Logowanie
Facebook
Shoutbox
Wspó³praca
Najaktywniejsi
1)
Alette
2)
fuerte
3)
Katherine_Pierce
4)
Sam Quest
5)
Shanti Black
6)
A.
7)
monciakund
8)
ania919
9)
ulka_black_potter
10)
Klaudia Lind
Losowe zdjêcie
Zobacz temat
|
Prace uczestników Wielkiej Wojny Fan Fickowej
|
|
monciakund |
Dodany dnia 20.07.2020 17:15
|
![]() Pochwa³y: 31 Postów: 2334 Dom: GryffindorPunkty: 43236 Ranga: halo, regulamin! Data rejestracji: 11.03.13 |
To w tym temacie bêd± umieszczone wszystkie prace konkursowe. 1. Kolejno¶æ prac w obrêbie kategorii jest ca³kowicie przypadkowa. 2. Po ka¿dym etapie prace zostan± przypisane do poszczególnych autorów. 3. Prace zosta³y wyrywkowo sprawdzone na obecno¶æ plagiatu. 4. Prace dodane s± w stanie w jakim je otrzymuje Ogarniacz. Nie poprawia on ¿adnych b³êdów stylistycznych, ortograficznych czy interpunkcyjnych. Wszelakie ingerencje dotyczy³y spraw technicznych. 5. Oceniaæ prace mo¿na w tym temacie. ![]() - - - The human life is made up of choices. Yes or no. In or out. Up or down. And then there are the choices that matter. Love or hate. To be a hero or to be a coward. To fight or to give in. Live or die. - - - ![]() - - - Don't let what he wants eclipse what you need. He's very dreamy but he's not the sun, you are. - - - ![]() --- Nad przepa¶ci±, tego¿ roku ¯yraf masa siê w amoku Rodzi. Pamiêæ ludzka jest Zawodna, mimo tego fiest Tysi±ce, z tej okazji, Ku jej chwale od Abchazji A¿ po Nordkapp wspominacie. "Czyjej chwale?", siê spytacie. Jak to czyjej? Monci* naszej. Gryfa córce, redakcyjnej Na tym ¶wiecie ambitniejszej Od niej nie ma. Tu rysunek, Tam malunek i do tego Social media. Wizerunek Hp-neta tam kreuje, ego Strony reperuje. Szczerze, Bardzo, bardzo szczerze mówi±c Cz³ek orkiestra, ¿ywa gwiazda. ¯yj nam wiecznie, twórz i kreuj. Koniec, basta - taki mus i ¯yraf pasta. --- ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() |
|
|
|
monciakund |
Dodany dnia 20.07.2020 21:29
|
![]() Pochwa³y: 31 Postów: 2334 Dom: GryffindorPunkty: 43236 Ranga: halo, regulamin! Data rejestracji: 11.03.13 |
PRACE I ETAPU 1. OBYCZAJOWE - wymagana wzmianka o Polskim Ministerstwie Magii - g³ówna postaæ to pracownik Polskiego Ministerstwa Magii - Dodatkowo, w zadaniu nale¿y co najmniej 3 razy u¿yæ s³owa: ARGUMENTACJA - dopuszczona odmiana przez przypadki PRACA A - Syriusz32 Zdania s± podzielone Po obudzeniu siê, le¿a³ jeszcze kilka minut wpatruj±c siê w sufit i obserwuj±c paj±ka, który leniwie wêdrowa³ po uwitej podczas jego snu sieci. Zdawa³ sobie jednak sprawê, ¿e ta cudowna chwila b³ogo¶ci, któr± teraz prze¿ywa, musi min±æ, je¶li chce zd±¿yæ do pracy. Wsta³ wiêc z ³ó¿ka, które zaskrzypia³o niby równie niezadowolone z faktu, ¿e zosta³o porzucone co on, pow³óczy³ niechêtnie nogami na drugi koniec swojego pokoju i otworzy³ drewnian± szafê znajduj±c± siê przy drzwiach. Poza ni± i ³ó¿kiem, które sta³o w rogu, w pomieszczeniu znajdowa³y siê jedynie bia³y niegdy¶ stolik nocny z licznymi plamami po kubku oraz biurko, które ugina³o siê, zawalone stosem papierów z ministerstwa. Gdy ju¿ wybra³ odpowiedni strój, ruszy³ w kierunku ³azienki. Tam wzi±³ szybki prysznic, po którym za³o¿y³ bieliznê, spodnie i narzuci³ koszulê. Potem umy³ zêby i dopi±³ guziki, szukaj±c przy tym ewentualnych plam po pa¶cie, a¿ w koñcu by³ gotowy do wyj¶cia. W korytarzu po³±czonym z kuchni± chwyci³ marynarkê, zaklêciem doprowadzi³ ³ó¿ko do porz±dku, za³o¿y³ buty i zerkn±³ w lustro, aby upewniæ siê, ¿e wszystko jest na swoim miejscu. Pó³buty oraz spodnie na kant w granatowym kolorze i nieco wymiêta, bia³a koszula z naszywk± "Adam Nowak". Ju¿ pogodzi³ siê, ¿e nie bêdzie dobrze wygl±da³ w garniturze, bo ten wisia³ na nim jak na wieszaku. Schyli³ siê wiêc do zbyt nisko powieszonego lustra, aby zobaczyæ swoj± niedobudzon± twarz z br±zowymi, rozczochranymi w³osami. Wyci±gn±³ z kieszeni marynarki grzebieñ, przejecha³ nim po g³owie, ale widz±c, ¿e ten zatrzyma³ siê na spl±tanych w³osach, zaniecha³ dalszych prób. Wyszed³ z mieszkania i min±³ na klatce m³od±, ciemnow³os± czarownicê, która wraca³a ze spaceru ze swoim przypominaj±cym owczarka psidwakiem Edisonem. Wymieni³ grzeczne "dzieñ dobry" i ruszy³ w dó³ krêtych schodów. Póki co, dzisiejszy dzieñ doskonale wpisywa³ siê w jego rutynê, poniewa¿ mniej wiêcej w³a¶nie tak wygl±da³ ka¿dy poranek od roku, kiedy rozpocz±³ pracê w Polskim Ministerstwie Magii. Szed³ chodnikiem sk³adaj±cym siê z krzywo po³o¿onej kostki brukowej i przechylonego krawê¿nika, w akompaniamencie bucz±cych ulicznych lamp, które o¶wietla³y mu drogê, gdy¿ drogi pozostawa³y sk±pane w cieniu gmachów okalaj±cych je budynków, a muskane promieniami s³oñca pozostawa³y jedynie najwy¿sze wie¿owce i bloki mieszkalne. Miasto jeszcze spa³o, na ulicach nie by³o ¿ywego ducha, je¶li nie liczyæ dwóch kotów walcz±cych o upolowanego wróbla, które i tak uciek³y do najbli¿szego zau³ka, gdy tylko siê zbli¿y³. Ca³a okolica jego kamienicy sk³ada³a siê g³ównie z budynków mieszkalnych, których balkony by³y skierowane w kierunku ulic, tak, aby ludzie mogli obserwowaæ wszystko co dzieje siê na zewn±trz. By³o to zreszt± jedno z ich ulubionych zajêæ, zw³aszcza w¶ród starszego pokolenia. Na parterach owych mieszkañ znajdowa³y siê g³ównie ma³e sklepy. Adama od momentu wyprowadzki od rodziców dziwi³ fakt, ¿e znaczn± czê¶ci± z nich by³y zak³ady zajmuj±c± siê sprzeda¿± sukni ¶lubnych. Zw³aszcza, ¿e w tych czasach m³odzi ludzie, ku niezadowoleniu swoich rodziców czy dziadków, ma³¿eñstwo odk³adali na pó¼niej. Swoje kroki kierowa³ od razu w stronê najbli¿szej placówki handlowej z zielonym szyldem. By³a to mugolska sieæ sklepów, w której znajdowa³y siê wej¶cia do ministerstwa. Rozci±ga³a siê po ca³ym mie¶cie, co znacz±co u³atwia³o pracownikom dotarcie na miejsce. Z pocz±tku rozwi±zanie to wzbudza³o wiele kontrowersji. Spora czê¶æ magicznej spo³eczno¶ci u¿ywa³a argumentacji, mówi±cej o tym, ¿e szansa na wykrycie jest zbyt du¿a w przypadku takiej metody, jednak wystarczy³o ulokowaæ czarodziejów na odpowiednie stanowiska i ryzyko zdemaskowania spada³o niemal¿e do zera. Szybko dotar³ do sklepu, w którym mimo bardzo wczesnej pory napotka³ klienta, najprawdopodobniej mugola. Kiwn±³ g³ow± do niskiego ch³opaka z plecakiem podró¿nym i siwego pana w koszulce z logiem sklepu, który sta³ za lad±. Nowak postanowi³ wykorzystaæ, ¿e nie jest tu sam i kupiæ sobie co¶ do jedzenia w ramach ¶niadania, nad które zazwyczaj przedk³ada³ kilka dodatkowych minut snu. Chwyci³ w miarê ¶wie¿ego rogala i ustawi³ siê w kolejce za m³odym nabywc± porannej, czarnej kawy. Gdy tylko tamten dokona³ zakupu i oddali³ siê nieco, Adam pokaza³ kasjerowi zdobiony, srebrny pier¶cieñ na swoim palcu - znak rozpoznawczy ludzi z ministerstwa. Zna³ siê z pracownikiem niemal¿e od roku, jednak tamten wci±¿ wymaga³ od niego tej procedury. Ch³opak zastanawia³ siê, czy nieufno¶æ starszego pana wynika z jego wieku, czy do¶wiadczeñ. Uzna³, ¿e raczej to pierwsze, w koñcu w tym kraju wiêkszo¶æ starych ludzi jest negatywnie nastawiona do nowo¶ci. Sprzedawca przyjrza³ siê dok³adnie jego d³oni, po czym kiwn±³ g³ow±, przyzwalaj±c na przej¶cie na zaplecze. By³o to niewielkie pomieszczenie, które zajmowa³ niedu¿y stolik z dwoma krzes³ami, szczotka, mop oraz ró¿ne, kolorowe ¶rodki do czyszczenia z krzykliwymi etykietami. Poza zwyk³ym wyposa¿eniem sklepowym, przy jednej ze ¶cian sta³y zielone, metalowe szafki przylegaj±ce do siebie. Podszed³ do jednej z nich i przy³o¿y³ do zamka pier¶cieñ, po czym us³ysza³ charakterystyczny zgrzyt, ¶wiadcz±cy o tym, ¿e drzwiczki mo¿na ju¿ otworzyæ. I faktycznie, te uchyli³y siê lekko, ukazuj±c swoje wnêtrze. Z pozoru pusta, nie przyci±ga³a niczyjej uwagi, a przedmiotem, po który przeszed³ ch³opak, nikt by siê nie zainteresowa³. Mowa tu o drucianym wieszak, ³udz±co przypominaj±cym te, we wszystkich pozosta³ych szafkach. Nowak wzi±³ g³êboki wdech, z³apa³ go mocno, aby za chwilê szarpn±æ z ca³ej si³y i s³ysz±c ju¿ jakby z oddali trza¶niêcie zamykanych drzwiczek. By³ przyzwyczajony na tyle, ¿e daleko mu by³o do wymiotów, ale po¿a³owa³ zjedzonego rogala. Teleportacja nadal pozostawa³a jednym z najmniej lubianych rodzajów transportu, jednak nie mia³ ¿adnej, lepszej alternatywy, wiêc musia³ znosiæ to ma³e, codzienne po¶wiêcenie. Do wspó³dzielonego biura prowadzi³ w±ski korytarz z drzwiami po obu stronach, w którym nie da³o siê nie czuæ wra¿enia zbêdnego przepychu. Na ziemi znajdowa³ siê czerwony, zdobiony dywan doskonale t³umi±cy kroki, a czarne ¶ciany, przyozdobione z³otymi wzorami, wzbogacone zosta³y o wisz±ce co kilka metrów obrazy w poz³acanych ramach. Wszystkie drzwi wygl±da³y niemal¿e identycznie - masywne, dêbowe, z mosiê¿n± ko³atk± w kszta³cie g³owy or³a w centralnej czê¶ci. Ró¿ni³y siê jedynie tabliczkami z opisem pomieszczeñ. Ca³o¶æ wygl±da³a dosyæ staro¶wiecko, jednak spe³nia³a swoje g³ówne zadanie - robi³a wra¿enie. A przynajmniej z zewn±trz, bo po przekroczeniu progu otoczenie robi³o siê mniej imponuj±ce. Tapety z pewno¶ci± pamiêtaj±ce lepsze czasy, od dawna nie zosta³y wymienione, podobnie jak biurko, które trzeszcz±c pod naporem sterty papierów, nieustannie walczy³o o prze¿ycie. Szanse na zmianê takiego stanu rzeczy by³y raczej niewielkie. Mimo tego, ¿e to w³a¶nie on i jego prze³o¿ony, który sta³ teraz przy imitacji okna znajduj±cej siê naprzeciwko drzwi, zajmowali siê zarz±dzaniem i wydawaniem sprzêtu do odpowiednich biur i wydzia³ów, nie mogli nic z tym zrobiæ, poniewa¿ na wszystko potrzebne by³o pozwolenie z góry. By³ to mêcz±cy uk³ad, na który prawie nikt nie mia³ wp³ywu. Co wiêcej, nie by³o nawet wiadomo, kto konkretnie mia³by udzieliæ takiego pozwolenia. Statut ministerstwa sk³ada³ siê z kilkuset stronic, na których znajdowa³y siê s³owa, które dawno wysz³y z u¿ycia, a same regu³y odnosi³y siê do innych punktów regulaminu tak czêsto, ¿e tworzy³y przypadki nieskoñczonych siê pêtli odwo³añ. Skutek tej sytuacji by³ taki, ¿e ma³o kto rozumia³ dok³adnie jak dzia³a prawo, co bardzo chêtnie wykorzystywa³a w³adza. - Cze¶æ Adam - rzuci³ mê¿czyzna, odwracaj±c siê twarz± w stronê Nowaka. By³ wysoki i dobrze zbudowany. Nie by³ stary, chocia¿ na skroniach mia³ ju¿ pierwsze oznaki siwizny, która powoli zastêpowa³a jego naturalny, br±zowy kolor w³osów. - Cze¶æ - odpowiedzia³ krótko ch³opak, wystawiaj±c rêkê do u¶cisku, który tamten od razu odwzajemni³. Borys Kowalski wprowadzi³ Adama w rytm pracy ministerstwa. Od pocz±tku wspó³pracy pozostawa³ najbardziej ¿yczliw± osob±, która na ka¿dym kroku pokazywa³a, ¿e jest godna zaufania. Jako prze³o¿ony faktycznie stara³ siê przekazaæ wiedzê i sposoby na rozwi±zywanie problemów, a tak¿e czynami udowadnia³, ¿e ma po prostu dobre intencje, gdy¿ wszystkie sukcesy przynosz± im obopóln± korzy¶æ. Jednak tym razem co¶ by³o inaczej. Kowalski ubrany by³ w p³aszcz podró¿ny, w lewej rêce trzyma³ ró¿d¿kê, a za plecami lewitowa³a jego skórzana aktówka. - Muszê pilnie wróciæ do domu - oznajmi³, bez zbêdnych wyt³umaczeñ. Adam zdawa³ sobie sprawê z tego, ¿e bez powa¿nego powodu, nie zostawi³by go samego. Nie zamierza³ jednak przeprowadzaæ przes³uchania z jego prywatnych spraw, wiêc zapewni³ jedynie, ¿e poradzi sobie bez wsparcia i usiad³ za biurkiem, obserwuj±c wychodz±cego w po¶piechu szefa. Ró¿d¿k± przeniós³ czê¶æ papierów na ziemiê, dziêki czemu stó³ nabra³ bardziej prostych kszta³tów i nie grozi³ z³amaniem siê w ka¿dej chwili. Wniosek o nowe kocio³ki, pakiet piór, braki proszku fiuu... Zanim jednak zd±¿y³ cokolwiek wype³niæ, drzwi otworzy³y siê i wszed³ przez nie wyra¼nie poirytowany pracownik ministerstwa, którego Adam widzia³ po raz pierwszy. Sumiasty w±s dr¿a³ mu niebezpiecznie, a ¿y³ka na czole pulsowa³a jakby mia³a zaraz wybuchn±æ. Za nim wpad³o dwóch innych czarodziejów, którzy wymachiwali rêkami przekrzykuj±c siê przy tym wzajemnie. "Z³odzieje", "Prostaki" czy "Chamska Ho³ota", to tylko niektóre ze s³ów, które wy³apa³ Nowak. Gdy ju¿ my¶la³, ¿e chaos, jaki wywo³a³o nag³e wtargniêcie urzêdników, nie mo¿e byæ wiêkszy, do gabinetu wlecia³o dwadzie¶cia skrzypi±cych, metalowych klatek z sowami, które u³o¿y³y siê w dwie piramidki w rogu pomieszczenia. - Co siê tutaj dzieje? - spyta³ Adam zdenerwowanego pracownika z w±sem, który opar³ siê o jego biurko. Pozostali dwaj k³ócili siê dalej, przedstawiaj±c swoj± w±tpliwej jako¶ci argumentacjê. - Wydzia³ fa³szerstw w³a¶nie przej±³ chmarê sów, które trzeba gdzie¶ przydzieliæ - mê¿czyzna mówi³ szybko, maj±c wyra¼nie do¶æ ju¿ ca³ej tej sytuacji. - I co ja mam z tym wspólnego? - dopyta³ ch³opak niepewnie. - W³a¶nie to biuro odpowiada za takie przypadki - wyja¶ni³. - Zostawiam ciê z tym, najlepiej jakby¶ szybko rozwi±za³ ten konflikt - doda³ po chwili, a nastêpnie obróci³ siê na piêcie i wyszed³ szybkim krokiem. Gdy tylko opu¶ci³ pomieszczenie, pozostali doskoczyli do biurka, ³ypi±c na Nowaka jak psy na smakowit± ko¶æ. - Dzieñ dobry, nazywam siê ¯ebro, jestem z Urzêdu Paradoksów i Sprzeczno¶ci - wyrzuci³ z siebie na jednym tchu starszy z nich, ³api±c rêkê Adama i machaj±c ni± energicznie. By³ dosyæ niski i nosi³ okulary w prostok±tnych oprawkach. Drugi widocznie nie chcia³ pozostaæ w tyle z grzeczno¶ci±, wiêc wyszarpn±³ prawicê ch³opaka i równie¿ potrz±sn±³. - Chatka, Komisja Obronna. Niezwykle mi³o mi pana poznaæ - powiedzia³ ca³y czas siê u¶miechaj±c. Na g³owie zosta³a mu reszta w³osów, co podkre¶la³o jego odstaj±ce uszy. Z tego co zd±¿yli powiedzieæ zanim wrócili do potyczki s³ownej, Nowak zrozumia³, ¿e ka¿dy z nich uwa¿a, ¿e nowe sowy s± im niezbêdne. Byli zgodni tylko co do jednej rzeczy, ¿e nie mo¿na pój¶æ na kompromis i druga strona nie zas³uguje na dostanie absolutnie niczego. - Oni chc± wszystko zagarn±æ dla siebie! - zwróci³ siê bezpo¶rednio do ch³opaka ³ysy czarodziej. - Bzdura! - odkrzykn±³ natychmiast ten w okularach. - Rozdamy te sowy najzdolniejszym dzieciom w kraju! - Tak? To my oddamy dzieciom i dorzucimy zapas karmy! - To my damy jeszcze pióra! - A my klatki! Jedyne czego potrzebowa³ to chwila spokoju. Pope³ni³ jednak drugi raz ten sam b³±d co wcze¶niej - nie doceni³ zdolno¶ci ministerstwa do tworzenia chaosu. Gdy tylko pomy¶la³, ¿e gorszego bajzlu nie da siê zrobiæ, drzwi pomieszczenia otworzy³y siê z hukiem i wpadli przez nie nastêpni pracownicy urzêdu Paradoksów i Sprzeczno¶ci oraz Komisji Obronnej, którzy najwyra¼niej us³yszeli o konflikcie i postanowili wtr±ciæ swoje trzy grosze. To by³a granica. Niemal¿e dziesiêæ krzycz±cych na siebie wzajemnie osób i dwadzie¶cia skrzecz±cych sów by³o czym¶, na co m³ody pracownik ministerstwa nie by³ przygotowany. Omin±³ grupê walcz±cych zajadle miêdzy sob± czarodziejów i chwyci³ za klamkê. Zd±¿y³ us³yszeæ jeszcze zwroty "siadaj, kurduplu" oraz "te sowy nam siê po prostu nale¿±", a zaraz po tym drzwi trzasnê³y z hukiem. Dopiero teraz móg³ spokojnie odetchn±æ. W biurze ze wzglêdu na du¿± ilo¶æ osób zaczyna³o brakowaæ powietrza, a tutaj g³êboki wdech nie by³ problemem. By³o nim to, ¿e nadal nie mia³ rozwi±zania w kwestii sów. Skierowa³ g³owê w lewo, gdzie dostrzeg³ obraz, na którym namalowany by³ niuchacz. Próbowa³ w³a¶nie rozebraæ na czê¶ci zegarek kieszonkowy i tylko co jaki¶ czas zerka³ w stronê obserwuj±cego go ch³opaka. Na dole widnia³ tytu³: "Strata czasu", a z boku drobne literki K.L., które Adam uzna³ za inicja³y autora. - Tak, to kompletna strata czasu - mrukn±³ sam do siebie, wpatruj±c siê w b³yszcz±ce futro stworzenia. - Wrócê tam i powiem, ¿e chcê porz±dnej argumentacji, a nie jedynie plucia jadem na drug± stronê - zapewnia³ sam siebie, nabieraj±c przy tym wiary w s³uszno¶æ swojej decyzji. Odwróci³ siê, nacisn±³ klamkê i pchn±³ drzwi. U¿y³ zaklêcia sonorus, po czym rykn±³: - CISZA! Proszê o formalny wniosek albo porz±dn± argumentacjê, inaczej sowy zostan± w biurze! - Po tych s³owach nast±pi³a kilkusekundowa cisza. Ludzie spojrzeli po sobie, a¿ w koñcu g³os zabra³ jeden z czarodziejów. - Ale jakie sowy? PRACA B - Klaudia Lind "Karma wraca" Cisna, niewielkie miasteczko po³o¿one w Bieszczadach, by³o idealnym miejscem dla ludzi chc±cych spêdziæ ¿ycie z dala od wielkomiejskich aglomeracji. W wakacje najwiêkszymi atrakcjami by³y tu piesze górskie wycieczki, ma³e stragany z pami±tkami oraz kafejki z kaw± i ciastkami. Byli te¿ tacy, choæ nale¿eli do znacznej mniejszo¶ci, których wyj±tkowo interesowa³a stara budka do robienia zdjêæ. Jedn± z takich osób by³a Wiktoria Lesiak, która codziennie, oko³o godziny dziesi±tej, wchodzi³a do kolorowego fotodomku. Znika³a na kilka godzin, a po godzinie szesnastej wychodzi³a z budki, bynajmniej nie robi±c sobie ani jednego zdjêcia. Wiktoria pracowa³a w Polskim Ministerstwie Magii, jako Zastêpca Dyrektora w Departamencie Kontroli nad Magicznymi Stworzeniami w oddziale w Cisnej. Fotobudka od lat s³u¿y³a jej i kilkoro innym czarodziejom jako winda, prowadz±ca do korytarzy Departamentu. W ci±gu piêciu minut kobieta by³a ju¿ w swoim gabinecie, piêtna¶cie metrów pod ziemi±. Czeka³a na ni± El¿bieta Nowakowska, pani sekretarz oraz jej dobra kole¿anka w jednej osobie. - Cze¶æ - przywita³a siê Wiktoria, rzuci³a torebkê na swoje biurko i odpali³a komputer. Zerknê³a w lustro i zwi±za³a ciemnobr±zowe w³osy w koñski ogon. Wygoda przede wszystkim. - Cze¶æ, zd±¿y³am ju¿ zrobiæ obchód - odpowiedzia³a Ela, machaj±c teczk± pe³n± papierów. - Przepraszam, ¿e tyle czeka³a¶, ale w domu mia³am totalny m³yn. Konrad zgubi³ swoj± ró¿d¿kê, Aniê rozbola³ brzuch po czekoladowych ¿abach, a Nikola... - Wiktoria przypomnia³a sobie niemi³± rozmowê z piêtnastoletni± córk± i zrezygnowa³a z opowiadania. - Szkoda gadaæ. Konrad Lesiak by³ mê¿em Wiktorii, o dziesiêæ lat od niej m³odszym muzykiem, Ania siedmioletni± córeczk±, pod±¿aj±c± artystycznymi ¶ladami tatusia. Wiktoria za rok koñczy³a czterdziestkê, a od piêtnastu lat pracowa³a w tym samym miejscu, staraj±c siê o posadê Dyrektora Departamentu. El¿bieta natomiast by³a niezast±pion± pomoc± nie tylko w pracy, ale tak¿e w rozmowach o ¿yciu. - Hejka. Nie t³umacz siê, Dawida nie ma. - Sekretarka mia³a na my¶li ich szefa. - Co do Nikoli, to mo¿e trochê jej odpu¶æ? W koñcu s± wakacje. Wiktoria nastawi³a czajnik i wsypa³a dwie ³y¿eczki kawy do kubka z logo Ministerstwa. - Ela, za nieca³e dwa miesi±ce moja córka wyjedzie do Hogwartu i bêdzie za pó¼no by porozmawiaæ o jej przysz³o¶ci. Wiesz, ¿e ona chce zostaæ Aurorem? Jestem pewna, ¿e robi mi to po z³o¶ci. - Przesadzasz - podsumowa³a El¿bieta i poda³a kole¿ance ciastko. - Nie tak dawno temu by³am w jej wieku i pamiêtam, jak to jest. Im bardziej naciskasz, tym gorzej, wierz mi. - taka argumentacja do mnie nie przemawia - uciê³a temat Wiktoria. - ok, jak chcesz. Co do roboty...niestety szykuje siê ciê¿ki dzieñ - powiedzia³a Ela, marszcz±c wypielêgnowane brwi. By³a jak zawsze ubrana bardzo kobieco. Miêtowa sukienka z lej±cego siê materia³u nie zdradza³a ¿adnych oznak niepotrzebnych kilogramów. D³ugie blond w³osy upiê³a we francuski warkocz. Wiktoria mia³a na sobie koszulkê na rami±czkach, krótkie spodenki i trapery. Strój godny kogo¶, kto ³apie po lasach mantikory i hipogryfy. - Rano dostali¶my anonimowy telefon - kontynuowa³a Ela, siadaj±c jednym po¶ladkiem na swoim biurku. - Kto¶ zg³osi³, ¿e pod barem stoi podejrzana klatka przykryta plandek±, z której dochodz± dziwne odg³osy. Go¶æ by³ na tyle odwa¿ny, b±d¼ g³upi, ¿e zajrza³ pod ni±. Od razu wyci±gn±³ telefon, aby powiadomiæ Ministerstwo. Stwierdzi³, ¿e powinni¶my byæ tym zainteresowani. Wiktoria machnê³a ró¿d¿k± w stronê wielkiego wiatraka i przyjê³a jego ch³ód z ulg±. Przy temperaturze powy¿ej dwudziestu o¶miu stopni nie umia³a siê skupiæ. - Co by³o w klatkach? - Zapyta³a szczerze zaciekawiona. Mo¿e i by³a przemêczona ¿yciem, ale lubi³a swoj± pracê, w której obcowa³a g³ównie ze zwierzêtami. - Osiem feniksów. Posz³y do pomieszczania znajduj±cego siê na ty³ach Departamentu. By³o to dobrze sch³odzone miejsce z klatkami umieszczonymi po obydwu stronach przedniej czê¶ci hali. Przebywa³y w nich tymczasowo ró¿ne fantastyczne zwierzêta, czekaj±ce na swoich nowych w³a¶cicieli, lub transport do specjalistycznych hodowli. Drug± czê¶æ stanowi³y zamykane szafki z pokarmem, opatrunkami, lekami i zabawkami dla podopiecznych. Wiktoria kocha³a zwierzêta i stara³a siê jak najbardziej umiliæ im czas spêdzony w niewoli. Niestety ostatnio sprawy zaczyna³y wymykaæ siê spod kontroli. W ci±gu jednego miesi±ca Departament przej±³ dwa niuchacze, dziesiêæ nie¶mia³ków, jednego przeg³odzonego zouwu, ciê¿arnego ¿mijoptaka, parê wozaków oraz traszkê dwuogonow±, która p³ywa³a leniwie w sporym akwarium. Wszystkie zwierzêta zosta³y przechwycone z czarnego rynku, który jakim¶ cudem wyp³yn±³ w Cisnej. Ten miesi±c by³ niezwykle trudny dla Departamentu, gdy¿ dzia³aj±c jedynie lokalnie, nie posiadali zbyt wiele miejsca dla zwierz±t. Po zakwaterowaniu odnalezionych feniksów okaza³o siê, ¿e wszystkie klatki s± zajête. Do tej pory nigdy im siê to nie zdarzy³o. Wiktoria dok³adnie przygl±da³a siê ka¿demu zwierzêciu, zatrzymuj±c siê d³u¿ej przy tych przywiezionych dzisiaj. - Dlaczego w tej klatce s± dwa feniksy? - zapyta³a Wiktoria podniesionym tonem. - jak widzisz, zabrak³o miejsca. - To wiem, ale czemu jeden z nich nie zosta³ przeniesiony do hodowli feniksów w Ustrzykach Dolnych? Twarz El¿biety spochmurnia³a. Nie mia³a dla przyjació³ki dobrych wie¶ci. - Powiedzieli, ¿e maj± jak±¶ epidemiê i nie mog± przyjmowaæ ani wydawaæ zwierz±t. Korytarz zosta³ zamkniêty. Tak samo jest w oddziale Dolno¶l±skim. Wiktoria wstrzyma³a oddech, ale zaraz siê rozlu¼ni³a. Jedno spojrzenie w wielkie, czarne oczy zwierzêcia zadecydowa³o. Nie mog³aby post±piæ inaczej. - Przygotuj mi transporter, biorê go do domu. - Locomotor - wyszepta³a Wiktoria, stoj±c u progu schodów kamienicy, w której mieszka³a. Mia³a nadziejê, ¿e ¿aden w¶cibski s±siad nie uchyli drzwi, by zobaczyæ bezszelestnie lewituj±cy nad stopniami wielki transporter. Feniks spa³ smacznie, ugodzony niegro¼nym zaklêciem. Niezauwa¿ona dotar³a na drugie piêtro i wesz³a do mieszkania. Nikt jej nie przywita³, co j± wcale nie zdziwi³o. O tej godzinie jej m±¿ zwykle siedzia³ w wyg³uszonym pokoju muzycznym z m³odsz± córeczk±, a starsza córka Nikola spêdza³a czas u swojej przyjació³ki. Ledwo ¶ci±gnê³a buty, us³ysza³a ciche popiskiwanie wydobywaj±ce siê z transportera. Nie zwlekaj±c, skierowa³a kroki prosto do pokoju muzycznego. Tak jak s±dzi³a, jej m±¿, z zamkniêtymi oczami i s³uchawkami na uszach gra³ na gitarze. Obok niego siedzia³a ¶liczna ma³a czarnow³osa dziewczynka z mikrofonem. - Cze¶æ mamusiu! - wykrzyknê³a nieco za g³o¶no i poci±gnê³a tatê za rêkaw, by spojrza³ w stronê drzwi. - Hej kochanie - powiedzia³, spuszczaj±c s³uchawki na szyjê. Widz±c transporter, uniós³ wysoko brwi. - Co to jest? Wiktoria postawi³a pud³o na ¶rodku pokoju i zamknê³a za sob± drzwi. Wiedzia³a, ¿e Konrad nie bêdzie zadowolony. Uwa¿a³, ¿e jego ¿ona za bardzo anga¿uje siê w swoj± pracê, podchodzi do niej zbyt emocjonalnie, a tym razem posunê³a siê jeszcze dalej. ¯a³owa³a, ¿e nie zadzwoni³a uprzedziæ Konrada. Otworzy³a drzwiczki. - Ptaszek! - krzyknê³a Ania, m³odsza córeczka. - To jest feniks skarbie. Pamiêtasz, jak ci czyta³am o... - zaczê³a Wiki, ale m±¿ jej przerwa³. - Dlaczego go tu przyprowadzi³a¶? Obserwuj±c, jak zwierzê powoli wychyla ³ebek z pud³a, opowiedzia³a mê¿owi ca³± sytuacjê. S³ucha³ jej uwa¿nie, pilnuj±c, by dziewczynka nie dotyka³a feniksa. - Co na to Dawid? - zapyta³ Konrad. - To chyba nie jest codzienno¶æ, ¿e zabiera siê fantastyczne zwierzê do domu. - zostawi³am mu notatkê na biurku. - I to wystarczy? - zdziwi³ siê. - Oh, bêdzie mi wdziêczny, ¿e pozby³am siê k³opotu. - Kochanie wiem, ¿e chcesz dla tych zwierz±t najlepiej, ale gdzie go bêdziemy trzymaæ? I przez jaki czas? Przemy¶la³a¶ to w ogóle? Faktem jest, ¿e Wiktoria tego w ogóle nie przemy¶la³a i teraz kombinowa³a na poczekaniu. - Musi zostaæ w tym pokoju, bo tylko tu nie bêdzie go s³ychaæ. To potrwa najwy¿ej tydzieñ, w poniedzia³ek wysy³amy ¿mijoptaka do kliniki na rozwi±zanie i zwolni siê klatka. - a gdzie ja mam æwiczyæ? Przecie¿ wiesz, ¿e nagrywam album. - Mo¿esz graæ u Patryka, w koñcu razem go tworzycie - odpowiedzia³a cierpliwie. Patryk by³ wspó³za³o¿ycielem zespo³u rockowego, w którym Konrad gra³ pierwsz± gitarê. Wiktoria obserwowa³a mê¿a, jak przymyka oczy. Widzia³a, jak próbuje zapanowaæ nad oddechem i przyk³adaj±c d³onie do skroni, zastanawia siê. Czu³a, ¿e rozmowa nie dobieg³a koñca. - Wiki, ja wiem, ¿e praca jest wa¿na, ale to ci nie pomo¿e w karierze... - To nie o to chodzi - oburzy³a siê Wiktoria. - Nigdy nie s³uchasz moich argumentacji! To jest ¿ywe zwierzê, które potrzebuje naszego wsparcia! - Co to jest argumentacja? - wtr±ci³a Ania, ale nikt nie zwróci³ na ni± uwagi. Twarz Konrada, zwykle przystojna i rozlu¼niona zrobi³a siê napiêta. - Zawsze obawia³em siê, ¿e w koñcu do tego dojdzie, ¿e zwierzêta zaczn± byæ dla ciebie wa¿niejsze od rodziny. Tego by³o Wiktorii za wiele. Poczu³a siê osaczona i zdradzona przez osobê, na której powinna najbardziej polegaæ. - Mo¿emy pogadaæ w salonie? Niech Ania pójdzie do siebie do pokoju - zaproponowa³a. Konrad wyprowadzi³ niezadowolon± córeczkê, która za wszelk± cenê chcia³a pog³askaæ "ptaszka". Wiktoria spojrza³a ze ³zami w oczach na feniksa i wci±¿ wzburzona opu¶ci³a pokój. Kiedy wesz³a do salonu Konrad, sta³ do niej plecami i wygl±da³ przez otwarte okno balkonowe. Mieli przepiêkny widok na gêsto zalesione zbocza gór. S³oñce zaczê³o siê chyliæ ku wierzcho³kowi Hyrlaty, rozpalaj±c konary drzew ognist± czerwieni±. Wiktoria pomy¶la³a, ¿e Nadia powinna byæ zaraz w domu. - Musimy sobie co¶ wyja¶niæ raz na zawsze - zaczê³a. Serce podesz³o jej do gard³a. Wiedzia³a, ¿e zaraz zaczn± siê poruszaæ, bo bardzo nietrwa³ym gruncie ich zwi±zku. - Owszem. - Mo¿esz mieæ pretensje, ¿e nie da³am ci znaæ o feniksie. Rozumiem. Czekaj, nie przerywaj mi! Od zawsze zazdro¶ci³am ci twojej m³odo¶ci, ambicji i talentu. Tego, ¿e jeste¶ taki wolny, ¿e jeste¶ sam sobie szefem. ¯e masz tê energiê, czas dla dzieci, ¿e fanki ciê kochaj± i ¿e dogadujesz siê z lud¼mi. Ja mam swoj± pracê, któr± kocham. Czemu mi podcinasz skrzyd³a, skoro ja ci tego nie robiê? Konrad nadal siê nie odwróci³, ale widzia³a jego drgaj±c± ¿y³ê na karku. By³ w¶ciek³y. Atmosfera w salonie by³a tak napiêta, ¿e nie us³yszeli g³uchego uderzenia dochodz±cego z zewn±trz. Konrad wreszcie siê odezwa³. - Wiktoria, to nie mo¿e tak d³u¿ej trwaæ. Ta twoja zazdro¶æ... Nie dokoñczy³, bo co¶ du¿ego i czerwonego przelecia³o obok niego z przera¼liwym skrzekiem i wylecia³o przez otwarte okno balkonowe. Wiktoria krzyknê³a, rzuci³a siê do przodu, ale nie zdo³a³a z³apaæ feniksa w porê. Konrad wybieg³ na balkon, a za nim jego ¿ona. - Nie zamknê³a¶ drzwi w pokoju? - Zapyta³ zdziwiony, spogl±daj±c w dó³, na ulice pod blokiem. Wiktoria nie odpowiedzia³a. Przygl±da³a siê feniksowi, który polecia³ ulic± nieco dalej i wyl±dowa³ tu¿ za stoj±c± na jezdni furgonetk± tak, ¿e nie by³o go widaæ. Nie czekaj±c na mê¿a, kobieta za³o¿y³a pantofle, zbieg³a po schodach wprost na ulicê. Nie wiedzia³a, ¿e Konrad ruszy³ za ni±, dopóki nie zrównali siê w biegu. To, co zobaczyli za furgonetk±, zmrozi³o im krew w ¿y³ach. Na jezdni le¿a³a ich córka, Nikola. By³a nieprzytomna, a jej rower le¿a³ dwa metry dalej, wygiêty w metalow± koszmarn± abstrakcjê. Kierowca furgonetki sta³ przy drzwiach samochodu, a jego twarz wygl±da³a jak wyciosana z kamienia. Nie móg³ uwierzyæ w³asnym oczom. Nikt nie móg³. Tylko Wiktoria wiedzia³a, co siê dzieje i szeptem poprosi³a mê¿a, aby nie podchodzi³. Feniks, który uciek³ z jej mieszkania, usiad³ przy Nikoli i przylgn±³ ³ebkiem do jej zakrwawionej klatki piersiowej. Du¿e krople ³ez spada³y wprost na ranê, a ta z sekundy na sekundê robi³a siê coraz mniejsza, a¿ wreszcie zniknê³a. Nikola otworzy³a oczy, usiad³a i zaczê³a siê rozgl±daæ. By³a w lekkim szoku, ale prócz siniaka na ramieniu nic powa¿nego jej nie dolega³o. Powoli przypomina³a sobie, co siê sta³o. Jecha³a rowerem, jedn± rêk± pisa³a SMS-a, wjecha³a na ulicê i poczu³a uderzenie. Straci³a przytomno¶æ, a kiedy siê ocknê³a, patrzy³ na ni± przepiêkny, ognisty ptak. Potem zobaczy³a rodziców. - mamo! Tato! - zawo³a³a. - Nic mi nie jest, na prawdê. - Córeczko, gdyby nie ten feniks... - Konrad by³ tak zdenerwowany, ¿e ledwo móg³ mówiæ. - Ju¿ dobrze tato, mogê wstaæ - powiedzia³a stanowczo, wiêc pomóg³ córce siê podnie¶æ. Wygl±da³o na to, ¿e prócz kilku siniaków rzeczywi¶cie by³a ca³a i zdrowa. Razem podeszli do fantastycznego zwierzêcia, g³askali jego miêkkie pióra i dziêkowali wzruszeni. Konrad okry³ feniksa p³aszczem przeciwdeszczowym, który Nikola mia³a w plecaku. Nie chcia³, by kto¶ go zobaczy³. Wiktoria obserwowa³a ich w milczeniu, zupe³nie zapominaj±c o mê¿czy¼nie stoj±cym przy samochodzie. Dos³ownie w ostatnim momencie zauwa¿y³a, ¿e kierowca schyla siê, by podnie¶æ z jezdni pod³u¿ny przedmiot. Kobieta na szczê¶cie okaza³a siê szybsza. - ja to wezmê - powiedzia³a, chwytaj±c ró¿d¿kê Nikoli. - Obliviate. Mê¿czyzna, ugodzony zaklêciem zapomnienia, patrzy³ na ni± têpym wzrokiem. Nastêpnie wzruszy³ ramionami, wsiad³ do furgonetki i odjecha³. Rodzina Lesiaków powiêkszy³a siê o jedno fantastyczne zwierzê. Konrad by³ pierwsz± osob±, która zadecydowa³a, ¿e feniks u nich zostanie. Odda³ mu do dyspozycji swój pokój, a sam wynaj±³ ma³y gara¿, w którym z m³odsz± córeczk± mogli bez granic oddawaæ siê muzycznej pasji. Nikola zaczê³a wiêcej rozmawiaæ z mam±, okaza³o siê, ¿e fantastyczne zwierzêta s± tematem ³±cz±cym pokolenia i buduj±cym dobre relacje. Pó³ roku pó¼niej Wiktoria zosta³a Dyrektork± Departamentu, w którym pracowa³a. Szybko pozyska³a dotacjê na rozbudowê hali dla zwierz±t. Ju¿ nigdy dla ¿adnego nie zabrak³o tam miejsca. PRACA C - Kwieciste_Niebo Albert Zieliñski by³ jednym z nielicznych czarodziejów w swojej okolicy, którego rodzice zapisali do szko³y magii. Nie zmarnowa³ tej szansy by³ jednym z najlepszych uczniów Dumstrangu. Dla wszystkich by³o oczywiste, ¿e pisana jest mu wielka przysz³o¶æ. Stanowisko m³odszego asystenta ministra magii wydawa³o siê idealne by zacz±æ jego wielk± karierê w Polskim Ministerstwie Magii. Nie spodziewa³ siê tylko, ¿e jego praca bêdzie polega³a na roznoszeniu wszystkim drugiego ¶niadania i adresowaniu kopert. Ostatecznie pracowa³ tam ju¿ pó³ roku. Zdecydowanie uw³acza³o to jego ambicji i powodowa³o frustracje, zw³aszcza, ¿e wiêkszo¶æ urzêdników mia³o umiejêtno¶ci niewiele przekraczaj±ce jego po ukoñczeniu pierwszego roku szko³y a posady zdobywali dziêki znajomo¶ci±. Gardzi³ takimi lud¼mi. Dwie kanapki z majonezem i kurczakiem oraz kanapka z ³ososiem i str±czkami do dzia³u gier i sportów, 4 sa³atki z grillowanych warzyw do dzia³u przestrzegania prawa czarodziejów, 2 kanapki z szynk± i serem do dzia³u wspó³egzystencji z mugolamii. I tak w nieskoñczono¶æ. Jedyne, co s³ysza³ w zamian, to, ¿e nastêpnym razem ma poprosiæ o podwójn± porcjê sera. Zawsze na koniec zostawia³ sobie samego ministra magii. Mimo, ¿e na drugie ¶niadanie najczê¶ciej wychodzi³ na spotkania s³u¿bowe, po powrocie lubi³ mieæ na biurku standardow± kanapkê. Mówiono, ¿e jego 20 lat m³odsza ¿ona dopiero odkrywa tajniki gotowania i póki, co idzie jej to opornie. Tak samo sytuacja wygl±da³a w pewne ¶rodowe popo³udnie. Wyj±tkowo zbulwersowa³ go jeden z zarozumia³ych urzêdników z dzia³u magicznych stworzeñ, który nawrzeszcza³ na niego, poniewa¿ jego drugie ¶niadanie omy³kowo zawiera³o miêso. Ostatecznie posmarowany majonezem chleb wyl±dowa³ na czarnej szacie Alberta zostawiaj±c widoczn±, t³ust± plamê. Zdenerwowany, oraz przyzwyczajony do nieobecno¶ci ministra magii w tym czasie wszed³ do jego gabinetu bez pukania i ze zdziwieniem odkry³, ¿e nie jest on pusty. Na kolanach ministra magii siedzia³a szefowa dzia³u przestrzegania prawa i zasypywa³a jego szyjê poca³unkami. M³odego pracownika ministerstwa zamurowa³o. Zas³oni³ oczy rêkoma, upuszczaj±c pakunek z kanapk± i dukaj±c przeprosiny ruszy³ z zas³oniêtymi oczami do wyj¶cia, przy okazji tucz±c jaki¶ wazon. Ledwo opu¶ci³ gabinet i odetchn±³ z ulg± zobaczy³ w wej¶ciu Zuzannê Kier - ¿onê ministra magii. Zuzanna to delikatna blondynka, która by³a prawdopodobnie mniej wiêcej w wieku Alberta. Jej ojciec to jeden z najbogatszych i tym samym najbardziej wp³ywowych ludzi w Polsce. Wiele plotek mówi, ¿e w³a¶nie z tego powodu Ryszard Kier j± po¶lubi³. Liczy³, ¿e wzglêdy jej ojca pomog± mu zrobiæ szybk± karierê. Patrz±c na obecn± sytuacjê mo¿na stwierdziæ, ¿e s³usznie. Nie wiadomo jednak, jakim cudem oczarowa³ tak± sympatyczn± dziewczynê. Tak naprawdê to jedyna ¿yczliwa osoba w ministerstwie. Mimo, ¿e nie zajmowa³a ¿adnej z urzêdniczych funkcji czêsto przynosi³a mê¿owi swoje kulinarne popisy. Tego dnia z jej siatki mo¿na by³o wyczuæ intensywny aromat ryby. Nie zwiastowa³o to niczego dobrego. Albert jak siê pyta³ sam siebie pó¼niej, czemu zrobi³ tak a nie inaczej to nie móg³ znale¼æ konkretnej odpowiedzi. Prawdopodobnie nie chcia³, ¿eby jedyna mi³a dla niego osoba cierpia³a. Bo z ca³± pewno¶ci± mo¿na by³o stwierdziæ, ¿e mimo ukartowania ca³ego tego ma³¿eñstwa, ona kocha³a swojego mê¿a - Witaj Albercie, jak tam Ci mija dzieñ? Dalej dokarmiasz mojego misia? - przywita³a siê jak zwykle pamiêtaj±c, ¿eby obdarzyæ go promiennym u¶miechem, po czym nie czekaj±c na odpowied¼ nacisnê³a klamkê. - Chyba ju¿ nied³ugo nie bêdê musia³, pachnie znakomicie - sk³ama³ pokazuj±c na torbê, sprawiaj±c, ¿e zmar³a z ledwo uchylonymi drzwiami. - Naprawdê? - Zuzanna niemal podskoczy³a z rado¶ci - W takim razie musisz spróbowaæ, to stary rodzinny przepis - zamknê³a, uchylone drzwi, które do tej pory ca³y czas trzyma³a za klamkê. - Bêdê zaszczycony - U¶miechn±³ siê, wyrzucaj±c sobie, ¿e móg³ pochwaliæ jej ¿ó³t± sukienkê. - Tylko jak umrê, przeka¿ wszystkim, ¿e podwójnego majonezu ju¿ nie bêdzie! - za¿artowa³, kiedy poda³a mu porcjê szarozielonej zupy. Albert nie mia³ wyboru. W³o¿y³ ³y¿kê do buzi i u¿y³ ca³ej swojej woli by siê nie skrzywiæ. Jego zmagania przerwa³ Minister Magii, który wy³oni³ siê ze swojego gabinetu. - Tak w³a¶nie my¶la³em, ¿e s³ysza³em g³os mojego króliczka! - zawo³a³ rado¶nie na widok ¿ony. - Wejd¼ proszê, w³a¶nie omawiamy z Eugeni± raport z przestrzegania prawa w ostatnim kwartale. - Po czym spojrza³ na Alberta i zupê, któr± trzyma³. - Co tak ¶mierdzi? Posprz±taj to! - To nowa zupa pana ¿ony, powinien pan spróbowaæ! To kulinarne dzie³o sztuki. -Poda³ mu miskê zanim wszyscy zniknêli na powrót w gabinecie a Minister by³ zbyt zaskoczony by siê sprzeciwiæ. Albert mia³ ochotê waliæ g³ow± w ¶cianê. Nie do¶æ, ¿e przy³apa³ szefa na zdradzaniu ¿ony to jeszcze wcisn± mu niejadaln± zupê. Zastanawia³ siê, która argumentacja znajdzie siê na jego zwolnieniu. Dodatkowo by³ na siebie z³y, ¿e ok³ama³ Zuzannê. Nastêpnego dnia rano, ledwo Albert usiad³ przy biurku i zabra³ siê za adresowanie kopert, minister osobi¶cie poprosi³ go do swojego gabinetu. Ch³opak spodziewa³ siê tego, ju¿ wczoraj przygotowa³ sobie nawet, co powie, gdy minister przeka¿e mu wypowiedzenie. Zamierza³ te¿ wys³aæ sowê Zuzannie i poinformowaæ j± o zaistnia³ej sytuacji. Zawsze jest lepiej wiedzieæ. Minister wskaza³ mu krzes³o naprzeciwko biurka i zaproponowa³ herbatê, po czym sam zaj±³ swój fotel. - Tak wiêc... - zacz±³ minister - S³ysza³em jak wczoraj mnie kry³e¶. Bardzo doceniam tak± lojalno¶æ. Jednak podejrzewam, ¿e taka pomoc ma swoj± cenê. Omiñmy wszystkie gierki i przejd¼my od razu do negocjacji. Co mogê ci zaproponowaæ? - Hmm...- Albert by³ w szoku. Takiego obrotu spraw siê nie spodziewa³. Zacz±³ gor±czkowo siê zastanawiaæ o jak wiele mo¿e poprosiæ. Ostatecznie uzna³, ¿e to jego szansa by zrealizowaæ wszystkie swoje idealistyczne wizje, które snu³ nocami przed snem. - Chcia³bym zostaæ szefem dzia³u - odpar³ udaj±c pewno¶æ siebie. - Którego? - Minister nie mia³ oporów by zwolniæ, któregokolwiek z szefów dzia³ów byle ochroniæ swoje stanowisko. - Edukacji magicznej - odpar³ Albert, widz±c zdziwienie na twarzy ministra kontynuowa³ - Wiem, ¿e na razie nie ma takiego dzia³u. Chcia³bym go stworzyæ. Widzia³em jak wygl±da edukacja za granic±. W Polsce rodzice ucz± dzieci tylko tego, co uznaj± za s³uszne i co sami umiej± a testy potwierdzaj±ce edukacjê zda ka¿dy, kto nie jest char³akiem. Nale¿y to uregulowaæ a ja mam wiele pomys³ów jak to zrobiæ. - Ciekawa propozycja - podsumowa³ minister, który sam nie wiedzia³, co na ten temat s±dzi. Cieszy³ siê jednak, ¿e niewygodny ch³opak sam znalaz³ sobie miejsce niewymagaj±ce ofiar. - Mam nadziejê, ¿e zdajesz sobie sprawê, ¿e to nie jest zmiana, któr± mogê wprowadziæ z dnia na dzieñ - spojrza³ na ch³opaka badawczym spojrzeniem, po czym nie widz±c sprzeciwu na jego twarzy kontynuowa³ - Przygotuj mi trzy wstêpne propozycje dekretów, ¿ebym mia³ jak±¶ argumentacjê dla mediów a potem w zale¿no¶ci od opinii publicznej przyst±pimy do realizacji. Pasuje ci taki uk³ad? - przedstawi³ plan, coraz bardziej przekonuj±c siê, ¿e to jest dobry pomys³. -Pasuje!- przytakn±³ Albert, sam nie wierz±c, jakie ma szczê¶cie. Ju¿ nied³ugo zacznie realizowaæ swoje marzenia. Miesi±c pó¼niej Albert wprowadza³ siê do swojego gabinetu. Nie by³ du¿y, by³ to od¶wie¿ony schowek znajduj±cy siê pomiêdzy dzia³ami magizoologii oraz gier i sportów. Ledwo mie¶ci³y siê w nim trzy biurka, dla niego oraz jego dwóch przysz³ych pracowników, oraz rega³ na dokumenty. Z dum± przytwierdzi³ plakietkê informacyjn± na drzwiach a nastêpnie usiad³ na swoim fotelu i ponownie przeczyta³ artyku³ w pañstwowej gazecie - informatorze codziennym, o utworzeniu nowego dzia³u odpowiedzialnego za kszta³cenie m³odych czarownic i czarodziejów. By³ rozczarowany, ¿e wszystkie jego pomys³y zosta³y przypisane ministrowi magii, jednak uzna³, ¿e nikt siê nie spodziewa³ takiego geniuszu po m³odym asystencie a minister pewnie nie chcia³ wzbudzaæ podejrzeñ. W ci±gu kolejnych dni Albert zaj±³ siê rekrutacj± pracowników. Potrzebowa³ pomocy w wprowadzeniu prawdziwej rewolucji w ¶wiecie edukacji. Ku jego zdumieniu i niezadowoleniu ministra magii swoj± kandydaturê zg³osi³a Zuzanna Kier. Ojciec zapewni³ jej edukacjê w Ilvermorny, dziêki czemu mia³a inne, przydatne do¶wiadczenia z etapu edukacji. Kolejne biurko przypad³o Lidii Bez. By³a to nieco starsza kobieta, która uczy³a w domu czwórkê swoich dzieci i mia³a wiedzê z pierwszej rêki, co w tym systemie funkcjonuje prawid³owo a co nieco gorzej. Miesi±ce wspólnej pracy z Zuzann± zbli¿y³y ich do siebie. Stali siê przyjació³mi z prawdziwego zdarzenia. On uwielbia³ patrzeæ jak zawija³a w³osy na linkê my¶l±c nad rozwi±zaniem jakiego¶ problemu oraz jak rumieni³a siê, gdy chwali³ jej pomys³y. Czasem przy³apywa³ siê, ¿e zamiast pracowaæ przygl±da³ siê jej. Zastanawia³ siê, dlaczego jej m±¿ j± zdradza. By³a uciele¶nieniem idea³u: delikatny, dziewczêcy wygl±d po³±czone z ponadprzeciêtn± inteligencj± i sporym poczuciem humoru. Po niemal roku pracy dzia³ Edukacji ostatecznie wprowadzi³ szereg dekretów szczegó³owo reguluj±cy program nauczania, obowi±zkowych lektur i testów potwierdzaj±cych przyswojenie wiedzy. By³ to ich dzieñ ¶wiêtowania, otworzyli szampana i cieszyli siê sukcesem. Pani Lidia, skorzysta³a z okazji i wysz³a wcze¶niej do domu a Zuzanna oraz Albert wspominali najciekawsze historie z czasów szkolnych. - Kiedy, ciê zobaczy³am od razu wiedzia³am, ¿e jeste¶ inny ni¿ ta reszta zarozumialców - zaczê³a Zuzanna - ¿e jeste¶ taki sam jak ja - by³a ju¿ trochê pijana - ¿e na wszystko ciê¿ko pracujemy zamiast liczyæ na znajomo¶ci? - zapyta³ równie pijany Albert - Nieee! - zaprzeczy³a - ¿e chodzili¶my do szko³y - zachichota³a- jak siê ma mojego ojca to nie da siê na wszystko zapracowaæ. - Szkoda, ¿e nie do jednej - wzi±³ kolejny ³yk szampana - mo¿e mia³abym, z kim chodziæ na szkolne potañcówki. - A ja mo¿e bym nie wysz³a za m±¿ za tego buraka - szybko zrozumia³a, co powiedzia³a, po czym siê zaczerwieni³a a Albert zachêcony tymi s³owami pokona³ dziel±c± ich odleg³o¶æ - Gdybym zna³ ciê wcze¶niej na pewno nie wysz³aby¶ za tego buraka - pog³adzi³ j± kciukiem po policzku - nie spojrza³aby¶ nawet na niego - zapewni³, po czym j± popchn±³ w stronê ¶ciany i poca³owa³. Rozum resztkami trze¼wo¶ci podpowiada³, ze zaraz dostanie od niej twarz, wiêc tym bardziej siê zdziwi³, kiedy zarzuci³a mu rêce na szyjê, przyci±gnê³a do siebie i odwzajemni³a poca³unek. Czu³ siê wspaniale, trzyma³ w d³oniach wszystko to, czego od zawsze pragn±³. Chwilê przerwa³a sowa, która wlecia³a przez uchylone okno i upu¶ci³a na nich najnowszy numer informatora codziennego. Zuzanna u¶wiadomi³a sobie, co zrobi³a, rzuci³a szybkie przeprosiny, zabra³a swoje rzeczy i po¶piesznie opu¶ci³a gabinet. Albert ciê¿ko westchn±³, dopi³ resztkê szampana prosto z butelki a nastêpnie usiad³ w swoim fotelu i otworzy³ gazetê ciekawy reakcji prasy na jego rewolucjê. Wielki sukces ministerstwa Nareszcie m³odzi czarodzieje i czarownice z Polskich rodzin bêd± mieli podobn± wiedzê do rówie¶ników z innych krajów, mimo braku szko³y magii. Nowo stworzony dzia³ edukacji magicznej pod przywództwem samego ministra magii Ryszarda Kiera uregulowa³ wszystkie kwestie zwi±zane z edukacj± Polskich dzieci. Minister pytany o komentarz powiedzia³ skromnie, ¿e dzieci to nasza przysz³o¶æ i bêdzie dba³by mog³y zast±piæ nas w przysz³o¶ci i poprowadziæ Polskich czarodziei ku wielkim osi±gniêciom. Z niecierpliwo¶ci± czekamy na kolejne postêpy w tej kwestii. Wszystkie wprowadzone zmiany mo¿na znale¼æ z do³±czonym biuletynie. M³ody pracownik ministerstwa nie wierzy³ w to, co czyta³. Minister magii przypisa³ sobie wszystkie jego zas³ugi. W¶ciek³y chwyci³ gazetê i ruszy³ prosto do gabinetu g³owy pañstwa nie wysilaj±c siê nawet na pukanie. Ryszarda Kier nie zdziwi³o to wtargniêcie, wrêcz na jego twarzy by³ nik³y u¶miech satysfakcji, kiedy Albert rzuci³ mu na biurko najnowszy numer informatora codziennego. - Twoje pomys³y okaza³y siê wielkim sukcesem, my¶la³em, ¿e siê ucieszysz- zadrwi³ z niego minister. - Tak wielkim sukcesem, ¿e musia³ go pan przypisaæ sobie? - zirytowa³ siê Albert - Oczekujê sprostowania w jutrzejszym wydaniu, inaczej Zuzanna dowie siê o pañskich zdradach! - zdenerwowany m³odzieniec nie przemy¶la³ swoich s³ów. Czuj±c siê jak pan sytuacji odwróci³ siê i zmierzy³ w stronê wyj¶cia. Jednak zatrzyma³o go chrz±kniêcie ministra. - Zuzanna wnios³a pozew o rozwód. Podobno zakocha³a siê w kim¶ innym. - Minister zmierzy³ go spojrzeniem, sprawnie odczytuj±c reakcjê ch³opaka by potwierdziæ swoje podejrzenia. - Jak my¶lisz, jak siê poczuje, kiedy siê oka¿e, ¿e jej wielki przyjaciel ca³y rok wiedzia³ o zdradach jej mê¿a i zamiast jej powiedzieæ wykorzysta³ te informacje by szanta¿em dopi±æ swego? - Ryszard Kier nie mia³ skrupu³ów. - My¶lisz, ¿e zmienianie ¶wiata bêdzie wystarczaj±c± argumentacj±? Przyznam szczerze, ¿e nie s±dzê. Przeprowadzisz drugi etap swojej rewolucji, a jak nie bêdziesz grzeczny to mo¿e gdzie¶ ma³ym drukiem pojawi siê nawet twoje nazwisko. - Minister u¶miechn±³ siê widz±c zagubienie Alberta. - Mo¿esz odej¶æ - Ró¿d¿k± otworzy³ mu drzwi ostatecznie go wypraszaj±c. Albert by³ z³y na siebie, ¿e da³ siê podej¶æ jak dziecko. Gdyby trzyma³ siê swoich zasad i do wszystkiego d±¿y³ ciê¿ko prac±, tak jak zamierza³ na pocz±tku nikt nie zbiera³by teraz pochwa³ za jego osi±gniêcia. Sta³ siê pionkiem w grze, w której póki, co s³abo rozumia³ zasady. Mia³ jednak pewno¶æ, ze to jeszcze nie koniec. Przegra³ bitwê, ale wygra wojnê. Minister magii ma siê, czego baæ. 2. POEZJA - Autor musi wcieliæ siê w rolê Minervy McGonagall, która pod postaci± kota siedzi na murku obok domu przy Privet Drive w dzieñ ¶mierci Potterów - Historia mo¿e zawieraæ tak¿e inne wydarzenia, które dzia³y siê przed tym jak siê tam znalaz³a, jednak ich d³ugo¶æ nie mo¿e przekraczaæ 1/4 ca³ej pracy - Autor musi opisaæ jakie wra¿enie wywarli na McGonagall Dursleyowie - Praca musi zawieraæ dok³adny opis otoczenia oraz wra¿eñ jakie do¶wiadcza³a nauczycielka jako kot. - W opowiadaniu musz± pojawiæ siê s³owa( dozwolona jest odmiana): AMBIWALENTNY, ZAGMATWANY, NIEBYWALE, NOBILITACJA PRACA D - Anastazja Schubert Siedzê na murku ju¿ drug± godzinê i czekam na Dumbledore'a. Przez okno widzê Dursley'ów rodzinê, ni ¶ladu za¶ profesora. Zerkam raz po raz na tych mugoli, lecz my¶lê tylko o Harry'ego niedoli. Do jego ¿ycia z ciotk± mam podej¶cie ambiwalentne. Ta wszêdzie nosi swego jedynego syna, który cia³o ma korpulentne. Czy Harry polubi tego kuzyna...? Ch³opcy s± w podobnym wieku, z pewno¶ci± nieraz bêd± siê razem bawili. Przestañ siê martwiæ, Minerwo, cz³owieku! Tylko czy oni siê losem Harry'ego bêd± trapili...? Mê¿czyzna obok Petunii pewnie jest jej mê¿em. Z niebywa³± trosk± bawi siê z synem, patykami w d³oniach wymachu.j± jak orê¿em. Ka¿dy dzieñ z dzieckiem musi byæ dla niego festynem. Ich ¿ycie od dzi¶ bêdzie bardziej zagmatwane. Albus im z pewno¶ci± wszystko wyja¶ni. Jak dosz³o do zabójstwa Potterów - to skomplikowane, s³owo "magia" im mo¿e trochê rozja¶ni. Mija ju¿ pi±ta godzina jak siedzê na murze. Czujê w sobie du¿o zwierzêcia, bezmy¶lnie patrzê na podwórze i powstrzymujê siê od muchy capniêcia. Pamiêtaj, ta misja to dla ciebie nobilitacja...! Czas wyczy¶ciæ futro. Stop, przestañ! Czemu opuszcza mnie ludzka gracja?! Ju¿ ja sobie z Albusem porozmawiam jutro. Za d³ugo jestem kotem, nie mogê siê skupiæ na Harrym. Jak bêdzie wygl±da³o jego ¿ycie potem gdy stanie siê czarodziejem ma³ym? Widzê wreszcie Albusa na rogu ulicy. "Mog³em siê tego spodziewaæ" huczy. My¶lê: bezczelny ten bia³olicy! ale moje gard³o mimowolnie mruczy. Czas zmieniæ siê w cz³owieka, ch³opiec ju¿ pewnie gdzie¶ na nas czeka. Przysz³o¶æ jego jest niepewna, lecz ja nie bêdê wylewna. Jak najlepiej mu ¿yczê i choæ w duchu krzyczê, na g³os powiem tylko otwarcie: Do zobaczenia za 10 lat w Hogwarcie! PRACA E - Krnabrny Niebo znowu jest pogodne, To takie niewiarygodne Bywa³y zdarzenia tkliwe Tak z pozoru niemo¿liwe... Wierzyæ ludzkiemu gadaniu? Wszyscy w podekscytowaniu Nikt nie my¶li o Jamesie, Lily, Jakby nigdy tu ¿yli I, ¿e dziêki niemowlêciu Ludzkiemu przeczy pojêciu, Wszystkie serca to porusza, Najmroczniejsza pad³a dusza. Ulica w blasku porannych promieni Ka¿da fasada z tych samych kamieni Jakby magicznie to zaczarowane Tylko tabliczki z numerem zmieniane. Równe okna, równe dachy Wszystko jakby z jednej blachy. Na parapetach dziwne ro¶liny Jakby wszystie z jednej rodziny. Trawniki ³adnie wszystkie przystrzy¿one Pewnie wszystkie odgnomione. Murek na rogu ulicy Siad³am, by przestudiowaæ mapê okolicy. Jegomo¶æ w garniturze, bez szyi acz z w±sem. Chcia³ mnie przegoniæ, prychnê³am z przek±sem. Nastêpnie przyst±pi³am do rozci±gania Od chwili w kocim ciele przebywania Ko¶ci zaczê³y cierpieæ tak straszliwie Nie³atwo kotom, stwierdzi³am mrukliwie. Na wiarê Albus tylko zas³uguje, A wiêc na niego tutaj oczekuje. Siwobrodego starego przyjaciela, Pod³ug pog³osek tutaj siê wybiera. A teraz co to, kocur tu siê zjawia, I jak±¶ rybê pod nos mi podstawia. A potem jakby na nogach siê s³ania, Co tu siê dzieje? Czy on mi siê k³ania? Futerko czarne mej sier¶ci dotyka, Nastraszam cia³o, niech jegomo¶æ znika! Widzê odwagi jemu nie brakuje, Ja sama coraz dziwniej za¶ siê czuje Uczucia mam ambiwalentne, Te jego ruchy nawet s±...ponêtne. Jako kot wzroku wytê¿aæ nie muszê Kobieta z dzieckiem, co ma wielk± tuszê! U tego ch³opca ruchy tak ospa³e, W tak m³odym wieku, to jest niebywa³e! A jeszcze graj± w jakie¶ dziwne gierki On kopie matkê, krzycz±c "Chcê cukierki" Kobieta daje wchodz±c jego ³aski, Nie ka¿cie patrzeæ na takie obrazki! Gdyby poprosi³ o zamek z wie¿ami, Pewnie by dosta³ mówi±c miêdzy nami. Okropne dziecko co bez wzorców, wychowania, Niezno¶ne ju¿, co dopiero gdy wkroczy w okres dorastania! Do mnie podchodzi kotka dumnym krokiem Ja srogo ³ypie swoim w±skim okiem Dumnie unosi ogon, ¿e z arystokracji Mnie chce prowadziæ do nobilitacji A ja zaciskam wielkie swe zêbiska I piana prawie pociek³a mi z pyska Próbujê ogonem zepchn±æ tê kotkê Niechaj gdzie¶ indziej robi za b³yskotkê. Arabella nawo³uje sw± koci± gromadê Jaki¶ dzieciak popija dziwn± oran¿adê Tu i tu z okien s³ychaæ jakie¶ g³osy Zwyk³e, codzienne, mugolskie to losy. Mugole wychodz± do pracy i szko³y Ich kobiety z okien wytê¿aj± wzrok jak soko³y Jedna siê chwali, ma zlewozmywarkê Innej syn urwis zepsu³ star± pralkê! A jeszcze jaka¶ pani chce byæ zdrowa, W przysz³ym tygodniu przyje¿d¿a te¶ciowa. G³upawe plotki, banalne wyznania Chcia³abym mieæ tyle do pouk³adania Jednak m± g³owê co inne zaprz±ta Potterów nie ma, pad³a na nich kl±twa. Lily, co rêkê mia³a do eliksirów. Przed Jamesem Hogwart nie kry³ swych rewirów. No i do tego ¶wietny szukaj±cy, Teraz na zawsze snem ju¿ wiecznym ¶pi±cy. Wspaniali ludzie odchodz± najprêdzej. Mugolki nadal gadaj± o ciuchach Mê¿ach, weselach i spo³ecznych ruchach O dziwnych ludziach w peleryny odzianych I dziwactwach przez nich wygadywanych, Czujê z³o¶æ w ko¶ciach, cia³o me kostnieje, Zbyt d³ugo siedzê, temu tak siê dzieje. Mugole wracaj±, okna uchylone I wszêdzie wiadomo¶ci s± w³±czone Wed³ug nieznaego przyrodnikom zwyczaju Sowy lataj± w dzieñ po ca³ym kraju! Nie to jedno odbiega od stereotypów, W czê¶ci Anglii prawdziwy deszcz meteorytów. Nastroszy³am futerko, a¿ przesz³y mnie dreszcze, Z³± czarodziejom przysz³o¶æ dzi¶ wywieszcze, Pokonany ten, kto niegodny ¿ycia, I czy dnia tego mamy wyj¶æ z ukrycia? Proste zasady, od dziecka wpajane, Ale jak siê okazuje zbyt zagmatane! Czarodzieje siê ciesz± na zabawach siedz±. Mugole? Co tam? Niechaj siê dowiedz±! Edytowane przez monciakund dnia 25.07.2020 16:13
