UWAGA! Opowiadanie jest skopiowane z mojego profilu na FanFiction.net
***
W rêku trzyma³ swój kufer, powiêkszony zaklêciem. By³ strasznie ciê¿ki, ale na pewno nie ciê¿szy ni¿ to, co nosi³ w sobie jego w³a¶ciciel. Ciemnow³osy ch³opak o posturze w sam raz na stanowisko szukaj±cego w dru¿ynie Quiddicha. Zielone oczy spogl±da³y zza okr±g³ych okularów na ten dom. Dom, z którym wi±za³o siê tyle wspomnieñ. Dom, który opu¶ci³ w po¶piechu, nawet nie wiedz±c dok³adnie kiedy. Teraz do niego wraca³. Po tych wszystkich wydarzeniach wraca³ do niego jako doros³y, dojrza³y mê¿czyzna, og³oszony zwyciêzc±. Chocia¿ wcale nie czu³ siê wygrany. Nie czu³ siê nawet doros³y. Niemal ca³e dzieciñstwo minê³o mu na toczeniu tej bezsensownej wojny. Zbyt du¿o ¿yæ ulecia³o, zbyt wiele istnieñ ucierpia³o, by móc nazwaæ to, co siê sta³o tryumfem.
Sam nie wiedzia³, dlaczego tak sta³, wpatruj±c siê w stare ceg³y i powybijane okna. Wspomina³. Nadal wspomina³ przesz³o¶æ. Cz³owieka, który zostawi³ mu ten dom jako znak, ¿e pomimo braku pokrewieñstwa krwi byli rodzin±. Powoli otworzy³ niemi³osiernie skrzypi±c±, star± furtkê, z uwielbieniem ws³uchuj±c siê w ten irytuj±cy d¼wiêk. Wydawa³o mu siê, ¿e przedmiot po prostu próbowa³ podzieliæ z nim rozpacz. U¶miechn±³ siê blado do w³asnych my¶li i przekroczy³ j± niepewnym krokiem. Tak samo jak wtedy, gdy robi³ to po raz pierwszy. Tylko ¿e wtedy by³ z nim Moody, by³a Tonks, a gdzie¶ za drzwiami budynku czeka³ na niego jego ojciec chrzestny. No i oczywi¶cie Weasleyowie. Teraz nie by³o ju¿ ani dwóch dzielnych Aurorów, ani niewinnego uciekiniera Azkabanu. Zginêli przez niego. Wojna poch³onê³a wiele niepotrzebnych ofiar. A on czu³ siê bole¶nie zwi±zany z ka¿d± ze ¶mierci. Nie potrafi³ wyraziæ swojego ¿alu. Ka¿de s³owo wydawa³o mu siê zbyt ma³e, niewystarczaj±ce.
W koñcu z wahaniem wcisn±³ klamkê frontowych drzwi. Ust±pi³y niemal natychmiast. Wchodz±c do ¶rodka, czarodziej poczu³ jaki¶ dziwny zapach, którego nie potrafi³ dok³adnie zidentyfikowaæ. Na pod³odze pe³no by³o brudu, strzêpków papierów, a nawet tapet ze ¶cian. Obrazy wisz±ce na ¶cianach mia³y przeciête p³ótna i nic nie wskazywa³o na to, ¿eby ich dotychczasowi mieszkañcy mieli zamiar kiedykolwiek do nich wróciæ. Czeka³o go du¿o pracy, ale nie ba³ siê tego. Chcia³ na nowo w³o¿yæ w to miejsce serce. Chcia³, ¿eby by³o tak jak wtedy na pi±tym roku. Wszyscy Weasleyowie zgromadzeni przy stole, których ¶miech roznosi³ siê echem po ca³ym domu. Hermiona pomagaj±ca pani Weasley w kuchni, pomimo braku umiejêtno¶ci gotowania. Kingsley, Moody, Tonks, Lupin i inni cz³onkowie Zakonu Feniksa odwiedzaj±cy ich nawet poza terminami zebrañ. Wiecznie narzekaj±cy Stworek, usi³uj±cy ratowaæ stare pami±tki rodzinne Blacków. No i on. Syriusz. Uwiêziony w tym miejscu dla w³asnego dobra. Osoba, której móg³ siê zwierzyæ, która doskonale go rozumia³a. Chcia³, ¿eby zamieszkali razem, jak tylko wszystko siê wyja¶ni. Kiedy tylko siê skoñczy. Czêsto o tym rozmawiali. A potem zdarzy³o siê to. I straci³ go na zawsze. Sta³ siê powodem ¶mierci kolejnego cz³onka swojej rodziny. Chcia³ to teraz odbudowaæ, ale wiedzia³, ¿e nigdy nie bêdzie tak jak dawniej. W¶ród rudych czupryn zabraknie tej jednej, najweselszej. Nigdy ju¿ nie zbierze siê Zakon Feniksa. Nie w pe³nym sk³adzie. W progu natomiast nie stanie Syriusz z lampk± wina w rêce. Stworek zamieszka w Hogwarcie. Ju¿ teraz pomaga w przygotowaniach do nastêpnego roku. To w sumie dobry skrzat, tylko przyzwyczajony do jednej rodziny, której linia zosta³a ju¿ dawno przerwana.
