Logowanie
Nazwa użytkownika

Hasło



Nie masz jeszcze konta?
Zarejestruj się

Nie możesz się zalogować?
Poproś o nowe hasło
Instagram
Facebook
Shoutbox
Musisz się zalogować aby wysłać wiadomość.

Nieustraszony Gryfon
18.04.2021 01:24
No, moim zdaniem słabo to zrobili. Mogli puścić wszystkie części.

Uczeń Hogwartu
17.04.2021 22:26
Ja sobie od tamtego tygodnia w każdą sobotę robię seansik Harrego. W tamtą sobotę obejrzałam 1 część, a teraz oglądam 2.

Uczeń Hogwartu
17.04.2021 22:24
Moim zdaniem to bzdura, że TVN7 puściło 1, 3 i puści 5 część Harrego

Uczeń Hogwartu
17.04.2021 22:23
Hej

Pracownik Miodowego Królestwa
17.04.2021 20:56
no też mam takie nadzieje, że się uda gdzieś pochodzić jak człowiek

Współpraca
Najaktywniejsi

1) Prefix użytkownikaAlette

Avatar

Posiada 59611 punktów.

2) Prefix użytkownikafuerte

Avatar

Posiada 56577 punktów.

3) Prefix użytkownikaKatherine_Pierce

Avatar

Posiada 45775 punktów.

4) Prefix użytkownikaShanti Black

Avatar

Posiada 43981 punktów.

5) Prefix użytkownikaSam Quest

Avatar

Posiada 43024 punktów.

6) Prefix użytkownikaania919

Avatar

Posiada 38201 punktów.

7) Prefix użytkownikaulka_black_potter

Avatar

Posiada 36659 punktów.

8) Prefix użytkownikalosiek13

Avatar

Posiada 34114 punktów.

9) Prefix użytkownikabatalion_88

Avatar

Posiada 31890 punktów.

10) Prefix użytkownikaMarcus Clinton

Avatar

Posiada 30892 punktów.

Zobacz temat
Drukuj temat
CKM [zadanie nr 2]
Prefix użytkownikalosiek13
Ostatecznie zdecydowaliśmy się zamieścić prace z 2 zadania CKMu właśnie tutaj. Miłej lektury ; ]

Pierwsze miejsce:
Praca Hufflepuffu (3 935 słów):

Podążał pewnym krokiem, starając się nie okazywać złości ani irytacji. Przykleił na twarz sztuczny uśmiech, witał się z każdą osobą, którą miał nieszczęście mijać.
"Hogwart, Hogwart... wszędzie ten głupi Hogwart."
Uderzył ramieniem o jedną z uczennic. Spojrzała na niego z wyrzutem, ale nawet nie miał okazji jej przeprosić, bo zaraz uciekła na drugi koniec korytarza.
"Wojna się skończyła. Wszyscy są szczęśliwi, dlaczego teraz każda gazeta musi pisać w kółko o tym samym? Bitwa, Hogwart, Czarny Pan, Harrry Potter, Harry Potter i jeszcze więcej Harry'ego Pottera... z domieszką Hogwratu".
Jak on strasznie nie lubił tej szkoły. Kojarzyła mu się tylko z latającymi dookoła rozbestwionymi bachorami, którzy zamiast mózgów używają czarów. Przez siedem lat musiał tu tkwić jak kołek, dzielić sypialnię z bandą niewyżytych półgłówków. "Jaka jest twoja ulubiona drużyna, Greg?", "Która dziewczyna ci się podoba, Greg?", "Zrobiłeś pracę domową, Greg?". Na samą myśl chciało mu się wymiotować.

"Nie, musisz się kontrolować..."

Skierował się w stronę Cieplarni, gdzie miał wyznaczone spotkanie z opiekunką domu profesor Sprout. Kolejny, bezsensowny wywiad, w którym po raz setny będzie musiał słuchać, jak to wszyscy dzielnie walczyli, jaki Potter jest cudowny i jak to dobrze, że wszystko już się skończyło. Nie pomijając tego, jak to wiele jeszcze pracy przed nimi!

Sam się zaśmiał. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy w kółko przeprowadzał wywiady z bohaterami wojennymi i żadna ani razu go nie zaskoczyła. Może był młodym dziennikarzem, ale czy z tego powodu trzeba go tak katować? Jeszcze ta nieszczęsna Sprout...
- Dzień dobry pani profesor - powiedział uprzejmie w stronę uwalonej szambem starszej kobiety. Zmarszczył nos, ale poza tym wciąż wyglądał na wielce uradowanego tym spotkaniem. Opanowanie to podstawa.
- Och! Jak miło mi pana widzieć! - Podała mu swoją brudną dłoń, a on chcąc nie chcąc, musiał ją uścisnąć - Czekałam tutaj na pana. - Zatrzepotała swoimi rzęsami, a on starał się nie parsknąć śmiechem.
- Możemy zacząć? - zapytał grzecznie. Kobieta wskazała mu miejsce na jednym z krzeseł. Było równie brudne, jak podłoga. Starając się ukryć niechęć, zbliżył się do komody. Położył na niej swoją skórzaną torbę, ale mebel nie wytrzymał ciężaru i rozpadł się na jego oczach. W ostatniej chwili zdążył uskoczyć, lecz pech chciał, że wpadł w jedną z donic wypełnioną oślizgłym, śmierdzącym płynem.
- Cóż to takiego? - Profesor Sprout wskazała na fiolkę, która wypadła z torby wraz z pozostałymi ukrytymi w niej rzeczami. Młody dziennikarz wstał szybko i próbował ukryć eliksir, ale jego turkusowa barwa wyraźnie zaciekawiła wścibską kobietę. - Czy to nie vitacurus?

Jego myśli pędziły jako szalone... wyspa, Luxinframaris, Mary...z trudem je powstrzymał.

- Nie - powiedział bardziej do siebie. Odrzucił od siebie wszelkie nieprzyjemne wspomnienia. "Wywiad, skup się na wywiadzie" powtarzał w myślach. Jednak ciekawość wzięła górę. - Skąd pani wie?
- Och, och... mój drogi... - Pompona zachichotała, co nie wróżyło nic dobrego. - Opowiem Ci pewną historię...
- Nie, nie trzeba. Ja właściwie bardzo się...
- To był mój piąty rok nauki w Hogwarcie...

Za późno.



Tego pięknego, sobotniego dnia większość uczniów Hogwartu wylała się na błonia, by zażyć trochę słońca. Dziewczyny porozpinały bluzki do granic przyzwoitości, czasami nawet ją przekraczając, by tylko trochę się opalić. Chłopców całkowicie pochłaniało wpatrywanie się w koleżanki lub pływanie w jeziorze w towarzystwie wielkiej kałamarnicy. Nikt nie myślał o nadciągających egzaminach, liczył się tylko odpoczynek.

Pomona Sprout także wygrzewała się na słońcu. Leżała na trawie w pobliżu Zakazanego Lasu, gdzie nikt nie mógł jej dostrzec. Miała na sobie krótkie spodenki i obcisłą bluzkę, która doskonale uwidaczniała jej figurę... a raczej jej brak. Pomona nie należała do osób chudych, nie była też szczupła. Można by powiedzieć, że miała nadwagę, ale byłoby to wierutnym kłamstwem. Puchonka była najzwyczajniej w świecie otyła. Nic nie mogła na to poradzić. Taka się już urodziła. Przynajmniej tak sobie wmawiała.

Wspaniała pogoda sprzyjała fantazjom, a że Pompona należała do osób o wyjątkowo bujnej wyobraźni, to całkowicie odpłynęła wraz ze swymi myślami. Właśnie wyobrażała sobie swój pierwszy pocałunek, który w jej mniemaniu miała doświadczyć już wkrótce. Ćwiczyła go wielokrotnie wraz z poduszką, ale musiała to robić bardzo cicho, bo przecież nie miała własnej sypialni i ktoś mógłby ją usłyszeć.
Jednak praktyka w tej kwestii nie była najważniejsza. Pompona postanowiła sobie, że w tak ważny dzień będzie ubrana w różową suknię z falbankami, a we włosy wepnie czerwone róże i białe tulipany, jako znak swojej miłości i czystości. Jej wybranek złapie ją w pasie, przechyli ku zachodowi słońca i złoży na jej ustach pocałunek.
Puchonka wiedziała z kim chce TO zrobić. Chłopak nazywał się Heath Bale i był z Gryffindoru.



- Róże i tulipany we włosach? Serio?- Dziennikarz wydawał się być zażenowany.
- Och, byłam młoda i różne rzeczy chodziły mi po głowie...- Pomona zaśmiała się jak malutka dziewczynka. - Kontynuując...



"Och, jakbym chciała dotknąć jego wiecznie promiennej twarzy, jego blond włosów, które ciągle są w nieładzie, jego drobniutkiego noska z nielicznym piegami. Gdyby tylko mógłby objąć mnie swoimi silnymi ramionami!"
Jego obecność była niemalże namacalna. Prawie czuła oddech Heatha na swojej szyi.
- Cześć Poppy!- usłyszała znajomy głos za plecami. Podskoczyła przerażona i spojrzała z wyrzutem na dziewczynę, która przerwała jej rozmyślania. - Słuchaj! Nie uwierzysz, co się stało... - Keira Bloom, najlepsza przyjaciółka Sprout, jak zwykle znała całą masę plotek z życia hogwartczyków. Nie mogła usiedzieć spokojnie gdyby się nimi z kimś nie podzieliła. - Tylko obiecałam nikomu nie mówić...
Pomona westchnęła cichutko i łapiąc się gałęzi wiszącej tuż obok jej głowy podciągnęła się do pozycji siedzącej. Postanowiła, że zwierzy się dzisiaj przyjaciółce ze swoich uczuć do Heatha. Nie mogła dłużej dusić tego w sobie. Miała nadzieję, że Keira zachowa to dla siebie. Dziewczyna była dobrą koleżanką, ale miała zbyt długi język.
- ...właśnie wtedy zrzucili to wszystko na Stapkinsa i wysłano ich do Dippeta!- zakończyła podekscytowana Keira, a Pomona zdała sobie sprawę, że w ogóle nie słuchała dziewczyny.
- Poppy... W ogóle mnie nie słuchasz. Coś się stało?- Przyjaciółka wydawała się nieco obrażona, ale starała się to ukryć.
- Hmm, muszę Ci powiedzieć coś bardzo ważnego - odezwała się nieśmiało Pomona. - Obiecaj tylko, że nikomu nie powiesz. Złóż przysięgę!
- Przysięgę? Poppy, chyba nie wieczystą? - zapytała lekko zszokowana zachowaniem przyjaciółki Keira.
- Oczywiście, że nie. Przysięgę Nie Mówienia O Tym Nikomu. Powtórzysz to, co powiem. - Keira posłuszne pokiwała głową, teraz już z szerokim uśmiechem na twarzy. - Ja, Keira Bloom, przysięgam, że nie powtórzę nikomu, że Pomona Sprout, Puchonka z urodzenia i przeznaczenia zakochała się bez pamięci i do grobowej deski w Heath'cie Bale'u.
Dziewczyna, na początku nie zauważyła, że w słowach tego przyrzeczenia była już zawarta informacja, którą Pomona chciała jej przekazać. Dopiero po chwili dotarło do niej, co powiedziała.
- Ouu! Pomono Sprout, ty niegrzeczna dziewczyno! Haha.- Keira klasnęła z uciechy. - Możesz na mnie liczyć, nikomu nie powiem! A teraz lecę na obiad. Idziesz ze mną?
Pomona spojrzała na Keirę dość sceptycznym wzrokiem, po czym odmówiła. Chciała jeszcze troszkę nacieszyć się piękną pogodą.
- Przyjdę za jakieś 15 minut - rzekła, kładąc się z powrotem na trawie. Czuła się zagubiona. Zdawała sobie sprawę, że jej tusza może nieco wystraszyć jej ukochanego, ale przecież posiadał on dar dostrzegania serca pełnego namiętności! Doprawdy nie była tego pewna, ale nawet gdyby nie nabył umiejętności czytania jej duszy...



- Jak można czytać duszę?- przerwał opowieść dziennikarz. Profesor Sprout przez chwilę milczała, ale po chwili zaśmiała się głośno.
- Nie mam pojęcia! Tak czy inaczej...



...to z pewnością dostrzegłby niezliczoną ilość jej zalet. Miała w końcu śliczne loki, była mądra, bystra, inteligentna, słodka, wrażliwa, delikatna, romantyczna, skromna, kochana, dowcipna, silna...

Pół godziny później Sprout zdecydowała, że jednak pójdzie do Wielkiej Sali. Żołądek skręcał się jej z głodu, ustawa miała suche jak pieprz. Usiadła przy stole Puchonów i zabrała się za jedzenie. Wyobraziła sobie, jak Heath karmi ją tymi smakowitymi kurczakami, jak wyciera tłuszcz spływający jej po policzkach...
- Co jest, Poppy? - zapytała jedna z Puchonek. - Cała jesteś brudna...
- Och daj jej spokój, jest zakochana - odparła Keira z uśmiechem. Pompona spojrzała na nią ostrzegawcza, a ta tylko pisnęła "ups!".
- Naprawdę? Któż to taki? - zaśmiał się chłopak siedzący naprzeciw Keiry.
- Nie powiem! - powiedziała stanowczo dziewczyna. - Jako prawdziwa przyjaciółka złożyłam przysięgę, że będę milczeć jak grób! Znaczy... aż po grób. Groby mogą milczeć?
Policzki Pompony zrobiły się czerwone jak szata Heatha, ale mimo to spojrzała na koleżankę z uznaniem.
- Chyba nie powiesz mi, że to Alan Dinberc - zaśmiał się chłopak.
- Ty kretynie? Alan? - oburzyła się Keira. Odrzuciła swoje złote włosy. - Kim on jest przy takim Heathcie Bale'u...
Wszyscy spojrzeli ze dziwieniem na Poppy, oczekując od niej jakiejś reakcji. Normalny człowiek zapewne doszukałby się zainteresowania, ale Poppy dostrzegła tylko kpinę. Wstała i ze łzami w oczach krzyknę łado Keiry:
- Jak mogłaś mi to zrobić! Zaufałam ci!
Puściła się pędem w stronę cieplarni. Po drodze potknęła się o przewróconą zbroję, która leżała tuż przy schodach. Pomona spadła 4 stopnie w dół i poczuła dziwny chłód na części ciała przeznaczonej do siedzenia. Okazało się, że jej krótkie spodenki rozpruły się w szwie, robiąc przy tym ogromną dziurę na tyłku. Dziewczyna spojrzała na szczyt schodów, grupka Gryfonów już biegła w jej stronę. "Na pewno chcą mnie wytykać palcami i jeszcze bardziej upokorzyć" histeryzowała, nie dostrzegając troski w oczach starszych kolegówi. Poppy chciała znaleźć jak najdalej od poniżenia, jakie spotkało ją w pobliżu Wielkiej Sali. W połowie drogi do cieplarni zrezygnowała jednak z planu ukrycia się wśród roślin, z którymi spędzała więcej czasu niż z ludźmi. Nie miała zbyt dobrej kondycji i po chwili maszerowała już cała czerwona i oblana potem. Próbując łapczywie złapać oddech przylgnęła do najbliższej ściany i osunęła się na ziemię. Na zmianę szlochała, łapała oddech i wycierała oblaną niezbyt pachnącym potem twarz. Całe jej ciało drżało w rytm łkania.

Nagle ktoś złapał Pomonę za przedramię, jednocześnie wciskając jej w dłoń butelkę z jakimś eliksirem. Przestraszona i lekko zdezorientowana Sprout spojrzała w górę. Momentalnie zapomniała o swoim poniżeniu i szlochaniu. Twarz dziewczyny, która ją zaczepiła była z lekka przerażająca. Wszystkie mięśnie twarzy miała napięte, a oczy mocno wyłupiaste. Nagle odezwała się. Jej głos był mocno gardłowy, tak jakby nie tylko mięśnie twarzy były w stanie ciągłego napięcia.
- Jeżeli wypijesz to, wierz mi, spełnią się twoje najskrytsze marzenia... - Powietrze nagle zrobiło się jakby gęstsze, na zewnątrz pociemniało. Pomona zauważyła, że pod drzwiami do łazienki zaczęły wzbijać się w spirale tumany kurzu. Atmosfera zrobiła się co najmniej mroczna.
Przez chwilę słychać było tylko ciężkie dyszenie napastniczki, które po chwili ustało. Jednocześnie twarz dziewczyny wróciła do stanu, który można by nazwać normalnym. Dziewczyny wpatrywały się w siebie nawzajem - Pomona nieco przerażona, a właścicielka eliksiru szczerze zaskoczona. W tym momencie też pogoda wróciła do swego poprzedniego stanu. Słońce świeciło, ptaszki ćwierkały, a powietrze nasączone było rześkością.
- Co się stało? Gdzie ja jestem? I dlaczego rozmawiam z tobą? Nie znam Cię - powiedziała Krukonka, co Pomona wywnioskowała z niebiesko-brązowych pasów zdobiących jej bluzkę. Krukonka przerażona cofnęła się parę kroków, ale zdążyła jeszcze rzucić Pomonie. - Masz pęknięte portki!