![]() - - - The human life is made up of choices. Yes or no. In or out. Up or down. And then there are the choices that matter. Love or hate. To be a hero or to be a coward. To fight or to give in. Live or die. - - - ![]() - - - Don't let what he wants eclipse what you need. He's very dreamy but he's not the sun, you are. - - - ![]() --- Nad przepa¶ci±, tego¿ roku ¯yraf masa siê w amoku Rodzi. Pamiêæ ludzka jest Zawodna, mimo tego fiest Tysi±ce, z tej okazji, Ku jej chwale od Abchazji A¿ po Nordkapp wspominacie. "Czyjej chwale?", siê spytacie. Jak to czyjej? Monci* naszej. Gryfa córce, redakcyjnej Na tym ¶wiecie ambitniejszej Od niej nie ma. Tu rysunek, Tam malunek i do tego Social media. Wizerunek Hp-neta tam kreuje, ego Strony reperuje. Szczerze, Bardzo, bardzo szczerze mówi±c Cz³ek orkiestra, ¿ywa gwiazda. ¯yj nam wiecznie, twórz i kreuj. Koniec, basta - taki mus i ¯yraf pasta. --- ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() |
|
|
|
monciakund |
Dodany dnia 20.07.2020 21:30
|
![]() Pochwa³y: 31 Postów: 2334 Dom: GryffindorPunkty: 43236 Ranga: halo, regulamin! Data rejestracji: 11.03.13 |
3. KOMEDIA - G³ówn± bohaterk± ma byæ Irma Pince, która dopiero co zaczyna pracê w Hogwarckiej bibliotece - W pracy maj± znale¼æ siê co najmniej 2 dialogi przeprowadzone przez bohaterkê z dwoma ró¿nymi nauczycielami Hogwartu. Jeden z dialogów musi siê RYMOWAÆ - Opowiadanie musi zawieraæ barwny opis zachwytu jakim pani Pince darzy swoj± now± pracê - W pracy musi siê znale¼æ opis negatywnego nastawianie Irmy do jednego z nauczycieli - W pracy NIE MO¯NA u¿yæ s³owa ksi±¿ka i bibliotekarka PRACA F - Rachel Otterly Pierwszy raz przekroczy³am próg tego budynku, gdy by³am ma³a. Nie wiem, jakim smarkaczem by³am, ale pamiêtam, ¿e jacy¶ Gryfoni z pi±tej klasy pod³o¿yli mi ³ajno pod nogi. Piêkne czasy. Wa³êsaj±c siê po starym budynku, odczuwam pewn± nostalgiê, doskonale pamiêtam czê¶æ wydarzeñ, inne wola³abym zapomnieæ. Bo jaka zdrowo my¶l±ca osoba rozpamiêtywa³aby z rado¶ci± zamkniêcie w po³owie stopnia? Albo wpadniêcie w ¶rodek fajerwerków? Chyba tylko ja. No ale... Pamiêtam tylu uczniów Hogwartu jako dzieci, a teraz ucz± trasmutacji, zaklêæ czy innych wpadek. Przecie¿ prawdziwa wiedza bierze siê z wolumenów, pe³nych ¶wie¿ych stronic, pachn±cych papierem, tuszem, atramentem! Rozpoczynaj±c pracê jako opiekunka biblioteki i wszystkich tomów musia³am siê przy³o¿yæ. Tyle, ¿e najpierw czas na wizytê u dyrektora, wielkiego Albusa. Jak ja go nie lubiê. *** - Irmo, pewnie siê cieszysz ze swojej nowej pracy. Wiem, ¿e twoje zami³owanie do opas³ych tomów wiedzy - tu zrobi³ minê zdech³ego psa - nie mia³o pocz±tku. - Och tak. Doprawdy, znakomita wie¶æ. Cieszê siê, ¿e to ja tu jestem. Tacy inni, jak Volumen - teraz ja zrobi³am minê, jakbym widzia³a wymiotuj±cego ma³ego Snape'a - kompletnie nie mieli rozs±dku... - Do¶æ. Severus te¿ tu pracuje. - I znowu w eliksirach oszukuje! - Doprawdy? Ma rozleg³± wiedzê. - A ja tylko jego podrêczniki szorujê i siedzê! - O co pani chodzi? - O ten tramwaj, co w wodzie nie brodzi. - Dlaczego Irmo tak rymujesz? - A czemu pan ze Snapem oszukujesz? - Do¶æ. Da³a¶ mi w ko¶æ. - A ja i tak panu zrobiê na z³o¶æ! *** Rozmowa z dyrektorem nie nale¿a³a do najlepszych. No ale - nie jestem konfidentem. Jeszcze tylko tego brakuje, jak us³yszê piêkne s³ówka Snape'a o kolejnym zaklêciu zabijaj±cym. Porz±dkowanie biblioteki idzie mi ca³kiem nie¼le, ale my¶lê o Jamesie, Severusie. Ich k³ótnie by³y spektakularne. Epickie. Raz oberwa³am ksiêg± o animagii (interesuj±ce zbiegi - zawsze brali tylko to). Ale na razie rozp³ywam siê nad prac±. A nie, nie chcê zamoczyæ dokumentów. O nie. Zaprzeczam na razie, wczoraj s³a³am ochy i achy, mog³abym to robiæ ci±gle! Ta euforia w brzuchu, ta rado¶æ i uczucie odrealnienia... Jedyny godny sposób nauki. Papier, papier, papier! Tusz, tusz, tusz! Rysunki, rysunki, rysunki! Ale moje p³awienie siê w euforii (o nie, ksi±¿ki) przerywa wej¶cie smoka - tyle ¿e z t³ust± g³ow± i czarn± szat±, choæ jest wrzesieñ. Snape. Oho, w³a¶nie podchodzi. Pan wielki nietoperz o t³ustej g³owie. A¿ dziwne, ¿e jakie¶ wiadomo¶ci do niego dociera³y przez ten t³usty ³eb. - Irmo, podaj mi ten ksiêgozbiór. - Dobrze - po cichu doda³am "ty stary wredny nietoperzu" - Co¶ mówi³a¶, Irmo? - Nie, nic (ty wredny ¶liski od t³uszczu paragonie) - Teraz wyra¼nie co¶ s³ysza³em. Nie jestem paragonem, pani Vector uczy numerologii. - Przecie¿ wiem, oto twoje wolumeny (ty ma³y dupku od czarnej magii) - Irmo, o co ci chodzi? Przecie¿ James zakocha³ siê w Lily, ju¿ nie wy³adowuj furii na mnie, dobrze? PRACA G - Nquus - Irma ja Ciê naprawdê rozumiem. Jeste¶ nowa, boisz siê, ¿e pope³nisz jaki¶ b³±d, ¿e Albus Ciê zwolni, ale je¶li, który¶ z moich uczniów wyra¼nie powie Ci, ¿e potrzebuje jakiego¶ tytu³u to, masz mu go daæ bez zbêdnych pytañ. - Przet³uszczone w³osy Snape'a b³yszcza³y w s³oñcu, wpadaj±cym przez okna wypo¿yczalni. - Tym bardziej ¿e na moje lekcje Ci... - Profesor przerwa³ swoje wywody, ¿eby nie obraziæ przypadkiem którego¶ z uczniów, zna³ podej¶cie Dumbledore'a do tych kwestii. - Uczniowie maj± obowi±zek zapoznaæ siê z wybranymi przeze mnie lekturami. I ¿aden z uczniów Slytherinu nie bêdzie siê prosi³ byle kogo, a ja nie zamierzam co chwilê komu¶ wystawiaæ zgody na korzystanie ze zbioru zakazanych. Rozumiemy siê? - Severus odwróci³ siê, nie czekaj±c na odpowied¼ panny Pince. Prawda by³a taka, ¿e ani trochê nie obchodzi³o go jej zdanie. Wiedzia³ te¿, ¿e jego obowi±zkiem jest wystawienie za ka¿dym razem stosownej zgody, ale uzna³, ¿e nowej pracownicy Hogwartu potrzeba trochê dyscypliny, a kto jak nie on, jeden z najlepszych i najbardziej do¶wiadczonych nauczycieli tej wiekowej placówki, móg³by jej zaprezetowaæ jak, powinna wygl±daæ jej praca. W koñcu opu¶ci³ pomieszczenie. - Tak, panie profesorze. - Irma przytaknê³a, ale tak naprawdê wpu¶ci³a jego uwagê jednym, a wypu¶ci³a drugim uchem. Nie przepada³a za nauczycielem jeszcze na d³ugo przed tym jak zaczê³a tu pracowaæ, a rozmowy uczniów, które czasami zdarzy³o siê jej przez przypadek pods³uchaæ, coraz bardziej upewnia³y j±, ¿e ten cz³owiek nie zas³uguje na jej sympatiê. Jej kariera w nowej pracy trwa³a zaledwie kilkadziesi±t godzin, a ów profesor ju¿ kilka razy próbowa³ jej przedstawiaæ swoje moralizuj±ce gadki. Jej sumienie mówi³o wprawdzie, ¿e tak surowa ocena, wyrobiona w gruncie rzeczy jedynie za po¶rednictwem zas³yszanych gdzie¶ informacji, jest nie sprawiedliwa, ale z drugiej strony, kiedy tylko Severus pojawia³ siê w pobli¿u, mia³a ochotê siêgn±æ po ró¿d¿kê i poczêstowaæ go którym¶ z zaklêæ niewybaczalnych. - Ju¿ lecê ³amaæ jeden z najwa¿niejszych, wed³ug dyrektora, wymogów. - Stwierdzi³a, oczyma wyobra¼ni pozbawiaj±c Snape'a w³osów z g³owy i doprawiaj±c mu nos niczym ten Pinokia. Jej niechêæ do jegomo¶cia ros³a z ka¿d± jego wizyt± w pomieszczeniu, którym siê zajmowa³a. - Ciekawe jak szybko twój nos przerós³by twoje ego i arogancje. - Powiedzia³a sama do siebie w my¶lach, wyobra¿aj±c sobie jak, nauczyciel eliksirów próbuje przekroczyæ drzwi wypo¿yczalni, ale przez swoje machlojki i liczne k³amstwa po prostu siê w nich nie mie¶ci. Kobieta w koñcu mia³a chwilê dla siebie, wiêc porozk³ada³a oddane przez uczniów woluminy na odpowiednie pó³ki. - Och jak piêkna to jest praca, która dobrem siê odp³aca. - Zaczê³a ¶piewaæ, wychwalaj±c miejsce w którym siê znalaz³a, nigdy nawet nie ¶mia³a sobie wyobra¿aæ, ¿e bêdzie mia³a tak dobr± pracê i by³a pewna, ¿e nie zaæmi tego nawet Snape. Wk³adaj±c coraz to ciekawsze tytu³y na ich miejsce, robi³a piruety miêdzy pu³kami, a ¿eby dostaæ tych wy¿szych, zgrabnie stawa³a na palcach. Na szczê¶cie w pobli¿u nie by³o ju¿ ¿adnego ucznia, bo Ci o tej porze musieli siedzieæ ju¿ w swoich dormitoriach. - Ach jak dobrze w swojej pracy, warto¶æ wiedzy k³a¶æ do g³ów. Ach jak dobrze w swojej pracy spe³niæ marzenia ze snów. - Ci±gnê³a dalej, zupe³nie nie zwracaj±c uwagi na to, czy aby na pewno nikt siê jej nie przygl±da. Piruet, pszykuc do ni¿szej pó³ki i wyskok do wy¿szej i tak w kó³ko. - O jak piêknie móc pracowaæ tak jak zawsze chcia³o siê. I jak piêknie mieszkaæ w miejscu, które piêkne jak we ¶nie. - Jej ¶piew by³ na tyle g³o¶ny, ¿e roznosi³ siê po pobliskich korytarzach. Gdyby tylko uczniowie to us³yszeli. Irma, która ju¿ przez pierwsze godziny, zd±¿y³a przypomnieæ im o ciszy obowi±zuj±cej w czytelni, teraz sama j± zak³óca³a, wyj±c wniebog³osy. - Akhem. Nie przeszkadzam Ci kochana? - Spyta³a Minerwa, niespodziewanie staj±c w drzwiach. Irma w przyp³ywie emocji zbli¿y³a siê do niej i ma³o brak³o, a nie opamiêta³aby siê i porwa³a surow± nauczycielkê do tañca. - Nie wcale a wcale przecie¿ mogê tak do rana. - Takiej odpowiedzi od nowej pracownicy i entuzjazmu, z jakim biega³a po ca³ym pomieszczeniu, McGonagall siê nie spodziewa³a. Przechodzi³a akurat obok i dobieg³y do niej niewyra¼ne krzyki, wiêc postanowi³a sprawdziæ, czy to nie Irytek. - Co siê sta³o droga pani, ¿e tak ¶piewem swym nas darzysz? Mo¿e o uwadze samego dyrektora marzysz? - Srogie spojrzenie nauczycielki transmutacji, mówi³o tak wiele, a jednocze¶nie mia³o w sobie jaki¶ promyk, wskazuj±cy na zadowolenie opiekunki Gryffindoru z rado¶ci panny Prince. - Nic takiego droga pani, bo choæ Snape mnie ju¿ odwiedza³, ja wiem, ¿e to praca marzeñ, bo w tych zwojach jest tu wiedza. - Kobiety ca³y czas pod¶piewywa³y do melodii narzuconej wcze¶niej przez Irmê, która jednak nieco spowa¿nia³a i nie hasa³a ju¿ tak ¿wawo. Chcia³a zachowaæ powagê przy jednej w wybitniejszych postaci ich ¶wiata. - A wiêc ¿yczê powodzenia, jak jest dobrze, do widzenia! - Od¶piewa³a Minerwa, odwracaj±c siê i puszczaj±c tym samym metaforyczne oczko w stronê Irmy, daj±c jej tym samym zgodê na dalsze tañce. 4. ROMANS - napisanie opowiadania, którego w±tkiem g³ównym bêdzie mi³o¶æ - w fabule znajdzie siê przynajmniej jedno fantastyczne zwierzê - czas akcji musi rozgrywaæ siê w czasach, kiedy Harry Potter uczy³ siê w Hogwarcie - zakoñczenie musi byæ dramatyczne. ¯adnych happy end'ów! PRACA H - Shanti Black Ch³odny jesienny wiatr przeciska³ siê przez szczeliny pomiêdzy ceg³ami buduj±cymi mury Hogwartu. Granatowe chmury spowija³y niebo od jakich¶ piêciu dni, nie chc±c ust±piæ s³oñcu choæ na chwilê. Deszcz pada³ przez wiêkszo¶æ doby, tworz±c na b³oniach i boisku do quidditcha jedno ogromne bagno. Kilkoro starszych uczniów w³a¶nie rzuca³o siê kulkami z b³ota, udaj±c, ¿e to ¶nie¿ki. Luna Lovegood sta³a w oknie korytarza na czwartym piêtrze, w przerwie pomiêdzy Histori± Magii a numerologi±, podziwiaj±c smutny, szary krajobraz. Kilkoro uczniów biegn±cych w stronê cieplarni wyda³o jej siê bardzo ma³ymi, jak mrówki. Westchnê³a g³êboko, z niechêci± odwracaj±c siê w stronê niewielkiej grupki Puchonów, którzy czekali wraz z ni± na zajêcia. Powêdrowa³a wzrokiem po dalszej czê¶ci korytarza w nadziei, ¿e dostrze¿e jak±kolwiek, nawet nik³± motywacjê do tego, by i¶æ na kolejne lekcje. Pogoda taka, jak w ostatnich dniach zdecydowanie nie dzia³a³a na korzy¶æ blondynki, a wrêcz j± przyt³acza³a. Po chwili b³±dzenia wzrokiem za nie wiadomo czym, jej uwagê przyci±gnê³a nagle sytuacja tak nietypowa, ¿e przez moment wydawa³o jej siê, ¿e to siê nie dzieje i po raz kolejny wyobra¼nia j± oszukuje. Jednak¿e po kilku minutach wpatrywania siê w jeden punkt, przetarciu oczu i uszczypniêciu siê w przedramiê, Krukonka dosz³a do wniosku, ¿e w³a¶nie jest ¶wiadkiem czego¶ niebywa³ego. Pod jedn± z zimnych ¶cian siedzia³ jeden z m³odszych uczniów, prawdopodobnie kto¶ z pierwszego roku. Barwy na jego szacie ¶wiadczy³y o tym, ¿e nale¿y do Hufflepuffu. Gdy podniós³ g³owê, nie da³o siê nie zauwa¿yæ, ¿e przed chwil± p³aka³. I w tym nie by³oby nic dziwnego, pierwszoroczniakom czasem zdarza³ siê taki moment krytyczny, Luna pamiêta³a, jak sama przechodzi³a takich kilka w odstêpie zaledwie czterech tygodni, gdyby nie fakt, ¿e przed ch³opcem ukucn±³ wysoki, ciemnoskóry ch³opak w szacie Slytherinu. Dziewczyna zna³a go, by³ rok starszy od niej i podobnie, jak pozostali mieszkañcy Domu Salazara, arogancki i zarozumia³y. Przypatruj±c siê jednak tej scenie, mog³a us³yszeæ kawa³ek rozmowy. - Hej - zacz±³ niepewnie ¦lizgon. r11; Co siê dzieje? Dlaczego tu siedzisz i p³aczesz? - N-nic - ma³y Puchon wygl±da³ na wystraszonego i przyt³oczonego tym, co w³a¶nie siê dzia³o, jednak szybko otar³ ³zy i wsta³. - Po prostu... mam wra¿enie, ¿e tutaj nie pasujê, ci±gle ciê¿ko mi siê przyzwyczaiæ do tylu nowych rzeczy. - Pochodzisz z rodziny mugoli? - w oczach ¦lizgona przez u³amek sekundy rozb³ys³a dziwna iskra, ale w tonie jego g³osu nie da³o siê wyczuæ zwyk³ej pogardy i wy¿szo¶ci. - Jak masz na imiê? Ja jestem Blaise. Jak mogê pomóc? - David - zaj±kn±³ siê pierwszoklasista. Luna przesta³a s³uchaæ, nie mog³a poj±æ, jak to siê sta³o, ¿e ten wynios³y, arogancki dupek, Blaise Zabini, sam z siebie podszed³ do m³odszego i s³abszego ucznia, a do tego zaoferowa³ mu pomoc. Mo¿e nie ka¿dy ¦lizgon jest z³y - pomy¶la³a w duchu, jednak skarci³a siê szybko za tê my¶l. To przydupas Malfoya, jaki ma byæ? Blondynka jeszcze przez kilka minut rozwa¿a³a ró¿ne opcje i powody jego zachowania, dlatego, gdy po raz kolejny spojrza³a w tamt± stronê zobaczy³a, ¿e David ¶mieje siê w g³os i, wylewnie dziêkuj±c Blaiser17;owi, odchodzi szybkim krokiem. Wziê³a g³êboki wdech. A gdyby takr30;? - Cze¶æ! - u¶miechnê³a siê, podchodz±c do ¦lizgona, który w³a¶nie podnosi³ z ziemi swoj± torbê. - Widzia³am, ¿e pomog³e¶ temu pierwszoroczniakowi. To bardzo mi³o z twojej strony, nie spodziewa³abym siê czego¶ takiego por30; - urwa³a, gryz±c siê w jêzyk. Co chcia³a powiedzieæ? Po kim¶ twojego pokroju? Po ¦lizgonie? - Po mnie? - wpad³ jej w s³owo rozbawiony Zabini. Na jego ustach igra³ u¶miech, a w oczach rozb³ys³y iskierki weso³o¶ci. - No, tak. W koñcu wiele osób uwa¿a, ¿e mieszkañcy Slytherinu to pozbawieni uczuæ, czystokrwi¶ci, wredni i aroganccy buce. Zdziwiê ciê. Nie ka¿dy taki jest, a wiele osób naprawdê zyskuje przy bli¿szym poznaniu. Luna poczu³a, ¿e rumieniec powoli wpe³za na jej policzki. Te kilka s³ów zdecydowanie zawstydzi³o j± na tyle, by nie wiedzia³a, co dalej powiedzieæ. Nie s±dzi³a, ¿e Blaise w ogóle zechce z ni± porozmawiaæ. Pozory myl±, có¿ zrobiæ. Westchnê³a, odgarniaj±c natrêtny kosmyk w³osów, który wypad³ jej z zrobionego w po¶piechu kucyka i od kilku minut utrudnia³ jej postrzeganie ¶wiata, co chwilê wpadaj±c do oczu. Czas obci±æ grzywkê - ta my¶l przysz³a nagle i niespodziewanie. - Mo¿er30; - z zamy¶lenia wydar³ j± g³os Zabiniego, który wci±¿ przed ni± sta³. - Mo¿e wyskoczy³aby¶ ze mn± do Hogsmeade w najbli¿szy weekend? Chêtnie pokaza³bym ci, ¿e ¦lizgoni nie s± a¿ tak ¼li i okrutni, jak siê wszystkim wydaje. Spotkamy siê przy wyj¶ciu w sobotê o dziesi±tej? Blondynka nawet nie poczu³a, ¿e skinê³a g³ow±. Zrobi³a to odruchowo, jakby zgoda na wyj¶cie z nim by³a najnaturalniejsz± rzecz± na ¶wiecie. Dopiero widz±c u¶miechaj±cego siê ch³opaka, zrozumia³a, na co przysta³a. - Ale nie bêdziesz próbowa³ mnie zabiæ, ani zrobiæ mi innej krzywdy? - za¶mia³a siê, przestêpuj±c z nogi na nogê. Zawsze tak robi³a, gdy by³a w nowej sytuacji, a ta z pewno¶ci± nie nale¿a³a ani do typowych, ani do czêstych. Zabini pokrêci³ przecz±co g³ow±, spojrza³ na zegarek i odwróci³ siê. - Jestem spó¼niony na eliksiry do Snaper17;a, to jeste¶my umówieni. Do zobaczenia! Lovegood patrzy³a w ¶lad za biegn±cym ch³opakiem, nie zdaj±c sobie sprawy, ¿e szeroki u¶miech nie schodzi z jej ust. Jeszcze kilka godzin temu nie mia³a najmniejszej ochoty w ogóle wybieraæ siê do magicznej wioski w weekend, a ju¿ tym bardziej z nikim siê spotykaæ. A jednak zgodzi³a siê w nadziei, ¿e bêdzie mi³o. Luna mrugnê³a kilka razy i wziê³a g³êboki wdech. Musi byæ mi³o! To ¿aden podstêp. *** Od tej rozmowy minê³o sze¶æ tygodni. Przyszed³ grudzieñ, bezczelnie obsypuj±c ca³± okolicê ¶niegiem siêgaj±cym po kolana. Mro¼ne powietrze jeszcze bardziej przenika³o przez mury Hogwartu, ni¿ jesienne wiatry. Luna Lovegood w koñcu by³a szczê¶liwa. Mimo tego, ¿e profesor Snape wymaga³ ci±gle wiêcej i wiêcej, mimo straszenia SUMami, nawet kilka niepowodzeñ na lekcji Zaklêæ nie by³o w stanie zepsuæ jej humoru. Siedzia³a w³a¶nie na krze¶le w bibliotece, poszukuj±c informacji na temat eliksiru dodaj±cego wigoru, kiedy us³ysza³a, ¿e kto¶ wchodzi do pomieszczenia. - Cze¶æ - owion±³ j± znajomy zapach perfum Blaise'a. Wziê³a g³êboki wdech; uwielbia³a je. By³y takie delikatne, idealnie dobrane do niego. - Co ty tu robisz? - spyta³a, nie odrywaj±c wzroku od ksi±¿ki. Chcia³a to skoñczyæ i mieæ z g³owy, po³o¿yæ siê w ³ó¿ku i pogr±¿yæ w ¶wiecie marzeñ. - Chcia³em zaprosiæ ciê wieczorem w jedno miejsce. Nie daj siê prosiæ, je¶li ci siê nie spodoba, bêdziemy mogli wyj¶æ. Luna spojrza³a na niego sceptycznie. Musia³a przyznaæ, ¿e pomys³owo¶ci Zabiniemu nie brakuje, jednak¿e niektóre jego pomys³y koñczy³y siê fiaskiem ju¿ na samym pocz±tku. Jak wtedy, gdy zaprosi³ j± na jedno ze spotkañ w gronie ¦lizgonów z jego roku. Gdyby nie fakt, ¿e blondynka nie lubi³a stosowaæ zaklêæ i przemocy do rozwi±zywania konfliktów, Pansy Parkinson mog³aby obawiaæ siê inwazji gnêbistrysków. - Dobrze, ale mam nadziejê, ¿e to nie jest kolejna z twoich prób integracji z Draco Malfoyem i reszt± jego ¶wity. Dobrze wiesz, jakie mam o nich zdanie i... - Spokojnie, nie bêdzie ich - Blaise spojrza³ badawczo na Lunê. - B±d¼ o osiemnastej przy gobelinie Barnabasza Bzika i trolli na siódmym piêtrze. Luna westchnê³a i wsta³a od stolika, wiedz±c, ¿e z jej dzisiejszej nauki ju¿ nic nie bêdzie. U¶miechnê³a siê do ¦lizgona, jednocze¶nie ¶cisn±wszy jego rêkê. W jej g³owie szala³ milion my¶li, które galopowa³y jedna za drug±. W sercu powolutku rozlewa³o siê przyjemne ciep³o, przeczucie czego¶ dobrego. Mimo to, rêce niezno¶nie siê trzês³y, a po chwili stania ze zdziwieniem odkry³a, ¿e nogi ma jak z waty. Chcia³a zrobiæ krok, ale ba³a siê, ¿e siê przewróci. Zabini odszed³ ju¿ kilka minut temu, a Luna wci±¿ sta³a, nie wierz±c w to, co siê w³a¶nie dzia³o. I parê godzin pó¼niej sta³a w umówionym miejscu, strzelaj±c palcami z nerwów. Jej relacja ze ¦lizgonem przez ostatnie tygodnie rozwija³a siê dynamicznie. Po spotkaniu w Hogsmeade, umówili siê na kolejny tydzieñ. I nastêpny. I jeszcze jeden. Lubi³a spêdzaæ czas w jego towarzystwie, mia³a wra¿enie, ¿e zna go od lat, z nikim do tej pory nie rozmawia³o jej siê tak dobrze. Zdawa³ siê rozumieæ, jej zaniepokojenie, ¿e nargle s± bardzo psotliwe ostatnim czasem, a tykwobulwa chroni przed plumpkami. Kiedy siê z nim nie widzia³a, mia³a wra¿enie, ¿e czas p³ynie bardzo powoli, jakby na z³o¶æ d³u¿±c siê i wlok±c, ale jednocze¶nie ucieka³ szybko, co przybli¿a³o j± do Blaise'a. - Jeste¶! Bardzo siê cieszê! - z zamy¶lenia wyrwa³ j± znajomy g³os. U¶miechnê³a siê i poprawi³a odruchowo niesforny kosmyk w³osów. - Przepraszam, chcia³em ciê zabraæ do pokoju ¿yczeñ, ale zda³em sobie sprawê, ¿e mo¿e ci siê dobrze nie kojarzyæ po ostatnim roku. Dlatego proszê, we¼ sobie ciep³y p³aszcz, pójdziemy na spacer. Kilkadziesi±t minut pó¼niej spacerowali w okolicy Zakazanego Lasu. Nagle Zabini poci±gn±³ j± za rêkê i zanurzyli siê w zaro¶la. - Chcia³bym ci co¶ pokazaæ - zacz±³, nie puszczaj±c jej rêki, a wrêcz przeciwnie, splataj±c jej palce ze swoimi. - Widzia³em te niezwyk³e stworzenia ju¿ dawno temu, ale nie jestem pewien czy ty je zobaczysz, nie ka¿dy je widzi. Najczê¶ciej mo¿na je spotkaæ na tej polance. Na potwierdzenie swych s³ów, odsun±³ kilka ga³êzi, zagradzaj±cych przej¶cie, a oczom Luny ukaza³y siê trzy du¿e, czarne konie. Zdawa³y siê byæ wychudzone, ka¿da ko¶æ by³a dostrzegalna go³ym okiem. Bia³e, puste, pozbawione ¼renic oczy skierowa³y siê w stronê przybyszów, a jeden z nich potrz±sn±³ gniewnie czarn± grzyw±. Blaise zatrzyma³ siê w pó³ kroku. - Wiem, ¿e to nie najlepsze miejsce, ale poczu³em, ¿e je¶li ciê tu zabiorê, ja sam du¿o zrozumiem. Nie wiem, czy je widzisz. To... - Testrale - odrzek³a Luna, jak w transie, podchodz±c do jednego z nich, który znajdowa³ siê najbli¿ej. - Tak, widzê je. Czêsto tu przychodzê, pozna³am ju¿ ich zwyczaje, humory i nastawienie. To takie urocze zwierzêta. Lubiê je karmiæ, ale dzi¶ niestety nic dla nich nie mam. Nie bój siê, daj rêkê. Blondynka pokierowa³a d³oni± ¦lizgona tak, by dotkn±³ pyska stworzenia. Jego skóra nie by³a tak, jak siê mu wydawa³o o¶liz³a, ale wrêcz aksamitna. Zwierzê parsknê³o cicho. - Polubi³ ciê - u¶miechnê³a siê dziewczyna. Wieczór spêdzili ca³kiem mi³o, jednak z up³ywem godzin robi³o siê coraz zimniej. Wracaj±c do zamku, ca³y czas trzymali siê za rêce. Ksiê¿yc w pe³ni o¶wietla³ jasno drogê, ale zdawali siê go nie zauwa¿aæ poch³oniêci sob±. Po wyj¶ciu z Zakazanego Lasu, Blaise przystan±³ i odwróci³ siê do blondynki twarz±. Wyraz jego twarzy by³ bardzo powa¿ny, a br±zowe, wrêcz czarne oczy intensywnie wpatrywa³y siê w Lunê. W pewnej chwili, która wydawa³a siê dziewczynie w spowolnionym tempie, wyci±gn±³ rêkê i odgarn±³ z jej twarzy kosmyk w³osów, pochyli³ siê, a wszystko, co dzia³o siê pó¼niej by³o mieszank± emocji, skrywanych uczuæ i wszystkiego, co do siebie mieli. Krukonka poczu³a na swoich ustach jego miêkkie wargi. Do jej nozdrzy wdar³ siê ulubiony zapach perfum Blaise'a. Objê³a go za szyjê, pragn±c, by ta chwila nie koñczy³a siê nigdy. To by³o jej miejsce na ziemi, jej czas, jej wszystko. To tutaj powinna byæ w³a¶nie teraz, niewa¿ne, co bêdzie jutro. To z nim powinna byæ. Ca³a scena rozmaza³a siê. Blondynka mrugnê³a kilkukrotnie oczami, ze zdziwieniem stwierdzaj±c, ¿e znajduje siê na czwartym piêtrze Hogwartu, wpatruj±c siê w Blaise'a Zabiniego, który kuca obok jakiego¶ ch³opca w szatach Hufflepuffu. - Halo! Ziemia do Luny! - g³os Ginny ca³kowicie sprowadzi³ j± na ziemiê. Rudow³osa Gryfonka macha³a rêk± przed jej twarz±, wygl±da³o na to, ¿e od kilku dobrych minut. - Co siê dzieje? Wpatrujesz siê w jedno miejsce, jak Kie³ w ko¶æ. Mam nadziejê, ¿e nie w Zabiniego - doda³a ¿artobliwie. Luna poczu³a, ¿e rumieniec zaczyna wpe³zaæ na jej policzki, dlatego szybko odwróci³a g³owê od ¦lizgona i spojrza³a prosto na kole¿ankê. - Nie, spokojnie - pokrêci³a g³ow±, bagatelizuj±c sprawê. Chcia³a jeszcze tylko raz rzuciæ okiem na Blaiser17;a, by sprawdziæ, ¿e wzrok jej nie myli i rzeczywi¶cie pomóg³ jakiemu¶ m³odemu ch³opcu. Kiedy spojrza³a w tamt± stronê, ¦lizgon wsta³, podniós³ torbê z ziemi i bez s³owa pod±¿y³ w stronê ruchomych schodów. Czarna szata powiewa³a za nim, gdy szybkim krokiem przemierza³ korytarz. - Ja tylko... Zamy¶li³am siê. PRACA I - Nicram_93 Spó¼nione zaproszenie By³ pochmurny, wietrzny poranek. S³oñce mimo usilnych prób, nie mog³o przebiæ siê przez grube warstwy chmur. Terry Boot siedzia³ w klasie zaklêæ podczas zajêæ z profesorem Flitwickiem. Obok niego w ³awce siedzia³ jego najlepszy przyjaciel Anthony Goldstein. Terry od kilkunastu minut by³ znudzony nudnym monologiem profesora. Przy³apa³ siê na tym, ¿e jego wzrok coraz czê¶ciej zatrzymuje siê na w³osach Lisy Turpin. Na tych piêknych, cudownych w³osach, od których coraz czê¶ciej nie móg³ oderwaæ oczu. Nie móg³ uwierzyæ, dlaczego tak d³ugo tego nie dostrzega³. Oczywi¶cie nie powiedzia³ o tym nikomu, nawet swojemu przyjacielowi. Od kilku tygodni mia³ ochotê j± gdzie¶ zaprosiæ, powiedzieæ jak bardzo mu siê podoba, ale nie umia³ siê na to zdobyæ. Jego rozmy¶lania przerwa³a jednak zmiana tonu g³osu profesora Flitwicka. - Jak wielu z was zapewne wie, w naszym zamku odbêdzie siê Bal Bo¿onarodzeniowy z okazji Turnieju Trójmagicznego - powiedzia³ swoim spokojnym, usypiaj±cym na co dzieñ g³osem. Mimo to w klasie atmosfera od razu siê zmieni³a. Zaczê³y siê podniecone szepty, g³ównie ze strony dziewcz±t. - Bal jest tylko dla uczniów od czwartego roku w górê, mo¿ecie jednak zaprosiæ kogo¶ m³odszego. Liczê na to, ¿e mnie nie zawiedziecie i dumnie bêdziecie reprezentowaæ dom Roweny Ravenclaw podczas samego balu. Profesor Flitwick przybli¿y³ im wszystkie informacje zwi±zane z Balem Bo¿onarodzeniowym, po czym zakoñczy³ lekcjê. Uczniowie wyszli na zewn±trz, a wszêdzie a¿ hucza³o od rozmów. - I co o tym wszystkim my¶lisz? - zapyta³ Anthony. - C-co...? - zamy¶li³ siê Terry, zerkaj±c w stronê Lisy, która sz³a ze swoimi przyjació³kami. - Pyta³em