Rozmy¶laj±c o tym wszystkim kroczy³ powoli zdemolowanym korytarzem. ¦miercio¿ercy nie zwracali uwagi na to, jakiego ba³aganu narobili, ile cennych rzeczy zniszczyli, przeszukuj±c dom. Teraz to by³a prawie ruina. Wiedzia³ jednak, ¿e potrzeba tylko czasu. Czasu i pracy. I by³ gotów po¶wiêciæ go tak du¿o, jak tylko bêdzie trzeba. Postawi³ kufer w do¶æ sporym salonie. Trzeba bêdzie przeprowadziæ gruntowny remont. Zamierza³ siê za to zabraæ najszybciej, jak tylko siê da. Najlepiej od razu.
***
Mija³y dni, tygodnie, miesi±ce... Przez czas pracy opuszcza³ dom przy Grimmuald Place tylko po jakie¶ zakupy i inne sprawunki. Pisa³ równie¿ listy do Rona i Hermiony. Ka¿de z nich by³o zajête czym¶ innym. Ron pomaga³ rodzicom w pracach nad Nor±, Hermiona szuka³a swoich rodziców, ¿eby przywróciæ im pamiêæ.
Pewnego z ostatnich ciep³ych wieczorów ciemnow³osa dziewczyna postanowi³a odwiedziæ przyjaciela. Zajrza³a wcze¶niej do Rona pytaj±c, czy nie chcia³by wybraæ siê do Harry'ego razem z ni±. Ten jednak stanowczo odmówi³.
- Mamy tutaj jeszcze masê pracy, dziewczyno. Sam do niego pójdê, jak znajdê czas - powiedzia³. Stoj±ca za nim Ginny tylko wzruszy³a ramionami. Sama widzia³a Pottera tylko kilka razy na Pok±tnej lub na ulicy Londynu i za ka¿dym razem nie koñczy³o siê to zbyt dobrze, z czego oczywi¶cie nie omieszka³a siê zwierzyæ pannie Wiem-To-Wszystko. T± nieco mêczy³a ca³a ta sytuacja. Wojna zbli¿y³a do siebie wiele osób. A jeszcze wiêcej rozdzieli³a. Mo¿liwe, ¿e podczas ca³ego tego zamieszania pope³nili kilka b³êdów. Pospieszyli siê. Po prostu chcieli mieæ obok siebie kogo¶ bliskiego, a Ron zdawa³ siê byæ dla niej naprawdê kim¶ wspania³ym. Tak samo jak Ginny dla Harry'ego. Mo¿e i by³o to przej¶ciowe, nie mniej szkoda, ¿e nie mog± siê dogadaæ.