Pomona nie miała pojęcia, co przed chwilą się wydarzyło. W zdziwieniu przyglądała się fiolce zawierającej eliksir, który podobno na zawsze miał odmienić jej życie. Pierwotne zdziwienie ustąpiło miejsca niemej radości. Jeżeli słowa szalonej Krukonki były prawdziwe, to będzie mogła być z Heathem. Wszystko wydawało się takie romantyczne, a raczej wydawałoby się takie, gdyby nie fakt rozdartych spodni, spoconego ciała i totalnego poniżenia przed całą szkołą.



- Czekaj, czekaj! Chce mi pani powiedzieć, że chciała wypić eliksir, który otrzymała od kompletnie obcej osoby?! -przerwał Pomonie dziennikarz pisząc każde słowo jak podczas dyktanda.
-Wiem, to było głupie. Ale wtedy byłam młoda i szalona, poza tym trochę jednak szukałam informacji o tym diabelstwie -wytłumaczyła Sprout.
- Doprawdy?- rzucił dziennikarz kończąc masować rękę i wziął do niej ołówek.



Następnego ranka Puchonka wstała taka szczęśliwa, jakby właśnie dowiedziała się, że wygrała w Galeototka całe dwieście tysięcy galeonów. Nie miała pojęcia, cóż jest tego przyczyną, ale nie przejmowała się tym. Eliksir miał zmienić jej życie, ale Krukonka... o ile to faktycznie była Krukonka, nie powiedziała dokładnie, na czym ów zmiana ma polegać. Puchonka przyjrzała się z bliska turkusowej barwie eliksiru i postanowiła przed użyciem sprawdzić jego działanie.
Ubrała się w luźny strój i wyszła z sypialni. Usiadła przy oknie w dormitorium, lecz wtedy ktoś zakrył jej oczy i zapytał.
- Zgadnij kto to!- usłyszała dziewczęcy głos.
- Czego chcesz Kaira?- spytała gniewnie Pomona, rozpoznając koleżankę.
- Chciałam przeprosić. Widziałam tą dziewczynę, która przed tobą uciekała. Coś jej zrobiłaś? -zapytała Kaira po czym dała jej w ramach przeprosin paczkę z Miodowego Królestwa.
- Nic jej nie zrobiłam - opowiedziała ponuro, otwierając podarowane pudełko czekoladek.
- Akurat!
- Przepraszam, ale muszę już iść na śniadanie. Jestem tak głodna, że zjadłabym hipogryfa z kopytami, szponami i skrzydłami - powiedziała Pomona starając się wyglądać wyniośle, choć niezbyt dobrze jej to wyszło, po czym opuściła dormitorium.
Nie poszła jednak do Wielkiej sali. Swoje kroki skierowała ku bibliotece. Miała nadzieję że znajdzie tam informacje, które pomogą jej zidentyfikować tajemniczy eliksir. Po wspięciu się na piąte piętro musiała na chwile przystanąć, by złapać oddech.
- O! Widzę, że masz nowe wdzianko, Sprout. - usłyszała prześmiewczy głos jednego ze Ślizgonów. - Wzmocniłaś je zaklęciem, żeby ci nie pękło?
Starała się nie zwracać uwagi na docinki i pośpiesznie weszła do mekki każdego mola książkowego. Od razu skierowała się do odpowiedniego działu. Porwała z regałów kilka ksiąg i zasiadła z nimi przy stoliku. Nie wiedziała, od której zacząć. Wzięła na chybił trafił "Eliksiry dla zaawansowanych". Nie znalazła tam jednak nic, co charakteryzowałby się turkusową barwą. Zawiedziona odłożyła podręcznik i zabrała się za wertowanie kolejnej księgi. Po kilku godzinach poszukiwań nadal nie miała zielonego pojęcia o tym, co znajduje się w kryształowej fiolce ukrytej w jej kufrze. Była tak zdeterminowana, że zrezygnowała z obiadu - na kolację zjadła 3 porcje pieczonych ziemniaczków. Nie było jej jednak dane zagłębiać się w kolejne woluminy, gdyż nagle usłyszała głos Kairy.
- Tu jesteś! Szukałam cię wszędzie. Co robisz w bibliotece?
- Czytam książki?
- Och. No tak. Ale, co robisz w takim razie w dziale poświęconym eliksirom? Byłam pewna, że zejdziesz na obiad. - Keira oparła ręce na biodrach i pokręciła z dezaprobatą głową.
- Hmm, pamiętasz jak pytałaś mnie co zrobiłam tamtej Krukonce?
- Tak, i co? - w jej głosie pojawiła się znana Pomonie nutka intrygi. Oczy błyszczały jej, jakby co najmniej przekazywano jej tajemnicę państwową. Inna sprawa, że nikt zdrowy na umyśle nigdy nie powierzał jej sekretu.
- Dała mi pewien eliksir, ale nie mogę nigdzie znaleźć informacji, jakie może być jego zastosowanie.
- A szukałaś w dziale ksiąg zakazanych?
O tym nie pomyślała. Nie mogła tam jednak wejść bez zezwolenia któregoś z profesorów.
- Ale przecież muszę mieć pozwolenie nauczyciela, inaczej nigdy mnie tam nie wpuszczą.
- Oj Pomona, Pomona, niczego się jeszcze ode mnie nie nauczyłaś? Powiedz Beerowi że szukasz informacji dotyczących jakiegoś zielska, a na pewno da ci ten świstek.
Poppy starała się odpowiednio dobierać słowa podziękowania, ale po chwili nie wytrzymała:
- Będę dzięki mogła temu spędzić Hethem życie z temu! Ogrodzie i naszym w sadzić kwiaty podlewać! MIŁOŚĆ AŻ PO GRÓB!- skończyła tak głośno, że Keira cofnęła się kilka kroków dalej. - Dziękuję moja najlepsza przyjaciółko!

Nadzieja pojawiła się na nowo. Sprout pośpiesznie udała się do szklarni numer 1, zostawiając Keirę samą w bibliotece. Wśród roślin przebywał profesor Herbert Beery. Na poczekaniu wymyśliła, że bardzo chciałaby się dowiedzieć nieco więcej o właściwościach jadowitej tentakuli, o której uczyć się mieli dopiero za rok. Kłamstwo szło jej bardzo ciężko. Nim spostrzegła, była zlana potem, czerwona na buzi i jąkała się przy każdym słowie. Mogłaby równie dobrze wypisać sobie na czole "Chcę pana zrobić w konia", a to i tak byłoby to mniej oczywiste, niż jej zachowanie. Na całe szczęście profesor Beery całą swoją uwagę skupił na tajemniczej roślinie, którą trzymał w doniczce, więc nie przyglądając się specjalnie Poppy, podpisał papierek.
Wieczorem tego samego dnia ściskała w swoich rękach pergamin z zezwoleniem na wstęp do działu ksiąg zakazanych. Bibliotekarka długo przyglądała się podpisowi nauczyciela, zapewne sprawdzając, czy nie jest podrobiony. Po kilku sekundach z grymasem na ustach zaprowadziła Pomonę do najgłębiej położonej części biblioteki, i pozwoliła jej wypożyczyć jedną ze znajdujących się tam ksiąg. Po wybraniu "Najsilniejszych eliksirów" bibliotekarka pośpiesznie wyprosiła Sprout, jakby obawiała się że ta zobaczy tam zbyt dużo. Pomona ponownie zasiadła przy stoliku przewracając pożółkłe stronice księgi. Na jednej z nich znalazła to czego szukała. "Vitacurus - eliksir wynaleziony na przełomie pierwszego tysiąclecia przez czarodzieja o imieniu Hisagi. Poprawnie uwarzony powinien być barwy turkusowej. ..."
- Na najbardziej obcisłe stringi żony Merlina! Toż to Heath będzie mój. Ten eliksir to cudo! - krzyknęła Pomona, szeptem przeczytawszy pobieżnie opis działania eliksiru. Sprout wydawała się być w siódmym niebie. Nie sądziła, że kiedykolwiek spotka ją takie szczęście. Odłożyła szybko książkę na miejsce i pognała do sypialni Puchonów. Otworzyła swój kufer i zaczęła wyrzucać z niego ubrania. W końcu znalazła to, czego szukała. Jej oczom przedstawiła się długa do kostek różowa suknia z falbanami. Prawdę mówiąc to ta suknia była jedną wielką falbaną, ale w oczach Sprout przepiękną.
Nagle do sypialni weszła Nancy Tuk, Puchonka z wielkim nosem.
- Ktoś na Ciebie czeka przed wejściem... - rzekła ospale.
- Na mnie? Kto? - zaciekawiła się Poppy, podnosząc się z ziemi. W ręku ciągle trzymając swą suknię.
- Ten blondyn w okularach z Gryffindoru.
Pomona zrobiła wielkie oczy i nic nie mówiąc wybiegła z sypiali. Wyglądała dość komicznie pędząc na złamanie karku z powiewającą jak flaga na wietrze falbaniastą suknią, która ciągle trzymała w rękach. Tak jak się spodziewała, przed Pokojem Wspólnym stał nie kto inny jak Heath Bale. Pomona zaczerwieniała się jak piwonia i bąknęła.
- Cześć.
Gryfon wyglądał na zniesmaczonego, ale jednocześnie bardzo się starał, żeby jego głos zabrzmiał bardzo męsko.
- Hmm, cześć. Masz chwilę żeby ze mną porozmawiać?- zapytał, po czym dodał.- Ładne masz dzisiaj włosy.
Pomona prawie umarła ze szczęścia. Doprawdy jej włosy nigdy jeszcze nie były aż tak roztrzepane, ale czy to miało wtedy jakiekolwiek znaczenie?
- Oczywiście, właśnie sobie przeglądałam magazyn modowy, więc zupełnie mi nie przeszkadzasz.- Puchonka, uznała, że przeglądanie magazynu modowego jest cool i musi skłamać.
- Ok... Wiesz, słyszałem, że skombinowałaś skądś taki jeden eliksir i hmm...No wiesz, może byś mi go pokazała, co?
-TAK!- wrzasnęła Poppy. Chłopak odskoczył i przez chwilę sprawiał wrażenie, jakby chciał uciec. Obłęd na twarzy Puchonki wyraźnie go przestraszył. - To znaczy, jasne.- Starała się poprawić. Jej głos miał zabrzmieć uwodzicielsko, ale Bale'owi przypominała bardziej pisklaka domagającego się robaka. - Bądź za 15 minut przy Sowiarni.
Pomona pofrunęła do sypialni w stanie błogiego szczęścia. Wyjęła eliksir z szuflady i postawiła na stoliku. Następnie zrzuciła z siebie ciuchy, które miała na sobie i wciągnęła swą różową suknię. Żałowała tylko, że nie posiada pończoch, które dodałyby jej atutów. Musiała zadowolić się podkolanówkami, w sumie co za różnica. Włosy spięła w kok na czubku głowy i powtykała w niego wielkie, sztuczne róże i tulipany. Podkradła przyjaciółce perfumy, które okazały się płynem do dezynfekcji. Szybko zamaskowała zapach odświeżaczem do powietrza. Buteleczkę z eliksirem włożyła do podkolanówki i ruszyła do Sowiarni.
Ludzie patrzyli na nią i ryczeli ze śmiechu, lecz ona nic sobie z tego nie robiła. Szła z podniesioną głową przez korytarze Hogwartu z myślą, że za chwile spełni się jej największe marzenie. Po drodze wstąpiła do Wielkiej Sali i zabrała dwie butelki soku dyniowego. Przemyślała wszystko dobrze i stwierdziła, że Heaht może nie być skłonny do wypicia eliksiru - nie na tym etapie ich związku. Postanowiła, że wleje eliksir do butelek z sokiem i zaproponuje Gryfonowi łyk czegoś orzeźwiającego, zanim zaczną rozmawiać. Uznała, że plan który wymyśliła jest godny umysłu samego Albusa Dumbledorer'a.
Gdy doszła do Sowiarni Heath już na nią czekał. Nie zauważyła na jego twarzy kpiącego uśmieszku. Nie przyszło jej do głowy, że chłopaka interesuje tylko eliksir, a nie uczucia Pompony.
- Fajna sukienka - rzucił patrząc w niebo i próbując powstrzymać nagły atak śmiechu.
- Serio ci się podoba? Dzięki! - Pomona zatrzepotała rzęsami.
- Wpadło ci coś do oka?
- Wiesz, przyniosłam nam sok dyniowy dla orzeźwienia...-powiedziała, ignorując pytanie chłopaka, chociaż przestała już mrugać, jak nawiedzona. - Napijesz się?
Bale wydawał się być zaskoczony, ale stwierdził, że sok dyniowy mu nie zaszkodzi.
- Jasne, dawaj go.
Pomona wyjęła spod sukni sok i podała jedną butelkę chłopakowi. Wzięła pierwszy łyk, ale Gryfon zawahał się. Eliksir zmienił trochę jego smak zdecydowanie nie na korzyść. dziewczyna skrzywiła się pod wpływem gorzkiego napoju. Nie zwracając na to szczególnej uwagi, Pomona zamknęła oczy i utworzyła ze swoich ust dziubek. Była pewna, że Heath postąpi tak samo. Po krótkiej chwili otworzyła oczy i spojrzała zszokowana na chłopaka. Ten wciąż stał jak słup ze szklanką soku w dłoni, zaintrygowany wyrazem twarzy Poppy. Dziewczyna rzuciła okiem na swoje dłonie, spojrzała na swoje odbicie na zabrudzonej odchodami posadzce, po czym wyciągając z włosów sztuczne kwiaty, odwróciła się na pięcie i wyszła.

Koniec.

- I co? To już? Jesteście razem aż po grób? - zaśmiał się kpiąco Greg.
- Właściwie to nie... - powiedziała po chwili zastanowienia Pompona. - Wtedy jeszcze tego nie wiedziałam, ale działanie eliksiru kompletnie mnie zaskoczyło. Tak czy inaczej, to nie był vitacurus, jak sądziłam.
- Nie? - zdziwił się dziennikarz. Uniósł wysoko brwi, po raz pierwszy okazując zainteresowanie.
- Nie wiem, czy dostrzegłeś moją infantylność na samym początku. Dzisiaj już to wiem, ale jako wyjątkowo głupia nastolatka nie sprawdziłam dokładnie działania tego osobliwego eliksiru. Tak czy inaczej vitacurus uzyskuje barwę turkusową dopiero po dodaniu kropli krwi osób, które zechcą się połączyć. A ja otrzymałam fiolkę bez tego ostatniego składnika, w dodatku pewnie nigdy bym się nie odważyła na wykorzystanie krwi. To takie złowieszcze.
- No tak... czyli to w ogóle nie był ten eliksir tak? - Młody mężczyzna spojrzał na kobietę z lekkim rozczarowaniem, po czym zmarszczył brwi. - Okropnie to naiwne łykać coś, czego się wcześniej nie sprawdziło.
- Nie musisz mi tego mówić! Ale czy tobie, jako nastoletniemu chłopcu, nie zdarzyło się nigdy zrobić czegoś zatrważająco głupiego? - zapytała lekko speszona profesor Sprout.
- Nie wiem... czasami wydaje mi się, że im starszy jestem, tym gorsze podejmuję decyzje. - powiedział ze śmiechem, chociaż przywołane wewnątrz wspomnienia pozbawiły go resztki humoru. Odrzucił szybko każde z nich i zapytał - Skoro to nie był vitacurus, to co? Jakiś napar z mięty?
- Ależ skąd! Jestem pewna, że to był jakiś eliksir. Jednak po latach poszukiwań, nie znalazłam o nim żadnych informacji. Nic a nic!
- To jakie było jego działanie? - rzucił z nutką niecierpliwości, której nie udało mu się zamaskować. - Faktycznie stało się to, czego pragnęłaś?
- Myślę... że tak - odpowiedziała spokojnie i uśmiechnęła się ciepło do dziennikarza.
- Znalazłaś miłość?
- Och, nie. Nie takie miało być działanie tej mikstury.
- To czego chciałaś? - Nie był w stanie zapanować nad tonem swojego głosu. Sam wyuczył w nim niedopuszczalną napastliwość. Gdyby usłyszał to jego szef, z miejsca by go zwolnił.
- Wydaje mi się, że tego, co wszyscy. - Greg nic z tego nie zrozumiał. Wciąż wpatrywał się w profesor Spout, jakby zobaczył ją po raz pierwszy w życiu. - Znaleźć swoje miejsce na świecie - dodała. - Nie chodzi o punkt na mapie, ale o ścieżkę, która decydujemy się podążać, jakąś taką pewność, że to co robimy, jest dobre. Eliksir pomógł mi zobaczyć świat takim, jakim był naprawdę. Bynajmniej nie chodzi o Heatha, który okazał się strasznie płytki... nawiasem nie znalazł żony po ukończeniu Hogwartu... przede wszystkim zobaczyłam siebie taką, jaką byłam, a wcale nie chciałam być. Nie wiem, cóż to była za mikstura, ale pomogła mi odnaleźć drogę do samej siebie. Rozumiesz?
- Ani trochę - powiedział z uśmiechem, który okazał się wcale nie być wymuszonym ani nieszczerym. Podrapał się z tyłu głowy z lekkim roztargnieniem. - Ale chciałbym też dostać taki eliksir.