o Bal! Wreszcie odrobina luzu i dobrej zabawy, i to wszystko za zgod± nauczycieli - klepn±³ przyjaciela w ramiê. - Tak, jasne. Nie mogê siê doczekaæ - odpowiedzia³ Terry. My¶lami by³ jednak przy Lisie, wiedzia³, ¿e to j± chcia³by zaprosiæ. Pytanie brzmia³o tylko jak to zrobiæ, zw³aszcza ¿e by³ bardzo nie¶mia³y w stosunku do dziewczyn. *** Mija³y kolejne dni, a Terry nie potrafi³ siê zdobyæ na zaproszenie Lisy na Bal Bo¿onarodzeniowy. To ju¿ kolejna noc, kiedy nie móg³ zasn±æ. Wiedzia³, ¿e je¶li za chwilê jej nie zaprosi, to zrobi to kto¶ inny. Równie dobrze ju¿ mog³o byæ za pó¼no. Jego przyjaciel Anthony ju¿ dwa dni temu zaprosi³ jedn± z ich kole¿anek z roku. Dostrzega³, ¿e Goldstein ju¿ od jakiego¶ czasu zauwa¿y³ jego zainteresowanie Lis±, ale stara³ siê, póki co tego nie komentowaæ. Terry jednak od czasu kiedy og³oszono informacjê o balu, nie potrafi³ my¶leæ o niczym innym jak o niej. Nie mia³ ochoty na jedzenie, na zajêciach nie wiedzia³ co siê tak naprawdê dzieje, przez co ju¿ kilka razy zosta³ upomniany przez nauczycieli. A on, gdy tylko widzia³ Lisê Turpin, nie potrafi³ skupiæ wzroku na czymkolwiek innym. Do tego jeszcze te sny od paru dni. Terry odda³by wiele za to, aby sta³y siê rzeczywisto¶ci±. Wiedzia³, ¿e tak naprawdê wystarczy zrobiæ tylko jedn± rzecz, zaprosiæ j±. Nie potrafi³ siê jednak na to zdobyæ. Ci±gle przebywa³a w towarzystwie swoich kole¿anek. Gdy mija³ j± na korytarzu, czy w pokoju wspólnym, u¶miecha³ siê do niej nie¶mia³o. Czasami mia³ wra¿enie, ¿e Lisa odwzajemnia ten u¶miech i sprawia³a wra¿enie jakby tylko czeka³a, a¿ do niej zagada, ale potem Terry dochodzi³ do wniosku, ¿e to tylko jego wyobra¼nia. Turpin by³a wspania³± dziewczyn±, wiêc dlaczego akurat mia³aby zwróciæ na niego swoj± uwagê i pój¶æ z nim? Je¶li j± zaprosi, to tylko siê o¶mieszy. Z tymi my¶lami, Terry spêdzi³ kolejn±, bezsenn± noc. *** Nastêpnego ranka Krukonów czeka³a dwugodzinna lekcja zajêæ z Opieki nad Magicznymi Stworzeniami. Terry po kolejnej nieudanej próbie zjedzenia ¶niadania, uda³ siê wraz z Anthonym do Chatki Hagrida. Przed nimi sz³a akurat Lisa ze swoimi przyjació³kami. Terry wpatrywa³ siê w ni± jak urzeczony. - To widzimy siê pó¼niej! - krzyknê³a jedna z jej przyjació³ek. - Tak, na razie - odpowiedzia³a Lisa i ruszy³a dalej samotnie do chatki. Tam czeka³ ju¿ na nich Hagrid wraz z K³em u boku. Sta³ przed chatk± z wyra¼nym zadowoleniem na twarzy. Zarówno Terry, jak i reszta klasy, wiedzieli, ¿e taka mina ich nauczyciela, najprawdopodobniej mo¿e zwiastowaæ co¶ niezbyt przyjemnego dla nich samych, najprawdopodobniej kolejne niebezpieczne stworzenie. - Chod¼cie, chod¼cie! - zawo³a³ Hagrid. - Dzisiaj mam dla was co¶ ekstra, cholibka. Niech skonam, spodoba wam siê. - O¶wiadczy³ wyra¼nie uradowany. Poprowadzi³ ich w stronê Zakazanego Lasu. Nie zag³êbili siê jednak w g±szcz drzew, lecz zatrzymali siê przed skrajem lasu. Hagrid wszed³ jednak w jego g³±b i po paru minutach przyprowadzi³ im jednego z jednoro¿ców, m³odego, o z³otawej sier¶ci. Wygl±da³ wspaniale, a wiele osób odetchnê³o z ulg±, ¿e ich obawy siê nie potwierdzi³y. Dziewczyny wpatrywa³y siê w zwierzê z fascynacj±. - Dzisiaj mam dla was jednoro¿ca, to dopiero m³ody - wskaza³ na niego rêk±. Zwierzê sta³o spokojnie, obw±****±c ¼d¼b³a trawy dooko³a. - Prawda, ¿e jest prze¶liczny? - doda³ uradowany Hagrid. r11; Pootwirajcie ksi±¿ki na stronie piêædziesi±tej siódmej. Niedaleko Terry'ego i Anthonyr17;ego sta³a Lisa, samotnie, co by³o rzadko¶ci±. W g³owie ch³opaka tkwi³a za¿arta walka o to, czy zebraæ siê na odwagê i j± zaprosiæ, czy jednak nie o¶mieszaæ siê przy wszystkich. Nim jednak podj±³ decyzjê, Lisa wyjmuj±c ksi±¿kê z torby, upu¶ci³a j± przez przypadek na ziemiê. Terry nie czekaj±c, schyli³ siê szybko po ni±, nie zauwa¿y³ jednak, ¿e dziewczyna równie¿ uczyni³a to samo, ich rêce spotka³y siê razem na ok³adce podrêcznika. Oboje wdziêcznie siê zarumienili. Terry jednak opamiêta³ siê szybko, chwyci³ ksi±¿kê i poda³ j± dziewczynie. - Dziêkujê, Terry - powiedzia³a, wpatruj±c siê w ch³opaka. Przez chwilê sta³a tak w miejscu, jakby czeka³a, ¿e ten doda co¶ od siebie. Terry jednak wpatrywa³ siê w Lisê i mimo szczerych chêci, nie potrafi³ siê zdobyæ na to jedno pytanie. Dziewczyna w koñcu u¶miechnê³a siê wdziêcznie do niego raz jeszcze, po czym odesz³a na bok. Terry wróci³ do Anthony'ego. - W³a¶nie zmarnowa³e¶ wspania³± okazjê - oznajmi³ mu jego przyjaciel. - Stary, na co Ty jeszcze czekasz? - Nie wiem, o czym mówisz - odpowiedzia³ Terry, rumieni±c siê mimo wszystko. - Nie udawaj, my¶lisz, ¿e nie widzê, jak na ni± patrzysz, jak siê ostatnio zachowujesz? r11; powiedzia³ Anthony. - Zbierz siê wreszcie w sobie i to zrób. Druga taka okazja jak dzisiaj, mo¿e ci siê ju¿ nie trafiæ. Terry nic nie odpowiedzia³, sta³ zamy¶lony i patrzy³ ponurym wzrokiem w ziemiê. Jego przyjaciel mia³ racjê, Lisa mu siê podoba³a, a dzisiaj dosta³ wymarzon± szansê od losu, aby porozmawiaæ z ni± na osobno¶ci i j± zaprosiæ na bal. Co mia³ do stracenia? Terry podj±³ jednak decyzjê, ¿e nastêpnym razem, o ile taka okazja siê trafi, zdobêdzie siê jednak na odwagê. Popatrzy³ w kierunku Lisy i po raz kolejny poczu³ dziwne ciep³o w okolicach serca. - Tak - przysi±g³ sobie w duchu - zrobiê to, w ten czy inny sposób. *** Terry wsta³ wcze¶nie rano, s³oñce dopiero co zaczê³o wschodziæ. Ubra³ siê szybko i po cichu, staraj±c siê nikogo nie obudziæ. Wyszed³ z dormitorium i uda³ siê do sowiarni, po drodze nie napotka³ nikogo innego. Obmy¶li³ plan zaproszenia Lisy na bal dzi¶ w nocy i postanowi³, ¿e tym razem siê nie wycofa. Nie potrafi³ siê zdobyæ na odwagê, aby zaprosiæ j± w towarzystwie innych osób, wiêc napisa³ do niej króciutki li¶cik z pro¶b± o spotkanie: Droga Liso, Czy mo¿emy siê spotkaæ dzisiaj o 17.00 nad jeziorem? Bardzo mi na tym zale¿y. Mam nadziejê, ¿e przyjdziesz, bêdê na Ciebie czeka³. Twój tajemniczy wielbiciel Mia³ nadziejê, ¿e sówka dostarczy list dzisiejsz± poczt± po ¶niadaniu i na jego szczê¶cie, nie pomyli³ siê. Lisa po otrzymaniu wiadomo¶ci w Wielkiej Sali wygl±da³a na trochê zaskoczon±, ale równie¿ zaciekawion±. Zadowolony Terry przez ca³y dzieñ na zajêciach odlicza³ kolejne d³ugie i powolne godziny, nie mog±c siê doczekaæ dzisiejszego spotkania. Kiedy ju¿ lekcje dobieg³y koñca, uda³ siê do dormitorium, przebra³ i odczuwaj±c olbrzymi stres, ale równie¿ nadziejê, uda³ siê nad jezioro. By³ ju¿ blisko, kiedy dostrzeg³ Lisê czekaj±c± ju¿ na niego, wygl±da³a jak zawsze wspaniale, jej piêkne br±zowe w³osy l¶ni³y w s³oñcu. Czu³, ¿e serce zaczyna mu biæ w okolicy "jab³ka Adama". - Dasz radê - podtrzymywa³ siê w my¶lach na duchu. r11; To nie jest nic strasznego, po prostu j± zapro¶. Nagle dostrzeg³, ¿e do Lisy podchodzi jaki¶ ch³opak z Huffelpuffu, by³ trochê starszy od niego, a co najgorsze w rêkach trzyma³ bukiet kwiatów. Terry schowa³ siê za pobliskim drzewem, us³ysza³ g³os dziewczyny: - ... bardzo mi mi³o, trochê mnie zaskoczy³e¶ - Lisa zawaha³a siê, s³ychaæ by³o w jej g³osie spore zdziwienie, odebra³a jednak od niego kwiaty. - Chcia³em zapytaæ, czy posz³aby¶ ze mn± razem na Bal Bo¿onarodzeniowy? - zapyta³ ch³opak. - Ja... - Lisa nie wiedzia³a co odpowiedzieæ. - Je¶li ju¿ masz kogo¶ innego, to rozumiem - doda³ z pewnym rozczarowaniem Puchon. - Nie... to znaczy, tak, pójdê z tob±, chêtnie, po prostu..., nie spodziewa³am siê, ¿e ten list by³ od ciebie - u¶miechnê³a siê do niego. - List? - zdziwi³ siê ch³opak. - Ten, w którym prosi³e¶ mnie o spotkanie? - Nie wiem, o czym mówisz - u¶miechn±³ siê Puchon. - Oj, ju¿ nie udawaj i dziêkujê za te piêkne kwiaty - doda³a, patrz±c na prze¶liczny bukiet. Terry nie móg³ ju¿ tego d³u¿ej s³uchaæ, staraj±c siê, aby nikt go nie zauwa¿y³, wróci³ do zamku. Nie mia³ ochoty z nikim rozmawiaæ, uda³ siê od razu do dormitorium. Mia³ do¶æ tego przeklêtego balu, by³ z³y na siebie. By³o ju¿ tak blisko... Sam jednak jest sobie winny, gdyby zapyta³ j± wcze¶niej, gdyby nie ba³ siê tego zrobiæ... By³o ju¿ jednak za pó¼no, Lisa idzie na bal z kim¶ innym, a je¶li chodzi o niego, nie mia³ zamiaru w ogóle siê tam wybieraæ. Czy móg³ siê czuæ jeszcze gorzej ni¿ teraz? Odpowied¼ na to pytanie czeka³a na niego ju¿ nastêpnego poranka... *** Terry Boot szed³ na ¶niadanie do Wielkiej Sali, kiedy zza rogu korytarza us³ysza³ rozmowê trzech dziewczyn, jedn± z nich rozpozna³ od razu, to by³a Lisa. - ... by³am pewna, ¿e to Terry zaprosi³ mnie nad jezioro - powiedzia³a dziewczyna swoim przyjació³kom. Ch³opak a¿ zamar³, s³ysz±c te s³owa. - By³am zaskoczona, gdy pojawi³ siê Owen. - Chyba nie jeste¶ rozczarowana? - spyta³a jedna z jej kole¿anek. - By³am pewna, ¿e podobam siê Terry'emu, czeka³am ca³y czas, my¶l±c, ¿e zbierze siê na odwagê i mnie zaprosi. Najwyra¼niej siê pomyli³am - doda³a Turpin. - Nie my¶l ju¿ o tym - pocieszy³a j± druga dziewczyna. - Idziesz z Owenem, ja ci zazdroszczê. Wygl±da na fantastycznego faceta - doda³a z zachwytem w g³osie. Terry ruszy³ dalej korytarzem, ale zamiast pój¶æ do Wielkiej Sali na ¶niadanie, uda³ siê na b³onia. Czu³ siê podle, Lisa czeka³a na to, a¿ j± zaprosi, wszystko wskazywa³o na to, ¿e gdyby tylko siê tak z tym nie oci±ga³, posz³aby z nim na bal z przyjemno¶ci±. Wiedzia³ jedno, chcia³ teraz zostaæ sam, z dala od kogokolwiek. Edytowane przez monciakund dnia 25.07.2020 16:16
![]() - - - The human life is made up of choices. Yes or no. In or out. Up or down. And then there are the choices that matter. Love or hate. To be a hero or to be a coward. To fight or to give in. Live or die. - - - ![]() - - - Don't let what he wants eclipse what you need. He's very dreamy but he's not the sun, you are. - - - ![]() --- Nad przepa¶ci±, tego¿ roku ¯yraf masa siê w amoku Rodzi. Pamiêæ ludzka jest Zawodna, mimo tego fiest Tysi±ce, z tej okazji, Ku jej chwale od Abchazji A¿ po Nordkapp wspominacie. "Czyjej chwale?", siê spytacie. Jak to czyjej? Monci* naszej. Gryfa córce, redakcyjnej Na tym ¶wiecie ambitniejszej Od niej nie ma. Tu rysunek, Tam malunek i do tego Social media. Wizerunek Hp-neta tam kreuje, ego Strony reperuje. Szczerze, Bardzo, bardzo szczerze mówi±c Cz³ek orkiestra, ¿ywa gwiazda. ¯yj nam wiecznie, twórz i kreuj. Koniec, basta - taki mus i ¯yraf pasta. --- ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() |
|
|
|
monciakund |
Dodany dnia 23.07.2020 17:23
|
![]() Pochwa³y: 31 Postów: 2334 Dom: GryffindorPunkty: 43236 Ranga: halo, regulamin! Data rejestracji: 11.03.13 |
5. PRZYGODOWE - Musz± pojawiæ siê s³owa: bigos, boczek i kapusta - G³ówne postacie: Lockhart i Trelawney, którzy musz± razem wykonaæ jakie¶ zadanie, co¶ zrobiæ, generalnie wspó³pracowaæ ze sob± PRACA J - Nedelle Lacock Lacock w hrabstwie Wiltshire powoli budzi³o siê z g³êbokiego, niczym niezm±conego snu. W¶ród uliczek b³±ka³ siê jedynie spokój wraz z cisz±, nie wybudzaj±c jeszcze zanadto mieszkañców. Pierwsze roz¶piewa³y siê ptaki, raduj±c ludzi cudownymi, delikatnymi d¼wiêkami. Gdzieniegdzie s³ychaæ by³o kroki rozespanych mê¿czyzn, pokrzykiwania ich ¿on i tupot dzieciaków ciekawskich nadchodz±cego dnia. Rytm ¿ycia cudownie siê powtarza³. Znaczy, prawie. Przez jedn± z uliczek przechadza³ odró¿niaj±cy siê od owego spokoju mê¿czyzna krokiem zdecydowanym, niemal¿e sprê¿ystym. Skórzana torba prze³o¿ona przez ramiê podskakiwa³a wraz z jego ruchami. Zmierza³ na sam ¶rodek Lacocku, gdzie znajdowa³a siê gospoda "Znak Anio³a". G³owê trzyma³ lekko zadart± ku górze, pier¶ za¶ wypiêt± do przodu. Jego z³ociste loki pob³yskiwa³y sk±pane w porannym s³oñcu. Gospoda niczym nie ró¿ni³a siê od budynków woko³o; równie¿ zbudowana zosta³a z kamieni. Nad dêbowymi drzwiami wisia³ ma³y, okr±g³y zielony szyld. Do¶æ du¿e, drewniane okiennice wype³nia³y j± s³onecznymi promieniami. Mê¿czyzna wszed³ z zadowoleniem do "Znaku Anio³a". Omin±³ mniej lub bardziej zwinnie wszystkie stoliki, przy których siedzia³o ju¿ kilka turystów. Tylko paru z nich odwróci³o siê i przez chwilê wodzi³o za nim wzorkiem. Szybko jednak powrócili do ¶niadania. W ca³ym pomieszczeniu unosi³ siê zapach ¶wie¿o mielonej kawy i sma¿onej na boczku jajecznicy. Mê¿czyzna, który dotar³ do szynkwasu przywita³ siê z gospodarzem i zagai³ go jedn± ze swoich znanych na ¶wiecie historii. U¶miechn±³ siê szeroko, a jego zêby bia³e niczym per³y onie¶mieli³y rozmówcê. Przynajmniej mê¿czyzna tak my¶la³, któ¿ móg³by mu odmówiæ uroku? Gdy wymienili ze sob± kilka grzeczno¶ciowych s³ów, blondyn ruszy³ ku schodom. Przed nimi zostawiona zosta³a tabliczka, która mówi³a o remoncie pierwszego piêtra. Na jej widok tylko u¶miechn±³ siê lekko i przekroczy³ j±. Na górze znajdowa³a siê podobna sala do tej, która by³a na dole; d³ugie, dêbowe sto³y stanowi³y g³ówne umeblowanie wraz z dostawionymi do nich ciê¿kimi ³awami. Gdzieniegdzie na ¶cianach wisia³y gobeliny i portrety, które rado¶nie wita³y go¶ci. W prawym rogu znajdowa³ siê kamienny kominek przyozdobiony polnymi kwiatami w szklanym wazonie. Oczywi¶cie o remoncie nie mog³o byæ mowy - stanowi³o to jednie zmy³kê, by mugole nie dostali siê do ¶wiata magicznego. Mê¿czyzna rozejrza³ siê i w najdalszym k±cie pomieszczenia zobaczy³ znan± sobie postaæ. Charakterystyczna czupryna w nie³adzie oraz cekiny pokrywaj±ce ca³± szatê nie pozostawia³y ¿adnej w±tpliwo¶ci, tak samo jak okulary z bardzo grubymi szk³ami, które powiêksza³y jej oczy kilkukrotnie. W³a¶ciwie przypomina³a z wygl±du olbrzymiego, ¶wiec±cego siê owada. Podszed³ do niej dumnie i z uniesion± g³ow±. - Sybillo, moja droga! Có¿ ciê sprowadzi³o do Lacocku? - zapyta³ mê¿czyzna, przysiadaj±c siê bez zbêdnego przyzwolenia. U¶miechn±³ siê szeroko i wpatrywa³ w kobietê oczekuj±c odpowiedzi. - Mój drogi, sêpy ¶mierci zbli¿aj± siê do ciebie, ju¿ kr±¿± nad tw± g³ow±... - mruknê³a w odpowiedzi kobieta i upi³a ³yk sherry. G³os mia³a jak zwykle spokojny i tajemniczy. Przed ni± le¿a³a roz³o¿ona talia kart, której przygl±da³a siê uwa¿nie. Oderwa³a od niej wzrok na chwilê i przyjrza³a siê mê¿czy¼nie. - Miejsce takie jak Lacock dobrze wp³ywaj± na moje wewnêtrzne oko, Gilderoyu. - To cudownie! Czy twoje karty przewidz± mój kolejny sukces pisarski? Korzystaj±c z piêknej pogody przyjecha³em tu, by dokoñczyæ kolejny bestseller - powiedzia³ podekscytowany Gilderoy i dumnie wypi±³ pier¶. - Na pewno s³ysza³a¶ o tym, jak wysoko znajduj± siê wszystkie moje dzie³a! Kochana, znam ¶wietne miejsce, w którym na pewno twoje wewnêtrzne oko siê otworzy! - Zaczekaj chwilê - powiedzia³a Sybilla i nagle chwyci³a go za rêkê. G³os dr¿a³, gdy z jej ust przepowiednia sama wyp³ywa³a: - Twa magia bêdzie ci odebrana, gdy tylko zamkniesz oczy. Gdy je otworzysz, strach ponownie ciê o¶lepi. Kiedy s³oñce zabarwi Lacock w czerwieñ, dowiesz siê okrutnej prawdy. - Niech ciê, brzmi gro¼nie - przerazi³ siê czarodziej. Kiedy dotar³o doñ, ¿e wyszed³ na tchórza, dzielnie u¶miechn±³ siê i mimo poblad³ej twarzy doda³: - Dobrze, ¿e tak wybitny czarodziej jak ja zawsze znajdzie wyj¶cie z sytuacji. Tymczasem zapraszam ciê na spacer, chyba nie odmówisz w³a¶cicielowi najbardziej czaruj±cego u¶miechu na ¶wiecie? Przez ca³e ¶redniowiecze wie¶ Lacock s³ynê³a z produkcji we³ny. Dzi¶ sta³a siê atrakcj± turystyczn± Anglii, wci±¿ utrzymuj±c swój dawny urok. Gilderoy zaprowadzi³ Sybillê na kraniec miejscowo¶ci, gdzie znajdowa³y siê pola uprawne pszenicy i pastwisko, na którym w³a¶nie leniwie wylegiwa³o siê stado owiec. Sielski widok otacza³ ich zewsz±d, tak samo jak zapach traw, odg³osy zwierz±t i cichutki szelest li¶ci tañcz±cych na wietrze. Gilderoy zatrzyma³ siê na ¶rodku ¶cie¿ynki, któr± siê przechadzali. Po³o¿y³ rêce na biodrach i westchn±³ przeci±gle. U¶miechn±³ siê szeroko jak mia³ w zwyczaju, po czym z kieszeni spodni wyj±³ ró¿d¿kê. Rozejrza³ siê, szukaj±c nieopodal g³azu. Gdy taki znalaz³ w cieniu m³odej brzozy, podszed³ doñ i mrucz±c co¶ pod nosem machn±³ ró¿d¿k±. Efektu zaklêcia nie by³o, zatem zniecierpliwiony powtórzy³ zabieg kilka razy. Gdy uda³o mu siê w koñcu g³az zamieniæ na kamienn± ³awkê, odwróci³ siê do cierpliwie czekaj±cej Sybilli. Kobieta poprawi³a spadaj±ce okulary i usiad³a na przemienionym siedzisku. Gilderoy rozpostar³ rêce, wyj±³ ze skórzanej torby czysty pergamin i samopisz±ce pióro, które wyró¿nia³o siê mocno liliowym zabarwieniem. Sybilla zerknê³a na niego z ukosa i rzuci³a spokojnie: - Gdy twoje pióro postawi trzynast± kropkê, kto¶ u³o¿y siê do popo³udniowego snu. - Mê¿czyzna spojrza³ na czarownicê z za¿enowaniem, opar³ siê wygodnie i nakaza³ pióru rozpoczêcie pisania. Nie przygl±daj±c siê temu, co b³yskawicznie pojawia³o siê na jego pergaminie siêgn±³ do torby po raz kolejny, tym razem wyjmuj±c kremowe piwo, które kupi³ bêd±c jeszcze w gospodzie. Otworzy³ je i upi³ spory ³yk delektuj±c siê jego smakiem. Sybilla pustym wzrokiem patrzy³a to na pastwisko, to na towarzysza. W lewej rêce trzyma³a prawie pust± ju¿ butelkê sherry, a praw± bawi³a siê cekinami przyszytymi do rêkawa. Ko³o nich pojawi³ siê m³ody zaj±c. Kobieta przygl±da³a mu siê chwilê, szybko jednak wróci³a do obserwowania owiec i swojego wewnêtrznego oka. Gilderoy zamrucza³ cichutko z zadowolenia i wystawiaj±c twarz ku s³oñcu zamkn±³ powieki. Zapewne nie spodziewa³ siê tego, co sta³o siê natychmiast po tym, gdy to zrobi³: zaj±c zbli¿y³ siê doñ, uniós³ ³ebek i chwilê powêszy³. W jednej chwili podskoczy³ i z³apa³ w pyszczek ró¿d¿kê, która wystawa³a Gilderoyowi z kieszeni. Gdy mê¿czyzna otworzy³ oczy i z przera¿eniem poderwa³ siê z siedzenia, zaj±c kica³ ju¿ w stronê pola. Sybilla równie¿ wsta³a, od³o¿y³a butelkê i wskaza³a go palcem. - Nie zamierzasz go z³apaæ, Gilderoyu? - zapyta³a. Jej policzki zaczyna³y mieæ odcieñ ulubionego przez ni± trunku. Mê¿czyzna niezdarnie pobieg³ za zaj±cem. Sybilla wyjê³a swoj± ró¿d¿kê, by czarami wspomóc z³apanie puchatego uciekiniera. Skierowa³a j± w zaj±ca i rzuci³a: - Immobulus! - Na ca³e nieszczê¶cie nie trafi³a w cel. Fioletowa stró¿ka ugodzi³a w plecy towarzysza. W bardzo zwolnionym tempie obróci³ siê w jej stronê zdziwiony i lekko oszo³omiony. Sybilla zaczerwieni³a siê i wymamrota³a przeprosiny piskliwym g³osem. Uwolni³a go szybko z rzuconego zaklêcia i pobieg³a tam, gdzie uda³ siê w podskokach zaj±c. Gilderoy, który znów porusza³ siê szybko równie¿ rozpocz±³ ponown± gonitwê za zwierzêciem. Biegli wiêc ramiê w ramiê, oboje potykaj±c siê o kamienie i nierówno¶ci, jakie napotykali po drodze. Gdy zaj±c w koñcu zatrzyma³ siê, otoczyli go dysz±c ciê¿ko. Sybilla unios³a swoj± ró¿d¿kê. Postanowi³a ponowiæ próbê zatrzymania urwisa. Zaj±c popatrzy³ na ni± zaciekawiony. Przechyli³ ³ebek, wci±¿ trzymaj±c w³asno¶æ Gilderoya w pyszczku. Choæ widok by³ rozczulaj±cy, Sybilla nie waha³a siê. Z jej ró¿d¿ki kolejny raz pojawi³a siê fioletowa stró¿ka. Zaj±c uskoczy³ przestraszony. Czar ugodzi³ niewinny kamieñ obok. Gilderoy widz±c niepowodzenie kobiety rzuci³ siê na zwierz±tko i z³apa³ je w rêce. Zaj±c wyrywa³ siê, ale mê¿czyzna okaza³ siê byæ silniejszy. Sybilla podesz³a i przyjrza³a siê bli¿ej obojgu. Wyci±gnê³a ró¿d¿kê czarodzieja z pyska zaj±ca. Gilderoy u¶miechn±³ siê szeroko, wypi±³ dumnie pier¶. By³o oczywistym, ¿e sobie poradzi! Sybilla poda³a mu ró¿d¿kê. Przyj±³ j± dziêkuj±c piêknymi s³owy. Chwilê potem zaj±c oddali³ siê bez zdobyczy. Nie wydawa³ siê byæ tym zbytnio przejêty - znów rado¶nie kica³ przed siebie. Roze¶miali siê g³o¶no. Kiedy ich ¶miech przycich³, zdali sobie sprawê, ¿e jaki¶ d¼wiêk im wtórowa³. Nastawili uszy. G³o¶ne, g³êbokie, tubalne chrapanie dobiega³o gdzie¶ niedaleko. Zdziwieni szukali ¼ród³a nieprzyjemnej melodii. Brzmia³o to tak, jakby ca³a Hogwarcka braæ chrapa³a jednocze¶nie z Hagridem na czele. Gilderoya przeszy³ nieprzyjemny dreszcz. Sybilla nas³u****±c postanowi³a zbli¿yæ siê nieco. Czarodziej niespiesznie drepta³ za ni± z niezadowoleniem wzdychaj±c ciê¿ko. Kobieta zatrzyma³a siê nagle; Gilderoy wpad³ na Sybillê. Wymamrota³ przeprosiny, spuszczaj±c wzrok. Gdy podniós³ g³owê, ujrza³ to, co nakaza³o jej siê zatrzymaæ. W cieniu jednego z drzew spa³o olbrzymie dziecko, kud³ate i tubalnie chrapi±ce. Fioletowe kud³y wygl±da³y na czyste i zadbane. Niekontrolowany krzyk Gilderoya obudzi³ je. Zaspane otworzy³o czy. Powoli unios³o ³eb. Krótkie rogi zab³ys³y odbitym ¶wiat³em s³onecznym. Sybilla i Gilderoy przera¿eni d³ugimi krokami wycofywali siê. Czarodziej ukry³ siê za kobiet±. Troll podniós³ siê ociê¿ale; upewnili siê, ¿e nie by³ to doros³y osobnik. Pod Gilderoyem ugiê³y siê nogi. Obudzone stworzenie mia³o prawie osiem stóp wysoko¶ci. Szmata, która zakrywa³a niektóre czê¶ci jego kud³atego cia³a, wygl±da³a tak, jakby kto¶ niedawno j± wypra³; widnia³o na niej tylko kilka zielonych plam, prawdopodobnie od tarzania siê w trawie. Troll zarycza³ w¶ciekle. Wskaza³ ich palcem i powarkiwa³ zdenerwowany. Natychmiast Sybilla i Gilderoy skierowali ró¿d¿ki w jego brzuch. - Petrificus totalus! - wypowiedzia³a zaklêcie kobieta, zanim mê¿czyzna zd±¿y³ otworzyæ usta. Troll zesztywnia³. Obie nogi przesta³y go utrzymywaæ, run±³ ciê¿ko na ziemiê. Uderzy³ g³ow± o grunt, a jego niewykszta³cone, dzieciêce rogi wbi³y siê weñ. Stworzenie zaczê³o szlochaæ. - W³a¶ciwie, Gilderoyu, nic nam nie zrobi³, nie powinnam byæ taka surowa... - Zwariowa³a¶! To troll rzeczny! Sk±d on siê tu w ogóle wzi±³? - wybuch³ czarodziej. - No ale skoro jest unieszkodliwiony... jak dobrze, ¿e by³em tu, by ciê ochroniæ, prawda, Sybillo? Wracajmy, zostawi³em przybory przy g³azowej ³awce, a ksi±¿ka siê sama nie napisze! - Finite! - Sybilla po raz kolejny wycelowa³a w trolla. Zanim ten jednak otrz±sn±³ siê po kl±twie, doda³a: - Levicorpus! Zostawili biedne stworzenie wisz±ce g³ow± w dó³. Choæ warcza³, szlocha³, nie wrócili, by postawiæ go na nogi. Jego rogi ukruszy³y siê od upadku. Wygl±da³ bardzo nêdznie. Gilderoy zebra³ swoje rzeczy i odprowadzi³ do gospody Sybillê, której wcze¶niej haniebnie zmodyfikowa³ lekko pamiêæ. Ta historia idealnie nada siê do jego w³a¶nie powstaj±cego bestsellera, który bêdzie nosi³ tytu³ "Wêdrówki z trollami"! Wszyscy z tej autobiografii dowiedz± siê, jak d¿entelmeñsko obroni³ kobietê przed ogromnym trollem rzecznym! Prawdê mówi±c ok³ama³ j± nieco - nie przyjecha³ na wie¶ pisaæ ksi±¿kê. Jego babka musia³a stawiæ siê w Ministerstwie Magii i poprosi³a go, by pod jej nieobecno¶æ nakarmi³ koty. Przypominaj±c to sobie, ruszy³ prosto do jej domu. Wszystkie budowle wygl±da³y bardzo podobnie: dom jego babki te¿ siê nie wyró¿nia³. Gdy otworzy³ drzwi, poczu³ zapach gotuj±cej siê kapusty. Na pewno babuñka gotowa³a polski przysmak - bigos. Wkroczy³ zaciekawiony do kuchni, gdzie czeka³a na niego w³a¶cicielka domu. Gdyby wzrok móg³ zabijaæ, na pewno Gilderoy ju¿ le¿a³by martwy. Babka wskaza³a go chochl± zdenerwowana, jednak wci±¿ nie mówi±c ani s³owa. Wtedy us³ysza³ znajomy szloch. Ca³y poblad³. - Kaza³am ci nakarmiæ koty, a nie atakowaæ trolla, którym siê opiekujê! Czy wiesz, jak boli ukruszenie rogów? Felix nic ci nie zrobi³, na Merlina! Ten dzieciak, co go na obroñcê szkolê, jest bardziej po¿yteczny ni¿ ty! - wydar³a siê babka. Dalszego wywodu jednak Gilderoy nie us³ysza³, gdy¿ zemdla³ z przera¿enia, gdy tylko dowiedzia³ siê prawdy. Zapewne gdy tylko siê ocknie, piek³o, jakie wyrz±dzi mu babka d³ugo zapadnie mu w pamiêæ. Zastanawia³ siê, kto przypomina diab³a bardziej: ona, czy troll. PRACA K - ulka_black_potter Wyprawa, ¿e hej Generalnie ka¿dy kocha wyprawy w góry, jednak kiedy przychodzi czas wspinaczki dla niektórych zaczyna siê droga przez mêkê. W ten s³oneczny, wrze¶niowy poranek nie by³o inaczej. Szanowna nauczycielka wró¿biarstwa Sybilla Trelawney oraz co mo¿e zaskoczyæ, jej przyjaciel Gilderoy Lockhart postawili osi±gn±æ szczyt. I to nie byle jaki, poniewa¿ mowa tu o najbardziej niebezpiecznym szczycie polskich Tatr, czyli Kasprowym Wierchu. - Osi±gn±³em ju¿ wiele szczytów w swym wspania³ym ¿yciu - rzek³ Gilderoy, krocz±c ¿wawo w stronê szlaku - jednak w górach nie by³em nigdy. Owiniêta ró¿nokolorowymi szalami Sybilla spojrza³a w kierunku, w którym my¶la³a, ¿e jest szczyt i nic nie powiedzia³a. Chocia¿ darzy³a Gilderoya niema³± sympati±, któr± niektórzy mogliby nazwaæ zauroczeniem, to nie podoba³ jej siê pomys³ wspinaczki. - Sybillo, moja kochana. Czy zabra³a¶ wodê? Sybilla siêgnê³a rêk± do ogromniastego plecaka, który taszczy³a na swoich ramionach i wymaca³a tam jak±¶ butelkê. S±dz±c po kszta³cie, nie by³a to jednak woda. - Pamiêtaj, ¿e woda to podstawa przy takiej przygodzie! - rzek³szy to Gilderoy machn±³ ró¿d¿k± i z jego mini ró¿owo-srebrzystego plecaczka wyskoczy³a rze¼biona butla z krystalicznie czyst± wod± oraz bigos. Trelawney spojrza³a na Gilderoya z uwielbiem w oczach. - Czy to