwowany. Natychmiast Sybilla i Gilderoy skierowali różdżki w jego brzuch.

- Petrificus totalus! - wypowiedziała zaklęcie kobieta, zanim mężczyzna zdążył otworzyć usta. Troll zesztywniał. Obie nogi przestały go utrzymywać, runął ciężko na ziemię. Uderzył głową o grunt, a jego niewykształcone, dziecięce rogi wbiły się weń. Stworzenie zaczęło szlochać. - Właściwie, Gilderoyu, nic nam nie zrobił, nie powinnam być taka surowa...

- Zwariowałaś! To troll rzeczny! Skąd on się tu w ogóle wziął? - wybuchł czarodziej. - No ale skoro jest unieszkodliwiony... jak dobrze, że byłem tu, by cię ochronić, prawda, Sybillo? Wracajmy, zostawiłem przybory przy głazowej ławce, a książka się sama nie napisze!

- Finite! - Sybilla po raz kolejny wycelowała w trolla. Zanim ten jednak otrząsnął się po klątwie, dodała: - Levicorpus!

Zostawili biedne stworzenie wiszące głową w dół. Choć warczał, szlochał, nie wrócili, by postawić go na nogi. Jego rogi ukruszyły się od upadku. Wyglądał bardzo nędznie. Gilderoy zebrał swoje rzeczy i odprowadził do gospody Sybillę, której wcześniej haniebnie zmodyfikował lekko pamięć. Ta historia idealnie nada się do jego właśnie powstającego bestsellera, który będzie nosił tytuł "Wędrówki z trollami"! Wszyscy z tej autobiografii dowiedzą się, jak dżentelmeńsko obronił kobietę przed ogromnym trollem rzecznym! Prawdę mówiąc okłamał ją nieco - nie przyjechał na wieś pisać książkę. Jego babka musiała stawić się w Ministerstwie Magii i poprosiła go, by pod jej nieobecność nakarmił koty. Przypominając to sobie, ruszył prosto do jej domu. Wszystkie budowle wyglądały bardzo podobnie: dom jego babki też się nie wyróżniał. Gdy otworzył drzwi, poczuł zapach gotującej się kapusty. Na pewno babuńka gotowała polski przysmak - bigos. Wkroczył zaciekawiony do kuchni, gdzie czekała na niego właścicielka domu. Gdyby wzrok mógł zabijać, na pewno Gilderoy już leżałby martwy. Babka wskazała go chochlą zdenerwowana, jednak wciąż nie mówiąc ani słowa. Wtedy usłyszał znajomy szloch. Cały pobladł.

- Kazałam ci nakarmić koty, a nie atakować trolla, którym się opiekuję! Czy wiesz, jak boli ukruszenie rogów? Felix nic ci nie zrobił, na Merlina! Ten dzieciak, co go na obrońcę szkolę, jest bardziej pożyteczny niż ty! - wydarła się babka. Dalszego wywodu jednak Gilderoy nie usłyszał, gdyż zemdlał z przerażenia, gdy tylko dowiedział się prawdy. Zapewne gdy tylko się ocknie, piekło, jakie wyrządzi mu babka długo zapadnie mu w pamięć. Zastanawiał się, kto przypomina diabła bardziej: ona, czy troll.


PRACA K - ulka_black_potter


Wyprawa, że hej


Generalnie każdy kocha wyprawy w góry, jednak kiedy przychodzi czas wspinaczki dla niektórych zaczyna się droga przez mękę. W ten słoneczny, wrześniowy poranek nie było inaczej. Szanowna nauczycielka wróżbiarstwa Sybilla Trelawney oraz co może zaskoczyć, jej przyjaciel Gilderoy Lockhart postawili osiągnąć szczyt. I to nie byle jaki, ponieważ mowa tu o najbardziej niebezpiecznym szczycie polskich Tatr, czyli Kasprowym Wierchu.

- Osiągnąłem już wiele szczytów w swym wspaniałym życiu - rzekł Gilderoy, krocząc żwawo w stronę szlaku - jednak w górach nie byłem nigdy.

Owinięta różnokolorowymi szalami Sybilla spojrzała w kierunku, w którym myślała, że jest szczyt i nic nie powiedziała. Chociaż darzyła Gilderoya niemałą sympatią, którą niektórzy mogliby nazwać zauroczeniem, to nie podobał jej się pomysł wspinaczki.

- Sybillo, moja kochana. Czy zabrałaś wodę?

Sybilla sięgnęła ręką do ogromniastego plecaka, który taszczyła na swoich ramionach i wymacała tam jakąś butelkę. Sądząc po kształcie, nie była to jednak woda.

- Pamiętaj, że woda to podstawa przy takiej przygodzie! - rzekłszy to Gilderoy machnął różdżką i z jego mini różowo-srebrzystego plecaczka wyskoczyła rzeźbiona butla z krystalicznie czystą wodą oraz bigos.

Trelawney spojrzała na Gilderoya z uwielbiem w oczach.

- Czy to jest bigos? Bigos z boczkiem i kapustą?! - kobieta rzuciła się na Lokharta z impetem i wyrwała mu garnuszek z bigosem z rąk, po czym zaczęła się nim zajadać. Może niektórzy z was nie wiedzą, ale Sybilla była największą fanką bigosu na świecie. Uwielbiała popijać jego kapuściany smak wódką...ekhm...wodą wprost ze strumienia. Nie było jej dane skosztować go w Hogwarcie gdzie uczyła i mieszkała przeszło 20 lat, ponieważ Albus Dumbledore dokarmiał uczniów dyniami, ze swojej uprawy.

- Sybillo, nie wiedziałem, że jesteś taka głodna!

- To nie głód! To rządza i pragnienie bigosu! - odrzekła Sybilla z szaleństwem w oczach. Nagle cała zesztywniała i zaczęła mówić dziwnie zmienionym głosem.

Rządza przyćmi Hogwart kiedy Podlasie odłączy się od Polski, pragnienie dosięgnie uczniów Hogwartu, kiedy dyrektor przestanie hodować dynie. Nastaną mroczne czasy, czasy bigosu... Gdy Podlasie odłączy się od Polski... Gdy Podlasie... Gdy Podla...

Sybilla upadłaby wprost w nikczemną przepaść Kasprowego Wierchu, jednak Gilderoy w ostatnim momencie złapał ją za końcówkę szala oraz piętę, po czym przerzucił na małą polankę. Nikt nie wiedział, że pod wrzosowym kubrakiem skrywał mięśnie prawdziwego StrongMana. Nikt nie wiedział również o tym, iż bratankiem siostrzeńca od strony siostry matki stryja Josepha był Mariusz Pudzianowski. Jednak w tej chwili był to fakt mało istotny. W tej chwili liczyła się tylko przepowiednia.
- Sybillo! Czy Ty właśnie przepowiedziałaś przyszłość? Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Ślina ciekła ci niesamowicie z ust, przez co nie słyszałem niektórych słów, jednak rozumiem sedno całej wypowiedzi! - Sybilla przetarła szalem zaślinione usta, jednak nie wiele to dało, ponieważ szal również był mokry.
- Nie wiem o czym mówisz!
- Ależ wiesz! Podlasie! To na Podlasiu stanie nowa szkoła magii i czarodziejstwa. Brytyjskie Ministerstwo Magii poprosiło Dumbledore'a o radę w sprawie nowej europejskiej szkoły. A Ty to przepowiedziałaś!

Przechodzień w sandałach spojrzał z ukosa na Lokharta. Słyszał dziwne słowa o bigosie, jednak nic o szkole. Marian, bo tak się nazywał pokręcił głową i stwierdził, że ten facet w różowym wdzianku jest idiotą. Nic nie mówiąc odszedł w siną dal, myśląc o zimnym piwie, które wypije w schronisku. Gilderoy natomiast ruszył żwawym krokiem w stronę szczytu, rozmyślając o aranżacji nowej szkoły magii i czarodziejstwa, a Sybilla poczłapała za nim czując w ustach smak bigosu z kapustą i boczkiem.

KONIEC



6. HORROR
- Bellatrix Lestrange, Rudolfus Lestrange, Rabastan Lestrange, Antonin Dołohow - autor musi wybrać jedną z tych postaci na głównego bohatera.
- Akcja rozgrywa się tuż po uwolnieniu ich z Azkabanu
- Muszą znaleźć się wspomnienia z więzienia, co bohater czuł, jak to wyglądało oraz opis tego jak czuje się teraz i jak zmienił go pobyt w więzieniu
- Musi znaleźć się opis relacji bohatera z przynajmniej jednym ze Śmierciożerców
- Musi znaleźć się opis relacji bohatera z Lordem Voldemortem


PRACA L - Sam Quest


Sen nie nadchodził. Leżał na wygodnym posłaniu, pokój przepełniała cisza, ale on nie mógł zasnąć. Czegoś brakowało. Było za cicho. Zbyt wygodnie. Przekręcił się na drugi bok i zamknął oczy, zobaczył go. Stał przed nim, obszarpany materiał powiewał pomimo braku wiatru, koścista ręka zmierzała do jego szyi, a wielki otwór w miejscu twarzy przybliżał się do jego ust. Serce zaczęło mu mocniej bić, otworzył oczy i obraz dementora zniknął. Przełknął ślinę i wrócił myślami do wydarzeń sprzed kilku godzin.

Wiedział, że to się wydarzy, były wyraźne znaki, że Czarny Pan o nich pamięta, tak jak oni pamiętali o nim. Spędził ostatnie piętnaście lat w Azkabanie, ale przynajmniej nie zeszmacił się jak Malfoy i jemu podobni. Gdy wreszcie poczuł na swojej twarzy świeże powietrze, pojawiła się ekscytacja. Był wolny, a ci zasrani dementorzy nie mogli mu nic zrobić. Spojrzał na swojego brata, który wyglądał jak cień siebie sprzed lat. Nie widywali się, Azkaban nie był domkiem letniskowym, a oni opuszczali swoje cele bardzo rzadko. Wszystkie podstawowe potrzeby musieli załatwiać w tych klatkach, a rozmowa ze współwięźniami do nich nie należała. Złapali stary but i po chwili przenieśli się do lasu.

Krążyli wśród ciemności przed dłuższy czas, żadne z nich nie miało sił na bezpieczną teleportację. Po chwilowej ekscytacji z powodu przywróconej wolności czuł w sobie pustkę.
- Rudolf - powiedział, zatrzymując brata i kładąc mu rękę na ramieniu. Ten odwrócił się do niego i spojrzał wypranym z emocji wzrokiem. - Bracie... - Rabastan, nie zważając na brak reakcji, rzucił się w ramiona brata obejmując go. Nigdy nie okazywali sobie czułości, ale byli ze sobą zżyci. Rudolf zawsze był dla niego wzorem do naśladowania. To dla niego został Śmierciożercą, dla niego walczył u boku Czarnego Pana i dla niego spędził ostatnie lata w Azkabanie. Bo zawsze chciał być jak on, jak jego starszy brat.
- Dosyć tych czułości, musimy się stąd wydostać. Jakiś idiota wysłał nas w sam środek głuszy. - Bellatrix, żona Rudolfa, podeszła do braci. - Nie tak to miało wyglądać.
- Nie mamy różdżek - zauważył Rudolf.
- Ty zawsze masz jakiś problem - prychnęła. - Idziemy na północ.
Szli przed siebie, nie wiedząc dokąd idą, Rabastan miał wrażenie, że wracają tam skąd przyszli, że droga niechybnie doprowadzi ich z powrotem do Azkabanu.

Nie chciał tam wracać, nie był do końca pewien, jak długo był w celi, podobno piętnaście lat, ale dla niego każdy dzień był jak miesiąc, a miesiąc jak rok. Na początku było najgorzej, w głowie miał mętlik, wspomnienia z dzieciństwa, z tych najbardziej beztroskich i szczęśliwych lat pojawiały się i szybko znikały w gąszczu wszystkich porażek, zawodów i upadków, które go spotykały. Często płakał, chociaż wcześniej mu się to nie zdarzało i jedyne, o czym marzył to śmierć. Wielokrotnie wyobrażał sobie możliwe scenariusze własnej śmierci, które w ciasnej celi były mocno ograniczone.

Po czasie nauczył się mieć pustkę w głowie i duszy. Zapomniał kim jest, nie wspominał lat poza Azkabanem, po prostu egzystował, bo życiem nie dało się tego nazwać.

A teraz był wolny, wszystko dzięki Czarnemu Panu. Poczuł jak jego wnętrzności, zwijają się w supeł, serce zaczęło mu mocnej bić, a na czole pojawiły się krople potu. Będzie musiał wrócić do służby Czarnemu Panu. Oczywiście to był dla niego wielki zaszczyt, jego brat wszak był najwierniejszym Śmierciożercą, a on zawsze wiedział co jest słuszne. Tak, wróci do swojej służby i u boku brata będzie walczył o lepszą, wolną od plugastwa przyszłość. Będzie trybikiem w machinie swojego Pana, bo to jest słuszne i tak należy. Przynajmniej tak twierdził Rudolf.

Oparł się o najbliższe drzewo, wsłu****ąc się w odgłosy lasu, sowy pohukiwały, Bellatrix rzucała przekleństwa pod nosem, a drzewa szumiały delikatnie. Było błogo, zbyt błogo.

- Tu jest jakaś chata. Może będzie tam jakieś jedzenie. - zawołał Dołohow i wszyscy ruszyli w jego stronę. Rabastan nazwałby to bardziej szałasem niż chatą. Krzywo zbite deski tworzyły cztery ściany, które wyglądały jakby w każdej chwili mogły się zawalić; a minimum dwie ściany i część dachu, oplecione były bluszczem.
- Nie wygląda to zachęcająco ani obiecująco - powiedział Rabastan.
- Ja pukam, wy unieszkodliwiacie - zarządziła Bella i nie czekając na resztę, ruszyła do czegoś co mogło być drzwiami. Zapukała kilka razy, jednak nikt nie odpowiedział, otworzyła, więc drzwi i weszła do środka. Rabastan ruszył za nią. Nie wiedział skąd wytrzasnęła świecę i skąd wiedziała jak ją zapalić, ale zrobiła to. Pomieszczenie rozświetliło się nieznacznie, cały szałas to była jedna izba, w której stał przegniły stół i drewniane łóżko z siennikiem.
- Nic tu nie ma - zauważył przytomnie.
- Tam jest jakaś klapa, może do piwnicy? - Bella wskazała na przeciwległą stronę.
- Ktoś tam musi iść - powiedział Dołohow. - Nie ja!
- Nie ja!
- Nie ja!
- Nie ja! - Rabastan jak zawsze w tej głupiej grze miał pecha i odezwał się ostatni. - Niech was szlag trafi. Daj mi tę świecę - zwrócił się do Belli, która podała mu ogarek z resztką wosku.
- Sprawdź, czy jest tam jakieś jedzenie - przypomniał mu Dołohow. Rudolf nie odzywał się, patrząc tępo przed siebie.

Rabastan niechętnie podszedł do klapy i używając resztek siły, otworzył ją, widział jedynie ciemność i kawałek sznurka, wyglądający jak drabina. Zaczął przy jej pomocy powoli schodzić w dół, nie było to łatwe z ogarkiem w ręce. Miał wrażenie, że ta drabina nigdy się nie skończy, a sam schodzi po niej już kilkanaście minut. Wreszcie poczuł pod stopami ziemię.

Rozejrzał się, znajdował się w ciasnym pomieszczeniu, w którym stała duża drewniana szafa. Jak na to, jak wyglądała izba u góry, ten mebel prezentował się bardzo solidnie. Otworzył ją niepewnie, była pusta, jednak jej tył wyglądał jak kolejne drzwi. Rozsądek mówił mu, że to miejsce jest podejrzane i należy wrócić na górę, ale to wszystko było dziwne i ekscytujące zarazem. Rabastan od dawna nie miał do czynienia z takimi emocjami, więc popchnął drzwi znajdujące się w szafie. Pojawiła się przed nim kolejna izba, z której jedyna droga do przodu była wydrążonym w ziemi tunelem, był jednak na tyle wysoki, że pochylony zmieściłby się w tym otworze. Nie miał jednak zamiaru się przez niego przeciskać, odwrócił się w stronę, z której przyszedł, jednak wyjście zastawione było przez wysoką zakapturzoną postać.

