Logowanie
Nazwa u¿ytkownika

Has³o



Nie masz jeszcze konta?
Zarejestruj siê

Nie mo¿esz siê zalogowaæ?
Popro¶ o nowe has³o
Facebook
Shoutbox
Musisz siê zalogowaæ aby wys³aæ wiadomo¶æ.

O choinka!
03.08.2026 15:12
Dziêki Hug

Do szopy hipogryfy, do szopy wszyscy wraz!
01.08.2026 11:39
Racja, I will mourn old Hog forever, to ju¿ nie by³o to samo :v
I mimo ¿e ciê¿ko w te urodziny, to i tak wszystkiego naj naj, 17 mo¿na mieæ do 40 na spokojnie Love

O choinka!
31.07.2026 23:57
z innymi, bo brakowa³o mi pomys³ów, bo pogorszy³a siê moja sytuacja psychiczna i bo LYS zniknê³a bez s³owa

O choinka!
31.07.2026 23:57
Nie cierpiê urodzin Wrozka Nadal czujê siê na 17 lat, a ju¿ 26 na karku ;(

A co do poprzedniego Hog, bardzo têskniê. Nowy mniej mi siê podoba³, bo nie wysz³y mi poboczne, bo za ma³o pisa³am

Do szopy hipogryfy, do szopy wszyscy wraz!
26.07.2026 20:12
Jako tako, nawet mi siê sb dzi¶ ¶ni³o xD

Wspó³praca
Najaktywniejsi

1) Prefix u¿ytkownikaAlette

Avatar

Posiada 59643 punktów.

2) Prefix u¿ytkownikafuerte

Avatar

Posiada 58190 punktów.

3) Prefix u¿ytkownikaKatherine_Pierce

Avatar

Posiada 47342 punktów.

4) Prefix u¿ytkownikaSam Quest

Avatar

Posiada 45365 punktów.

5) Prefix u¿ytkownikaShanti Black

Avatar

Posiada 44242 punktów.

6) Prefix u¿ytkownikaA.

Avatar

Posiada 43682 punktów.

7) Prefix u¿ytkownikamonciakund

Avatar

Posiada 43236 punktów.

8) Prefix u¿ytkownikaania919

Avatar

Posiada 39464 punktów.

9) Prefix u¿ytkownikaulka_black_potter

Avatar

Posiada 36829 punktów.

10) Prefix u¿ytkownikaKlaudia Lind

Avatar

Posiada 34220 punktów.

Losowe zdjêcie
Zobacz temat
Drukuj temat
Prace uczestników Wielkiej Wojny Fan Fickowej
Prefix u¿ytkownikamonciakund
To w tym temacie bêd± umieszczone wszystkie prace konkursowe.

1. Kolejno¶æ prac w obrêbie kategorii jest ca³kowicie przypadkowa.
2. Po ka¿dym etapie prace zostan± przypisane do poszczególnych autorów.
3. Prace zosta³y wyrywkowo sprawdzone na obecno¶æ plagiatu.
4. Prace dodane s± w stanie w jakim je otrzymuje Ogarniacz. Nie poprawia on ¿adnych b³êdów stylistycznych, ortograficznych czy interpunkcyjnych. Wszelakie ingerencje dotyczy³y spraw technicznych.
5.
Oceniaæ prace mo¿na w tym temacie.

confessionsofasomedaysomebody.files.wordpress.com/2015/01/ga-mer-and-christina-dancing.gif

- - -
The human life is made up of choices. Yes or no. In or out. Up or down. And then there are the choices that matter. Love or hate. To be a hero or to be a coward. To fight or to give in. Live or die.
- - -

31.media.tumblr.com/1ca838daf1b7baf7bf54202eafbe7917/tumblr_mr7lzbBN7k1rv3froo1_500.gif

- - -
Don't let what he wants eclipse what you need. He's very dreamy but he's not the sun, you are.
- - -

66.media.tumblr.com/tumblr_l9mktjSej61qaao9mo1_500.gif

---
Nad przepa¶ci±, tego¿ roku
¯yraf masa siê w amoku
Rodzi. Pamiêæ ludzka jest
Zawodna, mimo tego fiest
Tysi±ce, z tej okazji,
Ku jej chwale od Abchazji
A¿ po Nordkapp wspominacie.
"Czyjej chwale?", siê spytacie.
Jak to czyjej? Monci* naszej.
Gryfa córce, redakcyjnej
Na tym ¶wiecie ambitniejszej
Od niej nie ma. Tu rysunek,
Tam malunek i do tego
Social media. Wizerunek
Hp-neta tam kreuje, ego
Strony reperuje. Szczerze,
Bardzo, bardzo szczerze mówi±c
Cz³ek orkiestra, ¿ywa gwiazda.
¯yj nam wiecznie, twórz i kreuj.
Koniec, basta - taki mus i
¯yraf pasta.

---

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2016awards_pedzel.png

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2021adminnaj.png

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2021-adminpieklo.png

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2021wydarzenie2.png

www.harry-potter.net.pl/images/articles/moncia.jpg


 
Prefix u¿ytkownikamonciakund
PRACE I ETAPU


1. OBYCZAJOWE
- wymagana wzmianka o Polskim Ministerstwie Magii
- g³ówna postaæ to pracownik Polskiego Ministerstwa Magii
- Dodatkowo, w zadaniu nale¿y co najmniej 3 razy u¿yæ s³owa: ARGUMENTACJA - dopuszczona odmiana przez przypadki

PRACA A - Syriusz32


Zdania s± podzielone


Po obudzeniu siê, le¿a³ jeszcze kilka minut wpatruj±c siê w sufit i obserwuj±c paj±ka, który leniwie wêdrowa³ po uwitej podczas jego snu sieci. Zdawa³ sobie jednak sprawê, ¿e ta cudowna chwila b³ogo¶ci, któr± teraz prze¿ywa, musi min±æ, je¶li chce zd±¿yæ do pracy. Wsta³ wiêc z ³ó¿ka, które zaskrzypia³o niby równie niezadowolone z faktu, ¿e zosta³o porzucone co on, pow³óczy³ niechêtnie nogami na drugi koniec swojego pokoju i otworzy³ drewnian± szafê znajduj±c± siê przy drzwiach. Poza ni± i ³ó¿kiem, które sta³o w rogu, w pomieszczeniu znajdowa³y siê jedynie bia³y niegdy¶ stolik nocny z licznymi plamami po kubku oraz biurko, które ugina³o siê, zawalone stosem papierów z ministerstwa. Gdy ju¿ wybra³ odpowiedni strój, ruszy³ w kierunku ³azienki. Tam wzi±³ szybki prysznic, po którym za³o¿y³ bieliznê, spodnie i narzuci³ koszulê. Potem umy³ zêby i dopi±³ guziki, szukaj±c przy tym ewentualnych plam po pa¶cie, a¿ w koñcu by³ gotowy do wyj¶cia. W korytarzu po³±czonym z kuchni± chwyci³ marynarkê, zaklêciem doprowadzi³ ³ó¿ko do porz±dku, za³o¿y³ buty i zerkn±³ w lustro, aby upewniæ siê, ¿e wszystko jest na swoim miejscu. Pó³buty oraz spodnie na kant w granatowym kolorze i nieco wymiêta, bia³a koszula z naszywk± "Adam Nowak". Ju¿ pogodzi³ siê, ¿e nie bêdzie dobrze wygl±da³ w garniturze, bo ten wisia³ na nim jak na wieszaku. Schyli³ siê wiêc do zbyt nisko powieszonego lustra, aby zobaczyæ swoj± niedobudzon± twarz z br±zowymi, rozczochranymi w³osami. Wyci±gn±³ z kieszeni marynarki grzebieñ, przejecha³ nim po g³owie, ale widz±c, ¿e ten zatrzyma³ siê na spl±tanych w³osach, zaniecha³ dalszych prób. Wyszed³ z mieszkania i min±³ na klatce m³od±, ciemnow³os± czarownicê, która wraca³a ze spaceru ze swoim przypominaj±cym owczarka psidwakiem Edisonem. Wymieni³ grzeczne "dzieñ dobry" i ruszy³ w dó³ krêtych schodów. Póki co, dzisiejszy dzieñ doskonale wpisywa³ siê w jego rutynê, poniewa¿ mniej wiêcej w³a¶nie tak wygl±da³ ka¿dy poranek od roku, kiedy rozpocz±³ pracê w Polskim Ministerstwie Magii.
Szed³ chodnikiem sk³adaj±cym siê z krzywo po³o¿onej kostki brukowej i przechylonego krawê¿nika, w akompaniamencie bucz±cych ulicznych lamp, które o¶wietla³y mu drogê, gdy¿ drogi pozostawa³y sk±pane w cieniu gmachów okalaj±cych je budynków, a muskane promieniami s³oñca pozostawa³y jedynie najwy¿sze wie¿owce i bloki mieszkalne. Miasto jeszcze spa³o, na ulicach nie by³o ¿ywego ducha, je¶li nie liczyæ dwóch kotów walcz±cych o upolowanego wróbla, które i tak uciek³y do najbli¿szego zau³ka, gdy tylko siê zbli¿y³. Ca³a okolica jego kamienicy sk³ada³a siê g³ównie z budynków mieszkalnych, których balkony by³y skierowane w kierunku ulic, tak, aby ludzie mogli obserwowaæ wszystko co dzieje siê na zewn±trz. By³o to zreszt± jedno z ich ulubionych zajêæ, zw³aszcza w¶ród starszego pokolenia. Na parterach owych mieszkañ znajdowa³y siê g³ównie ma³e sklepy. Adama od momentu wyprowadzki od rodziców dziwi³ fakt, ¿e znaczn± czê¶ci± z nich by³y zak³ady zajmuj±c± siê sprzeda¿± sukni ¶lubnych. Zw³aszcza, ¿e w tych czasach m³odzi ludzie, ku niezadowoleniu swoich rodziców czy dziadków, ma³¿eñstwo odk³adali na pó¼niej.
Swoje kroki kierowa³ od razu w stronê najbli¿szej placówki handlowej z zielonym szyldem. By³a to mugolska sieæ sklepów, w której znajdowa³y siê wej¶cia do ministerstwa. Rozci±ga³a siê po ca³ym mie¶cie, co znacz±co u³atwia³o pracownikom dotarcie na miejsce. Z pocz±tku rozwi±zanie to wzbudza³o wiele kontrowersji. Spora czê¶æ magicznej spo³eczno¶ci u¿ywa³a argumentacji, mówi±cej o tym, ¿e szansa na wykrycie jest zbyt du¿a w przypadku takiej metody, jednak wystarczy³o ulokowaæ czarodziejów na odpowiednie stanowiska i ryzyko zdemaskowania spada³o niemal¿e do zera.
Szybko dotar³ do sklepu, w którym mimo bardzo wczesnej pory napotka³ klienta, najprawdopodobniej mugola. Kiwn±³ g³ow± do niskiego ch³opaka z plecakiem podró¿nym i siwego pana w koszulce z logiem sklepu, który sta³ za lad±. Nowak postanowi³ wykorzystaæ, ¿e nie jest tu sam i kupiæ sobie co¶ do jedzenia w ramach ¶niadania, nad które zazwyczaj przedk³ada³ kilka dodatkowych minut snu. Chwyci³ w miarê ¶wie¿ego rogala i ustawi³ siê w kolejce za m³odym nabywc± porannej, czarnej kawy. Gdy tylko tamten dokona³ zakupu i oddali³ siê nieco, Adam pokaza³ kasjerowi zdobiony, srebrny pier¶cieñ na swoim palcu - znak rozpoznawczy ludzi z ministerstwa. Zna³ siê z pracownikiem niemal¿e od roku, jednak tamten wci±¿ wymaga³ od niego tej procedury. Ch³opak zastanawia³ siê, czy nieufno¶æ starszego pana wynika z jego wieku, czy do¶wiadczeñ. Uzna³, ¿e raczej to pierwsze, w koñcu w tym kraju wiêkszo¶æ starych ludzi jest negatywnie nastawiona do nowo¶ci. Sprzedawca przyjrza³ siê dok³adnie jego d³oni, po czym kiwn±³ g³ow±, przyzwalaj±c na przej¶cie na zaplecze. By³o to niewielkie pomieszczenie, które zajmowa³ niedu¿y stolik z dwoma krzes³ami, szczotka, mop oraz ró¿ne, kolorowe ¶rodki do czyszczenia z krzykliwymi etykietami. Poza zwyk³ym wyposa¿eniem sklepowym, przy jednej ze ¶cian sta³y zielone, metalowe szafki przylegaj±ce do siebie. Podszed³ do jednej z nich i przy³o¿y³ do zamka pier¶cieñ, po czym us³ysza³ charakterystyczny zgrzyt, ¶wiadcz±cy o tym, ¿e drzwiczki mo¿na ju¿ otworzyæ. I faktycznie, te uchyli³y siê lekko, ukazuj±c swoje wnêtrze. Z pozoru pusta, nie przyci±ga³a niczyjej uwagi, a przedmiotem, po który przeszed³ ch³opak, nikt by siê nie zainteresowa³. Mowa tu o drucianym wieszak, ³udz±co przypominaj±cym te, we wszystkich pozosta³ych szafkach. Nowak wzi±³ g³êboki wdech, z³apa³ go mocno, aby za chwilê szarpn±æ z ca³ej si³y i s³ysz±c ju¿ jakby z oddali trza¶niêcie zamykanych drzwiczek.
By³ przyzwyczajony na tyle, ¿e daleko mu by³o do wymiotów, ale po¿a³owa³ zjedzonego rogala. Teleportacja nadal pozostawa³a jednym z najmniej lubianych rodzajów transportu, jednak nie mia³ ¿adnej, lepszej alternatywy, wiêc musia³ znosiæ to ma³e, codzienne po¶wiêcenie.
Do wspó³dzielonego biura prowadzi³ w±ski korytarz z drzwiami po obu stronach, w którym nie da³o siê nie czuæ wra¿enia zbêdnego przepychu. Na ziemi znajdowa³ siê czerwony, zdobiony dywan doskonale t³umi±cy kroki, a czarne ¶ciany, przyozdobione z³otymi wzorami, wzbogacone zosta³y o wisz±ce co kilka metrów obrazy w poz³acanych ramach. Wszystkie drzwi wygl±da³y niemal¿e identycznie - masywne, dêbowe, z mosiê¿n± ko³atk± w kszta³cie g³owy or³a w centralnej czê¶ci. Ró¿ni³y siê jedynie tabliczkami z opisem pomieszczeñ. Ca³o¶æ wygl±da³a dosyæ staro¶wiecko, jednak spe³nia³a swoje g³ówne zadanie - robi³a wra¿enie. A przynajmniej z zewn±trz, bo po przekroczeniu progu otoczenie robi³o siê mniej imponuj±ce.
Tapety z pewno¶ci± pamiêtaj±ce lepsze czasy, od dawna nie zosta³y wymienione, podobnie jak biurko, które trzeszcz±c pod naporem sterty papierów, nieustannie walczy³o o prze¿ycie. Szanse na zmianê takiego stanu rzeczy by³y raczej niewielkie. Mimo tego, ¿e to w³a¶nie on i jego prze³o¿ony, który sta³ teraz przy imitacji okna znajduj±cej siê naprzeciwko drzwi, zajmowali siê zarz±dzaniem i wydawaniem sprzêtu do odpowiednich biur i wydzia³ów, nie mogli nic z tym zrobiæ, poniewa¿ na wszystko potrzebne by³o pozwolenie z góry.
By³ to mêcz±cy uk³ad, na który prawie nikt nie mia³ wp³ywu. Co wiêcej, nie by³o nawet wiadomo, kto konkretnie mia³by udzieliæ takiego pozwolenia. Statut ministerstwa sk³ada³ siê z kilkuset stronic, na których znajdowa³y siê s³owa, które dawno wysz³y z u¿ycia, a same regu³y odnosi³y siê do innych punktów regulaminu tak czêsto, ¿e tworzy³y przypadki nieskoñczonych siê pêtli odwo³añ. Skutek tej sytuacji by³ taki, ¿e ma³o kto rozumia³ dok³adnie jak dzia³a prawo, co bardzo chêtnie wykorzystywa³a w³adza.
- Cze¶æ Adam - rzuci³ mê¿czyzna, odwracaj±c siê twarz± w stronê Nowaka. By³ wysoki i dobrze zbudowany. Nie by³ stary, chocia¿ na skroniach mia³ ju¿ pierwsze oznaki siwizny, która powoli zastêpowa³a jego naturalny, br±zowy kolor w³osów.
- Cze¶æ - odpowiedzia³ krótko ch³opak, wystawiaj±c rêkê do u¶cisku, który tamten od razu odwzajemni³.
Borys Kowalski wprowadzi³ Adama w rytm pracy ministerstwa. Od pocz±tku wspó³pracy pozostawa³ najbardziej ¿yczliw± osob±, która na ka¿dym kroku pokazywa³a, ¿e jest godna zaufania. Jako prze³o¿ony faktycznie stara³ siê przekazaæ wiedzê i sposoby na rozwi±zywanie problemów, a tak¿e czynami udowadnia³, ¿e ma po prostu dobre intencje, gdy¿ wszystkie sukcesy przynosz± im obopóln± korzy¶æ. Jednak tym razem co¶ by³o inaczej. Kowalski ubrany by³ w p³aszcz podró¿ny, w lewej rêce trzyma³ ró¿d¿kê, a za plecami lewitowa³a jego skórzana aktówka.
- Muszê pilnie wróciæ do domu - oznajmi³, bez zbêdnych wyt³umaczeñ. Adam zdawa³ sobie sprawê z tego, ¿e bez powa¿nego powodu, nie zostawi³by go samego. Nie zamierza³ jednak przeprowadzaæ przes³uchania z jego prywatnych spraw, wiêc zapewni³ jedynie, ¿e poradzi sobie bez wsparcia i usiad³ za biurkiem, obserwuj±c wychodz±cego w po¶piechu szefa.
Ró¿d¿k± przeniós³ czê¶æ papierów na ziemiê, dziêki czemu stó³ nabra³ bardziej prostych kszta³tów i nie grozi³ z³amaniem siê w ka¿dej chwili. Wniosek o nowe kocio³ki, pakiet piór, braki proszku fiuu... Zanim jednak zd±¿y³ cokolwiek wype³niæ, drzwi otworzy³y siê i wszed³ przez nie wyra¼nie poirytowany pracownik ministerstwa, którego Adam widzia³ po raz pierwszy. Sumiasty w±s dr¿a³ mu niebezpiecznie, a ¿y³ka na czole pulsowa³a jakby mia³a zaraz wybuchn±æ. Za nim wpad³o dwóch innych czarodziejów, którzy wymachiwali rêkami przekrzykuj±c siê przy tym wzajemnie. "Z³odzieje", "Prostaki" czy "Chamska Ho³ota", to tylko niektóre ze s³ów, które wy³apa³ Nowak. Gdy ju¿ my¶la³, ¿e chaos, jaki wywo³a³o nag³e wtargniêcie urzêdników, nie mo¿e byæ wiêkszy, do gabinetu wlecia³o dwadzie¶cia skrzypi±cych, metalowych klatek z sowami, które u³o¿y³y siê w dwie piramidki w rogu pomieszczenia.
- Co siê tutaj dzieje? - spyta³ Adam zdenerwowanego pracownika z w±sem, który opar³ siê o jego biurko. Pozostali dwaj k³ócili siê dalej, przedstawiaj±c swoj± w±tpliwej jako¶ci argumentacjê.
- Wydzia³ fa³szerstw w³a¶nie przej±³ chmarê sów, które trzeba gdzie¶ przydzieliæ - mê¿czyzna mówi³ szybko, maj±c wyra¼nie do¶æ ju¿ ca³ej tej sytuacji.
- I co ja mam z tym wspólnego? - dopyta³ ch³opak niepewnie.
- W³a¶nie to biuro odpowiada za takie przypadki - wyja¶ni³. - Zostawiam ciê z tym, najlepiej jakby¶ szybko rozwi±za³ ten konflikt - doda³ po chwili, a nastêpnie obróci³ siê na piêcie i wyszed³ szybkim krokiem.
Gdy tylko opu¶ci³ pomieszczenie, pozostali doskoczyli do biurka, ³ypi±c na Nowaka jak psy na smakowit± ko¶æ.
- Dzieñ dobry, nazywam siê ¯ebro, jestem z Urzêdu Paradoksów i Sprzeczno¶ci - wyrzuci³ z siebie na jednym tchu starszy z nich, ³api±c rêkê Adama i machaj±c ni± energicznie. By³ dosyæ niski i nosi³ okulary w prostok±tnych oprawkach. Drugi widocznie nie chcia³ pozostaæ w tyle z grzeczno¶ci±, wiêc wyszarpn±³ prawicê ch³opaka i równie¿ potrz±sn±³.
- Chatka, Komisja Obronna. Niezwykle mi³o mi pana poznaæ - powiedzia³ ca³y czas siê u¶miechaj±c. Na g³owie zosta³a mu reszta w³osów, co podkre¶la³o jego odstaj±ce uszy.
Z tego co zd±¿yli powiedzieæ zanim wrócili do potyczki s³ownej, Nowak zrozumia³, ¿e ka¿dy z nich uwa¿a, ¿e nowe sowy s± im niezbêdne. Byli zgodni tylko co do jednej rzeczy, ¿e nie mo¿na pój¶æ na kompromis i druga strona nie zas³uguje na dostanie absolutnie niczego.
- Oni chc± wszystko zagarn±æ dla siebie! - zwróci³ siê bezpo¶rednio do ch³opaka ³ysy czarodziej.
- Bzdura! - odkrzykn±³ natychmiast ten w okularach. - Rozdamy te sowy najzdolniejszym dzieciom w kraju!
- Tak? To my oddamy dzieciom i dorzucimy zapas karmy!
- To my damy jeszcze pióra!
- A my klatki!
Jedyne czego potrzebowa³ to chwila spokoju. Pope³ni³ jednak drugi raz ten sam b³±d co wcze¶niej - nie doceni³ zdolno¶ci ministerstwa do tworzenia chaosu. Gdy tylko pomy¶la³, ¿e gorszego bajzlu nie da siê zrobiæ, drzwi pomieszczenia otworzy³y siê z hukiem i wpadli przez nie nastêpni pracownicy urzêdu Paradoksów i Sprzeczno¶ci oraz Komisji Obronnej, którzy najwyra¼niej us³yszeli o konflikcie i postanowili wtr±ciæ swoje trzy grosze. To by³a granica. Niemal¿e dziesiêæ krzycz±cych na siebie wzajemnie osób i dwadzie¶cia skrzecz±cych sów by³o czym¶, na co m³ody pracownik ministerstwa nie by³ przygotowany. Omin±³ grupê walcz±cych zajadle miêdzy sob± czarodziejów i chwyci³ za klamkê. Zd±¿y³ us³yszeæ jeszcze zwroty "siadaj, kurduplu" oraz "te sowy nam siê po prostu nale¿±", a zaraz po tym drzwi trzasnê³y z hukiem.
Dopiero teraz móg³ spokojnie odetchn±æ. W biurze ze wzglêdu na du¿± ilo¶æ osób zaczyna³o brakowaæ powietrza, a tutaj g³êboki wdech nie by³ problemem. By³o nim to, ¿e nadal nie mia³ rozwi±zania w kwestii sów. Skierowa³ g³owê w lewo, gdzie dostrzeg³ obraz, na którym namalowany by³ niuchacz. Próbowa³ w³a¶nie rozebraæ na czê¶ci zegarek kieszonkowy i tylko co jaki¶ czas zerka³ w stronê obserwuj±cego go ch³opaka. Na dole widnia³ tytu³: "Strata czasu", a z boku drobne literki K.L., które Adam uzna³ za inicja³y autora.
- Tak, to kompletna strata czasu - mrukn±³ sam do siebie, wpatruj±c siê w b³yszcz±ce futro stworzenia. - Wrócê tam i powiem, ¿e chcê porz±dnej argumentacji, a nie jedynie plucia jadem na drug± stronê - zapewnia³ sam siebie, nabieraj±c przy tym wiary w s³uszno¶æ swojej decyzji. Odwróci³ siê, nacisn±³ klamkê i pchn±³ drzwi. U¿y³ zaklêcia sonorus, po czym rykn±³:
- CISZA! Proszê o formalny wniosek albo porz±dn± argumentacjê, inaczej sowy zostan± w biurze! - Po tych s³owach nast±pi³a kilkusekundowa cisza. Ludzie spojrzeli po sobie, a¿ w koñcu g³os zabra³ jeden z czarodziejów.
- Ale jakie sowy?


PRACA B - Klaudia Lind


"Karma wraca"


Cisna, niewielkie miasteczko po³o¿one w Bieszczadach, by³o idealnym miejscem dla ludzi chc±cych spêdziæ ¿ycie z dala od wielkomiejskich aglomeracji. W wakacje najwiêkszymi atrakcjami by³y tu piesze górskie wycieczki, ma³e stragany z pami±tkami oraz kafejki z kaw± i ciastkami. Byli te¿ tacy, choæ nale¿eli do znacznej mniejszo¶ci, których wyj±tkowo interesowa³a stara budka do robienia zdjêæ. Jedn± z takich osób by³a Wiktoria Lesiak, która codziennie, oko³o godziny dziesi±tej, wchodzi³a do kolorowego fotodomku. Znika³a na kilka godzin, a po godzinie
szesnastej wychodzi³a z budki, bynajmniej nie robi±c sobie ani jednego zdjêcia.

Wiktoria pracowa³a w Polskim Ministerstwie Magii, jako Zastêpca Dyrektora w Departamencie Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami w oddziale w Cisnej. Fotobudka od lat s³u¿y³a jej i kilkoro innym czarodziejom jako winda, prowadz±ca do korytarzy Departamentu.
W ci±gu piêciu minut kobieta by³a ju¿ w swoim gabinecie, piêtna¶cie metrów pod ziemi±. Czeka³a na ni± El¿bieta Nowakowska, pani sekretarz oraz jej dobra kole¿anka w jednej osobie.
- Cze¶æ - przywita³a siê Wiktoria, rzuci³a torebkê na swoje biurko i odpali³a komputer. Zerknê³a w lustro i zwi±za³a ciemnobr±zowe w³osy w koñski ogon. Wygoda przede wszystkim.
- Cze¶æ, zd±¿y³am ju¿ zrobiæ obchód - odpowiedzia³a Ela, machaj±c teczk± pe³n± papierów.
- Przepraszam, ¿e tyle czeka³a¶, ale w domu mia³am totalny m³yn. Konrad zgubi³ swoj± ró¿d¿kê, Aniê rozbola³ brzuch po czekoladowych ¿abach, a Nikola... - Wiktoria przypomnia³a sobie niemi³± rozmowê z piêtnastoletni± córk± i zrezygnowa³a z opowiadania. - Szkoda gadaæ.

Konrad Lesiak by³ mê¿em Wiktorii, o dziesiêæ lat od niej m³odszym muzykiem, Ania siedmioletni± córeczk±, pod±¿aj±c± artystycznymi ¶ladami tatusia. Wiktoria za rok koñczy³a czterdziestkê, a od piêtnastu lat pracowa³a w tym samym miejscu, staraj±c siê o posadê Dyrektora Departamentu. El¿bieta natomiast by³a niezast±pion± pomoc± nie tylko w pracy, ale tak¿e w rozmowach o ¿yciu.
- Hejka. Nie t³umacz siê, Dawida nie ma. - Sekretarka mia³a na my¶li ich szefa. - Co do Nikoli, to mo¿e trochê jej odpu¶æ? W koñcu s± wakacje.
Wiktoria nastawi³a czajnik i wsypa³a dwie ³y¿eczki kawy do kubka z logo Ministerstwa.
- Ela, za nieca³e dwa miesi±ce moja córka wyjedzie do Hogwartu i bêdzie za pó¼no by porozmawiaæ o jej przysz³o¶ci. Wiesz, ¿e ona chce zostaæ Aurorem? Jestem pewna, ¿e robi mi to po z³o¶ci.
- Przesadzasz - podsumowa³a El¿bieta i poda³a kole¿ance ciastko. - Nie tak dawno temu by³am w jej wieku i pamiêtam, jak to jest. Im bardziej naciskasz, tym gorzej, wierz mi.
- taka argumentacja do mnie nie przemawia - uciê³a temat Wiktoria.
- ok, jak chcesz. Co do roboty...niestety szykuje siê ciê¿ki dzieñ - powiedzia³a Ela, marszcz±c wypielêgnowane brwi. By³a jak zawsze ubrana bardzo kobieco. Miêtowa sukienka z lej±cego siê materia³u nie zdradza³a ¿adnych oznak niepotrzebnych kilogramów. D³ugie blond w³osy upiê³a
we francuski warkocz. Wiktoria mia³a na sobie koszulkê na rami±czkach, krótkie spodenki i trapery. Strój godny kogo¶, kto ³apie po lasach mantikory i hipogryfy.
- Rano dostali¶my anonimowy telefon - kontynuowa³a Ela, siadaj±c jednym po¶ladkiem na swoim biurku. - Kto¶ zg³osi³, ¿e pod barem stoi podejrzana klatka przykryta plandek±, z której dochodz± dziwne odg³osy. Go¶æ by³ na tyle odwa¿ny, b±d¼ g³upi, ¿e zajrza³ pod ni±. Od razu wyci±gn±³ telefon, aby powiadomiæ Ministerstwo. Stwierdzi³, ¿e powinni¶my byæ tym zainteresowani.
Wiktoria machnê³a ró¿d¿k± w stronê wielkiego wiatraka i przyjê³a jego ch³ód z ulg±. Przy temperaturze powy¿ej dwudziestu o¶miu stopni nie umia³a siê skupiæ.
- Co by³o w klatkach? - Zapyta³a szczerze zaciekawiona. Mo¿e i by³a przemêczona ¿yciem, ale lubi³a swoj± pracê, w której obcowa³a g³ównie ze zwierzêtami.
- Osiem feniksów.

Posz³y do pomieszczania znajduj±cego siê na ty³ach Departamentu. By³o to dobrze sch³odzone miejsce z klatkami umieszczonymi po obydwu stronach przedniej czê¶ci hali. Przebywa³y w nich tymczasowo ró¿ne fantastyczne zwierzêta, czekaj±ce na swoich nowych w³a¶cicieli, lub transport do specjalistycznych hodowli. Drug± czê¶æ stanowi³y zamykane szafki z pokarmem, opatrunkami, lekami i zabawkami dla podopiecznych. Wiktoria kocha³a zwierzêta i stara³a siê jak najbardziej umiliæ im czas spêdzony w niewoli. Niestety ostatnio sprawy zaczyna³y wymykaæ siê spod kontroli. W ci±gu jednego miesi±ca Departament przej±³ dwa niuchacze, dziesiêæ nie¶mia³ków, jednego przeg³odzonego zouwu, ciê¿arnego ¿mijoptaka, parê wozaków oraz traszkê dwuogonow±, która p³ywa³a leniwie w sporym akwarium. Wszystkie zwierzêta zosta³y przechwycone z czarnego rynku, który jakim¶ cudem wyp³yn±³ w Cisnej.
Ten miesi±c by³ niezwykle trudny dla Departamentu, gdy¿ dzia³aj±c jedynie lokalnie, nie posiadali zbyt wiele miejsca dla zwierz±t. Po zakwaterowaniu odnalezionych feniksów okaza³o siê, ¿e wszystkie klatki s± zajête. Do tej pory nigdy im siê to nie zdarzy³o.
Wiktoria dok³adnie przygl±da³a siê ka¿demu zwierzêciu, zatrzymuj±c siê d³u¿ej przy tych przywiezionych dzisiaj.
- Dlaczego w tej klatce s± dwa feniksy? - zapyta³a Wiktoria podniesionym tonem.
- jak widzisz, zabrak³o miejsca.
- To wiem, ale czemu jeden z nich nie zosta³ przeniesiony do hodowli feniksów w Ustrzykach Dolnych?
Twarz El¿biety spochmurnia³a. Nie mia³a dla przyjació³ki dobrych wie¶ci.
- Powiedzieli, ¿e maj± jak±¶ epidemiê i nie mog± przyjmowaæ ani wydawaæ zwierz±t. Korytarz zosta³ zamkniêty. Tak samo jest w oddziale Dolno¶l±skim.
Wiktoria wstrzyma³a oddech, ale zaraz siê rozlu¼ni³a. Jedno spojrzenie w wielkie, czarne oczy zwierzêcia zadecydowa³o. Nie mog³aby post±piæ inaczej.
- Przygotuj mi transporter, biorê go do domu.

- Locomotor - wyszepta³a Wiktoria, stoj±c u progu schodów kamienicy, w której mieszka³a. Mia³a nadziejê, ¿e ¿aden w¶cibski s±siad nie uchyli drzwi, by zobaczyæ bezszelestnie lewituj±cy nad stopniami wielki transporter. Feniks spa³ smacznie, ugodzony niegro¼nym zaklêciem.
Niezauwa¿ona dotar³a na drugie piêtro i wesz³a do mieszkania. Nikt jej nie przywita³, co j± wcale nie zdziwi³o. O tej godzinie jej m±¿ zwykle siedzia³ w wyg³uszonym pokoju muzycznym z m³odsz± córeczk±, a starsza córka Nikola spêdza³a czas u swojej przyjació³ki.
Ledwo ¶ci±gnê³a buty, us³ysza³a ciche popiskiwanie wydobywaj±ce siê z transportera. Nie zwlekaj±c, skierowa³a kroki prosto do pokoju muzycznego. Tak jak s±dzi³a, jej m±¿, z zamkniêtymi oczami i s³uchawkami na uszach gra³ na gitarze. Obok niego siedzia³a ¶liczna ma³a czarnow³osa dziewczynka z mikrofonem.
- Cze¶æ mamusiu! - wykrzyknê³a nieco za g³o¶no i poci±gnê³a tatê za rêkaw, by spojrza³ w stronê drzwi.
- Hej kochanie - powiedzia³, spuszczaj±c s³uchawki na szyjê. Widz±c transporter, uniós³ wysoko brwi. - Co to jest?
Wiktoria postawi³a pud³o na ¶rodku pokoju i zamknê³a za sob± drzwi. Wiedzia³a, ¿e Konrad nie bêdzie zadowolony. Uwa¿a³, ¿e jego ¿ona za bardzo anga¿uje siê w swoj± pracê, podchodzi do niej zbyt emocjonalnie, a tym razem posunê³a siê jeszcze dalej. ¯a³owa³a, ¿e nie zadzwoni³a uprzedziæ Konrada. Otworzy³a drzwiczki.
- Ptaszek! - krzyknê³a Ania, m³odsza córeczka.
- To jest feniks skarbie. Pamiêtasz, jak ci czyta³am o... - zaczê³a Wiki, ale m±¿ jej przerwa³.
- Dlaczego go tu przyprowadzi³a¶?
Obserwuj±c, jak zwierzê powoli wychyla ³ebek z pud³a, opowiedzia³a mê¿owi ca³± sytuacjê. S³ucha³ jej uwa¿nie, pilnuj±c, by dziewczynka nie dotyka³a feniksa.
- Co na to Dawid? - zapyta³ Konrad. - To chyba nie jest codzienno¶æ, ¿e zabiera siê fantastyczne
zwierzê do domu.
- zostawi³am mu notatkê na biurku.
- I to wystarczy? - zdziwi³ siê.
- Oh, bêdzie mi wdziêczny, ¿e pozby³am siê k³opotu.
- Kochanie wiem, ¿e chcesz dla tych zwierz±t najlepiej, ale gdzie go bêdziemy trzymaæ? I przez jaki czas? Przemy¶la³a¶ to w ogóle?
Faktem jest, ¿e Wiktoria tego w ogóle nie przemy¶la³a i teraz kombinowa³a na poczekaniu.
- Musi zostaæ w tym pokoju, bo tylko tu nie bêdzie go s³ychaæ. To potrwa najwy¿ej tydzieñ, w poniedzia³ek wysy³amy ¿mijoptaka do kliniki na rozwi±zanie i zwolni siê klatka.
- a gdzie ja mam æwiczyæ? Przecie¿ wiesz, ¿e nagrywam album.
- Mo¿esz graæ u Patryka, w koñcu razem go tworzycie - odpowiedzia³a cierpliwie.
Patryk by³ wspó³za³o¿ycielem zespo³u rockowego, w którym Konrad gra³ pierwsz± gitarê.
Wiktoria obserwowa³a mê¿a, jak przymyka oczy. Widzia³a, jak próbuje zapanowaæ nad oddechem i przyk³adaj±c d³onie do skroni, zastanawia siê. Czu³a, ¿e rozmowa nie dobieg³a koñca.
- Wiki, ja wiem, ¿e praca jest wa¿na, ale to ci nie pomo¿e w karierze...
- To nie o to chodzi - oburzy³a siê Wiktoria. - Nigdy nie s³uchasz moich argumentacji! To jest ¿ywe zwierzê, które potrzebuje naszego wsparcia!
- Co to jest argumentacja? - wtr±ci³a Ania, ale nikt nie zwróci³ na ni± uwagi.
Twarz Konrada, zwykle przystojna i rozlu¼niona zrobi³a siê napiêta.
- Zawsze obawia³em siê, ¿e w koñcu do tego dojdzie, ¿e zwierzêta zaczn± byæ dla ciebie wa¿niejsze od rodziny.
Tego by³o Wiktorii za wiele. Poczu³a siê osaczona i zdradzona przez osobê, na której powinna najbardziej polegaæ.
- Mo¿emy pogadaæ w salonie? Niech Ania pójdzie do siebie do pokoju - zaproponowa³a.
Konrad wyprowadzi³ niezadowolon± córeczkê, która za wszelk± cenê chcia³a pog³askaæ "ptaszka". Wiktoria spojrza³a ze ³zami w oczach na feniksa i wci±¿ wzburzona opu¶ci³a pokój.