Pojawi³a siê przed drzwiami domu przy Grimmuald Place dok³adnie o godzinie 16:00. Musia³a po raz drugi sprawdziæ, czy aby na pewno nie pomyli³a adresu. Wszystko by³o wyremontowane. Nowa furtka, odmalowany p³ot, idealnie skoszony trawnik z drzewem, rzucaj±cym cieñ na wysypan± ¿wirem dró¿kê, prowadz±c± do nowych, dêbowych drzwi. Mo¿na by³o zauwa¿yæ, ¿e wstawiono nowe okna, w których od ¶rodka wisia³y firany w barwach Gryffindoru. U¶miechnê³a siê delikatnie pod nosem. No tak, a czego innego mog³a siê spodziewaæ. Chwyci³a mocniej butelkê i pokona³a odleg³o¶æ dziel±c± j± od budynku. Po chwili wahania wcisnê³a dzwonek, który do z³udzenia przypomina³ jej hogwardzki dzwon rozpoczynaj±cy i koñcz±cy lekcje. Tak, ten d¼wiêk budzi³ w niej tyle wspomnieñ...
Zanim jednak zd±¿y³a na powrót siê zamy¶liæ, drzwi otworzy³ jej ch³opak o rozczochranych, ciemnych w³osach, ubrany w lu¼n±, odrobinê pogniecion± koszulê, jeansy i widocznie stare trampki. W pierwszym momencie stan±³ jak wryty, ale po chwili u¶miechn±³ siê szeroko.
- Hermiono! Co za niespodzianka! - powiedzia³ i u¶ciska³ j± mocno, a ona uca³owa³a go delikatnie w policzek.
- Cze¶æ. No wiem. Pisa³e¶ ostatnio, ¿e skoñczy³e¶ remont i uzna³am, ¿e trzeba to jako¶ uczciæ - odpar³a i wyci±gnê³a w jego stronê trzymane w rêce wino. Harry przyj±³ prezent i wpu¶ci³ j± do ¶rodka, zamykaj±c za ni± drzwi. Gdy tylko przekroczy³a próg stanê³a jak wryta. Korytarz mia³ szare ¶ciany, z wymalowanym na nich z³otym wzorem ga³±zek drzewa wi¶niowego z drobnymi kwiatuszkami. Po obu stronach wisia³y zdjêcia znanych im poleg³ych w II Bitwie o Hogwart. Cedric, Colin, Moody, Tonks, Lupin, Fred, Syriusz, Dumbledore, Zgredek, rodzice, a nawet Snape. Pod ka¿dym z nich widnia³ herb domu, do którego dana osoba przynale¿a³a w Hogwarcie i krótka notka o ¶mierci i tym, co Harry'ego z ni± ³±czy³o. Dziewczyna dotknê³a delikatnie wzorku, patrz±c z podziwem na otoczenie.
- Rany... Sam to zrobi³e¶? - spyta³a. Jej przyjaciel skin±³ g³ow±, wyra¼nie z siebie zadowolony.
- Nie potrafi³em inaczej. To takie miejsce ku czci ich pamiêci. ¯ebym nie zapomnia³ - powiedzia³. Spojrza³a na niego z uznaniem. Zawsze wiedzia³a, ¿e jest niezwyk³ym czarodziejem. Odwa¿nym i uczciwym, a tak¿e wyj±tkowo silnym psychicznie cz³owiekiem. Nie spodziewa³aby siê jednak takiego kroku.
- Jest wspania³e - przyzna³a, na co Harry u¶miechn±³ siê tylko przelotnie.
- Nie mia³em miejsca na zdjêcia wszystkich poleg³ych. Na koñcu korytarza wisi lista z nazwiskami, któr± sam przepisa³em. Dla pamiêci.
Odruchowo po³o¿y³a mu rêkê na ramieniu. ¯eby wiedzia³, ¿e nie jest sam. Dopiero po d³u¿szej chwili ruszyli dalej.
- Mo¿e zaparzê ci herbaty? - spyta³, kieruj±c siê w stronê kuchni. Hermiona u¶miechnê³a siê.
- Dobra, ale zaraz potem wszystko mi poka¿esz - powiedzia³a. Harry za¶mia³ siê weso³o.
- Zgoda.
Weszli do kuchni. Tutaj równie¿ wiele siê zmieni³o. Urz±dzona by³a w elegancki, na pierwszy rzut oka nieco staro¶wiecki sposób. ¦ciany mia³y kolor skórki ciemnej pomarañczy. Po¶rodku sta³ do¶æ spory, jasny stó³ z sze¶cioma krzes³ami do kompletu. Pozosta³e meble równie¿ wykonane by³y z jasnego drewna. Niektóre mia³y oszklone drzwiczki, przez które widaæ by³o now±, eleganck± zastawê. Do tego oczywi¶cie zlewozmywak, nowiutka lodówka, kuchenka i piekarnik. Wszystko l¶ni³o czysto¶ci±, a¿ dziw bra³, ¿e mieszka tu samotny facet. I to w dodatku czarodziej!