- Kim jesteś? - zapytał, jednak nie usłyszał odpowiedzi. Nie był to człowiek, bo wyraźnie unosił się nad ziemią, nie był też dementorem, pomimo pewnych podobieństw, ponieważ nie oddziaływał na niego.

Rabastan zaczął się powoli wycofywać w stronę tunelu, a postać ściągnęła, przegniłą i pokrytą parchami dłonią, kaptur. Wzdrygnął się na ten widok. Jego twarz była nienaturalnie podłużna, z czaszki zwisały długie, przetłuszczone kosmyki włosów. Z oczodołów wiała pustka, a w miejscu nosa i ust był otwór, z którego wystawały długie kły, przypominające bardziej zęby rekina, niż człowieka.

Przełknął ślinę i rzucił się w stronę tunelu. Nie miał ochoty zostać zjedzonym przez tego stwora, a bez różdżki był na dobrą sprawę bezbronny. Zaczął biec, czuł, że ten potwór go goni. Serce biło mu szybko, zaczął łapać zadyszkę, przez ostatnie lata w Azkabanie nie miał okazji dbać o kondycję. Jeżeli zaraz czegoś nie wymyśli, umrze w mało przyjemny sposób. Tunel coraz bardziej się zwężał, musiał zgiąć się praktycznie w pół, co skutecznie utrudniało mu ucieczkę. Zobaczył jednak w oddali intensywne światło, starał się przyśpieszyć, poczuł jednak szpony potwora na nodze. Próbował ją wyszarpnąć, przez co tamten zaczął jeszcze bardziej naciskać. Kopnął przeciwnika z całej siły drugą nogą, co dało mu kilka sekund przewagi. Dzięki adrenalinie przyśpieszył w stronę światła i już po chwili wręcz wyleciał na dużą salę.

Na ścianach wisiały pochodnie, odwrócił się w stronę wyjścia z tunelu, czekając na tego potwora. Zdążył zauważyć, że jedyna droga ucieczki to powrót do tunelu. Dopiero po chwili zorientował się, że na ścianach wysokich na kilka stóp, wisiały szczątki ludzkie na różnym etapie rozpadu. Wiedział, że nie po to odzyskał wolność, by teraz dać się zabić przez jakiegoś potwora. Zaczął szukać jakiejś broni.

Nie miał jednak szansy na zbyt długie poszukiwania, bo stwór pojawił się w wejściu i ruszył szybko w jego stronę. Myśli Rabastana gnały jak szalone, chwycił najbliżej wiszącą pochodnię i zaczął nią wymachiwać.
- Nie uda ci się! - zawołał. - Nawet nie próbuj mnie atakować, jestem czarodziejem i zabiję cię ty parszywcu! - Dodał drżącym głosem. Zawsze był raczej tchórzliwym człowiekiem, wiedział, że bez brata niczego nie potrafi.

Tamten zaczął iść w jego kierunku, wyciągając w jego stronę kościste dłonie i wydając z siebie przeciągły jęk. Rabastan poczuł jak jego wnętrzności podskakują mu do gardła, miał wrażenie, że chcą one z niego wyskoczyć. Im dłużej ten dziwny dźwięk wydobywał się z gardła tego potwora, tym bardziej zaczynał się dusić. Miał wrażenie, że jelita owijały się wokół jego płuc ściskając serce i próbując w ten sposób wydostać się na zewnątrz. Upadł, próbując złapać oddech. Przed oczami pojawiły mu się czarne plamy, a ten przenikliwy dźwięk wwiercał się w jego mózg.

Nagle wszystko ustało. Dźwięk ucichł, jego organy zaczęły wracać na swoje miejsce, a on mógł złapać oddech. Potrzebował dłuższej chwili, by zrozumieć co się dzieje.

- Ty idioto, co ty znowu wymyśliłeś. Kretyn, ile można na ciebie czekać nieudaczniku? - Albo umarł i nawet po śmierci jego szwagierka nim gardziła, albo żyje i do końca życia będzie musiał słuchać jej narzekań na swoją bezradność. Sam nie wiedział co jest gorsze.
- Nie śpieszyło się wam - powiedział słabo, próbując wstać. Bella stała ze sporym kawałkiem drewna, u jej stóp leżał powalony stwór.
- Spal go i idziemy. Rudolf i Dołohow czekają na nas. - Bella nie czekając na niego, ruszyła w stronę tunelu.

Sięgnął po leżącą obok pochodnie i przyjrzał się wiszącym trupom. Jednemu z nich z ust wystawał kawałek czegoś, co według Rabastana było jelitem. Wzdrygnął się i rzucił pochodnię na płaszcz tego czegoś.
Całą salę przeszył ten przeciągły jęk, jednak tym razem nie działał na Rabastana tak jak wcześniej. Rzucił ostatnie spojrzenie na tego potwora i ruszył za Bellatrix.

Droga powrotna trwała o wiele krócej i po chwili wychodzili z piwnicy.
- Dołohow znalazł Carrowów. Możemy stąd iść. - Rudolf znudzony czekał na nich w izbie.

Rabastan spojrzał na brata i poczuł ukłucie żalu, nagle zobaczył go i ich relacje w innym świetle. Ostatnie piętnaście lat zmieniło ich bardzo, ale najbardziej to, że nie byli już braćmi. Nie takimi, jak kiedyś. Nie miał już brata, jeżeli kiedykolwiek go tak naprawdę miał.
Pierwszy raz pomyślał, że Rudolf był tylko marionetką swojej żony oddanej Czarnemu Panu, a Rabastan był kukiełką w rękach brata. Poczuł wściekłość, stracił całe życie na ślepe podążanie za bratem, a teraz spędzi resztę życia, ponosząc tego konsekwencje, słuchając rozkazów człowieka, którego się bał, ale na pewno nie szanował.

Rabastan otrząsnął się ze wspomnień, nadal zapadał się w miękkim materacu. Wstał z wygodnego łóżka i wyszedł z pokoju. Skierował się w stronę wyjścia, gdy znalazł się na podwórzu, przeciął je zdecydowanym krokiem i ruszył w stronę psiarni. Znalazł pusty boks pod ścianą, wszedł do środka zamykając za sobą kratę. Ułożył się na cienkiej warstwie słomy leżącej pod ścianą i zamknął oczy. Z każdej strony przenikał go chłód.

Sen nadszedł.



PRACA M - Pomyloony


Pokój wypełniał ten charakterystyczny zapach nikotyny pomieszanej z wilgocią. Mój ulubiony. W półmroku analizowałem niewyraźne kontury pojedynczych przedmiotów, aż wzrok nie przyzwyczaił się do ciemności. Na krańcu pojedynczego łóżka leżał mały, czarny kundel. Cicho powarkiwał przez sen. Cały czas czułem przyjemne ciepło w okolicy odcinka lędźwiowego. Do moich pleców przyciskała się naga dziewczyna, niezbyt urodziwa, z wyraźną asymetrią górnej wargi i krótkimi włosami. No cóż, nie ze względu na twarz trzymałem ją u siebie. Była młoda i jędrna, dojrzała i soczysta, jak najsłodsze winogrono zerwane w słoneczny dzień. Czego więcej wymagać od kobiety?
Zrzuciłem z siebie szare prześcieradło i skierowałem kroki w stronę łazienki. Ich echo zadudniło mi w uszach. Wyciągnąłem różdżkę i rozświetliłem jej koniec odpowiednim zaklęciem. Spojrzałem w lustro. Serce mi stanęło. Na twarz wstąpił pot. On stał tuż przede mną, niczym upiorne widmo. Wzdłuż wklęsłego policzka ciągnęła się głęboka blizna, ginąca w krzaczastym zaroście; ciemne, nieprzeniknione oczy wypełniał gniewny żar.
- Cyka! - zakląłem głośno w języku ojczystym, cofając się w stronę drzwi, dysząc i charcząc jak dzikie zwierzę.
Minęło jeszcze kilka sekund, zanim zdałem sobie sprawę, że to moje własne odbicie wprawiło mnie w lęk. Wyprostowałem sylwetkę, spojrzałem groźnie i obnażyłem zęby, ukazując wszelkie ich ubytki i przebarwienia. Zadrżałem, a moje rysy złagodniały. Dotknąłem lewego przedramienia, pulsowało delikatnie. Z każdą chwilą wyblakły Mroczny Znak stawał się coraz bardziej wyraźny, pieczenie coraz bardziej dojmujące. Porwałem czarny płaszcz, rzucony niedbale na jedno z krzeseł i deportowałem się. Zostawiłem Lulę samą, nie była złodziejką. Gdyby nawet pokusiły ją te dwie rolki papieru toaletowego i wyszczerbiony kubek, stanowiące mój majątek, wizja spotkania Czarnego Pana napawała mnie dostateczną adrenaliną, by się tym nie przejmować.

- Bądźcie gotowi, moi mili. - Dźwięk jego chrapliwego głosu przechodził przez całe moje ciało, pieszcząc je i kojąc. Pozbawione warg usta wykrzywiły się w łagodnym uśmiechu. - Już wkrótce zdobędziemy przepowiednię, klucz do pokonania Harryr17;ego Pottera, a wówczas nie będziemy musieli się dłużej ukrywać.
- Za pozwoleniem, miłościwy panie... - mężczyzna o długich, jasnych włosach i nieskazitelnych rysach niepewnie zabrał głos - Dumbledore wciąż czuwa nad Hogwartem, nie powinniśmy go lekceważyć.
- Już niedługo, Lucjuszu, już niedługo...
Malfoy. Na sam dźwięk jego głosu ogarnął mnie wstręt. Tchórz, zdrajca, nieudacznik. Przez ostatnie lata jego największym zmartwieniem był natrętny gnom ogrodowy. Wyparł się Czarnego Pana, wyparł się swojej tożsamości. Nie przeżyłby w Azkabanie, gdzie na wierzch wychodziły najmroczniejsze myśli, gdzie pozbawiało się człowieczeństwa. Nie przeżyłby jednego dnia tortur, a jego sztywne ciało spoczęłoby na dnie mogiły, ku uciesze wyznających śmierć dementorów. Istot, które nie dbają o twoje bogactwo, o twój status, twoje intencje. Wiele razy sam błagałem je o śmierć, kiedy przybywały, by napoić się resztką mojej żywotności. Wyczuł na sobie mój wzrok. Nie, wszyscy patrzyli się na mnie, łącznie z Czarnym Panem. Spojrzałem w dół, na swoje paznokcie. Niemal odchodziły od skóry, sączyła się spod nich gęsta krew. Tuż przede mną, w blacie mahoniowego stołu wyryte były wyraźne ubytki, jakby wściekły wilkołak zagrzebał w nim swoje pazury. Siedząca naprzeciw mnie Bellatrix zaśmiała się skrzekliwie, kilka osób jej zawtórowało.
- Antonin, doskonale rozumiem i podziwiam twoją chęć mordu, przelejmy ją jednak na prawdziwego wroga - na tych, którzy niesłusznie zabrali wam wolność, nie zaś na meble Corbana. - Czarny Pan przemówił z rozbawieniem, a jego trupia głowa zdawała się świecić jak latarnia na ciemnym niebie, jak płomień w domowym ognisku. Zadziwiała mnie jego mądrość, jego potęga. Czułem dumę i wdzięczność, będąc jego najwierniejszym poplecznikiem. Nigdy nie czułem tego tak jasno jak w tamtym momencie. Po ucieczce z Azkabanu jeszcze wyraźniej uświadomiłem sobie, komu naprawdę mogłem ufać, kto ofiarował mi dużo więcej niż upragnioną śmierć; wyswobodził mnie z ramion wszechogarniającej pustki.

Miesiąc później, gdy śniegi całkiem stopniały, zabrałem z jakiegoś mugolskiego sklepu butelkę czerwonego wina. Paskudne, ale zawsze to alkohol, a w świecie czarodziejów wciąż musiałem trzymać się w ukryciu. Zanim dotarłem do swojej kryjówki, została ledwie połowa. W pokoju było ciemno. Rozświetliłem koniec różdżki. Na krańcu łóżka siedziała zapłakana Lula.
- Antonin... - jej głos drżał, błękitne oczy rozszerzał strach. - On tu był. Dementor. Chciał się pożywić.
- Gdzie? TUTAJ?! - upuściłem otwartą butelkę z winem, zacząłem panicznie rozglądać się po pokoju. Automatycznie poczułem chłód.
- Był blisko, ten pies tak szczekał... - spuściła wzrok i nagle zrobiła się jeszcze mniejsza niż przed chwilą. Wtedy zauważyłem. Moja suka. Moja Kira. Nigdzie jej nie było. - Nie mogłam go uciszyć, zabrałeś moją różdżkę.
- Dałaś Kirę... dementorowi?
Opuścił mnie chłód, zniknął cały strach. Zrobiłem się gorący z wściekłości. Zanim się zorientowałem, już byłem przy niej. Chwyciłem Lulę za włosy i jednym ruchem zmusiłem, by uklękła. Uderzyłem jej głową o ścianę. Wydała z siebie wrzask. Rozluźniłem uchwyt i dziewczyna opadła na drżące dłonie.
- Nie wyrzucaj mnie, Antonin, nie wyrzucaj... - powtarzała błagalnie. Potrząsnąłem głową i przy pomocy kciuka otarłem łzę spływającą po jej brodzie.
- Wytrzyj podłogę, devushka.
Zatrzasnąłem za sobą wejściowe drzwi i owiał mnie chłód marcowej nocy. Ruszyłem przed siebie. W głowie słyszałem ich chrapliwy świst, nozdrza wypełnił mi zapach zgnilizny. One nie patrzą, kim jesteś. Mały, duży, winny, niewinny. Zostawią w tobie tylko to, co najgorsze, odkryją twoją najciemniejszą stronę.

Na początku dementorzy odwiedzali moją celę codziennie. Z czasem częstotliwość ich wizyt zmniejszała się, nie zostało w niej wiele życia. Siedziałem przy ścianie, wpatrując się w róg pomieszczenia. Przez otwór nie większy od pięści wpływał do środka przydymiony promień światła. Kiedy dostatecznie blisko znajdował się dementor, całkiem znikał. Tak było i tym razem. Zimno przeszyło mnie do kości, w celi uniosła się mgła. Każda komórka w moim ciele, każdy nerw w mózgu, otaczająca mnie rzeczywistość, wszystko zdawało się spowolnić. Chciałem uciec. Jak we śnie widziałem szare, oślizgłe dłonie zaciśnięte na kratach. Z rogu pomieszczenia wydobywało się ciche skomlenie. Koścista dłoń przeniknęła przez kraty. Wyciągała się w stronę czarnego kundla. Próbowałem się poruszyć. Moją szyję oplótł biały wąż. Z każdym moim ruchem uścisk stawał się mocniejszy. Straciłem przytomność. Gdy się ocknąłem, psa nie było. Na kamiennej podłodze znajdowały się jedynie kłęby sierści i plamy krwi.