Kiedy wesz³a do salonu Konrad, sta³ do niej plecami i wygl±da³ przez otwarte okno balkonowe. Mieli przepiêkny widok na gêsto zalesione zbocza gór. S³oñce zaczê³o siê chyliæ ku wierzcho³kowi Hyrlaty, rozpalaj±c konary drzew ognist± czerwieni±. Wiktoria pomy¶la³a, ¿e Nadia powinna byæ zaraz w domu.
- Musimy sobie co¶ wyja¶niæ raz na zawsze - zaczê³a. Serce podesz³o jej do gard³a. Wiedzia³a, ¿e zaraz zaczn± siê poruszaæ, bo bardzo nietrwa³ym gruncie ich zwi±zku.
- Owszem.
- Mo¿esz mieæ pretensje, ¿e nie da³am ci znaæ o feniksie. Rozumiem. Czekaj, nie przerywaj mi! Od zawsze zazdro¶ci³am ci twojej m³odo¶ci, ambicji i talentu. Tego, ¿e jeste¶ taki wolny, ¿e jeste¶ sam sobie szefem. ¯e masz tê energiê, czas dla dzieci, ¿e fanki ciê kochaj± i ¿e dogadujesz siê z lud¼mi. Ja mam swoj± pracê, któr± kocham. Czemu mi podcinasz skrzyd³a, skoro ja ci tego nie robiê?
Konrad nadal siê nie odwróci³, ale widzia³a jego drgaj±c± ¿y³ê na karku. By³ w¶ciek³y. Atmosfera w salonie by³a tak napiêta, ¿e nie us³yszeli g³uchego uderzenia dochodz±cego z zewn±trz.
Konrad wreszcie siê odezwa³.
- Wiktoria, to nie mo¿e tak d³u¿ej trwaæ. Ta twoja zazdro¶æ...
Nie dokoñczy³, bo co¶ du¿ego i czerwonego przelecia³o obok niego z przera¼liwym skrzekiem i wylecia³o przez otwarte okno balkonowe. Wiktoria krzyknê³a, rzuci³a siê do przodu, ale nie zdo³a³a z³apaæ feniksa w porê. Konrad wybieg³ na balkon, a za nim jego ¿ona.
- Nie zamknê³a¶ drzwi w pokoju? - Zapyta³ zdziwiony, spogl±daj±c w dó³, na ulice pod blokiem.
Wiktoria nie odpowiedzia³a. Przygl±da³a siê feniksowi, który polecia³ ulic± nieco dalej i wyl±dowa³ tu¿ za stoj±c± na jezdni furgonetk± tak, ¿e nie by³o go widaæ.
Nie czekaj±c na mê¿a, kobieta za³o¿y³a pantofle, zbieg³a po schodach wprost na ulicê. Nie wiedzia³a, ¿e Konrad ruszy³ za ni±, dopóki nie zrównali siê w biegu.

To, co zobaczyli za furgonetk±, zmrozi³o im krew w ¿y³ach. Na jezdni le¿a³a ich córka, Nikola. By³a nieprzytomna, a jej rower le¿a³ dwa metry dalej, wygiêty w metalow± koszmarn± abstrakcjê. Kierowca furgonetki sta³ przy drzwiach samochodu, a jego twarz wygl±da³a jak wyciosana z kamienia. Nie móg³ uwierzyæ w³asnym oczom. Nikt nie móg³. Tylko Wiktoria wiedzia³a, co siê dzieje i szeptem poprosi³a mê¿a, aby nie podchodzi³.
Feniks, który uciek³ z jej mieszkania, usiad³ przy Nikoli i przylgn±³ ³ebkiem do jej zakrwawionej klatki piersiowej. Du¿e krople ³ez spada³y wprost na ranê, a ta z sekundy na sekundê robi³a siê coraz mniejsza, a¿ wreszcie zniknê³a. Nikola otworzy³a oczy, usiad³a i zaczê³a siê rozgl±daæ. By³a w lekkim szoku, ale prócz siniaka na ramieniu nic powa¿nego jej nie dolega³o. Powoli przypomina³a sobie, co siê sta³o. Jecha³a rowerem, jedn± rêk± pisa³a SMS-a, wjecha³a na ulicê i poczu³a uderzenie. Straci³a przytomno¶æ, a kiedy siê ocknê³a, patrzy³ na ni± przepiêkny, ognisty ptak. Potem zobaczy³a rodziców.
- mamo! Tato! - zawo³a³a. - Nic mi nie jest, na prawdê.
- Córeczko, gdyby nie ten feniks... - Konrad by³ tak zdenerwowany, ¿e ledwo móg³ mówiæ.
- Ju¿ dobrze tato, mogê wstaæ - powiedzia³a stanowczo, wiêc pomóg³ córce siê podnie¶æ.
Wygl±da³o na to, ¿e prócz kilku siniaków rzeczywi¶cie by³a ca³a i zdrowa.
Razem podeszli do fantastycznego zwierzêcia, g³askali jego miêkkie pióra i dziêkowali wzruszeni. Konrad okry³ feniksa p³aszczem przeciwdeszczowym, który Nikola mia³a w plecaku. Nie chcia³, by kto¶ go zobaczy³. Wiktoria obserwowa³a ich w milczeniu, zupe³nie zapominaj±c o mê¿czy¼nie stoj±cym przy samochodzie.
Dos³ownie w ostatnim momencie zauwa¿y³a, ¿e kierowca schyla siê, by podnie¶æ z jezdni pod³u¿ny przedmiot. Kobieta na szczê¶cie okaza³a siê szybsza.
- ja to wezmê - powiedzia³a, chwytaj±c ró¿d¿kê Nikoli. - Obliviate.
Mê¿czyzna, ugodzony zaklêciem zapomnienia, patrzy³ na ni± têpym wzrokiem. Nastêpnie wzruszy³ ramionami, wsiad³ do furgonetki i odjecha³.

Rodzina Lesiaków powiêkszy³a siê o jedno fantastyczne zwierzê. Konrad by³ pierwsz± osob±, która zadecydowa³a, ¿e feniks u nich zostanie. Odda³ mu do dyspozycji swój pokój, a sam wynaj±³ ma³y gara¿, w którym z m³odsz± córeczk± mogli bez granic oddawaæ siê muzycznej pasji. Nikola zaczê³a wiêcej rozmawiaæ z mam±, okaza³o siê, ¿e fantastyczne zwierzêta s± tematem ³±cz±cym pokolenia i buduj±cym dobre relacje.
Pó³ roku pó¼niej Wiktoria zosta³a Dyrektork± Departamentu, w którym pracowa³a. Szybko pozyska³a dotacjê na rozbudowê hali dla zwierz±t. Ju¿ nigdy dla ¿adnego nie zabrak³o tam miejsca.


PRACA C - Kwieciste_Niebo


Albert Zieliñski by³ jednym z nielicznych czarodziejów w swojej okolicy, którego rodzice zapisali do szko³y magii. Nie zmarnowa³ tej szansy by³ jednym z najlepszych uczniów Dumstrangu. Dla wszystkich by³o oczywiste, ¿e pisana jest mu wielka przysz³o¶æ. Stanowisko m³odszego asystenta ministra magii wydawa³o siê idealne by zacz±æ jego wielk± karierê w Polskim Ministerstwie Magii. Nie spodziewa³ siê tylko, ¿e jego praca bêdzie polega³a na roznoszeniu wszystkim drugiego ¶niadania i adresowaniu kopert. Ostatecznie pracowa³ tam ju¿ pó³ roku. Zdecydowanie uw³acza³o to jego ambicji i powodowa³o frustracje, zw³aszcza, ¿e wiêkszo¶æ urzêdników mia³o umiejêtno¶ci niewiele przekraczaj±ce jego po ukoñczeniu pierwszego roku szko³y a posady zdobywali dziêki znajomo¶ci±. Gardzi³ takimi lud¼mi.

Dwie kanapki z majonezem i kurczakiem oraz kanapka z ³ososiem i str±czkami do dzia³u gier i sportów, 4 sa³atki z grillowanych warzyw do dzia³u przestrzegania prawa czarodziejów, 2 kanapki z szynk± i serem do dzia³u wspó³egzystencji z mugolamii. I tak w nieskoñczono¶æ. Jedyne, co s³ysza³ w zamian, to, ¿e nastêpnym razem ma poprosiæ o podwójn± porcjê sera. Zawsze na koniec zostawia³ sobie samego ministra magii. Mimo, ¿e na drugie ¶niadanie najczê¶ciej wychodzi³ na spotkania s³u¿bowe, po powrocie lubi³ mieæ na biurku standardow± kanapkê. Mówiono, ¿e jego 20 lat m³odsza ¿ona dopiero odkrywa tajniki gotowania i póki, co idzie jej to opornie.

Tak samo sytuacja wygl±da³a w pewne ¶rodowe popo³udnie. Wyj±tkowo zbulwersowa³ go jeden z zarozumia³ych urzêdników z dzia³u magicznych stworzeñ, który nawrzeszcza³ na niego, poniewa¿ jego drugie ¶niadanie omy³kowo zawiera³o miêso. Ostatecznie posmarowany majonezem chleb wyl±dowa³ na czarnej szacie Alberta zostawiaj±c widoczn±, t³ust± plamê. Zdenerwowany, oraz przyzwyczajony do nieobecno¶ci ministra magii w tym czasie wszed³ do jego gabinetu bez pukania i ze zdziwieniem odkry³, ¿e nie jest on pusty. Na kolanach ministra magii siedzia³a szefowa dzia³u przestrzegania prawa i zasypywa³a jego szyjê poca³unkami. M³odego pracownika ministerstwa zamurowa³o. Zas³oni³ oczy rêkoma, upuszczaj±c pakunek z kanapk± i dukaj±c przeprosiny ruszy³ z zas³oniêtymi oczami do wyj¶cia, przy okazji tucz±c jaki¶ wazon. Ledwo opu¶ci³ gabinet i odetchn±³ z ulg± zobaczy³ w wej¶ciu Zuzannê Kier - ¿onê ministra magii.

Zuzanna to delikatna blondynka, która by³a prawdopodobnie mniej wiêcej w wieku Alberta. Jej ojciec to jeden z najbogatszych i tym samym najbardziej wp³ywowych ludzi w Polsce. Wiele plotek mówi, ¿e w³a¶nie z tego powodu Ryszard Kier j± po¶lubi³. Liczy³, ¿e wzglêdy jej ojca pomog± mu zrobiæ szybk± karierê. Patrz±c na obecn± sytuacjê mo¿na stwierdziæ, ¿e s³usznie. Nie wiadomo jednak, jakim cudem oczarowa³ tak± sympatyczn± dziewczynê. Tak naprawdê to jedyna ¿yczliwa osoba w ministerstwie. Mimo, ¿e nie zajmowa³a ¿adnej z urzêdniczych funkcji czêsto przynosi³a mê¿owi swoje kulinarne popisy. Tego dnia z jej siatki mo¿na by³o wyczuæ intensywny aromat ryby. Nie zwiastowa³o to niczego dobrego.

Albert jak siê pyta³ sam siebie pó¼niej, czemu zrobi³ tak a nie inaczej to nie móg³ znale¼æ konkretnej odpowiedzi. Prawdopodobnie nie chcia³, ¿eby jedyna mi³a dla niego osoba cierpia³a. Bo z ca³± pewno¶ci± mo¿na by³o stwierdziæ, ¿e mimo ukartowania ca³ego tego ma³¿eñstwa, ona kocha³a swojego mê¿a
- Witaj Albercie, jak tam Ci mija dzieñ? Dalej dokarmiasz mojego misia? - przywita³a siê jak zwykle pamiêtaj±c, ¿eby obdarzyæ go promiennym u¶miechem, po czym nie czekaj±c na odpowied¼ nacisnê³a klamkê.
- Chyba ju¿ nied³ugo nie bêdê musia³, pachnie znakomicie - sk³ama³ pokazuj±c na torbê, sprawiaj±c, ¿e zmar³a z ledwo uchylonymi drzwiami.
- Naprawdê? - Zuzanna niemal podskoczy³a z rado¶ci - W takim razie musisz spróbowaæ, to stary rodzinny przepis - zamknê³a, uchylone drzwi, które do tej pory ca³y czas trzyma³a za klamkê.
- Bêdê zaszczycony - U¶miechn±³ siê, wyrzucaj±c sobie, ¿e móg³ pochwaliæ jej ¿ó³t± sukienkê. - Tylko jak umrê, przeka¿ wszystkim, ¿e podwójnego majonezu ju¿ nie bêdzie! - za¿artowa³, kiedy poda³a mu porcjê szarozielonej zupy.
Albert nie mia³ wyboru. W³o¿y³ ³y¿kê do buzi i u¿y³ ca³ej swojej woli by siê nie skrzywiæ. Jego zmagania przerwa³ Minister Magii, który wy³oni³ siê ze swojego gabinetu.
- Tak w³a¶nie my¶la³em, ¿e s³ysza³em g³os mojego króliczka! - zawo³a³ rado¶nie na widok ¿ony. - Wejd¼ proszê, w³a¶nie omawiamy z Eugeni± raport z przestrzegania prawa w ostatnim kwartale. - Po czym spojrza³ na Alberta i zupê, któr± trzyma³. - Co tak ¶mierdzi? Posprz±taj to!
- To nowa zupa pana ¿ony, powinien pan spróbowaæ! To kulinarne dzie³o sztuki. -Poda³ mu miskê zanim wszyscy zniknêli na powrót w gabinecie a Minister by³ zbyt zaskoczony by siê sprzeciwiæ.

Albert mia³ ochotê waliæ g³ow± w ¶cianê. Nie do¶æ, ¿e przy³apa³ szefa na zdradzaniu ¿ony to jeszcze wcisn± mu niejadaln± zupê. Zastanawia³ siê, która argumentacja znajdzie siê na jego zwolnieniu. Dodatkowo by³ na siebie z³y, ¿e ok³ama³ Zuzannê.

Nastêpnego dnia rano, ledwo Albert usiad³ przy biurku i zabra³ siê za adresowanie kopert, minister osobi¶cie poprosi³ go do swojego gabinetu. Ch³opak spodziewa³ siê tego, ju¿ wczoraj przygotowa³ sobie nawet, co powie, gdy minister przeka¿e mu wypowiedzenie. Zamierza³ te¿ wys³aæ sowê Zuzannie i poinformowaæ j± o zaistnia³ej sytuacji. Zawsze jest lepiej wiedzieæ. Minister wskaza³ mu krzes³o naprzeciwko biurka i zaproponowa³ herbatê, po czym sam zaj±³ swój fotel.
- Tak wiêc... - zacz±³ minister - S³ysza³em jak wczoraj mnie kry³e¶. Bardzo doceniam tak± lojalno¶æ. Jednak podejrzewam, ¿e taka pomoc ma swoj± cenê. Omiñmy wszystkie gierki i przejd¼my od razu do negocjacji. Co mogê ci zaproponowaæ?
- Hmm...- Albert by³ w szoku. Takiego obrotu spraw siê nie spodziewa³. Zacz±³ gor±czkowo siê zastanawiaæ o jak wiele mo¿e poprosiæ. Ostatecznie uzna³, ¿e to jego szansa by zrealizowaæ wszystkie swoje idealistyczne wizje, które snu³ nocami przed snem. - Chcia³bym zostaæ szefem dzia³u - odpar³ udaj±c pewno¶æ siebie.
- Którego? - Minister nie mia³ oporów by zwolniæ, któregokolwiek z szefów dzia³ów byle ochroniæ swoje stanowisko.
- Edukacji magicznej - odpar³ Albert, widz±c zdziwienie na twarzy ministra kontynuowa³ - Wiem, ¿e na razie nie ma takiego dzia³u. Chcia³bym go stworzyæ. Widzia³em jak wygl±da edukacja za granic±. W Polsce rodzice ucz± dzieci tylko tego, co uznaj± za s³uszne i co sami umiej± a testy potwierdzaj±ce edukacjê zda ka¿dy, kto nie jest char³akiem. Nale¿y to uregulowaæ a ja mam wiele pomys³ów jak to zrobiæ.
- Ciekawa propozycja - podsumowa³ minister, który sam nie wiedzia³, co na ten temat s±dzi. Cieszy³ siê jednak, ¿e niewygodny ch³opak sam znalaz³ sobie miejsce niewymagaj±ce ofiar. - Mam nadziejê, ¿e zdajesz sobie sprawê, ¿e to nie jest zmiana, któr± mogê wprowadziæ z dnia na dzieñ - spojrza³ na ch³opaka badawczym spojrzeniem, po czym nie widz±c sprzeciwu na jego twarzy kontynuowa³ - Przygotuj mi trzy wstêpne propozycje dekretów, ¿ebym mia³ jak±¶ argumentacjê dla mediów a potem w zale¿no¶ci od opinii publicznej przyst±pimy do realizacji. Pasuje ci taki uk³ad? - przedstawi³ plan, coraz bardziej przekonuj±c siê, ¿e to jest dobry pomys³.
-Pasuje!- przytakn±³ Albert, sam nie wierz±c, jakie ma szczê¶cie. Ju¿ nied³ugo zacznie realizowaæ swoje marzenia.

Miesi±c pó¼niej Albert wprowadza³ siê do swojego gabinetu. Nie by³ du¿y, by³ to od¶wie¿ony schowek znajduj±cy siê pomiêdzy dzia³ami magizoologii oraz gier i sportów. Ledwo mie¶ci³y siê w nim trzy biurka, dla niego oraz jego dwóch przysz³ych pracowników, oraz rega³ na dokumenty. Z dum± przytwierdzi³ plakietkê informacyjn± na drzwiach a nastêpnie usiad³ na swoim fotelu i ponownie przeczyta³ artyku³ w pañstwowej gazecie - informatorze codziennym, o utworzeniu nowego dzia³u odpowiedzialnego za kszta³cenie m³odych czarownic i czarodziejów. By³ rozczarowany, ¿e wszystkie jego pomys³y zosta³y przypisane ministrowi magii, jednak uzna³, ¿e nikt siê nie spodziewa³ takiego geniuszu po m³odym asystencie a minister pewnie nie chcia³ wzbudzaæ podejrzeñ.

W ci±gu kolejnych dni Albert zaj±³ siê rekrutacj± pracowników. Potrzebowa³ pomocy w wprowadzeniu prawdziwej rewolucji w ¶wiecie edukacji. Ku jego zdumieniu i niezadowoleniu ministra magii swoj± kandydaturê zg³osi³a Zuzanna Kier. Ojciec zapewni³ jej edukacjê w Ilvermorny, dziêki czemu mia³a inne, przydatne do¶wiadczenia z etapu edukacji. Kolejne biurko przypad³o Lidii Bez. By³a to nieco starsza kobieta, która uczy³a w domu czwórkê swoich dzieci i mia³a wiedzê z pierwszej rêki, co w tym systemie funkcjonuje prawid³owo a co nieco gorzej.

Miesi±ce wspólnej pracy z Zuzann± zbli¿y³y ich do siebie. Stali siê przyjació³mi z prawdziwego zdarzenia. On uwielbia³ patrzeæ jak zawija³a w³osy na linkê my¶l±c nad rozwi±zaniem jakiego¶ problemu oraz jak rumieni³a siê, gdy chwali³ jej pomys³y. Czasem przy³apywa³ siê, ¿e zamiast pracowaæ przygl±da³ siê jej. Zastanawia³ siê, dlaczego jej m±¿ j± zdradza. By³a uciele¶nieniem idea³u: delikatny, dziewczêcy wygl±d po³±czone z ponadprzeciêtn± inteligencj± i sporym poczuciem humoru.

Po niemal roku pracy dzia³ Edukacji ostatecznie wprowadzi³ szereg dekretów szczegó³owo reguluj±cy program nauczania, obowi±zkowych lektur i testów potwierdzaj±cych przyswojenie wiedzy. By³ to ich dzieñ ¶wiêtowania, otworzyli szampana i cieszyli siê sukcesem. Pani Lidia, skorzysta³a z okazji i wysz³a wcze¶niej do domu a Zuzanna oraz Albert wspominali najciekawsze historie z czasów szkolnych.
- Kiedy, ciê zobaczy³am od razu wiedzia³am, ¿e jeste¶ inny ni¿ ta reszta zarozumialców - zaczê³a Zuzanna - ¿e jeste¶ taki sam jak ja - by³a ju¿ trochê pijana
- ¿e na wszystko ciê¿ko pracujemy zamiast liczyæ na znajomo¶ci? - zapyta³ równie pijany Albert
- Nieee! - zaprzeczy³a - ¿e chodzili¶my do szko³y - zachichota³a- jak siê ma mojego ojca to nie da siê na wszystko zapracowaæ.
- Szkoda, ¿e nie do jednej - wzi±³ kolejny ³yk szampana - mo¿e mia³abym, z kim chodziæ na szkolne potañcówki.
- A ja mo¿e bym nie wysz³a za m±¿ za tego buraka - szybko zrozumia³a, co powiedzia³a, po czym siê zaczerwieni³a a Albert zachêcony tymi s³owami pokona³ dziel±c± ich odleg³o¶æ
- Gdybym zna³ ciê wcze¶niej na pewno nie wysz³aby¶ za tego buraka - pog³adzi³ j± kciukiem po policzku - nie spojrza³aby¶ nawet na niego - zapewni³, po czym j± popchn±³ w stronê ¶ciany i poca³owa³.

Rozum resztkami trze¼wo¶ci podpowiada³, ze zaraz dostanie od niej twarz, wiêc tym bardziej siê zdziwi³, kiedy zarzuci³a mu rêce na szyjê, przyci±gnê³a do siebie i odwzajemni³a poca³unek. Czu³ siê wspaniale, trzyma³ w d³oniach wszystko to, czego od zawsze pragn±³. Chwilê przerwa³a sowa, która wlecia³a przez uchylone okno i upu¶ci³a na nich najnowszy numer informatora codziennego. Zuzanna u¶wiadomi³a sobie, co zrobi³a, rzuci³a szybkie przeprosiny, zabra³a swoje rzeczy i po¶piesznie opu¶ci³a gabinet. Albert ciê¿ko westchn±³, dopi³ resztkê szampana prosto z butelki a nastêpnie usiad³ w swoim fotelu i otworzy³ gazetê ciekawy reakcji prasy na jego rewolucjê.

Wielki sukces ministerstwa

Nareszcie m³odzi czarodzieje i czarownice z Polskich rodzin bêd± mieli podobn± wiedzê do rówie¶ników z innych krajów, mimo braku szko³y magii. Nowo stworzony dzia³ edukacji magicznej pod przywództwem samego ministra magii Ryszarda Kiera uregulowa³ wszystkie kwestie zwi±zane z edukacj± Polskich dzieci. Minister pytany o komentarz powiedzia³ skromnie, ¿e dzieci to nasza przysz³o¶æ i bêdzie dba³by mog³y zast±piæ nas w przysz³o¶ci i poprowadziæ Polskich czarodziei ku wielkim osi±gniêciom. Z niecierpliwo¶ci± czekamy na kolejne postêpy w tej kwestii. Wszystkie wprowadzone zmiany mo¿na znale¼æ z do³±czonym biuletynie.


M³ody pracownik ministerstwa nie wierzy³ w to, co czyta³. Minister magii przypisa³ sobie wszystkie jego zas³ugi. W¶ciek³y chwyci³ gazetê i ruszy³ prosto do gabinetu g³owy pañstwa nie wysilaj±c siê nawet na pukanie. Ryszarda Kier nie zdziwi³o to wtargniêcie, wrêcz na jego twarzy by³ nik³y u¶miech satysfakcji, kiedy Albert rzuci³ mu na biurko najnowszy numer informatora codziennego.
- Twoje pomys³y okaza³y siê wielkim sukcesem, my¶la³em, ¿e siê ucieszysz- zadrwi³ z niego minister.
- Tak wielkim sukcesem, ¿e musia³ go pan przypisaæ sobie? - zirytowa³ siê Albert - Oczekujê sprostowania w jutrzejszym wydaniu, inaczej Zuzanna dowie siê o pañskich zdradach! - zdenerwowany m³odzieniec nie przemy¶la³ swoich s³ów. Czuj±c siê jak pan sytuacji odwróci³ siê i zmierzy³ w stronê wyj¶cia. Jednak zatrzyma³o go chrz±kniêcie ministra.
- Zuzanna wnios³a pozew o rozwód. Podobno zakocha³a siê w kim¶ innym. - Minister zmierzy³ go spojrzeniem, sprawnie odczytuj±c reakcjê ch³opaka by potwierdziæ swoje podejrzenia. - Jak my¶lisz, jak siê poczuje, kiedy siê oka¿e, ¿e jej wielki przyjaciel ca³y rok wiedzia³ o zdradach jej mê¿a i zamiast jej powiedzieæ wykorzysta³ te informacje by szanta¿em dopi±æ swego? - Ryszard Kier nie mia³ skrupu³ów. - My¶lisz, ¿e zmienianie ¶wiata bêdzie wystarczaj±c± argumentacj±? Przyznam szczerze, ¿e nie s±dzê. Przeprowadzisz drugi etap swojej rewolucji, a jak nie bêdziesz grzeczny to mo¿e gdzie¶ ma³ym drukiem pojawi siê nawet twoje nazwisko. - Minister u¶miechn±³ siê widz±c zagubienie Alberta. - Mo¿esz odej¶æ - Ró¿d¿k± otworzy³ mu drzwi ostatecznie go wypraszaj±c.

Albert by³ z³y na siebie, ¿e da³ siê podej¶æ jak dziecko. Gdyby trzyma³ siê swoich zasad i do wszystkiego d±¿y³ ciê¿ko prac±, tak jak zamierza³ na pocz±tku nikt nie zbiera³by teraz pochwa³ za jego osi±gniêcia. Sta³ siê pionkiem w grze, w której póki, co s³abo rozumia³ zasady. Mia³ jednak pewno¶æ, ze to jeszcze nie koniec. Przegra³ bitwê, ale wygra wojnê. Minister magii ma siê, czego baæ.


2. POEZJA
- Autor musi wcieliæ siê w rolê Minervy McGonagall, która pod postaci± kota siedzi na murku obok domu przy Privet Drive w dzieñ ¶mierci Potterów
- Historia mo¿e zawieraæ tak¿e inne wydarzenia, które dzia³y siê przed tym jak siê tam znalaz³a, jednak ich d³ugo¶æ nie mo¿e przekraczaæ 1/4 ca³ej pracy
- Autor musi opisaæ jakie wra¿enie wywarli na McGonagall Dursleyowie
- Praca musi zawieraæ dok³adny opis otoczenia oraz wra¿eñ jakie do¶wiadcza³a nauczycielka jako kot.
- W opowiadaniu musz± pojawiæ siê s³owa( dozwolona jest odmiana): AMBIWALENTNY, ZAGMATWANY, NIEBYWALE, NOBILITACJA

PRACA D - Anastazja Schubert


Siedzê na murku ju¿ drug± godzinê
i czekam na Dumbledore'a.
Przez okno widzê Dursley'ów rodzinê,
ni ¶ladu za¶ profesora.

Zerkam raz po raz na tych mugoli,
lecz my¶lê tylko o Harry'ego niedoli.

Do jego ¿ycia z ciotk± mam podej¶cie ambiwalentne.
Ta wszêdzie nosi swego jedynego syna,
który cia³o ma korpulentne.
Czy Harry polubi tego kuzyna...?

Ch³opcy s± w podobnym wieku,
z pewno¶ci± nieraz bêd± siê razem bawili.
Przestañ siê martwiæ, Minerwo, cz³owieku!
Tylko czy oni siê losem Harry'ego bêd± trapili...?

Mê¿czyzna obok Petunii pewnie jest jej mê¿em.
Z niebywa³± trosk± bawi siê z synem,
patykami w d³oniach wymachu.j± jak orê¿em.
Ka¿dy dzieñ z dzieckiem musi byæ dla niego festynem.

Ich ¿ycie od dzi¶ bêdzie bardziej zagmatwane.
Albus im z pewno¶ci± wszystko wyja¶ni.
Jak dosz³o do zabójstwa Potterów - to skomplikowane,
s³owo "magia" im mo¿e trochê rozja¶ni.

Mija ju¿ pi±ta godzina jak siedzê na murze.
Czujê w sobie du¿o zwierzêcia,
bezmy¶lnie patrzê na podwórze
i powstrzymujê siê od muchy capniêcia.

Pamiêtaj, ta misja to dla ciebie nobilitacja...!
Czas wyczy¶ciæ futro.
Stop, przestañ! Czemu opuszcza mnie ludzka gracja?!
Ju¿ ja sobie z Albusem porozmawiam jutro.

Za d³ugo jestem kotem,
nie mogê siê skupiæ na Harrym.
Jak bêdzie wygl±da³o jego ¿ycie potem
gdy stanie siê czarodziejem ma³ym?

Widzê wreszcie Albusa na rogu ulicy.
"Mog³em siê tego spodziewaæ" huczy.
My¶lê: bezczelny ten bia³olicy!
ale moje gard³o mimowolnie mruczy.

Czas zmieniæ siê w cz³owieka,
ch³opiec ju¿ pewnie gdzie¶ na nas czeka.
Przysz³o¶æ jego jest niepewna,
lecz ja nie bêdê wylewna.

Jak najlepiej mu ¿yczê
i choæ w duchu krzyczê,
na g³os powiem tylko otwarcie:
Do zobaczenia za 10 lat w Hogwarcie!


PRACA E - Krnabrny


Niebo znowu jest pogodne,
To takie niewiarygodne
Bywa³y zdarzenia tkliwe
Tak z pozoru niemo¿liwe...

Wierzyæ ludzkiemu gadaniu?
Wszyscy w podekscytowaniu
Nikt nie my¶li o Jamesie, Lily,
Jakby nigdy tu ¿yli
I, ¿e dziêki niemowlêciu
Ludzkiemu przeczy pojêciu,
Wszystkie serca to porusza,
Najmroczniejsza pad³a dusza.

Ulica w blasku porannych promieni
Ka¿da fasada z tych samych kamieni
Jakby magicznie to zaczarowane
Tylko tabliczki z numerem zmieniane.
Równe okna, równe dachy
Wszystko jakby z jednej blachy.
Na parapetach dziwne ro¶liny
Jakby wszystie z jednej rodziny.
Trawniki ³adnie wszystkie przystrzy¿one
Pewnie wszystkie odgnomione.
Murek na rogu ulicy
Siad³am, by przestudiowaæ mapê okolicy.
Jegomo¶æ w garniturze, bez szyi acz z w±sem.
Chcia³ mnie przegoniæ, prychnê³am z przek±sem.
Nastêpnie przyst±pi³am do rozci±gania
Od chwili w kocim ciele przebywania
Ko¶ci zaczê³y cierpieæ tak straszliwie
Nie³atwo kotom, stwierdzi³am mrukliwie.

Na wiarê Albus tylko zas³uguje,
A wiêc na niego tutaj oczekuje.
Siwobrodego starego przyjaciela,
Pod³ug pog³osek tutaj siê wybiera.
A teraz co to, kocur tu siê zjawia,
I jak±¶ rybê pod nos mi podstawia.
A potem jakby na nogach siê s³ania,
Co tu siê dzieje? Czy on mi siê k³ania?
Futerko czarne mej sier¶ci dotyka,
Nastraszam cia³o, niech jegomo¶æ znika!
Widzê odwagi jemu nie brakuje,
Ja sama coraz dziwniej za¶ siê czuje
Uczucia mam ambiwalentne,
Te jego ruchy nawet s±...ponêtne.

Jako kot wzroku wytê¿aæ nie muszê
Kobieta z dzieckiem, co ma wielk± tuszê!
U tego ch³opca ruchy tak ospa³e,
W tak m³odym wieku, to jest niebywa³e!
A jeszcze graj± w jakie¶ dziwne gierki
On kopie matkê, krzycz±c "Chcê cukierki"
Kobieta daje wchodz±c jego ³aski,
Nie ka¿cie patrzeæ na takie obrazki!
Gdyby poprosi³ o zamek z wie¿ami,
Pewnie by dosta³ mówi±c miêdzy nami.
Okropne dziecko co bez wzorców, wychowania,
Niezno¶ne ju¿, co dopiero gdy wkroczy w okres dorastania!

Do mnie podchodzi kotka dumnym krokiem
Ja srogo ³ypie swoim w±skim okiem
Dumnie unosi ogon, ¿e z arystokracji
Mnie chce prowadziæ do nobilitacji
A ja zaciskam wielkie swe zêbiska
I piana prawie pociek³a mi z pyska
Próbujê ogonem zepchn±æ tê kotkê
Niechaj gdzie¶ indziej robi za b³yskotkê.

Arabella nawo³uje sw± koci± gromadê
Jaki¶ dzieciak popija dziwn± oran¿adê
Tu i tu z okien s³ychaæ jakie¶ g³osy
Zwyk³e, codzienne, mugolskie to losy.

Mugole wychodz± do pracy i szko³y
Ich kobiety z okien wytê¿aj± wzrok jak soko³y
Jedna siê chwali, ma zlewozmywarkê
Innej syn urwis zepsu³ star± pralkê!
A jeszcze jaka¶ pani chce byæ zdrowa,
W przysz³ym tygodniu przyje¿d¿a te¶ciowa.

G³upawe plotki, banalne wyznania
Chcia³abym mieæ tyle do pouk³adania
Jednak m± g³owê co inne zaprz±ta
Potterów nie ma, pad³a na nich kl±twa.
Lily, co rêkê mia³a do eliksirów.
Przed Jamesem Hogwart nie kry³ swych rewirów.
No i do tego ¶wietny szukaj±cy,
Teraz na zawsze snem ju¿ wiecznym ¶pi±cy.
Wspaniali ludzie odchodz± najprêdzej.

Mugolki nadal gadaj± o ciuchach
Mê¿ach, weselach i spo³ecznych ruchach
O dziwnych ludziach w peleryny odzianych
I dziwactwach przez nich wygadywanych,
Czujê z³o¶æ w ko¶ciach, cia³o me kostnieje,
Zbyt d³ugo siedzê, temu tak siê dzieje.

Mugole wracaj±, okna uchylone
I wszêdzie wiadomo¶ci s± w³±czone
Wed³ug nieznaego przyrodnikom zwyczaju
Sowy lataj± w dzieñ po ca³ym kraju!
Nie to jedno odbiega od stereotypów,
W czê¶ci Anglii prawdziwy deszcz meteorytów.