jest bigos? Bigos z boczkiem i kapust±?! - kobieta rzuci³a siê na Lokharta z impetem i wyrwa³a mu garnuszek z bigosem z r±k, po czym zaczê³a siê nim zajadaæ. Mo¿e niektórzy z was nie wiedz±, ale Sybilla by³a najwiêksz± fank± bigosu na ¶wiecie. Uwielbia³a popijaæ jego kapu¶ciany smak wódk±...ekhm...wod± wprost ze strumienia. Nie by³o jej dane skosztowaæ go w Hogwarcie gdzie uczy³a i mieszka³a przesz³o 20 lat, poniewa¿ Albus Dumbledore dokarmia³ uczniów dyniami, ze swojej uprawy. - Sybillo, nie wiedzia³em, ¿e jeste¶ taka g³odna! - To nie g³ód! To rz±dza i pragnienie bigosu! - odrzek³a Sybilla z szaleñstwem w oczach. Nagle ca³a zesztywnia³a i zaczê³a mówiæ dziwnie zmienionym g³osem. Rz±dza przyæmi Hogwart kiedy Podlasie od³±czy siê od Polski, pragnienie dosiêgnie uczniów Hogwartu, kiedy dyrektor przestanie hodowaæ dynie. Nastan± mroczne czasy, czasy bigosu... Gdy Podlasie od³±czy siê od Polski... Gdy Podlasie... Gdy Podla... Sybilla upad³aby wprost w nikczemn± przepa¶æ Kasprowego Wierchu, jednak Gilderoy w ostatnim momencie z³apa³ j± za koñcówkê szala oraz piêtê, po czym przerzuci³ na ma³± polankê. Nikt nie wiedzia³, ¿e pod wrzosowym kubrakiem skrywa³ miê¶nie prawdziwego StrongMana. Nikt nie wiedzia³ równie¿ o tym, i¿ bratankiem siostrzeñca od strony siostry matki stryja Josepha by³ Mariusz Pudzianowski. Jednak w tej chwili by³ to fakt ma³o istotny. W tej chwili liczy³a siê tylko przepowiednia. - Sybillo! Czy Ty w³a¶nie przepowiedzia³a¶ przysz³o¶æ? Nigdy czego¶ takiego nie widzia³em. ¦lina ciek³a ci niesamowicie z ust, przez co nie s³ysza³em niektórych s³ów, jednak rozumiem sedno ca³ej wypowiedzi! - Sybilla przetar³a szalem za¶linione usta, jednak nie wiele to da³o, poniewa¿ szal równie¿ by³ mokry. - Nie wiem o czym mówisz! - Ale¿ wiesz! Podlasie! To na Podlasiu stanie nowa szko³a magii i czarodziejstwa. Brytyjskie Ministerstwo Magii poprosi³o Dumbledore'a o radê w sprawie nowej europejskiej szko³y. A Ty to przepowiedzia³a¶! Przechodzieñ w sanda³ach spojrza³ z ukosa na Lokharta. S³ysza³ dziwne s³owa o bigosie, jednak nic o szkole. Marian, bo tak siê nazywa³ pokrêci³ g³ow± i stwierdzi³, ¿e ten facet w ró¿owym wdzianku jest idiot±. Nic nie mówi±c odszed³ w sin± dal, my¶l±c o zimnym piwie, które wypije w schronisku. Gilderoy natomiast ruszy³ ¿wawym krokiem w stronê szczytu, rozmy¶laj±c o aran¿acji nowej szko³y magii i czarodziejstwa, a Sybilla pocz³apa³a za nim czuj±c w ustach smak bigosu z kapust± i boczkiem. KONIEC 6. HORROR - Bellatrix Lestrange, Rudolfus Lestrange, Rabastan Lestrange, Antonin Do³ohow - autor musi wybraæ jedn± z tych postaci na g³ównego bohatera. - Akcja rozgrywa siê tu¿ po uwolnieniu ich z Azkabanu - Musz± znale¼æ siê wspomnienia z wiêzienia, co bohater czu³, jak to wygl±da³o oraz opis tego jak czuje siê teraz i jak zmieni³ go pobyt w wiêzieniu - Musi znale¼æ siê opis relacji bohatera z przynajmniej jednym ze ¦miercio¿erców - Musi znale¼æ siê opis relacji bohatera z Lordem Voldemortem PRACA L - Sam Quest Sen nie nadchodzi³. Le¿a³ na wygodnym pos³aniu, pokój przepe³nia³a cisza, ale on nie móg³ zasn±æ. Czego¶ brakowa³o. By³o za cicho. Zbyt wygodnie. Przekrêci³ siê na drugi bok i zamkn±³ oczy, zobaczy³ go. Sta³ przed nim, obszarpany materia³ powiewa³ pomimo braku wiatru, ko¶cista rêka zmierza³a do jego szyi, a wielki otwór w miejscu twarzy przybli¿a³ siê do jego ust. Serce zaczê³o mu mocniej biæ, otworzy³ oczy i obraz dementora znikn±³. Prze³kn±³ ¶linê i wróci³ my¶lami do wydarzeñ sprzed kilku godzin. Wiedzia³, ¿e to siê wydarzy, by³y wyra¼ne znaki, ¿e Czarny Pan o nich pamiêta, tak jak oni pamiêtali o nim. Spêdzi³ ostatnie piêtna¶cie lat w Azkabanie, ale przynajmniej nie zeszmaci³ siê jak Malfoy i jemu podobni. Gdy wreszcie poczu³ na swojej twarzy ¶wie¿e powietrze, pojawi³a siê ekscytacja. By³ wolny, a ci zasrani dementorzy nie mogli mu nic zrobiæ. Spojrza³ na swojego brata, który wygl±da³ jak cieñ siebie sprzed lat. Nie widywali siê, Azkaban nie by³ domkiem letniskowym, a oni opuszczali swoje cele bardzo rzadko. Wszystkie podstawowe potrzeby musieli za³atwiaæ w tych klatkach, a rozmowa ze wspó³wiê¼niami do nich nie nale¿a³a. Z³apali stary but i po chwili przenie¶li siê do lasu. Kr±¿yli w¶ród ciemno¶ci przed d³u¿szy czas, ¿adne z nich nie mia³o si³ na bezpieczn± teleportacjê. Po chwilowej ekscytacji z powodu przywróconej wolno¶ci czu³ w sobie pustkê. - Rudolf - powiedzia³, zatrzymuj±c brata i k³ad±c mu rêkê na ramieniu. Ten odwróci³ siê do niego i spojrza³ wypranym z emocji wzrokiem. - Bracie... - Rabastan, nie zwa¿aj±c na brak reakcji, rzuci³ siê w ramiona brata obejmuj±c go. Nigdy nie okazywali sobie czu³o¶ci, ale byli ze sob± z¿yci. Rudolf zawsze by³ dla niego wzorem do na¶ladowania. To dla niego zosta³ ¦miercio¿erc±, dla niego walczy³ u boku Czarnego Pana i dla niego spêdzi³ ostatnie lata w Azkabanie. Bo zawsze chcia³ byæ jak on, jak jego starszy brat. - Dosyæ tych czu³o¶ci, musimy siê st±d wydostaæ. Jaki¶ idiota wys³a³ nas w sam ¶rodek g³uszy. - Bellatrix, ¿ona Rudolfa, podesz³a do braci. - Nie tak to mia³o wygl±daæ. - Nie mamy ró¿d¿ek - zauwa¿y³ Rudolf. - Ty zawsze masz jaki¶ problem - prychnê³a. - Idziemy na pó³noc. Szli przed siebie, nie wiedz±c dok±d id±, Rabastan mia³ wra¿enie, ¿e wracaj± tam sk±d przyszli, ¿e droga niechybnie doprowadzi ich z powrotem do Azkabanu. Nie chcia³ tam wracaæ, nie by³ do koñca pewien, jak d³ugo by³ w celi, podobno piêtna¶cie lat, ale dla niego ka¿dy dzieñ by³ jak miesi±c, a miesi±c jak rok. Na pocz±tku by³o najgorzej, w g³owie mia³ mêtlik, wspomnienia z dzieciñstwa, z tych najbardziej beztroskich i szczê¶liwych lat pojawia³y siê i szybko znika³y w g±szczu wszystkich pora¿ek, zawodów i upadków, które go spotyka³y. Czêsto p³aka³, chocia¿ wcze¶niej mu siê to nie zdarza³o i jedyne, o czym marzy³ to ¶mieræ. Wielokrotnie wyobra¿a³ sobie mo¿liwe scenariusze w³asnej ¶mierci, które w ciasnej celi by³y mocno ograniczone. Po czasie nauczy³ siê mieæ pustkê w g³owie i duszy. Zapomnia³ kim jest, nie wspomina³ lat poza Azkabanem, po prostu egzystowa³, bo ¿yciem nie da³o siê tego nazwaæ. A teraz by³ wolny, wszystko dziêki Czarnemu Panu. Poczu³ jak jego wnêtrzno¶ci, zwijaj± siê w supe³, serce zaczê³o mu mocnej biæ, a na czole pojawi³y siê krople potu. Bêdzie musia³ wróciæ do s³u¿by Czarnemu Panu. Oczywi¶cie to by³ dla niego wielki zaszczyt, jego brat wszak by³ najwierniejszym ¦miercio¿erc±, a on zawsze wiedzia³ co jest s³uszne. Tak, wróci do swojej s³u¿by i u boku brata bêdzie walczy³ o lepsz±, woln± od plugastwa przysz³o¶æ. Bêdzie trybikiem w machinie swojego Pana, bo to jest s³uszne i tak nale¿y. Przynajmniej tak twierdzi³ Rudolf. Opar³ siê o najbli¿sze drzewo, ws³u****±c siê w odg³osy lasu, sowy pohukiwa³y, Bellatrix rzuca³a przekleñstwa pod nosem, a drzewa szumia³y delikatnie. By³o b³ogo, zbyt b³ogo. - Tu jest jaka¶ chata. Mo¿e bêdzie tam jakie¶ jedzenie. - zawo³a³ Do³ohow i wszyscy ruszyli w jego stronê. Rabastan nazwa³by to bardziej sza³asem ni¿ chat±. Krzywo zbite deski tworzy³y cztery ¶ciany, które wygl±da³y jakby w ka¿dej chwili mog³y siê zawaliæ; a minimum dwie ¶ciany i czê¶æ dachu, oplecione by³y bluszczem. - Nie wygl±da to zachêcaj±co ani obiecuj±co - powiedzia³ Rabastan. - Ja pukam, wy unieszkodliwiacie - zarz±dzi³a Bella i nie czekaj±c na resztê, ruszy³a do czego¶ co mog³o byæ drzwiami. Zapuka³a kilka razy, jednak nikt nie odpowiedzia³, otworzy³a, wiêc drzwi i wesz³a do ¶rodka. Rabastan ruszy³ za ni±. Nie wiedzia³ sk±d wytrzasnê³a ¶wiecê i sk±d wiedzia³a jak j± zapaliæ, ale zrobi³a to. Pomieszczenie roz¶wietli³o siê nieznacznie, ca³y sza³as to by³a jedna izba, w której sta³ przegni³y stó³ i drewniane ³ó¿ko z siennikiem. - Nic tu nie ma - zauwa¿y³ przytomnie. - Tam jest jaka¶ klapa, mo¿e do piwnicy? - Bella wskaza³a na przeciwleg³± stronê. - Kto¶ tam musi i¶æ - powiedzia³ Do³ohow. - Nie ja! - Nie ja! - Nie ja! - Nie ja! - Rabastan jak zawsze w tej g³upiej grze mia³ pecha i odezwa³ siê ostatni. - Niech was szlag trafi. Daj mi tê ¶wiecê - zwróci³ siê do Belli, która poda³a mu ogarek z resztk± wosku. - Sprawd¼, czy jest tam jakie¶ jedzenie - przypomnia³ mu Do³ohow. Rudolf nie odzywa³ siê, patrz±c têpo przed siebie. Rabastan niechêtnie podszed³ do klapy i u¿ywaj±c resztek si³y, otworzy³ j±, widzia³ jedynie ciemno¶æ i kawa³ek sznurka, wygl±daj±cy jak drabina. Zacz±³ przy jej pomocy powoli schodziæ w dó³, nie by³o to ³atwe z ogarkiem w rêce. Mia³ wra¿enie, ¿e ta drabina nigdy siê nie skoñczy, a sam schodzi po niej ju¿ kilkana¶cie minut. Wreszcie poczu³ pod stopami ziemiê. Rozejrza³ siê, znajdowa³ siê w ciasnym pomieszczeniu, w którym sta³a du¿a drewniana szafa. Jak na to, jak wygl±da³a izba u góry, ten mebel prezentowa³ siê bardzo solidnie. Otworzy³ j± niepewnie, by³a pusta, jednak jej ty³ wygl±da³ jak kolejne drzwi. Rozs±dek mówi³ mu, ¿e to miejsce jest podejrzane i nale¿y wróciæ na górê, ale to wszystko by³o dziwne i ekscytuj±ce zarazem. Rabastan od dawna nie mia³ do czynienia z takimi emocjami, wiêc popchn±³ drzwi znajduj±ce siê w szafie. Pojawi³a siê przed nim kolejna izba, z której jedyna droga do przodu by³a wydr±¿onym w ziemi tunelem, by³ jednak na tyle wysoki, ¿e pochylony zmie¶ci³by siê w tym otworze. Nie mia³ jednak zamiaru siê przez niego przeciskaæ, odwróci³ siê w stronê, z której przyszed³, jednak wyj¶cie zastawione by³o przez wysok± zakapturzon± postaæ. - Kim jeste¶? - zapyta³, jednak nie us³ysza³ odpowiedzi. Nie by³ to cz³owiek, bo wyra¼nie unosi³ siê nad ziemi±, nie by³ te¿ dementorem, pomimo pewnych podobieñstw, poniewa¿ nie oddzia³ywa³ na niego. Rabastan zacz±³ siê powoli wycofywaæ w stronê tunelu, a postaæ ¶ci±gnê³a, przegni³± i pokryt± parchami d³oni±, kaptur. Wzdrygn±³ siê na ten widok. Jego twarz by³a nienaturalnie pod³u¿na, z czaszki zwisa³y d³ugie, przet³uszczone kosmyki w³osów. Z oczodo³ów wia³a pustka, a w miejscu nosa i ust by³ otwór, z którego wystawa³y d³ugie k³y, przypominaj±ce bardziej zêby rekina, ni¿ cz³owieka. Prze³kn±³ ¶linê i rzuci³ siê w stronê tunelu. Nie mia³ ochoty zostaæ zjedzonym przez tego stwora, a bez ró¿d¿ki by³ na dobr± sprawê bezbronny. Zacz±³ biec, czu³, ¿e ten potwór go goni. Serce bi³o mu szybko, zacz±³ ³apaæ zadyszkê, przez ostatnie lata w Azkabanie nie mia³ okazji dbaæ o kondycjê. Je¿eli zaraz czego¶ nie wymy¶li, umrze w ma³o przyjemny sposób. Tunel coraz bardziej siê zwê¿a³, musia³ zgi±æ siê praktycznie w pó³, co skutecznie utrudnia³o mu ucieczkê. Zobaczy³ jednak w oddali intensywne ¶wiat³o, stara³ siê przy¶pieszyæ, poczu³ jednak szpony potwora na nodze. Próbowa³ j± wyszarpn±æ, przez co tamten zacz±³ jeszcze bardziej naciskaæ. Kopn±³ przeciwnika z ca³ej si³y drug± nog±, co da³o mu kilka sekund przewagi. Dziêki adrenalinie przy¶pieszy³ w stronê ¶wiat³a i ju¿ po chwili wrêcz wylecia³ na du¿± salê. Na ¶cianach wisia³y pochodnie, odwróci³ siê w stronê wyj¶cia z tunelu, czekaj±c na tego potwora. Zd±¿y³ zauwa¿yæ, ¿e jedyna droga ucieczki to powrót do tunelu. Dopiero po chwili zorientowa³ siê, ¿e na ¶cianach wysokich na kilka stóp, wisia³y szcz±tki ludzkie na ró¿nym etapie rozpadu. Wiedzia³, ¿e nie po to odzyska³ wolno¶æ, by teraz daæ siê zabiæ przez jakiego¶ potwora. Zacz±³ szukaæ jakiej¶ broni. Nie mia³ jednak szansy na zbyt d³ugie poszukiwania, bo stwór pojawi³ siê w wej¶ciu i ruszy³ szybko w jego stronê. My¶li Rabastana gna³y jak szalone, chwyci³ najbli¿ej wisz±c± pochodniê i zacz±³ ni± wymachiwaæ. - Nie uda ci siê! - zawo³a³. - Nawet nie próbuj mnie atakowaæ, jestem czarodziejem i zabijê ciê ty parszywcu! - Doda³ dr¿±cym g³osem. Zawsze by³ raczej tchórzliwym cz³owiekiem, wiedzia³, ¿e bez brata niczego nie potrafi. Tamten zacz±³ i¶æ w jego kierunku, wyci±gaj±c w jego stronê ko¶ciste d³onie i wydaj±c z siebie przeci±g³y jêk. Rabastan poczu³ jak jego wnêtrzno¶ci podskakuj± mu do gard³a, mia³ wra¿enie, ¿e chc± one z niego wyskoczyæ. Im d³u¿ej ten dziwny d¼wiêk wydobywa³ siê z gard³a tego potwora, tym bardziej zaczyna³ siê dusiæ. Mia³ wra¿enie, ¿e jelita owija³y siê wokó³ jego p³uc ¶ciskaj±c serce i próbuj±c w ten sposób wydostaæ siê na zewn±trz. Upad³, próbuj±c z³apaæ oddech. Przed oczami pojawi³y mu siê czarne plamy, a ten przenikliwy d¼wiêk wwierca³ siê w jego mózg. Nagle wszystko usta³o. D¼wiêk ucich³, jego organy zaczê³y wracaæ na swoje miejsce, a on móg³ z³apaæ oddech. Potrzebowa³ d³u¿szej chwili, by zrozumieæ co siê dzieje. - Ty idioto, co ty znowu wymy¶li³e¶. Kretyn, ile mo¿na na ciebie czekaæ nieudaczniku? - Albo umar³ i nawet po ¶mierci jego szwagierka nim gardzi³a, albo ¿yje i do koñca ¿ycia bêdzie musia³ s³uchaæ jej narzekañ na swoj± bezradno¶æ. Sam nie wiedzia³ co jest gorsze. - Nie ¶pieszy³o siê wam - powiedzia³ s³abo, próbuj±c wstaæ. Bella sta³a ze sporym kawa³kiem drewna, u jej stóp le¿a³ powalony stwór. - Spal go i idziemy. Rudolf i Do³ohow czekaj± na nas. - Bella nie czekaj±c na niego, ruszy³a w stronê tunelu. Siêgn±³ po le¿±c± obok pochodnie i przyjrza³ siê wisz±cym trupom. Jednemu z nich z ust wystawa³ kawa³ek czego¶, co wed³ug Rabastana by³o jelitem. Wzdrygn±³ siê i rzuci³ pochodniê na p³aszcz tego czego¶. Ca³± salê przeszy³ ten przeci±g³y jêk, jednak tym razem nie dzia³a³ na Rabastana tak jak wcze¶niej. Rzuci³ ostatnie spojrzenie na tego potwora i ruszy³ za Bellatrix. Droga powrotna trwa³a o wiele krócej i po chwili wychodzili z piwnicy. - Do³ohow znalaz³ Carrowów. Mo¿emy st±d i¶æ. - Rudolf znudzony czeka³ na nich w izbie. Rabastan spojrza³ na brata i poczu³ uk³ucie ¿alu, nagle zobaczy³ go i ich relacje w innym ¶wietle. Ostatnie piêtna¶cie lat zmieni³o ich bardzo, ale najbardziej to, ¿e nie byli ju¿ braæmi. Nie takimi, jak kiedy¶. Nie mia³ ju¿ brata, je¿eli kiedykolwiek go tak naprawdê mia³. Pierwszy raz pomy¶la³, ¿e Rudolf by³ tylko marionetk± swojej ¿ony oddanej Czarnemu Panu, a Rabastan by³ kukie³k± w rêkach brata. Poczu³ w¶ciek³o¶æ, straci³ ca³e ¿ycie na ¶lepe pod±¿anie za bratem, a teraz spêdzi resztê ¿ycia, ponosz±c tego konsekwencje, s³uchaj±c rozkazów cz³owieka, którego siê ba³, ale na pewno nie szanowa³. Rabastan otrz±sn±³ siê ze wspomnieñ, nadal zapada³ siê w miêkkim materacu. Wsta³ z wygodnego ³ó¿ka i wyszed³ z pokoju. Skierowa³ siê w stronê wyj¶cia, gdy znalaz³ siê na podwórzu, przeci±³ je zdecydowanym krokiem i ruszy³ w stronê psiarni. Znalaz³ pusty boks pod ¶cian±, wszed³ do ¶rodka zamykaj±c za sob± kratê. U³o¿y³ siê na cienkiej warstwie s³omy le¿±cej pod ¶cian± i zamkn±³ oczy. Z ka¿dej strony przenika³ go ch³ód. Sen nadszed³. PRACA M - Pomyloony Pokój wype³nia³ ten charakterystyczny zapach nikotyny pomieszanej z wilgoci±. Mój ulubiony. W pó³mroku analizowa³em niewyra¼ne kontury pojedynczych przedmiotów, a¿ wzrok nie przyzwyczai³ siê do ciemno¶ci. Na krañcu pojedynczego ³ó¿ka le¿a³ ma³y, czarny kundel. Cicho powarkiwa³ przez sen. Ca³y czas czu³em przyjemne ciep³o w okolicy odcinka lêd¼wiowego. Do moich pleców przyciska³a siê naga dziewczyna, niezbyt urodziwa, z wyra¼n± asymetri± górnej wargi i krótkimi w³osami. No có¿, nie ze wzglêdu na twarz trzyma³em j± u siebie. By³a m³oda i jêdrna, dojrza³a i soczysta, jak najs³odsze winogrono zerwane w s³oneczny dzieñ. Czego wiêcej wymagaæ od kobiety? Zrzuci³em z siebie szare prze¶cierad³o i skierowa³em kroki w stronê ³azienki. Ich echo zadudni³o mi w uszach. Wyci±gn±³em ró¿d¿kê i roz¶wietli³em jej koniec odpowiednim zaklêciem. Spojrza³em w lustro. Serce mi stanê³o. Na twarz wst±pi³ pot. On sta³ tu¿ przede mn±, niczym upiorne widmo. Wzd³u¿ wklês³ego policzka ci±gnê³a siê g³êboka blizna, gin±ca w krzaczastym zaro¶cie; ciemne, nieprzeniknione oczy wype³nia³ gniewny ¿ar. - Cyka! - zakl±³em g³o¶no w jêzyku ojczystym, cofaj±c siê w stronê drzwi, dysz±c i charcz±c jak dzikie zwierzê. Minê³o jeszcze kilka sekund, zanim zda³em sobie sprawê, ¿e to moje w³asne odbicie wprawi³o mnie w lêk. Wyprostowa³em sylwetkê, spojrza³em gro¼nie i obna¿y³em zêby, ukazuj±c wszelkie ich ubytki i przebarwienia. Zadr¿a³em, a moje rysy z³agodnia³y. Dotkn±³em lewego przedramienia, pulsowa³o delikatnie. Z ka¿d± chwil± wyblak³y Mroczny Znak stawa³ siê coraz bardziej wyra¼ny, pieczenie coraz bardziej dojmuj±ce. Porwa³em czarny p³aszcz, rzucony niedbale na jedno z krzese³ i deportowa³em siê. Zostawi³em Lulê sam±, nie by³a z³odziejk±. Gdyby nawet pokusi³y j± te dwie rolki papieru toaletowego i wyszczerbiony kubek, stanowi±ce mój maj±tek, wizja spotkania Czarnego Pana napawa³a mnie dostateczn± adrenalin±, by siê tym nie przejmowaæ. - B±d¼cie gotowi, moi mili. - D¼wiêk jego chrapliwego g³osu przechodzi³ przez ca³e moje cia³o, pieszcz±c je i koj±c. Pozbawione warg usta wykrzywi³y siê w ³agodnym u¶miechu. - Ju¿ wkrótce zdobêdziemy przepowiedniê, klucz do pokonania Harryr17;ego Pottera, a wówczas nie bêdziemy musieli siê d³u¿ej ukrywaæ. - Za pozwoleniem, mi³o¶ciwy panie... - mê¿czyzna o d³ugich, jasnych w³osach i nieskazitelnych rysach niepewnie zabra³ g³os - Dumbledore wci±¿ czuwa nad Hogwartem, nie powinni¶my go lekcewa¿yæ. - Ju¿ nied³ugo, Lucjuszu, ju¿ nied³ugo... Malfoy. Na sam d¼wiêk jego g³osu ogarn±³ mnie wstrêt. Tchórz, zdrajca, nieudacznik. Przez ostatnie lata jego najwiêkszym zmartwieniem by³ natrêtny gnom ogrodowy. Wypar³ siê Czarnego Pana, wypar³ siê swojej to¿samo¶ci. Nie prze¿y³by w Azkabanie, gdzie na wierzch wychodzi³y najmroczniejsze my¶li, gdzie pozbawia³o siê cz³owieczeñstwa. Nie prze¿y³by jednego dnia tortur, a jego sztywne cia³o spoczê³oby na dnie mogi³y, ku uciesze wyznaj±cych ¶mieræ dementorów. Istot, które nie dbaj± o twoje bogactwo, o twój status, twoje intencje. Wiele razy sam b³aga³em je o ¶mieræ, kiedy przybywa³y, by napoiæ siê resztk± mojej ¿ywotno¶ci. Wyczu³ na sobie mój wzrok. Nie, wszyscy patrzyli siê na mnie, ³±cznie z Czarnym Panem. Spojrza³em w dó³, na swoje paznokcie. Niemal odchodzi³y od skóry, s±czy³a siê spod nich gêsta krew. Tu¿ przede mn±, w blacie mahoniowego sto³u wyryte by³y wyra¼ne ubytki, jakby w¶ciek³y wilko³ak zagrzeba³ w nim swoje pazury. Siedz±ca naprzeciw mnie Bellatrix za¶mia³a siê skrzekliwie, kilka osób jej zawtórowa³o. - Antonin, doskonale rozumiem i podziwiam twoj± chêæ mordu, przelejmy j± jednak na prawdziwego wroga - na tych, którzy nies³usznie zabrali wam wolno¶æ, nie za¶ na meble Corbana. - Czarny Pan przemówi³ z rozbawieniem, a jego trupia g³owa zdawa³a siê ¶wieciæ jak latarnia na ciemnym niebie, jak p³omieñ w domowym ognisku. Zadziwia³a mnie jego m±dro¶æ, jego potêga. Czu³em dumê i wdziêczno¶æ, bêd±c jego najwierniejszym poplecznikiem. Nigdy nie czu³em tego tak jasno jak w tamtym momencie. Po ucieczce z Azkabanu jeszcze wyra¼niej u¶wiadomi³em sobie, komu naprawdê mog³em ufaæ, kto ofiarowa³ mi du¿o wiêcej ni¿ upragnion± ¶mieræ; wyswobodzi³ mnie z ramion wszechogarniaj±cej pustki. Miesi±c pó¼niej, gdy ¶niegi ca³kiem stopnia³y, zabra³em z jakiego¶ mugolskiego sklepu butelkê czerwonego wina. Paskudne, ale zawsze to alkohol, a w ¶wiecie czarodziejów wci±¿ musia³em trzymaæ siê w ukryciu. Zanim dotar³em do swojej kryjówki, zosta³a ledwie po³owa. W pokoju by³o ciemno. Roz¶wietli³em koniec ró¿d¿ki. Na krañcu ³ó¿ka siedzia³a zap³akana Lula. - Antonin... - jej g³os dr¿a³, b³êkitne oczy rozszerza³ strach. - On tu by³. Dementor. Chcia³ siê po¿ywiæ. - Gdzie? TUTAJ?! - upu¶ci³em otwart± butelkê z winem, zacz±³em panicznie rozgl±daæ siê po pokoju. Automatycznie poczu³em ch³ód. - By³ blisko, ten pies tak szczeka³... - spu¶ci³a wzrok i nagle zrobi³a siê jeszcze mniejsza ni¿ przed chwil±. Wtedy zauwa¿y³em. Moja suka. Moja Kira. Nigdzie jej nie by³o. - Nie mog³am go uciszyæ, zabra³e¶ moj± ró¿d¿kê. - Da³a¶ Kirê... dementorowi? Opu¶ci³ mnie ch³ód, znikn±³ ca³y strach. Zrobi³em siê gor±cy z w¶ciek³o¶ci. Zanim siê zorientowa³em, ju¿ by³em przy niej. Chwyci³em Lulê za w³osy i jednym ruchem zmusi³em, by uklêk³a. Uderzy³em jej g³ow± o ¶cianê. Wyda³a z siebie wrzask. Rozlu¼ni³em uchwyt i dziewczyna opad³a na dr¿±ce d³onie. - Nie wyrzucaj mnie, Antonin, nie wyrzucaj... - powtarza³a b³agalnie. Potrz±sn±³em g³ow± i przy pomocy kciuka otar³em ³zê sp³ywaj±c± po jej brodzie. - Wytrzyj pod³ogê, devushka. Zatrzasn±³em za sob± wej¶ciowe drzwi i owia³ mnie ch³ód marcowej nocy. Ruszy³em przed siebie. W g³owie s³ysza³em ich chrapliwy ¶wist, nozdrza wype³ni³ mi zapach zgnilizny. One nie patrz±, kim jeste¶. Ma³y, du¿y, winny, niewinny. Zostawi± w tobie tylko to, co najgorsze, odkryj± twoj± najciemniejsz± stronê. Na pocz±tku dementorzy odwiedzali moj± celê codziennie. Z czasem czêstotliwo¶æ ich wizyt zmniejsza³a siê, nie zosta³o w niej wiele ¿ycia. Siedzia³em przy ¶cianie, wpatruj±c siê w róg pomieszczenia. Przez otwór nie wiêkszy od piê¶ci wp³ywa³ do ¶rodka przydymiony promieñ ¶wiat³a. Kiedy dostatecznie blisko znajdowa³ siê dementor, ca³kiem znika³. Tak by³o i tym razem. Zimno przeszy³o mnie do ko¶ci, w celi unios³a siê mg³a. Ka¿da komórka w moim ciele, ka¿dy nerw w mózgu, otaczaj±ca mnie rzeczywisto¶æ, wszystko zdawa³o siê spowolniæ. Chcia³em uciec. Jak we ¶nie widzia³em szare, o¶lizg³e d³onie zaci¶niête na kratach. Z rogu pomieszczenia wydobywa³o siê ciche skomlenie. Ko¶cista d³oñ przeniknê³a przez kraty. Wyci±ga³a siê w stronê czarnego kundla. Próbowa³em siê poruszyæ. Moj± szyjê oplót³ bia³y w±¿. Z ka¿dym moim ruchem u¶cisk stawa³ siê mocniejszy. Straci³em przytomno¶æ. Gdy siê ockn±³em, psa nie by³o. Na kamiennej pod³odze znajdowa³y siê jedynie k³êby sier¶ci i plamy krwi. Chcia³bym, aby by³ to sen. By³o to jednak ¿ywe wspomnienie. W Azkabanie, maj±c za towarzystwo jedynie najbardziej przera¿aj±ce z istniej±cych stworzeñ, cz³owiek widzi ró¿ne rzeczy. Niektóre dziej± siê naprawdê, inne nie. Trudno odró¿niæ. Nie mo¿na siê od nich uwolniæ. Edytowane przez monciakund dnia 25.07.2020 16:18
![]() - - - The human life is made up of choices. Yes or no. In or out. Up or down. And then there are the choices that matter. Love or hate. To be a hero or to be a coward. To fight or to give in. Live or die. - - - ![]() - - - Don't let what he wants eclipse what you need. He's very dreamy but he's not the sun, you are. - - - ![]() --- Nad przepa¶ci±, tego¿ roku ¯yraf masa siê w amoku Rodzi. Pamiêæ ludzka jest Zawodna, mimo tego fiest Tysi±ce, z tej okazji, Ku jej chwale od Abchazji A¿ po Nordkapp wspominacie. "Czyjej chwale?", siê spytacie. Jak to czyjej? Monci* naszej. Gryfa córce, redakcyjnej Na tym ¶wiecie ambitniejszej Od niej nie ma. Tu rysunek, Tam malunek i do tego Social media. Wizerunek Hp-neta tam kreuje, ego Strony reperuje. Szczerze, Bardzo, bardzo szczerze mówi±c Cz³ek orkiestra, ¿ywa gwiazda. ¯yj nam wiecznie, twórz i kreuj. Koniec, basta - taki mus i ¯yraf pasta. --- ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() |
|
|
|
monciakund |
Dodany dnia 27.07.2020 19:56
|
![]() Pochwa³y: 31 Postów: 2334 Dom: GryffindorPunkty: 43236 Ranga: halo, regulamin! Data rejestracji: 11.03.13 |
PRACE PÓ£FINA£OWE ![]() - - - The human life is made up of choices. Yes or no. In or out. Up or down. And then there are the choices that matter. Love or hate. To be a hero or to be a coward. To fight or to give in. Live or die. - - - ![]() - - - Don't let what he wants eclipse what you need. He's very dreamy but he's not the sun, you are. - - - ![]() --- Nad przepa¶ci±, tego¿ roku ¯yraf masa siê w amoku Rodzi. Pamiêæ ludzka jest Zawodna, mimo tego fiest Tysi±ce, z tej okazji, Ku jej chwale od Abchazji A¿ po Nordkapp wspominacie. "Czyjej chwale?", siê spytacie. Jak to czyjej? Monci* naszej. Gryfa córce, redakcyjnej Na tym ¶wiecie ambitniejszej Od niej nie ma. Tu rysunek, Tam malunek i do tego Social media. Wizerunek Hp-neta tam kreuje, ego Strony reperuje. Szczerze, Bardzo, bardzo szczerze mówi±c Cz³ek orkiestra, ¿ywa gwiazda. ¯yj nam wiecznie, twórz i kreuj. Koniec, basta - taki mus i ¯yraf pasta. --- ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() |
|
|
|
monciakund |
Dodany dnia 27.07.2020 20:50
|
![]() Pochwa³y: 31 Postów: 2334 Dom: GryffindorPunkty: 43236 Ranga: halo, regulamin! Data rejestracji: 11.03.13 |