Always


zapodaj.net/images/c4ff56e394964.jpg
 
Prefix użytkownikalosiek13
Miejsce drugie:

Praca Ravenclawu (2 053 słowa):

Czym się trułeś, tym się lecz


Było bardzo wcześnie. Całe dormitorium jeszcze spało, więc cichutko wyszła z łóżka i otworzyła okno. Przez kilka minut napawała się ciepłym, majowym powietrzem i starając się jak najciszej zamknąć okno, wyfrunęła z pokoju.

Pamiętając, że śniadanie jest najważniejszym posiłkiem dnia, powędrowała do Wielkiej Sali, która o tej porze była prawie pusta. Spałaszowała dwie porcje jajecznicy na boczku, a wszystko popiła ulubionym sokiem z dyni. Poklepując się po brzuchu ruszyła w stronę biblioteki, która była jej ulubionym miejscem w całym Hogwarcie. Co zresztą nie było szczególnie dziwne dla kogoś, kto należał do Ravenclawu.

Przed wejściem do biblioteki Rose ujrzała, że w jej stronę pędzi rozwścieczona pani Pince.
- Co robisz tutaj tak wcześnie? - warknęła bibliotekarka. - Przyznaj się!
- Chciałam tylko poczytać - odparła spokojnie dziewczyna, nie ukrywając zdziwienia wybuchem pani Pince.
Rose była stałą bywalczynią biblioteki i nigdy nie zachowywała się podejrzanie, dlatego też zachowanie kobiety wydawało się bardzo dziwne.
- O tej godzinie? Już ja was znam! Pewnie chciałaś coś ukraść!
- Coś się stało? - zapytała Krukonka, nie ukrywając poirytowania. - Przychodzę tu codziennie od pierwszego roku, dobrze mnie pani zna. Nie mam zamiaru nic wynosić, naprawdę.
- Czy coś się stało? - prychnęła kobieta. - Doprawdy, jesteście bezczelni...
- Z pewnością ma pani rację - przyznała dla świętego spokoju Rose. - Skąd taki wniosek?
- "Dziewięć tysięcy dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć sposobów uprzykrzania życia ludziom, cierpiącym na wadę wymowy"!, "Kompedium wiedzy o fobiach czarodziejów"! - zaczęła wyliczać pani Pince z każdym tytułem robiąc się coraz bardziej czerwona na twarzy. - "Gdy jesteś znudzony i chcesz komuś dokuczyć"! Te książki zniknęły wczoraj z mojej szuflady! A kto siedział do późna w bibliotece? Wy! - ryknęła oskarżycielsko.
Rose wpatrywała się w bibliotekarkę osłupiała. Była tak zaskoczona wybuchem kobiety, że nie za bardzo wiedziała, co powiedzieć.
- Wy, Krukoni z rocznika siódmego! - powtórzyła wcale nie zniżając głosu. - Skąd to wiem? Bo profesor McGonagall kazała napisać wam referat na temat właściwości transformujących krwi... Jakiegoś tam zwierzaka!
- I uważa pani, że to my ukradliśmy książki z pani prywatnej szafki? - zapytała dziewczyna unosząc brwi.
- Oczywiście - prychnęła. - Widziałam jak jedno z was uciekało stąd z czymś ciężkim. A uwierz mi, prawie dziesięć tysięcy sposobów, to baaardzo obszerna lektura. Tak więc jazda mi stąd! Ale już!
Pani Pince odprowadziła Krukonkę wzrokiem, dopóki ta nie zniknęła za rogiem korytarza. Rose zastanawiała się, kto z Ravenclawu mógł ukraść te książki. Przecież na pewno nie należały do Działu Ksiąg Zakazanych.

Pokój Wspólny Krukonów zaczynał powoli budzić się do życia. Do zajęć pozostały jeszcze prawie dwie godziny, które Rose chciała spożytkować, odrabiając zadanie domowe. Szybko jednak przypomniała sobie, że to niemożliwe, ponieważ pani Pince nie pozwoliła jej wypożyczyć ani jednej potrzebnej książki. Postanowiła więc pójść do dormitorium z nadzieją, że jej współlokatorki nie śpią. Kiedy weszła do pomieszczenia, jej oczekiwania się spełniły i jej najlepsza przyjaciółka Ves już była na nogach.
- Hej, poranny ptaszku - przywitała ją wesoło dziewczyna.
- Hej, hej...
- Co ty taka przybita od samego rana? - zagadnęła Ves, a po chwili na jej twarzy pojawiło się prawdziwe przerażenie. - Boże, jednak dostałaś "Powyżej Oczekiwań", zamiast "Wybitnego" z ostatniego testu z Zaklęć?
- Co? Nie! - odparła Rose, przerażona samą perspektywą dostania "Powyżej oczekiwań" z jakiegokolwiek przedmiotu. - Chodzi o bibliotekę. Pamiętasz, kto wczoraj wychodził z niej ostatni?
- Nie mam pewności - zaczęła Ves marszcząc czoło. - Ale chyba ostatniego widziałam tam Kwiryniusza. Kiedy wychodziłam, wciąż ślęczał nad wypracowaniem dla McGonagall.

Rose opowiedziała przyjaciółce dokładnie, co zaszło dzisiaj rano w bibliotece, nie pomijając żadnego słowa, które pani Pince wykrzyczała jej w twarz.
- Swoją drogą, to całkiem zabawne - zauważyła rozbawiona Ves. - Wyobrażasz sobie Quirrella studiującego "Dziewięć tysięcy, dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć sposobów na uprzykrzenie życia ludziom cierpiącym na wadę wymowy"? Przecież to zupełnie do niego niepodobne!
- Jeśli to rzeczywiście on ukradł tę książkę i wyciągnął jakieś wnioski z lektury, to biedny Marvin Stuterrer ma przechlapane - odparła ze śmiechem Rose.
- Błagam, wada wymowy przy takim nazwisku?
- Nie sądzę, żeby to był Kwiryniusz - powiedziała już całkiem poważnie Rose. - Chociaż ta jego obsesja na punkcie czarnomagicznych stworzeń...
- No tak, na pewno jest trochę stuknięty, ale TAKICH książek z pewnością by nie ukradł!
Dziewczyny zaniosły się śmiechem, po czym zaczęły się szykować na pierwsze tego dnia zajęcia.

Profesor McGonagall, pracująca na stanowisku nauczyciela transmutacji od niedawna, przywiązywała ogromną wagę do punktualności. Spora liczba uczniów tęskniła za czasami, kiedy zajęcia prowadził wyluzowany profesor Dumbledore, który obecnie trzymał całą szkołę w ryzach na stanowisku dyrektora. Transmutacja była przedmiotem łączonym, a Krukoni te właśnie zajęcia mieli razem ze Ślizgonami. Nigdy nie było między nimi większych zgrzytów, ale każdy wiedział, że Quirrell ma zatargi z Lucjuszem Malfoyem.

Rose i Ves wbiegły zdyszane do klasy i zajęły miejsca za Kwiryniuszem i jego kolegą Johnem.
- Pss - Szepnęła Rose do koleżanki. - Popatrz na Quirrella.
- Pewnie całą noc czytał "Życie społeczne trolli górskich w XIII wieku", lub coś równie "wciągającego".
Dziewczęta zachichotały głośno, jednak zaraz zwróciły uwagę na dziwne zachowanie kolegi.
Niewyspany i potargany Quirrell zerwał się z miejsca i podbiegł do pustego jeszcze biurka profesor McGonagall.
- Czy pani też używa pasty do butów "Czar-błysk"? - zwrócił się do krzesła. - Tak, wiem, jest strasznie niewydajna! Nie wiem, jak oni mogą coś takiego sprzedawać!
Uczniowie wytrzeszczyli na niego oczy, a zdezorientowany John zaciągnął Kwiryniusza z powrotem do ławki.
- Stary, odbiło ci? - warknął do niego. - Zachowujesz się dziwnie od wczoraj, opanuj się!
Rozbawioną klasę uciszyło dopiero wejście profesor McGonagall, która machnięciem różdżki zebrała wszystkie wypracowania.
Tego dnia musieli transmutować swoje podręczniki w kocięta. Rose i Ves radziły sobie jak zwykle świetnie, jednak, ku zdziwieniu reszty uczniów i samej McGonagall, Quirrell nie zamienił ani jednej książki w kota i przez połowę lekcji mamrotał coś do niewidzialnej postaci obok siebie.

Po zakończeniu zajęć McGonagall przywołała Krukona do siebie, co oprócz Rose i Ves obserwował wyraźnie zaniepokojony Malfoy.
- Panie Quirrell, czy aby na pewno wszystko z panem w porządku? - zapytała, patrząc na niego surowo. - Może powinien pan udać się do Skrzydła Szpitalnego?
Chłopiec spojrzał na nią zdziwiony i zdezorientowany rozejrzał się po klasie.
- Co ja tutaj robię?
Rose i Ves wymieniły spojrzenia, a Lucjusz Malfoy jakby pozieleniał na twarzy.
- Przecież przed chwilą byłem w bibliotece - powiedział Kwiryniusz, a w jego głosie było słychać panikę. - Co ja tutaj robię? Nic nie pamiętam!
- Na litość boską, uspokój się, chłopcze - warknęła McGonagall, chociaż na jej twarzy malował się niepokój. - Zaprowadzicie go do pani Pomfrey. - Dziewczęta pokiwały posłusznie głowami i podeszły do Quirrella. - A ty co jeszcze tutaj robisz, Malfoy?
Ślizgon niezdarnie pozbierał z ławki książki i niemal wybiegł z sali. Przy wyjściu z pomieszczenia na podłodze leżała obrzydliwa gałka oczna, a obok trochę poobrywane piórko. Rose, zauważywszy to, postanowiła schować znaleziska do kieszeni.
- Zaraz się porzygam, ale to może się przydać - wyszeptała do Ves.

Cała trójka wyszła z klasy, a rozdygotany Quirrell upuścił swoją torbę na ziemię. Wtedy wypadły z niej książki, które wczoraj wieczorem skradziono z biblioteki.
- To nie moje - jęknął chłopak i złapał się za włosy. - Możecie mi powiedzieć, o co tutaj chodzi?
Dziewczyny pociągnęły go w stronę Skrzydła Szpitalnego i opowiedziały mu całą historię: zaczynając od zdarzeń w bibliotece po właśnie zakończone zajęcia z transmutacji.
Quirrell nie pamiętał nic, odkąd po kolacji poszedł do biblioteki, żeby napisać wypracowanie.
- Po wyjściu z Wielkiej Sali czułem się trochę dziwnie, ale myślałem, że to z przemęczenia - wyjaśnił zmartwiony. - Mamy przecież tyle nauki, w tym roku kończymy szkołę...

Skrzydło Szpitalne było prawie puste, nie licząc osoby, która leżała na łóżku za parawanem i głośno wymiotowała.
- Och, przestań, nic ci nie będzie - warknęła pani Pomfrey wychodząc zza parawanu. - Co tym razem, ból brzucha, głowy, rewolucje żołądkowe? - zapytała krzywiąc się na widok Krukonów.
- Zanik pamięci - odpowiedziała poważnie Rose, wskazując na Kwiryniusza.
Po raz kolejny opowiedziała tę samą historię, na co pani Pomfrey zmarszczyła czoło.- Mówisz, że nigdy byś czegoś takiego nie zrobił? - zapytała. - Nie no, jasne, że nie. Jesteś Krukonem - odpowiedziała za Quirrella, który już otwierał usta, żeby się odezwać.
Za parawanem znowu ktoś zwymiotował, a cała czwórka skrzywiła się na ten odgłos.
- To mi wygląda na działanie eliksiru - powiedziała pani Pomfrey. - Wezwę tutaj profesora Slughorna, zaczekajcie.
- Eliksiru? - Quirrell zbladł. - Kto mógłby podać eliksir mnie? Przecież nikomu nigdy nic nie zrobiłem!
Rose i Ves spojrzały na siebie i w tym momencie wszystko zaczęło nabierać sensu. Jeszcze tylko Slughorn musi potwierdzić, że to rzeczywiście eliksir tak załatwił Quirrella.

- Eliksir Osobliwej Transmutacji - skwitował krótko Slughorn po usłyszeniu całej historii. - Zmienia cechy tego, który go wypił, na przeciwne. A to, co trzymacie w rękach, to jego składniki: pióro Dirikraka i oko bazyliszka. - Ves wpatrywała się z obrzydzeniem na obracającą się w jej dłoni gałkę oczną.

Nagle do sali szpitalnej wpadł John. Dziewczyny pokrótce streściły mu co zaszło. Cała trójka postanowiła na razie nie zgłaszać tego, kto stoi za odurzeniem Kwiryniusza. Jednak to, co chcieli zrobić, równało się złamaniem kilku punktów regulaminu.
Postanowili zostawić odurzonego Quirrella w Skrzydle Szpitalnym, sami zaś wrócili do pokoju wspólnego, aby omówić kiełkujący w ich głowie plan.

*


Rose, Ves i John nie spodziewali się, że lekcja eliksirów będzie kosztować ich tak wiele nerwów. W szafce obok półki z ingrediencjami, w małej fiolce stała ich broń przeciwko Lucjuszowi Malfoyowi. Pod koniec zajęć, kiedy reszta uczniów opuściła salę, a profesor Slughorn udał się na zaplecze, Rose przywołała eliksir zaklęciem Accio. W pokoju wspólnym czekał już na nich wtajemniczony Kwiryniusz, który, po wysłuchaniu odpowiedniej ilości narzekań pani Pomfrey został wypuszczony ze skrzydła szpitalnego.
Rozradowany schował podaną mu przez Rose fiolkę.
Ostatnią częścią zadania było tylko napojenie eliksirem Ślizgona.

W Wielkiej Sali, jak zwykle w porze obiadu, panował niesamowity tłok i gwar. Przy wejściu do pomieszczenia, przy końcu stołu Ślizgonów siedział roześmiany Lucjusz Malfoy. Nieopodal ukryta za drzwiami Rose dała znak swojej przyjaciółce. Gwar przerwał głośny huk rozbitego posągu niedaleko stołu nauczycielskiego. W tym momencie Ves, korzystając z nieuwagi Malfoya i jego przyjaciół, którzy zerwali się z miejsc, zakradła się do pucharu Ślizgona i wlała do niego zawartość małej buteleczki. Zaraz po tym oddaliła się szybko do stołu Krukonów i szepnęła do Johna.
- No to czekamy...

Quirrell wychodził z obiadu samotnie, ponieważ jego przyjaciele postanowili zobaczyć, jak daleko pójdzie dochodzenie w sprawie rozbitego posągu. Kiedy szedł powoli korytarzem, usłyszał, że ktoś go woła.
- Kwiryniuszu, zaczekaj!
Chłopak odwrócił się ostrożnie, a kiedy ujrzał postać, która go nawołuje, wytrzeszczył oczy ze zdziwienia. Lucjusz Malfoy.
- Chciałem z tobą porozmawiać - powiedział blondyn, a Quirrell zauważył wokół jego oczu dziwną obwódkę. - Myślę, że czas zakończyć nasze spory. Zachowywałem się wobec ciebie... no cóż, jak kretyn.
Krukon spojrzał dziwnie na Malfoya i uśmiechnął się pod nosem. W głowie zaświtał mu pewien plan.
- Chyba wiem jak możesz mi to wynagrodzić - odparł poważnie Kwiryniusz.