Nastroszy³am futerko, a¿ przesz³y mnie dreszcze,
Z³± czarodziejom przysz³o¶æ dzi¶ wywieszcze,
Pokonany ten, kto niegodny ¿ycia,
I czy dnia tego mamy wyj¶æ z ukrycia?
Proste zasady, od dziecka wpajane,
Ale jak siê okazuje zbyt zagmatane!
Czarodzieje siê ciesz± na zabawach siedz±.
Mugole? Co tam? Niechaj siê dowiedz±!
Edytowane przez Prefix u¿ytkownikamonciakund dnia 25.07.2020 16:13
confessionsofasomedaysomebody.files.wordpress.com/2015/01/ga-mer-and-christina-dancing.gif

- - -
The human life is made up of choices. Yes or no. In or out. Up or down. And then there are the choices that matter. Love or hate. To be a hero or to be a coward. To fight or to give in. Live or die.
- - -

31.media.tumblr.com/1ca838daf1b7baf7bf54202eafbe7917/tumblr_mr7lzbBN7k1rv3froo1_500.gif

- - -
Don't let what he wants eclipse what you need. He's very dreamy but he's not the sun, you are.
- - -

66.media.tumblr.com/tumblr_l9mktjSej61qaao9mo1_500.gif

---
Nad przepa¶ci±, tego¿ roku
¯yraf masa siê w amoku
Rodzi. Pamiêæ ludzka jest
Zawodna, mimo tego fiest
Tysi±ce, z tej okazji,
Ku jej chwale od Abchazji
A¿ po Nordkapp wspominacie.
"Czyjej chwale?", siê spytacie.
Jak to czyjej? Monci* naszej.
Gryfa córce, redakcyjnej
Na tym ¶wiecie ambitniejszej
Od niej nie ma. Tu rysunek,
Tam malunek i do tego
Social media. Wizerunek
Hp-neta tam kreuje, ego
Strony reperuje. Szczerze,
Bardzo, bardzo szczerze mówi±c
Cz³ek orkiestra, ¿ywa gwiazda.
¯yj nam wiecznie, twórz i kreuj.
Koniec, basta - taki mus i
¯yraf pasta.

---

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2016awards_pedzel.png

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2021adminnaj.png

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2021-adminpieklo.png

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2021wydarzenie2.png

www.harry-potter.net.pl/images/articles/moncia.jpg


 
Prefix u¿ytkownikamonciakund
3. KOMEDIA
- G³ówn± bohaterk± ma byæ Irma Pince, która dopiero co zaczyna pracê w Hogwarckiej bibliotece
- W pracy maj± znale¼æ siê co najmniej 2 dialogi przeprowadzone przez bohaterkê z dwoma ró¿nymi nauczycielami Hogwartu. Jeden z dialogów musi siê RYMOWAÆ
- Opowiadanie musi zawieraæ barwny opis zachwytu jakim pani Pince darzy swoj± now± pracê
- W pracy musi siê znale¼æ opis negatywnego nastawianie Irmy do jednego z nauczycieli
- W pracy NIE MO¯NA u¿yæ s³owa ksi±¿ka i bibliotekarka

PRACA F - Rachel Otterly


Pierwszy raz przekroczy³am próg tego budynku, gdy by³am ma³a. Nie wiem, jakim smarkaczem by³am, ale pamiêtam, ¿e jacy¶ Gryfoni z pi±tej klasy pod³o¿yli mi ³ajno pod nogi. Piêkne czasy. Wa³êsaj±c siê po starym budynku, odczuwam pewn± nostalgiê, doskonale pamiêtam czê¶æ wydarzeñ, inne wola³abym zapomnieæ. Bo jaka zdrowo my¶l±ca osoba rozpamiêtywa³aby z rado¶ci± zamkniêcie w po³owie stopnia?
Albo wpadniêcie w ¶rodek fajerwerków? Chyba tylko ja.
No ale... Pamiêtam tylu uczniów Hogwartu jako dzieci, a teraz ucz± trasmutacji, zaklêæ czy innych wpadek. Przecie¿ prawdziwa wiedza bierze siê z wolumenów, pe³nych ¶wie¿ych stronic, pachn±cych papierem, tuszem, atramentem!
Rozpoczynaj±c pracê jako opiekunka biblioteki i wszystkich tomów musia³am siê przy³o¿yæ.
Tyle, ¿e najpierw czas na wizytê u dyrektora, wielkiego Albusa.
Jak ja go nie lubiê.
***

- Irmo, pewnie siê cieszysz ze swojej nowej pracy. Wiem, ¿e twoje zami³owanie do opas³ych tomów wiedzy - tu zrobi³ minê zdech³ego psa - nie mia³o pocz±tku.
- Och tak. Doprawdy, znakomita wie¶æ. Cieszê siê, ¿e to ja tu jestem.
Tacy inni, jak Volumen - teraz ja zrobi³am minê, jakbym widzia³a wymiotuj±cego ma³ego Snape'a - kompletnie nie mieli rozs±dku...
- Do¶æ. Severus te¿ tu pracuje.
- I znowu w eliksirach oszukuje!
- Doprawdy? Ma rozleg³± wiedzê.
- A ja tylko jego podrêczniki szorujê i siedzê!
- O co pani chodzi?
- O ten tramwaj, co w wodzie nie brodzi.
- Dlaczego Irmo tak rymujesz?
- A czemu pan ze Snapem oszukujesz?
- Do¶æ. Da³a¶ mi w ko¶æ.
- A ja i tak panu zrobiê na z³o¶æ!
***

Rozmowa z dyrektorem nie nale¿a³a do najlepszych. No ale - nie jestem konfidentem. Jeszcze tylko tego brakuje, jak us³yszê piêkne s³ówka Snape'a o kolejnym zaklêciu zabijaj±cym.
Porz±dkowanie biblioteki idzie mi ca³kiem nie¼le, ale my¶lê o Jamesie, Severusie. Ich k³ótnie by³y spektakularne. Epickie. Raz oberwa³am ksiêg± o animagii (interesuj±ce zbiegi - zawsze brali tylko to). Ale na razie rozp³ywam siê nad prac±. A nie, nie chcê zamoczyæ dokumentów. O nie. Zaprzeczam na razie, wczoraj s³a³am ochy i achy, mog³abym to robiæ ci±gle! Ta euforia w brzuchu, ta rado¶æ i uczucie odrealnienia... Jedyny godny sposób nauki. Papier, papier, papier! Tusz, tusz, tusz! Rysunki, rysunki, rysunki!
Ale moje p³awienie siê w euforii (o nie, ksi±¿ki) przerywa wej¶cie smoka - tyle ¿e z t³ust± g³ow± i czarn± szat±, choæ jest wrzesieñ. Snape.
Oho, w³a¶nie podchodzi. Pan wielki nietoperz o t³ustej g³owie. A¿ dziwne, ¿e jakie¶ wiadomo¶ci do niego dociera³y przez ten t³usty ³eb.
- Irmo, podaj mi ten ksiêgozbiór.
- Dobrze - po cichu doda³am "ty stary wredny nietoperzu"
- Co¶ mówi³a¶, Irmo?
- Nie, nic (ty wredny ¶liski od t³uszczu paragonie)
- Teraz wyra¼nie co¶ s³ysza³em.
Nie jestem paragonem, pani Vector uczy numerologii.
- Przecie¿ wiem, oto twoje wolumeny (ty ma³y dupku od czarnej magii)
- Irmo, o co ci chodzi? Przecie¿ James zakocha³ siê w Lily, ju¿ nie wy³adowuj furii na mnie, dobrze?


PRACA G - Nquus


- Irma ja Ciê naprawdê rozumiem. Jeste¶ nowa, boisz siê, ¿e pope³nisz jaki¶ b³±d, ¿e Albus Ciê zwolni, ale je¶li, który¶ z moich uczniów wyra¼nie powie Ci, ¿e potrzebuje jakiego¶ tytu³u to, masz mu go daæ bez zbêdnych pytañ. - Przet³uszczone w³osy Snape'a b³yszcza³y w s³oñcu, wpadaj±cym przez okna wypo¿yczalni. - Tym bardziej ¿e na moje lekcje Ci... - Profesor przerwa³ swoje wywody, ¿eby nie obraziæ przypadkiem którego¶ z uczniów, zna³ podej¶cie Dumbledore'a do tych kwestii. - Uczniowie maj± obowi±zek zapoznaæ siê z wybranymi przeze mnie lekturami. I ¿aden z uczniów Slytherinu nie bêdzie siê prosi³ byle kogo, a ja nie zamierzam co chwilê komu¶ wystawiaæ zgody na korzystanie ze zbioru zakazanych. Rozumiemy siê? - Severus odwróci³ siê, nie czekaj±c na odpowied¼ panny Pince. Prawda by³a taka, ¿e ani trochê nie obchodzi³o go jej zdanie. Wiedzia³ te¿, ¿e jego obowi±zkiem jest wystawienie za ka¿dym razem stosownej zgody, ale uzna³, ¿e nowej pracownicy Hogwartu potrzeba trochê dyscypliny, a kto jak nie on, jeden z najlepszych i najbardziej do¶wiadczonych nauczycieli tej wiekowej placówki, móg³by jej zaprezetowaæ jak, powinna wygl±daæ jej praca. W koñcu opu¶ci³ pomieszczenie.


- Tak, panie profesorze. - Irma przytaknê³a, ale tak naprawdê wpu¶ci³a jego uwagê jednym, a wypu¶ci³a drugim uchem. Nie przepada³a za nauczycielem jeszcze na d³ugo przed tym jak zaczê³a tu pracowaæ, a rozmowy uczniów, które czasami zdarzy³o siê jej przez przypadek pods³uchaæ, coraz bardziej upewnia³y j±, ¿e ten cz³owiek nie zas³uguje na jej sympatiê. Jej kariera w nowej pracy trwa³a zaledwie kilkadziesi±t godzin, a ów profesor ju¿ kilka razy próbowa³ jej przedstawiaæ swoje moralizuj±ce gadki. Jej sumienie mówi³o wprawdzie, ¿e tak surowa ocena, wyrobiona w gruncie rzeczy jedynie za po¶rednictwem zas³yszanych gdzie¶ informacji, jest nie sprawiedliwa, ale z drugiej strony, kiedy tylko Severus pojawia³ siê w pobli¿u, mia³a ochotê siêgn±æ po ró¿d¿kê i poczêstowaæ go którym¶ z zaklêæ niewybaczalnych. - Ju¿ lecê ³amaæ jeden z najwa¿niejszych, wed³ug dyrektora, wymogów. - Stwierdzi³a, oczyma wyobra¼ni pozbawiaj±c Snape'a w³osów z g³owy i doprawiaj±c mu nos niczym ten Pinokia. Jej niechêæ do jegomo¶cia ros³a z ka¿d± jego wizyt± w pomieszczeniu, którym siê zajmowa³a. - Ciekawe jak szybko twój nos przerós³by twoje ego i arogancje. - Powiedzia³a sama do siebie w my¶lach, wyobra¿aj±c sobie jak, nauczyciel eliksirów próbuje przekroczyæ drzwi wypo¿yczalni, ale przez swoje machlojki i liczne k³amstwa po prostu siê w nich nie mie¶ci. Kobieta w koñcu mia³a chwilê dla siebie, wiêc porozk³ada³a oddane przez uczniów woluminy na odpowiednie pó³ki. - Och jak piêkna to jest praca, która dobrem siê odp³aca. - Zaczê³a ¶piewaæ, wychwalaj±c miejsce w którym siê znalaz³a, nigdy nawet nie ¶mia³a sobie wyobra¿aæ, ¿e bêdzie mia³a tak dobr± pracê i by³a pewna, ¿e nie zaæmi tego nawet Snape. Wk³adaj±c coraz to ciekawsze tytu³y na ich miejsce, robi³a piruety miêdzy pu³kami, a ¿eby dostaæ tych wy¿szych, zgrabnie stawa³a na palcach. Na szczê¶cie w pobli¿u nie by³o ju¿ ¿adnego ucznia, bo Ci o tej porze musieli siedzieæ ju¿ w swoich dormitoriach. - Ach jak dobrze w swojej pracy, warto¶æ wiedzy k³a¶æ do g³ów. Ach jak dobrze w swojej pracy spe³niæ marzenia ze snów. - Ci±gnê³a dalej, zupe³nie nie zwracaj±c uwagi na to, czy aby na pewno nikt siê jej nie przygl±da. Piruet, pszykuc do ni¿szej pó³ki i wyskok do wy¿szej i tak w kó³ko. - O jak piêknie móc pracowaæ tak jak zawsze chcia³o siê. I jak piêknie mieszkaæ w miejscu, które piêkne jak we ¶nie. - Jej ¶piew by³ na tyle g³o¶ny, ¿e roznosi³ siê po pobliskich korytarzach. Gdyby tylko uczniowie to us³yszeli. Irma, która ju¿ przez pierwsze godziny, zd±¿y³a przypomnieæ im o ciszy obowi±zuj±cej w czytelni, teraz sama j± zak³óca³a, wyj±c wniebog³osy.

- Akhem. Nie przeszkadzam Ci kochana? - Spyta³a Minerwa, niespodziewanie staj±c w drzwiach. Irma w przyp³ywie emocji zbli¿y³a siê do niej i ma³o brak³o, a nie opamiêta³aby siê i porwa³a surow± nauczycielkê do tañca.

- Nie wcale a wcale przecie¿ mogê tak do rana. - Takiej odpowiedzi od nowej pracownicy i entuzjazmu, z jakim biega³a po ca³ym pomieszczeniu, McGonagall siê nie spodziewa³a. Przechodzi³a akurat obok i dobieg³y do niej niewyra¼ne krzyki, wiêc postanowi³a sprawdziæ, czy to nie Irytek.


- Co siê sta³o droga pani, ¿e tak ¶piewem swym nas darzysz? Mo¿e o uwadze samego dyrektora marzysz? - Srogie spojrzenie nauczycielki transmutacji, mówi³o tak wiele, a jednocze¶nie mia³o w sobie jaki¶ promyk, wskazuj±cy na zadowolenie opiekunki Gryffindoru z rado¶ci panny Prince.

- Nic takiego droga pani, bo choæ Snape mnie ju¿ odwiedza³, ja wiem, ¿e to praca marzeñ, bo w tych zwojach jest tu wiedza. - Kobiety ca³y czas pod¶piewywa³y do melodii narzuconej wcze¶niej przez Irmê, która jednak nieco spowa¿nia³a i nie hasa³a ju¿ tak ¿wawo. Chcia³a zachowaæ powagê przy jednej w wybitniejszych postaci ich ¶wiata.

- A wiêc ¿yczê powodzenia, jak jest dobrze, do widzenia! - Od¶piewa³a Minerwa, odwracaj±c siê i puszczaj±c tym samym metaforyczne oczko w stronê Irmy, daj±c jej tym samym zgodê na dalsze tañce.


4. ROMANS
- napisanie opowiadania, którego w±tkiem g³ównym bêdzie mi³o¶æ
- w fabule znajdzie siê przynajmniej jedno fantastyczne zwierzê
- czas akcji musi rozgrywaæ siê w czasach, kiedy Harry Potter uczy³ siê w Hogwarcie
- zakoñczenie musi byæ dramatyczne. ¯adnych happy end'ów!

PRACA H - Shanti Black


Ch³odny jesienny wiatr przeciska³ siê przez szczeliny pomiêdzy ceg³ami buduj±cymi mury Hogwartu. Granatowe chmury spowija³y niebo od jakich¶ piêciu dni, nie chc±c ust±piæ s³oñcu choæ na chwilê. Deszcz pada³ przez wiêkszo¶æ doby, tworz±c na b³oniach i boisku do quidditcha jedno ogromne bagno. Kilkoro starszych uczniów w³a¶nie rzuca³o siê kulkami z b³ota, udaj±c, ¿e to ¶nie¿ki. Luna Lovegood sta³a w oknie korytarza na czwartym piêtrze, w przerwie pomiêdzy Histori± Magii a numerologi±, podziwiaj±c smutny, szary krajobraz. Kilkoro uczniów biegn±cych w stronê cieplarni wyda³o jej siê bardzo ma³ymi, jak mrówki. Westchnê³a g³êboko, z niechêci± odwracaj±c siê w stronê niewielkiej grupki Puchonów, którzy czekali wraz z ni± na zajêcia.
Powêdrowa³a wzrokiem po dalszej czê¶ci korytarza w nadziei, ¿e dostrze¿e jak±kolwiek, nawet nik³± motywacjê do tego, by i¶æ na kolejne lekcje. Pogoda taka, jak w ostatnich dniach zdecydowanie nie dzia³a³a na korzy¶æ blondynki, a wrêcz j± przyt³acza³a. Po chwili b³±dzenia wzrokiem za nie wiadomo czym, jej uwagê przyci±gnê³a nagle sytuacja tak nietypowa, ¿e przez moment wydawa³o jej siê, ¿e to siê nie dzieje i po raz kolejny wyobra¼nia j± oszukuje. Jednak¿e po kilku minutach wpatrywania siê w jeden punkt, przetarciu oczu i uszczypniêciu siê w przedramiê, Krukonka dosz³a do wniosku, ¿e w³a¶nie jest ¶wiadkiem czego¶ niebywa³ego.

Pod jedn± z zimnych ¶cian siedzia³ jeden z m³odszych uczniów, prawdopodobnie kto¶ z pierwszego
roku. Barwy na jego szacie ¶wiadczy³y o tym, ¿e nale¿y do Hufflepuffu. Gdy podniós³ g³owê, nie da³o siê nie zauwa¿yæ, ¿e przed chwil± p³aka³. I w tym nie by³oby nic dziwnego, pierwszoroczniakom czasem zdarza³ siê taki moment krytyczny, Luna pamiêta³a, jak sama przechodzi³a takich kilka w odstêpie zaledwie czterech tygodni, gdyby nie fakt, ¿e przed ch³opcem ukucn±³ wysoki, ciemnoskóry ch³opak w szacie Slytherinu. Dziewczyna zna³a go, by³ rok starszy od niej i podobnie, jak pozostali mieszkañcy Domu Salazara, arogancki i zarozumia³y. Przypatruj±c siê jednak tej scenie, mog³a us³yszeæ kawa³ek rozmowy.

- Hej - zacz±³ niepewnie ¦lizgon. r11; Co siê dzieje? Dlaczego tu siedzisz i p³aczesz?

- N-nic - ma³y Puchon wygl±da³ na wystraszonego i przyt³oczonego tym, co w³a¶nie siê dzia³o, jednak szybko otar³ ³zy i wsta³. - Po prostu... mam wra¿enie, ¿e tutaj nie pasujê, ci±gle ciê¿ko mi siê przyzwyczaiæ do tylu nowych rzeczy.

- Pochodzisz z rodziny mugoli? - w oczach ¦lizgona przez u³amek sekundy rozb³ys³a dziwna iskra, ale w tonie jego g³osu nie da³o siê wyczuæ zwyk³ej pogardy i wy¿szo¶ci. - Jak masz na imiê? Ja jestem Blaise. Jak mogê pomóc?

- David - zaj±kn±³ siê pierwszoklasista.

Luna przesta³a s³uchaæ, nie mog³a poj±æ, jak to siê sta³o, ¿e ten wynios³y, arogancki dupek, Blaise
Zabini, sam z siebie podszed³ do m³odszego i s³abszego ucznia, a do tego zaoferowa³ mu pomoc.
Mo¿e nie ka¿dy ¦lizgon jest z³y - pomy¶la³a w duchu, jednak skarci³a siê szybko za tê my¶l. To przydupas Malfoya, jaki ma byæ? Blondynka jeszcze przez kilka minut rozwa¿a³a ró¿ne opcje i powody jego zachowania, dlatego, gdy po raz kolejny spojrza³a w tamt± stronê zobaczy³a, ¿e David ¶mieje siê w g³os i, wylewnie dziêkuj±c Blaiser17;owi, odchodzi szybkim krokiem. Wziê³a g³êboki wdech. A gdyby takr30;?

- Cze¶æ! - u¶miechnê³a siê, podchodz±c do ¦lizgona, który w³a¶nie podnosi³ z ziemi swoj± torbê. -
Widzia³am, ¿e pomog³e¶ temu pierwszoroczniakowi. To bardzo mi³o z twojej strony, nie
spodziewa³abym siê czego¶ takiego por30; - urwa³a, gryz±c siê w jêzyk. Co chcia³a powiedzieæ? Po kim¶ twojego pokroju? Po ¦lizgonie?

- Po mnie? - wpad³ jej w s³owo rozbawiony Zabini. Na jego ustach igra³ u¶miech, a w oczach rozb³ys³y iskierki weso³o¶ci. - No, tak. W koñcu wiele osób uwa¿a, ¿e mieszkañcy Slytherinu to pozbawieni uczuæ, czystokrwi¶ci, wredni i aroganccy buce. Zdziwiê ciê. Nie ka¿dy taki jest, a wiele osób naprawdê zyskuje przy bli¿szym poznaniu.

Luna poczu³a, ¿e rumieniec powoli wpe³za na jej policzki. Te kilka s³ów zdecydowanie zawstydzi³o j± na tyle, by nie wiedzia³a, co dalej powiedzieæ. Nie s±dzi³a, ¿e Blaise w ogóle zechce z ni±
porozmawiaæ. Pozory myl±, có¿ zrobiæ. Westchnê³a, odgarniaj±c natrêtny kosmyk w³osów, który wypad³ jej z zrobionego w po¶piechu kucyka i od kilku minut utrudnia³ jej postrzeganie ¶wiata, co chwilê wpadaj±c do oczu. Czas obci±æ grzywkê - ta my¶l przysz³a nagle i niespodziewanie.

- Mo¿er30; - z zamy¶lenia wydar³ j± g³os Zabiniego, który wci±¿ przed ni± sta³. - Mo¿e wyskoczy³aby¶ ze mn± do Hogsmeade w najbli¿szy weekend? Chêtnie pokaza³bym ci, ¿e ¦lizgoni nie s± a¿ tak ¼li i okrutni, jak siê wszystkim wydaje. Spotkamy siê przy wyj¶ciu w sobotê o dziesi±tej?

Blondynka nawet nie poczu³a, ¿e skinê³a g³ow±. Zrobi³a to odruchowo, jakby zgoda na wyj¶cie z nim by³a najnaturalniejsz± rzecz± na ¶wiecie. Dopiero widz±c u¶miechaj±cego siê ch³opaka, zrozumia³a, na co przysta³a.

- Ale nie bêdziesz próbowa³ mnie zabiæ, ani zrobiæ mi innej krzywdy? - za¶mia³a siê, przestêpuj±c z nogi na nogê. Zawsze tak robi³a, gdy by³a w nowej sytuacji, a ta z pewno¶ci± nie nale¿a³a ani do
typowych, ani do czêstych. Zabini pokrêci³ przecz±co g³ow±, spojrza³ na zegarek i odwróci³ siê.

- Jestem spó¼niony na eliksiry do Snaper17;a, to jeste¶my umówieni. Do zobaczenia!
Lovegood patrzy³a w ¶lad za biegn±cym ch³opakiem, nie zdaj±c sobie sprawy, ¿e szeroki u¶miech nie schodzi z jej ust. Jeszcze kilka godzin temu nie mia³a najmniejszej ochoty w ogóle wybieraæ siê do magicznej wioski w weekend, a ju¿ tym bardziej z nikim siê spotykaæ. A jednak zgodzi³a siê w nadziei, ¿e bêdzie mi³o. Luna mrugnê³a kilka razy i wziê³a g³êboki wdech. Musi byæ mi³o! To ¿aden podstêp.

***


Od tej rozmowy minê³o sze¶æ tygodni. Przyszed³ grudzieñ, bezczelnie obsypuj±c ca³± okolicê ¶niegiem siêgaj±cym po kolana. Mro¼ne powietrze jeszcze bardziej przenika³o przez mury Hogwartu, ni¿ jesienne wiatry. Luna Lovegood w koñcu by³a szczê¶liwa. Mimo tego, ¿e profesor Snape wymaga³ ci±gle wiêcej i wiêcej, mimo straszenia SUMami, nawet kilka niepowodzeñ na lekcji Zaklêæ nie by³o w stanie zepsuæ jej humoru. Siedzia³a w³a¶nie na krze¶le w bibliotece, poszukuj±c informacji na temat eliksiru dodaj±cego wigoru, kiedy us³ysza³a, ¿e kto¶ wchodzi do pomieszczenia.

- Cze¶æ - owion±³ j± znajomy zapach perfum Blaise'a. Wziê³a g³êboki wdech; uwielbia³a je. By³y takie delikatne, idealnie dobrane do niego.

- Co ty tu robisz? - spyta³a, nie odrywaj±c wzroku od ksi±¿ki. Chcia³a to skoñczyæ i mieæ z g³owy,
po³o¿yæ siê w ³ó¿ku i pogr±¿yæ w ¶wiecie marzeñ.


- Chcia³em zaprosiæ ciê wieczorem w jedno miejsce. Nie daj siê prosiæ, je¶li ci siê nie spodoba,
bêdziemy mogli wyj¶æ.

Luna spojrza³a na niego sceptycznie. Musia³a przyznaæ, ¿e pomys³owo¶ci Zabiniemu nie brakuje,
jednak¿e niektóre jego pomys³y koñczy³y siê fiaskiem ju¿ na samym pocz±tku. Jak wtedy, gdy zaprosi³ j± na jedno ze spotkañ w gronie ¦lizgonów z jego roku. Gdyby nie fakt, ¿e blondynka nie lubi³a stosowaæ zaklêæ i przemocy do rozwi±zywania konfliktów, Pansy Parkinson mog³aby obawiaæ siê inwazji gnêbistrysków.

- Dobrze, ale mam nadziejê, ¿e to nie jest kolejna z twoich prób integracji z Draco Malfoyem i reszt± jego ¶wity. Dobrze wiesz, jakie mam o nich zdanie i...

- Spokojnie, nie bêdzie ich - Blaise spojrza³ badawczo na Lunê. - B±d¼ o osiemnastej przy gobelinie Barnabasza Bzika i trolli na siódmym piêtrze.

Luna westchnê³a i wsta³a od stolika, wiedz±c, ¿e z jej dzisiejszej nauki ju¿ nic nie bêdzie. U¶miechnê³a siê do ¦lizgona, jednocze¶nie ¶cisn±wszy jego rêkê. W jej g³owie szala³ milion my¶li, które galopowa³y jedna za drug±. W sercu powolutku rozlewa³o siê przyjemne ciep³o, przeczucie czego¶ dobrego. Mimo to, rêce niezno¶nie siê trzês³y, a po chwili stania ze zdziwieniem odkry³a, ¿e nogi ma jak z waty. Chcia³a zrobiæ krok, ale ba³a siê, ¿e siê przewróci. Zabini odszed³ ju¿ kilka minut temu, a Luna wci±¿ sta³a, nie wierz±c w to, co siê w³a¶nie dzia³o.

I parê godzin pó¼niej sta³a w umówionym miejscu, strzelaj±c palcami z nerwów. Jej relacja ze
¦lizgonem przez ostatnie tygodnie rozwija³a siê dynamicznie. Po spotkaniu w Hogsmeade, umówili siê na kolejny tydzieñ. I nastêpny. I jeszcze jeden. Lubi³a spêdzaæ czas w jego towarzystwie, mia³a
wra¿enie, ¿e zna go od lat, z nikim do tej pory nie rozmawia³o jej siê tak dobrze. Zdawa³ siê rozumieæ, jej zaniepokojenie, ¿e nargle s± bardzo psotliwe ostatnim czasem, a tykwobulwa chroni przed plumpkami. Kiedy siê z nim nie widzia³a, mia³a wra¿enie, ¿e czas p³ynie bardzo powoli, jakby na z³o¶æ d³u¿±c siê i wlok±c, ale jednocze¶nie ucieka³ szybko, co przybli¿a³o j± do Blaise'a.

- Jeste¶! Bardzo siê cieszê! - z zamy¶lenia wyrwa³ j± znajomy g³os. U¶miechnê³a siê i poprawi³a
odruchowo niesforny kosmyk w³osów. - Przepraszam, chcia³em ciê zabraæ do pokoju ¿yczeñ, ale
zda³em sobie sprawê, ¿e mo¿e ci siê dobrze nie kojarzyæ po ostatnim roku. Dlatego proszê, we¼ sobie ciep³y p³aszcz, pójdziemy na spacer.

Kilkadziesi±t minut pó¼niej spacerowali w okolicy Zakazanego Lasu. Nagle Zabini poci±gn±³ j± za rêkê i zanurzyli siê w zaro¶la.

- Chcia³bym ci co¶ pokazaæ - zacz±³, nie puszczaj±c jej rêki, a wrêcz przeciwnie, splataj±c jej palce ze swoimi. - Widzia³em te niezwyk³e stworzenia ju¿ dawno temu, ale nie jestem pewien czy ty je
zobaczysz, nie ka¿dy je widzi. Najczê¶ciej mo¿na je spotkaæ na tej polance.

Na potwierdzenie swych s³ów, odsun±³ kilka ga³êzi, zagradzaj±cych przej¶cie, a oczom Luny ukaza³y siê trzy du¿e, czarne konie. Zdawa³y siê byæ wychudzone, ka¿da ko¶æ by³a dostrzegalna go³ym okiem. Bia³e, puste, pozbawione ¼renic oczy skierowa³y siê w stronê przybyszów, a jeden z nich potrz±sn±³ gniewnie czarn± grzyw±. Blaise zatrzyma³ siê w pó³ kroku.

- Wiem, ¿e to nie najlepsze miejsce, ale poczu³em, ¿e je¶li ciê tu zabiorê, ja sam du¿o zrozumiem. Nie wiem, czy je widzisz. To...

- Testrale - odrzek³a Luna, jak w transie, podchodz±c do jednego z nich, który znajdowa³ siê najbli¿ej.

- Tak, widzê je. Czêsto tu przychodzê, pozna³am ju¿ ich zwyczaje, humory i nastawienie. To takie
urocze zwierzêta. Lubiê je karmiæ, ale dzi¶ niestety nic dla nich nie mam. Nie bój siê, daj rêkê.
Blondynka pokierowa³a d³oni± ¦lizgona tak, by dotkn±³ pyska stworzenia. Jego skóra nie by³a tak, jak siê mu wydawa³o o¶liz³a, ale wrêcz aksamitna. Zwierzê parsknê³o cicho.

- Polubi³ ciê - u¶miechnê³a siê dziewczyna.

Wieczór spêdzili ca³kiem mi³o, jednak z up³ywem godzin robi³o siê coraz zimniej. Wracaj±c do zamku, ca³y czas trzymali siê za rêce. Ksiê¿yc w pe³ni o¶wietla³ jasno drogê, ale zdawali siê go nie zauwa¿aæ poch³oniêci sob±. Po wyj¶ciu z Zakazanego Lasu, Blaise przystan±³ i odwróci³ siê do blondynki twarz±. Wyraz jego twarzy by³ bardzo powa¿ny, a br±zowe, wrêcz czarne oczy intensywnie wpatrywa³y siê w Lunê. W pewnej chwili, która wydawa³a siê dziewczynie w spowolnionym tempie, wyci±gn±³ rêkê i odgarn±³ z jej twarzy kosmyk w³osów, pochyli³ siê, a wszystko, co dzia³o siê pó¼niej by³o mieszank± emocji, skrywanych uczuæ i wszystkiego, co do siebie mieli. Krukonka poczu³a na swoich ustach jego miêkkie wargi. Do jej nozdrzy wdar³ siê ulubiony zapach perfum Blaise'a. Objê³a go za szyjê, pragn±c, by ta chwila nie koñczy³a siê nigdy. To by³o jej miejsce na ziemi, jej czas, jej wszystko. To tutaj powinna byæ w³a¶nie teraz, niewa¿ne, co bêdzie jutro. To z nim powinna byæ.

Ca³a scena rozmaza³a siê. Blondynka mrugnê³a kilkukrotnie oczami, ze zdziwieniem stwierdzaj±c, ¿e znajduje siê na czwartym piêtrze Hogwartu, wpatruj±c siê w Blaise'a Zabiniego, który kuca obok jakiego¶ ch³opca w szatach Hufflepuffu.

- Halo! Ziemia do Luny! - g³os Ginny ca³kowicie sprowadzi³ j± na ziemiê. Rudow³osa Gryfonka
macha³a rêk± przed jej twarz±, wygl±da³o na to, ¿e od kilku dobrych minut. - Co siê dzieje?
Wpatrujesz siê w jedno miejsce, jak Kie³ w ko¶æ. Mam nadziejê, ¿e nie w Zabiniego - doda³a
¿artobliwie.

Luna poczu³a, ¿e rumieniec zaczyna wpe³zaæ na jej policzki, dlatego szybko odwróci³a g³owê od
¦lizgona i spojrza³a prosto na kole¿ankê.

- Nie, spokojnie - pokrêci³a g³ow±, bagatelizuj±c sprawê. Chcia³a jeszcze tylko raz rzuciæ okiem na
Blaiser17;a, by sprawdziæ, ¿e wzrok jej nie myli i rzeczywi¶cie pomóg³ jakiemu¶ m³odemu ch³opcu. Kiedy spojrza³a w tamt± stronê, ¦lizgon wsta³, podniós³ torbê z ziemi i bez s³owa pod±¿y³ w stronê
ruchomych schodów. Czarna szata powiewa³a za nim, gdy szybkim krokiem przemierza³ korytarz. - Ja tylko... Zamy¶li³am siê.


PRACA I - Nicram_93


Spó¼nione zaproszenie


By³ pochmurny, wietrzny poranek. S³oñce mimo usilnych prób, nie mog³o przebiæ siê przez grube warstwy chmur. Terry Boot siedzia³ w klasie zaklêæ podczas zajêæ z profesorem Flitwickiem. Obok niego w ³awce siedzia³ jego najlepszy przyjaciel Anthony Goldstein. Terry od kilkunastu minut by³ znudzony nudnym monologiem profesora. Przy³apa³ siê na tym,
¿e jego wzrok coraz czê¶ciej zatrzymuje siê na w³osach Lisy Turpin. Na tych piêknych, cudownych w³osach, od których coraz czê¶ciej nie móg³ oderwaæ oczu. Nie móg³ uwierzyæ, dlaczego tak d³ugo tego nie dostrzega³. Oczywi¶cie nie powiedzia³ o tym nikomu, nawet swojemu przyjacielowi. Od kilku tygodni mia³ ochotê j± gdzie¶ zaprosiæ, powiedzieæ
jak bardzo mu siê podoba, ale nie umia³ siê na to zdobyæ. Jego rozmy¶lania przerwa³a jednak zmiana tonu g³osu profesora Flitwicka.
- Jak wielu z was zapewne wie, w naszym zamku odbêdzie siê Bal Bo¿onarodzeniowy
z okazji Turnieju Trójmagicznego - powiedzia³ swoim spokojnym, usypiaj±cym na co dzieñ g³osem. Mimo to w klasie atmosfera od razu siê zmieni³a. Zaczê³y siê podniecone szepty, g³ównie ze strony dziewcz±t. - Bal jest tylko dla uczniów od czwartego roku w górê, mo¿ecie jednak zaprosiæ kogo¶ m³odszego. Liczê na to, ¿e mnie nie zawiedziecie i dumnie bêdziecie reprezentowaæ dom Roweny Ravenclaw podczas samego balu.
Profesor Flitwick przybli¿y³ im wszystkie informacje zwi±zane z Balem Bo¿onarodzeniowym, po czym zakoñczy³ lekcjê. Uczniowie wyszli na zewn±trz, a wszêdzie a¿ hucza³o od rozmów.
- I co o tym wszystkim my¶lisz? - zapyta³ Anthony.
- C-co...? - zamy¶li³ siê Terry, zerkaj±c w stronê Lisy, która sz³a ze swoimi przyjació³kami.
- Pyta³em o Bal! Wreszcie odrobina luzu i dobrej zabawy, i to wszystko za zgod± nauczycieli - klepn±³ przyjaciela w ramiê.
- Tak, jasne. Nie mogê siê doczekaæ - odpowiedzia³ Terry. My¶lami by³ jednak przy Lisie, wiedzia³, ¿e to j± chcia³by zaprosiæ. Pytanie brzmia³o tylko jak to zrobiæ, zw³aszcza ¿e by³ bardzo nie¶mia³y w stosunku do dziewczyn.