- O rany... - wydusi³a tylko. Harry za¶mia³ siê cicho i postawi³ na stole talerzyk z ciasteczkami. No tak, zawsze gotów na ka¿d± okoliczno¶æ.
- Daj spokój. W spokoju zostawi³em tylko dwa pomieszczenia. Jedno z drzewem genealogicznym Blacków. Stawiam tam tylko co jaki¶ czas bukiet kwiatów. Tak dla czystej zasady. Mo¿e i wyparli siê Syriusza, ale byli jego rodzin±. W pewnym sensie.
- A drugie pomieszczenie? - spyta³a. Jej przyjaciel nieco spochmurnia³.
- Pokój Syriusza. Nie potrafi³bym w nim nic zmieniæ. Tylko trochê posprz±ta³em - wyja¶ni³. Hermiona obesz³a dziel±cy ich stó³ i po³o¿y³a mu obie d³onie na ramionach.
- Rozumiem, Harry. Chcesz zatrzymaæ chocia¿ jak±¶ jego cz±stkê - odgad³a. Ciemnow³osy u¶miechn±³ siê s³abo, patrz±c na ni± uwa¿nie.
- Jak ty mnie dobrze znasz - powiedzia³. Dziewczyna wzruszy³a ramionami, unosz±c minimalnie k±ciki ust.
- Wiem. Oboje dobrze siê znamy - odpar³a. Ch³opak obj±³ j± delikatnie w pasie i przycisn±³ do siebie. Po prostu ¿eby poczuæ, ¿e jest blisko.
- Cieszê siê, ¿e tu jeste¶, Hermiono. ¯e poznali¶my siê wtedy w pierwszej klasie.
- Ja te¿, Harry.
Stali tak przez kilka minut, dopóki woda w czajniku nie zaczê³a siê gotowaæ, oznajmiaj±c to g³o¶nym, przeci±g³ym gwizdem. Na ten d¼wiêk odsunêli siê od siebie niemal natychmiast. Potter zala³ kubki wrz±tkiem i zamiesza³.
- A co tam u ciebie i Rona? - spyta³, ¿eby przerwaæ ciszê, która normalnie nigdy by im nie przeszkadza³a, ale tym razem wyda³a siê dziwnie inna. Jakby kto¶ przy³apa³ ich na czym¶ niegrzecznym.
- Wiesz... trochê... inaczej - odpar³a. Harry spojrza³ na ni± zaskoczony. Po raz pierwszy jego przyjació³ka nie mia³a pojêcia, co powiedzieæ. No proszê.
- To znaczy? - Postawi³ kubki na stole i zaj±³ jedno z krzese³. Hermiona usiad³a obok niego, wzdychaj±c.
- Nie wiem. Nie dogadujemy siê. Bojê siê, ¿e przez tê ca³± wojnê podjêli¶my jedn± z najgorszych decyzji w naszym ¿yciu - wyzna³a. Harry parskn±³ wymuszonym, ponurym ¶miechem.
- Wiem, co czujesz. Ze mn± i Ginny jest tak samo. A w ka¿dym razie podobnie.
Opowiedzia³ jej o ich ostatnim spotkaniu na Pok±tnej, podczas którego porz±dnie pok³ócili siê o... o ich zwi±zek. O to, czy on w ogóle ma jakikolwiek sens. W sumie to nawet nie by³ pewien, czy nadal s± razem, czy ju¿ raczej nie. Hermiona przyzna³a, ¿e Ginny ju¿ mówi³a jej o ca³ej sytuacji i okaza³o siê, ¿e dziwnym trafem wszystko, co do niego czu³a od lat, jakby zaczê³o znikaæ. Polubi³a go, bo by³ bohaterem, wybrañcem. Kim¶, o kim mówi³y legendy. Podziwia³a go. A kiedy zobaczy³a, ¿e wszystko siê koñczy, a on, pomimo ¿e wreszcie odwzajemni³ jej uczucia, jest jaki¶... inny, sama nie wiedzia³a co robiæ. Nie potrafi³a zaakceptowaæ tego, ¿e on nie potrafi³ zachowywaæ siê jak inni faceci w jego wieku. Potrafi³ byæ podejrzliwy, nawet w stosunku do poznanych wcze¶niej osób. Wszystko dok³adnie bada³ i nadal uwielbia³ æwiczyæ, trenowaæ, byleby tylko nie wyj¶æ z wprawy. Chcia³ nadal trenowaæ m³odych, ¿eby zawsze byli w pogotowiu, ale ona uwa¿a³a, ¿e to ju¿ niepotrzebne. W koñcu wojna siê skoñczy³a. Wygrali.