Chciałbym, aby był to sen. Było to jednak żywe wspomnienie. W Azkabanie, mając za towarzystwo jedynie najbardziej przerażające z istniejących stworzeń, człowiek widzi różne rzeczy. Niektóre dzieją się naprawdę, inne nie. Trudno odróżnić. Nie można się od nich uwolnić.
Edytowane przez monciakund dnia 25.07.2020 16:18

Z dedykacją dla Nior
zapodaj.net/images/2ac8c9dd6c48d.gif

- - -

confessionsofasomedaysomebody.files.wordpress.com/2015/01/ga-mer-and-christina-dancing.gif

- - -
The human life is made up of choices. Yes or no. In or out. Up or down. And then there are the choices that matter. Love or hate. To be a hero or to be a coward. To fight or to give in. Live or die.
- - -

s14.favim.com/orig/160717/derek-shepherd-gif-gir-meredith-grey-Favim.com-4535174.gif

- - -
Don't let what he wants eclipse what you need. He's very dreamy but he's not the sun, you are.
- - -

66.media.tumblr.com/tumblr_l9mktjSej61qaao9mo1_500.gif

---
Nad przepaścią, tegoż roku
Żyraf masa się w amoku
Rodzi. Pamięć ludzka jest
Zawodna, mimo tego fiest
Tysiące, z tej okazji,
Ku jej chwale od Abchazji
Aż po Nordkapp wspominacie.
"Czyjej chwale?", się spytacie.
Jak to czyjej? Monci* naszej.
Gryfa córce, redakcyjnej
Na tym świecie ambitniejszej
Od niej nie ma. Tu rysunek,
Tam malunek i do tego
Social media. Wizerunek
Hp-neta tam kreuje, ego
Strony reperuje. Szczerze,
Bardzo, bardzo szczerze mówiąc
Człek orkiestra, żywa gwiazda.
Żyj nam wiecznie, twórz i kreuj.
Koniec, basta - taki mus i
Żyraf pasta.

---

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2016awards_pedzel.png
www.harry-potter.net.pl/images/articles/moncia.jpg


 
monciakund
PRACE PÓŁFINAŁOWE


Z dedykacją dla Nior
zapodaj.net/images/2ac8c9dd6c48d.gif

- - -

confessionsofasomedaysomebody.files.wordpress.com/2015/01/ga-mer-and-christina-dancing.gif

- - -
The human life is made up of choices. Yes or no. In or out. Up or down. And then there are the choices that matter. Love or hate. To be a hero or to be a coward. To fight or to give in. Live or die.
- - -

s14.favim.com/orig/160717/derek-shepherd-gif-gir-meredith-grey-Favim.com-4535174.gif

- - -
Don't let what he wants eclipse what you need. He's very dreamy but he's not the sun, you are.
- - -

66.media.tumblr.com/tumblr_l9mktjSej61qaao9mo1_500.gif

---
Nad przepaścią, tegoż roku
Żyraf masa się w amoku
Rodzi. Pamięć ludzka jest
Zawodna, mimo tego fiest
Tysiące, z tej okazji,
Ku jej chwale od Abchazji
Aż po Nordkapp wspominacie.
"Czyjej chwale?", się spytacie.
Jak to czyjej? Monci* naszej.
Gryfa córce, redakcyjnej
Na tym świecie ambitniejszej
Od niej nie ma. Tu rysunek,
Tam malunek i do tego
Social media. Wizerunek
Hp-neta tam kreuje, ego
Strony reperuje. Szczerze,
Bardzo, bardzo szczerze mówiąc
Człek orkiestra, żywa gwiazda.
Żyj nam wiecznie, twórz i kreuj.
Koniec, basta - taki mus i
Żyraf pasta.

---

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2016awards_pedzel.png
www.harry-potter.net.pl/images/articles/moncia.jpg


 
monciakund
1. KRYMINAŁ
- bohater: Zgredek
- miejsce: kuchnia.
- czas akcji: czasy pokolenia huncwotów
- zakazane słowo: Harry
- nakazane słowo: brzoskwinia, grzyb i sztaluga.
- w pracy muszą pojawić się trzy zdania, w których wszystkie słowa będą zaczynały się na taką samą literę. (Np. Spocony Stefan szepnął szyderczo - spalę starą stodołę)

PRACA A - Sam Quest


Zabójczy kredens


Wrzesień był wyjątkowo upalny, żar lał się z nieba jak w najbardziej upalne dni sierpnia. Nawet w lochach, pomimo chłodu, powietrze było ciężkie. Otworzenie okien nie wchodziło w grę z racji na ich brak, a nawet gdyby były, zapewne nie przeniosłyby ulgi.

Zgredek czuł jak pot leje mu się z czoła, szczególnie, że cały dzień spędził na rozpakowywaniu rzeczy panicza Lucjusza. Jak co roku, został wysłany do Hogwartu, by "pomóc paniczowi Lucjuszowi w aklimatyzacji". Oczywiście jak przystało na porządnego skrzata domowego spełnił swoje obowiązki z największą dbałością, a gdy został odesłany postanowił przy okazji odwiedzić swojego - pracującego w szkole - kuzyna Grymsika.

Stanął przed wejściem do kuchni i aportował się do środka, sposoby wejścia czarodziejów do tego przybytku zdecydowanie były niedostępne dla niskiego skrzata. W kuchni panował przyjemny chłód, który był miłą odskocznią od dusznej atmosfery poza nią. Poza tym przyjemnym chłodem, powietrze wydawało się być ciężkie, panował ogólny rozgardiasz. Nie był to jednak typowy dla tego miejsca chaos kontrolowany. Skrzaty przekrzykiwały się między sobą zbierając się w półokręgu, było to o tyle dziwne, że godzina była już dosyć późna, a o tej porze w kuchni znajdowały się przeważnie trzy dyżurujące skrzaty. Zgredek zaczął przedzierać się do przodu, ciekawy co zobaczy, gdy dotarł do pierwszego rzędu zatrzymał się z przerażeniem.

Przy kredensie, wokół którego utworzono półokrąg, leżał skrzat, nad nim stał bezruchu zakrwawiony Grymsik, u jego stóp leżał nóż, a obok niego nieznana Zgredkowi skrzatka popłakiwała mamrocząc coś do siebie.

Z prawej strony wybiegły z tłumu cztery skrzaty z noszami, za nimi na środek wyszły kolejne cztery. Zdecydowanie jeden z nich przodował i był dowódcą bo wydawał rozkazy reszcie, gdy tylko wszedł na środek wszystkie skrzaty ucichły.

- Ktoś był świadkiem zajścia? - zapytał dowodzący.
- Grymsik, Gorzałka i Mamyłka mieli dzisiaj służbę, my przybiegliśmy jak Mamyłka zaczęła krzyczeć. - Z tłumu wystąpił starszy skrzat. - Jak tu przyszliśmy to wszyscy stali tak jak teraz.
- Byłeś pierwszy na miejscu zdarzenia? - zapytał tamten.
- Torgol był jednym z pierwszych, ale jak Torgol tu szedł to inni się zbierali, nikogo poza tą trójką tutaj nie było.
- Dobrze, czy ktoś jeszcze coś widział?
Żaden skrzat się nie odezwał, wszystkie zaczęły się powoli wycofywać.
- A ty, coś za jeden? Nie jesteś stąd. - Dowódca zwrócił uwagę na Zgredka.
- Zgredek, jestem skrzatem rodu Malfoy. Zgredek przybył w odwiedziny do kuzyna Grymsika. - Przełknął ślinę, ten dowódca miał w sobie coś władczego i lekko niepokojącego. Nie dziwił się, że pozostałe skrzaty uciekły, byle z nim nie rozmawiać.
- Jak widzisz Grymsik z tobą nie porozmawia i długo tu nie pomieszka, więc Zgredek może już sobie stąd iść.
Zgredek spojrzał na kuzyna, znał go od urodzenia i wiedział, że ten by nikogo nie zabił.
- Grymsik na pewno jest niewinny.
- Fakty świadczą przeciwko niemu. - Dowódca na znak, że nie ma zamiaru dłużej dyskutować w tym temacie odwrócił się do Zgredka plecami.
- Zgredek nie pójdzie stąd dopóki z nim nie porozmawia! - zagroził.

Dowódca nie zareagował, Zgredek wycofał się więc kawałek, ale na tyle blisko by słyszeć o czym rozmawiają.
- Co się tutaj wydarzyło? - Dowódca skierował to pytanie do Grymsika. Ten przeniósł spojrzenie z plamy krwi na posadzce na niego.
- Grymsik miał dyżur z Gorzałką i Mamyłką, Grymsik poszedł do schowka po ścierkę bo wylała mu się woda, gdy tu wrócił Gorzałka leżał na ziemi z nożem wbitym w klatkę. - Grymsik przełknął ślinę, wzdrygając się.
Grymsik odruchowo wyjął ten nóż, ale krew płynęła coraz mocnej, a on już nie żył. Potem przyszła Mamyłka i zaczęła krzyczeć, a resztę już znacie.
- A może było tak, że pokłóciłeś się z Gorzałką, w szale sięgnąłeś po nóż i go ugodziłeś? Wszyscy wiedzą, że mieliście ze sobą zatarg. Jesteś winny jak ocet. - Dowódca najwyraźniej nie przyjął wyjaśnień Grymsika i skinął na swoich towarzyszy, by go wyprowadzili.
Podszedł do skrzatki, która wyglądała na mocno wstrząśniętą.
- Mamyłko, spróbuj opowiedzieć, co tutaj się stało.
- Stary Sztaluga sępi szluga. - Powiedziała mechanicznie skrzatka, Dowódca nie wyglądał na zaskoczonego, westchnął zrezygnowany.
- Mamyłko, pomyśl co się wydarzyło? - Spróbował jeszcze łagodniejszym tonem.
- Grzyb gorszy gołymi gołębiami. - Brzmiała odpowiedź. Dowódca zmarszczył czoło i potarł sobie skroń, zostawił Mamyłkę kiwając swoim towarzyszą, że mają ją odprowadzić.

Zgredek nie wiedział co ma o tym sądzić. Wierzył w niewinność kuzyna, ale chyba jako jedyny. Do tego ta skrzatka mówiła całkowicie bez sensu, co na pewno mu nie pomogło. Westchnął ciężko. Chciał pomóc kuzynowi, ale nie miał pojęcia jak, podszedł więc do tego kredensu i przyjrzał mu się, drzwiczki od wyższej szafki były lekko otwarte i to była jedyna odbiegająca od normy rzecz w tym meblu. Wyglądał całkiem normalnie, na miejscu, w którym leżał wcześniej Gorzałka była plama krwi.
- Zgredek, chyba czas byś sobie poszedł. - Usłyszał głos, odwrócił się i spojrzał na starego skrzata Torgola, który wcześniej rozmawiał z Dowódcą.
- Zgredek uważa, że Grymsik jest niewinny.
- Nie ma na to dowodów, ale może Brzoskwinia coś widziała. Ona często zakrada się tutaj w nocy i podjada ciasto.
- Torgol też uważa, że Grymsik jest niewinny? - zapytał Zgredek.
- Tak. Grymsik i Gorzałka się kłócili, ale żaden skrzat nie zabiłby swojego pobratymca, to się nigdy nie zdarzyło i Torgol nie wierzy, że Grymsik to zrobił. - Stary Torgol usiadł na ławie stojącej pod ścianą i podrapał się po nosie.
- Zgredek słyszał jak Mamyłka rozmawiała z Dowódcą i dziwnie mówi. - Usiadł obok starszego skrzata.
- Mamyłka od urodzenia ma nie po kolei w głowie, chyba nigdy nie powiedziała niczego sensownego.

Zgredek zamyślił się, sytuacja była beznadziejna, ale może faktycznie Brzoskwinia coś widziała. Z jednej strony powinien już wracać do Dworu, z drugiej wiedział, że musi dowiedzieć się prawdy i oczyścić kuzyna z zarzutów. W najgorszym razie przypiecze sobie uszy żelazkiem.
- Zgredek, chce porozmawiać z Brzoskwinią, gdzie ona jest? - zapytał Torgola.
- Torgol zaprowadzi Zgredka do niej.
Ruszył za starszym skrzatem, weszli do pomieszczenia, w którym znajdowały się setki posłań, jedne były wiszącymi hamakami inne, stały wzdłuż ściany. Oni zatrzymali się przy pierwszym łóżku stojącym przy samym wejściu.
- Brzoskwinia, to Zgredek, chce z tobą porozmawiać. - Torgol wskazał mu młodą skrzatkę i odszedł w swoją stronę.
- Zgredek chciał zapytać, czy Brzoskwinia coś widziała. Zgredek uważa, że Grymsik jest niewinny.
- Brzoskwinia poszła po placek, ale go nie było. Niewidzialni chłopcy zabrali, wtedy Mamyłka zaczęła krzyczeć, a Brzoskwinia zauważyła, ze Grymsik stoi nad Gorzałką i jest dużo krwi.
- Niewidzialni chłopcy? - zapytał Zgredek marszcząc czoło.
- Brzoskwinia tylko o nich słyszała. Od kilku dni przychodzą w nocy i zabierają jedzenie.
Zgredek mógłby się założyć o galeona, gdyby takiego posiadał, że Brzoskwinia za dużo czasu spędziła z Mamyłką i bredzi.
- Zgredek dziękuje za pomoc, Zgredek już sobie idzie.

Wyszedł z pokoju sypialnianego i wrócił do kuchni. Podszedł do kredensu i zaczął mu się przyglądać, nadal nic dziwnego nie znalazł. Usiadł więc na ławie, na której wcześniej siedział z Torgolem i zaczął myśleć.
Nie miał żadnego punktu zaczepienia, a sprawy w Hogwarckiej kuchni wyglądały co najmniej dziwnie. Ktoś zabił skrzata, nie zostawiając żadnych śladów, a wina spadła na Grymsika. Może to Mamyłka? Mówiła dziwnie, żeby odrzucić od siebie podejrzenia? Albo ta Brzoskwinia wpadła w szał z powodu braku ciasta? I co to za niewidzialni chłopcy podkradający jedzenie?

Na to ostatnie pytanie odpowiedź miała nadejść szybciej niż spodziewał, bo jego rozmyślania przerwało otworzenie się przejścia do kuchni. Nikt nie wszedł do środka, ale Zgredek wyraźnie słyszał szepty.
- Gdzie ją zostawiłeś? - mówił jeden głos.
- Nie wiem, musiała mi wylecieć gdzieś przy tym stole - odparł drugi.
- Cicho, nie mogą nas usłyszeć. - Niewidzialni chłopcy, jak się domyślił Zgredek byli gdzieś w okolicy stołu, gdy jeden z nich wpadł na ławę i przewrócił się, stając się widzialny. Drugi zrzucił z siebie jakąś płachtę i w powietrzu lewitowała głowa z okularami rozczochranymi włosami.
- Syriusz, mieliśmy być jak ninja, o których mówił Remus.
- Ups - odparł Syriusz pocierając nogę w miejscu, w którym uderzył w ławę.
- Widzisz moją różdżkę? - zapytał pierwszy.
- Tak, leży tutaj, wpadła pod stół, czekaj, już ją wyciągam. Syriusz położył się na ziemi i po chwili wstał z różdżką w ręku.
- Zgredek przeprasza, ale Zgredek musi z paniczami porozmawiać sir. - Teleportował się na stół, przy którym stali chłopcy.
- Yyy... nas tu nie ma, prawda James? - powiedział chłopiec, którego kolega nazywał Syriuszem.
- Tak, nie ma - przytaknął jego towarzysz, który był tylko lewitującą głową.
- Zgredek, chciał tylko zapytać, czy paniczowie byli tu wcześniej i widzieli co się stało z Gorzałką?
- Gorzałką? Macie tu alkohol? - zapytał chłopiec o imieniu James.
- Zgredek mówi o skrzacie, który został zabity nożem sir.
- Aaaa - powiedzieli jednocześnie chłopcy i wymienili ze sobą porozumiewawcze spojrzenia.
- Grymsik, kuzyn Zgredka został oskarżony o zabójstwo i grozi mu wygnanie, a Zgredek uważa, że on jest niewinny sir.
- Nas nie powinno tu być Zgredku, więc powiemy ci co wiemy, ale nie możesz nikomu tego mówić, bo nas tu nie ma. - Chłopiec o imieniu James zrzucił z siebie resztę płaszcza i był już w pełni widzialny.
- Poczekaj sir. Zgredek pójdzie po Dowódcę, on musi to usłyszeć, by Grymsik był wolny.