***


Mija³y kolejne dni, a Terry nie potrafi³ siê zdobyæ na zaproszenie Lisy na Bal Bo¿onarodzeniowy. To ju¿ kolejna noc, kiedy nie móg³ zasn±æ. Wiedzia³, ¿e je¶li za chwilê jej nie zaprosi, to zrobi to kto¶ inny. Równie dobrze ju¿ mog³o byæ za pó¼no. Jego przyjaciel Anthony ju¿ dwa dni temu zaprosi³ jedn± z ich kole¿anek z roku. Dostrzega³, ¿e Goldstein ju¿ od jakiego¶ czasu zauwa¿y³ jego zainteresowanie Lis±, ale stara³ siê, póki co tego
nie komentowaæ. Terry jednak od czasu kiedy og³oszono informacjê o balu, nie potrafi³ my¶leæ o niczym innym jak o niej. Nie mia³ ochoty na jedzenie, na zajêciach nie wiedzia³
co siê tak naprawdê dzieje, przez co ju¿ kilka razy zosta³ upomniany przez nauczycieli. A on, gdy tylko widzia³ Lisê Turpin, nie potrafi³ skupiæ wzroku na czymkolwiek innym. Do tego jeszcze te sny od paru dni. Terry odda³by wiele za to, aby sta³y siê rzeczywisto¶ci±. Wiedzia³, ¿e tak naprawdê wystarczy zrobiæ tylko jedn± rzecz, zaprosiæ j±. Nie potrafi³ siê jednak na to zdobyæ. Ci±gle przebywa³a w towarzystwie swoich kole¿anek. Gdy mija³ j± na korytarzu,
czy w pokoju wspólnym, u¶miecha³ siê do niej nie¶mia³o. Czasami mia³ wra¿enie, ¿e Lisa odwzajemnia ten u¶miech i sprawia³a wra¿enie jakby tylko czeka³a, a¿ do niej zagada,
ale potem Terry dochodzi³ do wniosku, ¿e to tylko jego wyobra¼nia. Turpin by³a wspania³± dziewczyn±, wiêc dlaczego akurat mia³aby zwróciæ na niego swoj± uwagê i pój¶æ z nim? Je¶li j± zaprosi, to tylko siê o¶mieszy. Z tymi my¶lami, Terry spêdzi³ kolejn±, bezsenn± noc.

***


Nastêpnego ranka Krukonów czeka³a dwugodzinna lekcja zajêæ z Opieki nad Magicznymi Stworzeniami. Terry po kolejnej nieudanej próbie zjedzenia ¶niadania, uda³ siê wraz z Anthonym do Chatki Hagrida. Przed nimi sz³a akurat Lisa ze swoimi przyjació³kami. Terry wpatrywa³ siê w ni± jak urzeczony.
- To widzimy siê pó¼niej! - krzyknê³a jedna z jej przyjació³ek.
- Tak, na razie - odpowiedzia³a Lisa i ruszy³a dalej samotnie do chatki.
Tam czeka³ ju¿ na nich Hagrid wraz z K³em u boku. Sta³ przed chatk± z wyra¼nym zadowoleniem na twarzy. Zarówno Terry, jak i reszta klasy, wiedzieli, ¿e taka mina ich nauczyciela, najprawdopodobniej mo¿e zwiastowaæ co¶ niezbyt przyjemnego dla nich samych, najprawdopodobniej kolejne niebezpieczne stworzenie.
- Chod¼cie, chod¼cie! - zawo³a³ Hagrid. - Dzisiaj mam dla was co¶ ekstra, cholibka. Niech skonam, spodoba wam siê. - O¶wiadczy³ wyra¼nie uradowany.
Poprowadzi³ ich w stronê Zakazanego Lasu. Nie zag³êbili siê jednak w g±szcz drzew,
lecz zatrzymali siê przed skrajem lasu. Hagrid wszed³ jednak w jego g³±b i po paru minutach przyprowadzi³ im jednego z jednoro¿ców, m³odego, o z³otawej sier¶ci. Wygl±da³ wspaniale,
a wiele osób odetchnê³o z ulg±, ¿e ich obawy siê nie potwierdzi³y. Dziewczyny wpatrywa³y siê w zwierzê z fascynacj±.
- Dzisiaj mam dla was jednoro¿ca, to dopiero m³ody - wskaza³ na niego rêk±. Zwierzê sta³o spokojnie, obw±****±c ¼d¼b³a trawy dooko³a. - Prawda, ¿e jest prze¶liczny? - doda³ uradowany Hagrid. r11; Pootwirajcie ksi±¿ki na stronie piêædziesi±tej siódmej.
Niedaleko Terry'ego i Anthonyr17;ego sta³a Lisa, samotnie, co by³o rzadko¶ci±.
W g³owie ch³opaka tkwi³a za¿arta walka o to, czy zebraæ siê na odwagê i j± zaprosiæ,
czy jednak nie o¶mieszaæ siê przy wszystkich. Nim jednak podj±³ decyzjê, Lisa wyjmuj±c ksi±¿kê z torby, upu¶ci³a j± przez przypadek na ziemiê. Terry nie czekaj±c, schyli³ siê szybko po ni±, nie zauwa¿y³ jednak, ¿e dziewczyna równie¿ uczyni³a to samo, ich rêce spotka³y siê razem na ok³adce podrêcznika. Oboje wdziêcznie siê zarumienili. Terry jednak opamiêta³ siê szybko, chwyci³ ksi±¿kê i poda³ j± dziewczynie.
- Dziêkujê, Terry - powiedzia³a, wpatruj±c siê w ch³opaka. Przez chwilê sta³a tak w miejscu, jakby czeka³a, ¿e ten doda co¶ od siebie. Terry jednak wpatrywa³ siê w Lisê i mimo szczerych chêci, nie potrafi³ siê zdobyæ na to jedno pytanie. Dziewczyna w koñcu u¶miechnê³a siê wdziêcznie do niego raz jeszcze, po czym odesz³a na bok. Terry wróci³ do Anthony'ego.
- W³a¶nie zmarnowa³e¶ wspania³± okazjê - oznajmi³ mu jego przyjaciel. - Stary, na co Ty jeszcze czekasz?
- Nie wiem, o czym mówisz - odpowiedzia³ Terry, rumieni±c siê mimo wszystko.
- Nie udawaj, my¶lisz, ¿e nie widzê, jak na ni± patrzysz, jak siê ostatnio zachowujesz?
r11; powiedzia³ Anthony. - Zbierz siê wreszcie w sobie i to zrób. Druga taka okazja jak dzisiaj, mo¿e ci siê ju¿ nie trafiæ.
Terry nic nie odpowiedzia³, sta³ zamy¶lony i patrzy³ ponurym wzrokiem w ziemiê. Jego przyjaciel mia³ racjê, Lisa mu siê podoba³a, a dzisiaj dosta³ wymarzon± szansê od losu, aby porozmawiaæ z ni± na osobno¶ci i j± zaprosiæ na bal. Co mia³ do stracenia? Terry podj±³ jednak decyzjê, ¿e nastêpnym razem, o ile taka okazja siê trafi, zdobêdzie siê jednak na odwagê. Popatrzy³ w kierunku Lisy i po raz kolejny poczu³ dziwne ciep³o w okolicach serca.
- Tak - przysi±g³ sobie w duchu - zrobiê to, w ten czy inny sposób.

***


Terry wsta³ wcze¶nie rano, s³oñce dopiero co zaczê³o wschodziæ. Ubra³ siê szybko i po cichu, staraj±c siê nikogo nie obudziæ. Wyszed³ z dormitorium i uda³ siê do sowiarni,
po drodze nie napotka³ nikogo innego. Obmy¶li³ plan zaproszenia Lisy na bal dzi¶ w nocy
i postanowi³, ¿e tym razem siê nie wycofa. Nie potrafi³ siê zdobyæ na odwagê, aby zaprosiæ j± w towarzystwie innych osób, wiêc napisa³ do niej króciutki li¶cik z pro¶b± o spotkanie:

Droga Liso,
Czy mo¿emy siê spotkaæ dzisiaj o 17.00 nad jeziorem? Bardzo mi na tym zale¿y. Mam nadziejê, ¿e przyjdziesz, bêdê na Ciebie czeka³.
Twój tajemniczy wielbiciel


Mia³ nadziejê, ¿e sówka dostarczy list dzisiejsz± poczt± po ¶niadaniu i na jego szczê¶cie,
nie pomyli³ siê. Lisa po otrzymaniu wiadomo¶ci w Wielkiej Sali wygl±da³a na trochê zaskoczon±, ale równie¿ zaciekawion±. Zadowolony Terry przez ca³y dzieñ na zajêciach odlicza³ kolejne d³ugie i powolne godziny, nie mog±c siê doczekaæ dzisiejszego spotkania.
Kiedy ju¿ lekcje dobieg³y koñca, uda³ siê do dormitorium, przebra³ i odczuwaj±c olbrzymi stres, ale równie¿ nadziejê, uda³ siê nad jezioro. By³ ju¿ blisko, kiedy dostrzeg³ Lisê czekaj±c± ju¿ na niego, wygl±da³a jak zawsze wspaniale, jej piêkne br±zowe w³osy l¶ni³y
w s³oñcu. Czu³, ¿e serce zaczyna mu biæ w okolicy "jab³ka Adama".
- Dasz radê - podtrzymywa³ siê w my¶lach na duchu. r11; To nie jest nic strasznego, po prostu j± zapro¶.
Nagle dostrzeg³, ¿e do Lisy podchodzi jaki¶ ch³opak z Huffelpuffu, by³ trochê starszy
od niego, a co najgorsze w rêkach trzyma³ bukiet kwiatów. Terry schowa³ siê za pobliskim drzewem, us³ysza³ g³os dziewczyny:
- ... bardzo mi mi³o, trochê mnie zaskoczy³e¶ - Lisa zawaha³a siê, s³ychaæ by³o w jej g³osie spore zdziwienie, odebra³a jednak od niego kwiaty.
- Chcia³em zapytaæ, czy posz³aby¶ ze mn± razem na Bal Bo¿onarodzeniowy? - zapyta³ ch³opak.
- Ja... - Lisa nie wiedzia³a co odpowiedzieæ.
- Je¶li ju¿ masz kogo¶ innego, to rozumiem - doda³ z pewnym rozczarowaniem Puchon.
- Nie... to znaczy, tak, pójdê z tob±, chêtnie, po prostu..., nie spodziewa³am siê, ¿e ten list by³ od ciebie - u¶miechnê³a siê do niego.
- List? - zdziwi³ siê ch³opak.
- Ten, w którym prosi³e¶ mnie o spotkanie?
- Nie wiem, o czym mówisz - u¶miechn±³ siê Puchon.
- Oj, ju¿ nie udawaj i dziêkujê za te piêkne kwiaty - doda³a, patrz±c na prze¶liczny bukiet.
Terry nie móg³ ju¿ tego d³u¿ej s³uchaæ, staraj±c siê, aby nikt go nie zauwa¿y³, wróci³
do zamku. Nie mia³ ochoty z nikim rozmawiaæ, uda³ siê od razu do dormitorium. Mia³ do¶æ tego przeklêtego balu, by³ z³y na siebie. By³o ju¿ tak blisko... Sam jednak jest sobie winny, gdyby zapyta³ j± wcze¶niej, gdyby nie ba³ siê tego zrobiæ... By³o ju¿ jednak za pó¼no, Lisa idzie na bal z kim¶ innym, a je¶li chodzi o niego, nie mia³ zamiaru w ogóle siê tam wybieraæ. Czy móg³ siê czuæ jeszcze gorzej ni¿ teraz? Odpowied¼ na to pytanie czeka³a na niego ju¿ nastêpnego poranka...

***


Terry Boot szed³ na ¶niadanie do Wielkiej Sali, kiedy zza rogu korytarza us³ysza³ rozmowê trzech dziewczyn, jedn± z nich rozpozna³ od razu, to by³a Lisa.
- ... by³am pewna, ¿e to Terry zaprosi³ mnie nad jezioro - powiedzia³a dziewczyna swoim przyjació³kom. Ch³opak a¿ zamar³, s³ysz±c te s³owa. - By³am zaskoczona, gdy pojawi³ siê Owen.
- Chyba nie jeste¶ rozczarowana? - spyta³a jedna z jej kole¿anek.
- By³am pewna, ¿e podobam siê Terry'emu, czeka³am ca³y czas, my¶l±c, ¿e zbierze siê na odwagê i mnie zaprosi. Najwyra¼niej siê pomyli³am - doda³a Turpin.
- Nie my¶l ju¿ o tym - pocieszy³a j± druga dziewczyna. - Idziesz z Owenem, ja ci zazdroszczê. Wygl±da na fantastycznego faceta - doda³a z zachwytem w g³osie.
Terry ruszy³ dalej korytarzem, ale zamiast pój¶æ do Wielkiej Sali na ¶niadanie, uda³ siê na b³onia. Czu³ siê podle, Lisa czeka³a na to, a¿ j± zaprosi, wszystko wskazywa³o na to,
¿e gdyby tylko siê tak z tym nie oci±ga³, posz³aby z nim na bal z przyjemno¶ci±. Wiedzia³ jedno, chcia³ teraz zostaæ sam, z dala od kogokolwiek.
Edytowane przez Prefix u¿ytkownikamonciakund dnia 25.07.2020 16:16
confessionsofasomedaysomebody.files.wordpress.com/2015/01/ga-mer-and-christina-dancing.gif

- - -
The human life is made up of choices. Yes or no. In or out. Up or down. And then there are the choices that matter. Love or hate. To be a hero or to be a coward. To fight or to give in. Live or die.
- - -

31.media.tumblr.com/1ca838daf1b7baf7bf54202eafbe7917/tumblr_mr7lzbBN7k1rv3froo1_500.gif

- - -
Don't let what he wants eclipse what you need. He's very dreamy but he's not the sun, you are.
- - -

66.media.tumblr.com/tumblr_l9mktjSej61qaao9mo1_500.gif

---
Nad przepa¶ci±, tego¿ roku
¯yraf masa siê w amoku
Rodzi. Pamiêæ ludzka jest
Zawodna, mimo tego fiest
Tysi±ce, z tej okazji,
Ku jej chwale od Abchazji
A¿ po Nordkapp wspominacie.
"Czyjej chwale?", siê spytacie.
Jak to czyjej? Monci* naszej.
Gryfa córce, redakcyjnej
Na tym ¶wiecie ambitniejszej
Od niej nie ma. Tu rysunek,
Tam malunek i do tego
Social media. Wizerunek
Hp-neta tam kreuje, ego
Strony reperuje. Szczerze,
Bardzo, bardzo szczerze mówi±c
Cz³ek orkiestra, ¿ywa gwiazda.
¯yj nam wiecznie, twórz i kreuj.
Koniec, basta - taki mus i
¯yraf pasta.

---

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2016awards_pedzel.png

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2021adminnaj.png

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2021-adminpieklo.png

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2021wydarzenie2.png

www.harry-potter.net.pl/images/articles/moncia.jpg


 
Prefix u¿ytkownikamonciakund
5. PRZYGODOWE
- Musz± pojawiæ siê s³owa: bigos, boczek i kapusta
- G³ówne postacie: Lockhart i Trelawney, którzy musz± razem wykonaæ jakie¶ zadanie, co¶ zrobiæ, generalnie wspó³pracowaæ ze sob±


PRACA J - Nedelle


Lacock


Lacock w hrabstwie Wiltshire powoli budzi³o siê z g³êbokiego, niczym niezm±conego snu. W¶ród uliczek b³±ka³ siê jedynie spokój wraz z cisz±, nie wybudzaj±c jeszcze zanadto mieszkañców. Pierwsze roz¶piewa³y siê ptaki, raduj±c ludzi cudownymi, delikatnymi d¼wiêkami. Gdzieniegdzie s³ychaæ by³o kroki rozespanych mê¿czyzn, pokrzykiwania ich ¿on i tupot dzieciaków ciekawskich nadchodz±cego dnia. Rytm ¿ycia cudownie siê powtarza³. Znaczy, prawie. Przez jedn± z uliczek przechadza³ odró¿niaj±cy siê od owego spokoju mê¿czyzna krokiem zdecydowanym, niemal¿e sprê¿ystym. Skórzana torba prze³o¿ona przez ramiê podskakiwa³a wraz z jego ruchami. Zmierza³ na sam ¶rodek Lacocku, gdzie znajdowa³a siê gospoda "Znak Anio³a". G³owê trzyma³ lekko zadart± ku górze, pier¶ za¶ wypiêt± do przodu. Jego z³ociste loki pob³yskiwa³y sk±pane w porannym s³oñcu.

Gospoda niczym nie ró¿ni³a siê od budynków woko³o; równie¿ zbudowana zosta³a z kamieni. Nad dêbowymi drzwiami wisia³ ma³y, okr±g³y zielony szyld. Do¶æ du¿e, drewniane okiennice wype³nia³y j± s³onecznymi promieniami. Mê¿czyzna wszed³ z zadowoleniem do "Znaku Anio³a". Omin±³ mniej lub bardziej zwinnie wszystkie stoliki, przy których siedzia³o ju¿ kilka turystów. Tylko paru z nich odwróci³o siê i przez chwilê wodzi³o za nim wzorkiem. Szybko jednak powrócili do ¶niadania. W ca³ym pomieszczeniu unosi³ siê zapach ¶wie¿o mielonej kawy i sma¿onej na boczku jajecznicy. Mê¿czyzna, który dotar³ do szynkwasu przywita³ siê z gospodarzem i zagai³ go jedn± ze swoich znanych na ¶wiecie historii. U¶miechn±³ siê szeroko, a jego zêby bia³e niczym per³y onie¶mieli³y rozmówcê. Przynajmniej mê¿czyzna tak my¶la³, któ¿ móg³by mu odmówiæ uroku? Gdy wymienili ze sob± kilka grzeczno¶ciowych s³ów, blondyn ruszy³ ku schodom. Przed nimi zostawiona zosta³a tabliczka, która mówi³a o remoncie pierwszego piêtra. Na jej widok tylko u¶miechn±³ siê lekko i przekroczy³ j±.

Na górze znajdowa³a siê podobna sala do tej, która by³a na dole; d³ugie, dêbowe sto³y stanowi³y g³ówne umeblowanie wraz z dostawionymi do nich ciê¿kimi ³awami. Gdzieniegdzie na ¶cianach wisia³y gobeliny i portrety, które rado¶nie wita³y go¶ci. W prawym rogu znajdowa³ siê kamienny kominek przyozdobiony polnymi kwiatami w szklanym wazonie. Oczywi¶cie o remoncie nie mog³o byæ mowy - stanowi³o to jednie zmy³kê, by mugole nie dostali siê do ¶wiata magicznego. Mê¿czyzna rozejrza³ siê i w najdalszym k±cie pomieszczenia zobaczy³ znan± sobie postaæ. Charakterystyczna czupryna w nie³adzie oraz cekiny pokrywaj±ce ca³± szatê nie pozostawia³y ¿adnej w±tpliwo¶ci, tak samo jak okulary z bardzo grubymi szk³ami, które powiêksza³y jej oczy kilkukrotnie. W³a¶ciwie przypomina³a z wygl±du olbrzymiego, ¶wiec±cego siê owada. Podszed³ do niej dumnie i z uniesion± g³ow±.

- Sybillo, moja droga! Có¿ ciê sprowadzi³o do Lacocku? - zapyta³ mê¿czyzna, przysiadaj±c siê bez zbêdnego przyzwolenia. U¶miechn±³ siê szeroko i wpatrywa³ w kobietê oczekuj±c odpowiedzi.

- Mój drogi, sêpy ¶mierci zbli¿aj± siê do ciebie, ju¿ kr±¿± nad tw± g³ow±... - mruknê³a w odpowiedzi kobieta i upi³a ³yk sherry. G³os mia³a jak zwykle spokojny i tajemniczy. Przed ni± le¿a³a roz³o¿ona talia kart, której przygl±da³a siê uwa¿nie. Oderwa³a od niej wzrok na chwilê i przyjrza³a siê mê¿czy¼nie. - Miejsce takie jak Lacock dobrze wp³ywaj± na moje wewnêtrzne oko, Gilderoyu.


- To cudownie! Czy twoje karty przewidz± mój kolejny sukces pisarski? Korzystaj±c z piêknej pogody przyjecha³em tu, by dokoñczyæ kolejny bestseller - powiedzia³ podekscytowany Gilderoy i dumnie wypi±³ pier¶. - Na pewno s³ysza³a¶ o tym, jak wysoko znajduj± siê wszystkie moje dzie³a! Kochana, znam ¶wietne miejsce, w którym na pewno twoje wewnêtrzne oko siê otworzy!

- Zaczekaj chwilê - powiedzia³a Sybilla i nagle chwyci³a go za rêkê. G³os dr¿a³, gdy z jej ust przepowiednia sama wyp³ywa³a: - Twa magia bêdzie ci odebrana, gdy tylko zamkniesz oczy. Gdy je otworzysz, strach ponownie ciê o¶lepi. Kiedy s³oñce zabarwi Lacock w czerwieñ, dowiesz siê okrutnej prawdy.

- Niech ciê, brzmi gro¼nie - przerazi³ siê czarodziej. Kiedy dotar³o doñ, ¿e wyszed³ na tchórza, dzielnie u¶miechn±³ siê i mimo poblad³ej twarzy doda³: - Dobrze, ¿e tak wybitny czarodziej jak ja zawsze znajdzie wyj¶cie z sytuacji. Tymczasem zapraszam ciê na spacer, chyba nie odmówisz w³a¶cicielowi najbardziej czaruj±cego u¶miechu na ¶wiecie?

Przez ca³e ¶redniowiecze wie¶ Lacock s³ynê³a z produkcji we³ny. Dzi¶ sta³a siê atrakcj± turystyczn± Anglii, wci±¿ utrzymuj±c swój dawny urok. Gilderoy zaprowadzi³ Sybillê na kraniec miejscowo¶ci, gdzie znajdowa³y siê pola uprawne pszenicy i pastwisko, na którym w³a¶nie leniwie wylegiwa³o siê stado owiec. Sielski widok otacza³ ich zewsz±d, tak samo jak zapach traw, odg³osy zwierz±t i cichutki szelest li¶ci tañcz±cych na wietrze. Gilderoy zatrzyma³ siê na ¶rodku ¶cie¿ynki, któr± siê przechadzali. Po³o¿y³ rêce na biodrach i westchn±³ przeci±gle. U¶miechn±³ siê szeroko jak mia³ w zwyczaju, po czym z kieszeni spodni wyj±³ ró¿d¿kê. Rozejrza³ siê, szukaj±c nieopodal g³azu. Gdy taki znalaz³ w cieniu m³odej brzozy, podszed³ doñ i mrucz±c co¶ pod nosem machn±³ ró¿d¿k±. Efektu zaklêcia nie by³o, zatem zniecierpliwiony powtórzy³ zabieg kilka razy. Gdy uda³o mu siê w koñcu g³az zamieniæ na kamienn± ³awkê, odwróci³ siê do cierpliwie czekaj±cej Sybilli. Kobieta poprawi³a spadaj±ce okulary i usiad³a na przemienionym siedzisku. Gilderoy rozpostar³ rêce, wyj±³ ze skórzanej torby czysty pergamin i samopisz±ce pióro, które wyró¿nia³o siê mocno liliowym zabarwieniem. Sybilla zerknê³a na niego z ukosa i rzuci³a spokojnie:

- Gdy twoje pióro postawi trzynast± kropkê, kto¶ u³o¿y siê do popo³udniowego snu. - Mê¿czyzna spojrza³ na czarownicê z za¿enowaniem, opar³ siê wygodnie i nakaza³ pióru rozpoczêcie pisania. Nie przygl±daj±c siê temu, co b³yskawicznie pojawia³o siê na jego pergaminie siêgn±³ do torby po raz kolejny, tym razem wyjmuj±c kremowe piwo, które kupi³ bêd±c jeszcze w gospodzie. Otworzy³ je i upi³ spory ³yk delektuj±c siê jego smakiem. Sybilla pustym wzrokiem patrzy³a to na pastwisko, to na towarzysza. W lewej rêce trzyma³a prawie pust± ju¿ butelkê sherry, a praw± bawi³a siê cekinami przyszytymi do rêkawa. Ko³o nich pojawi³ siê m³ody zaj±c. Kobieta przygl±da³a mu siê chwilê, szybko jednak wróci³a do obserwowania owiec i swojego wewnêtrznego oka. Gilderoy zamrucza³ cichutko z zadowolenia i wystawiaj±c twarz ku s³oñcu zamkn±³ powieki. Zapewne nie spodziewa³ siê tego, co sta³o siê natychmiast po tym, gdy to zrobi³: zaj±c zbli¿y³ siê doñ, uniós³ ³ebek i chwilê powêszy³. W jednej chwili podskoczy³ i z³apa³ w pyszczek ró¿d¿kê, która wystawa³a Gilderoyowi z kieszeni. Gdy mê¿czyzna otworzy³ oczy i z przera¿eniem poderwa³ siê z siedzenia, zaj±c kica³ ju¿ w stronê pola. Sybilla równie¿ wsta³a, od³o¿y³a butelkê i wskaza³a go palcem.


- Nie zamierzasz go z³apaæ, Gilderoyu? - zapyta³a. Jej policzki zaczyna³y mieæ odcieñ ulubionego przez ni± trunku. Mê¿czyzna niezdarnie pobieg³ za zaj±cem. Sybilla wyjê³a swoj± ró¿d¿kê, by czarami wspomóc z³apanie puchatego uciekiniera. Skierowa³a j± w zaj±ca i rzuci³a: - Immobulus! - Na ca³e nieszczê¶cie nie trafi³a w cel. Fioletowa stró¿ka ugodzi³a w plecy towarzysza. W bardzo zwolnionym tempie obróci³ siê w jej stronê zdziwiony i lekko oszo³omiony. Sybilla zaczerwieni³a siê i wymamrota³a przeprosiny piskliwym g³osem. Uwolni³a go szybko z rzuconego zaklêcia i pobieg³a tam, gdzie uda³ siê w podskokach zaj±c. Gilderoy, który znów porusza³ siê szybko równie¿ rozpocz±³ ponown± gonitwê za zwierzêciem. Biegli wiêc ramiê w ramiê, oboje potykaj±c siê o kamienie i nierówno¶ci, jakie napotykali po drodze. Gdy zaj±c w koñcu zatrzyma³ siê, otoczyli go dysz±c ciê¿ko. Sybilla unios³a swoj± ró¿d¿kê. Postanowi³a ponowiæ próbê zatrzymania urwisa. Zaj±c popatrzy³ na ni± zaciekawiony. Przechyli³ ³ebek, wci±¿ trzymaj±c w³asno¶æ Gilderoya w pyszczku. Choæ widok by³ rozczulaj±cy, Sybilla nie waha³a siê. Z jej ró¿d¿ki kolejny raz pojawi³a siê fioletowa stró¿ka. Zaj±c uskoczy³ przestraszony. Czar ugodzi³ niewinny kamieñ obok. Gilderoy widz±c niepowodzenie kobiety rzuci³ siê na zwierz±tko i z³apa³ je w rêce. Zaj±c wyrywa³ siê, ale mê¿czyzna okaza³ siê byæ silniejszy. Sybilla podesz³a i przyjrza³a siê bli¿ej obojgu. Wyci±gnê³a ró¿d¿kê czarodzieja z pyska zaj±ca. Gilderoy u¶miechn±³ siê szeroko, wypi±³ dumnie pier¶. By³o oczywistym, ¿e sobie poradzi! Sybilla poda³a mu ró¿d¿kê. Przyj±³ j± dziêkuj±c piêknymi s³owy. Chwilê potem zaj±c oddali³ siê bez zdobyczy. Nie wydawa³ siê byæ tym zbytnio przejêty - znów rado¶nie kica³ przed siebie. Roze¶miali siê g³o¶no.

Kiedy ich ¶miech przycich³, zdali sobie sprawê, ¿e jaki¶ d¼wiêk im wtórowa³. Nastawili uszy. G³o¶ne, g³êbokie, tubalne chrapanie dobiega³o gdzie¶ niedaleko. Zdziwieni szukali ¼ród³a nieprzyjemnej melodii. Brzmia³o to tak, jakby ca³a Hogwarcka braæ chrapa³a jednocze¶nie z Hagridem na czele. Gilderoya przeszy³ nieprzyjemny dreszcz. Sybilla nas³u****±c postanowi³a zbli¿yæ siê nieco. Czarodziej niespiesznie drepta³ za ni± z niezadowoleniem wzdychaj±c ciê¿ko. Kobieta zatrzyma³a siê nagle; Gilderoy wpad³ na Sybillê. Wymamrota³ przeprosiny, spuszczaj±c wzrok. Gdy podniós³ g³owê, ujrza³ to, co nakaza³o jej siê zatrzymaæ. W cieniu jednego z drzew spa³o olbrzymie dziecko, kud³ate i tubalnie chrapi±ce. Fioletowe kud³y wygl±da³y na czyste i zadbane. Niekontrolowany krzyk Gilderoya obudzi³ je. Zaspane otworzy³o czy. Powoli unios³o ³eb. Krótkie rogi zab³ys³y odbitym ¶wiat³em s³onecznym. Sybilla i Gilderoy przera¿eni d³ugimi krokami wycofywali siê. Czarodziej ukry³ siê za kobiet±. Troll podniós³ siê ociê¿ale; upewnili siê, ¿e nie by³ to doros³y osobnik. Pod Gilderoyem ugiê³y siê nogi. Obudzone stworzenie mia³o prawie osiem stóp wysoko¶ci. Szmata, która zakrywa³a niektóre czê¶ci jego kud³atego cia³a, wygl±da³a tak, jakby kto¶ niedawno j± wypra³; widnia³o na niej tylko kilka zielonych plam, prawdopodobnie od tarzania siê w trawie. Troll zarycza³ w¶ciekle. Wskaza³ ich palcem i powarkiwa³ zdenerwowany. Natychmiast Sybilla i Gilderoy skierowali ró¿d¿ki w jego brzuch.

- Petrificus totalus! - wypowiedzia³a zaklêcie kobieta, zanim mê¿czyzna zd±¿y³ otworzyæ usta. Troll zesztywnia³. Obie nogi przesta³y go utrzymywaæ, run±³ ciê¿ko na ziemiê. Uderzy³ g³ow± o grunt, a jego niewykszta³cone, dzieciêce rogi wbi³y siê weñ. Stworzenie zaczê³o szlochaæ. - W³a¶ciwie, Gilderoyu, nic nam nie zrobi³, nie powinnam byæ taka surowa...

- Zwariowa³a¶! To troll rzeczny! Sk±d on siê tu w ogóle wzi±³? - wybuch³ czarodziej. - No ale skoro jest unieszkodliwiony... jak dobrze, ¿e by³em tu, by ciê ochroniæ, prawda, Sybillo? Wracajmy, zostawi³em przybory przy g³azowej ³awce, a ksi±¿ka siê sama nie napisze!

- Finite! - Sybilla po raz kolejny wycelowa³a w trolla. Zanim ten jednak otrz±sn±³ siê po kl±twie, doda³a: - Levicorpus!

Zostawili biedne stworzenie wisz±ce g³ow± w dó³. Choæ warcza³, szlocha³, nie wrócili, by postawiæ go na nogi. Jego rogi ukruszy³y siê od upadku. Wygl±da³ bardzo nêdznie. Gilderoy zebra³ swoje rzeczy i odprowadzi³ do gospody Sybillê, której wcze¶niej haniebnie zmodyfikowa³ lekko pamiêæ. Ta historia idealnie nada siê do jego w³a¶nie powstaj±cego bestsellera, który bêdzie nosi³ tytu³ "Wêdrówki z trollami"! Wszyscy z tej autobiografii dowiedz± siê, jak d¿entelmeñsko obroni³ kobietê przed ogromnym trollem rzecznym! Prawdê mówi±c ok³ama³ j± nieco - nie przyjecha³ na wie¶ pisaæ ksi±¿kê. Jego babka musia³a stawiæ siê w Ministerstwie Magii i poprosi³a go, by pod jej nieobecno¶æ nakarmi³ koty. Przypominaj±c to sobie, ruszy³ prosto do jej domu. Wszystkie budowle wygl±da³y bardzo podobnie: dom jego babki te¿ siê nie wyró¿nia³. Gdy otworzy³ drzwi, poczu³ zapach gotuj±cej siê kapusty. Na pewno babuñka gotowa³a polski przysmak - bigos. Wkroczy³ zaciekawiony do kuchni, gdzie czeka³a na niego w³a¶cicielka domu. Gdyby wzrok móg³ zabijaæ, na pewno Gilderoy ju¿ le¿a³by martwy. Babka wskaza³a go chochl± zdenerwowana, jednak wci±¿ nie mówi±c ani s³owa. Wtedy us³ysza³ znajomy szloch. Ca³y poblad³.

- Kaza³am ci nakarmiæ koty, a nie atakowaæ trolla, którym siê opiekujê! Czy wiesz, jak boli ukruszenie rogów? Felix nic ci nie zrobi³, na Merlina! Ten dzieciak, co go na obroñcê szkolê, jest bardziej po¿yteczny ni¿ ty! - wydar³a siê babka. Dalszego wywodu jednak Gilderoy nie us³ysza³, gdy¿ zemdla³ z przera¿enia, gdy tylko dowiedzia³ siê prawdy. Zapewne gdy tylko siê ocknie, piek³o, jakie wyrz±dzi mu babka d³ugo zapadnie mu w pamiêæ. Zastanawia³ siê, kto przypomina diab³a bardziej: ona, czy troll.


PRACA K - ulka_black_potter


Wyprawa, ¿e hej


Generalnie ka¿dy kocha wyprawy w góry, jednak kiedy przychodzi czas wspinaczki dla niektórych zaczyna siê droga przez mêkê. W ten s³oneczny, wrze¶niowy poranek nie by³o inaczej. Szanowna nauczycielka wró¿biarstwa Sybilla Trelawney oraz co mo¿e zaskoczyæ, jej przyjaciel Gilderoy Lockhart postawili osi±gn±æ szczyt. I to nie byle jaki, poniewa¿ mowa tu o najbardziej niebezpiecznym szczycie polskich Tatr, czyli Kasprowym Wierchu.

- Osi±gn±³em ju¿ wiele szczytów w swym wspania³ym ¿yciu - rzek³ Gilderoy, krocz±c ¿wawo w stronê szlaku - jednak w górach nie by³em nigdy.

Owiniêta ró¿nokolorowymi szalami Sybilla spojrza³a w kierunku, w którym my¶la³a, ¿e jest szczyt i nic nie powiedzia³a. Chocia¿ darzy³a Gilderoya niema³± sympati±, któr± niektórzy mogliby nazwaæ zauroczeniem, to nie podoba³ jej siê pomys³ wspinaczki.

- Sybillo, moja kochana. Czy zabra³a¶ wodê?

Sybilla siêgnê³a rêk± do ogromniastego plecaka, który taszczy³a na swoich ramionach i wymaca³a tam jak±¶ butelkê. S±dz±c po kszta³cie, nie by³a to jednak woda.

- Pamiêtaj, ¿e woda to podstawa przy takiej przygodzie! - rzek³szy to Gilderoy machn±³ ró¿d¿k± i z jego mini ró¿owo-srebrzystego plecaczka wyskoczy³a rze¼biona butla z krystalicznie czyst± wod± oraz bigos.

Trelawney spojrza³a na Gilderoya z uwielbiem w oczach.