1. KRYMINA£ - bohater: Zgredek - miejsce: kuchnia. - czas akcji: czasy pokolenia huncwotów - zakazane s³owo: Harry - nakazane s³owo: brzoskwinia, grzyb i sztaluga. - w pracy musz± pojawiæ siê trzy zdania, w których wszystkie s³owa bêd± zaczyna³y siê na tak± sam± literê. (Np. Spocony Stefan szepn±³ szyderczo - spalê star± stodo³ê) PRACA A - Sam Quest Zabójczy kredens Wrzesieñ by³ wyj±tkowo upalny, ¿ar la³ siê z nieba jak w najbardziej upalne dni sierpnia. Nawet w lochach, pomimo ch³odu, powietrze by³o ciê¿kie. Otworzenie okien nie wchodzi³o w grê z racji na ich brak, a nawet gdyby by³y, zapewne nie przenios³yby ulgi. Zgredek czu³ jak pot leje mu siê z czo³a, szczególnie, ¿e ca³y dzieñ spêdzi³ na rozpakowywaniu rzeczy panicza Lucjusza. Jak co roku, zosta³ wys³any do Hogwartu, by "pomóc paniczowi Lucjuszowi w aklimatyzacji". Oczywi¶cie jak przysta³o na porz±dnego skrzata domowego spe³ni³ swoje obowi±zki z najwiêksz± dba³o¶ci±, a gdy zosta³ odes³any postanowi³ przy okazji odwiedziæ swojego - pracuj±cego w szkole - kuzyna Grymsika. Stan±³ przed wej¶ciem do kuchni i aportowa³ siê do ¶rodka, sposoby wej¶cia czarodziejów do tego przybytku zdecydowanie by³y niedostêpne dla niskiego skrzata. W kuchni panowa³ przyjemny ch³ód, który by³ mi³± odskoczni± od dusznej atmosfery poza ni±. Poza tym przyjemnym ch³odem, powietrze wydawa³o siê byæ ciê¿kie, panowa³ ogólny rozgardiasz. Nie by³ to jednak typowy dla tego miejsca chaos kontrolowany. Skrzaty przekrzykiwa³y siê miêdzy sob± zbieraj±c siê w pó³okrêgu, by³o to o tyle dziwne, ¿e godzina by³a ju¿ dosyæ pó¼na, a o tej porze w kuchni znajdowa³y siê przewa¿nie trzy dy¿uruj±ce skrzaty. Zgredek zacz±³ przedzieraæ siê do przodu, ciekawy co zobaczy, gdy dotar³ do pierwszego rzêdu zatrzyma³ siê z przera¿eniem. Przy kredensie, wokó³ którego utworzono pó³okr±g, le¿a³ skrzat, nad nim sta³ bezruchu zakrwawiony Grymsik, u jego stóp le¿a³ nó¿, a obok niego nieznana Zgredkowi skrzatka pop³akiwa³a mamrocz±c co¶ do siebie. Z prawej strony wybieg³y z t³umu cztery skrzaty z noszami, za nimi na ¶rodek wysz³y kolejne cztery. Zdecydowanie jeden z nich przodowa³ i by³ dowódc± bo wydawa³ rozkazy reszcie, gdy tylko wszed³ na ¶rodek wszystkie skrzaty ucich³y. - Kto¶ by³ ¶wiadkiem zaj¶cia? - zapyta³ dowodz±cy. - Grymsik, Gorza³ka i Mamy³ka mieli dzisiaj s³u¿bê, my przybiegli¶my jak Mamy³ka zaczê³a krzyczeæ. - Z t³umu wyst±pi³ starszy skrzat. - Jak tu przyszli¶my to wszyscy stali tak jak teraz. - By³e¶ pierwszy na miejscu zdarzenia? - zapyta³ tamten. - Torgol by³ jednym z pierwszych, ale jak Torgol tu szed³ to inni siê zbierali, nikogo poza t± trójk± tutaj nie by³o. - Dobrze, czy kto¶ jeszcze co¶ widzia³? ¯aden skrzat siê nie odezwa³, wszystkie zaczê³y siê powoli wycofywaæ. - A ty, co¶ za jeden? Nie jeste¶ st±d. - Dowódca zwróci³ uwagê na Zgredka. - Zgredek, jestem skrzatem rodu Malfoy. Zgredek przyby³ w odwiedziny do kuzyna Grymsika. - Prze³kn±³ ¶linê, ten dowódca mia³ w sobie co¶ w³adczego i lekko niepokoj±cego. Nie dziwi³ siê, ¿e pozosta³e skrzaty uciek³y, byle z nim nie rozmawiaæ. - Jak widzisz Grymsik z tob± nie porozmawia i d³ugo tu nie pomieszka, wiêc Zgredek mo¿e ju¿ sobie st±d i¶æ. Zgredek spojrza³ na kuzyna, zna³ go od urodzenia i wiedzia³, ¿e ten by nikogo nie zabi³. - Grymsik na pewno jest niewinny. - Fakty ¶wiadcz± przeciwko niemu. - Dowódca na znak, ¿e nie ma zamiaru d³u¿ej dyskutowaæ w tym temacie odwróci³ siê do Zgredka plecami. - Zgredek nie pójdzie st±d dopóki z nim nie porozmawia! - zagrozi³. Dowódca nie zareagowa³, Zgredek wycofa³ siê wiêc kawa³ek, ale na tyle blisko by s³yszeæ o czym rozmawiaj±. - Co siê tutaj wydarzy³o? - Dowódca skierowa³ to pytanie do Grymsika. Ten przeniós³ spojrzenie z plamy krwi na posadzce na niego. - Grymsik mia³ dy¿ur z Gorza³k± i Mamy³k±, Grymsik poszed³ do schowka po ¶cierkê bo wyla³a mu siê woda, gdy tu wróci³ Gorza³ka le¿a³ na ziemi z no¿em wbitym w klatkê. - Grymsik prze³kn±³ ¶linê, wzdrygaj±c siê. Grymsik odruchowo wyj±³ ten nó¿, ale krew p³ynê³a coraz mocnej, a on ju¿ nie ¿y³. Potem przysz³a Mamy³ka i zaczê³a krzyczeæ, a resztê ju¿ znacie. - A mo¿e by³o tak, ¿e pok³óci³e¶ siê z Gorza³k±, w szale siêgn±³e¶ po nó¿ i go ugodzi³e¶? Wszyscy wiedz±, ¿e mieli¶cie ze sob± zatarg. Jeste¶ winny jak ocet. - Dowódca najwyra¼niej nie przyj±³ wyja¶nieñ Grymsika i skin±³ na swoich towarzyszy, by go wyprowadzili. Podszed³ do skrzatki, która wygl±da³a na mocno wstrz±¶niêt±. - Mamy³ko, spróbuj opowiedzieæ, co tutaj siê sta³o. - Stary Sztaluga sêpi szluga. - Powiedzia³a mechanicznie skrzatka, Dowódca nie wygl±da³ na zaskoczonego, westchn±³ zrezygnowany. - Mamy³ko, pomy¶l co siê wydarzy³o? - Spróbowa³ jeszcze ³agodniejszym tonem. - Grzyb gorszy go³ymi go³êbiami. - Brzmia³a odpowied¼. Dowódca zmarszczy³ czo³o i potar³ sobie skroñ, zostawi³ Mamy³kê kiwaj±c swoim towarzysz±, ¿e maj± j± odprowadziæ. Zgredek nie wiedzia³ co ma o tym s±dziæ. Wierzy³ w niewinno¶æ kuzyna, ale chyba jako jedyny. Do tego ta skrzatka mówi³a ca³kowicie bez sensu, co na pewno mu nie pomog³o. Westchn±³ ciê¿ko. Chcia³ pomóc kuzynowi, ale nie mia³ pojêcia jak, podszed³ wiêc do tego kredensu i przyjrza³ mu siê, drzwiczki od wy¿szej szafki by³y lekko otwarte i to by³a jedyna odbiegaj±ca od normy rzecz w tym meblu. Wygl±da³ ca³kiem normalnie, na miejscu, w którym le¿a³ wcze¶niej Gorza³ka by³a plama krwi. - Zgredek, chyba czas by¶ sobie poszed³. - Us³ysza³ g³os, odwróci³ siê i spojrza³ na starego skrzata Torgola, który wcze¶niej rozmawia³ z Dowódc±. - Zgredek uwa¿a, ¿e Grymsik jest niewinny. - Nie ma na to dowodów, ale mo¿e Brzoskwinia co¶ widzia³a. Ona czêsto zakrada siê tutaj w nocy i podjada ciasto. - Torgol te¿ uwa¿a, ¿e Grymsik jest niewinny? - zapyta³ Zgredek. - Tak. Grymsik i Gorza³ka siê k³ócili, ale ¿aden skrzat nie zabi³by swojego pobratymca, to siê nigdy nie zdarzy³o i Torgol nie wierzy, ¿e Grymsik to zrobi³. - Stary Torgol usiad³ na ³awie stoj±cej pod ¶cian± i podrapa³ siê po nosie. - Zgredek s³ysza³ jak Mamy³ka rozmawia³a z Dowódc± i dziwnie mówi. - Usiad³ obok starszego skrzata. - Mamy³ka od urodzenia ma nie po kolei w g³owie, chyba nigdy nie powiedzia³a niczego sensownego. Zgredek zamy¶li³ siê, sytuacja by³a beznadziejna, ale mo¿e faktycznie Brzoskwinia co¶ widzia³a. Z jednej strony powinien ju¿ wracaæ do Dworu, z drugiej wiedzia³, ¿e musi dowiedzieæ siê prawdy i oczy¶ciæ kuzyna z zarzutów. W najgorszym razie przypiecze sobie uszy ¿elazkiem. - Zgredek, chce porozmawiaæ z Brzoskwini±, gdzie ona jest? - zapyta³ Torgola. - Torgol zaprowadzi Zgredka do niej. Ruszy³ za starszym skrzatem, weszli do pomieszczenia, w którym znajdowa³y siê setki pos³añ, jedne by³y wisz±cymi hamakami inne, sta³y wzd³u¿ ¶ciany. Oni zatrzymali siê przy pierwszym ³ó¿ku stoj±cym przy samym wej¶ciu. - Brzoskwinia, to Zgredek, chce z tob± porozmawiaæ. - Torgol wskaza³ mu m³od± skrzatkê i odszed³ w swoj± stronê. - Zgredek chcia³ zapytaæ, czy Brzoskwinia co¶ widzia³a. Zgredek uwa¿a, ¿e Grymsik jest niewinny. - Brzoskwinia posz³a po placek, ale go nie by³o. Niewidzialni ch³opcy zabrali, wtedy Mamy³ka zaczê³a krzyczeæ, a Brzoskwinia zauwa¿y³a, ze Grymsik stoi nad Gorza³k± i jest du¿o krwi. - Niewidzialni ch³opcy? - zapyta³ Zgredek marszcz±c czo³o. - Brzoskwinia tylko o nich s³ysza³a. Od kilku dni przychodz± w nocy i zabieraj± jedzenie. Zgredek móg³by siê za³o¿yæ o galeona, gdyby takiego posiada³, ¿e Brzoskwinia za du¿o czasu spêdzi³a z Mamy³k± i bredzi. - Zgredek dziêkuje za pomoc, Zgredek ju¿ sobie idzie. Wyszed³ z pokoju sypialnianego i wróci³ do kuchni. Podszed³ do kredensu i zacz±³ mu siê przygl±daæ, nadal nic dziwnego nie znalaz³. Usiad³ wiêc na ³awie, na której wcze¶niej siedzia³ z Torgolem i zacz±³ my¶leæ. Nie mia³ ¿adnego punktu zaczepienia, a sprawy w Hogwarckiej kuchni wygl±da³y co najmniej dziwnie. Kto¶ zabi³ skrzata, nie zostawiaj±c ¿adnych ¶ladów, a wina spad³a na Grymsika. Mo¿e to Mamy³ka? Mówi³a dziwnie, ¿eby odrzuciæ od siebie podejrzenia? Albo ta Brzoskwinia wpad³a w sza³ z powodu braku ciasta? I co to za niewidzialni ch³opcy podkradaj±cy jedzenie? Na to ostatnie pytanie odpowied¼ mia³a nadej¶æ szybciej ni¿ spodziewa³, bo jego rozmy¶lania przerwa³o otworzenie siê przej¶cia do kuchni. Nikt nie wszed³ do ¶rodka, ale Zgredek wyra¼nie s³ysza³ szepty. - Gdzie j± zostawi³e¶? - mówi³ jeden g³os. - Nie wiem, musia³a mi wylecieæ gdzie¶ przy tym stole - odpar³ drugi. - Cicho, nie mog± nas us³yszeæ. - Niewidzialni ch³opcy, jak siê domy¶li³ Zgredek byli gdzie¶ w okolicy sto³u, gdy jeden z nich wpad³ na ³awê i przewróci³ siê, staj±c siê widzialny. Drugi zrzuci³ z siebie jak±¶ p³achtê i w powietrzu lewitowa³a g³owa z okularami rozczochranymi w³osami. - Syriusz, mieli¶my byæ jak ninja, o których mówi³ Remus. - Ups - odpar³ Syriusz pocieraj±c nogê w miejscu, w którym uderzy³ w ³awê. - Widzisz moj± ró¿d¿kê? - zapyta³ pierwszy. - Tak, le¿y tutaj, wpad³a pod stó³, czekaj, ju¿ j± wyci±gam. Syriusz po³o¿y³ siê na ziemi i po chwili wsta³ z ró¿d¿k± w rêku. - Zgredek przeprasza, ale Zgredek musi z paniczami porozmawiaæ sir. - Teleportowa³ siê na stó³, przy którym stali ch³opcy. - Yyy... nas tu nie ma, prawda James? - powiedzia³ ch³opiec, którego kolega nazywa³ Syriuszem. - Tak, nie ma - przytakn±³ jego towarzysz, który by³ tylko lewituj±c± g³ow±. - Zgredek, chcia³ tylko zapytaæ, czy paniczowie byli tu wcze¶niej i widzieli co siê sta³o z Gorza³k±? - Gorza³k±? Macie tu alkohol? - zapyta³ ch³opiec o imieniu James. - Zgredek mówi o skrzacie, który zosta³ zabity no¿em sir. - Aaaa - powiedzieli jednocze¶nie ch³opcy i wymienili ze sob± porozumiewawcze spojrzenia. - Grymsik, kuzyn Zgredka zosta³ oskar¿ony o zabójstwo i grozi mu wygnanie, a Zgredek uwa¿a, ¿e on jest niewinny sir. - Nas nie powinno tu byæ Zgredku, wiêc powiemy ci co wiemy, ale nie mo¿esz nikomu tego mówiæ, bo nas tu nie ma. - Ch³opiec o imieniu James zrzuci³ z siebie resztê p³aszcza i by³ ju¿ w pe³ni widzialny. - Poczekaj sir. Zgredek pójdzie po Dowódcê, on musi to us³yszeæ, by Grymsik by³ wolny. Zgredek pobieg³ do sali bêd±cej sypialni± skrzatów i po chwili wróci³ stamt±d ci±gn±c za sob± zdenerwowanego Dowódcê. - Zgredek przeprasza, ale Dowódca musi to us³yszeæ. - Jaki Dowódca? - zapyta³ przyci±gniêty skrzat. - Zgredek nie wie jak siê nazywa, wiêc mówi Dowódca. - Na twarzy Dowódcy pojawi³o siê jednocze¶nie zaskoczenie, zmieszanie i zdenerwowanie. - Co tutaj robi± ci uczniowie? - zapyta³. - To panicz James i panicz Syriusz, niewidzialni ch³opcy. Powiedzieli Zgredkowi, ¿e wiedz± co tu siê sta³o. - Gnidek s³ucha. - Dowódca zwróci³ siê do ch³opców. Zgredek pomy¶la³, ¿e imiê które wymy¶li³ bardziej pasuje do tego skrzata, ni¿ Gnidek, ale zostawi³ to dla siebie. - Przyszli¶my po ciasto, bo skoñczy³y nam siê zapasy. - James zacz±³ mówiæ. - Pyszny porzeczkowy placek poszed³ pierwszy. - Syriusz rozmarzy³ siê na my¶l o placku. - Tak, wiêc przyszli¶my po ten placek, ten skrzat Gorza³ka sta³ na kredensie i szarpa³ siê z szafk±, nie móg³ jej chyba otworzyæ. - W pewnym momencie wzi±³ nó¿ i zacz±³ go wk³adaæ w szparê, chyba mu siê uda³o, ale szarpn±³ za mocno i polecia³ do ty³u, szafka siê zatrzês³a. - Syriusz zrobi³ dramatyczn± pauzê. - On spad³ na pod³ogê, a na niego zlecia³ nó¿, który po³o¿y³ na tej szafce. - Przestraszyli¶my siê, bo uczymy siê tu od dwóch tygodni i nie powinno nas byæ poza dormitorium o tej porze. - Wiêc uciekli¶my, ale okaza³o siê, ¿e zgubi³em ró¿d¿kê - wyja¶ni³ James. - Dlatego wrócili¶my. - Zakoñczy³ Syriusz. - Gnidek dziêkuje, ¿e to powiedzieli¶cie, a teraz mo¿ecie ju¿ i¶æ. - Czy teraz Grymsik bêdzie wolny? - zapyta³ Zgredek. - Tak, ale Zgredek niech ju¿ lepiej wraca do siebie. Tak te¿ uczyni³, nie spotka³ siê tym razem z kuzynem, ale chocia¿ uda³o mu siê dowie¶æ niewinno¶ci Grymiska, pomimo, ¿e za du¿o w tym jego zas³ugi nie by³o, czu³ zadowolenie. Teraz mo¿e spokojnie wróciæ do domu i przypaliæ sobie uszy ¿elazkiem. PRACA B - Syriusz32 Cena pos³uszeñstwa Zgredkowi serce zabi³o jak szalone, gdy przemykaj±c w cieniu s³abo o¶wietlonego korytarza, us³ysza³ przed sob± szczêkniêcie zamka i ciê¿kie kroki, których echo roznosi³o siê dooko³a. Szybkim susem przedosta³ siê za najbli¿szy kamienny pos±g i kucn±³ tak, aby spomiêdzy jego nóg widzieæ kto siê zbli¿a. Ku jego niezadowoleniu, nie by³ to ¿aden zb³±kany podczas wieczornej eskapady uczeñ, a doros³y mê¿czyzna przy ko¶ci, na którego g³owie zaczyna³o ju¿ powoli brakowaæ siwiej±cych w³osów. Zmierza³ od strony sali eliksirów, wiêc skrzat z du¿ym prawdopodobieñstwem móg³ za³o¿yæ, ¿e jest to profesor Slughorn. Ten sam cz³owiek, na którego wyj¶cie mia³ czekaæ. By³o jednak stanowczo za wcze¶nie i co gorsze - nauczyciel mia³ przy sobie stos pergaminów, a z kieszeni jego marynarki ze z³otymi guzikami wystawa³o zdobione pióro. To nie wró¿y³o dobrze. Mê¿czyzna stan±³ przed obrazem prezentuj±cym misê, w której znajdowa³y siê miêdzy innymi banany, brzoskwinia i gruszka, do której zbli¿y³ woln± d³oñ. Nastêpnie wykona³ dziwny gest, którego skrzat nie potrafi³ rozpoznaæ i chwilê pó¼niej owoc zacz±³ siê wykrêcaæ, a¿ utworzy³ zielon± klamkê. Gdy tylko profesor za ni± z³apa³, Zgredek podj±³ b³yskawiczn± decyzjê. Nie móg³ tutaj zostaæ. Je¶li te papiery by³y tym po co przyszed³, nie bêdzie mia³ drugiej okazji na zdobycie ich niezauwa¿enie. Wej¶cie do kuchni w innym momencie zwróci³oby uwagê, a na to nie móg³ sobie pozwoliæ. Powrót z pustymi rêkami tak¿e nie wchodzi³ w grê - wtedy nie wykona³by rozkazu swojego pana. Jeszcze nigdy go nie zawiód³, dla skrzata to najgorsza hañba, której nie chcia³ do¶wiadczyæ. Wybór by³ wiêc oczywisty. Zbli¿y³ siê do czarodzieja najciszej jak móg³, jednak na tyle szybko, aby zd±¿yæ przed zamykaj±cym siê przej¶ciem. Gdy drzwi zatrzasnê³y siê za nimi, dotar³ do niego ogrom tej sali. Rozejrza³ siê dooko³a i stwierdzi³, ¿e musi byæ to kuchnia. Wskazywa³y na to miêdzy innymi kot³y oraz szafki z najrozmaitszymi sk³adnikami i przyprawami, nad którymi wisia³y sznurki z susz±cymi siê grzybami. Znajdowa³y siê one na samym koñcu, gdy¿ wiêkszo¶æ pomieszczenia zajmowa³y potê¿ne, drewniane ³awy, niemal na ca³± jego d³ugo¶æ. Równie zadziwiaj±cy by³ dla niego fakt, ¿e prawie wszystkie ¿ywe istoty znajduj±ce siê tutaj to skrzaty. Nauczyciel ruszy³ dziarsko w stronê jednego z pod³u¿nych, drewnianych sto³ów, wiêc Zgredek nie móg³ dalej bezczynnie staæ i siê przygl±daæ. Skierowa³ kroki w stronê centralnej czê¶ci sali, gdzie znajdowa³y siê inne, podobne mu stworzenia. Ich obecno¶æ oraz rozmiar kuchni nieco go przyt³acza³y, ale postanowi³ wykorzystaæ je na swoj± korzy¶æ. Uzna³, ¿e najskuteczniejsz± metod± bêdzie wtopienie siê w t³um, udaj±c jednego z kuchcików. Zacz±³ wcielaæ plan w ¿ycie, poprzez na¶ladowanie zachowañ innych skrzatów, ca³y czas obserwuj±c cz³owieka, który tak bardzo przeszkadza³ mu w wykonaniu zadania. Podczas gdy wiêkszo¶æ pracowników podchodzi³a z pó³miskami pe³nymi jedzenia do sto³ów i stawia³a je skrzêtnie, aby na wszystko znalaz³o siê miejsce (szykuj±c kolacjê, na któr± zgodnie z wcze¶niejszym planem mia³ siê udaæ Slughorn), Zgredek zaj±³ siê pozornym poprawianiem po nich ustawionej zastawy. Prawdziwym celem by³o jednak pods³uchanie rozmowy, któr± prowadzi³ nauczyciel z innym skrzatem. Gdy tylko us³ysza³ "miód pitny", z³apa³ w miarê czysty kielich i pogna³ w stronê szafek. Otworzy³ jedn± z nich, chwyci³ pierwsz± butelkê wspomnianego napoju jaka wpad³a mu w rêce i zdar³ z niej etykietê. Nie by³ pewien, czy wzi±³ dok³adnie to, co ¿yczy³ sobie mê¿czyzna, a chcia³ w pe³ni wykorzystaæ okazjê do zobaczenia, co znajduje siê na kawa³kach pergaminu, które tu przyniós³. Przelewa³ pomarañczowy p³yn, po¿±dany przez profesora, przegl±daj±c popisane papiery. Zape³nia³ kielich na tyle wolno, aby dok³adnie ogarn±æ wszystko wzrokiem. Musia³ przy tym staæ na ³awce, aby w ogóle siêgaæ rêkami nad blat. W koñcu na jednym z dwóch stosów pergaminu dostrzeg³ podpis Lucjusz Malfoy - cel swojej misji. Teraz wystarczy³o tylko zlokalizowaæ drug± kartê z identycznym podpisem i... - Uwa¿aj co robisz! - powiedzia³ profesor, gniewnie spogl±daj±c na skrzata znad swojego w±sa. Zgredek przeniós³ wzrok na kielich, z którego powoli zacz±³ wylewaæ siê miód pitny. Szybko od³o¿y³ butelkê, z³apa³ za skrawek szmaty s³u¿±cej mu za ubiór i zacz±³ energicznie wycieraæ nim plamê na stole. - Przepraszam, sir, ja... - Horacy! - przerwa³ mu krzykiem inny czarodziej, który w³a¶nie stan±³ w przej¶ciu. Móg³ byæ w podobnym wieku co Slughorn, a przynajmniej to wywnioskowa³ skrzat z ogólnego wygl±du obu mê¿czyzn. Drugi z nich by³ jednak chudszy, wy¿szy i mimo niemal¿e bia³ych w³osów, odm³adza³ go delikatny u¶miech, który zdawa³ siê nie znikaæ z jego twarzy. - Albusie! Ale mnie przestraszy³e¶ - odpar³ nauczyciel eliksirów, wstaj±c i podaj±c mu rêkê, gdy tamten zbli¿y³ siê ju¿ na odpowiedni± odleg³o¶æ. - W³a¶nie rozmawia³em z twoim skrzatem. - To interesuj±ce, bo to nie jest mój skrzat - wyja¶ni³ w odpowiedzi, a Zgredek poczu³, jak serce skacze mu do gard³a. Wydawa³o mu siê, ¿e w tej sekundzie ca³y plan run±³ jak domek z kart, a jego zaraz spotka surowa kara za oszustwo wobec czarodziejów. Zastanawia³ siê tylko czy przysma¿± go za pomoc± ró¿d¿ek, wrzuc± do którego¶ z kot³ów, czy mo¿e u¿yj± no¿y, o które nietrudno w kuchni. Jednak nic takiego siê nie wydarzy³o, bo chwilê pó¼niej dyrektor doda³: - Skrzaty s± pracownikami Hogwartu, a nie moj± w³asno¶ci±. Je¶li nie chc±, nie musz± tutaj pracowaæ i mog± odej¶æ w ka¿dej chwili. Po tych s³owach Zgredek znów nabra³ nadziei na to, ¿e mo¿e uda mu siê spe³niæ ¿yczenie jego pana. Z drugiej strony zdania wypowiedziane przez czarodzieja wydawa³y mu siê do¶æ absurdalne. Nie musz± pracowaæ? Mog± odej¶æ? Nie trzyma³o siê to kupy. Póki co, postanowi³ jednak zbytnio tego nie roztrz±saæ. W koñcu kto¶ siê zorientuje, ¿e nie powinno go tutaj byæ, a wola³by, ¿eby sta³o siê to ju¿ po opuszczeniu przez niego tego pomieszczenia. Z zamy¶lenia wyrwa³ go dopiero g³os nauczyciela eliksirów. - Nie powiniene¶ byæ na kolacji? - swoje s³owa skierowa³ do drugiego mê¿czyzny. - Móg³bym ciebie spytaæ o to samo, drogi przyjacielu. - Chcia³em uporaæ siê jeszcze dzisiaj z tymi wypracowaniami, a warto wychyliæ przy tym szklaneczkê czego¶ mocniejszego - odpowiedzia³, podnosz±c kielich ze sto³u i przyk³adaj±c go do ust. Zgredek uzna³by ten moment za idealny do kradzie¿y odpowiedniego pergaminu, jednak obecno¶æ drugiego czarodzieja skutecznie mu to uniemo¿liwia³a. Wyczekiwa³ wiêc kolejnej dobrej okazji, ca³y czas wycieraj±c stó³, który zaczyna³ ju¿ siê b³yszczeæ od ci±g³ego pocierania. Dyrektor zdawa³ siê to zauwa¿yæ. - Chyba jest ju¿ dostatecznie czysty - powiedzia³, u¶miechaj±c siê ciep³o. Teraz Zgredek wiedzia³, ¿e musi wymy¶liæ co¶ innego, aby utrzymaæ siê przy nich bez podejrzeñ. - Tak, sir. A czy... sir, czy sir czego¶ potrzebuje? - spyta³ skrzat, wlepiaj±c wzrok w pod³ogê, przez co nie zauwa¿y³ badawczego spojrzenia, którym obdarzy³ go mê¿czyzna. - Jakby siê zastanowiæ to tak. Poproszê to co zwykle - odpar³, mru¿±c oczy. On wie. Ta my¶l nie mog³a opu¶ciæ g³owy skrzata. Powraca³a niezno¶nie podczas tych kilku sekund ciszy, mimo tego, ¿e stara³ siê j± wyprzeæ. W koñcu nawet je¶li jeszcze nie wiedzia³, to zaraz siê dowie. Nie wie co nale¿y mu przynie¶æ, a ca³a ta maskarada wyjdzie na jaw. Z oczami pe³nymi ³ez podniós³ g³owê, aby mu odpowiedzieæ, jednak twarz dyrektora by³a pogodna jak wcze¶niej. - Chocia¿... Nie ma takiej potrzeby. W koñcu sam doskonale wiem, gdzie szukaæ swoich przysmaków - doda³ po chwili, a Zgredek nie wiedzia³ co siê dzieje. ¦wiat zawirowa³ mu dooko³a z nadmiaru sprzecznych sygna³ów i wyj±tkowo szybkiej zmiany nastrojów. Czarodziej zdawa³ siê doskonale czytaæ ka¿dy jego ruch, a mimo to nie przeszkadza³ mu w tym co zamierza³ zrobiæ. Co wiêcej, jak za chwilê przekona³ siê skrzat, nawet mu pomaga³. - Pójdziesz ze mn± Horacy? - spyta³ nauczyciela eliksirów, wstaj±c od sto³u i podnosz±c butelkê z miodem pitnym. - Pó¼niej mo¿emy dokoñczyæ ten trunek u mnie - zaproponowa³. - Nie zrozum mnie ¼le Albusie, ale mam naprawdê sporo prac do sprawdzenia - t³umaczy³ siê mê¿czyzna. - Czasami - zacz±³ dyrektor, po czym zrobi³ krótk± pauzê, aby dobrze u³o¿yæ sobie w g³owie ca³e to zdanie. Wznowi³ po chwili, tym razem jednak patrz±c w stronê skrzata. - Czasami musimy s³uchaæ prze³o¿onych, zamiast post±piæ zgodnie z w³asnym sumieniem. - Skoro tak stawiasz sprawê, to nie zostaje mi nic innego jak siê z tob± zgodziæ - powiedzia³ Slughorn, chocia¿ wcale nie wygl±da³ na niezadowolonego. Na jego raczej mo¿na by³o znale¼æ u¶miech ni¿ grymas. Wsta³, wycieraj±c wielkiego w±sa. Poprawi³ po tym jeszcze kamizelkê i razem ruszyli na drugi koniec pomieszczenia. Zgredek natychmiast chwyci³ kartkê, na której widzia³ nazwisko swojego pana i zacz±³ grzebaæ w drugim stosie. Zd±¿y³ sprawdziæ kilka prac z wierzchu, gdy us³ysza³ dono¶ny trzask zamykanej szafki. Wiedzia³, ¿e jest ju¿ za pó¼no. Schowa³ wypracowanie za poszewkê, w któr± by³ ubrany i bezsilnie obserwowa³, jak kilka sekund pó¼niej profesor wzi±³ ze sto³u pozosta³e kartki. Po chwili wyszed³ razem z dyrektorem, który chwilê wcze¶niej odwróci³ siê i skin±³ do skrzata z u¶miechem. Zgredek poczeka³ a¿ tamci odejd±, a potem sam pstrykn±³ palcami i znalaz³ siê w dormitorium ch³opców ze Slytherinu, gdzie przebywa³ pan Lucjusz. S³ysz±c skrzata schowa³ sztalugê. Wype³nia³ w³a¶nie niedu¿e p³ótno malunkiem wê¿a zjadaj±cego lwa, ale by³a to sprawa, która mog³a poczekaæ. - Zrobi³e¶ co mia³e¶ zrobiæ? - zapyta³ oschle. - Sir, Zgredkowi uda³o siê zabraæ tylko jedn± kartkê... Profesor Slughorn ca³y czas ich pilnowa³, sir - duka³ skrzat smutnym g³osem, k³aniaj±c siê przy tym nisko. Nie widzia³ przez to zaciskaj±cej siê w z³o¶ci piê¶ci bladego ¶lizgona. Zd±¿y³ zobaczyæ za to, jak podchodzi on do kominka i ¿elaznymi szczypcami wyjmuje z niego niewielki, ¿arz±cy siê kawa³ek drewna. - Wystaw rêce - rozkaza³, co skrzat natychmiast wykona³. - Zawiod³e¶ mnie - kontynuowa³ ju¿ swoim ca³kowicie spokojnym, lodowatym g³osem - wiêc nale¿y ci siê za to kara. *** Poparzone rêce Zgredka piek³y niemi³osiernie, gdy przemykaj±c w cieniu s³abo o¶wietlonego korytarza, us³ysza³ przed sob± ciê¿kie kroki cz³owieka, któremu musia³ zabraæ drugi fragment pergaminu. Edytowane przez monciakund dnia 03.08.2020 14:19
![]() - - - The human life is made up of choices. Yes or no. In or out. Up or down. And then there are the choices that matter. Love or hate. To be a hero or to be a coward. To fight or to give in. Live or die. - - - ![]() - - - Don't let what he wants eclipse what you need. He's very dreamy but he's not the sun, you are. - - - ![]() --- Nad przepa¶ci±, tego¿ roku ¯yraf masa siê w amoku Rodzi. Pamiêæ ludzka jest Zawodna, mimo tego fiest Tysi±ce, z tej okazji, Ku jej chwale od Abchazji A¿ po Nordkapp wspominacie. "Czyjej chwale?", siê spytacie. Jak to czyjej? Monci* naszej. Gryfa córce, redakcyjnej Na tym ¶wiecie ambitniejszej Od niej nie ma. Tu rysunek, Tam malunek i do tego Social media. Wizerunek Hp-neta tam kreuje, ego Strony reperuje. Szczerze, Bardzo, bardzo szczerze mówi±c Cz³ek orkiestra, ¿ywa gwiazda. ¯yj nam wiecznie, twórz i kreuj. Koniec, basta - taki mus i ¯yraf pasta. --- ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() |
|
|
|
monciakund |
Dodany dnia 27.07.2020 20:51
|
![]() Pochwa³y: 31 Postów: 2334 Dom: GryffindorPunkty: 43236 Ranga: halo, regulamin! Data rejestracji: 11.03.13 |