Stajnia testrali znajdowała się na polanie niedaleko chatki Hagrida. Chociaż nie każdy był w stanie zobaczyć te stworzenia na własne oczy, to przetrawione pozostałości po porannej trawce już tak. Rose, Ves, John i Kwiryniusz stali z założonymi na piersiach rękami i zaśmiewali się do rozpuku z Lucjusza Malfoya, arystokraty, który umazany po same uszy w odchodach, sprzątał brudną stajnię.
- Za jakieś trzydzieści sekund eliksir powinien przestać działać - powiedziała zadowolona Rose. - Chcę zobaczyć jego minę!
I rzeczywiście, po chwili rozanielony i nieco nieobecny Malfoy potrząsnął głową i rozejrzał się dookoła. Na jego twarzy malowało się obrzydzenie pomieszane z przerażeniem.
- Co, do cholery - jęknął, a jego wzrok przesunął się na czwórkę wpatrujących się w niego Krukonów.
- Uśmiech! - krzyknęła rozbawiona Ves i pstryknęła Ślizgonowi zdjęcie swoim nowym aparatem. - Możesz być pewien, że rozwieszę te zdjęcia w całym Hogwarcie!
- Ach, dzięki Merlinowi za te ruchome zdjęcia - zaśmiał się Kwiryniusz. - W pełni oddadzą twoje emocje!
Cała czwórka obróciła się na pięcie i zaśmiewając się do rozpuku ruszyła w stronę Hogsmeade.
- To co, kremowe piwo? - zagadnął uśmiechnięty od ucha do ucha Quirrell.
- Jasne! - odparli równocześnie.
- MÓJ OJCIEC WAS ZNISZCZY!!! - darł się wniebogłosy Malfoy. - POŻAŁUJECIE TEGO!!!
Krukoni spojrzeli na siebie i jeszcze raz się głośno roześmiali. Ves pomachała im jeszcze raz przed oczami zdjęciem Ślizgona, uradowana, że w końcu będą mogli dać mu nauczkę.


Always


zapodaj.net/images/c4ff56e394964.jpg
 
Prefix użytkownikalosiek13
Miejsce trzecie:

Praca Gryffindoru (6 385 słów):

"Łza"




"... nie żałuj umarłych, żałuj żywych, a szczególnie tych, którzy żyją bez miłości."
~Albus Dumbledore

Była noc. Gwieździste niebo okrywał szal utkany z szarych chmur. Srebrzysty sierp chował się za nim, tak jakby się czegoś obawiał. Niespokojny wiatr targał korony drzew. Nareszcie nadszedł maj, a hogwardzkie błonia cieszyły oczy zielenią.
Wszyscy uczniowie już spali. W zamku paliła się tylko jedna świeca. Jej płomień był wystarczająco duży, by oświetlić gabinet ówczesnego dyrektora Hogwartu, profesor Minerwy McGonagall. Gabinet nie zmienił się specjalnie od czasów Albusa Dumbledore'a. Łączył sypialnię oraz pokój dzienny. Ściany były zrobione z szarych cegieł. Obok znajdowały się regały, po brzegi zapełnione książkami. Tradycyjnie, jak w każdym pomieszczeniu Hogwartu, był tu spory kominek, na przeciw którego, na dywanie, stały dwa fotele. Oprócz tego znajdowało się potężne, dębowe biurko, które zdobił posążek kota. Na ścianie za biurkiem wisiały portrety wszystkich dyrektorów Hogwartu.
Zdenerwowana profesor McGonagall chodziła tam i z powrotem. Ubrana była w kremową koszulę nocną i biały szlafrok. Siwe włosy niedbale opadały falami na jej ramiona, a zaciśnięte do granic możliwości wargi, zdradzały niepokój i wzburzenie.
- Minerwo, uspokój się! Nie z takich opresji wychodziłaś. Teraz powinnaś się przespać - rzekł portret profesora Albusa Dumbledore'a, który z bardzo zatroskaną miną śledził wzrokiem miotająca się kobietę.
Profesor McGonagall zignorowała te słowa. Nie była w stanie pójść do sypialni, położyć się i tak po prostu zasnąć.
- Gryfoni... - westchnęła postać z obrazu przedstawiającego Phineasa Black'a.
McGonagall rzuciła mu ostre, pełne jadu spojrzenie i dalej krążyła po gabinecie.
- I co ja mam teraz zrobić? A jeśli ten chłopak się nie obudzi? - dyrektorka traciła resztki samokontroli i była bliska płaczu.
- Minerwo! - wrzasnął portret Severusa Snape'a. - To Ślizgon, wyjdzie z tego. Na Twoim miejscu, zacząłbym szukać śladów. Może dowiemy się, kto stoi za śpiączką tego ucznia - dodał chłodnym tonem.
- Sugerujesz, że mam szukać winowajców, tak? Zamiast martwić się o tego chłopca? Typowo ślizgońskie podejście! - fuknęła ze złością profesor McGonagall.
- Pff - westchnął Snape. - Jeśli będziesz wiedziała kto popełnił tak niecny czyn, to uzyskasz również informację, co spowodowało jego stan. - na twarzy Mistrza Eliksirów pojawił się kpiący uśmiech.
Minerwa McGonagall otwierała już usta, by jadowicie odpowiedzieć Severusowi, gdy nagle do gabinetu wpadł profesor Elias Wagner.
- Już jestem! - powiedział zdyszany. - Jeszcze raz naślesz na mnie tego skrzata domowego, to przyrzekam, że złożę rezygnacje! - krzyknął.
- Mógłbyś tak nie wrzeszczeć. - odpowiedziała roztrzęsiona dyrektorka.
Profesor Wagner pochodził z Niemiec i tam też uczęszczał do szkoły. Miał ponad 60 lat, ale wyglądał na nieco mniej. Był przyjacielem Minerwy i po jej namowach zgodził się objąć stanowisko nauczyciela obrony przed czarną magią. Elias wyglądał na bardzo życzliwego człowieka, ale niestety był jeszcze bardziej, jeśli to w ogóle możliwe, surowy niż McGongall. Miał kasztanowe włosy, sięgające do ramion, które wiązał w kucyk. Charakteryzował się bardzo przenikliwym spojrzeniem. Uczniom wydawało się, że szare oczy profesora widzą dosłownie wszystko. Był dość wysoki i wysportowany. Wtedy, stojąc na środku gabinetu dyrektor McGonagall, w niebieskiej piżamie i granatowym szlafroku, nie przypominał tego wymagającego profesora, który wzbudzał wielki respekt wśród uczniów Hogwartu.
Nagle do gabinetu weszli profesorowie: Longbootom, Slughorn i Hagrid. Wszyscy wyglądali jakby przyszli na piżamowe party, brakowało im tylko poduszek i przytulanek.
- Witajcie! - zawołał Hagrid. Nie było to tak, jak zwykle, radosne "witajcie", lecz smutne i zatroskane.
- Dobry wieczór wszystkim. Minerwo, musiałaś nas ściągać o tej porze? Uważasz, że niewyspani coś zdziałamy? - odrzekł ziewając profesor Horacy Slughorn.
- Wydarzenia dzisiejszego wieczoru są dla mnie niewytłumaczalne. Myślę, że jeśli jak najszybciej nie zaczniemy czegoś robić, to ten chłopak umrze!
- Ten uczeń, to Nicolas Parker ze Slytherinu...? - niepewnie zapytał Neville.
- Tak to on - odrzekła profesor McGonagall i posmutniała jeszcze bardziej.
- Lubię tego chłopca. Ma głowę do eliksirów! Szkoda mi go. Jest sierotą. Dobrze, że zaprzyjaźnił się z młodym Malfoyem. - westchnął i po chwili dodał profesor Slughorn. - Minerwo, masz jakiś plan działania?
Zanim profesor McGonagall zdążyła cokolwiek powiedzieć, wtrącił się portret Albusa Dumbledore'a.
- Moi drodzy, co powiecie na myślodsiewnię? - uśmiechnął się serdecznie, a w jego błękitnych oczach pojawił się błysk.
Wszyscy odwrócili głowy w kierunku portretu. Zadziwione miny grona pedagogicznego trochę rozśmieszyły niektóre portrety dawnych dyrektorów Hogwartu. Kamienna myślodsiewnia, leżała w tym samym miejscu co zawsze. Profesor McGonagall powoli wyjęła ją z szafki i położyła na potężnym biurku. Choć pomysł Dumbledore'a był niezrozumiały dla profesorów, zgodzili się, że nie pozostaje im nic innego jak zaufać byłemu dyrektorowi. Po dłuższej chwili ciszy, w której było słychać tylko wycie wiatru, odezwał się Hagrid.
- Ja... Ja chyba coś widziałem, zanim przyniosłem tego chłopca do skrzydła szpitalnego - powiedział niepewnym głosem. Profesor McGonnagall podeszła do niego bez słowa i przyłożyła mu różdżkę do skroni. Gdy ją oderwała, srebrna mgiełka zaczęła wydostawać się spomiędzy czarnych, poplątanych włosów Hagrida. Delikatnym, a zarazem zdecydowanym ruchem dyrektor potrząsnęła różdżką, a dziwna substancja, ni to gaz, ni to ciecz, zawisła na jej końcu. Profesor McGonnagall szybkim krokiem podeszła do biurka i zanurzyła ową substancję w myślodsiewni. Gdy tylko to uczyniła, gładka tafla zawartych w niej wspomnień zaczęła się marszczyć, tworząc rozchodzące się ku brzegom naczynia okręgi.
Wszyscy obecni w gabinecie spojrzeli po sobie niepewnie, a potem Elias Wagner jako pierwszy zanurzył się w kamiennej misie i zniknął. Po nim to samo uczynili profesor Slughorn, Longbottom i Hagrid. Jako ostatnia do myślodsiewni weszła profesor McGonnagall, pełna obaw przed tym co mogą tam zobaczyć.
Wylądowali w Trzech Miotłach. Pub był zatłoczony jak zawsze, a zewsząd dochodziły głosy podekscytowanych uczniów.
- Tam jestem. - powiedział Hagrid. Obrócili się i zobaczyli go tuż za sobą. Siedział sam przy okrągłym stoliku, na którym stało kilka opróżnionych szklanek po ognistej whisky. Opierał przechyloną głowę na jednej ręce, a jego spojrzenie było dość mętne i rozkojarzone. Profesor McGonnagall już chciała zapytać, co to wszystko ma znaczyć i niby w jaki sposób wspomnienie podchmielonego Hagrida ma im pomóc w rozwiązaniu sprawy, gdy z drugiego końca sali dobiegł ich głośny okrzyk.
- Za wygraną Gryfonów!- był to James Potter, który siedział przy dużym stole w towarzystwie całej drużyny Quiddicha i paru innych Gryfonów.
- I wielką przegraną Ślizgonów!-dodał Albus, brat Jamesa. Na te słowa wszyscy ryknęli śmiechem i wznieśli puchary z kremowym piwem. - To był naprawdę świetny mecz - dodał.
Mimo iż uczniowie siedzieli parę stolików dalej, profesorowie doskonale słyszeli o czym rozmawiają.
- A widzieliście minę Scorpiusa Malfoya? - zapytał uradowany Larry Nielsen, jeden z pałkarzy.
- Myślałem, że się rozpłacze jak James złapał znicza. Gdy tylko wylądował, cisnął miotłę o ziemię i wybiegł ze stadionu.
- Jego wściekłość i rozczarowanie są dla mnie najlepszą nagrodą - powiedział James szczerząc zęby w szerokim uśmiechu - Wujek Ron zawsze powtarzał, że Scorpius będzie tak samo nadętym gnojkiem jak jego ojciec, Draco. Oczywiście nigdy nie odważyłby się powiedzieć tego w obecności cioci Hermiony - zakończył wymieniając porozumiewawcze spojrzenie z Rose Weasly, a Gryfoni zachichotali.
- Nie ma co, ten wasz wuj Ron zna się na ludziach- zaśmiał się Dereck Stone, najlepszy kolega Jamesa.
Nauczyciele z uwagą przyglądali się tej scenie, wsłuchując się dokładnie w każde słowo uczniów. W pewnym momencie uwagę profesora Wagnera przyciągnął chłopiec, który powoli i ukradkiem podchodził do stolika, przy którym siedzieli uczniowie Gryffindoru. Elias znał tego chłopca. Był to Nicolas Parker, Ślizgon, ucznień piątej klasy i najlepszy przyjaciel Scorpiusa Malfoya. Wagner pomyślał, że chce podsłuchać co Gryfoni mówią o jego koledze, jednak Nicolas wydał mu się jakiś dziwnie niespokojny.
- Gratulacje Potter. - powiedział głośno, gdy podszedł do Jamesa.
Jego przybycie sprawiło, że oczy wszystkich siedzących przy stoliku zwróciły się na niego. Po chwili Gryfoni spojrzeli na Jamesa, wyraźnie oczekując jego reakcji. Parker wykorzystał tę chwilę ich nieuwagi i szybkim ruchem przesunął zaciśniętą pięść nad kufel Jamesa. Wydobyło się z niej kilka kropli jakiegoś płynu i Nicolas natychmiast odsunął rękę. Trwało to zaledwie ułamek sekundy i wydawało się, że nikt tego nie zauważył.
- Czego chcesz? - zapytał groźnie duży i barczysty obrońca drużyny Gryffindoru.
- Chciałem tylko pogratulować wam wygranego meczu - odpowiedział jadowitym głosem Nicolas - Ale najwyraźniej jesteście zbyt zarozumiali, żeby przyjmować komplementy od kogokolwiek - powiedział wykrzywiając wargi w złośliwym uśmiechu i odwrócił się by odejść.
- A może nasz miły Ślizgoński kolega opije z nami wygraną - krzyknął za nim Albus wprawiając Gryfonów w jeszcze większe zdumienie.- No dalej, chodź - przywołał Nicolasa gestem ręki.
- Accio kremowe piwo - dodał, a kufel wypełniony po brzegi piwem wyrwał się z rąk Madame Rosmerty i poszybował w stronę Albusa. Nicolas spojrzał na niego podejrzliwie, ale podszedł z powrotem do grupy Gryfonów.
- Al, po co go tu zapraszasz? Przecież go nie znosimy - zdezorientowany Larry spoglądał to na Albusa, to na Parkera.
- Z wzajemnością Nielsen - syknął Nicolas i z odrazą rozejrzał się po obecnych Gryfonach, zatrzymując spojrzenie na Larrym. W tym momencie Albus szybkim, sprawnym ruchem różdżki zamienił miejscami kufel Jamesa i kufel Ślizgona. Elias pomyślał, że chłopiec musiał dostrzec jak Parker dolewa czegoś do piwa jego brata.
- Larry, nie bądź taki niemiły dla naszego ulubionego Ślizgona - rzekł Al i ukradkiem rozejrzał się by mieć pewność, że nikt nie zauważył co zrobił. - Więc jeszcze raz, za wygraną Gryffindoru! - wzniósł puchar i wziął duży łyk piwa, a inny zrobili to samo. Nicolas po chwili wahania również upił odrobinę napoju i w jednej sekundzie padł na podłogę.
Gryfoni wpadli w panikę, a w pubie wybuchły przerażone okrzyki. Nicolas leżał sztywno na podłodze i wyglądał jak martwy. Było w tym coś bardzo dziwnego. Jego ciało było wyprostowane, z rękami ułożonymi wzdłuż tułowia, zupełnie tak, jakby Ślizgon sam się tak położył. W niczym nie przypominało to upadku. Jednak szczególnie dziwna była jego twarz, cała papierowo biała, na której malował się wyraz głębokiego spokoju, a zarazem jakiegoś dziwnego przerażenia. Oczy miał zamknięte, nie poruszał się.
- Co mu się stało?- zapiszczała Rose. - Czy on żyje?
Całe to zamieszanie wyrwało z otępienia zamroczonego ognistą whisky Hagrida. Zerwał się na nogi, podbiegł do nieprzytomnego ucznia. Nie czekał na żadne wyjaśnienia. Wziął Nicolasa w ramiona i wybiegł z Trzech Mioteł.
Wszystko się rozmyło. Profesorowie znaleźli się z powrotem w gabinecie dyrektora szkoły.
- Hagridzie, dlaczego nam o tym wcześniej nie powiedziałeś? - zapytała zdenerwowana i blada jak ściana profesor McGonnagall.
- Ja... Ja nie miałem pojęcia. Wypiłem wtedy troszku ognistej whisky, a potem zdenerwowałem się jak zobaczyłem tego nieprzytomnego ucznia i cholibka zapomniałem o tym. Przepraszam pani psor... - jęknął przejęty Hagrid.
- Musimy dowiedzieć się, co Parker dolał Potterowi do piwa - powiedziała stanowczym głosem profesor McGonnagall. Była coraz bardziej zdenerwowana. - Horacy, masz jakiś pomysł? Wiesz co to mogło być?
- Chyba wiem Minerwo... - rzekł pełnym smutku głosem Slughorn.
Po raz kolejny zanurzyli się w myślodsiewni, jednak tym razem znaleźli się w ciemnym lochu, oświetlonym przez migoczące, niebieskie płomienie świec, osadzonych w ścianach. Trwała lekcja eliksirów.
- Jak już wam mówiłem - ciągnął Slughorn, swoim niskim, głębokim głosem, który odbijał się od ścian lochu. - Pokażę wam dziś niezwykły i zarazem przerażający eliksir. Tak, tak Malfoy, dobrze słyszałeś, naprawdę przerażający - powiedział, patrząc na Scorpiusa Malfoya, który uśmiechał się sceptycznie.
- Tego eliksiru nie ma w programie piątej klasy, a nawet szóstej, czy siódmej. Może nie powinienem wam go pokazywać, ale przecież nikt z was nie zdołałby go uwarzyć - powiedział Slughorn i wybuchnął śmiechem.
- Śmiem twierdzić, że nie zrobiłaby tego nawet panna Rose Weasley, mimo, iż jest moją najlepszą uczennicą.
Na te słowa paru Ślizgonów zaśmiało się kpiąco, ale Slughorn ich zlekceważył.
- Panie profesorze, niech pan powie co to za eliksir - z wyraźnym zaciekawieniem zawołał James Potter.
- No już dobrze, dobrze. A więc, moi drodzy, przedstawiam wam Eliksir Utraconego Szczęścia - powiedział Slughorn i teatralnym gestem wyciągnął z kieszeni małą buteleczkę, pokazując ją uczniom. W sali zaległa cisza. Wszyscy wpatrywali się w nauczyciela eliksirów z uwagą, wydawało się, że nikt nie zna eliksiru, o którym mówił. - No tak, tak, nie będę ukrywał, że się tego nie spodziewałem. To bardzo mało prawdopodobne, żeby ktoś z was znał ten eliksir. Jest on bardzo stary i rzadko spotykany, o tak, bardzo rzadko spotykany. A więc, Eliksir Utraconego Szczęścia sprawia, że ten kto go zażyje, zapada w głęboką śpiączkę, podobną do śmierci. Poprawnie uwarzony eliksir, podczas śpiączki pozwala czarodziejowi przeżywać życie w jego własnym umyśle, wolnym od trosk rzeczywistego świata, jednakże lekko zmodyfikowany, przenosi do świata pełnego bólu i cierpienia, potęgując katusze i tak już nieszczęśliwego człowieka. W dawnych czasach, był często używany pod wpływem rozpaczy po utracie ukochanej osoby, ponieważ tworzy iluzję życia, tak, jak gdyby nic złego nigdy się nie stało - profesor przerwał i spojrzał na swoich uczniów. Siedzieli cicho, nie poruszali się, w napięciu czekając na dalszy ciąg jego opowieści. Tylko jeden z nich, Nicolas Parker nie patrzył na Slughorna, a wbijał pożądliwe spojrzenie w buteleczkę z czarnym płynem. - Jednak musicie wiedzieć, że substancja ta uznawana jest za bardzo silną truciznę, ponieważ sen trwa aż do śmierci. Jedyne, co odróżnia osobę pod działaniem eliksiru, od nieboszczyka, to ledwo wyczuwalny puls i płytki oddech. Przerwać sen może tylko powrót utraconego szczęścia, jak chociażby pocałunek lub łzy ukochanej osoby.
Rozległ się dzwonek, a uczniowie szybko wyrwali się z zamyślenia , zaczęli się pakować i wychodzić z lochu. Tylko Nicolas się ociągał, nadal uważnie wpatrując się w eliksir, a oczy płonęły mu jakimś dziwnym blaskiem.
Wszystko zniknęło, zrobiło się całkowicie ciemno. Po chwili oczom profesorów McGonagall, Slughorna, Wagnera, Longbottoma i Hagrada ukazała się Wielka Sala. Była godzina osiemnasta i właśnie trwałą kolacja. Znajdowali się za stołem nauczycielskim, tuż obok Slughorna, który właśnie podniósł się z krzesła i ruszył w stronę wyjścia. Profesorowie poszli za nim. Gdy mijali stół Ślizgonów, Slughorn zatrzymał się i pochylił by zawiązać sobie sznurowadło. W tym samym momencie, od grupki siedzących w pobliżu uczniów dobiegł ich głos Nicolasa Parkera.
- Temu Potterowi wydaje się, że jest królem świata, bo umie złapać znicza i ma słynnego ojca. - powiedział, ze złością odstawiając puchar na stół i wylewając tym samym połowę jego zawartości.
- Tak, masz rację - odezwał się zimny głos przeciągając sylaby. - Ojciec zawsze mi mówił, że ten cały Harry Potter, tak naprawdę był nikim. Tak samo jak jego synalek James. Wielki, nadęty przyjaciel szlam i mugoli. - powiedział mściwie Scorpisu Malfoy, na co kilku Ślizgonów zachichotało.
- Zrobiłbym wszystko żeby utrzeć nosa Potterowi. Już dawno chciałem to zrobić, ale jeśli teraz pokona nas w meczu Quiddicha i będzie się tym puszył przed całą szkołą to przyrzekam, że się na nim odegram. - wycedził Nicolas wykrzywiając usta w złośliwym grymasie.
Znowu nastała ciemność. Tym razem po kilku sekundach znaleźli się w gabinecie profesora Slughorna. On sam, siedział w miękkim, głębokim fotelu i zajadał się kandyzowanymi ananasami. Jego łysina połyskiwała w blasku ognia bijącym z kominka, a aksamitna kamizelka jak zawsze ledwie dopinała się na wielkim brzuchu. Wszyscy oczekiwali na to, co może się wydarzyć, gdy nagle rozległo się ciche pukanie do drzwi.
- Kto tam? - zapytał Slughorn gramoląc się z fotela.
- Nicolas Parker, panie profesorze.
Nagle dobiegł ich zza drzwi przytłumiony głos. Slughorn podszedł do nich i zaprosił chłopca do środka.
- Co cię tu sprowadza o tej porze, drogi chłopcze? - zapytał ciepłym, ale lekko zdumionym głosem.
- Panie profesorze, mam do pana prośbę - zaczął niepewnie Parker.
- Tak chłopcze, o co chodzi?
- Chodzi o to, że nasza koleżanka, Keira Nott obchodzi niedługo urodziny i z tej okazji chcieliśmy podarować jej trochę Eliksiru Rozśmieszającego, no wie pan, taki prezent. - Nicolas mówił powoli, ostrożnie dobierając słowa. - Tylko tak się składa, że do uwarzenia tego eliksiru brakuje mi żółci pancernika. Czy pan profesor mógłby mi ją pożyczyć?
- Och, to bardzo miło z twojej strony mój drogi - powiedział Slughorn i poklepał chłopca po ramieniu. Naprawdę, bardzo miło. Oczywiście, dam ci buteleczkę żółci pancernika, mam jej niezły zapasik - dodał, ale jego głos zagłuszył potężny huk. Jakieś dwa piętra nad nim wybuchł straszliwy hałas, a po chwili rozległ się tupot wielu par stóp.
- Ach, drogi chłopcze, muszę iść i zobaczyć co się stało! - zawołał Slughorn kierując się ku drzwiom Weź sobie żółć pancernika, znajdziesz ją w kredensie, a potem zmykaj do swojego dormitorium - powiedział i wybiegł z gabinetu pozostawiając Nicolasa samego.
Wspomnienie urwało się i w chwilę później wszyscy profesorowie szybowali już przez ciemność, zanim wylądowali w gabinecie dyrektora.
- Następnego dnia chciałem pokazać Eliksir Utraconego Szczęścia innej klasie, ale nigdzie nie mogłem go znaleźć - rzekł ponuro Horacy Slughorn. - Myślałem, że gdzieś go zapodziałem i wkrótce go znajdę, ale teraz już wiem... - urwał i spojrzał po swoich kolegach. Na ich twarzach malował się wyraz głębokiego przerażenia.