- Czy to jest bigos? Bigos z boczkiem i kapust±?! - kobieta rzuci³a siê na Lokharta z impetem i wyrwa³a mu garnuszek z bigosem z r±k, po czym zaczê³a siê nim zajadaæ. Mo¿e niektórzy z was nie wiedz±, ale Sybilla by³a najwiêksz± fank± bigosu na ¶wiecie. Uwielbia³a popijaæ jego kapu¶ciany smak wódk±...ekhm...wod± wprost ze strumienia. Nie by³o jej dane skosztowaæ go w Hogwarcie gdzie uczy³a i mieszka³a przesz³o 20 lat, poniewa¿ Albus Dumbledore dokarmia³ uczniów dyniami, ze swojej uprawy.

- Sybillo, nie wiedzia³em, ¿e jeste¶ taka g³odna!

- To nie g³ód! To rz±dza i pragnienie bigosu! - odrzek³a Sybilla z szaleñstwem w oczach. Nagle ca³a zesztywnia³a i zaczê³a mówiæ dziwnie zmienionym g³osem.

Rz±dza przyæmi Hogwart kiedy Podlasie od³±czy siê od Polski, pragnienie dosiêgnie uczniów Hogwartu, kiedy dyrektor przestanie hodowaæ dynie. Nastan± mroczne czasy, czasy bigosu... Gdy Podlasie od³±czy siê od Polski... Gdy Podlasie... Gdy Podla...

Sybilla upad³aby wprost w nikczemn± przepa¶æ Kasprowego Wierchu, jednak Gilderoy w ostatnim momencie z³apa³ j± za koñcówkê szala oraz piêtê, po czym przerzuci³ na ma³± polankê. Nikt nie wiedzia³, ¿e pod wrzosowym kubrakiem skrywa³ miê¶nie prawdziwego StrongMana. Nikt nie wiedzia³ równie¿ o tym, i¿ bratankiem siostrzeñca od strony siostry matki stryja Josepha by³ Mariusz Pudzianowski. Jednak w tej chwili by³ to fakt ma³o istotny. W tej chwili liczy³a siê tylko przepowiednia.
- Sybillo! Czy Ty w³a¶nie przepowiedzia³a¶ przysz³o¶æ? Nigdy czego¶ takiego nie widzia³em. ¦lina ciek³a ci niesamowicie z ust, przez co nie s³ysza³em niektórych s³ów, jednak rozumiem sedno ca³ej wypowiedzi! - Sybilla przetar³a szalem za¶linione usta, jednak nie wiele to da³o, poniewa¿ szal równie¿ by³ mokry.
- Nie wiem o czym mówisz!
- Ale¿ wiesz! Podlasie! To na Podlasiu stanie nowa szko³a magii i czarodziejstwa. Brytyjskie Ministerstwo Magii poprosi³o Dumbledore'a o radê w sprawie nowej europejskiej szko³y. A Ty to przepowiedzia³a¶!

Przechodzieñ w sanda³ach spojrza³ z ukosa na Lokharta. S³ysza³ dziwne s³owa o bigosie, jednak nic o szkole. Marian, bo tak siê nazywa³ pokrêci³ g³ow± i stwierdzi³, ¿e ten facet w ró¿owym wdzianku jest idiot±. Nic nie mówi±c odszed³ w sin± dal, my¶l±c o zimnym piwie, które wypije w schronisku. Gilderoy natomiast ruszy³ ¿wawym krokiem w stronê szczytu, rozmy¶laj±c o aran¿acji nowej szko³y magii i czarodziejstwa, a Sybilla pocz³apa³a za nim czuj±c w ustach smak bigosu z kapust± i boczkiem.

KONIEC



6. HORROR
- Bellatrix Lestrange, Rudolfus Lestrange, Rabastan Lestrange, Antonin Do³ohow - autor musi wybraæ jedn± z tych postaci na g³ównego bohatera.
- Akcja rozgrywa siê tu¿ po uwolnieniu ich z Azkabanu
- Musz± znale¼æ siê wspomnienia z wiêzienia, co bohater czu³, jak to wygl±da³o oraz opis tego jak czuje siê teraz i jak zmieni³ go pobyt w wiêzieniu
- Musi znale¼æ siê opis relacji bohatera z przynajmniej jednym ze ¦miercio¿erców
- Musi znale¼æ siê opis relacji bohatera z Lordem Voldemortem


PRACA L - Sam Quest


Sen nie nadchodzi³. Le¿a³ na wygodnym pos³aniu, pokój przepe³nia³a cisza, ale on nie móg³ zasn±æ. Czego¶ brakowa³o. By³o za cicho. Zbyt wygodnie. Przekrêci³ siê na drugi bok i zamkn±³ oczy, zobaczy³ go. Sta³ przed nim, obszarpany materia³ powiewa³ pomimo braku wiatru, ko¶cista rêka zmierza³a do jego szyi, a wielki otwór w miejscu twarzy przybli¿a³ siê do jego ust. Serce zaczê³o mu mocniej biæ, otworzy³ oczy i obraz dementora znikn±³. Prze³kn±³ ¶linê i wróci³ my¶lami do wydarzeñ sprzed kilku godzin.

Wiedzia³, ¿e to siê wydarzy, by³y wyra¼ne znaki, ¿e Czarny Pan o nich pamiêta, tak jak oni pamiêtali o nim. Spêdzi³ ostatnie piêtna¶cie lat w Azkabanie, ale przynajmniej nie zeszmaci³ siê jak Malfoy i jemu podobni. Gdy wreszcie poczu³ na swojej twarzy ¶wie¿e powietrze, pojawi³a siê ekscytacja. By³ wolny, a ci zasrani dementorzy nie mogli mu nic zrobiæ. Spojrza³ na swojego brata, który wygl±da³ jak cieñ siebie sprzed lat. Nie widywali siê, Azkaban nie by³ domkiem letniskowym, a oni opuszczali swoje cele bardzo rzadko. Wszystkie podstawowe potrzeby musieli za³atwiaæ w tych klatkach, a rozmowa ze wspó³wiê¼niami do nich nie nale¿a³a. Z³apali stary but i po chwili przenie¶li siê do lasu.

Kr±¿yli w¶ród ciemno¶ci przed d³u¿szy czas, ¿adne z nich nie mia³o si³ na bezpieczn± teleportacjê. Po chwilowej ekscytacji z powodu przywróconej wolno¶ci czu³ w sobie pustkê.
- Rudolf - powiedzia³, zatrzymuj±c brata i k³ad±c mu rêkê na ramieniu. Ten odwróci³ siê do niego i spojrza³ wypranym z emocji wzrokiem. - Bracie... - Rabastan, nie zwa¿aj±c na brak reakcji, rzuci³ siê w ramiona brata obejmuj±c go. Nigdy nie okazywali sobie czu³o¶ci, ale byli ze sob± z¿yci. Rudolf zawsze by³ dla niego wzorem do na¶ladowania. To dla niego zosta³ ¦miercio¿erc±, dla niego walczy³ u boku Czarnego Pana i dla niego spêdzi³ ostatnie lata w Azkabanie. Bo zawsze chcia³ byæ jak on, jak jego starszy brat.
- Dosyæ tych czu³o¶ci, musimy siê st±d wydostaæ. Jaki¶ idiota wys³a³ nas w sam ¶rodek g³uszy. - Bellatrix, ¿ona Rudolfa, podesz³a do braci. - Nie tak to mia³o wygl±daæ.
- Nie mamy ró¿d¿ek - zauwa¿y³ Rudolf.
- Ty zawsze masz jaki¶ problem - prychnê³a. - Idziemy na pó³noc.
Szli przed siebie, nie wiedz±c dok±d id±, Rabastan mia³ wra¿enie, ¿e wracaj± tam sk±d przyszli, ¿e droga niechybnie doprowadzi ich z powrotem do Azkabanu.

Nie chcia³ tam wracaæ, nie by³ do koñca pewien, jak d³ugo by³ w celi, podobno piêtna¶cie lat, ale dla niego ka¿dy dzieñ by³ jak miesi±c, a miesi±c jak rok. Na pocz±tku by³o najgorzej, w g³owie mia³ mêtlik, wspomnienia z dzieciñstwa, z tych najbardziej beztroskich i szczê¶liwych lat pojawia³y siê i szybko znika³y w g±szczu wszystkich pora¿ek, zawodów i upadków, które go spotyka³y. Czêsto p³aka³, chocia¿ wcze¶niej mu siê to nie zdarza³o i jedyne, o czym marzy³ to ¶mieræ. Wielokrotnie wyobra¿a³ sobie mo¿liwe scenariusze w³asnej ¶mierci, które w ciasnej celi by³y mocno ograniczone.

Po czasie nauczy³ siê mieæ pustkê w g³owie i duszy. Zapomnia³ kim jest, nie wspomina³ lat poza Azkabanem, po prostu egzystowa³, bo ¿yciem nie da³o siê tego nazwaæ.

A teraz by³ wolny, wszystko dziêki Czarnemu Panu. Poczu³ jak jego wnêtrzno¶ci, zwijaj± siê w supe³, serce zaczê³o mu mocnej biæ, a na czole pojawi³y siê krople potu. Bêdzie musia³ wróciæ do s³u¿by Czarnemu Panu. Oczywi¶cie to by³ dla niego wielki zaszczyt, jego brat wszak by³ najwierniejszym ¦miercio¿erc±, a on zawsze wiedzia³ co jest s³uszne. Tak, wróci do swojej s³u¿by i u boku brata bêdzie walczy³ o lepsz±, woln± od plugastwa przysz³o¶æ. Bêdzie trybikiem w machinie swojego Pana, bo to jest s³uszne i tak nale¿y. Przynajmniej tak twierdzi³ Rudolf.

Opar³ siê o najbli¿sze drzewo, ws³u****±c siê w odg³osy lasu, sowy pohukiwa³y, Bellatrix rzuca³a przekleñstwa pod nosem, a drzewa szumia³y delikatnie. By³o b³ogo, zbyt b³ogo.

- Tu jest jaka¶ chata. Mo¿e bêdzie tam jakie¶ jedzenie. - zawo³a³ Do³ohow i wszyscy ruszyli w jego stronê. Rabastan nazwa³by to bardziej sza³asem ni¿ chat±. Krzywo zbite deski tworzy³y cztery ¶ciany, które wygl±da³y jakby w ka¿dej chwili mog³y siê zawaliæ; a minimum dwie ¶ciany i czê¶æ dachu, oplecione by³y bluszczem.
- Nie wygl±da to zachêcaj±co ani obiecuj±co - powiedzia³ Rabastan.
- Ja pukam, wy unieszkodliwiacie - zarz±dzi³a Bella i nie czekaj±c na resztê, ruszy³a do czego¶ co mog³o byæ drzwiami. Zapuka³a kilka razy, jednak nikt nie odpowiedzia³, otworzy³a, wiêc drzwi i wesz³a do ¶rodka. Rabastan ruszy³ za ni±. Nie wiedzia³ sk±d wytrzasnê³a ¶wiecê i sk±d wiedzia³a jak j± zapaliæ, ale zrobi³a to. Pomieszczenie roz¶wietli³o siê nieznacznie, ca³y sza³as to by³a jedna izba, w której sta³ przegni³y stó³ i drewniane ³ó¿ko z siennikiem.
- Nic tu nie ma - zauwa¿y³ przytomnie.
- Tam jest jaka¶ klapa, mo¿e do piwnicy? - Bella wskaza³a na przeciwleg³± stronê.
- Kto¶ tam musi i¶æ - powiedzia³ Do³ohow. - Nie ja!
- Nie ja!
- Nie ja!
- Nie ja! - Rabastan jak zawsze w tej g³upiej grze mia³ pecha i odezwa³ siê ostatni. - Niech was szlag trafi. Daj mi tê ¶wiecê - zwróci³ siê do Belli, która poda³a mu ogarek z resztk± wosku.
- Sprawd¼, czy jest tam jakie¶ jedzenie - przypomnia³ mu Do³ohow. Rudolf nie odzywa³ siê, patrz±c têpo przed siebie.

Rabastan niechêtnie podszed³ do klapy i u¿ywaj±c resztek si³y, otworzy³ j±, widzia³ jedynie ciemno¶æ i kawa³ek sznurka, wygl±daj±cy jak drabina. Zacz±³ przy jej pomocy powoli schodziæ w dó³, nie by³o to ³atwe z ogarkiem w rêce. Mia³ wra¿enie, ¿e ta drabina nigdy siê nie skoñczy, a sam schodzi po niej ju¿ kilkana¶cie minut. Wreszcie poczu³ pod stopami ziemiê.

Rozejrza³ siê, znajdowa³ siê w ciasnym pomieszczeniu, w którym sta³a du¿a drewniana szafa. Jak na to, jak wygl±da³a izba u góry, ten mebel prezentowa³ siê bardzo solidnie. Otworzy³ j± niepewnie, by³a pusta, jednak jej ty³ wygl±da³ jak kolejne drzwi. Rozs±dek mówi³ mu, ¿e to miejsce jest podejrzane i nale¿y wróciæ na górê, ale to wszystko by³o dziwne i ekscytuj±ce zarazem. Rabastan od dawna nie mia³ do czynienia z takimi emocjami, wiêc popchn±³ drzwi znajduj±ce siê w szafie. Pojawi³a siê przed nim kolejna izba, z której jedyna droga do przodu by³a wydr±¿onym w ziemi tunelem, by³ jednak na tyle wysoki, ¿e pochylony zmie¶ci³by siê w tym otworze. Nie mia³ jednak zamiaru siê przez niego przeciskaæ, odwróci³ siê w stronê, z której przyszed³, jednak wyj¶cie zastawione by³o przez wysok± zakapturzon± postaæ.

- Kim jeste¶? - zapyta³, jednak nie us³ysza³ odpowiedzi. Nie by³ to cz³owiek, bo wyra¼nie unosi³ siê nad ziemi±, nie by³ te¿ dementorem, pomimo pewnych podobieñstw, poniewa¿ nie oddzia³ywa³ na niego.

Rabastan zacz±³ siê powoli wycofywaæ w stronê tunelu, a postaæ ¶ci±gnê³a, przegni³± i pokryt± parchami d³oni±, kaptur. Wzdrygn±³ siê na ten widok. Jego twarz by³a nienaturalnie pod³u¿na, z czaszki zwisa³y d³ugie, przet³uszczone kosmyki w³osów. Z oczodo³ów wia³a pustka, a w miejscu nosa i ust by³ otwór, z którego wystawa³y d³ugie k³y, przypominaj±ce bardziej zêby rekina, ni¿ cz³owieka.

Prze³kn±³ ¶linê i rzuci³ siê w stronê tunelu. Nie mia³ ochoty zostaæ zjedzonym przez tego stwora, a bez ró¿d¿ki by³ na dobr± sprawê bezbronny. Zacz±³ biec, czu³, ¿e ten potwór go goni. Serce bi³o mu szybko, zacz±³ ³apaæ zadyszkê, przez ostatnie lata w Azkabanie nie mia³ okazji dbaæ o kondycjê. Je¿eli zaraz czego¶ nie wymy¶li, umrze w ma³o przyjemny sposób. Tunel coraz bardziej siê zwê¿a³, musia³ zgi±æ siê praktycznie w pó³, co skutecznie utrudnia³o mu ucieczkê. Zobaczy³ jednak w oddali intensywne ¶wiat³o, stara³ siê przy¶pieszyæ, poczu³ jednak szpony potwora na nodze. Próbowa³ j± wyszarpn±æ, przez co tamten zacz±³ jeszcze bardziej naciskaæ. Kopn±³ przeciwnika z ca³ej si³y drug± nog±, co da³o mu kilka sekund przewagi. Dziêki adrenalinie przy¶pieszy³ w stronê ¶wiat³a i ju¿ po chwili wrêcz wylecia³ na du¿± salê.

Na ¶cianach wisia³y pochodnie, odwróci³ siê w stronê wyj¶cia z tunelu, czekaj±c na tego potwora. Zd±¿y³ zauwa¿yæ, ¿e jedyna droga ucieczki to powrót do tunelu. Dopiero po chwili zorientowa³ siê, ¿e na ¶cianach wysokich na kilka stóp, wisia³y szcz±tki ludzkie na ró¿nym etapie rozpadu. Wiedzia³, ¿e nie po to odzyska³ wolno¶æ, by teraz daæ siê zabiæ przez jakiego¶ potwora. Zacz±³ szukaæ jakiej¶ broni.

Nie mia³ jednak szansy na zbyt d³ugie poszukiwania, bo stwór pojawi³ siê w wej¶ciu i ruszy³ szybko w jego stronê. My¶li Rabastana gna³y jak szalone, chwyci³ najbli¿ej wisz±c± pochodniê i zacz±³ ni± wymachiwaæ.
- Nie uda ci siê! - zawo³a³. - Nawet nie próbuj mnie atakowaæ, jestem czarodziejem i zabijê ciê ty parszywcu! - Doda³ dr¿±cym g³osem. Zawsze by³ raczej tchórzliwym cz³owiekiem, wiedzia³, ¿e bez brata niczego nie potrafi.

Tamten zacz±³ i¶æ w jego kierunku, wyci±gaj±c w jego stronê ko¶ciste d³onie i wydaj±c z siebie przeci±g³y jêk. Rabastan poczu³ jak jego wnêtrzno¶ci podskakuj± mu do gard³a, mia³ wra¿enie, ¿e chc± one z niego wyskoczyæ. Im d³u¿ej ten dziwny d¼wiêk wydobywa³ siê z gard³a tego potwora, tym bardziej zaczyna³ siê dusiæ. Mia³ wra¿enie, ¿e jelita owija³y siê wokó³ jego p³uc ¶ciskaj±c serce i próbuj±c w ten sposób wydostaæ siê na zewn±trz. Upad³, próbuj±c z³apaæ oddech. Przed oczami pojawi³y mu siê czarne plamy, a ten przenikliwy d¼wiêk wwierca³ siê w jego mózg.

Nagle wszystko usta³o. D¼wiêk ucich³, jego organy zaczê³y wracaæ na swoje miejsce, a on móg³ z³apaæ oddech. Potrzebowa³ d³u¿szej chwili, by zrozumieæ co siê dzieje.

- Ty idioto, co ty znowu wymy¶li³e¶. Kretyn, ile mo¿na na ciebie czekaæ nieudaczniku? - Albo umar³ i nawet po ¶mierci jego szwagierka nim gardzi³a, albo ¿yje i do koñca ¿ycia bêdzie musia³ s³uchaæ jej narzekañ na swoj± bezradno¶æ. Sam nie wiedzia³ co jest gorsze.
- Nie ¶pieszy³o siê wam - powiedzia³ s³abo, próbuj±c wstaæ. Bella sta³a ze sporym kawa³kiem drewna, u jej stóp le¿a³ powalony stwór.
- Spal go i idziemy. Rudolf i Do³ohow czekaj± na nas. - Bella nie czekaj±c na niego, ruszy³a w stronê tunelu.

Siêgn±³ po le¿±c± obok pochodnie i przyjrza³ siê wisz±cym trupom. Jednemu z nich z ust wystawa³ kawa³ek czego¶, co wed³ug Rabastana by³o jelitem. Wzdrygn±³ siê i rzuci³ pochodniê na p³aszcz tego czego¶.
Ca³± salê przeszy³ ten przeci±g³y jêk, jednak tym razem nie dzia³a³ na Rabastana tak jak wcze¶niej. Rzuci³ ostatnie spojrzenie na tego potwora i ruszy³ za Bellatrix.

Droga powrotna trwa³a o wiele krócej i po chwili wychodzili z piwnicy.
- Do³ohow znalaz³ Carrowów. Mo¿emy st±d i¶æ. - Rudolf znudzony czeka³ na nich w izbie.

Rabastan spojrza³ na brata i poczu³ uk³ucie ¿alu, nagle zobaczy³ go i ich relacje w innym ¶wietle. Ostatnie piêtna¶cie lat zmieni³o ich bardzo, ale najbardziej to, ¿e nie byli ju¿ braæmi. Nie takimi, jak kiedy¶. Nie mia³ ju¿ brata, je¿eli kiedykolwiek go tak naprawdê mia³.
Pierwszy raz pomy¶la³, ¿e Rudolf by³ tylko marionetk± swojej ¿ony oddanej Czarnemu Panu, a Rabastan by³ kukie³k± w rêkach brata. Poczu³ w¶ciek³o¶æ, straci³ ca³e ¿ycie na ¶lepe pod±¿anie za bratem, a teraz spêdzi resztê ¿ycia, ponosz±c tego konsekwencje, s³uchaj±c rozkazów cz³owieka, którego siê ba³, ale na pewno nie szanowa³.

Rabastan otrz±sn±³ siê ze wspomnieñ, nadal zapada³ siê w miêkkim materacu. Wsta³ z wygodnego ³ó¿ka i wyszed³ z pokoju. Skierowa³ siê w stronê wyj¶cia, gdy znalaz³ siê na podwórzu, przeci±³ je zdecydowanym krokiem i ruszy³ w stronê psiarni. Znalaz³ pusty boks pod ¶cian±, wszed³ do ¶rodka zamykaj±c za sob± kratê. U³o¿y³ siê na cienkiej warstwie s³omy le¿±cej pod ¶cian± i zamkn±³ oczy. Z ka¿dej strony przenika³ go ch³ód.

Sen nadszed³.



PRACA M - Pomyloony


Pokój wype³nia³ ten charakterystyczny zapach nikotyny pomieszanej z wilgoci±. Mój ulubiony. W pó³mroku analizowa³em niewyra¼ne kontury pojedynczych przedmiotów, a¿ wzrok nie przyzwyczai³ siê do ciemno¶ci. Na krañcu pojedynczego ³ó¿ka le¿a³ ma³y, czarny kundel. Cicho powarkiwa³ przez sen. Ca³y czas czu³em przyjemne ciep³o w okolicy odcinka lêd¼wiowego. Do moich pleców przyciska³a siê naga dziewczyna, niezbyt urodziwa, z wyra¼n± asymetri± górnej wargi i krótkimi w³osami. No có¿, nie ze wzglêdu na twarz trzyma³em j± u siebie. By³a m³oda i jêdrna, dojrza³a i soczysta, jak najs³odsze winogrono zerwane w s³oneczny dzieñ. Czego wiêcej wymagaæ od kobiety?
Zrzuci³em z siebie szare prze¶cierad³o i skierowa³em kroki w stronê ³azienki. Ich echo zadudni³o mi w uszach. Wyci±gn±³em ró¿d¿kê i roz¶wietli³em jej koniec odpowiednim zaklêciem. Spojrza³em w lustro. Serce mi stanê³o. Na twarz wst±pi³ pot. On sta³ tu¿ przede mn±, niczym upiorne widmo. Wzd³u¿ wklês³ego policzka ci±gnê³a siê g³êboka blizna, gin±ca w krzaczastym zaro¶cie; ciemne, nieprzeniknione oczy wype³nia³ gniewny ¿ar.
- Cyka! - zakl±³em g³o¶no w jêzyku ojczystym, cofaj±c siê w stronê drzwi, dysz±c i charcz±c jak dzikie zwierzê.
Minê³o jeszcze kilka sekund, zanim zda³em sobie sprawê, ¿e to moje w³asne odbicie wprawi³o mnie w lêk. Wyprostowa³em sylwetkê, spojrza³em gro¼nie i obna¿y³em zêby, ukazuj±c wszelkie ich ubytki i przebarwienia. Zadr¿a³em, a moje rysy z³agodnia³y. Dotkn±³em lewego przedramienia, pulsowa³o delikatnie. Z ka¿d± chwil± wyblak³y Mroczny Znak stawa³ siê coraz bardziej wyra¼ny, pieczenie coraz bardziej dojmuj±ce. Porwa³em czarny p³aszcz, rzucony niedbale na jedno z krzese³ i deportowa³em siê. Zostawi³em Lulê sam±, nie by³a z³odziejk±. Gdyby nawet pokusi³y j± te dwie rolki papieru toaletowego i wyszczerbiony kubek, stanowi±ce mój maj±tek, wizja spotkania Czarnego Pana napawa³a mnie dostateczn± adrenalin±, by siê tym nie przejmowaæ.

- B±d¼cie gotowi, moi mili. - D¼wiêk jego chrapliwego g³osu przechodzi³ przez ca³e moje cia³o, pieszcz±c je i koj±c. Pozbawione warg usta wykrzywi³y siê w ³agodnym u¶miechu. - Ju¿ wkrótce zdobêdziemy przepowiedniê, klucz do pokonania Harryr17;ego Pottera, a wówczas nie bêdziemy musieli siê d³u¿ej ukrywaæ.
- Za pozwoleniem, mi³o¶ciwy panie... - mê¿czyzna o d³ugich, jasnych w³osach i nieskazitelnych rysach niepewnie zabra³ g³os - Dumbledore wci±¿ czuwa nad Hogwartem, nie powinni¶my go lekcewa¿yæ.
- Ju¿ nied³ugo, Lucjuszu, ju¿ nied³ugo...
Malfoy. Na sam d¼wiêk jego g³osu ogarn±³ mnie wstrêt. Tchórz, zdrajca, nieudacznik. Przez ostatnie lata jego najwiêkszym zmartwieniem by³ natrêtny gnom ogrodowy. Wypar³ siê Czarnego Pana, wypar³ siê swojej to¿samo¶ci. Nie prze¿y³by w Azkabanie, gdzie na wierzch wychodzi³y najmroczniejsze my¶li, gdzie pozbawia³o siê cz³owieczeñstwa. Nie prze¿y³by jednego dnia tortur, a jego sztywne cia³o spoczê³oby na dnie mogi³y, ku uciesze wyznaj±cych ¶mieræ dementorów. Istot, które nie dbaj± o twoje bogactwo, o twój status, twoje intencje. Wiele razy sam b³aga³em je o ¶mieræ, kiedy przybywa³y, by napoiæ siê resztk± mojej ¿ywotno¶ci. Wyczu³ na sobie mój wzrok. Nie, wszyscy patrzyli siê na mnie, ³±cznie z Czarnym Panem. Spojrza³em w dó³, na swoje paznokcie. Niemal odchodzi³y od skóry, s±czy³a siê spod nich gêsta krew. Tu¿ przede mn±, w blacie mahoniowego sto³u wyryte by³y wyra¼ne ubytki, jakby w¶ciek³y wilko³ak zagrzeba³ w nim swoje pazury. Siedz±ca naprzeciw mnie Bellatrix za¶mia³a siê skrzekliwie, kilka osób jej zawtórowa³o.
- Antonin, doskonale rozumiem i podziwiam twoj± chêæ mordu, przelejmy j± jednak na prawdziwego wroga - na tych, którzy nies³usznie zabrali wam wolno¶æ, nie za¶ na meble Corbana. - Czarny Pan przemówi³ z rozbawieniem, a jego trupia g³owa zdawa³a siê ¶wieciæ jak latarnia na ciemnym niebie, jak p³omieñ w domowym ognisku. Zadziwia³a mnie jego m±dro¶æ, jego potêga. Czu³em dumê i wdziêczno¶æ, bêd±c jego najwierniejszym poplecznikiem. Nigdy nie czu³em tego tak jasno jak w tamtym momencie. Po ucieczce z Azkabanu jeszcze wyra¼niej u¶wiadomi³em sobie, komu naprawdê mog³em ufaæ, kto ofiarowa³ mi du¿o wiêcej ni¿ upragnion± ¶mieræ; wyswobodzi³ mnie z ramion wszechogarniaj±cej pustki.

Miesi±c pó¼niej, gdy ¶niegi ca³kiem stopnia³y, zabra³em z jakiego¶ mugolskiego sklepu butelkê czerwonego wina. Paskudne, ale zawsze to alkohol, a w ¶wiecie czarodziejów wci±¿ musia³em trzymaæ siê w ukryciu. Zanim dotar³em do swojej kryjówki, zosta³a ledwie po³owa. W pokoju by³o ciemno. Roz¶wietli³em koniec ró¿d¿ki. Na krañcu ³ó¿ka siedzia³a zap³akana Lula.
- Antonin... - jej g³os dr¿a³, b³êkitne oczy rozszerza³ strach. - On tu by³. Dementor. Chcia³ siê po¿ywiæ.
- Gdzie? TUTAJ?! - upu¶ci³em otwart± butelkê z winem, zacz±³em panicznie rozgl±daæ siê po pokoju. Automatycznie poczu³em ch³ód.
- By³ blisko, ten pies tak szczeka³... - spu¶ci³a wzrok i nagle zrobi³a siê jeszcze mniejsza ni¿ przed chwil±. Wtedy zauwa¿y³em. Moja suka. Moja Kira. Nigdzie jej nie by³o. - Nie mog³am go uciszyæ, zabra³e¶ moj± ró¿d¿kê.
- Da³a¶ Kirê... dementorowi?
Opu¶ci³ mnie ch³ód, znikn±³ ca³y strach. Zrobi³em siê gor±cy z w¶ciek³o¶ci. Zanim siê zorientowa³em, ju¿ by³em przy niej. Chwyci³em Lulê za w³osy i jednym ruchem zmusi³em, by uklêk³a. Uderzy³em jej g³ow± o ¶cianê. Wyda³a z siebie wrzask. Rozlu¼ni³em uchwyt i dziewczyna opad³a na dr¿±ce d³onie.
- Nie wyrzucaj mnie, Antonin, nie wyrzucaj... - powtarza³a b³agalnie. Potrz±sn±³em g³ow± i przy pomocy kciuka otar³em ³zê sp³ywaj±c± po jej brodzie.
- Wytrzyj pod³ogê, devushka.
Zatrzasn±³em za sob± wej¶ciowe drzwi i owia³ mnie ch³ód marcowej nocy. Ruszy³em przed siebie. W g³owie s³ysza³em ich chrapliwy ¶wist, nozdrza wype³ni³ mi zapach zgnilizny. One nie patrz±, kim jeste¶. Ma³y, du¿y, winny, niewinny. Zostawi± w tobie tylko to, co najgorsze, odkryj± twoj± najciemniejsz± stronê.

Na pocz±tku dementorzy odwiedzali moj± celê codziennie. Z czasem czêstotliwo¶æ ich wizyt zmniejsza³a siê, nie zosta³o w niej wiele ¿ycia. Siedzia³em przy ¶cianie, wpatruj±c siê w róg pomieszczenia. Przez otwór nie wiêkszy od piê¶ci wp³ywa³ do ¶rodka przydymiony promieñ ¶wiat³a. Kiedy dostatecznie blisko znajdowa³ siê dementor, ca³kiem znika³. Tak by³o i tym razem. Zimno przeszy³o mnie do ko¶ci, w celi unios³a siê mg³a. Ka¿da komórka w moim ciele, ka¿dy nerw w mózgu, otaczaj±ca mnie rzeczywisto¶æ, wszystko zdawa³o siê spowolniæ. Chcia³em uciec. Jak we ¶nie widzia³em szare, o¶lizg³e d³onie zaci¶niête na kratach. Z rogu pomieszczenia wydobywa³o siê ciche skomlenie. Ko¶cista d³oñ przeniknê³a przez kraty. Wyci±ga³a siê w stronê czarnego kundla. Próbowa³em siê poruszyæ. Moj± szyjê oplót³ bia³y w±¿. Z ka¿dym moim ruchem u¶cisk stawa³ siê mocniejszy. Straci³em przytomno¶æ. Gdy siê ockn±³em, psa nie by³o. Na kamiennej pod³odze znajdowa³y siê jedynie k³êby sier¶ci i plamy krwi.

Chcia³bym, aby by³ to sen. By³o to jednak ¿ywe wspomnienie. W Azkabanie, maj±c za towarzystwo jedynie najbardziej przera¿aj±ce z istniej±cych stworzeñ, cz³owiek widzi ró¿ne rzeczy. Niektóre dziej± siê naprawdê, inne nie. Trudno odró¿niæ. Nie mo¿na siê od nich uwolniæ.
Edytowane przez Prefix u¿ytkownikamonciakund dnia 25.07.2020 16:18
confessionsofasomedaysomebody.files.wordpress.com/2015/01/ga-mer-and-christina-dancing.gif

- - -
The human life is made up of choices. Yes or no. In or out. Up or down. And then there are the choices that matter. Love or hate. To be a hero or to be a coward. To fight or to give in. Live or die.
- - -

31.media.tumblr.com/1ca838daf1b7baf7bf54202eafbe7917/tumblr_mr7lzbBN7k1rv3froo1_500.gif

- - -
Don't let what he wants eclipse what you need. He's very dreamy but he's not the sun, you are.
- - -

66.media.tumblr.com/tumblr_l9mktjSej61qaao9mo1_500.gif

---
Nad przepa¶ci±, tego¿ roku
¯yraf masa siê w amoku
Rodzi. Pamiêæ ludzka jest
Zawodna, mimo tego fiest
Tysi±ce, z tej okazji,
Ku jej chwale od Abchazji
A¿ po Nordkapp wspominacie.
"Czyjej chwale?", siê spytacie.
Jak to czyjej? Monci* naszej.
Gryfa córce, redakcyjnej
Na tym ¶wiecie ambitniejszej
Od niej nie ma. Tu rysunek,
Tam malunek i do tego
Social media. Wizerunek
Hp-neta tam kreuje, ego
Strony reperuje. Szczerze,
Bardzo, bardzo szczerze mówi±c
Cz³ek orkiestra, ¿ywa gwiazda.
¯yj nam wiecznie, twórz i kreuj.
Koniec, basta - taki mus i
¯yraf pasta.

---

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2016awards_pedzel.png

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2021adminnaj.png

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2021-adminpieklo.png

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2021wydarzenie2.png

www.harry-potter.net.pl/images/articles/moncia.jpg


 
Prefix u¿ytkownikamonciakund
PRACE PÓ£FINA£OWE

confessionsofasomedaysomebody.files.wordpress.com/2015/01/ga-mer-and-christina-dancing.gif

- - -
The human life is made up of choices. Yes or no. In or out. Up or down. And then there are the choices that matter. Love or hate. To be a hero or to be a coward. To fight or to give in. Live or die.
- - -

31.media.tumblr.com/1ca838daf1b7baf7bf54202eafbe7917/tumblr_mr7lzbBN7k1rv3froo1_500.gif

- - -
Don't let what he wants eclipse what you need. He's very dreamy but he's not the sun, you are.
- - -

66.media.tumblr.com/tumblr_l9mktjSej61qaao9mo1_500.gif

---
Nad przepa¶ci±, tego¿ roku
¯yraf masa siê w amoku
Rodzi. Pamiêæ ludzka jest
Zawodna, mimo tego fiest
Tysi±ce, z tej okazji,
Ku jej chwale od Abchazji
A¿ po Nordkapp wspominacie.
"Czyjej chwale?", siê spytacie.
Jak to czyjej? Monci* naszej.
Gryfa córce, redakcyjnej
Na tym ¶wiecie ambitniejszej
Od niej nie ma. Tu rysunek,
Tam malunek i do tego
Social media. Wizerunek
Hp-neta tam kreuje, ego
Strony reperuje. Szczerze,
Bardzo, bardzo szczerze mówi±c
Cz³ek orkiestra, ¿ywa gwiazda.
¯yj nam wiecznie, twórz i kreuj.
Koniec, basta - taki mus i
¯yraf pasta.

---

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2016awards_pedzel.png

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2021adminnaj.png

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2021-adminpieklo.png

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2021wydarzenie2.png

www.harry-potter.net.pl/images/articles/moncia.jpg


 
Prefix u¿ytkownikamonciakund
1. KRYMINA£
- bohater: Zgredek
- miejsce: kuchnia.
- czas akcji: czasy pokolenia huncwotów
- zakazane s³owo: Harry
- nakazane s³owo: brzoskwinia, grzyb i sztaluga.
- w pracy musz± pojawiæ siê trzy zdania, w których wszystkie s³owa bêd± zaczyna³y siê na tak± sam± literê. (Np. Spocony Stefan szepn±³ szyderczo - spalê star± stodo³ê)

PRACA A - Sam Quest


Zabójczy kredens


Wrzesieñ by³ wyj±tkowo upalny, ¿ar la³ siê z nieba jak w najbardziej upalne dni sierpnia. Nawet w lochach, pomimo ch³odu, powietrze by³o ciê¿kie. Otworzenie okien nie wchodzi³o w grê z racji na ich brak, a nawet gdyby by³y, zapewne nie przenios³yby ulgi.