2. DRAMAT - Historia musi dziaæ siê w czasach wielko¶ci Grindenwalda, g³ównym bohaterem nie mo¿e byæ osoba wystêpuj±ca w ksi±¿kach ani filmach. - g³ównym w±tkiem ma byæ dyskryminacja mugoli oraz chêæ zaprowadzenia przez Grindenwalda nowego porz±dku. - to czy g³ówny bohater bêdzie po stronie Grindenwalda czy przeciw zale¿y od autora. - Wydarzenia musz± toczyæ siê w Europie, jednak nie mo¿e byæ to Francja ani Wielka Brytania PRACA C - Nedelle Zawsze zastanawia³em siê, czym ¿ywi siê ludzka nienawi¶æ. Czy ró¿ni siê od tej zwierzêcej? Zapewne. Odk±d by³em ma³ym dzieciakiem wpajano mi, ¿e wyleczyæ j± mo¿e tylko mi³o¶æ. Nigdy jednak do koñca nie potrafi³em sobie wyt³umaczyæ, w jaki sposób tak specyficzny lek mia³by pomóc na tak powszechn± chorobê panuj±c± na ca³ym ¶wiecie. Gdy wszyscy w nocy spali, my¶li urz±dza³y gonitwy w mojej niespokojnej g³owie. Wiem, ¿e by³em niechcianym dzieckiem. Kolejna morda do wykarmienia, wychowania i nieprzynosz±ca dumy jako jedyna z trójki braci. Gdyby nie babcia, ju¿ dawno obserwowa³bym ¶wiat z góry. Rodzice ow³adniêci wizj± lepszego ¶wiata i "dla wiêkszego dobra" najchêtniej pozbyliby siê w³asnego dziecka - char³aka. Ka¿dego dnia s³ucha³em tego, jak mugole zabijaj± siê na polu bitew i poza ich granicami. Norwegia, w której siê urodzi³em i wychowywa³em, pozosta³a neutralna. Nie chcia³em sobie wyobra¿aæ, co by by³o, gdyby opowiedzia³a siê po której¶ ze stron. Nasze biedne spo³eczeñstwo nie by³o gotowe na wojnê. Chocia¿ moi rodzice uwa¿ali inaczej, mugole i czarodzieje nie ró¿nili siê od siebie, nie w tej kwestii. G³odowali¶my tak samo. Wraz z owsiank± i rybami ludzie przegryzali równie¿ przekleñstwa, które g³o¶no wypowiedziane nios³y tymczasow± ulgê. B³±ka³em siê pomiêdzy domostwami, tak jak my¶li po moim zmêczonym umy¶le. Bracia szykowali siê na wyjazd do Durmstrangu. Nie by³em im potrzebny, wiêc wyszed³em na spacer. Znów czu³em ch³ód; nie pasowa³em do tego ¶wiata. Zawieszony gdzie¶ pomiêdzy nêdznymi mugolami a wspania³ymi czarodziejami nie potrafi³em powiedzieæ, kim jestem. Za kilka dni mia³em staæ siê doros³ym. Nigdy na tê chwilê nie czeka³em; to brzemiê i tak nosi³em od dawna. Z jednego z domów us³ysza³em p³acz dziecka. Zaciekawiony poszed³em w tamt± stronê. W po³owie drogi zatrzyma³em siê. Z tamtego domu wybieg³ mê¿czyzna w sile wieku trzymaj±c na rêkach nieprzytomn± kobietê. Rozpozna³em ich - czêsto odwiedzali mojego ojca w sprawach, o których nie mia³em prawa wiedzieæ. Goni³ ich m³odzian o blond w³osach. Jego chuda sylwetka by³a ledwo widzialna. Czarny p³aszcz utrudnia³ mu poruszanie siê. Zdenerwowany wyci±gn±³ ró¿d¿kê i miota³ zaklêciami w uciekaj±cego mê¿czyznê. Poza nami nikogo nie by³o. Nie mog³em pomóc! By³em tak samo bezradny jak ofiara! Czu³em siê okropnie. Kto¶ potrzebowa³ ratunku, a ja, mê¿czyzna, nie potrafi³em nic zrobiæ! Zacisn±³em mocno piê¶æ. M³odzian rzuca³ czary coraz agresywniej i bardziej chaotycznie. Trafi³. Zielone ¶wiat³o uderzy³o w plecy mê¿czyzny. Ofiara zwali³a siê ociê¿ale, upadaj±c na ziemiê. Swoim ciê¿arem przygniot³a nieprzytomn± kobietê. M³odzian za¶mia³ siê rado¶nie. Czu³em, jak wzrasta we mnie gniew. Ocieka³em z³o¶ci±, topi³em siê w niej. Blondyn nie zwróci³ na mnie uwagi. Próbowa³em zrobiæ choæ krok w jego stronê, lecz nie potrafi³em. Zauwa¿y³ mnie w koñcu i od razu wycelowa³ ró¿d¿kê w moj± g³owê. - Kolejny mugol? - zapyta³. Zmarszczy³ brwi, jakbym wydziela³ odór. Zaprzeczy³em. Kaza³ to udowodniæ. Pytanie wydawa³o mi siê nielogiczne. Mugol nie wie o istnieniu czarodziejów i magii, a wiêc nie mo¿e wiedzieæ, ¿e jest mugolem. W oczach blondyna pojawi³o siê obrzydzenie. - Przez takich jak ty musimy siê chowaæ. Chc± nas uciszyæ! Grindelwald ma racjê. Dosyæ bycia pomiatanym! - Przecie¿ oni nie wiedz± o naszym istnieniu! - Odpar³em zdenerwowany. Wci±¿ trzyma³em d³oñ zaci¶niêt± w piê¶æ. Moje knykcie powoli bieli³y siê. Wszystko we mnie krzycza³o. Oczy zapiek³y, gdy usi³owa³em zapanowaæ nad ³zami. - Ten mê¿czyzna nic ci nie zrobi³! - G³upi jeste¶? Moje ¿ycie jest wa¿niejsze od ¿ycia mugola! Dla wiêkszego dobra! Ten tutaj by³ moim wrogiem w tworzeniu lepszego ¶wiata. Znikaj st±d, to mo¿e nie skoñczysz jak ten ¶mieæ - odpar³ ostro. Splun±³ na swoj± ofiarê. Dr¿a³em ze z³o¶ci. Nie zdawa³em sobie sprawy z tego, jakim tchórzem by³em. Nie panowa³em nad sob±! Obróci³em siê powoli. Gdy odchodzi³em, przera¿ony odwraca³em co krok g³owê. Upewnia³em siê, ¿e na pewno nie bêdzie chcia³ mnie trafiæ kl±tw±. Widzia³em grymas, który zago¶ci³ na twarzy m³odzieñca. Gdy by³em ju¿ do¶æ daleko, zarzuci³ cia³o mê¿czyzny na swoje barki. Us³ysza³em charakterystyczny trzask. M³odzieniec wraz z trupem zniknêli. Podbieg³em z powrotem, by zaj±æ siê nieprzytomn± kobiet±. Na ca³e szczê¶cie wygl±da³a na ca³±, nie mia³a widocznych z³amañ. Wróci³em pe³en z³ych emocji do domu. Oczywi¶cie tam czeka³a mnie kolejna porcja zdenerwowania, bezsilno¶ci i beznadziejno¶ci. Rodzice obojêtnie spojrzeli na mnie, gdy przekroczy³em próg. Nie przej±³em siê tym zbytnio, przywyk³em ju¿ do ch³odnego traktowania. Jedynie nasza stara kotka wysz³a zadowolona siê ze mn± przywitaæ. Sier¶æ mia³a ju¿ lekko wyp³owia³±, choæ wci±¿ rudaw±. Podesz³a do mnie leniwie i otar³a siê w ge¶cie powitania. Pog³aska³em j± i ruszy³em zmarnowany do swojego pokoju. Po drodze zerkn±³em w lustro wisz±ce na ¶cianie: wygl±da³em tragicznie. Moje krótkie, rozwiane w³osy stercza³y na wszystkie strony. Oczy podkr±¿one i ziej±ce pustk± zniechêca³y do rozmów ze mn±. Grymas idealnie odzwierciedla³ mój pod³y humor. Ubranie wymiêtoszone i za³o¿one na szybko nie dodawa³y mi elegancji. Machn±³em rêk±. Do diab³a z ca³ym tym zgni³ym ¶wiatem! Le¿±c na niepo¶cielonym ³ó¿ku patrzy³em siê w sufit. S³ucha³em mimowolnie k³ótni rodziców. Znów chodzi³o o naprawê ¶wiata i wiêksze dobro. Wygl±da³o na to, ¿e ojciec dowiedzia³ siê o ¶mierci jego wspó³pracownika, czy kim tam dla siebie byli. Zrezygnowany usi³owa³em zasn±æ. Nie interesowa³a mnie kolejna sprzeczka doros³ych ludzi. W pewnej chwili otworzy³em szeroko oczy: ojciec przyst±pi³ do armii Grindelwalda! Ta wiadomo¶æ przyspieszy³a bicie mojego serca, zimny pot obla³ moje wykoñczone cia³o. Ciarki przesz³y po mnie, gdy s³ucha³em ile osób ju¿ wyeliminowa³ wraz z innymi ¿o³nierzami Gellerta. Zatka³em uszy. Nie chcia³em s³uchaæ o tych potworno¶ciach. Trudno by³o mi zag³uszyæ g³os serca, który coraz bole¶niej u¶wiadamia³ mi, jak okrutny jest ¶wiat. Nie rozumia³em, sk±d w moich rodzicach tyle nienawi¶ci do innych osób. Potrafili ow³adniêci ni± zabijaæ! Nie pamiêtam, kiedy usn±³em; wiedzia³em tylko, ¿e sen mia³em bardzo niespokojny i zdecydowanie nie poprawi³ mi humoru. Zda³em sobie sprawê, ¿e wybudzi³o mnie uczucie smutku i przygnêbienia. Wsta³em odrêtwia³y i podszed³em do okna; przed wej¶ciem do domu ojciec rozmawia³ o¿ywiony z moim starszym bratem. Przewróci³em oczami. Bracia zawsze byli pos³uszni rodzicom. Grzeczne pupile, co dumnie reprezentowa³y czarodziejski stan. Im d³u¿ej siê jednak przys³uchiwa³em, tym mocniej zdawa³em sobie sprawê, ¿e brat sprzecza³ siê z ojcem. Wskaza³ mu niedaleko stoj±c± dziewczynê. Owiniêta grubym, we³nianym szalem patrzy³a na nich przestraszona i zdezorientowana. Skaka³a z nogi na nogê, by nie zmarzn±æ. Ojciec wyci±gn±³ ró¿d¿kê i jednym ruchem odsun±³ mojego brata popychaj±c go mocno. Dziewczyna otworzy³a szeroko oczy, wci±¿ najwyra¼niej nie wiedz±c, co siê wokó³ niej dzieje. Przygl±daj±c siê ca³y czas sytuacji, ubiera³em siê pospiesznie. Do dziewczyny podszed³ starszy mê¿czyzna. Wygl±da³ na jej ojca, mieli podobne rysy twarzy i taki sam kszta³t nosa. Obj±³ j± ramieniem i spojrza³ na mojego rodzica z obrzydzeniem. Brat próbowa³ uratowaæ sytuacjê, lecz po raz kolejny zosta³ popchniêty. Upad³ ciê¿ko na ziemiê. Ruszy³em, by mu pomóc. Gdy wybieg³em z domu, zasta³em dziwn± sytuacjê. Ojciec dziewczyny trzyma³ w rêku broñ mugolsk± i celowa³ ni± w mojego ojca. Brat przera¿ony zwisa³ do góry nogami. Wierzga³. Jego ró¿d¿ka le¿a³a daleko od niego na ziemi. Dziewczyna przera¿ona wtuli³a siê w ramiê starszego mê¿czyzny, a jej nogi dr¿a³y tak mocno, ¿e mia³em wra¿enie, ¿e zaraz upadnie. Mój ojciec za¶ celowa³ ró¿d¿k± w g³owê mê¿czyzny. Nie my¶la³em za d³ugo. Wystarczy³ jeden bezmy¶lny impuls. Wbieg³em pomiêdzy nich. W jednej chwili s³ysza³em krzyk dziewczyny, wo³anie brata i oblegi ojców, a tak¿e g³o¶ny huk broni mugolskiej i s³owa kl±twy. Czujê ciep³o w klatce piersiowej. Czy to moja krew? Czujê siê tak s³abo... Co¶ b³ysnê³o zielonym ¶wiat³em. Babuniu, ciemno tu. Bojê siê! PRACA D - Shanti Black Przyjecha³am tu, ¿eby pomóc. W³a¶ciwie przyjecha³y¶my - cztery Uzdrowicielki ze Szpitala Walpurgi w Berlinie. To by³o cztery miesi±ce temu, wiosn±. By³o jeszcze ch³odno, fetor gangreny nie dominowa³ w lazarecie, a mimo to jedna z moich kole¿anek wróci³a do miasta ju¿ po tygodniu. Dwie pozosta³e by³y ze mn± nieco ponad miesi±c, ale te¿ odesz³y. Jeszcze trzymaj±c ¶wistoklik prosi³y, bym przemy¶la³a moj± decyzjê i wróci³a z nimi. Jak¿e g³upia by³am, nie s³uchaj±c ich! My¶la³am, ¿e jestem lepsza od nich, bo mam si³ê pozostaæ tutaj w¶ród chorych, nios±c pomoc. By³am taka naiwna. Teraz nie mam kontaktu z ¿adn± z nich. Ostatni list wys³a³am ca³e tygodnie temu, a moja sowa nie wróci³a. Mo¿e nawet nie dotar³a do domu. Powietrze tu jest pe³ne huku i dymu, lataj±ce maszyny wyj± bezustannie zrzucaj±c na nas wybuchaj±ce kule. Nie spodziewam siê ju¿ odpowiedzi. ¯aden ptak tutaj nie dotrze. Nagle ca³y budynek zatrz±sn±³ siê, a na zewn±trz rozleg³y siê przera¿one krzyki. Bomba? Atak? Czy¿by Francuzi prze³amali front? Odstawiam tacê na najbli¿sze ³ó¿ko i wybiegam z lazaretu, chwytaj±c za ró¿d¿kê ukryt± w kieszeni fartucha. Czarodzieje! Od strony frontu nadchodz± czarodzieje, zaklêcia b³yskaj± w w wieczornym pó³mroku, a mugolskie maszyny skrzypi± i gn± siê pod naciskiem magii. ¯o³nierze krzycz±, nie rozumiej±c co siê dzieje. A ja? Ja pierwszy raz od tygodni czujê ulgê. Nie widzia³am magii ju¿ tak d³ugo. Najbli¿szy czarodziej patrzy mi w oczy. Podnoszê ró¿d¿kê w niemym pozdrowieniu, nie us³yszymy siê nad tym ha³asem. Podchodzi do mnie szybkim krokiem, rozgl±daj±c siê. Wszyscy mugole biegaj± w panice, a ja stojê, u¶miechaj±c siê. - Co tu robisz? - pyta. - Sama nie wiem! - odpowiadam ze ¶miechem. O, jak bardzo chcê ju¿ wróciæ do domu. Nigdy nie powinnam by³a zostawiæ Berlina. Nigdy nie powinnam by³a przyje¿d¿aæ tutaj, miêdzy tych dziwnych ludzi których nie rozumiem, a których wynalazki mnie przera¿aj±. - Chcesz kogo¶ poznaæ? - proponuje mi swoje ramiê. - Teraz? - Tak, teraz! Bruno! - Krzyczy do najbli¿szego mê¿czyzny, który metodycznie niszczy stoj±ce w rzêdzie samoloty. - Wracam do Gellerta! - Id¼! - pada odpowied¼. - Poradzimy sobie! Przyjmujê jego rêkê i ogarnia mnie chaos i ¶cisk aportacji. Pojawimy siê w ciemno¶ci roz¶wietlanej bladoniebieskimi jêzykami ¶wiat³a. Chwilê zajmuje mi zorientowanie siê, gdzie jeste¶my, ale rozpoznajê linie okopów i stanowiska karabinów. Jeste¶my na froncie, po¶rodku pola walki, pomiêdzy lini± niemieck± i francusk±. A przed nami kto¶ uprawia magiê tak potê¿n±, ¿e siêga ona obu stron, obracaj±c w perzynê zasieki i ¶mierciono¶ne maszyny, wywo³uj±c wrzaski paniki i gejzery ziemi. Czarodziej o¶wietlony nieziemskim blaskiem swojej magii wygl±da jak sam Merlin broni±cy Kamelotu - z bia³ymi rozwianymi w³osami, p³on±cym wzrokiem i strasznym u¶miechem na ustach. - To Gellert Grindelwald - mówi mój towarzysz. - To on prowadzi tê akcjê. Chcemy zakoñczyæ wojnê w Europie. To wspania³e. Do tej pory nie s±dzi³am, ¿e cokolwiek zdo³a j± powstrzymaæ. By³a zbyt wielka, by wszystkie samoloty ¶wiata mog³y zatrzymaæ ten nieustanny mord. Ale nie s±dzi³am, ¿e czarodzieje interweniuj±. Rz±d by³ przeciwny wtr±caniu siê w sprawy mugoli. Nieujawnianie siê dla naszego bezpieczeñstwa. Ale czarodzieje i tak ginêli w tej wojnie. Nie wszyscy byli wystarczaj±co szybcy, by ochroniæ siê w razie ataku bombowego. Nasze domy le¿a³y w gruzach. Czy¿by teraz to dostrzegli? - Ministerstwo przejrza³o na oczy - mówiê g³o¶no. Mê¿czyzna obok mnie patrzy na mnie ze zdziwieniem. - Nie wys³a³o nas ministerstwo - mówi. - Gellert sam zdecydowa³, ¿e ju¿ czas dzia³aæ. Ministerstwo to zgromadzenie g³upców i tchórzy. - £amiecie zakaz ujawniania siê? Nie obawiacie siê konsekwencji? Wzrusza ramionami z zaciêt± min±. - Jakich konsekwencji? Je¶li niczego nie zrobimy, mugole zniszcz± te¿ nasz ¶wiat. Nie mo¿emy na to czekaæ! W tym momencie zapad³a ciemno¶æ - Gellert skoñczy³ czarowaæ. Rozejrza³ siê wokó³ siebie, dostrzeg³ nas i z u¶miechem ruszy³ w nasz± stronê. Z bliska okaza³ siê m³odszy ni¿ podejrzewa³am, jego w³osy nie by³y siwe lecz jasnoblond. Mia³ bardzo przystojn± twarz i fascynuj±ce, ró¿nokolorowe têczówki. - Klaus, kogo mi przyprowadzi³e¶? - spyta³, mierz±c krytycznym spojrzeniem mój pielêgniarski mundurek. - Czarownicê! By³a w lazarecie, ucieszy³a siê na nasz widok. - Maria Kleve - przedstawi³am siê. - Pomaga³a¶ w lazarecie? Na froncie byli czarodzieje? - Na pocz±tku dzia³añ. Od kilku tygodni nie spotka³am nikogo. Nie dosta³am te¿ odpowiedzi z Berlina. Moja sowa... pewnie tam nie dolecia³a. - Ach tak - spojrzenie Gellerta sta³o siê ³agodne. - Nie martw siê. Wrócisz do Berlina z nami. K³adzie mi d³oñ na ramieniu, a jej ciep³o ogrzewa mnie do g³êbi. Jest jeszcze nadzieja dla czarodziejów w tych okropnych czasach. I ta nadzieja ma imiê - Gellert Grindelwald. Edytowane przez monciakund dnia 03.08.2020 14:20
![]() - - - The human life is made up of choices. Yes or no. In or out. Up or down. And then there are the choices that matter. Love or hate. To be a hero or to be a coward. To fight or to give in. Live or die. - - - ![]() - - - Don't let what he wants eclipse what you need. He's very dreamy but he's not the sun, you are. - - - ![]() --- Nad przepa¶ci±, tego¿ roku ¯yraf masa siê w amoku Rodzi. Pamiêæ ludzka jest Zawodna, mimo tego fiest Tysi±ce, z tej okazji, Ku jej chwale od Abchazji A¿ po Nordkapp wspominacie. "Czyjej chwale?", siê spytacie. Jak to czyjej? Monci* naszej. Gryfa córce, redakcyjnej Na tym ¶wiecie ambitniejszej Od niej nie ma. Tu rysunek, Tam malunek i do tego Social media. Wizerunek Hp-neta tam kreuje, ego Strony reperuje. Szczerze, Bardzo, bardzo szczerze mówi±c Cz³ek orkiestra, ¿ywa gwiazda. ¯yj nam wiecznie, twórz i kreuj. Koniec, basta - taki mus i ¯yraf pasta. --- ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() |
|
|
|
monciakund |
Dodany dnia 29.07.2020 12:46
|
![]() Pochwa³y: 31 Postów: 2334 Dom: GryffindorPunkty: 43236 Ranga: halo, regulamin! Data rejestracji: 11.03.13 |
3. DRAMAT - Czasy Harry'ego, Rona i Hermiony, po zakoñczeniu II bitwy o Hogwart. - Bohaterem musi byæ kto¶ ze z³otego trio, - musi siê pojawiæ jako postaæ drugoplanowa Draco Malfoy - akcja musi siê dziaæ podczas procesu pozosta³ych, ocala³ych ¦miercio¿erców PRACA E - Krnabrny Hermiona wymknê³a siê po cichu z niewielkiego ³ó¿ka polowego, nie chcia³a obudziæ Rona. Dzieñ jeszcze nie wsta³ na dobre, a namiot podró¿ny z którym ruszyli ca³y by³ pokryty we mgle. Dziewczynie uda³o siê wynale¼æ w ciemno¶ci ró¿d¿kê spoczywaj±c± na stoliku i po chwili zyska³a odrobinê ¶wiat³a. Lepsze to ni¿ nic. Z pomoc± magii w kilka chwil przygotowa³a kubek z kaw± i zaczê³a podgrzewaæ wodê w imbryku. Wiedzia³a, ¿e zd±¿y wypiæ ca³y napój, a jej ch³opak najwy¿ej przewróci siê na drugi bok. Cieszy³a siê, ¿e mia³a go przy sobie. Po tym jak wrócili do Nory pani Weasley z ca³ych si³ rozpieszcza³a zarówno ich jak i Harry'ego, i ³adowa³a w nich jeszcze wiêksze tony jedzenia ni¿ zwykle, zapewne przekonana, ¿e przez wszystkie miesi±ce szukania horkruksów jedli co najwy¿ej korniki i ropuchy. W tej trosce by³o co¶ wiêcej, wydawa³o siê jakby kobieta przez obdarzanie najbli¿szych ogromem uczuæ próbowa³a w jaki¶ sposób oswoiæ ból, który po ¶mierci Freda sta³ siê nieod³±cznym towarzyszem ca³ej rodziny. Hermiona, dla której to odej¶cie równie¿ by³o bardzo bolesne; w koñcu Weasley'owie od dawna byli jej bardzo bliscy, stara³a siê wykazywaæ zrozumieniem i empati±. Mimo to nie wytrzyma³a, po kilku tygodniach musia³a ruszyæ na poszukiwanie swoich rodziców. I tak ka¿dego dnia nasila³o siê w niej przeczucie, ¿e zbyt d³ugo z tym zwleka³a. Wszystko po to, ¿eby tak od razu nie zostawiaæ Weasley'ów w ciê¿kiej chwili. Po raz kolejny pani Weasley, która traktowa³a j± ju¿ jak przybran± córkê, nie mog³a pogodziæ siê z wypraw± i próbowa³a odwlec to przedsiêwziêcie w czasie. Dosz³o nawet do sprzeczki i Ron, którego matka za wszelk± cenê chcia³a zatrzymaæ, postawi³ siê i stanowczo stwierdzi³, ¿e nie pu¶ci swojej "ukochanej m±draliñskiej" samej. Zaimponowa³ tym Hermionie, która pragnê³a jego blisko¶ci, ale do niczego nie chcia³a partnera zmuszaæ. Rozumia³a, ¿e prze¿ywa³ tragediê zwi±zan± ze strat± brata, a jego rodzice niepokoj± siê o kolejnego syna, który kolejny raz chce wyruszyæ w nieznane. Zdecydowa³ siê jej towarzyszyæ, a ona chyba sama nie da³aby sobie rady. Bez jego ciep³ych u¶cisków odganiaj±cych z³e my¶li, k³ótni o g³upoty i namiêtnych pojednañ, bez s³ów pe³nych ciep³a i otuchy. Nawet bez tej jego raz uroczej, a innym razem irytuj±cej nieporadno¶ci. Dodawa³ jej wiary, której zaczyna³o brakowaæ. Tyle ju¿ przeszli, odnalezienie i zniszczenie horkruksów, a teraz...Czy na pewno dobrze zrobi³a wymazuj±c im wspomnienia? Przemy¶lenia przerwa³o pojawienie siê du¿ej sowy ¶nie¿nej, o okr±g³ym brzuchu i wystaj±cej grdyce. Zwierzê wykona³o w powietrzu niewielkie okr±¿enie ha³a¶liwie ³opocz±c skrzyd³ami i zrzuci³o przed Hermion± niewielkich rozmiarów kopertê. Ptaszysko jednak nie pracowa³o za darmo, o czym przypomnia³o dono¶nym skrzekiem, który siê rozleg³, gdy czarownica wyjmowa³a list. - Co, kto, gdzie? - zapyta³ zaspanym g³osem Ron, którego obudzi³ powsta³y ha³as. - W³a¶nie dosta³am list, a dostawca wyra¼nie liczy na nagrodê. Znajd¼ gdzie¶ te kruche ciastka, którymi siê ob¿erasz wieczorem i daj jej parê okruchów. - U¶miechnê³a siê Hermiona. Kiedy ju¿ zostali sami rudzielec podszed³ do niej, delikatnie masuj±c plecy przyjació³ki pochylonej nad pergaminem. Wiem, gdzie jest to czego tak szukasz. Przyjd¼ do mnie, trzeci dom za ko¶cio³em w Linden. Nie bój siê, a zyskasz. Przyjació³ka. - Czyli zwijamy manatki jeszcze przed ¶niadaniem? - jêkn±³ Ron widz±c zdecydowane b³yski w oczach ukochanej. Absolutnie nie mia³ jej tego za z³e, wreszcie mia³a ¶lad, którego jej brakowa³o. I choæ poszlaka wydawa³a siê nik³a, mog³a byæ g³upim ¿artem albo pu³apk± nie próbowa³ zmieniaæ zamiarów swojej towarzyszki. Wiedzia³, ¿e to na nic. Dom, o którym napisano w wiadomo¶ci, by³ w rzeczywisto¶ci ledwo trzymaj±c± siê gruntu drewnian± ruder±. Ze ¶cian jednoizbowej chaty zwiesza³y siê zakurzone pó³ki na których spoczywa³y s³oiki. Zdecydowana wiêkszo¶æ by³a pusta, a niektóre wype³nia³ jaki¶ ¶luz. Sam ich widok wystarczy³, aby wzbudziæ obrzydzenie i odstraszyæ ewentualnych go¶ci. Oprócz tego w pokoju znajdowa³ siê jedynie skromny stó³, kilka niezbyt stabilnych krzese³. Hermiona zwróci³a uwagê, ¿e nigdzie nie ma ¿adnej szafy czy choæby stojaka na ubrania. Pomieszczenie ¶mierdzia³o stêchlizn±, a jedynym sprzêtem, który od biedy nadawa³ siê do u¿ytku by³o ³ó¿ko. Le¿a³a w nim stara, siwa kobieta. Po¿ó³k³± i pomarszczon± twarz staruszki wype³nia³ dziwny grymas, a jej cia³o okrywa³a pogryziona przez mole cienka ko³dra. Okrycie w lepszych czasach by³o zapewne bia³e, teraz w ca³o¶ci pokrywa³y je plamy i przebarwienia. Hermionie nagle przypomnia³a siê tamta wizyta u Bathildy Bagshot i przeszy³ j± ch³odny dreszcz. To uczucie by³o irracjonalne, przecie¿ Voldemorta ju¿ nie ma. Dziewczyna wiedzia³a o tym, a nauka i ksiêgi zazwyczaj by³y tam co w pewnym sensie porz±dkowa³o jej ¶wiat. Mimo to czu³a niechêæ do le¿±cej tu osoby i nagle nasz³a j± chêæ odwrotu. Nie mog³a jednak siê poddaæ temu pragnieniu. - To od pani? - zapyta³a Hermiona wyjmuj±c zza pazuchy zwiniêty list. Nie wiedzia³a jak odnale¼æ siê w tej sytuacji. - Cieszê siê, ¿e przysz³a¶ - odpar³a kobieta ignoruj±c obecno¶æ Rona. Wypowiedzenie tych paru s³ów trudno¶æ, jakby lada chwila mia³a wymeldowaæ siê z tego ¶wiata. Przy ka¿dym zaczerpniêtym oddechu z jej ust wydostawa³ siê nieprzyjemny ¶wist. Na pewno nie zaszkodzi³oby sprowadziæ do niej uzdrowiciela. - Mo¿e pani czego¶ potrzebuje, mikstur, lekarzy? - zapyta³a Hermiona, której rezerwa do tej zapomnianej przez Boga babuleñki nagle usta³a. W jej miejsce wst±pi³o wspó³czucie. - Nie, ty mi nie uwierzysz...Bêdziesz mieæ ¿al. Ja by³am tylko niezamê¿n± char³aczk±, nie zna³am siê na magii. Nie mia³am pojêcia o mugolskim ¶wiecie, ¿eby tam poszukaæ zajêcia - kontynuowa³a swoj± historiê kobieta lekko przesuwaj±c siê w po¶cieli. Wykonuj±c ruchy jakby jeszcze bardziej zapad³a siê w skrzypi±cym materacu, na tym brudnym ³o¿u wydawa³a siê jeszcze drobniejsza ni¿ w rzeczywisto¶ci. - Urodzi³am dziecko, nie mia³am na pieluszki, ³ó¿eczko, grzechotkê. Mog³am mu daæ tylko mleko i mi³o¶æ, ale ten maluch nie dosta³ ani tego ani tego. Karmi³am go piersi± ca³y czas daj±c w palnik. Flaszka mnie pokona³a, uleg³am jej, za co teraz p³acê. Cud, ¿e nie zasz³am w kolejn± ci±¿ê bior±c pod uwagê jak nisko ceni³am wtedy swoje cia³o. Oby tylko mieæ na kolejn± butelkê...I kiedy po raz kolejny siê sprzeda³am, zniknê³a¶. Nie by³o ciê, a ja uzna³am, ¿e tak ma byæ. Mia³am spokój od p³aczu, wyrzutów sumienia, od tego wszystkiego. Zrezygnowa³am z ciebie. Przepraszam. - O czym pani mówi? - zapyta³a zszokowana Hermiona, któr± nagle ogarnê³a z³o¶æ. To brzmia³o jak jaki¶ sen wariata. - We¼ to, a o tych którzy naprawdê mo¿esz nazywaæ ojcem i matk± zapytaj nasz± kap³ankê. Ona du¿o wie - poprosi³a wied¼ma podaj±c Hermionie niewielkie naczynie ze srebrzystym p³ynem. - Ron wychodzimy! Hermionie dr¿a³y rêce, a z jej oczu ciek³y ³zy. Czy jej rodzice mogli j± tak po prostu wzi±æ, zabraæ tej dziwaczce? To brzmia³o nieprawdopodobnie, a jednak z jakiego¶ powodu nie mog³a zignorowaæ s³ów wiekowej czarownicy. Przecie¿ by³a do niej podobna, a jej za d³ugie zêby...To zêby córki dentystów! Sama nie wiedzia³a co ma o tym wszystkim s±dziæ. Ron delikatnym ruchem wyci±gn±³ z jej d³oni naczynie, które stamt±d zabra³a. Schowa³ je w najg³êbszych czelu¶ciach jej zaczarowanej torebki podró¿nej nie próbuj±c siê nawet domy¶laæ jakie sekrety jeszcze siê w niej kryj±. - Zrób to po co tu przyjecha³a¶, daj im pierwszym to wyt³umaczyæ. Tak bêdzie najlepiej - powiedzia³ twardo pewny swego. Hermiona skinê³a g³ow±, sprawia³a wra¿enie bezbronnej i pogubionej. Chcia³a mu wierzyæ, ufaæ ¿e tak bêdzie najlepiej. Podesz³a do niego i wtuli³a siê z ca³ych si³ w jego ramiona. Nie chcia³a ich nigdy opuszczaæ. Hermiona zasnê³a, a Ron wyszed³ na chwilê siê przewietrzyæ. Czy ona mog³a zostaæ porwana? Mo¿e nie powinni w tym grzebaæ. W koñcu my¶lodsiewnia nie jest niezawodna, czarodzieje potrafi± manipulowaæ pamiêci±. Tak jak tamto spojrzenie Slughorna. Mo¿e pro¶ciej tego nie roztrz±saæ. S³abo zna³ pañstwa Grangerów, ale wydawali siê porz±dnymi lud¼mi. I co, teraz Hermionie ca³y ¶wiat mia³by stan±æ na g³owie? Jednak jego rozmy¶lania przerwa³o pojawienie siê kogo¶, kogo za ¿adne skarby siê tu nie spodziewa³. - Malfoy? - zapyta³ nie daj±c rady kontrolowaæ swego g³osu w którym czai³a siê pogarda. - Có¿ to odpoczywasz po wizytach w Ministerstwie? Jeste¶ ostatnio wa¿n± person± przez swoje dane znajomo¶ci, wzywaj± ciê na ¶wiadka we wszystkich procesach by³ych ¶miercio¿erców. - Nie prowokuj mnie, Weasley - odpar³ Draco podniesionym tonem i odszed³. Hermiona i Ron teleportowali siê w dziwne miejsce. Byli na farmie otoczonej murem nad którym wznosi³ siê drut kolczasty ca³y czas pod³±czony do pr±du. Gdy tylko siê tam zjawili wszyscy ch³opi z podwórka, którzy akurat grabili trawê podnie¶li swoje narzêdzia ruszaj±c w ich kierunku. Para magów rzuci³a kilka oszo³amiaczy. Hermiona znalaz³a rodziców na ty³ach, przy grz±dkach w niewielkim ogródku. Kilkoma ruchami ró¿d¿ki przywróci³a ich pamiêæ, ale to by³o za ma³o. - Córeczko, i ty znalaz³a¶ drogê do Ivana - zawo³a³a pani Granger. - Ivan przyjmie wszystkich z duchem Szao - doda³ jej m±¿. Nie mog³a uwierzyæ, ale jej wspomnienie nie wystarcza³o. Zbyt pó¼no ruszy³a, to wszystko przez ni±. Ivan - przywódca chorego ruchu religijnego, legalnie dzia³aj±cego w Australii, zrobi³ im sieczkê z mózgu. Kap³anka ko¶cio³a anglikañskiego z Linden to przewidzia³a. Ich metody niszczy³y cz³owieka, ca³kowicie zmienia³y psychikê, sprawia³y, ¿e wszystko przestawa³o siê liczyæ. Wyci±gali z ludzi ducha za pomoc± manipulacji. Hermiona mia³a ju¿ nigdy ich nie odzyskaæ, mimo, ¿e nigdy z nich nie zrezygnowa³a. Nigdy te¿ nie pozna³a prawdy, a otrzyman± buteleczkê rozbi³a. To by³a jej ofiara dla wojny. Edytowane przez monciakund dnia 03.08.2020 14:20
![]() - - - The human life is made up of choices. Yes or no. In or out. Up or down. And then there are the choices that matter. Love or hate. To be a hero or to be a coward. To fight or to give in. Live or die. - - - ![]() - - - Don't let what he wants eclipse what you need. He's very dreamy but he's not the sun, you are. - - - ![]() --- Nad przepa¶ci±, tego¿ roku ¯yraf masa siê w amoku Rodzi. Pamiêæ ludzka jest Zawodna, mimo tego fiest Tysi±ce, z tej okazji, Ku jej chwale od Abchazji A¿ po Nordkapp wspominacie. "Czyjej chwale?", siê spytacie. Jak to czyjej? Monci* naszej. Gryfa córce, redakcyjnej Na tym ¶wiecie ambitniejszej Od niej nie ma. Tu rysunek, Tam malunek i do tego Social media. Wizerunek Hp-neta tam kreuje, ego Strony reperuje. Szczerze, Bardzo, bardzo szczerze mówi±c Cz³ek orkiestra, ¿ywa gwiazda. ¯yj nam wiecznie, twórz i kreuj. Koniec, basta - taki mus i ¯yraf pasta. --- ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() |
|
|
|
monciakund |
Dodany dnia 03.08.2020 08:31
|
![]() Pochwa³y: 31 Postów: 2334 Dom: GryffindorPunkty: 43236 Ranga: halo, regulamin! Data rejestracji: 11.03.13 |
PRACE FINA£OWE ![]() - - - The human life is made up of choices. Yes or no. In or out. Up or down. And then there are the choices that matter. Love or hate. To be a hero or to be a coward. To fight or to give in. Live or die. - - - ![]() - - - Don't let what he wants eclipse what you need. He's very dreamy but he's not the sun, you are. - - - ![]() --- Nad przepa¶ci±, tego¿ roku ¯yraf masa siê w amoku Rodzi. Pamiêæ ludzka jest Zawodna, mimo tego fiest Tysi±ce, z tej okazji, Ku jej chwale od Abchazji A¿ po Nordkapp wspominacie. "Czyjej chwale?", siê spytacie. Jak to czyjej? Monci* naszej. Gryfa córce, redakcyjnej Na tym ¶wiecie ambitniejszej Od niej nie ma. Tu rysunek, Tam malunek i do tego Social media. Wizerunek Hp-neta tam kreuje, ego Strony reperuje. Szczerze, Bardzo, bardzo szczerze mówi±c Cz³ek orkiestra, ¿ywa gwiazda. ¯yj nam wiecznie, twórz i kreuj. Koniec, basta - taki mus i ¯yraf pasta. --- ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() |