Hermiona opowiedzia³a mu te¿ o tym, ¿e jej stosunki z Ronem nagle znów wróci³y do punktu wyj¶cia, czyli ci±g³ych k³ótni, sprzeczek. Nie mogli siê po prostu dogadaæ. Pewnie rzeczywi¶cie pope³nili powa¿ny b³±d, próbuj±c wmówiæ sobie, ¿e chêæ blisko¶ci, któr± odczuwali, to prawdziwa mi³o¶æ.
W koñcu skoñczyli piæ herbatê i Harry oprowadzi³ j± po domu. Zaczêli od salonu, który urz±dzony by³ niemal identycznie, jak Pokój Wspólny Gryffindoru. Doda³ tylko jedno mugolskie udogodnienie - telewizor. Jako¶ wyj±tkowo go do niego ci±gnê³o. Odremontowane schody ju¿ nie skrzypia³y, a porêcze by³y mocne i solidne. ¦ciany klatki schodowej i pó³piêter mia³y kolor ciemnoz³oty, przypominaj±cy nieco jasny br±z. Wprowadzi³ j± do wszystkich pokoi (a by³o ich do¶æ sporo) i ka¿dy by³ urz±dzony niemal identycznie. Jasne ¶ciany, kilka trochê ciemniejszych mebli, ³ó¿ko z po¶ciel± w kolorach wszystkich domów w Hogwarcie. Na firanach królowa³y barwy Gryfonów w ja¶niejszym lub ciemniejszym odcieniu. Pokaza³ jej nawet swój pokój, umiejscowiony na pierwszym piêtrze. Patrz±c na niego, nie by³o w±tpliwo¶ci, do jakiego domu nale¿a³. Tylko gdzieniegdzie mo¿na by³o natkn±æ siê na barwy Ravenclawu, Slytherinu b±d¼ Hufflepuffu. Na meblach sta³y zdjêcia i inne pami±tki. Na magicznych fotografiach widzia³a wszystkich Weashley'ów, rodziców Harry'ego, a nawet sam± siebie. Niedaleko ustawionego w pobli¿u okna ³ó¿ka sta³o biurko zawalone ró¿nymi wydaniami Proroka Codziennego, listami i kilkoma drobiazgami. W nogach ³ó¿ka sta³ jego kufer z Hogwartu, a na pod³odze le¿a³ miêkki dywan w ciemno¿ó³tym kolorze.
Na koniec zaprowadzi³ j± przez tylne drzwi do ogrodu (o którym istnieniu nikt nie mia³ zielonego pojêcia, dopóki Harry nie odkry³ tego wyj¶cia). Tutaj przyda³o siê na co¶ ¿ycie w domu Dursley'ów i pielêgnowanie ogrodu ciotki Petunii. Ziemiê przy ogrodzeniu ozdabia³y ró¿nokolorowe kwiaty ró¿nych gatunków. Ró¿owe, czerwone, niebieskie, bia³e, a nawet pomarañczowe ró¿e, fioletowe i ¿ó³te bratki, kilka s³oneczników, go¼dzików, lilii oraz kilka krzaczków z porzeczkami, czarnymi i czerwonymi. Równo skoszona trawa prezentowa³a siê zdrowo i elegancko, a do¶æ blisko domu sta³ stó³ z dwiema ³awkami po obu jego stronach i dwoma krzes³ami na koñcach. Trochê dalej sta³a ³awka ogrodowa typu hu¶tawki. Dalej, nieco schowany w razie deszczu, sta³ do¶æ spory, zamykany grill. Najbardziej jednak zdziwi³o dziewczynê to, ¿e pomimo wszystkich wprowadzonych zmian dom nadal mia³ ten swój charakter, który oboje pamiêtali z momentu, w którym przybyli do niego po raz pierwszy. Przysiedli na bujanej ³awce, rozkoszuj±c siê najprawdopodobniej ostatnim ciep³ym wieczorem.