Zgredek czu³ jak pot leje mu siê z czo³a, szczególnie, ¿e ca³y dzieñ spêdzi³ na rozpakowywaniu rzeczy panicza Lucjusza. Jak co roku, zosta³ wys³any do Hogwartu, by "pomóc paniczowi Lucjuszowi w aklimatyzacji". Oczywi¶cie jak przysta³o na porz±dnego skrzata domowego spe³ni³ swoje obowi±zki z najwiêksz± dba³o¶ci±, a gdy zosta³ odes³any postanowi³ przy okazji odwiedziæ swojego - pracuj±cego w szkole - kuzyna Grymsika.

Stan±³ przed wej¶ciem do kuchni i aportowa³ siê do ¶rodka, sposoby wej¶cia czarodziejów do tego przybytku zdecydowanie by³y niedostêpne dla niskiego skrzata. W kuchni panowa³ przyjemny ch³ód, który by³ mi³± odskoczni± od dusznej atmosfery poza ni±. Poza tym przyjemnym ch³odem, powietrze wydawa³o siê byæ ciê¿kie, panowa³ ogólny rozgardiasz. Nie by³ to jednak typowy dla tego miejsca chaos kontrolowany. Skrzaty przekrzykiwa³y siê miêdzy sob± zbieraj±c siê w pó³okrêgu, by³o to o tyle dziwne, ¿e godzina by³a ju¿ dosyæ pó¼na, a o tej porze w kuchni znajdowa³y siê przewa¿nie trzy dy¿uruj±ce skrzaty. Zgredek zacz±³ przedzieraæ siê do przodu, ciekawy co zobaczy, gdy dotar³ do pierwszego rzêdu zatrzyma³ siê z przera¿eniem.

Przy kredensie, wokó³ którego utworzono pó³okr±g, le¿a³ skrzat, nad nim sta³ bezruchu zakrwawiony Grymsik, u jego stóp le¿a³ nó¿, a obok niego nieznana Zgredkowi skrzatka pop³akiwa³a mamrocz±c co¶ do siebie.

Z prawej strony wybieg³y z t³umu cztery skrzaty z noszami, za nimi na ¶rodek wysz³y kolejne cztery. Zdecydowanie jeden z nich przodowa³ i by³ dowódc± bo wydawa³ rozkazy reszcie, gdy tylko wszed³ na ¶rodek wszystkie skrzaty ucich³y.

- Kto¶ by³ ¶wiadkiem zaj¶cia? - zapyta³ dowodz±cy.
- Grymsik, Gorza³ka i Mamy³ka mieli dzisiaj s³u¿bê, my przybiegli¶my jak Mamy³ka zaczê³a krzyczeæ. - Z t³umu wyst±pi³ starszy skrzat. - Jak tu przyszli¶my to wszyscy stali tak jak teraz.
- By³e¶ pierwszy na miejscu zdarzenia? - zapyta³ tamten.
- Torgol by³ jednym z pierwszych, ale jak Torgol tu szed³ to inni siê zbierali, nikogo poza t± trójk± tutaj nie by³o.
- Dobrze, czy kto¶ jeszcze co¶ widzia³?
¯aden skrzat siê nie odezwa³, wszystkie zaczê³y siê powoli wycofywaæ.
- A ty, co¶ za jeden? Nie jeste¶ st±d. - Dowódca zwróci³ uwagê na Zgredka.
- Zgredek, jestem skrzatem rodu Malfoy. Zgredek przyby³ w odwiedziny do kuzyna Grymsika. - Prze³kn±³ ¶linê, ten dowódca mia³ w sobie co¶ w³adczego i lekko niepokoj±cego. Nie dziwi³ siê, ¿e pozosta³e skrzaty uciek³y, byle z nim nie rozmawiaæ.
- Jak widzisz Grymsik z tob± nie porozmawia i d³ugo tu nie pomieszka, wiêc Zgredek mo¿e ju¿ sobie st±d i¶æ.
Zgredek spojrza³ na kuzyna, zna³ go od urodzenia i wiedzia³, ¿e ten by nikogo nie zabi³.
- Grymsik na pewno jest niewinny.
- Fakty ¶wiadcz± przeciwko niemu. - Dowódca na znak, ¿e nie ma zamiaru d³u¿ej dyskutowaæ w tym temacie odwróci³ siê do Zgredka plecami.
- Zgredek nie pójdzie st±d dopóki z nim nie porozmawia! - zagrozi³.

Dowódca nie zareagowa³, Zgredek wycofa³ siê wiêc kawa³ek, ale na tyle blisko by s³yszeæ o czym rozmawiaj±.
- Co siê tutaj wydarzy³o? - Dowódca skierowa³ to pytanie do Grymsika. Ten przeniós³ spojrzenie z plamy krwi na posadzce na niego.
- Grymsik mia³ dy¿ur z Gorza³k± i Mamy³k±, Grymsik poszed³ do schowka po ¶cierkê bo wyla³a mu siê woda, gdy tu wróci³ Gorza³ka le¿a³ na ziemi z no¿em wbitym w klatkê. - Grymsik prze³kn±³ ¶linê, wzdrygaj±c siê.
Grymsik odruchowo wyj±³ ten nó¿, ale krew p³ynê³a coraz mocnej, a on ju¿ nie ¿y³. Potem przysz³a Mamy³ka i zaczê³a krzyczeæ, a resztê ju¿ znacie.
- A mo¿e by³o tak, ¿e pok³óci³e¶ siê z Gorza³k±, w szale siêgn±³e¶ po nó¿ i go ugodzi³e¶? Wszyscy wiedz±, ¿e mieli¶cie ze sob± zatarg. Jeste¶ winny jak ocet. - Dowódca najwyra¼niej nie przyj±³ wyja¶nieñ Grymsika i skin±³ na swoich towarzyszy, by go wyprowadzili.
Podszed³ do skrzatki, która wygl±da³a na mocno wstrz±¶niêt±.
- Mamy³ko, spróbuj opowiedzieæ, co tutaj siê sta³o.
- Stary Sztaluga sêpi szluga. - Powiedzia³a mechanicznie skrzatka, Dowódca nie wygl±da³ na zaskoczonego, westchn±³ zrezygnowany.
- Mamy³ko, pomy¶l co siê wydarzy³o? - Spróbowa³ jeszcze ³agodniejszym tonem.
- Grzyb gorszy go³ymi go³êbiami. - Brzmia³a odpowied¼. Dowódca zmarszczy³ czo³o i potar³ sobie skroñ, zostawi³ Mamy³kê kiwaj±c swoim towarzysz±, ¿e maj± j± odprowadziæ.

Zgredek nie wiedzia³ co ma o tym s±dziæ. Wierzy³ w niewinno¶æ kuzyna, ale chyba jako jedyny. Do tego ta skrzatka mówi³a ca³kowicie bez sensu, co na pewno mu nie pomog³o. Westchn±³ ciê¿ko. Chcia³ pomóc kuzynowi, ale nie mia³ pojêcia jak, podszed³ wiêc do tego kredensu i przyjrza³ mu siê, drzwiczki od wy¿szej szafki by³y lekko otwarte i to by³a jedyna odbiegaj±ca od normy rzecz w tym meblu. Wygl±da³ ca³kiem normalnie, na miejscu, w którym le¿a³ wcze¶niej Gorza³ka by³a plama krwi.
- Zgredek, chyba czas by¶ sobie poszed³. - Us³ysza³ g³os, odwróci³ siê i spojrza³ na starego skrzata Torgola, który wcze¶niej rozmawia³ z Dowódc±.
- Zgredek uwa¿a, ¿e Grymsik jest niewinny.
- Nie ma na to dowodów, ale mo¿e Brzoskwinia co¶ widzia³a. Ona czêsto zakrada siê tutaj w nocy i podjada ciasto.
- Torgol te¿ uwa¿a, ¿e Grymsik jest niewinny? - zapyta³ Zgredek.
- Tak. Grymsik i Gorza³ka siê k³ócili, ale ¿aden skrzat nie zabi³by swojego pobratymca, to siê nigdy nie zdarzy³o i Torgol nie wierzy, ¿e Grymsik to zrobi³. - Stary Torgol usiad³ na ³awie stoj±cej pod ¶cian± i podrapa³ siê po nosie.
- Zgredek s³ysza³ jak Mamy³ka rozmawia³a z Dowódc± i dziwnie mówi. - Usiad³ obok starszego skrzata.
- Mamy³ka od urodzenia ma nie po kolei w g³owie, chyba nigdy nie powiedzia³a niczego sensownego.

Zgredek zamy¶li³ siê, sytuacja by³a beznadziejna, ale mo¿e faktycznie Brzoskwinia co¶ widzia³a. Z jednej strony powinien ju¿ wracaæ do Dworu, z drugiej wiedzia³, ¿e musi dowiedzieæ siê prawdy i oczy¶ciæ kuzyna z zarzutów. W najgorszym razie przypiecze sobie uszy ¿elazkiem.
- Zgredek, chce porozmawiaæ z Brzoskwini±, gdzie ona jest? - zapyta³ Torgola.
- Torgol zaprowadzi Zgredka do niej.
Ruszy³ za starszym skrzatem, weszli do pomieszczenia, w którym znajdowa³y siê setki pos³añ, jedne by³y wisz±cymi hamakami inne, sta³y wzd³u¿ ¶ciany. Oni zatrzymali siê przy pierwszym ³ó¿ku stoj±cym przy samym wej¶ciu.
- Brzoskwinia, to Zgredek, chce z tob± porozmawiaæ. - Torgol wskaza³ mu m³od± skrzatkê i odszed³ w swoj± stronê.
- Zgredek chcia³ zapytaæ, czy Brzoskwinia co¶ widzia³a. Zgredek uwa¿a, ¿e Grymsik jest niewinny.
- Brzoskwinia posz³a po placek, ale go nie by³o. Niewidzialni ch³opcy zabrali, wtedy Mamy³ka zaczê³a krzyczeæ, a Brzoskwinia zauwa¿y³a, ze Grymsik stoi nad Gorza³k± i jest du¿o krwi.
- Niewidzialni ch³opcy? - zapyta³ Zgredek marszcz±c czo³o.
- Brzoskwinia tylko o nich s³ysza³a. Od kilku dni przychodz± w nocy i zabieraj± jedzenie.
Zgredek móg³by siê za³o¿yæ o galeona, gdyby takiego posiada³, ¿e Brzoskwinia za du¿o czasu spêdzi³a z Mamy³k± i bredzi.
- Zgredek dziêkuje za pomoc, Zgredek ju¿ sobie idzie.

Wyszed³ z pokoju sypialnianego i wróci³ do kuchni. Podszed³ do kredensu i zacz±³ mu siê przygl±daæ, nadal nic dziwnego nie znalaz³. Usiad³ wiêc na ³awie, na której wcze¶niej siedzia³ z Torgolem i zacz±³ my¶leæ.
Nie mia³ ¿adnego punktu zaczepienia, a sprawy w Hogwarckiej kuchni wygl±da³y co najmniej dziwnie. Kto¶ zabi³ skrzata, nie zostawiaj±c ¿adnych ¶ladów, a wina spad³a na Grymsika. Mo¿e to Mamy³ka? Mówi³a dziwnie, ¿eby odrzuciæ od siebie podejrzenia? Albo ta Brzoskwinia wpad³a w sza³ z powodu braku ciasta? I co to za niewidzialni ch³opcy podkradaj±cy jedzenie?

Na to ostatnie pytanie odpowied¼ mia³a nadej¶æ szybciej ni¿ spodziewa³, bo jego rozmy¶lania przerwa³o otworzenie siê przej¶cia do kuchni. Nikt nie wszed³ do ¶rodka, ale Zgredek wyra¼nie s³ysza³ szepty.
- Gdzie j± zostawi³e¶? - mówi³ jeden g³os.
- Nie wiem, musia³a mi wylecieæ gdzie¶ przy tym stole - odpar³ drugi.
- Cicho, nie mog± nas us³yszeæ. - Niewidzialni ch³opcy, jak siê domy¶li³ Zgredek byli gdzie¶ w okolicy sto³u, gdy jeden z nich wpad³ na ³awê i przewróci³ siê, staj±c siê widzialny. Drugi zrzuci³ z siebie jak±¶ p³achtê i w powietrzu lewitowa³a g³owa z okularami rozczochranymi w³osami.
- Syriusz, mieli¶my byæ jak ninja, o których mówi³ Remus.
- Ups - odpar³ Syriusz pocieraj±c nogê w miejscu, w którym uderzy³ w ³awê.
- Widzisz moj± ró¿d¿kê? - zapyta³ pierwszy.
- Tak, le¿y tutaj, wpad³a pod stó³, czekaj, ju¿ j± wyci±gam. Syriusz po³o¿y³ siê na ziemi i po chwili wsta³ z ró¿d¿k± w rêku.
- Zgredek przeprasza, ale Zgredek musi z paniczami porozmawiaæ sir. - Teleportowa³ siê na stó³, przy którym stali ch³opcy.
- Yyy... nas tu nie ma, prawda James? - powiedzia³ ch³opiec, którego kolega nazywa³ Syriuszem.
- Tak, nie ma - przytakn±³ jego towarzysz, który by³ tylko lewituj±c± g³ow±.
- Zgredek, chcia³ tylko zapytaæ, czy paniczowie byli tu wcze¶niej i widzieli co siê sta³o z Gorza³k±?
- Gorza³k±? Macie tu alkohol? - zapyta³ ch³opiec o imieniu James.
- Zgredek mówi o skrzacie, który zosta³ zabity no¿em sir.
- Aaaa - powiedzieli jednocze¶nie ch³opcy i wymienili ze sob± porozumiewawcze spojrzenia.
- Grymsik, kuzyn Zgredka zosta³ oskar¿ony o zabójstwo i grozi mu wygnanie, a Zgredek uwa¿a, ¿e on jest niewinny sir.
- Nas nie powinno tu byæ Zgredku, wiêc powiemy ci co wiemy, ale nie mo¿esz nikomu tego mówiæ, bo nas tu nie ma. - Ch³opiec o imieniu James zrzuci³ z siebie resztê p³aszcza i by³ ju¿ w pe³ni widzialny.
- Poczekaj sir. Zgredek pójdzie po Dowódcê, on musi to us³yszeæ, by Grymsik by³ wolny.

Zgredek pobieg³ do sali bêd±cej sypialni± skrzatów i po chwili wróci³ stamt±d ci±gn±c za sob± zdenerwowanego Dowódcê.
- Zgredek przeprasza, ale Dowódca musi to us³yszeæ.
- Jaki Dowódca? - zapyta³ przyci±gniêty skrzat.
- Zgredek nie wie jak siê nazywa, wiêc mówi Dowódca. - Na twarzy Dowódcy pojawi³o siê jednocze¶nie zaskoczenie, zmieszanie i zdenerwowanie.
- Co tutaj robi± ci uczniowie? - zapyta³.
- To panicz James i panicz Syriusz, niewidzialni ch³opcy. Powiedzieli Zgredkowi, ¿e wiedz± co tu siê sta³o.
- Gnidek s³ucha. - Dowódca zwróci³ siê do ch³opców. Zgredek pomy¶la³, ¿e imiê które wymy¶li³ bardziej pasuje do tego skrzata, ni¿ Gnidek, ale zostawi³ to dla siebie.
- Przyszli¶my po ciasto, bo skoñczy³y nam siê zapasy. - James zacz±³ mówiæ.
- Pyszny porzeczkowy placek poszed³ pierwszy. - Syriusz rozmarzy³ siê na my¶l o placku.
- Tak, wiêc przyszli¶my po ten placek, ten skrzat Gorza³ka sta³ na kredensie i szarpa³ siê z szafk±, nie móg³ jej chyba otworzyæ.
- W pewnym momencie wzi±³ nó¿ i zacz±³ go wk³adaæ w szparê, chyba mu siê uda³o, ale szarpn±³ za mocno i polecia³ do ty³u, szafka siê zatrzês³a. - Syriusz zrobi³ dramatyczn± pauzê.
- On spad³ na pod³ogê, a na niego zlecia³ nó¿, który po³o¿y³ na tej szafce.
- Przestraszyli¶my siê, bo uczymy siê tu od dwóch tygodni i nie powinno nas byæ poza dormitorium o tej porze.
- Wiêc uciekli¶my, ale okaza³o siê, ¿e zgubi³em ró¿d¿kê - wyja¶ni³ James.
- Dlatego wrócili¶my. - Zakoñczy³ Syriusz.
- Gnidek dziêkuje, ¿e to powiedzieli¶cie, a teraz mo¿ecie ju¿ i¶æ.
- Czy teraz Grymsik bêdzie wolny? - zapyta³ Zgredek.
- Tak, ale Zgredek niech ju¿ lepiej wraca do siebie.

Tak te¿ uczyni³, nie spotka³ siê tym razem z kuzynem, ale chocia¿ uda³o mu siê dowie¶æ niewinno¶ci Grymiska, pomimo, ¿e za du¿o w tym jego zas³ugi nie by³o, czu³ zadowolenie.

Teraz mo¿e spokojnie wróciæ do domu i przypaliæ sobie uszy ¿elazkiem.


PRACA B - Syriusz32


Cena pos³uszeñstwa


Zgredkowi serce zabi³o jak szalone, gdy przemykaj±c w cieniu s³abo o¶wietlonego korytarza, us³ysza³ przed sob± szczêkniêcie zamka i ciê¿kie kroki, których echo roznosi³o siê dooko³a. Szybkim susem przedosta³ siê za najbli¿szy kamienny pos±g i kucn±³ tak, aby spomiêdzy jego nóg widzieæ kto siê zbli¿a. Ku jego niezadowoleniu, nie by³ to ¿aden zb³±kany podczas wieczornej eskapady uczeñ, a doros³y mê¿czyzna przy ko¶ci, na którego g³owie zaczyna³o ju¿ powoli brakowaæ siwiej±cych w³osów. Zmierza³ od strony sali eliksirów, wiêc skrzat z du¿ym prawdopodobieñstwem móg³ za³o¿yæ, ¿e jest to profesor Slughorn. Ten sam cz³owiek, na którego wyj¶cie mia³ czekaæ. By³o jednak stanowczo za wcze¶nie i co gorsze - nauczyciel mia³ przy sobie stos pergaminów, a z kieszeni jego marynarki ze z³otymi guzikami wystawa³o zdobione pióro. To nie wró¿y³o dobrze.

Mê¿czyzna stan±³ przed obrazem prezentuj±cym misê, w której znajdowa³y siê miêdzy innymi banany, brzoskwinia i gruszka, do której zbli¿y³ woln± d³oñ. Nastêpnie wykona³ dziwny gest, którego skrzat nie potrafi³ rozpoznaæ i chwilê pó¼niej owoc zacz±³ siê wykrêcaæ, a¿ utworzy³ zielon± klamkê. Gdy tylko profesor za ni± z³apa³, Zgredek podj±³ b³yskawiczn± decyzjê. Nie móg³ tutaj zostaæ. Je¶li te papiery by³y tym po co przyszed³, nie bêdzie mia³ drugiej okazji na zdobycie ich niezauwa¿enie. Wej¶cie do kuchni w innym momencie zwróci³oby uwagê, a na to nie móg³ sobie pozwoliæ. Powrót z pustymi rêkami tak¿e nie wchodzi³ w grê - wtedy nie wykona³by rozkazu swojego pana. Jeszcze nigdy go nie zawiód³, dla skrzata to najgorsza hañba, której nie chcia³ do¶wiadczyæ. Wybór by³ wiêc oczywisty. Zbli¿y³ siê do czarodzieja najciszej jak móg³, jednak na tyle szybko, aby zd±¿yæ przed zamykaj±cym siê przej¶ciem.

Gdy drzwi zatrzasnê³y siê za nimi, dotar³ do niego ogrom tej sali. Rozejrza³ siê dooko³a i stwierdzi³, ¿e musi byæ to kuchnia. Wskazywa³y na to miêdzy innymi kot³y oraz szafki z najrozmaitszymi sk³adnikami i przyprawami, nad którymi wisia³y sznurki z susz±cymi siê grzybami. Znajdowa³y siê one na samym koñcu, gdy¿ wiêkszo¶æ pomieszczenia zajmowa³y potê¿ne, drewniane ³awy, niemal na ca³± jego d³ugo¶æ. Równie zadziwiaj±cy by³ dla niego fakt, ¿e prawie wszystkie ¿ywe istoty znajduj±ce siê tutaj to skrzaty.

Nauczyciel ruszy³ dziarsko w stronê jednego z pod³u¿nych, drewnianych sto³ów, wiêc Zgredek nie móg³ dalej bezczynnie staæ i siê przygl±daæ. Skierowa³ kroki w stronê centralnej czê¶ci sali, gdzie znajdowa³y siê inne, podobne mu stworzenia. Ich obecno¶æ oraz rozmiar kuchni nieco go przyt³acza³y, ale postanowi³ wykorzystaæ je na swoj± korzy¶æ. Uzna³, ¿e najskuteczniejsz± metod± bêdzie wtopienie siê w t³um, udaj±c jednego z kuchcików. Zacz±³ wcielaæ plan w ¿ycie, poprzez na¶ladowanie zachowañ innych skrzatów, ca³y czas obserwuj±c cz³owieka, który tak bardzo przeszkadza³ mu w wykonaniu zadania.

Podczas gdy wiêkszo¶æ pracowników podchodzi³a z pó³miskami pe³nymi jedzenia do sto³ów i stawia³a je skrzêtnie, aby na wszystko znalaz³o siê miejsce (szykuj±c kolacjê, na któr± zgodnie z wcze¶niejszym planem mia³ siê udaæ Slughorn), Zgredek zaj±³ siê pozornym poprawianiem po nich ustawionej zastawy. Prawdziwym celem by³o jednak pods³uchanie rozmowy, któr± prowadzi³ nauczyciel z innym skrzatem. Gdy tylko us³ysza³ "miód pitny", z³apa³ w miarê czysty kielich i pogna³ w stronê szafek. Otworzy³ jedn± z nich, chwyci³ pierwsz± butelkê wspomnianego napoju jaka wpad³a mu w rêce i zdar³ z niej etykietê. Nie by³ pewien, czy wzi±³ dok³adnie to, co ¿yczy³ sobie mê¿czyzna, a chcia³ w pe³ni wykorzystaæ okazjê do zobaczenia, co znajduje siê na kawa³kach pergaminu, które tu przyniós³.

Przelewa³ pomarañczowy p³yn, po¿±dany przez profesora, przegl±daj±c popisane papiery. Zape³nia³ kielich na tyle wolno, aby dok³adnie ogarn±æ wszystko wzrokiem. Musia³ przy tym staæ na ³awce, aby w ogóle siêgaæ rêkami nad blat. W koñcu na jednym z dwóch stosów pergaminu dostrzeg³ podpis Lucjusz Malfoy - cel swojej misji. Teraz wystarczy³o tylko zlokalizowaæ drug± kartê z identycznym podpisem i...

- Uwa¿aj co robisz! - powiedzia³ profesor, gniewnie spogl±daj±c na skrzata znad swojego w±sa. Zgredek przeniós³ wzrok na kielich, z którego powoli zacz±³ wylewaæ siê miód pitny. Szybko od³o¿y³ butelkê, z³apa³ za skrawek szmaty s³u¿±cej mu za ubiór i zacz±³ energicznie wycieraæ nim plamê na stole.
- Przepraszam, sir, ja...
- Horacy! - przerwa³ mu krzykiem inny czarodziej, który w³a¶nie stan±³ w przej¶ciu. Móg³ byæ w podobnym wieku co Slughorn, a przynajmniej to wywnioskowa³ skrzat z ogólnego wygl±du obu mê¿czyzn. Drugi z nich by³ jednak chudszy, wy¿szy i mimo niemal¿e bia³ych w³osów, odm³adza³ go delikatny u¶miech, który zdawa³ siê nie znikaæ z jego twarzy.
- Albusie! Ale mnie przestraszy³e¶ - odpar³ nauczyciel eliksirów, wstaj±c i podaj±c mu rêkê, gdy tamten zbli¿y³ siê ju¿ na odpowiedni± odleg³o¶æ. - W³a¶nie rozmawia³em z twoim skrzatem.
- To interesuj±ce, bo to nie jest mój skrzat - wyja¶ni³ w odpowiedzi, a Zgredek poczu³, jak serce skacze mu do gard³a.

Wydawa³o mu siê, ¿e w tej sekundzie ca³y plan run±³ jak domek z kart, a jego zaraz spotka surowa kara za oszustwo wobec czarodziejów. Zastanawia³ siê tylko czy przysma¿± go za pomoc± ró¿d¿ek, wrzuc± do którego¶ z kot³ów, czy mo¿e u¿yj± no¿y, o które nietrudno w kuchni. Jednak nic takiego siê nie wydarzy³o, bo chwilê pó¼niej dyrektor doda³:
- Skrzaty s± pracownikami Hogwartu, a nie moj± w³asno¶ci±. Je¶li nie chc±, nie musz± tutaj pracowaæ i mog± odej¶æ w ka¿dej chwili.

Po tych s³owach Zgredek znów nabra³ nadziei na to, ¿e mo¿e uda mu siê spe³niæ ¿yczenie jego pana. Z drugiej strony zdania wypowiedziane przez czarodzieja wydawa³y mu siê do¶æ absurdalne. Nie musz± pracowaæ? Mog± odej¶æ? Nie trzyma³o siê to kupy. Póki co, postanowi³ jednak zbytnio tego nie roztrz±saæ. W koñcu kto¶ siê zorientuje, ¿e nie powinno go tutaj byæ, a wola³by, ¿eby sta³o siê to ju¿ po opuszczeniu przez niego tego pomieszczenia. Z zamy¶lenia wyrwa³ go dopiero g³os nauczyciela eliksirów.
- Nie powiniene¶ byæ na kolacji? - swoje s³owa skierowa³ do drugiego mê¿czyzny.
- Móg³bym ciebie spytaæ o to samo, drogi przyjacielu.
- Chcia³em uporaæ siê jeszcze dzisiaj z tymi wypracowaniami, a warto wychyliæ przy tym szklaneczkê czego¶ mocniejszego - odpowiedzia³, podnosz±c kielich ze sto³u i przyk³adaj±c go do ust.
Zgredek uzna³by ten moment za idealny do kradzie¿y odpowiedniego pergaminu, jednak obecno¶æ drugiego czarodzieja skutecznie mu to uniemo¿liwia³a. Wyczekiwa³ wiêc kolejnej dobrej okazji, ca³y czas wycieraj±c stó³, który zaczyna³ ju¿ siê b³yszczeæ od ci±g³ego pocierania. Dyrektor zdawa³ siê to zauwa¿yæ.
- Chyba jest ju¿ dostatecznie czysty - powiedzia³, u¶miechaj±c siê ciep³o. Teraz Zgredek wiedzia³, ¿e musi wymy¶liæ co¶ innego, aby utrzymaæ siê przy nich bez podejrzeñ.
- Tak, sir. A czy... sir, czy sir czego¶ potrzebuje? - spyta³ skrzat, wlepiaj±c wzrok w pod³ogê, przez co nie zauwa¿y³ badawczego spojrzenia, którym obdarzy³ go mê¿czyzna.
- Jakby siê zastanowiæ to tak. Poproszê to co zwykle - odpar³, mru¿±c oczy.

On wie. Ta my¶l nie mog³a opu¶ciæ g³owy skrzata. Powraca³a niezno¶nie podczas tych kilku sekund ciszy, mimo tego, ¿e stara³ siê j± wyprzeæ. W koñcu nawet je¶li jeszcze nie wiedzia³, to zaraz siê dowie. Nie wie co nale¿y mu przynie¶æ, a ca³a ta maskarada wyjdzie na jaw. Z oczami pe³nymi ³ez podniós³ g³owê, aby mu odpowiedzieæ, jednak twarz dyrektora by³a pogodna jak wcze¶niej.
- Chocia¿... Nie ma takiej potrzeby. W koñcu sam doskonale wiem, gdzie szukaæ swoich przysmaków - doda³ po chwili, a Zgredek nie wiedzia³ co siê dzieje. ¦wiat zawirowa³ mu dooko³a z nadmiaru sprzecznych sygna³ów i wyj±tkowo szybkiej zmiany nastrojów. Czarodziej zdawa³ siê doskonale czytaæ ka¿dy jego ruch, a mimo to nie przeszkadza³ mu w tym co zamierza³ zrobiæ. Co wiêcej, jak za chwilê przekona³ siê skrzat, nawet mu pomaga³.

- Pójdziesz ze mn± Horacy? - spyta³ nauczyciela eliksirów, wstaj±c od sto³u i podnosz±c butelkê z miodem pitnym. - Pó¼niej mo¿emy dokoñczyæ ten trunek u mnie - zaproponowa³.
- Nie zrozum mnie ¼le Albusie, ale mam naprawdê sporo prac do sprawdzenia - t³umaczy³ siê mê¿czyzna.
- Czasami - zacz±³ dyrektor, po czym zrobi³ krótk± pauzê, aby dobrze u³o¿yæ sobie w g³owie ca³e to zdanie. Wznowi³ po chwili, tym razem jednak patrz±c w stronê skrzata. - Czasami musimy s³uchaæ prze³o¿onych, zamiast post±piæ zgodnie z w³asnym sumieniem.
- Skoro tak stawiasz sprawê, to nie zostaje mi nic innego jak siê z tob± zgodziæ - powiedzia³ Slughorn, chocia¿ wcale nie wygl±da³ na niezadowolonego. Na jego raczej mo¿na by³o znale¼æ u¶miech ni¿ grymas. Wsta³, wycieraj±c wielkiego w±sa. Poprawi³ po tym jeszcze kamizelkê i razem ruszyli na drugi koniec pomieszczenia.

Zgredek natychmiast chwyci³ kartkê, na której widzia³ nazwisko swojego pana i zacz±³ grzebaæ w drugim stosie. Zd±¿y³ sprawdziæ kilka prac z wierzchu, gdy us³ysza³ dono¶ny trzask zamykanej szafki. Wiedzia³, ¿e jest ju¿ za pó¼no. Schowa³ wypracowanie za poszewkê, w któr± by³ ubrany i bezsilnie obserwowa³, jak kilka sekund pó¼niej profesor wzi±³ ze sto³u pozosta³e kartki. Po chwili wyszed³ razem z dyrektorem, który chwilê wcze¶niej odwróci³ siê i skin±³ do skrzata z u¶miechem. Zgredek poczeka³ a¿ tamci odejd±, a potem sam pstrykn±³ palcami i znalaz³ siê w dormitorium ch³opców ze Slytherinu, gdzie przebywa³ pan Lucjusz.

S³ysz±c skrzata schowa³ sztalugê. Wype³nia³ w³a¶nie niedu¿e p³ótno malunkiem wê¿a zjadaj±cego lwa, ale by³a to sprawa, która mog³a poczekaæ.
- Zrobi³e¶ co mia³e¶ zrobiæ? - zapyta³ oschle.
- Sir, Zgredkowi uda³o siê zabraæ tylko jedn± kartkê... Profesor Slughorn ca³y czas ich pilnowa³, sir - duka³ skrzat smutnym g³osem, k³aniaj±c siê przy tym nisko. Nie widzia³ przez to zaciskaj±cej siê w z³o¶ci piê¶ci bladego ¶lizgona. Zd±¿y³ zobaczyæ za to, jak podchodzi on do kominka i ¿elaznymi szczypcami wyjmuje z niego niewielki, ¿arz±cy siê kawa³ek drewna.
- Wystaw rêce - rozkaza³, co skrzat natychmiast wykona³. - Zawiod³e¶ mnie - kontynuowa³ ju¿ swoim ca³kowicie spokojnym, lodowatym g³osem - wiêc nale¿y ci siê za to kara.

***

Poparzone rêce Zgredka piek³y niemi³osiernie, gdy przemykaj±c w cieniu s³abo o¶wietlonego korytarza, us³ysza³ przed sob± ciê¿kie kroki cz³owieka, któremu musia³ zabraæ drugi fragment pergaminu.

Edytowane przez Prefix u¿ytkownikamonciakund dnia 03.08.2020 14:19
confessionsofasomedaysomebody.files.wordpress.com/2015/01/ga-mer-and-christina-dancing.gif

- - -
The human life is made up of choices. Yes or no. In or out. Up or down. And then there are the choices that matter. Love or hate. To be a hero or to be a coward. To fight or to give in. Live or die.
- - -

31.media.tumblr.com/1ca838daf1b7baf7bf54202eafbe7917/tumblr_mr7lzbBN7k1rv3froo1_500.gif

- - -
Don't let what he wants eclipse what you need. He's very dreamy but he's not the sun, you are.
- - -

66.media.tumblr.com/tumblr_l9mktjSej61qaao9mo1_500.gif

---
Nad przepa¶ci±, tego¿ roku
¯yraf masa siê w amoku
Rodzi. Pamiêæ ludzka jest
Zawodna, mimo tego fiest
Tysi±ce, z tej okazji,
Ku jej chwale od Abchazji
A¿ po Nordkapp wspominacie.
"Czyjej chwale?", siê spytacie.
Jak to czyjej? Monci* naszej.
Gryfa córce, redakcyjnej
Na tym ¶wiecie ambitniejszej
Od niej nie ma. Tu rysunek,
Tam malunek i do tego
Social media. Wizerunek
Hp-neta tam kreuje, ego
Strony reperuje. Szczerze,
Bardzo, bardzo szczerze mówi±c
Cz³ek orkiestra, ¿ywa gwiazda.
¯yj nam wiecznie, twórz i kreuj.
Koniec, basta - taki mus i
¯yraf pasta.

---

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2016awards_pedzel.png

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2021adminnaj.png

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2021-adminpieklo.png

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2021wydarzenie2.png

www.harry-potter.net.pl/images/articles/moncia.jpg


 
Prefix u¿ytkownikamonciakund
2. DRAMAT
- Historia musi dziaæ siê w czasach wielko¶ci Grindenwalda, g³ównym bohaterem nie mo¿e byæ osoba wystêpuj±ca w ksi±¿kach ani filmach.
- g³ównym w±tkiem ma byæ dyskryminacja mugoli oraz chêæ zaprowadzenia przez Grindenwalda nowego porz±dku.
- to czy g³ówny bohater bêdzie po stronie Grindenwalda czy przeciw zale¿y od autora.
- Wydarzenia musz± toczyæ siê w Europie, jednak nie mo¿e byæ to Francja ani Wielka Brytania

PRACA C - Nedelle


Zawsze zastanawia³em siê, czym ¿ywi siê ludzka nienawi¶æ. Czy ró¿ni siê od tej zwierzêcej? Zapewne. Odk±d by³em ma³ym dzieciakiem wpajano mi, ¿e wyleczyæ j± mo¿e tylko mi³o¶æ. Nigdy jednak do koñca nie potrafi³em sobie wyt³umaczyæ, w jaki sposób tak specyficzny lek mia³by pomóc na tak powszechn± chorobê panuj±c± na ca³ym ¶wiecie. Gdy wszyscy w nocy spali, my¶li urz±dza³y gonitwy w mojej niespokojnej g³owie. Wiem, ¿e by³em niechcianym dzieckiem. Kolejna morda do wykarmienia, wychowania i nieprzynosz±ca dumy jako jedyna z trójki braci. Gdyby nie babcia, ju¿ dawno obserwowa³bym ¶wiat z góry. Rodzice ow³adniêci wizj± lepszego ¶wiata i "dla wiêkszego dobra" najchêtniej pozbyliby siê w³asnego dziecka - char³aka.

Ka¿dego dnia s³ucha³em tego, jak mugole zabijaj± siê na polu bitew i poza ich granicami. Norwegia, w której siê urodzi³em i wychowywa³em, pozosta³a neutralna. Nie chcia³em sobie wyobra¿aæ, co by by³o, gdyby opowiedzia³a siê po której¶ ze stron. Nasze biedne spo³eczeñstwo nie by³o gotowe na wojnê. Chocia¿ moi rodzice uwa¿ali inaczej, mugole i czarodzieje nie ró¿nili siê od siebie, nie w tej kwestii. G³odowali¶my tak samo. Wraz z owsiank± i rybami ludzie przegryzali równie¿ przekleñstwa, które g³o¶no wypowiedziane nios³y tymczasow± ulgê.