~***~


W tym samym czasie w Pokoju Wspólnym Gryfonów siedziało rodzeństwo Potterów i dwójka Weasley'ów. Pomieszczenie nie zmieniło się od lat. Nadal znajdował się w nim duży kominek. Tak jak dawniej, były bardzo wygodne fotele, drewniane stoły i krzesła. Wszystko oczywiście w barwach Domu Godryka Gryffindora - czerwieni i złocie.
Albus zabrał się na odwagę i podszedł do brata siedzącego przy stole, i czytającego po raz setny "Quiddich Przez Wieki". Siostra i kuzyn toczyli zawzięty pojedynek w szachy czarodziejów, a Rose pisała, najdłuższy w historii, esej na eliksiry.
- To moja wina. - odrzekł spokojnie i bardzo cicho Albus.
Rodzeństwo i kuzyni Albusa zwrócili ku niemu głowy, i wytrzeszczyli na niego oczy. On jednak nie zraził się i ciągnął dalej.
- Ja... To przeze mnie Nicolas wylądował w skrzydle szpitalnym.
- Al, normalnie to bym Ci podziękował, ale chyba trochę przegiąłeś - przerwał mu James.
- Nie! To nie tak! On Ci dolał czegoś do piwa kremowego, a ja specjalnie zaprosiłem go żeby z nami wypił i zamieniłem szklanki - podniósł głos Albus.
- Młody! Uratowałeś mi tyłek. Dzięki - powiedział James i uściskał brata.
- W sumie to mu się trochę należało - powiedział Hugo.
Rose popatrzyła na brata wzrokiem, którego nie powstydziłby się bazyliszek, ani żaden inny straszliwy potwór.
- Hugo! Wiesz, że on może się nie obudzić? Mam nadzieję, że nauczyciele szybko coś wymyślą. Ciekawe co to za eliksir? - powiedziała, wyraźnie zainteresowana sprawą.
- Może my moglibyśmy coś zdziałać? - zapytał niepewnie Albus.
- No nie wiem, czy możemy cokolwiek zrobić, skoro nawet nasi nauczyciele nie mają zielonego pojęcia co mu się stało. Uważam, że jednak warto spróbować - odrzekła Rose.
- Co powiecie na wycieczkę do Pokoju Życzeń? - powiedział James.
- Szach mat! - krzyknęła Lily z wielką radością i wprost dziką satysfakcją.
- To niemożliwe! - wrzasnął Hugo patrząc na szachownicę.
Rose i James wybuchnęli śmiechem. Ktoś w końcu pokonał "Wielkiego Mistrza Szachownicy", jakim zwał się Hugo.
- Nie uważacie, że przydałaby się nam jakaś pomoc? - zapytał Albus.
- Może by tak poprosić Lucasa i Davida z Hufflepuffu, i jeszcze Dianę. Ona jest Krukonką. W sumie to uważam też, że bardzo przydałaby nam się pomoc Malfoya - odrzekła Rose.
- Nie ma mowy! Nie chcę widzieć tego przeklętego Ślizgona! - warknął James.
- James! Przestań zachowywać się jak pięciolatek! - krzyknęła Rose. - On może wiedzieć co chciał Ci dolać Nicolas - dodała.
James popatrzył na nią swoim najgroźniejszym spojrzeniem, jednak w tej walce nie miał z Rose najmniejszych szans.
- No, dobra... - powiedział łypiąc spode łba na dziewczynę.
- Zaraz wracam - rzekła Rose i chwyciła pergamin, pióro i atrament.
Dziewczyna uśmiechnęła się i szybko pognała do Sowiarni. Tam naskrobała kilka listów, po jednym przeczepiła kilku ptakom i pędem wróciła do Wieży Gryffindoru.
- Już jestem - westchnęła. - Spotkamy się przed biblioteką i stamtąd pójdziemy do Pokoju Życzeń
- Naprawdę chcecie pokazać Malfoy'owi, gdzie on się znajduje? - fuknął Hugo.
Nastała cisza. Nikt nie wiedział czy ten pomysł jest na pewno dobry.
- Jeśli dzięki temu uratujemy Nicolasa, to tak - odrzekł bardzo poważnie Albus.
- A jeśli nie? - dopytywał James.
- Rose potraktuje go "obliviate" - bardzo pewnie powiedziała Lily.
- Wolałabym jednak tego nie robić. To co, zgadzacie się? - powiedziała Rose i wlepiła swój wzrok w Hugo i Jamesa.
Chłopcy popatrzyli po sobie i odrzekli jednym głosem bardzo ciche i ledwo zrozumiałe "Takr". Obaj nadal nie byli do końca przekonani.
Chwilę później James z mapą Huncwotów w dłoniach prowadził całą eskapadę do biblioteki. Przed nią czekała już Diana. Była czarnoskórą dziewczyną z dużą burzą czarnych, długich i bardzo pokręconych włosów. Miała niezwykle duże i czekoladowe oczy. Czekała na nich, co chwilę zerkając na zegarek.
- No nareszcie - mruknęła.
- A gdzie reszta? - zapytała Lily.
- Patrzcie, idą - powiedziała Diana i uśmiechnęła się promiennie.
Korytarzem podążali dwaj Puchoni. Lucas i David byli braćmi bliźniakami, choć różnili się jak ogień i woda. Łączyła ich przynależność do Hufflepuffu i dobre oceny z zaklęć oraz transmutacji. Lucas miał płowe, krótkie włosy, które wciąż podcinał, bo bezczelnie wpadały mu do oczu oraz kocie, zielone oczy. Jego brat posiadał czarne jak smoła włosy i błękitne oczy. Był strasznie wysoki i miał ogromne stopy.
- Cześć. To jak, idziemy? Jesteśmy już chyba wszyscy - odrzekł Lucas.
- Nie, nie jesteśmy - powiedziała Rose.
- Kogo jeszcze wezwałaś? - zapytał bardzo zaciekawiony David.
- Scorpiusa Malfoya i nie chcę słyszeć żadnych sprzeciwów. Może być potrzebny - odrzekła ze spokojem, wpatrując się jednym ze swoich straszliwych spojrzeń w Puchonów i Krukonkę, zamykając im tym usta.
- Ciekawe gdzie się znajduję? - zapytał ze sceptycznym uśmiechem James.
- Patrzcie idzie - powiedziała Lili.
Pewnym krokiem, korytarzem szedł Scorpius Malfoy, a obok niego podążała Veronica. Malfoy jak zwykle wyglądał świetnie, w czarnych spodniach i luźnej, niebieskiej koszuli. Jego włosy nie były tak idealnie ułożone jak zwykle. Scorpius miał tak samo szare oczy jak jego ojciec. Veronica natomiast była z pochodzenia włoszką i miała dużo ciemniejszą karnację niż jej chłopak. Była naprawdę piękna. Bardzo szczupła i niezwykle pewna siebie, miała czarne, długie, proste włosy i szafirowe oczy. Twierdziła, że jest czarownicą czystej, nigdy niesplamionej krwi czarodziejów, a to sprawiało, że jeszcze bardziej podobała się Scorpiusowi.
- Cześć, fajnie, że jesteście - odrzekła z trochę wymuszonym uśmiechem Rose.
- Proszę, bez zbędnych ceregieli. Jeśli, tak jak ja, chcecie pomóc mojemu przyjacielowi, to może się trochę pospieszmy. Jeśli jakiś nauczyciel nas tu przyłapie to nie ręczę za siebie - odrzekł chłodnym tonem.
- Malfoy, jeśli piśniesz komuś o miejscu, do którego idziemy, to ja nie ręczę za siebie - odpowiedział James.
- No dobrze. - powiedział Scorpius.
- I tak ci Malfoy nie wierzę, ale chodźmy.
Wszyscy ruszyli za Jamesem. Po chwili znaleźli się na siódmym piętrze.
- Czy wy naprawdę sądzicie, że nie wiem, gdzie znajduje się Pokój Życzeń? - zapytał Scorpius ze swoim słynnym uśmiechem.
Wszyscy wybałuszyli oczy na Malfoya, a Veronica cicho się zaśmiała. Albus przeszedł trzy razy wzdłuż ściany, intensywnie myśląc o tym, co powinno znaleźć się w Pokoju Życzeń. Nagle pojawiły się drzwi. Al, otworzył je i wszyscy po kolei przekraczali próg tego magicznego miejsca.
Pokój Życzeń wyglądał jak ogromna biblioteka. Pełno w nim było długich i bardzo wysokich regałów pełnych starych, zakurzonych ksiąg. Na środku jednej ściany znajdował się duży kominek. Tańczące w nim płomienie dawały dużo ciepła w tę chłodną i wietrzną noc. Na podłodze przed nim leżał miękki, perski dywan. Obok był duży stół, zawalony pergaminami, piórami z kałamarzami, świecami i kubkami przepysznego kakao. Wokół stołu stały wygodne krzesła. Bliżej kominka znajdowały się miękkie, czerwone i niebieskie fotele.
- No, to bierzemy się do pracy - powiedziała Rose.
Parami albo pojedynczo rozchodzili się po Pokoju Życzeń. Tylko Albus stał przez chwilę w bezruchu, ale w końcu zrobił kilka kroków i znalazł się tuż obok blondyna i jego dziewczyny.
- Malfoy, czy ty przypadkiem nie wiesz co Nicolas chciał zrobić Jamesowi? - zapytał wyraźnie podkreślając słowo "przypadkiem".
- Nie wiem, mówił tylko tyle, że... Co ja Ci się będę Potter tłumaczył. Nie mam pojęcia co sobie ubzdurał. Zresztą mu się nie dziwię, że chciał się zemścić na twoim kochanym braciszku - odrzekł Malfoy.
- Co James mu takiego zrobił? - krzyknął Albus.
- Zapytaj go.
Zdenerwowany Albus podszedł do swojego brata i zapytał.
- Co zrobiłeś Parkerowi?
- Ja? To raczej co on mi chciał zrobić? - zapytał James.
- To, że się nie cierpicie to wszyscy wiedzą, ale czym mu aż tak bardzo zaszedłeś za skórę?
- Nie twoja sprawa! - krzyknął starszy Potter.
- A żebyś wiedział, że moja!
James widząc, że jest na przegranej pozycji westchnął i odpowiedział.
- Kojarzysz Alicję Rivers? Zresztą nie ważne. Parker się w niej zabujał, ale ona wolała mnie, a tak poza tym to ja i Michael wywinęliśmy mu niezły numer. Jaki, to Ci już nie powiem, choćbyś na mnie chciał rzucić Cruciatusa.
Albus tylko popatrzył na Jamesa krzywo i odszedł. Wziął kilka ksiąg, których tytuły go zainteresowały i usiadł na niebieskim fotelu.
Już kilka dobrych godzin przeszukiwali bibliotekę w Pokoju Życzeń. Albus Potter wpatrywał się w ogień. Nadal widział obraz upadającego na ziemię jak kłoda Ślizgona, a poczucie winy dręczyło go coraz bardziej. Przy stole siedziały Rose i Diana głośno o czymś dyskutując. James donosił im coraz więcej ksiąg, które układał w ogromne stosy. Bliźniacy siedzieli przed kominkiem, szybko wertując książki, a Hugo i Lily prawie zasypiali na fotelach, czytając jakieś ogromne stosy zapisanych pergaminów.
- Mam! - wrzasnął na całe gardło Scorpius. Szybkim krokiem podszedł do Rose oraz Diany i uderzył księgą o stół. Wskazał palcem notkę o Eliksirze Utraconego Szczęścia. Wszyscy zbliżyli się do Malfoya.
- Masz rację, to musi być to! Tylko jak możemy mu pomóc? - zapytała Diana.
- Jest w ogóle ktoś kto go kocha? - nieśmiało dopytywała się Lily.
- Pewnie nie wiecie, ale on jest sierotą - powiedział Scorpius. - Nie ma żadnej rodziny - dodał.
Wszyscy wyraźnie posmutnieli. W pewnym momencie braci bliźniacy popatrzyli na siebie i uśmiechnęli się. Lucas chwycił książkę, którą wcześniej przeszukiwał z bratem. Otworzył ją i wskazał palcem fragment tekstu.
- Co powiecie na podróż do miejsca, w którym znajdują się dusze ludzie w śpiączce. - zapytał David.
- Wiecie, że to jest bardzo niebezpieczne? - zapytała niepewnym głosem Rose.
- Tak, ale nie mamy innego wyjścia. Tylko tak możemy mu pomóc. Tutaj jest napisane, że można znajdując się w tym "świecie" wpłynąć na osobę znajdującą się w śpiączce i pomóc jej się wybudzić. Nie wiem jednak, na ile jest to prawdziwa informacja - powiedział Lucas.
- Na "wyprawę" idą tylko Ci, których możemy obudzić - odrzekła Diana.
- Czyli Potterzy, ty Weasley - wskazał na Rose - i ja. - rzekł Malfoy.
Lily i Hugo już chcieli się wtrącić, ale Rose spojrzała na nich w taki sposób, że dali za wygraną.
- To postanowione. Myślę, że powinniśmy zasnąć w skrzydle szpitalnym. Tak na wszelki wypadek, gdyby nam się coś stało to lepiej, żebyśmy szybciej otrzymali jakąś pomoc. Najpierw, musimy jednak wywabić ze skrzydła szpitalnego panią Jankis, która zapewne czuwa przy Nicolasie. Jeszcze jedno, eliksir. - odrzekła Rose.
- O to się nie martw - odezwała się Victoria i wyszła z Pokoju Życzeń.
- Ale jak ona... - chciał zapytać Hugo.
- Veronica jest bardzo sprytna i na pewno, ani ja ani ona nie powiemy wam jak eliksir wpadnie w nasze ręce. To są nasze Ślizgońskie tajemnice - przerwał Albusowi Scorpius.
- Panią Jankis zajmiemy się my - powiedział David i zaczął naradzać się z Lucasem oraz Dianą.
Po chwili wróciła Victoria z buteleczką w dłoni, a trójka kombinatorów miała już gotowy plan na panią Jankis.
- Damy wam najwyżej godzinę. Diana i Lucas czymś się otrują w kuchni, a ja popędzę po pomoc. Nic im się nie stanie - odrzekł David.
- Wystarczy nam czasu, żeby przenieść się do tego całego "innego świata". No to do działa. - rzekł Al.
Diana, Lucas i David ruszyli do królestwa skrzatów domowych. James spoglądał na mapę Huncwotów i czekał, aż pani Jankis wyjdzie ze skrzydła szpitalnego.
- Dobra, idziemy! - powiedział James.
Wszyscy na palcach weszli do skrzydła szpitalnego.
- Lily, za 12 godziny proszę daj buziaka albo swoje łzy swoim braciom i mi. Jeśli na mnie nie poskutkują, to zmuś Hugona - powiedziała Rose i ciepło uśmiechnęła się do swojej kuzynki. - Veronico, ty zajmiesz się Draconem - dodała.
- Dobrze - kiwnęła głową Victoria - No to dobranoc - odrzekła.
Albus rozdał porcję eliksiru. Rose, James i Scorpius już leżeli na łóżkach.
- Pijemy! - powiedział James i wziął łyk eliksiru.
W jego ślady poszedł Malfoy, a zaraz za nim Rose. Albus usiadł na łóżku i wlał sobie do ust czarny płyn i położył się.
- Powodzenia - rzekła Lily.