Zgredek pobiegł do sali będącej sypialnią skrzatów i po chwili wrócił stamtąd ciągnąc za sobą zdenerwowanego Dowódcę.
- Zgredek przeprasza, ale Dowódca musi to usłyszeć.
- Jaki Dowódca? - zapytał przyciągnięty skrzat.
- Zgredek nie wie jak się nazywa, więc mówi Dowódca. - Na twarzy Dowódcy pojawiło się jednocześnie zaskoczenie, zmieszanie i zdenerwowanie.
- Co tutaj robią ci uczniowie? - zapytał.
- To panicz James i panicz Syriusz, niewidzialni chłopcy. Powiedzieli Zgredkowi, że wiedzą co tu się stało.
- Gnidek słucha. - Dowódca zwrócił się do chłopców. Zgredek pomyślał, że imię które wymyślił bardziej pasuje do tego skrzata, niż Gnidek, ale zostawił to dla siebie.
- Przyszliśmy po ciasto, bo skończyły nam się zapasy. - James zaczął mówić.
- Pyszny porzeczkowy placek poszedł pierwszy. - Syriusz rozmarzył się na myśl o placku.
- Tak, więc przyszliśmy po ten placek, ten skrzat Gorzałka stał na kredensie i szarpał się z szafką, nie mógł jej chyba otworzyć.
- W pewnym momencie wziął nóż i zaczął go wkładać w szparę, chyba mu się udało, ale szarpnął za mocno i poleciał do tyłu, szafka się zatrzęsła. - Syriusz zrobił dramatyczną pauzę.
- On spadł na podłogę, a na niego zleciał nóż, który położył na tej szafce.
- Przestraszyliśmy się, bo uczymy się tu od dwóch tygodni i nie powinno nas być poza dormitorium o tej porze.
- Więc uciekliśmy, ale okazało się, że zgubiłem różdżkę - wyjaśnił James.
- Dlatego wróciliśmy. - Zakończył Syriusz.
- Gnidek dziękuje, że to powiedzieliście, a teraz możecie już iść.
- Czy teraz Grymsik będzie wolny? - zapytał Zgredek.
- Tak, ale Zgredek niech już lepiej wraca do siebie.

Tak też uczynił, nie spotkał się tym razem z kuzynem, ale chociaż udało mu się dowieść niewinności Grymiska, pomimo, że za dużo w tym jego zasługi nie było, czuł zadowolenie.

Teraz może spokojnie wrócić do domu i przypalić sobie uszy żelazkiem.


PRACA B - Syriusz32


Cena posłuszeństwa


Zgredkowi serce zabiło jak szalone, gdy przemykając w cieniu słabo oświetlonego korytarza, usłyszał przed sobą szczęknięcie zamka i ciężkie kroki, których echo roznosiło się dookoła. Szybkim susem przedostał się za najbliższy kamienny posąg i kucnął tak, aby spomiędzy jego nóg widzieć kto się zbliża. Ku jego niezadowoleniu, nie był to żaden zbłąkany podczas wieczornej eskapady uczeń, a dorosły mężczyzna przy kości, na którego głowie zaczynało już powoli brakować siwiejących włosów. Zmierzał od strony sali eliksirów, więc skrzat z dużym prawdopodobieństwem mógł założyć, że jest to profesor Slughorn. Ten sam człowiek, na którego wyjście miał czekać. Było jednak stanowczo za wcześnie i co gorsze - nauczyciel miał przy sobie stos pergaminów, a z kieszeni jego marynarki ze złotymi guzikami wystawało zdobione pióro. To nie wróżyło dobrze.

Mężczyzna stanął przed obrazem prezentującym misę, w której znajdowały się między innymi banany, brzoskwinia i gruszka, do której zbliżył wolną dłoń. Następnie wykonał dziwny gest, którego skrzat nie potrafił rozpoznać i chwilę później owoc zaczął się wykręcać, aż utworzył zieloną klamkę. Gdy tylko profesor za nią złapał, Zgredek podjął błyskawiczną decyzję. Nie mógł tutaj zostać. Jeśli te papiery były tym po co przyszedł, nie będzie miał drugiej okazji na zdobycie ich niezauważenie. Wejście do kuchni w innym momencie zwróciłoby uwagę, a na to nie mógł sobie pozwolić. Powrót z pustymi rękami także nie wchodził w grę - wtedy nie wykonałby rozkazu swojego pana. Jeszcze nigdy go nie zawiódł, dla skrzata to najgorsza hańba, której nie chciał doświadczyć. Wybór był więc oczywisty. Zbliżył się do czarodzieja najciszej jak mógł, jednak na tyle szybko, aby zdążyć przed zamykającym się przejściem.

Gdy drzwi zatrzasnęły się za nimi, dotarł do niego ogrom tej sali. Rozejrzał się dookoła i stwierdził, że musi być to kuchnia. Wskazywały na to między innymi kotły oraz szafki z najrozmaitszymi składnikami i przyprawami, nad którymi wisiały sznurki z suszącymi się grzybami. Znajdowały się one na samym końcu, gdyż większość pomieszczenia zajmowały potężne, drewniane ławy, niemal na całą jego długość. Równie zadziwiający był dla niego fakt, że prawie wszystkie żywe istoty znajdujące się tutaj to skrzaty.

Nauczyciel ruszył dziarsko w stronę jednego z podłużnych, drewnianych stołów, więc Zgredek nie mógł dalej bezczynnie stać i się przyglądać. Skierował kroki w stronę centralnej części sali, gdzie znajdowały się inne, podobne mu stworzenia. Ich obecność oraz rozmiar kuchni nieco go przytłaczały, ale postanowił wykorzystać je na swoją korzyść. Uznał, że najskuteczniejszą metodą będzie wtopienie się w tłum, udając jednego z kuchcików. Zaczął wcielać plan w życie, poprzez naśladowanie zachowań innych skrzatów, cały czas obserwując człowieka, który tak bardzo przeszkadzał mu w wykonaniu zadania.

Podczas gdy większość pracowników podchodziła z półmiskami pełnymi jedzenia do stołów i stawiała je skrzętnie, aby na wszystko znalazło się miejsce (szykując kolację, na którą zgodnie z wcześniejszym planem miał się udać Slughorn), Zgredek zajął się pozornym poprawianiem po nich ustawionej zastawy. Prawdziwym celem było jednak podsłuchanie rozmowy, którą prowadził nauczyciel z innym skrzatem. Gdy tylko usłyszał "miód pitny", złapał w miarę czysty kielich i pognał w stronę szafek. Otworzył jedną z nich, chwycił pierwszą butelkę wspomnianego napoju jaka wpadła mu w ręce i zdarł z niej etykietę. Nie był pewien, czy wziął dokładnie to, co życzył sobie mężczyzna, a chciał w pełni wykorzystać okazję do zobaczenia, co znajduje się na kawałkach pergaminu, które tu przyniósł.

Przelewał pomarańczowy płyn, pożądany przez profesora, przeglądając popisane papiery. Zapełniał kielich na tyle wolno, aby dokładnie ogarnąć wszystko wzrokiem. Musiał przy tym stać na ławce, aby w ogóle sięgać rękami nad blat. W końcu na jednym z dwóch stosów pergaminu dostrzegł podpis Lucjusz Malfoy - cel swojej misji. Teraz wystarczyło tylko zlokalizować drugą kartę z identycznym podpisem i...

- Uważaj co robisz! - powiedział profesor, gniewnie spoglądając na skrzata znad swojego wąsa. Zgredek przeniósł wzrok na kielich, z którego powoli zaczął wylewać się miód pitny. Szybko odłożył butelkę, złapał za skrawek szmaty służącej mu za ubiór i zaczął energicznie wycierać nim plamę na stole.
- Przepraszam, sir, ja...
- Horacy! - przerwał mu krzykiem inny czarodziej, który właśnie stanął w przejściu. Mógł być w podobnym wieku co Slughorn, a przynajmniej to wywnioskował skrzat z ogólnego wyglądu obu mężczyzn. Drugi z nich był jednak chudszy, wyższy i mimo niemalże białych włosów, odmładzał go delikatny uśmiech, który zdawał się nie znikać z jego twarzy.
- Albusie! Ale mnie przestraszyłeś - odparł nauczyciel eliksirów, wstając i podając mu rękę, gdy tamten zbliżył się już na odpowiednią odległość. - Właśnie rozmawiałem z twoim skrzatem.
- To interesujące, bo to nie jest mój skrzat - wyjaśnił w odpowiedzi, a Zgredek poczuł, jak serce skacze mu do gardła.

Wydawało mu się, że w tej sekundzie cały plan runął jak domek z kart, a jego zaraz spotka surowa kara za oszustwo wobec czarodziejów. Zastanawiał się tylko czy przysmażą go za pomocą różdżek, wrzucą do któregoś z kotłów, czy może użyją noży, o które nietrudno w kuchni. Jednak nic takiego się nie wydarzyło, bo chwilę później dyrektor dodał:
- Skrzaty są pracownikami Hogwartu, a nie moją własnością. Jeśli nie chcą, nie muszą tutaj pracować i mogą odejść w każdej chwili.

Po tych słowach Zgredek znów nabrał nadziei na to, że może uda mu się spełnić życzenie jego pana. Z drugiej strony zdania wypowiedziane przez czarodzieja wydawały mu się dość absurdalne. Nie muszą pracować? Mogą odejść? Nie trzymało się to kupy. Póki co, postanowił jednak zbytnio tego nie roztrząsać. W końcu ktoś się zorientuje, że nie powinno go tutaj być, a wolałby, żeby stało się to już po opuszczeniu przez niego tego pomieszczenia. Z zamyślenia wyrwał go dopiero głos nauczyciela eliksirów.
- Nie powinieneś być na kolacji? - swoje słowa skierował do drugiego mężczyzny.
- Mógłbym ciebie spytać o to samo, drogi przyjacielu.
- Chciałem uporać się jeszcze dzisiaj z tymi wypracowaniami, a warto wychylić przy tym szklaneczkę czegoś mocniejszego - odpowiedział, podnosząc kielich ze stołu i przykładając go do ust.
Zgredek uznałby ten moment za idealny do kradzieży odpowiedniego pergaminu, jednak obecność drugiego czarodzieja skutecznie mu to uniemożliwiała. Wyczekiwał więc kolejnej dobrej okazji, cały czas wycierając stół, który zaczynał już się błyszczeć od ciągłego pocierania. Dyrektor zdawał się to zauważyć.
- Chyba jest już dostatecznie czysty - powiedział, uśmiechając się ciepło. Teraz Zgredek wiedział, że musi wymyślić coś innego, aby utrzymać się przy nich bez podejrzeń.
- Tak, sir. A czy... sir, czy sir czegoś potrzebuje? - spytał skrzat, wlepiając wzrok w podłogę, przez co nie zauważył badawczego spojrzenia, którym obdarzył go mężczyzna.
- Jakby się zastanowić to tak. Poproszę to co zwykle - odparł, mrużąc oczy.

On wie. Ta myśl nie mogła opuścić głowy skrzata. Powracała nieznośnie podczas tych kilku sekund ciszy, mimo tego, że starał się ją wyprzeć. W końcu nawet jeśli jeszcze nie wiedział, to zaraz się dowie. Nie wie co należy mu przynieść, a cała ta maskarada wyjdzie na jaw. Z oczami pełnymi łez podniósł głowę, aby mu odpowiedzieć, jednak twarz dyrektora była pogodna jak wcześniej.
- Chociaż... Nie ma takiej potrzeby. W końcu sam doskonale wiem, gdzie szukać swoich przysmaków - dodał po chwili, a Zgredek nie wiedział co się dzieje. Świat zawirował mu dookoła z nadmiaru sprzecznych sygnałów i wyjątkowo szybkiej zmiany nastrojów. Czarodziej zdawał się doskonale czytać każdy jego ruch, a mimo to nie przeszkadzał mu w tym co zamierzał zrobić. Co więcej, jak za chwilę przekonał się skrzat, nawet mu pomagał.

- Pójdziesz ze mną Horacy? - spytał nauczyciela eliksirów, wstając od stołu i podnosząc butelkę z miodem pitnym. - Później możemy dokończyć ten trunek u mnie - zaproponował.
- Nie zrozum mnie źle Albusie, ale mam naprawdę sporo prac do sprawdzenia - tłumaczył się mężczyzna.
- Czasami - zaczął dyrektor, po czym zrobił krótką pauzę, aby dobrze ułożyć sobie w głowie całe to zdanie. Wznowił po chwili, tym razem jednak patrząc w stronę skrzata. - Czasami musimy słuchać przełożonych, zamiast postąpić zgodnie z własnym sumieniem.
- Skoro tak stawiasz sprawę, to nie zostaje mi nic innego jak się z tobą zgodzić - powiedział Slughorn, chociaż wcale nie wyglądał na niezadowolonego. Na jego raczej można było znaleźć uśmiech niż grymas. Wstał, wycierając wielkiego wąsa. Poprawił po tym jeszcze kamizelkę i razem ruszyli na drugi koniec pomieszczenia.

Zgredek natychmiast chwycił kartkę, na której widział nazwisko swojego pana i zaczął grzebać w drugim stosie. Zdążył sprawdzić kilka prac z wierzchu, gdy usłyszał donośny trzask zamykanej szafki. Wiedział, że jest już za późno. Schował wypracowanie za poszewkę, w którą był ubrany i bezsilnie obserwował, jak kilka sekund później profesor wziął ze stołu pozostałe kartki. Po chwili wyszedł razem z dyrektorem, który chwilę wcześniej odwrócił się i skinął do skrzata z uśmiechem. Zgredek poczekał aż tamci odejdą, a potem sam pstryknął palcami i znalazł się w dormitorium chłopców ze Slytherinu, gdzie przebywał pan Lucjusz.

Słysząc skrzata schował sztalugę. Wypełniał właśnie nieduże płótno malunkiem węża zjadającego lwa, ale była to sprawa, która mogła poczekać.
- Zrobiłeś co miałeś zrobić? - zapytał oschle.
- Sir, Zgredkowi udało się zabrać tylko jedną kartkę... Profesor Slughorn cały czas ich pilnował, sir - dukał skrzat smutnym głosem, kłaniając się przy tym nisko. Nie widział przez to zaciskającej się w złości pięści bladego ślizgona. Zdążył zobaczyć za to, jak podchodzi on do kominka i żelaznymi szczypcami wyjmuje z niego niewielki, żarzący się kawałek drewna.
- Wystaw ręce - rozkazał, co skrzat natychmiast wykonał. - Zawiodłeś mnie - kontynuował już swoim całkowicie spokojnym, lodowatym głosem - więc należy ci się za to kara.

***

Poparzone ręce Zgredka piekły niemiłosiernie, gdy przemykając w cieniu słabo oświetlonego korytarza, usłyszał przed sobą ciężkie kroki człowieka, któremu musiał zabrać drugi fragment pergaminu.

Edytowane przez monciakund dnia 03.08.2020 14:19

Z dedykacją dla Nior
zapodaj.net/images/2ac8c9dd6c48d.gif

- - -

confessionsofasomedaysomebody.files.wordpress.com/2015/01/ga-mer-and-christina-dancing.gif

- - -
The human life is made up of choices. Yes or no. In or out. Up or down. And then there are the choices that matter. Love or hate. To be a hero or to be a coward. To fight or to give in. Live or die.
- - -

s14.favim.com/orig/160717/derek-shepherd-gif-gir-meredith-grey-Favim.com-4535174.gif

- - -
Don't let what he wants eclipse what you need. He's very dreamy but he's not the sun, you are.
- - -

66.media.tumblr.com/tumblr_l9mktjSej61qaao9mo1_500.gif

---
Nad przepaścią, tegoż roku
Żyraf masa się w amoku
Rodzi. Pamięć ludzka jest
Zawodna, mimo tego fiest
Tysiące, z tej okazji,
Ku jej chwale od Abchazji
Aż po Nordkapp wspominacie.
"Czyjej chwale?", się spytacie.
Jak to czyjej? Monci* naszej.
Gryfa córce, redakcyjnej
Na tym świecie ambitniejszej
Od niej nie ma. Tu rysunek,
Tam malunek i do tego
Social media. Wizerunek
Hp-neta tam kreuje, ego
Strony reperuje. Szczerze,
Bardzo, bardzo szczerze mówiąc
Człek orkiestra, żywa gwiazda.
Żyj nam wiecznie, twórz i kreuj.
Koniec, basta - taki mus i
Żyraf pasta.