B³±ka³em siê pomiêdzy domostwami, tak jak my¶li po moim zmêczonym umy¶le. Bracia szykowali siê na wyjazd do Durmstrangu. Nie by³em im potrzebny, wiêc wyszed³em na spacer. Znów czu³em ch³ód; nie pasowa³em do tego ¶wiata. Zawieszony gdzie¶ pomiêdzy nêdznymi mugolami a wspania³ymi czarodziejami nie potrafi³em powiedzieæ, kim jestem. Za kilka dni mia³em staæ siê doros³ym. Nigdy na tê chwilê nie czeka³em; to brzemiê i tak nosi³em od dawna. Z jednego z domów us³ysza³em p³acz dziecka. Zaciekawiony poszed³em w tamt± stronê. W po³owie drogi zatrzyma³em siê. Z tamtego domu wybieg³ mê¿czyzna w sile wieku trzymaj±c na rêkach nieprzytomn± kobietê. Rozpozna³em ich - czêsto odwiedzali mojego ojca w sprawach, o których nie mia³em prawa wiedzieæ. Goni³ ich m³odzian o blond w³osach. Jego chuda sylwetka by³a ledwo widzialna. Czarny p³aszcz utrudnia³ mu poruszanie siê. Zdenerwowany wyci±gn±³ ró¿d¿kê i miota³ zaklêciami w uciekaj±cego mê¿czyznê. Poza nami nikogo nie by³o. Nie mog³em pomóc! By³em tak samo bezradny jak ofiara! Czu³em siê okropnie. Kto¶ potrzebowa³ ratunku, a ja, mê¿czyzna, nie potrafi³em nic zrobiæ! Zacisn±³em mocno piê¶æ. M³odzian rzuca³ czary coraz agresywniej i bardziej chaotycznie. Trafi³. Zielone ¶wiat³o uderzy³o w plecy mê¿czyzny. Ofiara zwali³a siê ociê¿ale, upadaj±c na ziemiê. Swoim ciê¿arem przygniot³a nieprzytomn± kobietê. M³odzian za¶mia³ siê rado¶nie. Czu³em, jak wzrasta we mnie gniew. Ocieka³em z³o¶ci±, topi³em siê w niej. Blondyn nie zwróci³ na mnie uwagi. Próbowa³em zrobiæ choæ krok w jego stronê, lecz nie potrafi³em. Zauwa¿y³ mnie w koñcu i od razu wycelowa³ ró¿d¿kê w moj± g³owê.

- Kolejny mugol? - zapyta³. Zmarszczy³ brwi, jakbym wydziela³ odór. Zaprzeczy³em. Kaza³ to udowodniæ. Pytanie wydawa³o mi siê nielogiczne. Mugol nie wie o istnieniu czarodziejów i magii, a wiêc nie mo¿e wiedzieæ, ¿e jest mugolem. W oczach blondyna pojawi³o siê obrzydzenie. - Przez takich jak ty musimy siê chowaæ. Chc± nas uciszyæ! Grindelwald ma racjê. Dosyæ bycia pomiatanym!

- Przecie¿ oni nie wiedz± o naszym istnieniu! - Odpar³em zdenerwowany. Wci±¿ trzyma³em d³oñ zaci¶niêt± w piê¶æ. Moje knykcie powoli bieli³y siê. Wszystko we mnie krzycza³o. Oczy zapiek³y, gdy usi³owa³em zapanowaæ nad ³zami. - Ten mê¿czyzna nic ci nie zrobi³!

- G³upi jeste¶? Moje ¿ycie jest wa¿niejsze od ¿ycia mugola! Dla wiêkszego dobra! Ten tutaj by³ moim wrogiem w tworzeniu lepszego ¶wiata. Znikaj st±d, to mo¿e nie skoñczysz jak ten ¶mieæ - odpar³ ostro. Splun±³ na swoj± ofiarê. Dr¿a³em ze z³o¶ci. Nie zdawa³em sobie sprawy z tego, jakim tchórzem by³em. Nie panowa³em nad sob±! Obróci³em siê powoli. Gdy odchodzi³em, przera¿ony odwraca³em co krok g³owê. Upewnia³em siê, ¿e na pewno nie bêdzie chcia³ mnie trafiæ kl±tw±. Widzia³em grymas, który zago¶ci³ na twarzy m³odzieñca. Gdy by³em ju¿ do¶æ daleko, zarzuci³ cia³o mê¿czyzny na swoje barki. Us³ysza³em charakterystyczny trzask. M³odzieniec wraz z trupem zniknêli. Podbieg³em z powrotem, by zaj±æ siê nieprzytomn± kobiet±. Na ca³e szczê¶cie wygl±da³a na ca³±, nie mia³a widocznych z³amañ.

Wróci³em pe³en z³ych emocji do domu. Oczywi¶cie tam czeka³a mnie kolejna porcja zdenerwowania, bezsilno¶ci i beznadziejno¶ci. Rodzice obojêtnie spojrzeli na mnie, gdy przekroczy³em próg. Nie przej±³em siê tym zbytnio, przywyk³em ju¿ do ch³odnego traktowania. Jedynie nasza stara kotka wysz³a zadowolona siê ze mn± przywitaæ. Sier¶æ mia³a ju¿ lekko wyp³owia³±, choæ wci±¿ rudaw±. Podesz³a do mnie leniwie i otar³a siê w ge¶cie powitania. Pog³aska³em j± i ruszy³em zmarnowany do swojego pokoju. Po drodze zerkn±³em w lustro wisz±ce na ¶cianie: wygl±da³em tragicznie. Moje krótkie, rozwiane w³osy stercza³y na wszystkie strony. Oczy podkr±¿one i ziej±ce pustk± zniechêca³y do rozmów ze mn±. Grymas idealnie odzwierciedla³ mój pod³y humor. Ubranie wymiêtoszone i za³o¿one na szybko nie dodawa³y mi elegancji. Machn±³em rêk±. Do diab³a z ca³ym tym zgni³ym ¶wiatem!

Le¿±c na niepo¶cielonym ³ó¿ku patrzy³em siê w sufit. S³ucha³em mimowolnie k³ótni rodziców. Znów chodzi³o o naprawê ¶wiata i wiêksze dobro. Wygl±da³o na to, ¿e ojciec dowiedzia³ siê o ¶mierci jego wspó³pracownika, czy kim tam dla siebie byli. Zrezygnowany usi³owa³em zasn±æ. Nie interesowa³a mnie kolejna sprzeczka doros³ych ludzi. W pewnej chwili otworzy³em szeroko oczy: ojciec przyst±pi³ do armii Grindelwalda! Ta wiadomo¶æ przyspieszy³a bicie mojego serca, zimny pot obla³ moje wykoñczone cia³o. Ciarki przesz³y po mnie, gdy s³ucha³em ile osób ju¿ wyeliminowa³ wraz z innymi ¿o³nierzami Gellerta. Zatka³em uszy. Nie chcia³em s³uchaæ o tych potworno¶ciach. Trudno by³o mi zag³uszyæ g³os serca, który coraz bole¶niej u¶wiadamia³ mi, jak okrutny jest ¶wiat. Nie rozumia³em, sk±d w moich rodzicach tyle nienawi¶ci do innych osób. Potrafili ow³adniêci ni± zabijaæ!

Nie pamiêtam, kiedy usn±³em; wiedzia³em tylko, ¿e sen mia³em bardzo niespokojny i zdecydowanie nie poprawi³ mi humoru. Zda³em sobie sprawê, ¿e wybudzi³o mnie uczucie smutku i przygnêbienia. Wsta³em odrêtwia³y i podszed³em do okna; przed wej¶ciem do domu ojciec rozmawia³ o¿ywiony z moim starszym bratem. Przewróci³em oczami. Bracia zawsze byli pos³uszni rodzicom. Grzeczne pupile, co dumnie reprezentowa³y czarodziejski stan. Im d³u¿ej siê jednak przys³uchiwa³em, tym mocniej zdawa³em sobie sprawê, ¿e brat sprzecza³ siê z ojcem. Wskaza³ mu niedaleko stoj±c± dziewczynê. Owiniêta grubym, we³nianym szalem patrzy³a na nich przestraszona i zdezorientowana. Skaka³a z nogi na nogê, by nie zmarzn±æ. Ojciec wyci±gn±³ ró¿d¿kê i jednym ruchem odsun±³ mojego brata popychaj±c go mocno. Dziewczyna otworzy³a szeroko oczy, wci±¿ najwyra¼niej nie wiedz±c, co siê wokó³ niej dzieje. Przygl±daj±c siê ca³y czas sytuacji, ubiera³em siê pospiesznie. Do dziewczyny podszed³ starszy mê¿czyzna. Wygl±da³ na jej ojca, mieli podobne rysy twarzy i taki sam kszta³t nosa. Obj±³ j± ramieniem i spojrza³ na mojego rodzica z obrzydzeniem. Brat próbowa³ uratowaæ sytuacjê, lecz po raz kolejny zosta³ popchniêty. Upad³ ciê¿ko na ziemiê. Ruszy³em, by mu pomóc.
Gdy wybieg³em z domu, zasta³em dziwn± sytuacjê. Ojciec dziewczyny trzyma³ w rêku broñ mugolsk± i celowa³ ni± w mojego ojca. Brat przera¿ony zwisa³ do góry nogami. Wierzga³. Jego ró¿d¿ka le¿a³a daleko od niego na ziemi. Dziewczyna przera¿ona wtuli³a siê w ramiê starszego mê¿czyzny, a jej nogi dr¿a³y tak mocno, ¿e mia³em wra¿enie, ¿e zaraz upadnie. Mój ojciec za¶ celowa³ ró¿d¿k± w g³owê mê¿czyzny. Nie my¶la³em za d³ugo. Wystarczy³ jeden bezmy¶lny impuls. Wbieg³em pomiêdzy nich. W jednej chwili s³ysza³em krzyk dziewczyny, wo³anie brata i oblegi ojców, a tak¿e g³o¶ny huk broni mugolskiej i s³owa kl±twy.

Czujê ciep³o w klatce piersiowej. Czy to moja krew? Czujê siê tak s³abo... Co¶ b³ysnê³o zielonym ¶wiat³em. Babuniu, ciemno tu. Bojê siê!


PRACA D - Shanti Black


Przyjecha³am tu, ¿eby pomóc. W³a¶ciwie przyjecha³y¶my - cztery Uzdrowicielki ze Szpitala Walpurgi w Berlinie. To by³o cztery miesi±ce temu, wiosn±. By³o jeszcze ch³odno, fetor gangreny nie dominowa³ w lazarecie, a mimo to jedna z moich kole¿anek wróci³a do miasta ju¿ po tygodniu. Dwie pozosta³e by³y ze mn± nieco ponad miesi±c, ale te¿ odesz³y.
Jeszcze trzymaj±c ¶wistoklik prosi³y, bym przemy¶la³a moj± decyzjê i wróci³a z nimi. Jak¿e g³upia by³am, nie s³uchaj±c ich! My¶la³am, ¿e jestem lepsza od nich, bo mam si³ê pozostaæ tutaj w¶ród chorych, nios±c pomoc. By³am taka naiwna.
Teraz nie mam kontaktu z ¿adn± z nich. Ostatni list wys³a³am ca³e tygodnie temu, a moja sowa nie wróci³a. Mo¿e nawet nie dotar³a do domu. Powietrze tu jest pe³ne huku i dymu, lataj±ce maszyny wyj± bezustannie zrzucaj±c na nas wybuchaj±ce kule. Nie spodziewam siê ju¿ odpowiedzi. ¯aden ptak tutaj nie dotrze.
Nagle ca³y budynek zatrz±sn±³ siê, a na zewn±trz rozleg³y siê przera¿one krzyki. Bomba? Atak? Czy¿by Francuzi prze³amali front? Odstawiam tacê na najbli¿sze ³ó¿ko i wybiegam z lazaretu, chwytaj±c za ró¿d¿kê ukryt± w kieszeni fartucha.
Czarodzieje! Od strony frontu nadchodz± czarodzieje, zaklêcia b³yskaj± w w wieczornym pó³mroku, a mugolskie maszyny skrzypi± i gn± siê pod naciskiem magii. ¯o³nierze krzycz±, nie rozumiej±c co siê dzieje. A ja? Ja pierwszy raz od tygodni czujê ulgê. Nie widzia³am magii ju¿ tak d³ugo.
Najbli¿szy czarodziej patrzy mi w oczy. Podnoszê ró¿d¿kê w niemym pozdrowieniu, nie us³yszymy siê nad tym ha³asem. Podchodzi do mnie szybkim krokiem, rozgl±daj±c siê. Wszyscy mugole biegaj± w panice, a ja stojê, u¶miechaj±c siê.
- Co tu robisz? - pyta.
- Sama nie wiem! - odpowiadam ze ¶miechem. O, jak bardzo chcê ju¿ wróciæ do domu. Nigdy nie powinnam by³a zostawiæ Berlina. Nigdy nie powinnam by³a przyje¿d¿aæ tutaj, miêdzy tych dziwnych ludzi których nie rozumiem, a których wynalazki mnie przera¿aj±.
- Chcesz kogo¶ poznaæ? - proponuje mi swoje ramiê.
- Teraz?
- Tak, teraz! Bruno! - Krzyczy do najbli¿szego mê¿czyzny, który metodycznie niszczy stoj±ce w rzêdzie samoloty. - Wracam do Gellerta!
- Id¼! - pada odpowied¼. - Poradzimy sobie!
Przyjmujê jego rêkê i ogarnia mnie chaos i ¶cisk aportacji.
Pojawimy siê w ciemno¶ci roz¶wietlanej bladoniebieskimi jêzykami ¶wiat³a. Chwilê zajmuje mi zorientowanie siê, gdzie jeste¶my, ale rozpoznajê linie okopów i stanowiska karabinów. Jeste¶my na froncie, po¶rodku pola walki, pomiêdzy lini± niemieck± i francusk±. A przed nami kto¶ uprawia magiê tak potê¿n±, ¿e siêga ona obu stron, obracaj±c w perzynê zasieki i ¶mierciono¶ne maszyny, wywo³uj±c wrzaski paniki i gejzery ziemi.
Czarodziej o¶wietlony nieziemskim blaskiem swojej magii wygl±da jak sam Merlin broni±cy Kamelotu - z bia³ymi rozwianymi w³osami, p³on±cym wzrokiem i strasznym u¶miechem na ustach.
- To Gellert Grindelwald - mówi mój towarzysz. - To on prowadzi tê akcjê. Chcemy zakoñczyæ wojnê w Europie.
To wspania³e. Do tej pory nie s±dzi³am, ¿e cokolwiek zdo³a j± powstrzymaæ. By³a zbyt wielka, by wszystkie samoloty ¶wiata mog³y zatrzymaæ ten nieustanny mord. Ale nie s±dzi³am, ¿e czarodzieje interweniuj±. Rz±d by³ przeciwny wtr±caniu siê w sprawy mugoli. Nieujawnianie siê dla naszego bezpieczeñstwa. Ale czarodzieje i tak ginêli w tej wojnie. Nie wszyscy byli wystarczaj±co szybcy, by ochroniæ siê w razie ataku bombowego. Nasze domy le¿a³y w gruzach. Czy¿by teraz to dostrzegli?
- Ministerstwo przejrza³o na oczy - mówiê g³o¶no.
Mê¿czyzna obok mnie patrzy na mnie ze zdziwieniem.
- Nie wys³a³o nas ministerstwo - mówi. - Gellert sam zdecydowa³, ¿e ju¿ czas dzia³aæ. Ministerstwo to zgromadzenie g³upców i tchórzy.
- £amiecie zakaz ujawniania siê? Nie obawiacie siê konsekwencji?
Wzrusza ramionami z zaciêt± min±.
- Jakich konsekwencji? Je¶li niczego nie zrobimy, mugole zniszcz± te¿ nasz ¶wiat. Nie mo¿emy na to czekaæ!
W tym momencie zapad³a ciemno¶æ - Gellert skoñczy³ czarowaæ. Rozejrza³ siê wokó³ siebie, dostrzeg³ nas i z u¶miechem ruszy³ w nasz± stronê. Z bliska okaza³ siê m³odszy ni¿ podejrzewa³am, jego w³osy nie by³y siwe lecz jasnoblond. Mia³ bardzo przystojn± twarz i fascynuj±ce, ró¿nokolorowe têczówki.
- Klaus, kogo mi przyprowadzi³e¶? - spyta³, mierz±c krytycznym spojrzeniem mój pielêgniarski mundurek.
- Czarownicê! By³a w lazarecie, ucieszy³a siê na nasz widok.
- Maria Kleve - przedstawi³am siê.
- Pomaga³a¶ w lazarecie? Na froncie byli czarodzieje?
- Na pocz±tku dzia³añ. Od kilku tygodni nie spotka³am nikogo. Nie dosta³am te¿ odpowiedzi z Berlina. Moja sowa... pewnie tam nie dolecia³a.
- Ach tak - spojrzenie Gellerta sta³o siê ³agodne. - Nie martw siê. Wrócisz do Berlina z nami.
K³adzie mi d³oñ na ramieniu, a jej ciep³o ogrzewa mnie do g³êbi. Jest jeszcze nadzieja dla czarodziejów w tych okropnych czasach. I ta nadzieja ma imiê - Gellert Grindelwald.
Edytowane przez Prefix u¿ytkownikamonciakund dnia 03.08.2020 14:20
confessionsofasomedaysomebody.files.wordpress.com/2015/01/ga-mer-and-christina-dancing.gif

- - -
The human life is made up of choices. Yes or no. In or out. Up or down. And then there are the choices that matter. Love or hate. To be a hero or to be a coward. To fight or to give in. Live or die.
- - -

31.media.tumblr.com/1ca838daf1b7baf7bf54202eafbe7917/tumblr_mr7lzbBN7k1rv3froo1_500.gif

- - -
Don't let what he wants eclipse what you need. He's very dreamy but he's not the sun, you are.
- - -

66.media.tumblr.com/tumblr_l9mktjSej61qaao9mo1_500.gif

---
Nad przepa¶ci±, tego¿ roku
¯yraf masa siê w amoku
Rodzi. Pamiêæ ludzka jest
Zawodna, mimo tego fiest
Tysi±ce, z tej okazji,
Ku jej chwale od Abchazji
A¿ po Nordkapp wspominacie.
"Czyjej chwale?", siê spytacie.
Jak to czyjej? Monci* naszej.
Gryfa córce, redakcyjnej
Na tym ¶wiecie ambitniejszej
Od niej nie ma. Tu rysunek,
Tam malunek i do tego
Social media. Wizerunek
Hp-neta tam kreuje, ego
Strony reperuje. Szczerze,
Bardzo, bardzo szczerze mówi±c
Cz³ek orkiestra, ¿ywa gwiazda.
¯yj nam wiecznie, twórz i kreuj.
Koniec, basta - taki mus i
¯yraf pasta.

---

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2016awards_pedzel.png

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2021adminnaj.png

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2021-adminpieklo.png

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2021wydarzenie2.png

www.harry-potter.net.pl/images/articles/moncia.jpg


 
Prefix u¿ytkownikamonciakund
3. DRAMAT
- Czasy Harry'ego, Rona i Hermiony, po zakoñczeniu II bitwy o Hogwart.
- Bohaterem musi byæ kto¶ ze z³otego trio,
- musi siê pojawiæ jako postaæ drugoplanowa Draco Malfoy
- akcja musi siê dziaæ podczas procesu pozosta³ych, ocala³ych ¦miercio¿erców

PRACA E - Krnabrny


Hermiona wymknê³a siê po cichu z niewielkiego ³ó¿ka polowego, nie chcia³a obudziæ Rona. Dzieñ jeszcze nie wsta³ na dobre, a namiot podró¿ny z którym ruszyli ca³y by³ pokryty we mgle. Dziewczynie uda³o siê wynale¼æ w ciemno¶ci ró¿d¿kê spoczywaj±c± na stoliku i po chwili zyska³a odrobinê ¶wiat³a. Lepsze to ni¿ nic. Z pomoc± magii w kilka chwil przygotowa³a kubek z kaw± i zaczê³a podgrzewaæ wodê w imbryku. Wiedzia³a, ¿e zd±¿y wypiæ ca³y napój, a jej ch³opak najwy¿ej przewróci siê na drugi bok. Cieszy³a siê, ¿e mia³a go przy sobie. Po tym jak wrócili do Nory pani Weasley z ca³ych si³ rozpieszcza³a zarówno ich jak i Harry'ego, i ³adowa³a w nich jeszcze wiêksze tony jedzenia ni¿ zwykle, zapewne przekonana, ¿e przez wszystkie miesi±ce szukania horkruksów jedli co najwy¿ej korniki i ropuchy. W tej trosce by³o co¶ wiêcej, wydawa³o siê jakby kobieta przez obdarzanie najbli¿szych ogromem uczuæ próbowa³a w jaki¶ sposób oswoiæ ból, który po ¶mierci Freda sta³ siê nieod³±cznym towarzyszem ca³ej rodziny. Hermiona, dla której to odej¶cie równie¿ by³o bardzo bolesne; w koñcu Weasley'owie od dawna byli jej bardzo bliscy, stara³a siê wykazywaæ zrozumieniem i empati±. Mimo to nie wytrzyma³a, po kilku tygodniach musia³a ruszyæ na poszukiwanie swoich rodziców. I tak ka¿dego dnia nasila³o siê w niej przeczucie, ¿e zbyt d³ugo z tym zwleka³a. Wszystko po to, ¿eby tak od razu nie zostawiaæ Weasley'ów w ciê¿kiej chwili. Po raz kolejny pani Weasley, która traktowa³a j± ju¿ jak przybran± córkê, nie mog³a pogodziæ siê z wypraw± i próbowa³a odwlec to przedsiêwziêcie w czasie. Dosz³o nawet do sprzeczki i Ron, którego matka za wszelk± cenê chcia³a zatrzymaæ, postawi³ siê i stanowczo stwierdzi³, ¿e nie pu¶ci swojej "ukochanej m±draliñskiej" samej. Zaimponowa³ tym Hermionie, która pragnê³a jego blisko¶ci, ale do niczego nie chcia³a partnera zmuszaæ. Rozumia³a, ¿e prze¿ywa³ tragediê zwi±zan± ze strat± brata, a jego rodzice niepokoj± siê o kolejnego syna, który kolejny raz chce wyruszyæ w nieznane. Zdecydowa³ siê jej towarzyszyæ, a ona chyba sama nie da³aby sobie rady. Bez jego ciep³ych u¶cisków odganiaj±cych z³e my¶li, k³ótni o g³upoty i namiêtnych pojednañ, bez s³ów pe³nych ciep³a i otuchy. Nawet bez tej jego raz uroczej, a innym razem irytuj±cej nieporadno¶ci. Dodawa³ jej wiary, której zaczyna³o brakowaæ. Tyle ju¿ przeszli, odnalezienie i zniszczenie horkruksów, a teraz...Czy na pewno dobrze zrobi³a wymazuj±c im wspomnienia? Przemy¶lenia przerwa³o pojawienie siê du¿ej sowy ¶nie¿nej, o okr±g³ym brzuchu i wystaj±cej grdyce. Zwierzê wykona³o w powietrzu niewielkie okr±¿enie ha³a¶liwie ³opocz±c skrzyd³ami i zrzuci³o przed Hermion± niewielkich rozmiarów kopertê. Ptaszysko jednak nie pracowa³o za darmo, o czym przypomnia³o dono¶nym skrzekiem, który siê rozleg³, gdy czarownica wyjmowa³a list.
- Co, kto, gdzie? - zapyta³ zaspanym g³osem Ron, którego obudzi³ powsta³y ha³as.
- W³a¶nie dosta³am list, a dostawca wyra¼nie liczy na nagrodê. Znajd¼ gdzie¶ te kruche ciastka, którymi siê ob¿erasz wieczorem i daj jej parê okruchów. - U¶miechnê³a siê Hermiona. Kiedy ju¿ zostali sami rudzielec podszed³ do niej, delikatnie masuj±c plecy przyjació³ki pochylonej nad pergaminem.

Wiem, gdzie jest to czego tak szukasz. Przyjd¼ do mnie, trzeci dom za ko¶cio³em w Linden. Nie bój siê, a zyskasz.
Przyjació³ka.

- Czyli zwijamy manatki jeszcze przed ¶niadaniem? - jêkn±³ Ron widz±c zdecydowane b³yski w oczach ukochanej. Absolutnie nie mia³ jej tego za z³e, wreszcie mia³a ¶lad, którego jej brakowa³o. I choæ poszlaka wydawa³a siê nik³a, mog³a byæ g³upim ¿artem albo pu³apk± nie próbowa³ zmieniaæ zamiarów swojej towarzyszki. Wiedzia³, ¿e to na nic.

Dom, o którym napisano w wiadomo¶ci, by³ w rzeczywisto¶ci ledwo trzymaj±c± siê gruntu drewnian± ruder±. Ze ¶cian jednoizbowej chaty zwiesza³y siê zakurzone pó³ki na których spoczywa³y s³oiki. Zdecydowana wiêkszo¶æ by³a pusta, a niektóre wype³nia³ jaki¶ ¶luz. Sam ich widok wystarczy³, aby wzbudziæ obrzydzenie i odstraszyæ ewentualnych go¶ci. Oprócz tego w pokoju znajdowa³ siê jedynie skromny stó³, kilka niezbyt stabilnych krzese³. Hermiona zwróci³a uwagê, ¿e nigdzie nie ma ¿adnej szafy czy choæby stojaka na ubrania. Pomieszczenie ¶mierdzia³o stêchlizn±, a jedynym sprzêtem, który od biedy nadawa³ siê do u¿ytku by³o ³ó¿ko. Le¿a³a w nim stara, siwa kobieta. Po¿ó³k³± i pomarszczon± twarz staruszki wype³nia³ dziwny grymas, a jej cia³o okrywa³a pogryziona przez mole cienka ko³dra. Okrycie w lepszych czasach by³o zapewne bia³e, teraz w ca³o¶ci pokrywa³y je plamy i przebarwienia. Hermionie nagle przypomnia³a siê tamta wizyta u Bathildy Bagshot i przeszy³ j± ch³odny dreszcz. To uczucie by³o irracjonalne, przecie¿ Voldemorta ju¿ nie ma. Dziewczyna wiedzia³a o tym, a nauka i ksiêgi zazwyczaj by³y tam co w pewnym sensie porz±dkowa³o jej ¶wiat. Mimo to czu³a niechêæ do le¿±cej tu osoby i nagle nasz³a j± chêæ odwrotu. Nie mog³a jednak siê poddaæ temu pragnieniu.
- To od pani? - zapyta³a Hermiona wyjmuj±c zza pazuchy zwiniêty list. Nie wiedzia³a jak odnale¼æ siê w tej sytuacji.
- Cieszê siê, ¿e przysz³a¶ - odpar³a kobieta ignoruj±c obecno¶æ Rona. Wypowiedzenie tych paru s³ów trudno¶æ, jakby lada chwila mia³a wymeldowaæ siê z tego ¶wiata. Przy ka¿dym zaczerpniêtym oddechu z jej ust wydostawa³ siê nieprzyjemny ¶wist. Na pewno nie zaszkodzi³oby sprowadziæ do niej uzdrowiciela.
- Mo¿e pani czego¶ potrzebuje, mikstur, lekarzy? - zapyta³a Hermiona, której rezerwa do tej zapomnianej przez Boga babuleñki nagle usta³a. W jej miejsce wst±pi³o wspó³czucie.
- Nie, ty mi nie uwierzysz...Bêdziesz mieæ ¿al. Ja by³am tylko niezamê¿n± char³aczk±, nie zna³am siê na magii. Nie mia³am pojêcia o mugolskim ¶wiecie, ¿eby tam poszukaæ zajêcia - kontynuowa³a swoj± historiê kobieta lekko przesuwaj±c siê w po¶cieli. Wykonuj±c ruchy jakby jeszcze bardziej zapad³a siê w skrzypi±cym materacu, na tym brudnym ³o¿u wydawa³a siê jeszcze drobniejsza ni¿ w rzeczywisto¶ci. - Urodzi³am dziecko, nie mia³am na pieluszki, ³ó¿eczko, grzechotkê. Mog³am mu daæ tylko mleko i mi³o¶æ, ale ten maluch nie dosta³ ani tego ani tego. Karmi³am go piersi± ca³y czas daj±c w palnik. Flaszka mnie pokona³a, uleg³am jej, za co teraz p³acê. Cud, ¿e nie zasz³am w kolejn± ci±¿ê bior±c pod uwagê jak nisko ceni³am wtedy swoje cia³o. Oby tylko mieæ na kolejn± butelkê...I kiedy po raz kolejny siê sprzeda³am, zniknê³a¶. Nie by³o ciê, a ja uzna³am, ¿e tak ma byæ. Mia³am spokój od p³aczu, wyrzutów sumienia, od tego wszystkiego. Zrezygnowa³am z ciebie. Przepraszam.
- O czym pani mówi? - zapyta³a zszokowana Hermiona, któr± nagle ogarnê³a z³o¶æ. To brzmia³o jak jaki¶ sen wariata.
- We¼ to, a o tych którzy naprawdê mo¿esz nazywaæ ojcem i matk± zapytaj nasz± kap³ankê. Ona du¿o wie - poprosi³a wied¼ma podaj±c Hermionie niewielkie naczynie ze srebrzystym p³ynem.
- Ron wychodzimy!

Hermionie dr¿a³y rêce, a z jej oczu ciek³y ³zy. Czy jej rodzice mogli j± tak po prostu wzi±æ, zabraæ tej dziwaczce? To brzmia³o nieprawdopodobnie, a jednak z jakiego¶ powodu nie mog³a zignorowaæ s³ów wiekowej czarownicy. Przecie¿ by³a do niej podobna, a jej za d³ugie zêby...To zêby córki dentystów! Sama nie wiedzia³a co ma o tym wszystkim s±dziæ. Ron delikatnym ruchem wyci±gn±³ z jej d³oni naczynie, które stamt±d zabra³a. Schowa³ je w najg³êbszych czelu¶ciach jej zaczarowanej torebki podró¿nej nie próbuj±c siê nawet domy¶laæ jakie sekrety jeszcze siê w niej kryj±.
- Zrób to po co tu przyjecha³a¶, daj im pierwszym to wyt³umaczyæ. Tak bêdzie najlepiej - powiedzia³ twardo pewny swego. Hermiona skinê³a g³ow±, sprawia³a wra¿enie bezbronnej i pogubionej. Chcia³a mu wierzyæ, ufaæ ¿e tak bêdzie najlepiej. Podesz³a do niego i wtuli³a siê z ca³ych si³ w jego ramiona. Nie chcia³a ich nigdy opuszczaæ.

Hermiona zasnê³a, a Ron wyszed³ na chwilê siê przewietrzyæ. Czy ona mog³a zostaæ porwana? Mo¿e nie powinni w tym grzebaæ. W koñcu my¶lodsiewnia nie jest niezawodna, czarodzieje potrafi± manipulowaæ pamiêci±. Tak jak tamto spojrzenie Slughorna. Mo¿e pro¶ciej tego nie roztrz±saæ. S³abo zna³ pañstwa Grangerów, ale wydawali siê porz±dnymi lud¼mi. I co, teraz Hermionie ca³y ¶wiat mia³by stan±æ na g³owie? Jednak jego rozmy¶lania przerwa³o pojawienie siê kogo¶, kogo za ¿adne skarby siê tu nie spodziewa³.
- Malfoy? - zapyta³ nie daj±c rady kontrolowaæ swego g³osu w którym czai³a siê pogarda. - Có¿ to odpoczywasz po wizytach w Ministerstwie? Jeste¶ ostatnio wa¿n± person± przez swoje dane znajomo¶ci, wzywaj± ciê na ¶wiadka we wszystkich procesach by³ych ¶miercio¿erców.
- Nie prowokuj mnie, Weasley - odpar³ Draco podniesionym tonem i odszed³.

Hermiona i Ron teleportowali siê w dziwne miejsce. Byli na farmie otoczonej murem nad którym wznosi³ siê drut kolczasty ca³y czas pod³±czony do pr±du. Gdy tylko siê tam zjawili wszyscy ch³opi z podwórka, którzy akurat grabili trawê podnie¶li swoje narzêdzia ruszaj±c w ich kierunku. Para magów rzuci³a kilka oszo³amiaczy. Hermiona znalaz³a rodziców na ty³ach, przy grz±dkach w niewielkim ogródku. Kilkoma ruchami ró¿d¿ki przywróci³a ich pamiêæ, ale to by³o za ma³o.
- Córeczko, i ty znalaz³a¶ drogê do Ivana - zawo³a³a pani Granger.
- Ivan przyjmie wszystkich z duchem Szao - doda³ jej m±¿.
Nie mog³a uwierzyæ, ale jej wspomnienie nie wystarcza³o. Zbyt pó¼no ruszy³a, to wszystko przez ni±. Ivan - przywódca chorego ruchu religijnego, legalnie dzia³aj±cego w Australii, zrobi³ im sieczkê z mózgu. Kap³anka ko¶cio³a anglikañskiego z Linden to przewidzia³a. Ich metody niszczy³y cz³owieka, ca³kowicie zmienia³y psychikê, sprawia³y, ¿e wszystko przestawa³o siê liczyæ. Wyci±gali z ludzi ducha za pomoc± manipulacji. Hermiona mia³a ju¿ nigdy ich nie odzyskaæ, mimo, ¿e nigdy z nich nie zrezygnowa³a. Nigdy te¿ nie pozna³a prawdy, a otrzyman± buteleczkê rozbi³a. To by³a jej ofiara dla wojny.
Edytowane przez Prefix u¿ytkownikamonciakund dnia 03.08.2020 14:20
confessionsofasomedaysomebody.files.wordpress.com/2015/01/ga-mer-and-christina-dancing.gif

- - -
The human life is made up of choices. Yes or no. In or out. Up or down. And then there are the choices that matter. Love or hate. To be a hero or to be a coward. To fight or to give in. Live or die.
- - -

31.media.tumblr.com/1ca838daf1b7baf7bf54202eafbe7917/tumblr_mr7lzbBN7k1rv3froo1_500.gif

- - -
Don't let what he wants eclipse what you need. He's very dreamy but he's not the sun, you are.
- - -

66.media.tumblr.com/tumblr_l9mktjSej61qaao9mo1_500.gif

---
Nad przepa¶ci±, tego¿ roku
¯yraf masa siê w amoku
Rodzi. Pamiêæ ludzka jest
Zawodna, mimo tego fiest
Tysi±ce, z tej okazji,
Ku jej chwale od Abchazji
A¿ po Nordkapp wspominacie.
"Czyjej chwale?", siê spytacie.
Jak to czyjej? Monci* naszej.
Gryfa córce, redakcyjnej
Na tym ¶wiecie ambitniejszej
Od niej nie ma. Tu rysunek,
Tam malunek i do tego
Social media. Wizerunek
Hp-neta tam kreuje, ego
Strony reperuje. Szczerze,
Bardzo, bardzo szczerze mówi±c
Cz³ek orkiestra, ¿ywa gwiazda.
¯yj nam wiecznie, twórz i kreuj.
Koniec, basta - taki mus i
¯yraf pasta.