~***~



Złociste słońce górowało na błękitnym niebie. Delikatny wietrzyk muskał wysokie trawy kwiecistej łąki. W zieleni tańczyły pomarańcze, czerwienie, fiolety, żółcie. Dalej rozpościerał się las pełen starych, potężnych drzew: dębów, klonów, buków, świerków i sosen. W oddali widać było skaliste wzgórza. Na jednym z nich stała piękna stara twierdza, która bardzo przypominała tak dobrze znany Hogwart. To całe miejsce kryło jakąś tajemnice.
Rose, Albus, James i Scorpius leżeli na trawie i smacznie spali. Nagle ocknęła się Rose. Przetarła oczy i usiadła ziewając. Rozejrzała się wokół siebie i poczuła się dziwnie bezpieczna. Zauważyła, że obok niej leży jakiś rudzielec. Popatrzyła na niego przez chwilę, a potem zwróciła swój wzrok ku dwóm pozostałym, Wszyscy wydali jej się dziwnie znajomi, ale za nic w świecie nie mogła sobie przypomnieć kim są. Albus poruszył się i otworzył oczy. Spojrzał na nią, usiadł i uśmiechnął się do dziewczyny.
- Kim jesteś? - niepewnie zapytała Rose.
Chłopak posmutniał i podrapał się po rozczochranej czuprynie.
- Nie wiem. - westchnął Albus. - A ty, kim ty jesteś?
Dziewczyna już otwierała usta, aby mu odpowiedzieć, ale nie powiedziała nic. Spojrzała w dal, tak jakby tam miała znajdować się odpowiedź.
- Nie mam zielonego pojęcia. - odrzekła po chwili.
Albus dostrzegł łzy, które napełniały jej duże pełne smutku i tęsknoty z maleńkimi iskierkami nadziei oczy.
- Nie martw się. Będzie dobrze, zobaczysz, że będzie dobrze. - powtarzał Albus.
Po kilku minutach obudzili się pozostali chłopcy. James usiadł, strasznie ziewając i przecierając oczy, a Scorpius od razu wstał i zaczął się rozglądać.
- Gdzie my jesteśmy? - zapytał James Scorpiusa.
- A skąd ja mam to wiedzieć - syknął trochę zdenerwowany Malfoy.
- Może oni wiedzą - starszy z braci Potterów wskazał na Rose i Albusa.
- Wiemy tyle co wy, czyli nic - odparł Al i podniósł się z ziemi - Trzeba rozprostować kości - dodał i podał rękę dziewczynie.
Ona również wstała i podeszła do Scorpiusa. James poszedł w ich ślady i leniwie podniósł się z ziemi. Rose wskazał palcem na zamek.
- Patrzcie tam. Ja... Ja już gdzieś widziałam to miejsce - odezwała się.
- Chodźcie do mnie. Odpowiem na wszystkie wasze pytania - rozległ się potężny, męski głos, który dochodził z zamku.
Całą czwórkę zamurowało i stali tak chwilę w milczeniu.
- Myślę, że powinniśmy tam iść - odparł Scorpius.
- To jedyne wyjście - powiedział James.


~***~


Tymczasem do skrzydła szpitalnego weszła pani Jankis różdżką prowadziła lewitujące nosze. Leżeli na nich David i Diana, którzy trochę przesadzili z wynalazkiem ze sklepu z Magicznymi Dowcipami Braci Weasley'ów i ich twarze zmieniały kolory, a na całym ciele pojawiły się jakieś dziwne krosty.
- Co wy tu robicie? - wrzasnęła pani Jankis. - Czekam na wyjaśnienia. - dodała.
Kobieta z pomocą Lucasa przeniosła na wolne łóżka Krukonkę i Puchona.
- My... To znaczy oni... - Lily wskazała na swoich braci, kuzynkę i Malfoya. - Oni chcą uratować Nicolasa. - dodała.
Pani Jankis cały czas patrzyła z pode łba na wszystkich i w końcu podała jakiś eliksir Dianie i Davidowi, którym trochę się polepszyło.
- Zaraz wracam. Niech się tylko profesor McGongall dowie!
Po chwili do skrzydła szpitalnego weszła dyrektorka Hogwartu, a zaraz za nią grupa profesorów.
- Co wy wyprawiacie? Tylko mi nie mówcie, że oni również wypili ten sam eliksir co Parker! - krzyczała McGonagall.
Wszyscy spuścili głowy w dół.



~***~


Rose, Albus, James i Scorpius zgodnie ruszyli w kierunku twierdzy. Szli w ciszy wierząc, że gdy dotrą na wzgórze, to dowiedzą się czegoś o sobie i może uda im się odnaleźć bliskich. Cały czas w ich głowach pojawiała się myśl, że dojście do twierdzy to jedyne rozwiązanie. Nikt nie chciał odezwać się jako pierwszy. O czym mieliby rozmawiać? Przecież nic nie pamiętali. Nadzieja była ich przewodniczką.
- Patrzcie co mam. - odrzekł James trzymając w ręku różdżkę. - Ciekawe co to jest? - dodał.
Scorpius wyją z kieszeni swoją i również się jej przyglądał. Rose i Al doszukali się również własnych. Nagle każde z nich zamknęło oczy i ujrzało siebie jako jedenastoletnie dziecko, które po raz pierwszy trzyma różdżkę. W ich umysłach zaczęły kłębić się wspomnienia i wszystko co dokonywali za pomocą tych magicznych instrumentów, i pierwsze zaklęcia, które wypowiadali. Zaczęli uśmiechać się w duchu. Każdy z nich już wiedział, że posiada dar, cudowny dar.
- Jesteśmy czarodziejami! - krzyknął Albus promieniejąc z radości.
- Nie, to nie możliwe. - odrzekła Rose dokładnie przyglądając się swojej różdżce.
- A jak myślisz czy trzymałbym w kieszeni zwykły patyk? r11; zapytał Scorpius.
- No takr30; - mruknęła dziewczyna.
Słońce przybierało kolor brazylijskich pomarańczy i kierowało się ku zachodowi. Cała czwórka przypatrywała się temu pięknemu zjawisku. Tak, jakby widzieli je po raz pierwszy. Przed nimi ukazał się strasznie ciemny las, który na pewno był pełen niebezpieczeństw. Oni jednak nie zawahali się tylko zagłębili się w nim nie zwracając uwagi na to co może im się stać.
- Strasznie tu. - mruknął Al.
- Cały czas wydaje mi się, że kiedyś już tu byłem. - odparł James.
- Nie tylko ty masz takie wrażenie. - powiedział Scorpius.
W lesie było okropnie ciemno. Rose nie lubiła ciemności i trochę się jej bała. Wyjęła różdżkę i pomyślała o małym migoczącym światełku. Nagle jej magiczny instrument zabłysnął i oświetlił im drogę.
- Jak ty to zrobiłaś? - zawołał bardzo podekscytowany Albus.
Dziewczyna stanęła jak słup soli.
- Hej! - zawołał do Rose James i potrząsną nią.
Ona jedynie wskazała różdżką na dość potężne drzewo pod którym czaił się ogromny wilk.
- Nie ruszajcie się. - mruknął Malfoy.
Po chwili zauważyli, że są otoczeni przez całą watahę. Przerażenie malowało się na ich twarzach. Nie wiedzieli co mają robić. Coraz bardziej przybliżali się do siebie. James odruchowo wyjął z kieszeni spodni różdżkę. Scorpius również trzymał w dłoni swoją i po chwili z jej końca wystrzelił niebieski promień i ugodził zbilżające się stworzenie. Nagle wilki zawyły, a cała czwórka rzuciła się do ucieczki. Biegli ile sił mieli w nogach. Wilkołaki były już bardzo blisko, lecz teraz nie tylko Scorpius rzucał w nie zaklęciami.
- Szybciej! - krzyczał Albus do Rose, która już nie miała sił, by dalej biec.
Dziewczyna nagle potknęła się o wystający korzeń i runęła jak długa. Wilk był już bardzo blisko Rose, gdy zza drzewa wyskoczył chłopak i jednym ruchem ręki wyciągnął ją spod paszczy zwierzęcia. Z jego różdżki błysnął strumień ognia, który oślepił i przeraził groźne zwierzę. Zostali sami. Oboje siedzieli na ziemi. Dziewczyna cała się trzęsła.
- Spokojnie. Nic ci już nie grozi. - odparł chłopak i uśmiechnął się do niej.
- Kim ty jesteś? - zapytała Rose.
- Nie wiem. Błąkam się już drugi dzień po tym lesie. A ty jak masz na imię?
- Nie pamiętam, po prostu nie pamiętam. - powiedziała w rozpaczy, czując, że po jej policzkach spływają łzy.
- Ciiii. - uciszył ją młody czarodziej.
- Dziękuję. - odrzekła i otarła rękawem bluzki łzy.
- Chodź za mną. Znalazłem jaskinię, w której możemy spokojnie zasnąć.
Rose wstała i powoli podążała za nieznajomym. Kiedy w ciszy doszli do skalnej groty usiedli przy ognisku, które rozpali chłopak i zaczęli rozmowę. Opowiadali sobie o wszystkim o czym pamiętali. Żadne z nich nigdy nie spotkało kogoś z kim mogłoby dzielić każdą swoją myśl, wspomnienie, uczucie. Nie wiedzieli kiedy zasnęli przy dogasającym żarze ogniska.
Rankiem obudził ich ten sam potężnych głos.
- Chodźcie do mnie. Odpowiem na wszystkie wasze pytania. - rzekł.
Zerwali się ze swoich legowisk i jak zahipnotyzowani wyszli z jaskini i skierowali się w kierunku wzgórza. W ciszy podążali do upragnionego celu. Po kilku godzinach dotarli na skraj lasu. Tam ujrzeli trójkę chłopców, którzy również wędrowali w tym samym kierunku.
- Ja ich znam. - odezwała się w końcu Rose.
- Naprawdę? - zapytał jej towarzysz.
- Cześć. Co tu robicie? - krzyknęła rozradowana dziewczyna na widok trzech zaskoczonych chłopaków.
- Myśleliśmy, że zginęłaś. Jak dobrze, że żyjesz! - powiedział Albus i przytulił dziewczynę jak starą, dobrą przyjaciółkę.
- Dobra idziemy! - zawołał James
- Witaj, a ty skąd się tu wziąłeś? - zapytał Malfoy nieznajomego.
- Nie mam pojęcia. Podejrzewam, że wy również nie wiecie gdzie jesteśmy i podążacie do twierdzy na wzgórzu. - odparł.
Wspólnie z zapałem i pełni energii ruszyli przed siebie, wierząc, że tam znajdą odpowiedzi na wszystkie swoje pytania. Dotarli do starego, drewnianego, linowego mostu, który był jedyną drogą dotarcia do wzgórza. Ryzyko było bardzo duże, lecz nie mieli innego wyjścia i zdecydowali, że będą gęsiego przechodzić nad przepaścią. Wydawało się, że most utrzyma ich ciężar i początkowo szło im całkiem nieźle. Byli już w połowie drogi, gdy nagle usłyszeli trzask łamiących się pod ich stopami desek. Potoczyło się to bardzo szybko. Zaczęli spadać w przepaść.
- POMOCY! - w ostatniej chwili, wrzasnął na całe gardło Albus, a z jego różdżki wystrzelił czerwony promień.
Uratowały ich hipogryfy. Pięć wspaniałych, ogromnych stworzeń uniosło piątkę młodych czarodziejów, ratując im życie. Magiczne zwierzęta doprowadziły ich na wzgórze tuż przed bramę zamczyska i po chwili zniknęły. Oszołomieni i szczęśliwi nastolatkowie ruszyli w stronę wejścia. Byli przekonani, że nic im już nie zagraża, a celi podróży jest na wyciągnięcie ręki. Gdy nagle rozległ się przerażający ryk. Piątka magów uniosła różdżki, instynktownie przygotowując się do walki. Przed nimi pojawiła się ogromna, przerażająca i wściekła bestia. Smok zionął trawiącym wszystko ogniem.
- Teraz! - krzyknął James.
W stworzenie uderzyły czerwone i niebieskie promienie. Bestia była coraz bliżej i wyraźnie chciała zaatakować Rose. Ta starała się z całej siły walczyć, jednak sama nie mogła wygrać z
potworem. Dziewczyna stała oko w oko ze smokiem. Nagle zauważyła, że Albus i Scorpius zniknęli. Przerażona zawahała się, ten moment wykorzystał smok. Rzucił się ku dziewczynie. W ostatnie chwili zasłonił ją swoim ciałem chłopak. Rose wystrzeliła w smoka ogromnym promieniem, a ten wyjąc z bólu cofnął się. Dziewczyna w rozpaczy krzyknęła tylko jedno słowo.
- NICOLAS!
Obudziła się w skrzydle szpitalnym. Wszystko już pamiętała. To ona miała uratować chłopaka, który poświęcił za nią swoje życie. Szybko wstała z łóżka, nie zwracając uwagi na zgrmadzonych nauczycieli, panią Jankis, rodzinę i wybudzonych przyjaciół. Podbiegła do łózka Nicolas. Po jej policzkach płynęły łzy.
- Nie umieraj, proszę! Błagam Nicolasie wróć do mnie! - krzyczała.
Jej łzy dotknęły jego ust. Po chwili chłopak zaczął się budzić. Nicolas otworzył oczy. Na twarzy Rose pojawił się promienny uśmiech.