---

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2016awards_pedzel.png
www.harry-potter.net.pl/images/articles/moncia.jpg


 
monciakund
2. DRAMAT
- Historia musi dziać się w czasach wielkości Grindenwalda, głównym bohaterem nie może być osoba występująca w książkach ani filmach.
- głównym wątkiem ma być dyskryminacja mugoli oraz chęć zaprowadzenia przez Grindenwalda nowego porządku.
- to czy główny bohater będzie po stronie Grindenwalda czy przeciw zależy od autora.
- Wydarzenia muszą toczyć się w Europie, jednak nie może być to Francja ani Wielka Brytania

PRACA C - Nedelle


Zawsze zastanawiałem się, czym żywi się ludzka nienawiść. Czy różni się od tej zwierzęcej? Zapewne. Odkąd byłem małym dzieciakiem wpajano mi, że wyleczyć ją może tylko miłość. Nigdy jednak do końca nie potrafiłem sobie wytłumaczyć, w jaki sposób tak specyficzny lek miałby pomóc na tak powszechną chorobę panującą na całym świecie. Gdy wszyscy w nocy spali, myśli urządzały gonitwy w mojej niespokojnej głowie. Wiem, że byłem niechcianym dzieckiem. Kolejna morda do wykarmienia, wychowania i nieprzynosząca dumy jako jedyna z trójki braci. Gdyby nie babcia, już dawno obserwowałbym świat z góry. Rodzice owładnięci wizją lepszego świata i "dla większego dobra" najchętniej pozbyliby się własnego dziecka - charłaka.

Każdego dnia słuchałem tego, jak mugole zabijają się na polu bitew i poza ich granicami. Norwegia, w której się urodziłem i wychowywałem, pozostała neutralna. Nie chciałem sobie wyobrażać, co by było, gdyby opowiedziała się po którejś ze stron. Nasze biedne społeczeństwo nie było gotowe na wojnę. Chociaż moi rodzice uważali inaczej, mugole i czarodzieje nie różnili się od siebie, nie w tej kwestii. Głodowaliśmy tak samo. Wraz z owsianką i rybami ludzie przegryzali również przekleństwa, które głośno wypowiedziane niosły tymczasową ulgę.

Błąkałem się pomiędzy domostwami, tak jak myśli po moim zmęczonym umyśle. Bracia szykowali się na wyjazd do Durmstrangu. Nie byłem im potrzebny, więc wyszedłem na spacer. Znów czułem chłód; nie pasowałem do tego świata. Zawieszony gdzieś pomiędzy nędznymi mugolami a wspaniałymi czarodziejami nie potrafiłem powiedzieć, kim jestem. Za kilka dni miałem stać się dorosłym. Nigdy na tę chwilę nie czekałem; to brzemię i tak nosiłem od dawna. Z jednego z domów usłyszałem płacz dziecka. Zaciekawiony poszedłem w tamtą stronę. W połowie drogi zatrzymałem się. Z tamtego domu wybiegł mężczyzna w sile wieku trzymając na rękach nieprzytomną kobietę. Rozpoznałem ich - często odwiedzali mojego ojca w sprawach, o których nie miałem prawa wiedzieć. Gonił ich młodzian o blond włosach. Jego chuda sylwetka była ledwo widzialna. Czarny płaszcz utrudniał mu poruszanie się. Zdenerwowany wyciągnął różdżkę i miotał zaklęciami w uciekającego mężczyznę. Poza nami nikogo nie było. Nie mogłem pomóc! Byłem tak samo bezradny jak ofiara! Czułem się okropnie. Ktoś potrzebował ratunku, a ja, mężczyzna, nie potrafiłem nic zrobić! Zacisnąłem mocno pięść. Młodzian rzucał czary coraz agresywniej i bardziej chaotycznie. Trafił. Zielone światło uderzyło w plecy mężczyzny. Ofiara zwaliła się ociężale, upadając na ziemię. Swoim ciężarem przygniotła nieprzytomną kobietę. Młodzian zaśmiał się radośnie. Czułem, jak wzrasta we mnie gniew. Ociekałem złością, topiłem się w niej. Blondyn nie zwrócił na mnie uwagi. Próbowałem zrobić choć krok w jego stronę, lecz nie potrafiłem. Zauważył mnie w końcu i od razu wycelował różdżkę w moją głowę.

- Kolejny mugol? - zapytał. Zmarszczył brwi, jakbym wydzielał odór. Zaprzeczyłem. Kazał to udowodnić. Pytanie wydawało mi się nielogiczne. Mugol nie wie o istnieniu czarodziejów i magii, a więc nie może wiedzieć, że jest mugolem. W oczach blondyna pojawiło się obrzydzenie. - Przez takich jak ty musimy się chować. Chcą nas uciszyć! Grindelwald ma rację. Dosyć bycia pomiatanym!

- Przecież oni nie wiedzą o naszym istnieniu! - Odparłem zdenerwowany. Wciąż trzymałem dłoń zaciśniętą w pięść. Moje knykcie powoli bieliły się. Wszystko we mnie krzyczało. Oczy zapiekły, gdy usiłowałem zapanować nad łzami. - Ten mężczyzna nic ci nie zrobił!

- Głupi jesteś? Moje życie jest ważniejsze od życia mugola! Dla większego dobra! Ten tutaj był moim wrogiem w tworzeniu lepszego świata. Znikaj stąd, to może nie skończysz jak ten śmieć - odparł ostro. Splunął na swoją ofiarę. Drżałem ze złości. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, jakim tchórzem byłem. Nie panowałem nad sobą! Obróciłem się powoli. Gdy odchodziłem, przerażony odwracałem co krok głowę. Upewniałem się, że na pewno nie będzie chciał mnie trafić klątwą. Widziałem grymas, który zagościł na twarzy młodzieńca. Gdy byłem już dość daleko, zarzucił ciało mężczyzny na swoje barki. Usłyszałem charakterystyczny trzask. Młodzieniec wraz z trupem zniknęli. Podbiegłem z powrotem, by zająć się nieprzytomną kobietą. Na całe szczęście wyglądała na całą, nie miała widocznych złamań.

Wróciłem pełen złych emocji do domu. Oczywiście tam czekała mnie kolejna porcja zdenerwowania, bezsilności i beznadziejności. Rodzice obojętnie spojrzeli na mnie, gdy przekroczyłem próg. Nie przejąłem się tym zbytnio, przywykłem już do chłodnego traktowania. Jedynie nasza stara kotka wyszła zadowolona się ze mną przywitać. Sierść miała już lekko wypłowiałą, choć wciąż rudawą. Podeszła do mnie leniwie i otarła się w geście powitania. Pogłaskałem ją i ruszyłem zmarnowany do swojego pokoju. Po drodze zerknąłem w lustro wiszące na ścianie: wyglądałem tragicznie. Moje krótkie, rozwiane włosy sterczały na wszystkie strony. Oczy podkrążone i ziejące pustką zniechęcały do rozmów ze mną. Grymas idealnie odzwierciedlał mój podły humor. Ubranie wymiętoszone i założone na szybko nie dodawały mi elegancji. Machnąłem ręką. Do diabła z całym tym zgniłym światem!

Leżąc na niepościelonym łóżku patrzyłem się w sufit. Słuchałem mimowolnie kłótni rodziców. Znów chodziło o naprawę świata i większe dobro. Wyglądało na to, że ojciec dowiedział się o śmierci jego współpracownika, czy kim tam dla siebie byli. Zrezygnowany usiłowałem zasnąć. Nie interesowała mnie kolejna sprzeczka dorosłych ludzi. W pewnej chwili otworzyłem szeroko oczy: ojciec przystąpił do armii Grindelwalda! Ta wiadomość przyspieszyła bicie mojego serca, zimny pot oblał moje wykończone ciało. Ciarki przeszły po mnie, gdy słuchałem ile osób już wyeliminował wraz z innymi żołnierzami Gellerta. Zatkałem uszy. Nie chciałem słuchać o tych potwornościach. Trudno było mi zagłuszyć głos serca, który coraz boleśniej uświadamiał mi, jak okrutny jest świat. Nie rozumiałem, skąd w moich rodzicach tyle nienawiści do innych osób. Potrafili owładnięci nią zabijać!

Nie pamiętam, kiedy usnąłem; wiedziałem tylko, że sen miałem bardzo niespokojny i zdecydowanie nie poprawił mi humoru. Zdałem sobie sprawę, że wybudziło mnie uczucie smutku i przygnębienia. Wstałem odrętwiały i podszedłem do okna; przed wejściem do domu ojciec rozmawiał ożywiony z moim starszym bratem. Przewróciłem oczami. Bracia zawsze byli posłuszni rodzicom. Grzeczne pupile, co dumnie reprezentowały czarodziejski stan. Im dłużej się jednak przysłuchiwałem, tym mocniej zdawałem sobie sprawę, że brat sprzeczał się z ojcem. Wskazał mu niedaleko stojącą dziewczynę. Owinięta grubym, wełnianym szalem patrzyła na nich przestraszona i zdezorientowana. Skakała z nogi na nogę, by nie zmarznąć. Ojciec wyciągnął różdżkę i jednym ruchem odsunął mojego brata popychając go mocno. Dziewczyna otworzyła szeroko oczy, wciąż najwyraźniej nie wiedząc, co się wokół niej dzieje. Przyglądając się cały czas sytuacji, ubierałem się pospiesznie. Do dziewczyny podszedł starszy mężczyzna. Wyglądał na jej ojca, mieli podobne rysy twarzy i taki sam kształt nosa. Objął ją ramieniem i spojrzał na mojego rodzica z obrzydzeniem. Brat próbował uratować sytuację, lecz po raz kolejny został popchnięty. Upadł ciężko na ziemię. Ruszyłem, by mu pomóc.
Gdy wybiegłem z domu, zastałem dziwną sytuację. Ojciec dziewczyny trzymał w ręku broń mugolską i celował nią w mojego ojca. Brat przerażony zwisał do góry nogami. Wierzgał. Jego różdżka leżała daleko od niego na ziemi. Dziewczyna przerażona wtuliła się w ramię starszego mężczyzny, a jej nogi drżały tak mocno, że miałem wrażenie, że zaraz upadnie. Mój ojciec zaś celował różdżką w głowę mężczyzny. Nie myślałem za długo. Wystarczył jeden bezmyślny impuls. Wbiegłem pomiędzy nich. W jednej chwili słyszałem krzyk dziewczyny, wołanie brata i oblegi ojców, a także głośny huk broni mugolskiej i słowa klątwy.

Czuję ciepło w klatce piersiowej. Czy to moja krew? Czuję się tak słabo... Coś błysnęło zielonym światłem. Babuniu, ciemno tu. Boję się!


PRACA D - Shanti Black


Przyjechałam tu, żeby pomóc. Właściwie przyjechałyśmy - cztery Uzdrowicielki ze Szpitala Walpurgi w Berlinie. To było cztery miesiące temu, wiosną. Było jeszcze chłodno, fetor gangreny nie dominował w lazarecie, a mimo to jedna z moich koleżanek wróciła do miasta już po tygodniu. Dwie pozostałe były ze mną nieco ponad miesiąc, ale też odeszły.
Jeszcze trzymając świstoklik prosiły, bym przemyślała moją decyzję i wróciła z nimi. Jakże głupia byłam, nie słuchając ich! Myślałam, że jestem lepsza od nich, bo mam siłę pozostać tutaj wśród chorych, niosąc pomoc. Byłam taka naiwna.
Teraz nie mam kontaktu z żadną z nich. Ostatni list wysłałam całe tygodnie temu, a moja sowa nie wróciła. Może nawet nie dotarła do domu. Powietrze tu jest pełne huku i dymu, latające maszyny wyją bezustannie zrzucając na nas wybuchające kule. Nie spodziewam się już odpowiedzi. Żaden ptak tutaj nie dotrze.
Nagle cały budynek zatrząsnął się, a na zewnątrz rozległy się przerażone krzyki. Bomba? Atak? Czyżby Francuzi przełamali front? Odstawiam tacę na najbliższe łóżko i wybiegam z lazaretu, chwytając za różdżkę ukrytą w kieszeni fartucha.
Czarodzieje! Od strony frontu nadchodzą czarodzieje, zaklęcia błyskają w w wieczornym półmroku, a mugolskie maszyny skrzypią i gną się pod naciskiem magii. Żołnierze krzyczą, nie rozumiejąc co się dzieje. A ja? Ja pierwszy raz od tygodni czuję ulgę. Nie widziałam magii już tak długo.
Najbliższy czarodziej patrzy mi w oczy. Podnoszę różdżkę w niemym pozdrowieniu, nie usłyszymy się nad tym hałasem. Podchodzi do mnie szybkim krokiem, rozglądając się. Wszyscy mugole biegają w panice, a ja stoję, uśmiechając się.
- Co tu robisz? - pyta.
- Sama nie wiem! - odpowiadam ze śmiechem. O, jak bardzo chcę już wrócić do domu. Nigdy nie powinnam była zostawić Berlina. Nigdy nie powinnam była przyjeżdżać tutaj, między tych dziwnych ludzi których nie rozumiem, a których wynalazki mnie przerażają.
- Chcesz kogoś poznać? - proponuje mi swoje ramię.
- Teraz?
- Tak, teraz! Bruno! - Krzyczy do najbliższego mężczyzny, który metodycznie niszczy stojące w rzędzie samoloty. - Wracam do Gellerta!
- Idź! - pada odpowiedź. - Poradzimy sobie!
Przyjmuję jego rękę i ogarnia mnie chaos i ścisk aportacji.
Pojawimy się w ciemności rozświetlanej bladoniebieskimi językami światła. Chwilę zajmuje mi zorientowanie się, gdzie jesteśmy, ale rozpoznaję linie okopów i stanowiska karabinów. Jesteśmy na froncie, pośrodku pola walki, pomiędzy linią niemiecką i francuską. A przed nami ktoś uprawia magię tak potężną, że sięga ona obu stron, obracając w perzynę zasieki i śmiercionośne maszyny, wywołując wrzaski paniki i gejzery ziemi.
Czarodziej oświetlony nieziemskim blaskiem swojej magii wygląda jak sam Merlin broniący Kamelotu - z białymi rozwianymi włosami, płonącym wzrokiem i strasznym uśmiechem na ustach.
- To Gellert Grindelwald - mówi mój towarzysz. - To on prowadzi tę akcję. Chcemy zakończyć wojnę w Europie.
To wspaniałe. Do tej pory nie sądziłam, że cokolwiek zdoła ją powstrzymać. Była zbyt wielka, by wszystkie samoloty świata mogły zatrzymać ten nieustanny mord. Ale nie sądziłam, że czarodzieje interweniują. Rząd był przeciwny wtrącaniu się w sprawy mugoli. Nieujawnianie się dla naszego bezpieczeństwa. Ale czarodzieje i tak ginęli w tej wojnie. Nie wszyscy byli wystarczająco szybcy, by ochronić się w razie ataku bombowego. Nasze domy leżały w gruzach. Czyżby teraz to dostrzegli?
- Ministerstwo przejrzało na oczy - mówię głośno.
Mężczyzna obok mnie patrzy na mnie ze zdziwieniem.
- Nie wysłało nas ministerstwo - mówi. - Gellert sam zdecydował, że już czas działać. Ministerstwo to zgromadzenie głupców i tchórzy.
- Łamiecie zakaz ujawniania się? Nie obawiacie się konsekwencji?
Wzrusza ramionami z zaciętą miną.
- Jakich konsekwencji? Jeśli niczego nie zrobimy, mugole zniszczą też nasz świat. Nie możemy na to czekać!
W tym momencie zapadła ciemność - Gellert skończył czarować. Rozejrzał się wokół siebie, dostrzegł nas i z uśmiechem ruszył w naszą stronę. Z bliska okazał się młodszy niż podejrzewałam, jego włosy nie były siwe lecz jasnoblond. Miał bardzo przystojną twarz i fascynujące, różnokolorowe tęczówki.
- Klaus, kogo mi przyprowadziłeś? - spytał, mierząc krytycznym spojrzeniem mój pielęgniarski mundurek.
- Czarownicę! Była w lazarecie, ucieszyła się na nasz widok.
- Maria Kleve - przedstawiłam się.
- Pomagałaś w lazarecie? Na froncie byli czarodzieje?
- Na początku działań. Od kilku tygodni nie spotkałam nikogo. Nie dostałam też odpowiedzi z Berlina. Moja sowa... pewnie tam nie doleciała.
- Ach tak - spojrzenie Gellerta stało się łagodne. - Nie martw się. Wrócisz do Berlina z nami.
Kładzie mi dłoń na ramieniu, a jej ciepło ogrzewa mnie do głębi. Jest jeszcze nadzieja dla czarodziejów w tych okropnych czasach. I ta nadzieja ma imię - Gellert Grindelwald.
Edytowane przez monciakund dnia 03.08.2020 14:20