- A tak w ogóle to co u twoich rodziców? - spyta³ ni st±d ni zow±d. Hermiona u¶miechnê³a siê.
- Jeste¶my na dobrej drodze. Ju¿ nied³ugo zwrócê im pamiêæ - powiedzia³a. Harry uniós³ minimalnie k±ciki ust.
- Cieszê siê - przyzna³. - No i... nie mia³em okazji ci podziêkowaæ. Naprawdê wiele po¶wiêci³a¶, ¿eby ze mn± pój¶æ na poszukiwanie horkruksów, mimo, ¿e wcale nie musia³a¶. Dziêkujê.
Czarownica chwyci³a delikatnie jego rêkê, jakby to by³a najnormalniejsza rzecz na ¶wiecie, po czym spojrza³a mu prosto w oczy.
- Nie masz za co, Harry. Ka¿dy na moim miejscu zrobi³by to samo. Poza tym... nawet gdybym nie posz³a z tob± nie mog³abym prowadziæ normalnego ¿ycia. Sam chyba wiesz, dlaczego - przypomnia³a mu. Ch³opak skin±³ g³ow±.
- Wiem. Ale to nie zmienia faktu, ¿e nie musia³a¶.
- No dobra, nie musia³am. Ale zrobi³am to i nie ¿a³ujê.
Po tych s³owach tak po prostu siê w niego wtuli³a. I siedzieli tak, rozmawiaj±c, ¶miej±c siê i ¿artuj±c jak za dawnych czasów. Szczerze i od serca. Nawet nie zauwa¿yli, ¿e zrobi³o siê pó¼no, nie zwrócili uwagi na zmêczenie. Zasnêli na ³awce, przytuleni do siebie, z u¶miechami na twarzach. Jakby nie by³o w tym nic dziwnego. Nie mieli przed sob± ¿adnych tajemnic ani ograniczeñ, których trzymali siê przy swoich partnerach.
Obudzili siê do¶æ pó¼nym rankiem, nieco zesztywniali i obolali. Po¶miali siê chwilê, zaskoczeni miejscem, w którym zmorzy³ ich sen, po czym poszli do kuchni. Oczywi¶cie to Harry zabra³ siê za przygotowywanie ¶niadania, chocia¿ Hermiona pomaga³a, jak tylko potrafi³a. Ustawi³a sztuæce, talerzyki, pó³miski i kubki z kaw± na stole, a czarodziej usma¿y³ im jajecznicê na boczku. Co¶, co wyj±tkowo czêsto robi³ w domu wujostwa. O dziwo nawet przy ¶niadaniu nie zabrak³o im tematów do rozmów. Kiedy skoñczyli razem posprz±tali i usiedli na kanapie w salonie z kubkami kawy w rêkach.
- Wiesz, ¿e chyba powinnam ju¿ pój¶æ? - spyta³a. Harry wzruszy³ ramionami.
- Masz jakie¶ wa¿ne sprawy do za³atwienia?
Dziewczyna zamy¶li³a siê.
- Nie, w sumie nie. Ale nie chcê ci siê narzucaæ...
- Daj spokój - przerwa³ jej przyjaciel, machaj±c lekcewa¿±co rêk±. - Jak mo¿esz mi siê narzucaæ? Jeste¶ moj± przyjació³k±, mo¿esz tu siedzieæ jak d³ugo tylko chcesz. A poza tym wiesz, jak mi siê tu czasami nudzi?
Czarownica za¶mia³a siê.
- Oj, domy¶lam siê. Dziêki.
- Nie ma za co.
W tym samym momencie w domu rozleg³ siê dzwonek do drzwi, który ponownie przypomnia³ jej hogwardzki dzwon lekcyjny. Harry zerkn±³ na zegarek. Prawie po³udnie. Uniós³ minimalnie brwi.