Always


zapodaj.net/images/c4ff56e394964.jpg
 
Prefix użytkownikalosiek13
Miejsce czwarte:

Praca Slytherinu (3 295 słów):

"Pułapki losu"



Czarna peleryna szalała na wietrze owijając się wokół jego kostek i twarzy. Nienawidził tego uczucia, gdy nie był w stanie nic zrobić z żywiołami. To denerwowało go najbardziej w świecie mugoli - zakaz używania magii. Niestety, zlecone mu zadanie zmuszało do całkowitej tajemniczości i trybu anty-mag. Zapomniał jednak o tym, że człowiek w czarnej, długiej pelerynie nie jest specjalnie tajemniczy. Wręcz przeciwnie, rzuca się w oczy jak hipogryf w szklanym pomieszczeniu. Ale przecież nie można wiedzieć wszystkiego, prawda?
Wieczorny Londyn miał w sobie jakąś magię. Oczywiście chodzi o specyficzną aurę otaczającą ulice, a nie o faktyczne abrakadabra. Mistrza Eliksirów jednak nie urzekało. Tak po prawdzie nie urzekało go nic, co było w tym drugim, nudnym, zwyczajnym świecie, pełnym tak zwanej elektryczności.
Skręcił w nieoświetloną uliczkę i po omacku, dotykając ścian szedł wprost przed siebie. Gwiazdy wcale nie pomagały, bo skrywały się za grubą warstwą szaroburych chmur. Nie specjalnie podobała mu się perspektywa deszczu i przesiąkniętych ubrań, więc przyspieszył. Potknął się najpierw o pozostawiony bez opieki sportowy but, a potem o rękę. W tym świetle nie zdołał zorientować się czy to prawdziwa, ludzka ręka, czy jedynie cześć z manekina z pobliskiego sklepu z odzieżą. Kilka razy zaklął pod nosem, używając znanych tylko Śmierciożercom wyrazów, aż wreszcie wpadł na krępą postać stojącą w najciemniejszym z ciemnych kątów.
- Nareszcie jesteś, Severusie.
Miał nieprzyjemny, wysoki głos, który w dość zabawny sposób kontrastował z jego gabarytami.
- Nawet się nie spóźniłem - wysyczał przez zaciśnięte zęby - A teraz daj mi ten eliksir i skończmy tą niemiłą rozmowę.
- Dla mnie nie jest nieprzyjemna. Chociaż, Severusie, zdradzasz pewną niechęć do mojej osoby. Nie wiem czym to może być spowodowane.
Nauczyciel eliksirów zrobił jedną ze swoich słynnych min, na widok której Puchoni uciekali gdzie akromantule zimują. Teraz jednak nie podziałało. Mężczyzna uśmiechnął się paskudnie.
- Kto to słyszał, żeby Mistrz Eliksirów musiał chodzić po mugolskim mieście w poszukiwaniu małego flakonika z magiczną cieczą.
- Nie mam teraz czasu na warzenie prostego eliksiru dla dyrektora. Mam ważniejsze zadanie.
- No tak, tak. Oczywiście, oczywiście.
Mężczyzna zaczął szukać buteleczki po kieszeniach, niespecjalnie kryjąc ironiczny uśmieszek. Severus postanowił udawać, że wcale go nie widzi. To nie jego poziom, więc po co wdawać się w niepotrzebne kłótnie?
- Proszę, wielmożny Panie, oto Twój pradawny eliksir, którego Twoje ręce nie są godne stworzyć.
Był tak bezczelny, że nawet opanowany Snape, który miał do czynienia z setkami uczniów, nie wytrzymał. Wyciągnął różdżkę i zanim tamten zdążył zamienić uśmiech na grymas strachu, wypowiedział zaklęcie. Purpurowy promień pomknął rozświetlając całą uliczkę, na jedną, krótką chwilę. Mężczyzna leżał na wznak i nie dawał znaków życia. Severus tymczasem uniósł lekko jeden kącik ust i pochylił nad nieprzytomnym. Przeszukał go pospiesznie. Prócz swojego eliksiru zabrał również kilka innych. Lepiej jest mieć więcej, niż mniej. Odwrócił się na pięcie i odszedł. Mężczyzna poruszył się lekko. Jego policzek rozcinała głęboka rana, a prawej dłoni nie sposób było znaleźć. Leżała gdzieś pośród porozrzucanych wszędzie śmieci.


Ciemne, tłuste włosy nieprzyjemnie łaskotały jego szczękę, gdy zmierzał w stronę gabinetu dyrektora. Poruszał się spiesznie, gdyż miał nadzieję jeszcze dziś przyrządzić eliksir żywej śmierci. Zawsze dobrze trzymać taki na podorędziu, w końcu może dyrektor zmieni zdanie co do Pottera i będzie można go otruć... Kto wie.
Podczas jakże przyjemnych rozmyślań na temat powolnej i bolesnej śmierci Harry'ego nie zauważył wychylającej się zza rogu Pansy Parkinson i wpadł na nią. Jemu udało się zachować równowagę, ale uczennica Domu Węża wylądowała w pozycji horyzontalnej na zimnej podłodze.
- Jak chodzisz ty imbe...Yyyy... Dzień dobry panie profesorze.
- Panno Parkinson, proszę wstać. Nie jest pani uczennicą Gryffindoru, żeby zniżać się do tego poziomu.
Dziewczyna podniosła się szybko i pozbierała rozsypane książki.
- Panie profesorze, skoro już pana spotkałam, chciałabym...
- Nie teraz. Zmierzam do dyrektora. Coś czuję, że zajmie mi to sporo czasu, więc chwilę na... konsultacje znajdę... może w przyszłym tygodniu. Do widzenia.
Jego czarne oczy ujrzały jednak coś, czego na terenie Hogwartu być nie powinno. Małą, pękatą buteleczkę z różowym płynem i fantazyjnym koreczkiem, ozdobionym puszkiem.
- Co to ma być? - wycedził przez zęby.
- To.. jest...
- Eliksir miłosny, produkowany przez tych niewydarzonych Weasley'ów. Dobrze pani wie, że jest to zakazany obiekt na terenie całej szkoły.
- Jaa... jaa... - Pansy zakłopotana szukała szybko jakiegoś pomysłu.
- No chyba nie tylko pani. Komuś musiała chcieć go pani podać. Kto jest tym nieszczęśnikiem? - na jego twarzy zagościł paskudny uśmieszek, bo doskonale wiedział, kto miał wypić różową ciecz.
- To chyba jednak nie pańska sprawa.
- Czyżbyś pyskowała nauczycielowi? Gdyby nie to, że jesteś moją podopieczną, odjąłbym ci punkty. A teraz oddawaj eliksir i zmiataj.
Podała mu buteleczkę, a ten zamaszystym krokiem odszedł. Przypominał przy tym ogromnego, wysoce nieprzyjemnego nietoperza.

***



Pansy z miną pięciolatki, której właśnie zabrano ulubionego misia odwróciła się tyłem do profesora Snape'a i zeszła po marmurowych schodach zmierzając w stronę Pokoju Wspólnego Ślizgonów. Pragnąc zadość uczynić opiekunowi domu, upewniła się czy nauczyciel eliksirów odszedł. Gdy zauważyła, że poszedł tam, gdzie pierwotnie zamierzał, dziewczyna zamiast skręcić w stronę dormitorium pobiegła w całkowicie innym kierunku.
- A więc to tu trzyma swoje eliksiry i wywary - zamruczała po cichu, gdy dotarła do osobistego składzika profesora. - Aquila Oculus... Nie, Sokoli Wzrok mi do niczego nie jest potrzebny - powiedziała czytając karteczki przyczepione do buteleczek. - Eliksir Dobrego Samopoczucia... Również odpada. Vitacurus... - coś w niej drgnęło. Czytając tę nazwę przypomniała sobie krótką wypowiedź profesora Snape'a.
"Vitacurus to eliksir turkusowej barwy. (...) Ich dusze ulegają połączeniu, (...) odczuwają ból, cierpienie, ale i radość drugiej osoby."
Pansy kojarzyła fakty, jednak nie mogła sobie przypomnieć, jakie dokładnie eliksir ma właściwości.
Połączenie dusz czyli miłość, pomyślała zwycięsko. Chwyciła flakonik po czym ruszyła do swojego dormitorium.
- Czysta Krew - powiedziała wyniośle po czym przeszła do zielonkawego pokoju. Było tam kilku uczniów odrabiających zadania, niektórzy grali w czarodziejskie gry, a jeszcze inni opychali się słodyczami zakupionymi podczas wizyty do Hogsmeade. Przy kominku siedział Draco Malfoy. Pansy podeszła do niego pewnym krokiem i nie zwracając uwagi na pozostałych młodych ludzi usiadła na przeciwko kolegi.
- Hej - zaczęła uroczym tonem. - Przynieść ci trochę soku dyniowego albo piwa kremowego? - zatrzepotała rzęsami. Blady chłopiec o jasnych blond włosach przeniósł wzrok z ognia na nią. Po chwili milczenia przemówił:
- Nie trzeba, jak będę chciał to powiem,
Jego zimny i oschły głos wprawił Ślizgonkę w zakłopotanie.
- Oj Draco, daj spokój - wywróciła teatralnie oczami. - Zaraz ci przyniosę - dodała stanowczo i zgrabnie wstała.
Podeszła do drewnianego stolika, na którym leżała butelka soku oraz kilka kubków. Do dwóch z nich nalała trochę eliksiru oraz koncentratu. Wróciła na poprzednie miejsce wręczając ceramiczne naczynie zamyślonemu wychowankowi Domu Węża.
- Napij się, to ci dobrze zrobi - zachęciła nastolatka i sama wypiła parę łyków cieczy. Z uśmiechem na twarzy patrzyła jak młody Malfoy opróżnia filiżankę.
Pansy spodziewała się uniesienia, radości, miłości Draco. Nic jednak nie poczuła oprócz głębszego zdenerwowania.
- Czemu nie zadziałało? - zaklęła szeptem do siebie wysyłając sztuczne uśmiechy koledze. Speszona wstała, spojrzała w stalowe oczy osoby siedzącej na przeciwko i wybiegła z dormitorium. Mijając kamienne popiersia różnych czarodziejów, szła spokojnie zastanawiając się nad działaniem. Może jednak to nie ten eliksir?, myślała kurczowo ściskając nadgarstek lewej ręki. Ku jej zdziwienie znowu zauważyła opiekuna Domu Węża.
- Co się stało panno Parkinson? - zapytał ze słyszalną nutką zaciekawienia w głosie.
- Nic, panie profesorze - odpowiedziała szybko. - Zastanawiam się... Chciałabym lepiej zrozumieć działanie eliksiru, którego nazwę sobie przed chwilą przypomniałam. Vitacursus? - powiedziała uprzejmym tonem. - Jest jakiś szczegół, o którym czarodzieje zapominają spożywając go?
- Mało który magiczny człowiek pamięta o tym, aby spożyć go o wschodzie słońca trzymając się za ręce - wycedził bacznie przyglądając się Ślizgonce. - Co knujesz? - zmarszczył czoło przyglądając się nastolatce.
- Nic nie knuję - powiedziała z uśmiechem.
- Jeśli się o czymś dowiem nie będzie miło. - zmierzył ją wzrokiem po czym odszedł.
Dziewczyna przyglądała się jak profesor niczym nietoperz odchodzi długim korytarzem. Odwróciła się i nadal szła donikąd. Jak można o czymś tak ważnym zapomnieć, karciła się w myślach. Wkraść się po następny flakonik z przygotowanym eliksirem nie było mądre, skoro Snape już zaczyna coś podejrzewać.
Gdy dziewczyna w rozmyśleniach spacerowała po szkolnych błoniach poczuła wręcz lodowatą dłoń na ramieniu. Podskoczyła ze strachu i z dreszczami odwróciła się. Sam dyrektor szkoły - Albus Dumbledore zaszczycił ją swoją obecnością.
- Proszę ze mną - powiedział miłym, acz stanowczym tonem. Niebieskie tęczówki zza okularów połyskiwały w słońcu. Pansy poszła za mężczyzną do zamku.
- Kwachy - powiedział bez najmniejszego sensu staruszek. Dziewczyna już chciała zapytać o co chodzi, gdy przejście do jakiegoś tajemnego pokoju się otworzyło. Weszła za przewodnikiem do okrągłej sali, poobwieszanej różnymi portretami. Na środku gabinetu stało biurko, przy którym stali profesorowie Filch i Snape.
- To ona! - krzyknął przeraźliwie woźny.
- Spokojnie - uciszył go Dumbledore.
- Gdzie byłaś po naszym spotkaniu? - wycedził opiekun Ślizgonów przez zaciśnięte zęby.
- Poszłam na błonia - powiedziała robiąc zdziwioną minę.
- Czyżby? - zapytał ze zmarszczonym czołem. - A jak wyjaśnisz mi fakt, że zniknęła moja ostatnia buteleczka cennego eliksiru więzi?
- Jakiego eliksiru? - zapytała chcąc udawać niemądrą.
- Vitacurus. Mówi ci to coś?
- Nie - odpowiedziała szybko i beznamiętnie.
- To dziwne, wydaje mi się, że pytałaś o niego niedawno.
- Aaa, ten eliksir! - wręcz krzyknęła łapiąc się za głowę. - Tak, pamiętam, ale co ja mam wspólnego ze zniknięciem tego flakoniku?
- Byłaś jedyną osobą, która się kręciła w tym miejscu.
- No cóż... - odpowiedziała zakłopotana. - Zły czas, złe miejsce - popatrzyła na stopy chcąc unikać wzroku osób starszych będących w gabinecie. - Ale widziałam jakąś dziewczynę, chyba Gryfonkę w lochach. Chodzi o niebieską butelkę? - zapytała marszcząc nos. - Gdy się jej zapytałam jej czego tu szuka zaczęła wręcz krzyczeć, że nic i mam się w jej sprawy nie mieszać...
- To zabawne, ja nikogo nie widziałem - Snape uniósł brwi.
- Severusie, niewinna dopóki nie znajdziemy dowodów. Wiem, że to jedyny taki twój eliksir ale się wstrzymaj do czasu znalezienia konkretnej argumentacji - zwrócił się teraz do uczennicy - Tobie już dziękujemy. - dyrektor się uśmiechnął i wskazał na drzwi.