Z dedykacją dla Nior
zapodaj.net/images/2ac8c9dd6c48d.gif

- - -

confessionsofasomedaysomebody.files.wordpress.com/2015/01/ga-mer-and-christina-dancing.gif

- - -
The human life is made up of choices. Yes or no. In or out. Up or down. And then there are the choices that matter. Love or hate. To be a hero or to be a coward. To fight or to give in. Live or die.
- - -

s14.favim.com/orig/160717/derek-shepherd-gif-gir-meredith-grey-Favim.com-4535174.gif

- - -
Don't let what he wants eclipse what you need. He's very dreamy but he's not the sun, you are.
- - -

66.media.tumblr.com/tumblr_l9mktjSej61qaao9mo1_500.gif

---
Nad przepaścią, tegoż roku
Żyraf masa się w amoku
Rodzi. Pamięć ludzka jest
Zawodna, mimo tego fiest
Tysiące, z tej okazji,
Ku jej chwale od Abchazji
Aż po Nordkapp wspominacie.
"Czyjej chwale?", się spytacie.
Jak to czyjej? Monci* naszej.
Gryfa córce, redakcyjnej
Na tym świecie ambitniejszej
Od niej nie ma. Tu rysunek,
Tam malunek i do tego
Social media. Wizerunek
Hp-neta tam kreuje, ego
Strony reperuje. Szczerze,
Bardzo, bardzo szczerze mówiąc
Człek orkiestra, żywa gwiazda.
Żyj nam wiecznie, twórz i kreuj.
Koniec, basta - taki mus i
Żyraf pasta.

---

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2016awards_pedzel.png
www.harry-potter.net.pl/images/articles/moncia.jpg


 
monciakund
3. DRAMAT
- Czasy Harry'ego, Rona i Hermiony, po zakończeniu II bitwy o Hogwart.
- Bohaterem musi być ktoś ze złotego trio,
- musi się pojawić jako postać drugoplanowa Draco Malfoy
- akcja musi się dziać podczas procesu pozostałych, ocalałych Śmierciożerców

PRACA E - Krnabrny


Hermiona wymknęła się po cichu z niewielkiego łóżka polowego, nie chciała obudzić Rona. Dzień jeszcze nie wstał na dobre, a namiot podróżny z którym ruszyli cały był pokryty we mgle. Dziewczynie udało się wynaleźć w ciemności różdżkę spoczywającą na stoliku i po chwili zyskała odrobinę światła. Lepsze to niż nic. Z pomocą magii w kilka chwil przygotowała kubek z kawą i zaczęła podgrzewać wodę w imbryku. Wiedziała, że zdąży wypić cały napój, a jej chłopak najwyżej przewróci się na drugi bok. Cieszyła się, że miała go przy sobie. Po tym jak wrócili do Nory pani Weasley z całych sił rozpieszczała zarówno ich jak i Harry'ego, i ładowała w nich jeszcze większe tony jedzenia niż zwykle, zapewne przekonana, że przez wszystkie miesiące szukania horkruksów jedli co najwyżej korniki i ropuchy. W tej trosce było coś więcej, wydawało się jakby kobieta przez obdarzanie najbliższych ogromem uczuć próbowała w jakiś sposób oswoić ból, który po śmierci Freda stał się nieodłącznym towarzyszem całej rodziny. Hermiona, dla której to odejście również było bardzo bolesne; w końcu Weasley'owie od dawna byli jej bardzo bliscy, starała się wykazywać zrozumieniem i empatią. Mimo to nie wytrzymała, po kilku tygodniach musiała ruszyć na poszukiwanie swoich rodziców. I tak każdego dnia nasilało się w niej przeczucie, że zbyt długo z tym zwlekała. Wszystko po to, żeby tak od razu nie zostawiać Weasley'ów w ciężkiej chwili. Po raz kolejny pani Weasley, która traktowała ją już jak przybraną córkę, nie mogła pogodzić się z wyprawą i próbowała odwlec to przedsięwzięcie w czasie. Doszło nawet do sprzeczki i Ron, którego matka za wszelką cenę chciała zatrzymać, postawił się i stanowczo stwierdził, że nie puści swojej "ukochanej mądralińskiej" samej. Zaimponował tym Hermionie, która pragnęła jego bliskości, ale do niczego nie chciała partnera zmuszać. Rozumiała, że przeżywał tragedię związaną ze stratą brata, a jego rodzice niepokoją się o kolejnego syna, który kolejny raz chce wyruszyć w nieznane. Zdecydował się jej towarzyszyć, a ona chyba sama nie dałaby sobie rady. Bez jego ciepłych uścisków odganiających złe myśli, kłótni o głupoty i namiętnych pojednań, bez słów pełnych ciepła i otuchy. Nawet bez tej jego raz uroczej, a innym razem irytującej nieporadności. Dodawał jej wiary, której zaczynało brakować. Tyle już przeszli, odnalezienie i zniszczenie horkruksów, a teraz...Czy na pewno dobrze zrobiła wymazując im wspomnienia? Przemyślenia przerwało pojawienie się dużej sowy śnieżnej, o okrągłym brzuchu i wystającej grdyce. Zwierzę wykonało w powietrzu niewielkie okrążenie hałaśliwie łopocząc skrzydłami i zrzuciło przed Hermioną niewielkich rozmiarów kopertę. Ptaszysko jednak nie pracowało za darmo, o czym przypomniało donośnym skrzekiem, który się rozległ, gdy czarownica wyjmowała list.
- Co, kto, gdzie? - zapytał zaspanym głosem Ron, którego obudził powstały hałas.
- Właśnie dostałam list, a dostawca wyraźnie liczy na nagrodę. Znajdź gdzieś te kruche ciastka, którymi się obżerasz wieczorem i daj jej parę okruchów. - Uśmiechnęła się Hermiona. Kiedy już zostali sami rudzielec podszedł do niej, delikatnie masując plecy przyjaciółki pochylonej nad pergaminem.

Wiem, gdzie jest to czego tak szukasz. Przyjdź do mnie, trzeci dom za kościołem w Linden. Nie bój się, a zyskasz.
Przyjaciółka.

- Czyli zwijamy manatki jeszcze przed śniadaniem? - jęknął Ron widząc zdecydowane błyski w oczach ukochanej. Absolutnie nie miał jej tego za złe, wreszcie miała ślad, którego jej brakowało. I choć poszlaka wydawała się nikła, mogła być głupim żartem albo pułapką nie próbował zmieniać zamiarów swojej towarzyszki. Wiedział, że to na nic.

Dom, o którym napisano w wiadomości, był w rzeczywistości ledwo trzymającą się gruntu drewnianą ruderą. Ze ścian jednoizbowej chaty zwieszały się zakurzone półki na których spoczywały słoiki. Zdecydowana większość była pusta, a niektóre wypełniał jakiś śluz. Sam ich widok wystarczył, aby wzbudzić obrzydzenie i odstraszyć ewentualnych gości. Oprócz tego w pokoju znajdował się jedynie skromny stół, kilka niezbyt stabilnych krzeseł. Hermiona zwróciła uwagę, że nigdzie nie ma żadnej szafy czy choćby stojaka na ubrania. Pomieszczenie śmierdziało stęchlizną, a jedynym sprzętem, który od biedy nadawał się do użytku było łóżko. Leżała w nim stara, siwa kobieta. Pożółkłą i pomarszczoną twarz staruszki wypełniał dziwny grymas, a jej ciało okrywała pogryziona przez mole cienka kołdra. Okrycie w lepszych czasach było zapewne białe, teraz w całości pokrywały je plamy i przebarwienia. Hermionie nagle przypomniała się tamta wizyta u Bathildy Bagshot i przeszył ją chłodny dreszcz. To uczucie było irracjonalne, przecież Voldemorta już nie ma. Dziewczyna wiedziała o tym, a nauka i księgi zazwyczaj były tam co w pewnym sensie porządkowało jej świat. Mimo to czuła niechęć do leżącej tu osoby i nagle naszła ją chęć odwrotu. Nie mogła jednak się poddać temu pragnieniu.
- To od pani? - zapytała Hermiona wyjmując zza pazuchy zwinięty list. Nie wiedziała jak odnaleźć się w tej sytuacji.
- Cieszę się, że przyszłaś - odparła kobieta ignorując obecność Rona. Wypowiedzenie tych paru słów trudność, jakby lada chwila miała wymeldować się z tego świata. Przy każdym zaczerpniętym oddechu z jej ust wydostawał się nieprzyjemny świst. Na pewno nie zaszkodziłoby sprowadzić do niej uzdrowiciela.
- Może pani czegoś potrzebuje, mikstur, lekarzy? - zapytała Hermiona, której rezerwa do tej zapomnianej przez Boga babuleńki nagle ustała. W jej miejsce wstąpiło współczucie.
- Nie, ty mi nie uwierzysz...Będziesz mieć żal. Ja byłam tylko niezamężną charłaczką, nie znałam się na magii. Nie miałam pojęcia o mugolskim świecie, żeby tam poszukać zajęcia - kontynuowała swoją historię kobieta lekko przesuwając się w pościeli. Wykonując ruchy jakby jeszcze bardziej zapadła się w skrzypiącym materacu, na tym brudnym łożu wydawała się jeszcze drobniejsza niż w rzeczywistości. - Urodziłam dziecko, nie miałam na pieluszki, łóżeczko, grzechotkę. Mogłam mu dać tylko mleko i miłość, ale ten maluch nie dostał ani tego ani tego. Karmiłam go piersią cały czas dając w palnik. Flaszka mnie pokonała, uległam jej, za co teraz płacę. Cud, że nie zaszłam w kolejną ciążę biorąc pod uwagę jak nisko ceniłam wtedy swoje ciało. Oby tylko mieć na kolejną butelkę...I kiedy po raz kolejny się sprzedałam, zniknęłaś. Nie było cię, a ja uznałam, że tak ma być. Miałam spokój od płaczu, wyrzutów sumienia, od tego wszystkiego. Zrezygnowałam z ciebie. Przepraszam.
- O czym pani mówi? - zapytała zszokowana Hermiona, którą nagle ogarnęła złość. To brzmiało jak jakiś sen wariata.
- Weź to, a o tych którzy naprawdę możesz nazywać ojcem i matką zapytaj naszą kapłankę. Ona dużo wie - poprosiła wiedźma podając Hermionie niewielkie naczynie ze srebrzystym płynem.
- Ron wychodzimy!

Hermionie drżały ręce, a z jej oczu ciekły łzy. Czy jej rodzice mogli ją tak po prostu wziąć, zabrać tej dziwaczce? To brzmiało nieprawdopodobnie, a jednak z jakiegoś powodu nie mogła zignorować słów wiekowej czarownicy. Przecież była do niej podobna, a jej za długie zęby...To zęby córki dentystów! Sama nie wiedziała co ma o tym wszystkim sądzić. Ron delikatnym ruchem wyciągnął z jej dłoni naczynie, które stamtąd zabrała. Schował je w najgłębszych czeluściach jej zaczarowanej torebki podróżnej nie próbując się nawet domyślać jakie sekrety jeszcze się w niej kryją.
- Zrób to po co tu przyjechałaś, daj im pierwszym to wytłumaczyć. Tak będzie najlepiej - powiedział twardo pewny swego. Hermiona skinęła głową, sprawiała wrażenie bezbronnej i pogubionej. Chciała mu wierzyć, ufać że tak będzie najlepiej. Podeszła do niego i wtuliła się z całych sił w jego ramiona. Nie chciała ich nigdy opuszczać.

Hermiona zasnęła, a Ron wyszedł na chwilę się przewietrzyć. Czy ona mogła zostać porwana? Może nie powinni w tym grzebać. W końcu myślodsiewnia nie jest niezawodna, czarodzieje potrafią manipulować pamięcią. Tak jak tamto spojrzenie Slughorna. Może prościej tego nie roztrząsać. Słabo znał państwa Grangerów, ale wydawali się porządnymi ludźmi. I co, teraz Hermionie cały świat miałby stanąć na głowie? Jednak jego rozmyślania przerwało pojawienie się kogoś, kogo za żadne skarby się tu nie spodziewał.
- Malfoy? - zapytał nie dając rady kontrolować swego głosu w którym czaiła się pogarda. - Cóż to odpoczywasz po wizytach w Ministerstwie? Jesteś ostatnio ważną personą przez swoje dane znajomości, wzywają cię na świadka we wszystkich procesach byłych śmierciożerców.
- Nie prowokuj mnie, Weasley - odparł Draco podniesionym tonem i odszedł.

Hermiona i Ron teleportowali się w dziwne miejsce. Byli na farmie otoczonej murem nad którym wznosił się drut kolczasty cały czas podłączony do prądu. Gdy tylko się tam zjawili wszyscy chłopi z podwórka, którzy akurat grabili trawę podnieśli swoje narzędzia ruszając w ich kierunku. Para magów rzuciła kilka oszołamiaczy. Hermiona znalazła rodziców na tyłach, przy grządkach w niewielkim ogródku. Kilkoma ruchami różdżki przywróciła ich pamięć, ale to było za mało.
- Córeczko, i ty znalazłaś drogę do Ivana - zawołała pani Granger.
- Ivan przyjmie wszystkich z duchem Szao - dodał jej mąż.
Nie mogła uwierzyć, ale jej wspomnienie nie wystarczało. Zbyt późno ruszyła, to wszystko przez nią. Ivan - przywódca chorego ruchu religijnego, legalnie działającego w Australii, zrobił im sieczkę z mózgu. Kapłanka kościoła anglikańskiego z Linden to przewidziała. Ich metody niszczyły człowieka, całkowicie zmieniały psychikę, sprawiały, że wszystko przestawało się liczyć. Wyciągali z ludzi ducha za pomocą manipulacji. Hermiona miała już nigdy ich nie odzyskać, mimo, że nigdy z nich nie zrezygnowała. Nigdy też nie poznała prawdy, a otrzymaną buteleczkę rozbiła. To była jej ofiara dla wojny.
Edytowane przez monciakund dnia 03.08.2020 14:20

Z dedykacją dla Nior
zapodaj.net/images/2ac8c9dd6c48d.gif

- - -

confessionsofasomedaysomebody.files.wordpress.com/2015/01/ga-mer-and-christina-dancing.gif

- - -
The human life is made up of choices. Yes or no. In or out. Up or down. And then there are the choices that matter. Love or hate. To be a hero or to be a coward. To fight or to give in. Live or die.
- - -

s14.favim.com/orig/160717/derek-shepherd-gif-gir-meredith-grey-Favim.com-4535174.gif

- - -
Don't let what he wants eclipse what you need. He's very dreamy but he's not the sun, you are.
- - -

66.media.tumblr.com/tumblr_l9mktjSej61qaao9mo1_500.gif

---
Nad przepaścią, tegoż roku
Żyraf masa się w amoku
Rodzi. Pamięć ludzka jest
Zawodna, mimo tego fiest
Tysiące, z tej okazji,
Ku jej chwale od Abchazji
Aż po Nordkapp wspominacie.
"Czyjej chwale?", się spytacie.
Jak to czyjej? Monci* naszej.
Gryfa córce, redakcyjnej
Na tym świecie ambitniejszej
Od niej nie ma. Tu rysunek,
Tam malunek i do tego
Social media. Wizerunek
Hp-neta tam kreuje, ego
Strony reperuje. Szczerze,
Bardzo, bardzo szczerze mówiąc
Człek orkiestra, żywa gwiazda.
Żyj nam wiecznie, twórz i kreuj.
Koniec, basta - taki mus i
Żyraf pasta.