|
|
|
monciakund |
Dodany dnia 04.08.2020 20:11
|
![]() Pochwa³y: 31 Postów: 2334 Dom: GryffindorPunkty: 43236 Ranga: halo, regulamin! Data rejestracji: 11.03.13 |
OBYCZAJ - bohater: wybrany hogwarcki obraz/obrazy - miejsce akcji: Hogwart - w pracy nale¿y przedstawiæ codzienne ¿ycie ruchomych obrazów. Mog± byæ elementy romansu, komedii czy dramatu. - nakazany jest moment ukazania rozmowy jednego z obrazów z dyrektorem Albusem Dumbledorem PRACA A - Syriusz32 Tylko trochê po¶wiêcenia Przebija³ siê podczas ¶nie¿ycy przez olbrzymie zaspy, w pe³nej zbroi, ¿ongluj±c przy tym zrêcznie wyzwiskami, które miota³ w kierunku wszystkich znanych mu malarzy, mog±cych odpowiadaæ za stworzenie tego dzie³a. Pociesza³ go jedynie fakt, ¿e zbli¿a³ siê do ram, sk±d móg³ w koñcu opu¶ciæ ten przeklêty pejza¿. Poci±gn±³ za uzdê swojego nakrapianego kucyka Andrzeja - jedynego towarzysza tej podró¿y, aby po chwili razem z nim przeskoczyæ na piaszczyst± pla¿ê. Ta nie szczêdzi³a promieni s³onecznych, co by³o mi³± odmian± po górskim szczycie i ¶nie¿nej zawiei. Z trudem podniós³ przymarzniêt± przy³bicê, która chocia¿ czê¶ciowo os³oni³a mu twarz przed opadami, i odetchn±³ ¶wie¿ym, morskim powietrzem. Kuc równie¿ zdawa³ siê byæ zadowolony ze zmiany scenerii. Otrzepa³ siê ze ¶niegu, którego resztki i tak zamieni³y siê zaraz w mokr± plamê i tr±ci³ g³ow± rycerza. - Tak jest mój druhu, zaraz dostaniesz jedzenie - powiedzia³ mê¿czyzna, siêgaj±c do przytroczonych do grzbietu zwierzêcia juk. Wyci±gn±³ z nich jab³ko dla konia oraz star±, skórzan± sakiewkê, która zabrzêcza³a przy podnoszeniu. Znajdowa³y siê w niej odliczone monety i pergamin, na którym widnia³y wskazówki co do nowej trasy, prowadz±cej do obrazu jego ukochanej. O czê¶ci z nich dowiedzia³ siê z plotek, inne wymieni³ za informacje odno¶nie w³asnego piêtra. U³o¿enie obrazów w Hogwarcie czêsto siê zmienia³o, a podró¿ nie by³a tak ³atwa jak wszyscy to sobie wyobra¿ali. G³ównie ze wzglêdu na to, ¿e ma³o kto o tym mówi³. Wiêkszo¶æ portretów, z którymi uczniowie mieli okazjê porozmawiaæ, siedzia³a ca³ymi dniami w swoich z³otych, b³yszcz±cych ramach. A nawet je¶li kto¶ je opuszcza³, to na tyle blisko, by móc w ka¿dej chwili wróciæ i p³awiæ siê w ciekawskich spojrzeniach m³odych czarodziejów. Sir Cadogan nie by³ jednak jak portrety pisarzy czy innych podrzêdnych grajków, które omija³ szerokim ³ukiem. On by³ mi³o¶nikiem ekspedycji do nieznanych mu dot±d czê¶ci zamku! Nieraz by³ nazywany przez to ob³±kanym szaleñcem, ale wystarczy³o wyjêcie miecza, aby te obro¶niête w piórka, zawistne kreatury zawar³y jadaczki. Wybiera³ wiêc obrazy znajduj±ce siê po przeciwnej stronie. Z dala od ludzi, których wzrok skupia³ siê g³ównie na tych rozpoznawalnych postaciach. Czêsto przykryte pajêczyn± i grub± warstw± kurzu, bo pomija³ je tak¿e wo¼ny. Pozostawieni w cieniu, daleko od gwarnego t³umu uczniów, z którymi mogliby zamieniæ parê s³ów, nierzadko opuszczali na sta³e swoje malowid³a. By³y jednak sposobem na skrócenie sobie drogi. Bo o ile w poziomie przemieszczanie siê nie sprawia³o wiêkszych trudno¶ci, je¶li p³ótna by³y dostatecznie blisko, tak przej¶cie na piêtro ni¿ej lub wy¿ej by³o wyzwaniem. Niektóre z postaci przechodzi³y bezpo¶rednio do swoich innych portretów, jednak wiêkszo¶æ nie mia³a takiego szczê¶cia i wisia³o tylko jedno dzie³o z ich podobizn±. Wtedy robili wycieczki dooko³a ruchomych schodów zni¿aj±c siê delikatnie przy ka¿dej mo¿liwej okazji lub korzystali z us³ug przewodników, czyli postaci, które do przewo¿enia innych wykorzystywa³y swoje obrazy rozsiane po ca³ym ¶wiecie. W³a¶nie na jednego z nich czeka³ teraz Cadogan. Zobaczy³ pirack± banderê oraz dziób statku skierowany w jego stronê. Podniós³ siê z piachu i owin±³ rzemyk sakiewki dooko³a d³oni, czekaj±c, a¿ Zemsta Królowej Anny siê zatrzyma. Chwilê pó¼niej do pla¿y dop³ywa³a ju¿ mniejsza ³ód¼, w której siedzia³o dwóch majtków w podartych ubraniach, z po¿ó³k³ymi zêbami i wyj±tkowo nie¶wie¿ym oddechem. Wios³owali równo, jednak nie wygl±dali na zadowolonych. Jak siê okaza³o, ze wzglêdu na konia. - Zostawiæ tê chuderlaw± szkapê! Nie wejdzie do ³ajby! - krzykn±³ roze¼lony pirat, po kolejnej nieudanej próbie wsadzenia kucyka na ³ód¼. - Ciebie mo¿emy porzuciæ, kundlu morski, jako i twoja rodzicielka drzewiej post±pi³a! - odpowiedzia³ równie zdenerwowany rycerz, k³ad±c rêkê na chrapach zwierzêcia i zachêcaj±c do wej¶cia na ³ódkê. Gdy w koñcu uda³o mu siê tego dokonaæ, piraci bez s³owa usiedli i zaczêli wios³owaæ z powrotem w stronê statku. Tam kuc by³ ju¿ mniej problemowy, bo za pomoc± lin zostali szybko wci±gniêci razem z ³ódk±. Najwiêksze wra¿enie wywar³ na nim rozmiar okrêtu. D³ugi na trzydzie¶ci jardów, szeroki prawie na dziewiêæ. Wszêdzie da³o siê wyczuæ charakterystyczny zapach drewna i morskiej wody. Olbrzymie ¿agle ³opota³y na wietrze, niemal¿e zag³uszaj±c szum wód, na których siê znajdowali. Pok³ad by³ nieco ¶liski od bryzy, a delikatne bujanie nie pomaga³o w zachowaniu równowagi. - Sir Cadogan! - rykn±³ kapitan statku, oddalaj±c siê na chwilê od steru i schodz±c do rycerza. Spojrzenie wystarczy³o, aby ca³a za³oga zesz³a mu z drogi. Musia³ rz±dziæ ¿elazn± rêk±, chocia¿ i bez tego wiêkszo¶æ osób z pewno¶ci± odsunê³aby siê na jego widok. Masywne cia³o, ob³±kañczy u¶miech i czarna jak smo³a broda. Do tego równie ciemny p³aszcz oraz kapelusz, który akurat siê dymi³. Nie wygl±da³ na kogo¶ z kim warto zadzieraæ. - Edward, jak mniemam - odpar³ rycerz, wystawiaj±c d³oñ przed siebie. A raczej nad, bo by³ o ponad dwie g³owy ni¿szy od pirata. Gdy ju¿ rozlu¼nili u¶cisk, poda³ mu tak¿e sakiewkê. - Porozmawiamy o tym pó¼niej - powiedzia³ krótko Czarnobrody, u¶miechaj±c siê przy tym jeszcze szerzej. - Nasz wspólny przyjaciel uregulowa³ ju¿ d³ug - doda³, a nastêpie rêk± wskaza³ drzwi do kajuty. Faktycznie, o mo¿liwo¶ci przep³yniêcia z siódmego piêtra na drugie poinformowa³ go inny portret, który s±siadowa³ z Cadoganem. Mimo tego, z pewno¶ci± nie móg³ nazwaæ ich relacji przyja¼ni±. Bo od sytuacji, w której rycerz, widz±c go w u¶cisku szkaradnej bestii, próbowa³ przegoniæ j± z obrazu, portret odnosi³ siê do niego raczej ch³odno. Cadogan nie uzna³ jednak swojej winy, a t³umaczenie siê tym, ¿e to wina matuli owej postaci, ¿e wygl±da jak wygl±da i ¿e z pewno¶ci± bli¿ej jej do harpii ni¼li dziewoi, nie pomog³o. Teraz stwierdzi³, ¿e niechêæ tamtego do jego osoby najwyra¼niej przeminê³a i postanowi³ udowodniæ to szlachetnym czynem zapoznania ze sob± dwójki ludzi o wspólnych interesach. Bo by³a to bezsprzecznie najprzyjemniejsza czê¶æ podró¿y. Butelka rumu doskonale topi³a lody i rozlu¼nia³a sytuacjê. Druga, dzia³aj±c w podobny sposób, sprawi³a, ¿e gdy pirat powiadomi³ go o wyst±pieniu pewnych komplikacji, Cadogan stwierdzi³, ¿e nie jest to ¿adna przeszkoda. Przechyli³ jeszcze raz szklane naczynie, a powieki zaczê³y byæ wyj±tkowo ciê¿kie. Gdy ju¿ siê ockn±³, za niepokoj±cy uzna³ fakt, ¿e pozbawiony jest ca³ego wyposa¿enia. Wpijaj±cy siê w nadgarstki szorstki, konopny sznur i knebel, który rycerz uzna³ za niechybnie wykonany ze starej, przepoconej skarpety, tak¿e nie by³y przyjemno¶ci±. I o ile jemu nie by³o do weso³o, ca³a za³oga bawi³a siê wy¶mienicie, ¶miej±c siê rozpuku zza drzwi kajuty, do której chwilê pó¼niej wparowa³ kapitan. - Wstawaj, l±dowa niedo³êgo - powiedzia³ pogardliwie, po czym szarpn±³ za wiêzy, które przy przesuwaniu zdawa³y siê rozrywaæ skórê Cadogana. Cel jednak osi±gn±³, bo rycerz zosta³ podniesiony niemal¿e na równe nogi. - Nie ma tutaj za wiele do piracenia, ale czasami pojawia siê jaki¶ naiwniak - zarechota³ Czarnobrody. - Na spacer z nim za³ogo! - rozkaza³, a Cadoganowi zacisnê³y siê ze z³o¶ci zwi±zane rêce. Ca³e szczê¶cie, gdy ju¿ postawili go na lichej, drewnianej desce, kto¶ wyj±³ mu szmatê z ust. - Ty parszywy, piekielny pomiocie! Oby¶ sczez³, ty kupo morskiego ³ajna! Stañ ze mn± do uczciwego pojedynku je¶li¶ odwa¿ny, ³ajzo! - wykrzykiwa³ w stronê dowodz±cego pirata. Nast±pi³a chwila g³uchej ciszy, po której, ku jego zdziwieniu, tamten siê zgodzi³. - Nie ma sprawy - odpowiedzia³. Nie poda³ mu jednak miecza, a rzuci³. I to z takim impetem, ¿e rycerz musia³ zrobiæ krok w ty³, prosto do wody. W pierwszej chwili nie wiedzia³ co siê sta³o. Sekundê tymu by³ na statku, a teraz si³a uderzenia o taflê wypar³a mu powietrze z p³uc. Powoli zacz±³ opadaæ w dó³ zbiornika, nie mog±c wyswobodziæ r±k. Na szczê¶cie poczu³ po chwili piaszczyste dno pod stopami i resztkami si³ odbi³ siê od niego w stronê brzegu, na którym pad³ twarz± do ziemi. Obudzi³o go szturchanie palcem z paznokciem, który od dawna nie widzia³ no¿yc i dziwnie skrzecz±cy g³os. - Ten chyba nie ¿yje... - Zaraz ty mo¿esz po¿egnaæ siê z ¿yciem szponiasta kreaturo - odpowiedzia³, podnosz±c powieki i wypluwaj±c piach z ust. Gdy go zobaczy³, uzna³, opis by³ wyj±tkowo trafny, bo sta³ obok niego goblin, który na uwagê o paznokciach zacisn±³ swoje pulchne d³onie w piê¶ci. Cadogan wsta³ i z zadowoleniem stwierdzi³, ¿e dalej jest w zamku, a co wiêcej, dok³adnie tam, gdzie mia³ dop³yn±æ z t± band± ³apserdaków. - S³owni ludzie, chocia¿ kanalie przebrzyd³e bez grama przyzwoito¶ci czy honoru - mrukn±³ pod nosem, po czym wyrwa³ z d³oni goblina swój miecz, którego bogato zdobion± rêkoje¶æ tamten ju¿ uwa¿nie ogl±da³. Na pla¿y nie zauwa¿y³ nic szczególnego poza Andrzejem, dwoma palmami i wielkim, kamiennym klifem, który oddziela³ pla¿ê od czegokolwiek innego. Rozejrza³ siê, ale tym razem po korytarzu, w którym wisia³ obraz i dostrzeg³ j± - wybrankê swojego serca. Proste, br±zowe w³osy po³yskiwa³y w s³oñcu, gdy siêga³a do wi¶ni na drzewach umieszczonych w dalszym planie jej obrazu. - Muszê siê tam dostaæ bezbo¿ny karle - powiedzia³ Cadogan, podnosz±c goblina i obracaj±c w kierunku portretu ¶licznej damy, który znajdowa³ siê niemal¿e piêtro ni¿ej, po drugiej stronie korytarza. Niezadowolony z sytuacji goblin, wyszarpa³ siê z r±k rycerza z grymasem niezadowolenia na twarzy. Po chwili zast±pi³ go jednak chytry u¶mieszek. - Oczywi¶cie. Pozostaje tylko kwestia odpowiedniej zap³aty... - Ma siê rozumieæ. Ty wska¿esz drogê, a ja nie pokrojê ciê na jeszcze mniejsze kawa³ki ni¿ ten, w którym teraz egzystujesz - wyja¶ni³ spokojnie, jednak goblin nie przestawa³ siê u¶miechaæ. Pstrykn±³ palcami, a jedna ze ska³ otworzy³a oczy, którymi by³y dwa po³yskuj±ce rubiny. Stwór by³ wysoko¶ci niskiego olbrzyma, a gdy wsta³, na jego miejscu pojawi³ siê wielki otwór prowadz±cy najwyra¼niej do jakiej¶ groty. - To jak bêdzie z t± zap³at±? - dopyta³ ciekawskim tonem. - My¶lê, ¿e jako¶ mo¿emy siê dogadaæ - odpar³ rycerz, chowaj±c miecz. W innej sytuacji podj±³by walkê, ale bêd±c tak blisko celu, bez zbroi, skradzionej przez piratów, nie widzia³ innej opcji. - Musisz jednak wiedzieæ, ¿e nie mam ¿adnych pieniêdzy. - Nie szkodzi. Wezmê kucyka Cadogana. Najpierw ucieszy³ siê, ¿e zosta³ rozpoznany, potem zastanawia³ siê, dlaczego goblin u¿y³ tego powiedzenia, a¿ w koñcu dotar³o do niego, ¿e tamten mówi³ dos³ownie. - Andrzeja? - zapyta³ z niedowierzaniem, k³ad±c rêkê na grzbiecie kuca. - Je¶li tak siê nazywa, to tak, Andrzeja - odpowiedzia³, a rycerz poczu³, jak nogi siê pod nim uginaj±. Mia³ siê pozbyæ swojego jedynego przyjaciela? Tego, który nigdy go nie opu¶ci³? Wiedzia³, ¿e je¶li to zrobi, to nigdy sobie tego nie wybaczy. Ponowne wyjrzenie za ramy obrazu utwierdzi³o go jednak w przekonaniu, ¿e musi to zrobiæ. - Niech bêdzie. Szed³ z opuszczon± g³ow±. Wiedzia³, ¿e nie post±pi³ dobrze, ale z takiej sytuacji nie by³o dobrego wyj¶cia. Jakby na potwierdzenie tego, po wej¶ciu w mroki jaskini, kamienny olbrzym znowu znalaz³ siê na swoim miejscu. Tak, teraz z ca³± pewno¶ci± nie by³o odwrotu. Przeszed³ przez ramê i znalaz³ siê po drugiej stronie korytarza, gdzie zauwa¿y³, ¿e poza odwrotem nie ma tak¿e drogi naprzód. Obraz wygl±da³ na opuszczony, bo poza pajêczynami by³y tutaj tylko ska³y, które blokowa³y drogê. - Musi istnieæ jakie¶ inne wyj¶cie - mówi³ do siebie, jednak nie móg³ tego sprawdziæ, gdy jedyne ¶wiat³o pochodzi³o z korytarza. - Przepraszam szanowny starcze - zaczepi³ cz³owieka, który akurat przechodzi³ obok obrazu. - Och, Sir Cadogan. Mogê w czym¶ pomóc? - spyta³, u¶miechaj±c siê delikatnie. - Rad jestem, ¿e znasz moje imiê, z pewno¶ci± jeste¶ cz³owiekiem, który ma trochê oleju w g³owie. Móg³by¶ mi wskazaæ wyj¶cie z tej przeklêtej pu³apki na podró¿ników? - Obawiam siê, ¿e przej¶cie jest zablokowane. Jestem jednak przekonany, ¿e taki krzepki rycerz jak ty, poradzi sobie z kup± kamieni - zapewnia³ czarodziej, przeje¿d¿aj±c rêk± po swojej siwej brodzie. - Przeklêta kompozycja zamkniêta... - szepn±³, po czym kontynuowa³ pewnym siebie g³osem. - Oczywi¶cie, ¿e dam radê! Nie mam jednak ¿adnych narzêdzi, a nie chcê uszkodziæ miecza. - Sir Cadoganie - zacz±³ mê¿czyzna - zapewniam, ¿e jeden dzieñ pe³en mi³o¶ci jest wart wiêcej, ni¿ sto lat walki najlepszym orê¿em. - dokoñczy³, na co rycerz westchn±³. - M±drze prawisz starcze. Jak ci na imiê, abym móg³ ciê czasem wspomnieæ? - Wiêkszo¶æ portretów nazywa mnie dyrektorem - odpowiedzia³ rozbawiony, a Cadogan przypomnia³ sobie, ¿e obi³o mu siê o uszy co¶ o zmianie dyrektora. Nie mia³ jednak czasu teraz o tym rozmy¶laæ, bo mê¿czyzna ju¿ poszed³, a on zosta³ sam ze ska³ami blokuj±cymi mu przej¶cie. Wetkn±³ miecz miêdzy nie i popchn±³ w bok. Kamienie odpu¶ci³y, jednak us³ysza³ te¿ pêkniêcie klingi. Spojrza³ na resztki miecza, który nie mia³ ju¿ ¿adnego znaczenia, bo chwilê pó¼niej, przytulaj±c wybrankê serca, czu³, ¿e dla tej chwili zniós³by ka¿d± podró¿. Dla takich chwil warto siê po¶wiêciæ. PRACA B - Shanti Black Niebieskie niebo rozci±ga siê nade mn±. ¯adna chmura nie szpeci jego koloru, a s³oñce grzeje bardzo mocno. K³adê siê na trawie, robi±c g³êboki wdech. Czujê zapach melisy, lawendy i rumianku. Kocham lato, jego d³ugie dni, brak deszczu, zachody s³oñca i piêknie ukwiecone ³±ki. Nagle s³yszê chichot. Z pocz±tku cichy, jednak z ka¿d± sekund± narastaj±cy. A krajobraz zaczyna siê rozmywaæ, przechodz±c w czerñ. Oczy otwieraj± siê samoczynnie. I znowu czujê pulsuj±cy ból krêgos³upa, a g³owa jest oparta o co¶ twardego. Przecieram oczy, pozbywaj±c siê resztek snu i pó³przytomnie rozgl±dam siê w ko³o. Ta sama ciemno¶æ, zas³oniête okno i ¶wieca dopalaj±ca siê przy moich notatkach. Nienawidzê tego pomiotu szatana, który postanowi³ mnie namalowaæ w gabinecie ojca, przy tej sko¶nej desce szumnie nazwanej biurkiem, jeszcze dorzucaj±c mi w komplecie z bol±cym krzy¿em stertê podrêczników, z których nie da siê nawet zrobiæ poduszki. Podchodzê do ram obrazu, rozmasowuj±c obola³e lêd¼wie. - Mo¿na ciszej?! - krzyczê, wyma****±c piê¶ci± w ge¶cie ostrze¿enia. - Tu siê ¶pi, wy takie, owakie, niemaj±ce poczucia smaku i za grosz empatii! - moja nienawi¶æ w danej chwili skupia siê na grupce dziewcz±t z Ravenclawu, na oko bêd±cych w pi±tej, mo¿e szóstej klasie. - Dziewczêta, zobaczcie, obudzi³y¶my Pyskat± Penny. Z czego przepytasz nas tym razem? W zwi±zku z tym, ¿e du¿o czytam, si³± rzeczy, w koñcu pomieszczenie i ilo¶æ ksi±¿ek w nim zobowi±zuje, uwielbiam dyskutowaæ na ró¿ne tematy z Krukonami. Z uczniami innych domów nie zawsze da siê porozmawiaæ, a dodatkowo mój obraz wisi nieopodal pokoju wspólnego Ravenclawu. Nie zliczê, ile lat ju¿ ozdabiam tê ¶cianê, w s±siedztwie trzech pijanych magów, którzy maj± w zwyczaju odwiedzaæ mój obraz, gdy jaki¶ spór przysparza im problemów, nadêt± damê z niuchaczem, zadzieraj±c± nosa, jak to wysoko postawiona osobowo¶æ i zdzicza³ego ch³opca chowaj±cego siê za drzewami w swoich ramach. Co prawda Cecylia czêsto znika ze swojego portretu w poszukiwaniu tego futrzastego szczura, ale zjawia siê na nim w najmniej odpowiednich momentach. I nie podejrzewa, ¿e jej sterta pche³ znalaz³a sobie schronienie pod moim biurkiem. Te¿ bym nie wytrzyma³a z tak± w³a¶cicielk±. - Nie mam zamiaru was przepytywaæ - u¶miecham siê chytrze w nadziei, ¿e uda mi siê zem¶ciæ za pobudkê. - Ale jakie macie teraz zajêcia? - Zaklêcia. Dlatego musimy ju¿ uciekaæ - wysoka blondynka odsuwa siê od moich ram. - Bêdziemy siê uczyæ jak powielaæ obiekty, nie mogê tego opu¶ciæ. - Czekajcie! - krzyczê za nimi. - Znam to zaklêcie, je¶li wam powiem zab³y¶niecie, mo¿e zdobêdziecie kilka punktów dla domu. Krukonki wahaj± siê, jednak nie id± dalej. Mina dziewczyny, która ze mn± rozmawia³a zdradza, ¿e nie ufa mi do koñca, jednak chêæ zaimponowania wiedz± jest od niej silniejsza. - No dobrze, mów. - Expulso - intonujê uwa¿nie, d³oni± pokazuj±c, jaki ruch ró¿d¿k± maj± wykonaæ. - Powodzenia! U¶miecham siê z³o¶liwie, zacieraj±c rêce, gdy moje rozmówczynie siê ze mn± po¿egna³y. Nie nale¿y zadzieraæ z Pyskat± Penny. A tym bardziej nie zawsze nale¿y jej wierzyæ. To nie jest tak, ¿e jestem z³o¶liwa, bez przesady, nie mam na imiê Irytek. Po prostu fakt, ¿e wiszê tutaj niezliczon± ilo¶æ dni i godzin, sprawia, ¿e czasem trzeba siê rozerwaæ. Nadal chce mi siê spaæ. Spogl±dam z niechêci± na biurko, zas³oniête okno i resztki ¶wiecy. Nienawidzê autora mojego obrazu. Gdybym mog³a, rozwali³abym ten zlepek desek na jego okropnych farbach. Czas odwiedziæ ¦pi±c± Królewnê, u niej zawsze mogê spaæ ile tylko chcê. Podchodzê do ramy obrazu, my¶lê o miejscu, w którym chcê siê znale¼æ i w nastêpnej sekundzie l±dujê na miêkkim ³o¿u z baldachimem. - Co ty tu robisz? - pyta zdziwiona Anna. Nie rozumiem, dlaczego jeszcze siê nie przyzwyczai³a, robiê tak ¶rednio piêæ razy na tydzieñ. - To, co zwykle - odburkujê, przewracaj±c siê na drugi bok. - Mam zamiar siê wyspaæ. Zamykam oczy i pogr±¿am siê w objêciach Morfeusza, nie my¶l±c o siedlisku pche³ pod moim biurkiem, ani uczennicach, które za chwilê powinny spowodowaæ eksplozjê. Budzê siê wyspana, jak nigdy. Nie mog³am spaæ d³ugo, ale zawsze te kilka godzin robi ró¿nicê, a to jedna z czynno¶ci, które mog³abym robiæ nieustannie. Przecieram oczy i ze zdumieniem stwierdzam, ¿e Anna stoi nade mn± z zatroskanym wyrazem twarzy. Na rêkach trzyma znane mi zwierzê, do którego ju¿ siê przyzwyczai³am, ale wci±¿ staram siê nie okazywaæ mu wzglêdów. - Zrobi³ ba³agan na obrazie Cecylii i kilku innych na ró¿nych piêtrach - mówi Anna, trzymaj±c niuchacza z dala od swojej z³otej kolii. - Ale to jest zwierzê Cecylii - prycham g³o¶no, patrz±c na tê denerwuj±c± kupê futra. - Nie interesuje mnie ca³a reszta. Odnie¶ go pannie idealnej, a ja znikam w takim razie do siebie. Je¶li cokolwiek zrobi temu pchlarzowi, bêdzie mia³a ze mn± do czynienia. Podchodzê do ram obrazu i po chwili znajdujê siê we w³asnym, ciemnym i denerwuj±cym dziele. Wzdycham bez przekonania i podchodzê do ram. Obserwujê uwa¿nie, co dzieje siê na korytarzu. Uczniowie przechadzaj± siê w jedn± i drug± stronê, od czasu do czasu który¶ siê przywita. - Pamiêtaj, ¿e pierwsze powstanie goblinów mia³o miejsce osiemnastego czerwca 1612 roku! - krzyczê za jednym z uczniów, z którym rozmawia³am wczoraj o historii magii. Zapomnia³am jednak dodaæ, ¿e wtedy powstanie siê zakoñczy³o. Zaczê³o siê trzyna¶cie dni wcze¶niej. Nagle na korytarzu robi siê jakie¶ zamieszanie. Spogl±dam z ciekawo¶ci± w stronê, z której dochodz± podniecone szepty. Uczniowie odsuwaj± siê pod ¶ciany, a zza rogu wy³ania siê postaæ dyrektora. Nie mam dobrych przeczuæ, Albus Dumbledore nie bywa w tej okolicy bez powodu. Wzdycham i opieram siê o ramê obrazu. - Penny? - staruszek zwraca siê do mnie zmêczonym g³osem, który naprowadza mnie na temat, o jakim bêdzie chcia³ rozmawiaæ. - Ile razy ci ju¿ powtarza³em, ¿e nie mo¿esz wprowadzaæ uczniów w b³±d, podawaæ im zmienionych faktów, a tym bardziej z³ych zaklêæ? - Panie dyrektorze - mówiê bez cienia skruchy, jednak postaæ tego potê¿nego czarodzieja wzbudza we mnie respekt i szacunek. - A ile razy ja prosi³am o przeniesienie? Nie do¶æ, ¿e nie mam mo¿liwo¶ci spania w normalnych warunkach, to jeszcze dodatkowo budz± mnie jakie¶ chichoty, czy rozmowy. Nie robiê tego, bo jestem z³a. Po prostu to moja ma³a zemsta za to, ¿e uczniowie nie daj± mi siê wyspaæ. - Nie negujê z³ego po³o¿enia twojego obrazu, Penny. Ale to, co sta³o siê dzi¶ przekracza ju¿ wszystkie granice. Poda³a¶ pannom Grins i Collins z³e zaklêcie. Wiesz, czym to siê skoñczy³o? Kilkoma wybitymi zêbami, podbitymi oczami i z³amaniem nadgarstka. Nie wspomnê o ba³aganie, jaki powsta³ w sali zaklêæ. Rozmawiam o tym z tob± kilka razy w tygodniu. Spogl±dam na stanowcz± twarz dyrektora. Widzê, ¿e jego cierpliwo¶æ jest na granicy, jednak¿e nie mam zamiaru odpu¶ciæ. Mo¿e to wydaje siê nie do pomy¶lenia osobom ¿yj±cym, ale postaæ na obrazie ma swoje podstawowe potrzeby. Tak jest skonstruowany nasz ¶wiat. - Pyskata Penny ma k³opoty! Znowu! - do moich uszu dobiega z³o¶liwy chichot, zapewne którego¶ z uczniów, którego ostatnio wprowadzi³am w b³±d. Nie mam zamiaru mu odpu¶ciæ. - Zobaczymy, co ty by¶ powiedzia³, gdyby¶ nie móg³ siê wyspaæ! Brak empatii to powa¿ne upo¶ledzenie! Kilka osób ¶mieje siê otwarcie i wydaje mi siê, ¿e na twarzy Albusa równie¿ maluje siê u¶miech. - Dobrze, Penny. Zrobimy tak. Ty przestaniesz wprowadzaæ uczniów w b³±d, a ja ka¿ê domalowaæ dla ciebie obraz, w którym bêdziesz mog³a siê spokojnie wyspaæ. Wszak nasza m³odzie¿ nie mo¿e chodziæ przekonana, ¿e Leonardo da Vinci by³ metamorfomagiem i wszystkie jego obrazy to autoportrety. Nie by³ te¿ jasnowidzem, a powstania trollañskie wi±¿± siê nijak z Troj±. Dlaczego niektórzy wymawiaj± "trollañskie" przez "jot"? Znowu studiowa³a¶ jêzyk hiszpañski? I oczywi¶cie Erazm z Rotterdamu nie mia³ nic wspólnego z katedr± Notre Dame i nie nazywano go Quasimodo. T³umiê narastaj±cy wewn±trz mnie ¶miech, muszê udaæ skruchê i mo¿e faktycznie przystopowaæ z tymi z³ymi informacjami. Szczerze powiedziawszy ju¿ mi siê to nudzi, chocia¿ zaklêcia to zdecydowanie najbardziej spektakularna forma moich ¿artów. - Dobrze, panie dyrektorze - u¶miecham siê. - Obiecujê nie wprowadzaæ ju¿ tak czêsto uczniów w b³±d. Gdy dyrektor oddala siê, zadowolony rezultatem tej rozmowy, w mojej g³owie rodzi siê kolejny pomys³. Czas odwiedziæ kilka obrazów, przecie¿ dzisiaj jeszcze nie sk³ada³am im wizyty. Lubiê przemieszczaæ siê pomiêdzy dzie³ami sztuki. Ka¿de z nich to inny ¶wiat i historie. Postacie w wiêkszo¶ci s± bardzo przyjazne. No, nie licz±c Cecylii, której krzyk s³yszê w³a¶nie bardzo wyra¼nie. Spogl±dam na zegar s³oneczny, który widzê na krajobrazie na przeciwko mnie. Osiemnasta. Wcze¶nie, jak na ni±. - Co siê dzieje, moja droga? - pytam przesadnym s³odkim tonem. I tak w³a¶nie mija mi dzieñ za dniem. Budzê siê wcze¶nie rano, oddajê siê mojemu ulubionemu hobby czyli rozmowom z uczniami. Co jaki¶ czas odwiedza mnie Albus Dumbledore z przestrog± i reprymend±. Rzadko zdarza siê, ¿e Cecylia nie krzyczy przez swojego niuchacza, który lubuje siê w sprawdzaniu jej bi¿uterii. No i podró¿e miêdzy obrazami s± jedn± z najlepszych form zajêcia na nudê. Jutro ma odwiedziæ mnie Anna, muszê uprz±tn±æ biurko. I mo¿e poproszê profesora Dumbledore'a, ¿eby kto¶ w koñcu domalowa³ mi now± ¶wiecê. Edytowane przez monciakund dnia 06.08.2020 20:20
![]() - - - The human life is made up of choices. Yes or no. In or out. Up or down. And then there are the choices that matter. Love or hate. To be a hero or to be a coward. To fight or to give in. Live or die. - - - ![]() - - - Don't let what he wants eclipse what you need. He's very dreamy but he's not the sun, you are. - - - ![]() --- Nad przepa¶ci±, tego¿ roku ¯yraf masa siê w amoku Rodzi. Pamiêæ ludzka jest Zawodna, mimo tego fiest Tysi±ce, z tej okazji, Ku jej chwale od Abchazji A¿ po Nordkapp wspominacie. "Czyjej chwale?", siê spytacie. Jak to czyjej? Monci* naszej. Gryfa córce, redakcyjnej Na tym ¶wiecie ambitniejszej Od niej nie ma. Tu rysunek, Tam malunek i do tego Social media. Wizerunek Hp-neta tam kreuje, ego Strony reperuje. Szczerze, Bardzo, bardzo szczerze mówi±c Cz³ek orkiestra, ¿ywa gwiazda. ¯yj nam wiecznie, twórz i kreuj. Koniec, basta - taki mus i ¯yraf pasta. --- ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() |
|
|
|
| Podziel siê z innymi: |
|
| Przejd¼ do forum: |




Nadal czujê siê na 17 lat, a ju¿ 26 na karku 





Gryffindor