Po całej awanturze Pansy z chytrym uśmiechem na twarzy poszła w stronę dormitorium. Nie mają dowodów by mnie oskarżyć o kradzież. Wystarczy, że będę udawała, że nic nie wiem i po sprawie, pomyślała z radością schodząc marmurowymi schodami.
- Czysta Krew - Pansy wypowiedziała hasło i z triumfem na twarzy weszła do dormitorium Slytherinu.


***



- Albusie, jestem całkowicie pewny, że to panna Parkinson ukradła ten eliksir. Wielokrotnie się mnie o niego pytała, a od paru dni widziałem ją kręcącą się przy moim składziku. Jeszcze Filch ją widział. Mamy wystarczające dowody na to, że to właśnie ona ukradła ten eliksir. Teraz kłamie udając, że nic nie wie! - upierał się ze zniecierpliwieniem w głosie Snape.
- Właśnie na własne oczy widziałem jak zabierała z skrytki jakiś eliksir. Pamiętam, że miał on kolor turkusowy i był w małej fiolce z niebieskim korkiem. Ja tam na eliksirach się nie znam ale pewnie to coś ważnego.
- Ważnego? Ważnego?! - Powiedział z zdenerwowaniem. - To co ukradła to Vitacurus! Jeśli komuś to wlała do kawy, bądź soku mogą być z tego poważne kłopoty!
- Severusie wstrzymajmy się z oskarżeniami póki nie mamy dowodów. Wiem jakie są konsekwencje niepoprawnego użycia Vitacurus - powiedział ze spokojem profesor Dumbledore. - Jeśli faktycznie panna Parkinson ukradła ten eliksir to doświadczenie mi podpowiada, że prędzej czy później się przyzna, pocze...
- Musimy działać nim będzie za późno bo to może się skończyć prawdziwymi kłopotami - przerwał Snape.
- Ależ Severusie ja o tym doskonale wiem. Argusie, mam prośbę do ciebie.
- Czego sobie pan życzy, panie dyrektorze - powiedział Filch z kocim uśmiechem na twarzy.
- Mógłby pan użyczyć mi swojego kota?
- Oczywiście, a w jakiej sprawie?
Woźny nie miał zbyt ucieszonej miny. Prośbie dyrektora nie mógł odmówić, ale oddawać swojej kotki też nie chciał.
- Niech śledzi pannę Parkinson przez jakiś czas. Jeśli faktycznie to ona ukradła ten eliksir to myślę, że pański kot znajdzie sensowne argumenty na oskarżenie dziewczyny. Dobranoc panom - po tych słowach Dumbledore wstał i wyszedł z sali udając się do swojego gabinetu.
Następnego dnia jak co rano przechadzał się po swoim gabinecie rozmyślając nad sprawami szkoły. Już się szykował do wyjścia na śniadanie, gdy do gabinetu wbiegł zdenerwowany profesor Snape.
- I stało się! - z trudem wysapał te słowa, na jego twarzy widać było zdeterminowanie i gniew.
- Co się stało Severusie? - spytał zaniepokojony Dumbledore.
- Jeden z uczniów wypił Vitacurus! - wykrzyknął wściekły już całkowicie nauczyciel eliksirów - Dokładnie był to Draco Malfoy. Widziałem, że to panna Parkinson ukradła ten eliksir! I masz! - krzyczał Snape.
- Severusie! - Powiedział poważnym tonem Dumbledore. - Uspokój się, gniew tu nic nie załatwi. Powiedz mi proszę gdzie w tej chwili przebywa młoda Parkinson?
- W gabinecie pielęgniarskim siedzi przy Draco.
- Dobrze zatem poczekaj tu mnie w gabinecie, a ja pójdę zobaczyć co z panem Malfoy'em.
Po tych słowach Dumbledore wstał i udał się do wyjścia. W drodze do gabinetu pielęgniarki zauważył, że na parapecie leży fiolka z jakimś płynem. Z zaciekawieniem w oczach podszedł i zobaczył kartkę przyczepioną do flakoniku. Z wyrazem twarzy jakby dopiero co wyszedł ze SPA, wziął kartkę i przeczytał jej treść "Jeśli mnie znalazłeś to wiedz, że będę bardzo przydatny". Po zakończeniu czynności, Albus nie wiedział co zrobić. Prawdopodobnie jakiś uczeń go zostawił. Zabiorę go do gabinetu i pokaże Severusowi - pomyślał. - Teraz mam ważniejsze rzeczy na głowie.
Z pośpiechem udał się do gabinetu pielęgniarki.
W gabinecie czekała już z niecierpliwiona pani Pomfrey. Gdy ujrzała Dumbledora wstała gwałtownie i szybkim krokiem podbiegła do niego. Na jej twarzy było widać perfidne zmęczenie jakby nie spała całą, a nawet więcej nocy.
- Panie dyrektorze! Na Merlina! Już nie wyrabiam! Jeden z uczniów wypił bardzo niebezpieczny eliksir i przez całą noc nie mogłam przez niego spać!
- Już dobrze Poppy, wszystkim się zajmę - uśmiechnął się.
Pielęgniarka zostawiła dyrektora wierząc, że uda mu się załatwić całą sprawę. Albus pewnym krokiem odwiedził młodego Malfoya. Gdy ten jęczał i na zadawane mu pytania odpowiadał, że nie wie, że nie pamięta i że go boli. Profesor dał sobie spokój.

Gdy Dumbledore został sam z profesorem Snape'm zaczęli dyskutować o tym co się stało.
- Panie dyrektorze jestem całkowicie pewny, że to właśnie panna Parkinson ukradła ten eliksir - upierał się. - Zadawała mi pytania dotyczące jego działania oraz złapałem ją na próbie transportu eliksiru miłosnego Wesleyów do szkoły.
- Ależ Severusie nie mamy żadnych dowodów, więc nie możemy jej oskarżać o kradzież - powiedział ze spokojem Albus. - Póki nic nie znajdziemy nie mamy jej o co podejrzewać.
Przez dłuższą chwile trwała ciężka cisza. Wreszcie jeden z nich się odezwał.
- Jak wiesz Severusie, za kilka dni wyjeżdżam na jakiś czas w poszukiwaniu horkruksów i potrzebuje twojej pomocy.
- O co chodzi panie dyrektorze? - spytał z ciekawością
Dumbledore przez minutę stał jakby za bardzo się zamyślił i nic do niego nie docierało, aż w końcu ze spokojem w głosie odpowiedział.
- Mógłbyś mi uwarzyć flakonik Sokolego Wzroku?
- Po co warzyć? Mam jeden w moim składziku, dam go panu jeśli naprawdę jest tak potrzebny. - powiedział Snape ze zmęczonym wyrazem twarzy.
- Dziękuje ci - uśmiechnął się do niego serdecznie. - Radzę zakończyć tą rozmowę i dokończyć ją przed moim wyjazdem, a teraz chodźmy spać, bo te całe zamieszanie strasznie mnie wykończyło - wstał i udał się do wyjścia - Dobranoc Severusie.
- Dobranoc panie dyrektorze.

Dni przed wyjazdem ciągnęły się nie do wytrzymania, aż w końcu nadszedł TEN dzień. Albus przez cały czas był okropnie spięty. Otóż wiedział, że musi wyruszyć sam i bez niczyjej pomocy, podjąć się tak niebezpiecznego zadania. Wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy miał już dawno zapakowane, teraz musiał tylko czekać na Snape'a z eliksirem Sokolego Wzorku. Nagle otworzyły się drzwi do gabinetu. Stał w nich Mistrz Eliksirów we własnej osobie.
- Wreszcie jesteś Severusie - z uśmiechem na twarzy przywitał profesora.
- Oto eliksir o który mnie pan prosił - z obojętnością na twarzy podał Albusowi eliksir - Za ile pan ma zamiar wrócić?
- Nie powiem ci tego teraz, może za miesiąc. Zależy ile mi czasu zajmie szukanie horkruksa. Pod moją nie obecność stanowisko dyrektora szkoły zajmie jak zawsze profesor McGonagall. Mógłbyś jej o tym przypomnieć? Bo na mnie jest już czas - oznajmił, po czym zabrał swoje rzeczy i wyszedł z gabinetu. Hogwart nocą zawsze go fascynował, jednak teraz nie miał czasu na zwiedzanie. W budynku szedł spiesznie. Gdy tylko poczuł chłodny wiatr na twarzy będąc na błoniach, prawie pobiegł. Tuż za bramą szkoły teleportował się zostawiając po sobie głuchy trzask.
Albus niespodziewanie pojawił się w ciemnym lesie, Nagłe jego pojawienie wystraszyło królika, który właśnie pojawił się by coś przekąsić. No to zaczynamy poszukiwania - pomyślał udając się w głąb lasu. Szedł tak przez dobre kilkadziesiąt minut nim dotarł do miasteczka o nazwie Little Hangleton. Idealnie trafiłem - pochwalił siebie w myślach. Pewnym krokiem udał się w stronę domu Toma Marvola Riddla Seniora, do domu gdzie kiedyś zostało popełnione okropne morderstwo. Tam, gdzie prawdopodobnie znajduje się jeden z siedmiu horkruksów. Gdy był przy bramie wejściowej jeden z mieszkańców podszedł do niego.
- Panie! Co pan robi? - Spytał się z irytacją z głosie -Już kolejny który chce tam wejść, czy tak trudno pojąć, że tam nie wolno wchodzić? Wie pan co tam się stało ?
- Owszem, wiem. - powiedział ze spokojem Albus - Jest tam coś na czym mi bardzo zależy i nic mnie nie powstrzyma żeby tam wejść. Nawet pan. - rozejrzał się czy wokół nie ma jakiś ciekawskich gapiów - Drętwota! - nieznajomy zastygł w bezruchu i przewrócił się na twarz. Czarodziej schował różdżkę po czym ruszył w stronę domu Riddley'ów.
Gdy znalazł się w środku domu wyciągnął z kieszeni eliksir Sokolego Wzroku i wypił go szybko. Poczuł dziwne mrowienie na twarzy, po czym jego wzrok wyostrzył się jak nigdy. Widział wszystko, każdy skrawek mebli, każdy okruszek leżący na ziemi.
- No to do dzieła - powiedział do siebie i ruszył w głąb domu. Dokładnie przeszukiwał wszystkie zakamarki aby niczego nie przeoczyć. Po godzinie szukania był bardzo zmęczony i gdy myślał, że już nic nie znajdzie, nagle jego oczom ukazał się mały pierścień z kamieniem w środku. Niemożliwie, wyszeptał do siebie Albus - Kamień Wskrzeszenia.
Dumbledore doskonale wiedział jakie było jego działanie. Mimo wszystko miał pewne wątpliwości. Może jak założę go na palec to uda mi się spotkać z moją rodziną, pomyślał z nadzieją w duchu. Wiedział jakie to katastrofalne skutki ze sobą niesie.
Po dłuższej chwili namysłu włożył pierścień na palec i wtedy Dumbledora przeszyła wielka fala bólu, takiego jakiego jeszcze nigdy nie poczuł. Czuł jakby wielki ogień wypalał go od środka, chciał krzyczeć, ale ból mu nie pozwalał, całkowicie go sparaliżowało nie mógł poruszyć ani jednym skrawkiem ciała, aż nagle przed Albusem pojawił się sam profesor Snape.
- Panie dyrektorze! - wykrzyknął gdy zobaczył leżącego na ziemi człowieka, podbiegł do niego i zobaczył na palcu pierścień - Cholera! Jest zaklęty! Poczekaj już ci pomagam! - Ściągnął z niego fałszywy horkruks, ból ustał. Albus leżał w bezruchu nie mogąc wykonać żadnego ruchu. Snape pomógł mu wstać i przeteleportował się na błonia Hogwartu.
- Ja dam rade. - wymamrotał ledwo ruszający się Dumbedore. Złapał Snape'a za ramię i powoli, jak starzec, którym przecież był, doszli do gabinetu dyrektora.
Snape użył paru skomplikowanych zaklęć, aż w końcu powiedział:
- Udało mi się zatrzymać klątwę w pańskiej dłoni, ale mam przykrą wiadomość - powiedział ze zmieszaniem w glosie.
- Mów Severusie, jestem na to gotów.
W głosie Dumbelodra dało się słyszeć przerażenie.
- Obawiam się, że został panu niecały rok życia - Albus popatrzył na swoja rękę, która była czarna i pomarszczona, ze świadomością że to już koniec i że będzie musiał odejść zostawiając Hogwart na zawsze.


Always


zapodaj.net/images/c4ff56e394964.jpg
 
Prefix użytkownikaulka_black_potter
Uff, przeczytałam pracę Puchonów ( tak, dla przypomnienia sobie), Krukonów i Gryfonów. Niestety to ostatnie opowiadanie tak mnie wykończyło, że Ślizgonów zostawiam sobie na jutro.

Oczywiście, najbardziej podoba mi się nasza praca, dlatego, że sama ją po części stworzyłam. Jest humor, jest przejrzyście, jest git.

W pracy Krukonów, rozwaliły mnie słowa Malfoya: Mój ojciec was zniszczy! - to jest takie ślizgońskie, że aż boli. Ogólnie cała praca dobra i temat lekko przedstawiony.

Gryfoni, buuu! Nie cierpię czytać takich zbitych mas, aż oczy bolą. No ale o treści... Nie podoba mi sie ten pomysł. Jest jakiś taki ciężki i nieprzyjemny do czytania.
A bohaterowie? Czy to trzecie pokolenie musi być tak często przedstawiane jako kopie swoich rodziców? Nie mogą się wyróżniać jakimiś własnymi charakterami?
WAGNER - to nazwisko z pewnością wymyśliła YS;p

Edit: Przeczytałam pracę Ślizgonów. Tak sobie - nie wiem co więcej o niej powiedzieć.
Edytowane przez Prefix użytkownikaulka_black_potter dnia 01.07.2013 10:06


i.imgur.com/AyR1kd7.png

Christian.
i.pinimg.com/originals/02/0b/07/020b0757879bbd8cc21454799bff6f55.gif

Bo liczy się to, co masz w środku.
cdn.junglecreations.com/wp/junglecms/2017/12/Christian-Bale-Resized.jpg

Ale czasami warto założyć maskę.
pa1.narvii.com/6412/37cb60531dd1e8002b7ec87c8da0ba734a67f9f3_hq.gif


"ja generalnie ten tekst klasyfikuję jako 5CMCS HE NDPSG3 - S2AB"
"zmiennokanoniczne"
"piszę fanficka ducha, że tak to ujmę, czyli takiego, którego nie ma"
"po części trudny język wynika z założeń płomień odwagi i specyfiki tekstu"

by Cantaris


Ula urzędniczka
Zarejestruje ci chomiczka
Da mu zielona kartę
I marchewki starte
<muza>

by fuer
 
Prefix użytkownikaSheeby
Spędziłam trochę czasu czytając wszystkie.

Przypomniałam sobie pracę Hufflepuffu, oczywiście najlepsza ;D Ale nie dlatego, że jest nasza czy coś tylko jakaś taka najbliższa tematowi i sklejona elegancko.

Praca Ravenclawu, też jest okej. Lekko się czyta, tyle, że ja nie ogarnięta początku nie rozumiałam ;p

Praca Gryfonów, jest i była taka długa, że nie doczytałam do końca, więc mało co ocenię.

Praca Slytherinu. Tfu, czemu ta Parkinson? Nie mogłam o niej czytać, a początek i koniec odbiegał od tematu. Ogólnie jest taka sobie.

Pomimo tego, gratuluje wszystkim domom. Każdy się dużo napracował ;p
Jest jak powinno być :)
Julia. Także znana jako Sheeby, Shee i Sheeb.


45.media.tumblr.com/b16bc263c6f7726719043a578754d1a2/tumblr_nwm5j4rfWu1tjjejho1_500.gif


45.media.tumblr.com/32c9bbab3da0f54d7b04292d879417f7/tumblr_mv1sjcR8RD1rz2bopo1_500.gif


Julia part smart



31.media.tumblr.com/43e3ae49ca2101eb09376df0d80310b2/tumblr_inline_mqc21nrBPO1qz4rgp.gif
 

Podziel się z innymi: Delicious Facebook Google Live Tweet This Yahoo

Przejdź do forum:
Powered by PHP-Fusion copyright © 2002 - 2021 by Nick Jones.
Released as free software without warranties under GNU Affero GPL v3.
Theme by Andrzejster
Copyright © 2006-2015 by Harry-Potter.net.pl
All rights reserved.
Wygenerowano w sekund: 5.38