---

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2016awards_pedzel.png
www.harry-potter.net.pl/images/articles/moncia.jpg


 
monciakund
PRACE FINAŁOWE

Z dedykacją dla Nior
zapodaj.net/images/2ac8c9dd6c48d.gif

- - -

confessionsofasomedaysomebody.files.wordpress.com/2015/01/ga-mer-and-christina-dancing.gif

- - -
The human life is made up of choices. Yes or no. In or out. Up or down. And then there are the choices that matter. Love or hate. To be a hero or to be a coward. To fight or to give in. Live or die.
- - -

s14.favim.com/orig/160717/derek-shepherd-gif-gir-meredith-grey-Favim.com-4535174.gif

- - -
Don't let what he wants eclipse what you need. He's very dreamy but he's not the sun, you are.
- - -

66.media.tumblr.com/tumblr_l9mktjSej61qaao9mo1_500.gif

---
Nad przepaścią, tegoż roku
Żyraf masa się w amoku
Rodzi. Pamięć ludzka jest
Zawodna, mimo tego fiest
Tysiące, z tej okazji,
Ku jej chwale od Abchazji
Aż po Nordkapp wspominacie.
"Czyjej chwale?", się spytacie.
Jak to czyjej? Monci* naszej.
Gryfa córce, redakcyjnej
Na tym świecie ambitniejszej
Od niej nie ma. Tu rysunek,
Tam malunek i do tego
Social media. Wizerunek
Hp-neta tam kreuje, ego
Strony reperuje. Szczerze,
Bardzo, bardzo szczerze mówiąc
Człek orkiestra, żywa gwiazda.
Żyj nam wiecznie, twórz i kreuj.
Koniec, basta - taki mus i
Żyraf pasta.

---

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2016awards_pedzel.png
www.harry-potter.net.pl/images/articles/moncia.jpg


 
monciakund
OBYCZAJ
- bohater: wybrany hogwarcki obraz/obrazy
- miejsce akcji: Hogwart
- w pracy należy przedstawić codzienne życie ruchomych obrazów. Mogą być elementy romansu, komedii czy dramatu.
- nakazany jest moment ukazania rozmowy jednego z obrazów z dyrektorem Albusem Dumbledorem

PRACA A - Syriusz32


Tylko trochę poświęcenia


Przebijał się podczas śnieżycy przez olbrzymie zaspy, w pełnej zbroi, żonglując przy tym zręcznie wyzwiskami, które miotał w kierunku wszystkich znanych mu malarzy, mogących odpowiadać za stworzenie tego dzieła. Pocieszał go jedynie fakt, że zbliżał się do ram, skąd mógł w końcu opuścić ten przeklęty pejzaż. Pociągnął za uzdę swojego nakrapianego kucyka Andrzeja - jedynego towarzysza tej podróży, aby po chwili razem z nim przeskoczyć na piaszczystą plażę.

Ta nie szczędziła promieni słonecznych, co było miłą odmianą po górskim szczycie i śnieżnej zawiei. Z trudem podniósł przymarzniętą przyłbicę, która chociaż częściowo osłoniła mu twarz przed opadami, i odetchnął świeżym, morskim powietrzem. Kuc również zdawał się być zadowolony ze zmiany scenerii. Otrzepał się ze śniegu, którego resztki i tak zamieniły się zaraz w mokrą plamę i trącił głową rycerza.
- Tak jest mój druhu, zaraz dostaniesz jedzenie - powiedział mężczyzna, sięgając do przytroczonych do grzbietu zwierzęcia juk. Wyciągnął z nich jabłko dla konia oraz starą, skórzaną sakiewkę, która zabrzęczała przy podnoszeniu. Znajdowały się w niej odliczone monety i pergamin, na którym widniały wskazówki co do nowej trasy, prowadzącej do obrazu jego ukochanej.

O części z nich dowiedział się z plotek, inne wymienił za informacje odnośnie własnego piętra. Ułożenie obrazów w Hogwarcie często się zmieniało, a podróż nie była tak łatwa jak wszyscy to sobie wyobrażali. Głównie ze względu na to, że mało kto o tym mówił. Większość portretów, z którymi uczniowie mieli okazję porozmawiać, siedziała całymi dniami w swoich złotych, błyszczących ramach. A nawet jeśli ktoś je opuszczał, to na tyle blisko, by móc w każdej chwili wrócić i pławić się w ciekawskich spojrzeniach młodych czarodziejów.

Sir Cadogan nie był jednak jak portrety pisarzy czy innych podrzędnych grajków, które omijał szerokim łukiem. On był miłośnikiem ekspedycji do nieznanych mu dotąd części zamku! Nieraz był nazywany przez to obłąkanym szaleńcem, ale wystarczyło wyjęcie miecza, aby te obrośnięte w piórka, zawistne kreatury zawarły jadaczki. Wybierał więc obrazy znajdujące się po przeciwnej stronie. Z dala od ludzi, których wzrok skupiał się głównie na tych rozpoznawalnych postaciach. Często przykryte pajęczyną i grubą warstwą kurzu, bo pomijał je także woźny. Pozostawieni w cieniu, daleko od gwarnego tłumu uczniów, z którymi mogliby zamienić parę słów, nierzadko opuszczali na stałe swoje malowidła. Były jednak sposobem na skrócenie sobie drogi.

Bo o ile w poziomie przemieszczanie się nie sprawiało większych trudności, jeśli płótna były dostatecznie blisko, tak przejście na piętro niżej lub wyżej było wyzwaniem. Niektóre z postaci przechodziły bezpośrednio do swoich innych portretów, jednak większość nie miała takiego szczęścia i wisiało tylko jedno dzieło z ich podobizną. Wtedy robili wycieczki dookoła ruchomych schodów zniżając się delikatnie przy każdej możliwej okazji lub korzystali z usług przewodników, czyli postaci, które do przewożenia innych wykorzystywały swoje obrazy rozsiane po całym świecie. Właśnie na jednego z nich czekał teraz Cadogan.

Zobaczył piracką banderę oraz dziób statku skierowany w jego stronę. Podniósł się z piachu i owinął rzemyk sakiewki dookoła dłoni, czekając, aż Zemsta Królowej Anny się zatrzyma. Chwilę później do plaży dopływała już mniejsza łódź, w której siedziało dwóch majtków w podartych ubraniach, z pożółkłymi zębami i wyjątkowo nieświeżym oddechem. Wiosłowali równo, jednak nie wyglądali na zadowolonych. Jak się okazało, ze względu na konia.

- Zostawić tę chuderlawą szkapę! Nie wejdzie do łajby! - krzyknął rozeźlony pirat, po kolejnej nieudanej próbie wsadzenia kucyka na łódź.
- Ciebie możemy porzucić, kundlu morski, jako i twoja rodzicielka drzewiej postąpiła! - odpowiedział równie zdenerwowany rycerz, kładąc rękę na chrapach zwierzęcia i zachęcając do wejścia na łódkę. Gdy w końcu udało mu się tego dokonać, piraci bez słowa usiedli i zaczęli wiosłować z powrotem w stronę statku. Tam kuc był już mniej problemowy, bo za pomocą lin zostali szybko wciągnięci razem z łódką.

Największe wrażenie wywarł na nim rozmiar okrętu. Długi na trzydzieści jardów, szeroki prawie na dziewięć. Wszędzie dało się wyczuć charakterystyczny zapach drewna i morskiej wody. Olbrzymie żagle łopotały na wietrze, niemalże zagłuszając szum wód, na których się znajdowali. Pokład był nieco śliski od bryzy, a delikatne bujanie nie pomagało w zachowaniu równowagi.

- Sir Cadogan! - ryknął kapitan statku, oddalając się na chwilę od steru i schodząc do rycerza. Spojrzenie wystarczyło, aby cała załoga zeszła mu z drogi. Musiał rządzić żelazną ręką, chociaż i bez tego większość osób z pewnością odsunęłaby się na jego widok. Masywne ciało, obłąkańczy uśmiech i czarna jak smoła broda. Do tego równie ciemny płaszcz oraz kapelusz, który akurat się dymił. Nie wyglądał na kogoś z kim warto zadzierać.
- Edward, jak mniemam - odparł rycerz, wystawiając dłoń przed siebie. A raczej nad, bo był o ponad dwie głowy niższy od pirata. Gdy już rozluźnili uścisk, podał mu także sakiewkę.
- Porozmawiamy o tym później - powiedział krótko Czarnobrody, uśmiechając się przy tym jeszcze szerzej. - Nasz wspólny przyjaciel uregulował już dług - dodał, a następie ręką wskazał drzwi do kajuty.

Faktycznie, o możliwości przepłynięcia z siódmego piętra na drugie poinformował go inny portret, który sąsiadował z Cadoganem. Mimo tego, z pewnością nie mógł nazwać ich relacji przyjaźnią. Bo od sytuacji, w której rycerz, widząc go w uścisku szkaradnej bestii, próbował przegonić ją z obrazu, portret odnosił się do niego raczej chłodno. Cadogan nie uznał jednak swojej winy, a tłumaczenie się tym, że to wina matuli owej postaci, że wygląda jak wygląda i że z pewnością bliżej jej do harpii niźli dziewoi, nie pomogło. Teraz stwierdził, że niechęć tamtego do jego osoby najwyraźniej przeminęła i postanowił udowodnić to szlachetnym czynem zapoznania ze sobą dwójki ludzi o wspólnych interesach.

Bo była to bezsprzecznie najprzyjemniejsza część podróży. Butelka rumu doskonale topiła lody i rozluźniała sytuację. Druga, działając w podobny sposób, sprawiła, że gdy pirat powiadomił go o wystąpieniu pewnych komplikacji, Cadogan stwierdził, że nie jest to żadna przeszkoda. Przechylił jeszcze raz szklane naczynie, a powieki zaczęły być wyjątkowo ciężkie.

Gdy już się ocknął, za niepokojący uznał fakt, że pozbawiony jest całego wyposażenia. Wpijający się w nadgarstki szorstki, konopny sznur i knebel, który rycerz uznał za niechybnie wykonany ze starej, przepoconej skarpety, także nie były przyjemnością. I o ile jemu nie było do wesoło, cała załoga bawiła się wyśmienicie, śmiejąc się rozpuku zza drzwi kajuty, do której chwilę później wparował kapitan.
- Wstawaj, lądowa niedołęgo - powiedział pogardliwie, po czym szarpnął za więzy, które przy przesuwaniu zdawały się rozrywać skórę Cadogana. Cel jednak osiągnął, bo rycerz został podniesiony niemalże na równe nogi.
- Nie ma tutaj za wiele do piracenia, ale czasami pojawia się jakiś naiwniak - zarechotał Czarnobrody. - Na spacer z nim załogo! - rozkazał, a Cadoganowi zacisnęły się ze złości związane ręce. Całe szczęście, gdy już postawili go na lichej, drewnianej desce, ktoś wyjął mu szmatę z ust.
- Ty parszywy, piekielny pomiocie! Obyś sczezł, ty kupo morskiego łajna! Stań ze mną do uczciwego pojedynku jeśliś odważny, łajzo! - wykrzykiwał w stronę dowodzącego pirata. Nastąpiła chwila głuchej ciszy, po której, ku jego zdziwieniu, tamten się zgodził.
- Nie ma sprawy - odpowiedział. Nie podał mu jednak miecza, a rzucił. I to z takim impetem, że rycerz musiał zrobić krok w tył, prosto do wody.

W pierwszej chwili nie wiedział co się stało. Sekundę tymu był na statku, a teraz siła uderzenia o taflę wyparła mu powietrze z płuc. Powoli zaczął opadać w dół zbiornika, nie mogąc wyswobodzić rąk. Na szczęście poczuł po chwili piaszczyste dno pod stopami i resztkami sił odbił się od niego w stronę brzegu, na którym padł twarzą do ziemi.

Obudziło go szturchanie palcem z paznokciem, który od dawna nie widział nożyc i dziwnie skrzeczący głos.
- Ten chyba nie żyje...
- Zaraz ty możesz pożegnać się z życiem szponiasta kreaturo - odpowiedział, podnosząc powieki i wypluwając piach z ust. Gdy go zobaczył, uznał, opis był wyjątkowo trafny, bo stał obok niego goblin, który na uwagę o paznokciach zacisnął swoje pulchne dłonie w pięści. Cadogan wstał i z zadowoleniem stwierdził, że dalej jest w zamku, a co więcej, dokładnie tam, gdzie miał dopłynąć z tą bandą łapserdaków. - Słowni ludzie, chociaż kanalie przebrzydłe bez grama przyzwoitości czy honoru - mruknął pod nosem, po czym wyrwał z dłoni goblina swój miecz, którego bogato zdobioną rękojeść tamten już uważnie oglądał. Na plaży nie zauważył nic szczególnego poza Andrzejem, dwoma palmami i wielkim, kamiennym klifem, który oddzielał plażę od czegokolwiek innego.

Rozejrzał się, ale tym razem po korytarzu, w którym wisiał obraz i dostrzegł ją - wybrankę swojego serca. Proste, brązowe włosy połyskiwały w słońcu, gdy sięgała do wiśni na drzewach umieszczonych w dalszym planie jej obrazu.

- Muszę się tam dostać bezbożny karle - powiedział Cadogan, podnosząc goblina i obracając w kierunku portretu ślicznej damy, który znajdował się niemalże piętro niżej, po drugiej stronie korytarza. Niezadowolony z sytuacji goblin, wyszarpał się z rąk rycerza z grymasem niezadowolenia na twarzy. Po chwili zastąpił go jednak chytry uśmieszek.
- Oczywiście. Pozostaje tylko kwestia odpowiedniej zapłaty...
- Ma się rozumieć. Ty wskażesz drogę, a ja nie pokroję cię na jeszcze mniejsze kawałki niż ten, w którym teraz egzystujesz - wyjaśnił spokojnie, jednak goblin nie przestawał się uśmiechać. Pstryknął palcami, a jedna ze skał otworzyła oczy, którymi były dwa połyskujące rubiny. Stwór był wysokości niskiego olbrzyma, a gdy wstał, na jego miejscu pojawił się wielki otwór prowadzący najwyraźniej do jakiejś groty.
- To jak będzie z tą zapłatą? - dopytał ciekawskim tonem.
- Myślę, że jakoś możemy się dogadać - odparł rycerz, chowając miecz. W innej sytuacji podjąłby walkę, ale będąc tak blisko celu, bez zbroi, skradzionej przez piratów, nie widział innej opcji. - Musisz jednak wiedzieć, że nie mam żadnych pieniędzy.
- Nie szkodzi. Wezmę kucyka Cadogana.

Najpierw ucieszył się, że został rozpoznany, potem zastanawiał się, dlaczego goblin użył tego powiedzenia, aż w końcu dotarło do niego, że tamten mówił dosłownie.
- Andrzeja? - zapytał z niedowierzaniem, kładąc rękę na grzbiecie kuca.
- Jeśli tak się nazywa, to tak, Andrzeja - odpowiedział, a rycerz poczuł, jak nogi się pod nim uginają. Miał się pozbyć swojego jedynego przyjaciela? Tego, który nigdy go nie opuścił? Wiedział, że jeśli to zrobi, to nigdy sobie tego nie wybaczy. Ponowne wyjrzenie za ramy obrazu utwierdziło go jednak w przekonaniu, że musi to zrobić.
- Niech będzie.