---

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2016awards_pedzel.png

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2021adminnaj.png

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2021-adminpieklo.png

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2021wydarzenie2.png

www.harry-potter.net.pl/images/articles/moncia.jpg


 
Prefix u¿ytkownikamonciakund
PRACE FINA£OWE
confessionsofasomedaysomebody.files.wordpress.com/2015/01/ga-mer-and-christina-dancing.gif

- - -
The human life is made up of choices. Yes or no. In or out. Up or down. And then there are the choices that matter. Love or hate. To be a hero or to be a coward. To fight or to give in. Live or die.
- - -

31.media.tumblr.com/1ca838daf1b7baf7bf54202eafbe7917/tumblr_mr7lzbBN7k1rv3froo1_500.gif

- - -
Don't let what he wants eclipse what you need. He's very dreamy but he's not the sun, you are.
- - -

66.media.tumblr.com/tumblr_l9mktjSej61qaao9mo1_500.gif

---
Nad przepa¶ci±, tego¿ roku
¯yraf masa siê w amoku
Rodzi. Pamiêæ ludzka jest
Zawodna, mimo tego fiest
Tysi±ce, z tej okazji,
Ku jej chwale od Abchazji
A¿ po Nordkapp wspominacie.
"Czyjej chwale?", siê spytacie.
Jak to czyjej? Monci* naszej.
Gryfa córce, redakcyjnej
Na tym ¶wiecie ambitniejszej
Od niej nie ma. Tu rysunek,
Tam malunek i do tego
Social media. Wizerunek
Hp-neta tam kreuje, ego
Strony reperuje. Szczerze,
Bardzo, bardzo szczerze mówi±c
Cz³ek orkiestra, ¿ywa gwiazda.
¯yj nam wiecznie, twórz i kreuj.
Koniec, basta - taki mus i
¯yraf pasta.

---

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2016awards_pedzel.png

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2021adminnaj.png

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2021-adminpieklo.png

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2021wydarzenie2.png

www.harry-potter.net.pl/images/articles/moncia.jpg


 
Prefix u¿ytkownikamonciakund
OBYCZAJ
- bohater: wybrany hogwarcki obraz/obrazy
- miejsce akcji: Hogwart
- w pracy nale¿y przedstawiæ codzienne ¿ycie ruchomych obrazów. Mog± byæ elementy romansu, komedii czy dramatu.
- nakazany jest moment ukazania rozmowy jednego z obrazów z dyrektorem Albusem Dumbledorem

PRACA A - Syriusz32


Tylko trochê po¶wiêcenia


Przebija³ siê podczas ¶nie¿ycy przez olbrzymie zaspy, w pe³nej zbroi, ¿ongluj±c przy tym zrêcznie wyzwiskami, które miota³ w kierunku wszystkich znanych mu malarzy, mog±cych odpowiadaæ za stworzenie tego dzie³a. Pociesza³ go jedynie fakt, ¿e zbli¿a³ siê do ram, sk±d móg³ w koñcu opu¶ciæ ten przeklêty pejza¿. Poci±gn±³ za uzdê swojego nakrapianego kucyka Andrzeja - jedynego towarzysza tej podró¿y, aby po chwili razem z nim przeskoczyæ na piaszczyst± pla¿ê.

Ta nie szczêdzi³a promieni s³onecznych, co by³o mi³± odmian± po górskim szczycie i ¶nie¿nej zawiei. Z trudem podniós³ przymarzniêt± przy³bicê, która chocia¿ czê¶ciowo os³oni³a mu twarz przed opadami, i odetchn±³ ¶wie¿ym, morskim powietrzem. Kuc równie¿ zdawa³ siê byæ zadowolony ze zmiany scenerii. Otrzepa³ siê ze ¶niegu, którego resztki i tak zamieni³y siê zaraz w mokr± plamê i tr±ci³ g³ow± rycerza.
- Tak jest mój druhu, zaraz dostaniesz jedzenie - powiedzia³ mê¿czyzna, siêgaj±c do przytroczonych do grzbietu zwierzêcia juk. Wyci±gn±³ z nich jab³ko dla konia oraz star±, skórzan± sakiewkê, która zabrzêcza³a przy podnoszeniu. Znajdowa³y siê w niej odliczone monety i pergamin, na którym widnia³y wskazówki co do nowej trasy, prowadz±cej do obrazu jego ukochanej.

O czê¶ci z nich dowiedzia³ siê z plotek, inne wymieni³ za informacje odno¶nie w³asnego piêtra. U³o¿enie obrazów w Hogwarcie czêsto siê zmienia³o, a podró¿ nie by³a tak ³atwa jak wszyscy to sobie wyobra¿ali. G³ównie ze wzglêdu na to, ¿e ma³o kto o tym mówi³. Wiêkszo¶æ portretów, z którymi uczniowie mieli okazjê porozmawiaæ, siedzia³a ca³ymi dniami w swoich z³otych, b³yszcz±cych ramach. A nawet je¶li kto¶ je opuszcza³, to na tyle blisko, by móc w ka¿dej chwili wróciæ i p³awiæ siê w ciekawskich spojrzeniach m³odych czarodziejów.

Sir Cadogan nie by³ jednak jak portrety pisarzy czy innych podrzêdnych grajków, które omija³ szerokim ³ukiem. On by³ mi³o¶nikiem ekspedycji do nieznanych mu dot±d czê¶ci zamku! Nieraz by³ nazywany przez to ob³±kanym szaleñcem, ale wystarczy³o wyjêcie miecza, aby te obro¶niête w piórka, zawistne kreatury zawar³y jadaczki. Wybiera³ wiêc obrazy znajduj±ce siê po przeciwnej stronie. Z dala od ludzi, których wzrok skupia³ siê g³ównie na tych rozpoznawalnych postaciach. Czêsto przykryte pajêczyn± i grub± warstw± kurzu, bo pomija³ je tak¿e wo¼ny. Pozostawieni w cieniu, daleko od gwarnego t³umu uczniów, z którymi mogliby zamieniæ parê s³ów, nierzadko opuszczali na sta³e swoje malowid³a. By³y jednak sposobem na skrócenie sobie drogi.

Bo o ile w poziomie przemieszczanie siê nie sprawia³o wiêkszych trudno¶ci, je¶li p³ótna by³y dostatecznie blisko, tak przej¶cie na piêtro ni¿ej lub wy¿ej by³o wyzwaniem. Niektóre z postaci przechodzi³y bezpo¶rednio do swoich innych portretów, jednak wiêkszo¶æ nie mia³a takiego szczê¶cia i wisia³o tylko jedno dzie³o z ich podobizn±. Wtedy robili wycieczki dooko³a ruchomych schodów zni¿aj±c siê delikatnie przy ka¿dej mo¿liwej okazji lub korzystali z us³ug przewodników, czyli postaci, które do przewo¿enia innych wykorzystywa³y swoje obrazy rozsiane po ca³ym ¶wiecie. W³a¶nie na jednego z nich czeka³ teraz Cadogan.

Zobaczy³ pirack± banderê oraz dziób statku skierowany w jego stronê. Podniós³ siê z piachu i owin±³ rzemyk sakiewki dooko³a d³oni, czekaj±c, a¿ Zemsta Królowej Anny siê zatrzyma. Chwilê pó¼niej do pla¿y dop³ywa³a ju¿ mniejsza ³ód¼, w której siedzia³o dwóch majtków w podartych ubraniach, z po¿ó³k³ymi zêbami i wyj±tkowo nie¶wie¿ym oddechem. Wios³owali równo, jednak nie wygl±dali na zadowolonych. Jak siê okaza³o, ze wzglêdu na konia.

- Zostawiæ tê chuderlaw± szkapê! Nie wejdzie do ³ajby! - krzykn±³ roze¼lony pirat, po kolejnej nieudanej próbie wsadzenia kucyka na ³ód¼.
- Ciebie mo¿emy porzuciæ, kundlu morski, jako i twoja rodzicielka drzewiej post±pi³a! - odpowiedzia³ równie zdenerwowany rycerz, k³ad±c rêkê na chrapach zwierzêcia i zachêcaj±c do wej¶cia na ³ódkê. Gdy w koñcu uda³o mu siê tego dokonaæ, piraci bez s³owa usiedli i zaczêli wios³owaæ z powrotem w stronê statku. Tam kuc by³ ju¿ mniej problemowy, bo za pomoc± lin zostali szybko wci±gniêci razem z ³ódk±.

Najwiêksze wra¿enie wywar³ na nim rozmiar okrêtu. D³ugi na trzydzie¶ci jardów, szeroki prawie na dziewiêæ. Wszêdzie da³o siê wyczuæ charakterystyczny zapach drewna i morskiej wody. Olbrzymie ¿agle ³opota³y na wietrze, niemal¿e zag³uszaj±c szum wód, na których siê znajdowali. Pok³ad by³ nieco ¶liski od bryzy, a delikatne bujanie nie pomaga³o w zachowaniu równowagi.

- Sir Cadogan! - rykn±³ kapitan statku, oddalaj±c siê na chwilê od steru i schodz±c do rycerza. Spojrzenie wystarczy³o, aby ca³a za³oga zesz³a mu z drogi. Musia³ rz±dziæ ¿elazn± rêk±, chocia¿ i bez tego wiêkszo¶æ osób z pewno¶ci± odsunê³aby siê na jego widok. Masywne cia³o, ob³±kañczy u¶miech i czarna jak smo³a broda. Do tego równie ciemny p³aszcz oraz kapelusz, który akurat siê dymi³. Nie wygl±da³ na kogo¶ z kim warto zadzieraæ.
- Edward, jak mniemam - odpar³ rycerz, wystawiaj±c d³oñ przed siebie. A raczej nad, bo by³ o ponad dwie g³owy ni¿szy od pirata. Gdy ju¿ rozlu¼nili u¶cisk, poda³ mu tak¿e sakiewkê.
- Porozmawiamy o tym pó¼niej - powiedzia³ krótko Czarnobrody, u¶miechaj±c siê przy tym jeszcze szerzej. - Nasz wspólny przyjaciel uregulowa³ ju¿ d³ug - doda³, a nastêpie rêk± wskaza³ drzwi do kajuty.

Faktycznie, o mo¿liwo¶ci przep³yniêcia z siódmego piêtra na drugie poinformowa³ go inny portret, który s±siadowa³ z Cadoganem. Mimo tego, z pewno¶ci± nie móg³ nazwaæ ich relacji przyja¼ni±. Bo od sytuacji, w której rycerz, widz±c go w u¶cisku szkaradnej bestii, próbowa³ przegoniæ j± z obrazu, portret odnosi³ siê do niego raczej ch³odno. Cadogan nie uzna³ jednak swojej winy, a t³umaczenie siê tym, ¿e to wina matuli owej postaci, ¿e wygl±da jak wygl±da i ¿e z pewno¶ci± bli¿ej jej do harpii ni¼li dziewoi, nie pomog³o. Teraz stwierdzi³, ¿e niechêæ tamtego do jego osoby najwyra¼niej przeminê³a i postanowi³ udowodniæ to szlachetnym czynem zapoznania ze sob± dwójki ludzi o wspólnych interesach.

Bo by³a to bezsprzecznie najprzyjemniejsza czê¶æ podró¿y. Butelka rumu doskonale topi³a lody i rozlu¼nia³a sytuacjê. Druga, dzia³aj±c w podobny sposób, sprawi³a, ¿e gdy pirat powiadomi³ go o wyst±pieniu pewnych komplikacji, Cadogan stwierdzi³, ¿e nie jest to ¿adna przeszkoda. Przechyli³ jeszcze raz szklane naczynie, a powieki zaczê³y byæ wyj±tkowo ciê¿kie.

Gdy ju¿ siê ockn±³, za niepokoj±cy uzna³ fakt, ¿e pozbawiony jest ca³ego wyposa¿enia. Wpijaj±cy siê w nadgarstki szorstki, konopny sznur i knebel, który rycerz uzna³ za niechybnie wykonany ze starej, przepoconej skarpety, tak¿e nie by³y przyjemno¶ci±. I o ile jemu nie by³o do weso³o, ca³a za³oga bawi³a siê wy¶mienicie, ¶miej±c siê rozpuku zza drzwi kajuty, do której chwilê pó¼niej wparowa³ kapitan.
- Wstawaj, l±dowa niedo³êgo - powiedzia³ pogardliwie, po czym szarpn±³ za wiêzy, które przy przesuwaniu zdawa³y siê rozrywaæ skórê Cadogana. Cel jednak osi±gn±³, bo rycerz zosta³ podniesiony niemal¿e na równe nogi.
- Nie ma tutaj za wiele do piracenia, ale czasami pojawia siê jaki¶ naiwniak - zarechota³ Czarnobrody. - Na spacer z nim za³ogo! - rozkaza³, a Cadoganowi zacisnê³y siê ze z³o¶ci zwi±zane rêce. Ca³e szczê¶cie, gdy ju¿ postawili go na lichej, drewnianej desce, kto¶ wyj±³ mu szmatê z ust.
- Ty parszywy, piekielny pomiocie! Oby¶ sczez³, ty kupo morskiego ³ajna! Stañ ze mn± do uczciwego pojedynku je¶li¶ odwa¿ny, ³ajzo! - wykrzykiwa³ w stronê dowodz±cego pirata. Nast±pi³a chwila g³uchej ciszy, po której, ku jego zdziwieniu, tamten siê zgodzi³.
- Nie ma sprawy - odpowiedzia³. Nie poda³ mu jednak miecza, a rzuci³. I to z takim impetem, ¿e rycerz musia³ zrobiæ krok w ty³, prosto do wody.

W pierwszej chwili nie wiedzia³ co siê sta³o. Sekundê tymu by³ na statku, a teraz si³a uderzenia o taflê wypar³a mu powietrze z p³uc. Powoli zacz±³ opadaæ w dó³ zbiornika, nie mog±c wyswobodziæ r±k. Na szczê¶cie poczu³ po chwili piaszczyste dno pod stopami i resztkami si³ odbi³ siê od niego w stronê brzegu, na którym pad³ twarz± do ziemi.

Obudzi³o go szturchanie palcem z paznokciem, który od dawna nie widzia³ no¿yc i dziwnie skrzecz±cy g³os.
- Ten chyba nie ¿yje...
- Zaraz ty mo¿esz po¿egnaæ siê z ¿yciem szponiasta kreaturo - odpowiedzia³, podnosz±c powieki i wypluwaj±c piach z ust. Gdy go zobaczy³, uzna³, opis by³ wyj±tkowo trafny, bo sta³ obok niego goblin, który na uwagê o paznokciach zacisn±³ swoje pulchne d³onie w piê¶ci. Cadogan wsta³ i z zadowoleniem stwierdzi³, ¿e dalej jest w zamku, a co wiêcej, dok³adnie tam, gdzie mia³ dop³yn±æ z t± band± ³apserdaków. - S³owni ludzie, chocia¿ kanalie przebrzyd³e bez grama przyzwoito¶ci czy honoru - mrukn±³ pod nosem, po czym wyrwa³ z d³oni goblina swój miecz, którego bogato zdobion± rêkoje¶æ tamten ju¿ uwa¿nie ogl±da³. Na pla¿y nie zauwa¿y³ nic szczególnego poza Andrzejem, dwoma palmami i wielkim, kamiennym klifem, który oddziela³ pla¿ê od czegokolwiek innego.

Rozejrza³ siê, ale tym razem po korytarzu, w którym wisia³ obraz i dostrzeg³ j± - wybrankê swojego serca. Proste, br±zowe w³osy po³yskiwa³y w s³oñcu, gdy siêga³a do wi¶ni na drzewach umieszczonych w dalszym planie jej obrazu.

- Muszê siê tam dostaæ bezbo¿ny karle - powiedzia³ Cadogan, podnosz±c goblina i obracaj±c w kierunku portretu ¶licznej damy, który znajdowa³ siê niemal¿e piêtro ni¿ej, po drugiej stronie korytarza. Niezadowolony z sytuacji goblin, wyszarpa³ siê z r±k rycerza z grymasem niezadowolenia na twarzy. Po chwili zast±pi³ go jednak chytry u¶mieszek.
- Oczywi¶cie. Pozostaje tylko kwestia odpowiedniej zap³aty...
- Ma siê rozumieæ. Ty wska¿esz drogê, a ja nie pokrojê ciê na jeszcze mniejsze kawa³ki ni¿ ten, w którym teraz egzystujesz - wyja¶ni³ spokojnie, jednak goblin nie przestawa³ siê u¶miechaæ. Pstrykn±³ palcami, a jedna ze ska³ otworzy³a oczy, którymi by³y dwa po³yskuj±ce rubiny. Stwór by³ wysoko¶ci niskiego olbrzyma, a gdy wsta³, na jego miejscu pojawi³ siê wielki otwór prowadz±cy najwyra¼niej do jakiej¶ groty.
- To jak bêdzie z t± zap³at±? - dopyta³ ciekawskim tonem.
- My¶lê, ¿e jako¶ mo¿emy siê dogadaæ - odpar³ rycerz, chowaj±c miecz. W innej sytuacji podj±³by walkê, ale bêd±c tak blisko celu, bez zbroi, skradzionej przez piratów, nie widzia³ innej opcji. - Musisz jednak wiedzieæ, ¿e nie mam ¿adnych pieniêdzy.
- Nie szkodzi. Wezmê kucyka Cadogana.

Najpierw ucieszy³ siê, ¿e zosta³ rozpoznany, potem zastanawia³ siê, dlaczego goblin u¿y³ tego powiedzenia, a¿ w koñcu dotar³o do niego, ¿e tamten mówi³ dos³ownie.
- Andrzeja? - zapyta³ z niedowierzaniem, k³ad±c rêkê na grzbiecie kuca.
- Je¶li tak siê nazywa, to tak, Andrzeja - odpowiedzia³, a rycerz poczu³, jak nogi siê pod nim uginaj±. Mia³ siê pozbyæ swojego jedynego przyjaciela? Tego, który nigdy go nie opu¶ci³? Wiedzia³, ¿e je¶li to zrobi, to nigdy sobie tego nie wybaczy. Ponowne wyjrzenie za ramy obrazu utwierdzi³o go jednak w przekonaniu, ¿e musi to zrobiæ.
- Niech bêdzie.

Szed³ z opuszczon± g³ow±. Wiedzia³, ¿e nie post±pi³ dobrze, ale z takiej sytuacji nie by³o dobrego wyj¶cia. Jakby na potwierdzenie tego, po wej¶ciu w mroki jaskini, kamienny olbrzym znowu znalaz³ siê na swoim miejscu. Tak, teraz z ca³± pewno¶ci± nie by³o odwrotu. Przeszed³ przez ramê i znalaz³ siê po drugiej stronie korytarza, gdzie zauwa¿y³, ¿e poza odwrotem nie ma tak¿e drogi naprzód.

Obraz wygl±da³ na opuszczony, bo poza pajêczynami by³y tutaj tylko ska³y, które blokowa³y drogê.
- Musi istnieæ jakie¶ inne wyj¶cie - mówi³ do siebie, jednak nie móg³ tego sprawdziæ, gdy jedyne ¶wiat³o pochodzi³o z korytarza. - Przepraszam szanowny starcze - zaczepi³ cz³owieka, który akurat przechodzi³ obok obrazu.
- Och, Sir Cadogan. Mogê w czym¶ pomóc? - spyta³, u¶miechaj±c siê delikatnie.
- Rad jestem, ¿e znasz moje imiê, z pewno¶ci± jeste¶ cz³owiekiem, który ma trochê oleju w g³owie. Móg³by¶ mi wskazaæ wyj¶cie z tej przeklêtej pu³apki na podró¿ników?
- Obawiam siê, ¿e przej¶cie jest zablokowane. Jestem jednak przekonany, ¿e taki krzepki rycerz jak ty, poradzi sobie z kup± kamieni - zapewnia³ czarodziej, przeje¿d¿aj±c rêk± po swojej siwej brodzie.
- Przeklêta kompozycja zamkniêta... - szepn±³, po czym kontynuowa³ pewnym siebie g³osem. - Oczywi¶cie, ¿e dam radê! Nie mam jednak ¿adnych narzêdzi, a nie chcê uszkodziæ miecza.
- Sir Cadoganie - zacz±³ mê¿czyzna - zapewniam, ¿e jeden dzieñ pe³en mi³o¶ci jest wart wiêcej, ni¿ sto lat walki najlepszym orê¿em. - dokoñczy³, na co rycerz westchn±³.
- M±drze prawisz starcze. Jak ci na imiê, abym móg³ ciê czasem wspomnieæ?
- Wiêkszo¶æ portretów nazywa mnie dyrektorem - odpowiedzia³ rozbawiony, a Cadogan przypomnia³ sobie, ¿e obi³o mu siê o uszy co¶ o zmianie dyrektora. Nie mia³ jednak czasu teraz o tym rozmy¶laæ, bo mê¿czyzna ju¿ poszed³, a on zosta³ sam ze ska³ami blokuj±cymi mu przej¶cie. Wetkn±³ miecz miêdzy nie i popchn±³ w bok. Kamienie odpu¶ci³y, jednak us³ysza³ te¿ pêkniêcie klingi. Spojrza³ na resztki miecza, który nie mia³ ju¿ ¿adnego znaczenia, bo chwilê pó¼niej, przytulaj±c wybrankê serca, czu³, ¿e dla tej chwili zniós³by ka¿d± podró¿. Dla takich chwil warto siê po¶wiêciæ.



PRACA B - Shanti Black


Niebieskie niebo rozci±ga siê nade mn±. ¯adna chmura nie szpeci jego koloru, a s³oñce grzeje bardzo mocno. K³adê siê na trawie, robi±c g³êboki wdech. Czujê zapach melisy, lawendy i rumianku. Kocham lato, jego d³ugie dni, brak deszczu, zachody s³oñca i piêknie ukwiecone ³±ki. Nagle s³yszê chichot. Z pocz±tku cichy, jednak z ka¿d± sekund± narastaj±cy. A krajobraz zaczyna siê rozmywaæ, przechodz±c w czerñ. Oczy otwieraj± siê samoczynnie. I znowu czujê pulsuj±cy ból krêgos³upa, a g³owa jest oparta o co¶ twardego. Przecieram oczy, pozbywaj±c siê resztek snu i pó³przytomnie rozgl±dam siê w ko³o. Ta sama ciemno¶æ, zas³oniête okno i ¶wieca dopalaj±ca siê przy moich notatkach. Nienawidzê tego pomiotu szatana, który postanowi³ mnie namalowaæ w gabinecie ojca, przy tej sko¶nej desce szumnie nazwanej biurkiem, jeszcze dorzucaj±c mi w komplecie z bol±cym krzy¿em stertê podrêczników, z których nie da siê nawet zrobiæ poduszki. Podchodzê do ram obrazu, rozmasowuj±c obola³e lêd¼wie.
- Mo¿na ciszej?! - krzyczê, wyma****±c piê¶ci± w ge¶cie ostrze¿enia. - Tu siê ¶pi, wy takie, owakie, niemaj±ce poczucia smaku i za grosz empatii! - moja nienawi¶æ w danej chwili skupia siê na grupce dziewcz±t z Ravenclawu, na oko bêd±cych w pi±tej, mo¿e szóstej klasie.
- Dziewczêta, zobaczcie, obudzi³y¶my Pyskat± Penny. Z czego przepytasz nas tym razem?
W zwi±zku z tym, ¿e du¿o czytam, si³± rzeczy, w koñcu pomieszczenie i ilo¶æ ksi±¿ek w nim zobowi±zuje, uwielbiam dyskutowaæ na ró¿ne tematy z Krukonami. Z uczniami innych domów nie zawsze da siê porozmawiaæ, a dodatkowo mój obraz wisi nieopodal pokoju wspólnego Ravenclawu. Nie zliczê, ile lat ju¿ ozdabiam tê ¶cianê, w s±siedztwie trzech pijanych magów, którzy maj± w zwyczaju odwiedzaæ mój obraz, gdy jaki¶ spór przysparza im problemów, nadêt± damê z niuchaczem, zadzieraj±c± nosa, jak to wysoko postawiona osobowo¶æ i zdzicza³ego ch³opca chowaj±cego siê za drzewami w swoich ramach. Co prawda Cecylia czêsto znika ze swojego portretu w poszukiwaniu tego futrzastego szczura, ale zjawia siê na nim w najmniej odpowiednich momentach. I nie podejrzewa, ¿e jej sterta pche³ znalaz³a sobie schronienie pod moim biurkiem. Te¿ bym nie wytrzyma³a z tak± w³a¶cicielk±.
- Nie mam zamiaru was przepytywaæ - u¶miecham siê chytrze w nadziei, ¿e uda mi siê zem¶ciæ za pobudkê. - Ale jakie macie teraz zajêcia?
- Zaklêcia. Dlatego musimy ju¿ uciekaæ - wysoka blondynka odsuwa siê od moich ram. - Bêdziemy siê uczyæ jak powielaæ obiekty, nie mogê tego opu¶ciæ.
- Czekajcie! - krzyczê za nimi. - Znam to zaklêcie, je¶li wam powiem zab³y¶niecie, mo¿e zdobêdziecie kilka punktów dla domu.
Krukonki wahaj± siê, jednak nie id± dalej. Mina dziewczyny, która ze mn± rozmawia³a zdradza, ¿e nie ufa mi do koñca, jednak chêæ zaimponowania wiedz± jest od niej silniejsza.
- No dobrze, mów.
- Expulso - intonujê uwa¿nie, d³oni± pokazuj±c, jaki ruch ró¿d¿k± maj± wykonaæ. - Powodzenia!
U¶miecham siê z³o¶liwie, zacieraj±c rêce, gdy moje rozmówczynie siê ze mn± po¿egna³y. Nie nale¿y zadzieraæ z Pyskat± Penny. A tym bardziej nie zawsze nale¿y jej wierzyæ. To nie jest tak, ¿e jestem z³o¶liwa, bez przesady, nie mam na imiê Irytek. Po prostu fakt, ¿e wiszê tutaj niezliczon± ilo¶æ dni i godzin, sprawia, ¿e czasem trzeba siê rozerwaæ. Nadal chce mi siê spaæ. Spogl±dam z niechêci± na biurko, zas³oniête okno i resztki ¶wiecy. Nienawidzê autora mojego obrazu. Gdybym mog³a, rozwali³abym ten zlepek desek na jego okropnych farbach. Czas odwiedziæ ¦pi±c± Królewnê, u niej zawsze mogê spaæ ile tylko chcê. Podchodzê do ramy obrazu, my¶lê o miejscu, w którym chcê siê znale¼æ i w nastêpnej sekundzie l±dujê na miêkkim ³o¿u z baldachimem.
- Co ty tu robisz? - pyta zdziwiona Anna. Nie rozumiem, dlaczego jeszcze siê nie przyzwyczai³a, robiê tak ¶rednio piêæ razy na tydzieñ.
- To, co zwykle - odburkujê, przewracaj±c siê na drugi bok. - Mam zamiar siê wyspaæ.
Zamykam oczy i pogr±¿am siê w objêciach Morfeusza, nie my¶l±c o siedlisku pche³ pod moim biurkiem, ani uczennicach, które za chwilê powinny spowodowaæ eksplozjê.
Budzê siê wyspana, jak nigdy. Nie mog³am spaæ d³ugo, ale zawsze te kilka godzin robi ró¿nicê, a to jedna z czynno¶ci, które mog³abym robiæ nieustannie. Przecieram oczy i ze zdumieniem stwierdzam, ¿e Anna stoi nade mn± z zatroskanym wyrazem twarzy. Na rêkach trzyma znane mi zwierzê, do którego ju¿ siê przyzwyczai³am, ale wci±¿ staram siê nie okazywaæ mu wzglêdów.
- Zrobi³ ba³agan na obrazie Cecylii i kilku innych na ró¿nych piêtrach - mówi Anna, trzymaj±c niuchacza z dala od swojej z³otej kolii.
- Ale to jest zwierzê Cecylii - prycham g³o¶no, patrz±c na tê denerwuj±c± kupê futra. - Nie interesuje mnie ca³a reszta. Odnie¶ go pannie idealnej, a ja znikam w takim razie do siebie. Je¶li cokolwiek zrobi temu pchlarzowi, bêdzie mia³a ze mn± do czynienia.
Podchodzê do ram obrazu i po chwili znajdujê siê we w³asnym, ciemnym i denerwuj±cym dziele. Wzdycham bez przekonania i podchodzê do ram. Obserwujê uwa¿nie, co dzieje siê na korytarzu. Uczniowie przechadzaj± siê w jedn± i drug± stronê, od czasu do czasu który¶ siê przywita.
- Pamiêtaj, ¿e pierwsze powstanie goblinów mia³o miejsce osiemnastego czerwca 1612 roku! - krzyczê za jednym z uczniów, z którym rozmawia³am wczoraj o historii magii. Zapomnia³am jednak dodaæ, ¿e wtedy powstanie siê zakoñczy³o. Zaczê³o siê trzyna¶cie dni wcze¶niej.
Nagle na korytarzu robi siê jakie¶ zamieszanie. Spogl±dam z ciekawo¶ci± w stronê, z której dochodz± podniecone szepty. Uczniowie odsuwaj± siê pod ¶ciany, a zza rogu wy³ania siê postaæ dyrektora. Nie mam dobrych przeczuæ, Albus Dumbledore nie bywa w tej okolicy bez powodu. Wzdycham i opieram siê o ramê obrazu.
- Penny? - staruszek zwraca siê do mnie zmêczonym g³osem, który naprowadza mnie na temat, o jakim bêdzie chcia³ rozmawiaæ. - Ile razy ci ju¿ powtarza³em, ¿e nie mo¿esz wprowadzaæ uczniów w b³±d, podawaæ im zmienionych faktów, a tym bardziej z³ych zaklêæ?
- Panie dyrektorze - mówiê bez cienia skruchy, jednak postaæ tego potê¿nego czarodzieja wzbudza we mnie respekt i szacunek. - A ile razy ja prosi³am o przeniesienie? Nie do¶æ, ¿e nie mam mo¿liwo¶ci spania w normalnych warunkach, to jeszcze dodatkowo budz± mnie jakie¶ chichoty, czy rozmowy. Nie robiê tego, bo jestem z³a. Po prostu to moja ma³a zemsta za to, ¿e uczniowie nie daj± mi siê wyspaæ.
- Nie negujê z³ego po³o¿enia twojego obrazu, Penny. Ale to, co sta³o siê dzi¶ przekracza ju¿ wszystkie granice. Poda³a¶ pannom Grins i Collins z³e zaklêcie. Wiesz, czym to siê skoñczy³o? Kilkoma wybitymi zêbami, podbitymi oczami i z³amaniem nadgarstka. Nie wspomnê o ba³aganie, jaki powsta³ w sali zaklêæ. Rozmawiam o tym z tob± kilka razy w tygodniu.
Spogl±dam na stanowcz± twarz dyrektora. Widzê, ¿e jego cierpliwo¶æ jest na granicy, jednak¿e nie mam zamiaru odpu¶ciæ. Mo¿e to wydaje siê nie do pomy¶lenia osobom ¿yj±cym, ale postaæ na obrazie ma swoje podstawowe potrzeby. Tak jest skonstruowany nasz ¶wiat.
- Pyskata Penny ma k³opoty! Znowu! - do moich uszu dobiega z³o¶liwy chichot, zapewne którego¶ z uczniów, którego ostatnio wprowadzi³am w b³±d. Nie mam zamiaru mu odpu¶ciæ.
- Zobaczymy, co ty by¶ powiedzia³, gdyby¶ nie móg³ siê wyspaæ! Brak empatii to powa¿ne upo¶ledzenie!
Kilka osób ¶mieje siê otwarcie i wydaje mi siê, ¿e na twarzy Albusa równie¿ maluje siê u¶miech.
- Dobrze, Penny. Zrobimy tak. Ty przestaniesz wprowadzaæ uczniów w b³±d, a ja ka¿ê domalowaæ dla ciebie obraz, w którym bêdziesz mog³a siê spokojnie wyspaæ. Wszak nasza m³odzie¿ nie mo¿e chodziæ przekonana, ¿e Leonardo da Vinci by³ metamorfomagiem i wszystkie jego obrazy to autoportrety. Nie by³ te¿ jasnowidzem, a powstania trollañskie wi±¿± siê nijak z Troj±. Dlaczego niektórzy wymawiaj± "trollañskie" przez "jot"? Znowu studiowa³a¶ jêzyk hiszpañski? I oczywi¶cie Erazm z Rotterdamu nie mia³ nic wspólnego z katedr± Notre Dame i nie nazywano go Quasimodo.
T³umiê narastaj±cy wewn±trz mnie ¶miech, muszê udaæ skruchê i mo¿e faktycznie przystopowaæ z tymi z³ymi informacjami. Szczerze powiedziawszy ju¿ mi siê to nudzi, chocia¿ zaklêcia to zdecydowanie najbardziej spektakularna forma moich ¿artów.
- Dobrze, panie dyrektorze - u¶miecham siê. - Obiecujê nie wprowadzaæ ju¿ tak czêsto uczniów w b³±d.
Gdy dyrektor oddala siê, zadowolony rezultatem tej rozmowy, w mojej g³owie rodzi siê kolejny pomys³. Czas odwiedziæ kilka obrazów, przecie¿ dzisiaj jeszcze nie sk³ada³am im wizyty. Lubiê przemieszczaæ siê pomiêdzy dzie³ami sztuki. Ka¿de z nich to inny ¶wiat i historie. Postacie w wiêkszo¶ci s± bardzo przyjazne. No, nie licz±c Cecylii, której krzyk s³yszê w³a¶nie bardzo wyra¼nie. Spogl±dam na zegar s³oneczny, który widzê na krajobrazie na przeciwko mnie. Osiemnasta. Wcze¶nie, jak na ni±.
- Co siê dzieje, moja droga? - pytam przesadnym s³odkim tonem.
I tak w³a¶nie mija mi dzieñ za dniem. Budzê siê wcze¶nie rano, oddajê siê mojemu ulubionemu hobby czyli rozmowom z uczniami. Co jaki¶ czas odwiedza mnie Albus Dumbledore z przestrog± i reprymend±. Rzadko zdarza siê, ¿e Cecylia nie krzyczy przez swojego niuchacza, który lubuje siê w sprawdzaniu jej bi¿uterii. No i podró¿e miêdzy obrazami s± jedn± z najlepszych form zajêcia na nudê. Jutro ma odwiedziæ mnie Anna, muszê uprz±tn±æ biurko. I mo¿e poproszê profesora Dumbledore'a, ¿eby kto¶ w koñcu domalowa³ mi now± ¶wiecê.
Edytowane przez Prefix u¿ytkownikamonciakund dnia 06.08.2020 20:20
confessionsofasomedaysomebody.files.wordpress.com/2015/01/ga-mer-and-christina-dancing.gif

- - -
The human life is made up of choices. Yes or no. In or out. Up or down. And then there are the choices that matter. Love or hate. To be a hero or to be a coward. To fight or to give in. Live or die.
- - -

31.media.tumblr.com/1ca838daf1b7baf7bf54202eafbe7917/tumblr_mr7lzbBN7k1rv3froo1_500.gif

- - -
Don't let what he wants eclipse what you need. He's very dreamy but he's not the sun, you are.
- - -

66.media.tumblr.com/tumblr_l9mktjSej61qaao9mo1_500.gif

---
Nad przepa¶ci±, tego¿ roku
¯yraf masa siê w amoku
Rodzi. Pamiêæ ludzka jest
Zawodna, mimo tego fiest
Tysi±ce, z tej okazji,
Ku jej chwale od Abchazji
A¿ po Nordkapp wspominacie.
"Czyjej chwale?", siê spytacie.
Jak to czyjej? Monci* naszej.
Gryfa córce, redakcyjnej
Na tym ¶wiecie ambitniejszej
Od niej nie ma. Tu rysunek,
Tam malunek i do tego
Social media. Wizerunek
Hp-neta tam kreuje, ego
Strony reperuje. Szczerze,
Bardzo, bardzo szczerze mówi±c
Cz³ek orkiestra, ¿ywa gwiazda.
¯yj nam wiecznie, twórz i kreuj.
Koniec, basta - taki mus i
¯yraf pasta.

---

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2016awards_pedzel.png

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2021adminnaj.png

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2021-adminpieklo.png

www.harry-potter.net.pl/images/articles/2021wydarzenie2.png

www.harry-potter.net.pl/images/articles/moncia.jpg


 

Podziel siê z innymi: Delicious Facebook Google Live Tweet This Yahoo

Przejd¼ do forum:
Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2026 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3.
Theme by Andrzejster
Copyright © 2006-2015 by Harry-Potter.net.pl
All rights reserved.
Wygenerowano w sekund: 0.20