- Ciekawe kto to - powiedzia³ i ruszy³ do drzwi. Hermiona z czystej ciekawo¶ci posz³a za nim.
- Niespodzianka! - rozleg³ siê okrzyk, gdy tylko m³ody Potter otworzy³ drzwi. Oboje u¶miechnêli siê szeroko na widok licznej rodziny z rudymi czuprynami stoj±cymi za progiem.
- O rany, jak mi³o was zobaczyæ! - powiedzia³ Harry ze ¶miechem, pozwalaj±c siê wy¶ciskaæ pani Weasley, która znów powiedzia³a co¶ o tym, ¿e Harry jest stanowczo za chudy.
- Ciebie równie¿, kochaneczku, ciebie równie¿! - krzyknê³a przy tym weso³o. Przywita³ siê ze wszystkimi, ca³uj±c Ginny w policzek.
- O, Hermiono! Co ty tu robisz? Nie mia³a¶ przyj¶æ do Harry'ego wczoraj? - spyta³ Ron, patrz±c na swoj± dziewczynê. Ta wzruszy³a ramionami.
- By³am wczoraj, ale zagadali¶my siê do pó¼na i spa³am tutaj, w jednym z pokoi - odpar³a Hermiona. Ron jednak nadal mierzy³ j± uwa¿nym spojrzeniem. Nie by³o w tym ani krzty tego uczucia, co wcze¶niej. W sumie pomiêdzy Harrym i Ginny równie¿ nieco przygas³o.
Czeka³a go kolejna oprowadzka po domu. I tym razem posypa³o siê wiele pochwa³ pod jego adresem. Wszystkim podoba³ siê g³ównie korytarz wej¶ciowy. Pani Weasley a¿ siê pop³aka³a, widz±c na ¶cianie zdjêcie swojego syna. Na koniec wynie¶li na zewn±trz jeszcze kilka krzese³ i urz±dzili sobie obiadowego grilla. By³o du¿o ¶miechu, ¿artów i rozmów na ró¿norakie tematy. W pewnym momencie Harry wszed³ do domu po kolejny zapas kie³basek i us³ysza³ krzyk Hermiony. Nie, ¿eby by³ w¶cibski, ale odruchowo siê napi±³ i nadstawi³ uszu.
- Dobra! Skoro tak to widzisz, to rzeczywi¶cie nie ma sensu ci t³umaczyæ, ¿e miêdzy mn± a Harrym nic nie by³o! Nic siê nie wydarzy³o! - krzycza³a.
- Daj spokój, widzê, jak na siebie patrzycie! - tym razem to by³ Ron. Harry uniós³ brwi. Czy¿by on s±dzi³, ¿e on i Hermiona... co?!
- Wiesz co? Id¼ ty sobie zbadaæ wzrok! Mam dosyæ tej twojej ci±g³ej zazdro¶ci! To koniec!
Po tych s³owach us³ysza³ g³o¶ny tupot i trzask zamykanych drzwi frontowych. Przez chwilê sta³ tak bez ruchu, po czym powoli ruszy³ w kierunku kuchni, gdzie zobaczy³ swojego przyjaciela, stoj±cego przy stole. Jego uszy przypomina³y dwa plasterki dojrza³ych pomidorów.
- Ron? Co jest? - spyta³, jakby nie s³ysza³ ca³ego zaj¶cia. Jego przyjaciel spojrza³ na niego gniewnie.
- Co jest? Co jest? Przyznaj siê, ¿e ty i Hermiona...
- Ron! - przerwa³ mu, zanim ten zd±¿y³by powiedzieæ cokolwiek wiêcej. - Jeste¶my przyjació³mi. S±dzisz, ¿e zrobi³bym ci co¶ takiego?
Te s³owa nieco go uspokoi³y, ale nadal wygl±da³ na w¶ciek³ego.
- Mo¿e nie. Nie teraz. Ale przyznaj, ¿e was do siebie ci±gnie. Chcecie tego, ale Ginny i ja was powstrzymujemy. Jak d³ugo zamierzasz jeszcze ok³amywaæ moj± siostrê, Harry? Udawaæ, ¿e co¶ was ³±czy, skoro wasz zwi±zek jest tak± sam± pomy³k±, jak mój i Hermiony?