Szedł z opuszczoną głową. Wiedział, że nie postąpił dobrze, ale z takiej sytuacji nie było dobrego wyjścia. Jakby na potwierdzenie tego, po wejściu w mroki jaskini, kamienny olbrzym znowu znalazł się na swoim miejscu. Tak, teraz z całą pewnością nie było odwrotu. Przeszedł przez ramę i znalazł się po drugiej stronie korytarza, gdzie zauważył, że poza odwrotem nie ma także drogi naprzód.

Obraz wyglądał na opuszczony, bo poza pajęczynami były tutaj tylko skały, które blokowały drogę.
- Musi istnieć jakieś inne wyjście - mówił do siebie, jednak nie mógł tego sprawdzić, gdy jedyne światło pochodziło z korytarza. - Przepraszam szanowny starcze - zaczepił człowieka, który akurat przechodził obok obrazu.
- Och, Sir Cadogan. Mogę w czymś pomóc? - spytał, uśmiechając się delikatnie.
- Rad jestem, że znasz moje imię, z pewnością jesteś człowiekiem, który ma trochę oleju w głowie. Mógłbyś mi wskazać wyjście z tej przeklętej pułapki na podróżników?
- Obawiam się, że przejście jest zablokowane. Jestem jednak przekonany, że taki krzepki rycerz jak ty, poradzi sobie z kupą kamieni - zapewniał czarodziej, przejeżdżając ręką po swojej siwej brodzie.
- Przeklęta kompozycja zamknięta... - szepnął, po czym kontynuował pewnym siebie głosem. - Oczywiście, że dam radę! Nie mam jednak żadnych narzędzi, a nie chcę uszkodzić miecza.
- Sir Cadoganie - zaczął mężczyzna - zapewniam, że jeden dzień pełen miłości jest wart więcej, niż sto lat walki najlepszym orężem. - dokończył, na co rycerz westchnął.
- Mądrze prawisz starcze. Jak ci na imię, abym mógł cię czasem wspomnieć?
- Większość portretów nazywa mnie dyrektorem - odpowiedział rozbawiony, a Cadogan przypomniał sobie, że obiło mu się o uszy coś o zmianie dyrektora. Nie miał jednak czasu teraz o tym rozmyślać, bo mężczyzna już poszedł, a on został sam ze skałami blokującymi mu przejście. Wetknął miecz między nie i popchnął w bok. Kamienie odpuściły, jednak usłyszał też pęknięcie klingi. Spojrzał na resztki miecza, który nie miał już żadnego znaczenia, bo chwilę później, przytulając wybrankę serca, czuł, że dla tej chwili zniósłby każdą podróż. Dla takich chwil warto się poświęcić.



PRACA B - Shanti Black


Niebieskie niebo rozciąga się nade mną. Żadna chmura nie szpeci jego koloru, a słońce grzeje bardzo mocno. Kładę się na trawie, robiąc głęboki wdech. Czuję zapach melisy, lawendy i rumianku. Kocham lato, jego długie dni, brak deszczu, zachody słońca i pięknie ukwiecone łąki. Nagle słyszę chichot. Z początku cichy, jednak z każdą sekundą narastający. A krajobraz zaczyna się rozmywać, przechodząc w czerń. Oczy otwierają się samoczynnie. I znowu czuję pulsujący ból kręgosłupa, a głowa jest oparta o coś twardego. Przecieram oczy, pozbywając się resztek snu i półprzytomnie rozglądam się w koło. Ta sama ciemność, zasłonięte okno i świeca dopalająca się przy moich notatkach. Nienawidzę tego pomiotu szatana, który postanowił mnie namalować w gabinecie ojca, przy tej skośnej desce szumnie nazwanej biurkiem, jeszcze dorzucając mi w komplecie z bolącym krzyżem stertę podręczników, z których nie da się nawet zrobić poduszki. Podchodzę do ram obrazu, rozmasowując obolałe lędźwie.
- Można ciszej?! - krzyczę, wyma****ąc pięścią w geście ostrzeżenia. - Tu się śpi, wy takie, owakie, niemające poczucia smaku i za grosz empatii! - moja nienawiść w danej chwili skupia się na grupce dziewcząt z Ravenclawu, na oko będących w piątej, może szóstej klasie.
- Dziewczęta, zobaczcie, obudziłyśmy Pyskatą Penny. Z czego przepytasz nas tym razem?
W związku z tym, że dużo czytam, siłą rzeczy, w końcu pomieszczenie i ilość książek w nim zobowiązuje, uwielbiam dyskutować na różne tematy z Krukonami. Z uczniami innych domów nie zawsze da się porozmawiać, a dodatkowo mój obraz wisi nieopodal pokoju wspólnego Ravenclawu. Nie zliczę, ile lat już ozdabiam tę ścianę, w sąsiedztwie trzech pijanych magów, którzy mają w zwyczaju odwiedzać mój obraz, gdy jakiś spór przysparza im problemów, nadętą damę z niuchaczem, zadzierającą nosa, jak to wysoko postawiona osobowość i zdziczałego chłopca chowającego się za drzewami w swoich ramach. Co prawda Cecylia często znika ze swojego portretu w poszukiwaniu tego futrzastego szczura, ale zjawia się na nim w najmniej odpowiednich momentach. I nie podejrzewa, że jej sterta pcheł znalazła sobie schronienie pod moim biurkiem. Też bym nie wytrzymała z taką właścicielką.
- Nie mam zamiaru was przepytywać - uśmiecham się chytrze w nadziei, że uda mi się zemścić za pobudkę. - Ale jakie macie teraz zajęcia?
- Zaklęcia. Dlatego musimy już uciekać - wysoka blondynka odsuwa się od moich ram. - Będziemy się uczyć jak powielać obiekty, nie mogę tego opuścić.
- Czekajcie! - krzyczę za nimi. - Znam to zaklęcie, jeśli wam powiem zabłyśniecie, może zdobędziecie kilka punktów dla domu.
Krukonki wahają się, jednak nie idą dalej. Mina dziewczyny, która ze mną rozmawiała zdradza, że nie ufa mi do końca, jednak chęć zaimponowania wiedzą jest od niej silniejsza.
- No dobrze, mów.
- Expulso - intonuję uważnie, dłonią pokazując, jaki ruch różdżką mają wykonać. - Powodzenia!
Uśmiecham się złośliwie, zacierając ręce, gdy moje rozmówczynie się ze mną pożegnały. Nie należy zadzierać z Pyskatą Penny. A tym bardziej nie zawsze należy jej wierzyć. To nie jest tak, że jestem złośliwa, bez przesady, nie mam na imię Irytek. Po prostu fakt, że wiszę tutaj niezliczoną ilość dni i godzin, sprawia, że czasem trzeba się rozerwać. Nadal chce mi się spać. Spoglądam z niechęcią na biurko, zasłonięte okno i resztki świecy. Nienawidzę autora mojego obrazu. Gdybym mogła, rozwaliłabym ten zlepek desek na jego okropnych farbach. Czas odwiedzić Śpiącą Królewnę, u niej zawsze mogę spać ile tylko chcę. Podchodzę do ramy obrazu, myślę o miejscu, w którym chcę się znaleźć i w następnej sekundzie ląduję na miękkim łożu z baldachimem.
- Co ty tu robisz? - pyta zdziwiona Anna. Nie rozumiem, dlaczego jeszcze się nie przyzwyczaiła, robię tak średnio pięć razy na tydzień.
- To, co zwykle - odburkuję, przewracając się na drugi bok. - Mam zamiar się wyspać.
Zamykam oczy i pogrążam się w objęciach Morfeusza, nie myśląc o siedlisku pcheł pod moim biurkiem, ani uczennicach, które za chwilę powinny spowodować eksplozję.
Budzę się wyspana, jak nigdy. Nie mogłam spać długo, ale zawsze te kilka godzin robi różnicę, a to jedna z czynności, które mogłabym robić nieustannie. Przecieram oczy i ze zdumieniem stwierdzam, że Anna stoi nade mną z zatroskanym wyrazem twarzy. Na rękach trzyma znane mi zwierzę, do którego już się przyzwyczaiłam, ale wciąż staram się nie okazywać mu względów.
- Zrobił bałagan na obrazie Cecylii i kilku innych na różnych piętrach - mówi Anna, trzymając niuchacza z dala od swojej złotej kolii.
- Ale to jest zwierzę Cecylii - prycham głośno, patrząc na tę denerwującą kupę futra. - Nie interesuje mnie cała reszta. Odnieś go pannie idealnej, a ja znikam w takim razie do siebie. Jeśli cokolwiek zrobi temu pchlarzowi, będzie miała ze mną do czynienia.
Podchodzę do ram obrazu i po chwili znajduję się we własnym, ciemnym i denerwującym dziele. Wzdycham bez przekonania i podchodzę do ram. Obserwuję uważnie, co dzieje się na korytarzu. Uczniowie przechadzają się w jedną i drugą stronę, od czasu do czasu któryś się przywita.
- Pamiętaj, że pierwsze powstanie goblinów miało miejsce osiemnastego czerwca 1612 roku! - krzyczę za jednym z uczniów, z którym rozmawiałam wczoraj o historii magii. Zapomniałam jednak dodać, że wtedy powstanie się zakończyło. Zaczęło się trzynaście dni wcześniej.
Nagle na korytarzu robi się jakieś zamieszanie. Spoglądam z ciekawością w stronę, z której dochodzą podniecone szepty. Uczniowie odsuwają się pod ściany, a zza rogu wyłania się postać dyrektora. Nie mam dobrych przeczuć, Albus Dumbledore nie bywa w tej okolicy bez powodu. Wzdycham i opieram się o ramę obrazu.
- Penny? - staruszek zwraca się do mnie zmęczonym głosem, który naprowadza mnie na temat, o jakim będzie chciał rozmawiać. - Ile razy ci już powtarzałem, że nie możesz wprowadzać uczniów w błąd, podawać im zmienionych faktów, a tym bardziej złych zaklęć?
- Panie dyrektorze - mówię bez cienia skruchy, jednak postać tego potężnego czarodzieja wzbudza we mnie respekt i szacunek. - A ile razy ja prosiłam o przeniesienie? Nie dość, że nie mam możliwości spania w normalnych warunkach, to jeszcze dodatkowo budzą mnie jakieś chichoty, czy rozmowy. Nie robię tego, bo jestem zła. Po prostu to moja mała zemsta za to, że uczniowie nie dają mi się wyspać.
- Nie neguję złego położenia twojego obrazu, Penny. Ale to, co stało się dziś przekracza już wszystkie granice. Podałaś pannom Grins i Collins złe zaklęcie. Wiesz, czym to się skończyło? Kilkoma wybitymi zębami, podbitymi oczami i złamaniem nadgarstka. Nie wspomnę o bałaganie, jaki powstał w sali zaklęć. Rozmawiam o tym z tobą kilka razy w tygodniu.
Spoglądam na stanowczą twarz dyrektora. Widzę, że jego cierpliwość jest na granicy, jednakże nie mam zamiaru odpuścić. Może to wydaje się nie do pomyślenia osobom żyjącym, ale postać na obrazie ma swoje podstawowe potrzeby. Tak jest skonstruowany nasz świat.
- Pyskata Penny ma kłopoty! Znowu! - do moich uszu dobiega złośliwy chichot, zapewne któregoś z uczniów, którego ostatnio wprowadziłam w błąd. Nie mam zamiaru mu odpuścić.
- Zobaczymy, co ty byś powiedział, gdybyś nie mógł się wyspać! Brak empatii to poważne upośledzenie!
Kilka osób śmieje się otwarcie i wydaje mi się, że na twarzy Albusa również maluje się uśmiech.
- Dobrze, Penny. Zrobimy tak. Ty przestaniesz wprowadzać uczniów w błąd, a ja każę domalować dla ciebie obraz, w którym będziesz mogła się spokojnie wyspać. Wszak nasza młodzież nie może chodzić przekonana, że Leonardo da Vinci był metamorfomagiem i wszystkie jego obrazy to autoportrety. Nie był też jasnowidzem, a powstania trollańskie wiążą się nijak z Troją. Dlaczego niektórzy wymawiają "trollańskie" przez "jot"? Znowu studiowałaś język hiszpański? I oczywiście Erazm z Rotterdamu nie miał nic wspólnego z katedrą Notre Dame i nie nazywano go Quasimodo.
Tłumię narastający wewnątrz mnie śmiech, muszę udać skruchę i może faktycznie przystopować z tymi złymi informacjami. Szczerze powiedziawszy już mi się to nudzi, chociaż zaklęcia to zdecydowanie najbardziej spektakularna forma moich żartów.
- Dobrze, panie dyrektorze - uśmiecham się. - Obiecuję nie wprowadzać już tak często uczniów w błąd.
Gdy dyrektor oddala się, zadowolony rezultatem tej rozmowy, w mojej głowie rodzi się kolejny pomysł. Czas odwiedzić kilka obrazów, przecież dzisiaj jeszcze nie składałam im wizyty. Lubię przemieszczać się pomiędzy dziełami sztuki. Każde z nich to inny świat i historie. Postacie w większości są bardzo przyjazne. No, nie licząc Cecylii, której krzyk słyszę właśnie bardzo wyraźnie. Spoglądam na zegar słoneczny, który widzę na krajobrazie na przeciwko mnie. Osiemnasta. Wcześnie, jak na nią.
- Co się dzieje, moja droga? - pytam przesadnym słodkim tonem.
I tak właśnie mija mi dzień za dniem. Budzę się wcześnie rano, oddaję się mojemu ulubionemu hobby czyli rozmowom z uczniami. Co jakiś czas odwiedza mnie Albus Dumbledore z przestrogą i reprymendą. Rzadko zdarza się, że Cecylia nie krzyczy przez swojego niuchacza, który lubuje się w sprawdzaniu jej biżuterii. No i podróże między obrazami są jedną z najlepszych form zajęcia na nudę. Jutro ma odwiedzić mnie Anna, muszę uprzątnąć biurko. I może poproszę profesora Dumbledore'a, żeby ktoś w końcu domalował mi nową świecę.
Edytowane przez monciakund dnia 06.08.2020 20:20

Z dedykacją dla Nior
zapodaj.net/images/2ac8c9dd6c48d.gif

- - -

confessionsofasomedaysomebody.files.wordpress.com/2015/01/ga-mer-and-christina-dancing.gif

- - -
The human life is made up of choices. Yes or no. In or out. Up or down. And then there are the choices that matter. Love or hate. To be a hero or to be a coward. To fight or to give in. Live or die.
- - -

s14.favim.com/orig/160717/derek-shepherd-gif-gir-meredith-grey-Favim.com-4535174.gif

- - -
Don't let what he wants eclipse what you need. He's very dreamy but he's not the sun, you are.
- - -

66.media.tumblr.com/tumblr_l9mktjSej61qaao9mo1_500.gif

---
Nad przepaścią, tegoż roku
Żyraf masa się w amoku
Rodzi. Pamięć ludzka jest
Zawodna, mimo tego fiest
Tysiące, z tej okazji,
Ku jej chwale od Abchazji
Aż po Nordkapp wspominacie.
"Czyjej chwale?", się spytacie.
Jak to czyjej? Monci* naszej.
Gryfa córce, redakcyjnej
Na tym świecie ambitniejszej
Od niej nie ma. Tu rysunek,
Tam malunek i do tego
Social media. Wizerunek
Hp-neta tam kreuje, ego
Strony reperuje. Szczerze,
Bardzo, bardzo szczerze mówiąc
Człek orkiestra, żywa gwiazda.
Żyj nam wiecznie, twórz i kreuj.
Koniec, basta - taki mus i
Żyraf pasta.

---

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2016awards_pedzel.png
www.harry-potter.net.pl/images/articles/moncia.jpg


 

Podziel się z innymi: Delicious Facebook Google Live Tweet This Yahoo

Przejdź do forum:
Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2020 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3.
Theme by Andrzejster
Copyright © 2006-2015 by Harry-Potter.net.pl
All rights reserved.
Wygenerowano w sekund: 2.89