Harry przez chwilê nic nie mówi³, nie mog±c dobraæ odpowiednich s³ów.
- Nie ci±gnie nas do siebie, Ron. Jeste¶my tylko przyjació³mi.
Rudzielec prychn±³ pogardliwie.
- Ta, jasne. Tak wam siê wydaje. Ale to widaæ. Widaæ, ¿e jeste¶cie zakochani po uszy. Wiesz, ¿e kiedy jeszcze chodzili¶my do Hogwartu robiono zak³ady o to, kiedy oficjalnie zostaniecie par±?
Harry'ego wmurowa³o. Naprawdê? Naprawdê to tak wygl±da³o? No nie¼le. Tego siê nie spodziewa³. Nigdy nie my¶la³ o Hermionie w ten sposób, chocia¿ musia³ przyznaæ, ¿e bardzo mu na niej zale¿a³o. Lubi³ z ni± rozmawiaæ, spêdzaæ z ni± czas. Ale to chyba jeszcze nie znaczy, ¿e musz± byæ par±? Ron patrzy³ na niego jeszcze przez chwilê, po czym wyszed³ z kuchni, zostawiaj±c w niej Harry'ego sam na sam ze swoimi przemy¶leniami. Czy to mo¿liwe, ¿e on i Hermiona mogliby?... Nie. To znaczy, do tej pory naturalne by³o dla nich to, ¿e siê przytulili, ¿e czasami trzymali siê za rêce i tym podobne.
- Harry.
A¿ podskoczy³, kiedy poczu³ czyj±¶ d³oñ na ramieniu. Odwróci³ siê i stan±³ twarz± w twarz z Ginny.
- O, hej. No tak, kie³baski - powiedzia³, nagle przypominaj±c sobie, po co tak w³a¶ciwie przyszed³ do kuchni. Ginny u¶miechnê³a siê.
- S³ysza³am twoj± rozmowê z Ronem. Znaczy, urywek, ale zawsze - przyzna³a. Harry pokrêci³ g³ow±.
- Nie wa¿ne. Nie my¶l o tym. Przejdzie mu - zbagatelizowa³ sprawê, jednak ona powtórzy³a jego gest, nadal siê u¶miechaj±c.
- Nie, Harry. On ma racjê. Mo¿e rzeczywi¶cie pope³nili¶my b³±d.
Potter odwróci³ siê zaskoczony.
- O czym ty mówisz? - spyta³. Panna Weasley unios³a brew.
- Och, daj spokój. Oboje wiemy, ¿e to, co miêdzy nami by³o, ju¿ wygas³o. Mo¿e lepiej, ¿eby¶my skoñczyli to teraz, ni¿ niepotrzebnie siê ranili i pó¼niej rozstali siê w gniewie. Wolê, ¿eby¶my zostali przyjació³mi.
Harry patrzy³ na ni± przez chwilê w zdumieniu. Czy ona w³a¶nie z nim zerwa³a?
- Jeste¶ tego pewna, Ginny? Wszystko mo¿e siê jeszcze naprawiæ...
- Nie. Tak bêdzie lepiej.
Oboje siê u¶miechnêli, mo¿e nawet po trochu z ulg±. To wszystko naprawdê wcze¶niej ich mêczy³o. Czas odpocz±æ. Podeszli do siebie i u¶cisnêli siê, jak przyjaciele, po czym Ginny ruszy³a do wyj¶cia z kuchni.
- Ach, no i jeszcze jedno. Ty i Hermiona naprawdê do siebie pasujecie - mrugnê³a do niego porozumiewawczo. - I nie zapomnij tych kie³basek!
U¶miechn±³ siê sam do siebie, wyj±³ z lodówki paczkê kie³basek i ruszy³ w kierunku ogrodu.
***
Przypadek? Nie s±dzê. Dok³adnie sze¶æ lat pó¼niej wszyscy znów spotkali siê w domu przy Grimmuald Place 12 z okazji trzecich urodzin ma³ej Lily Potter - córki Harry'ego i Hermiony. Zjechali siê wszyscy Weasley'owie - Molly i Artur, Ron ze swoj± narzeczon±, Emm±, któr± pozna³ dwa lata po zerwaniu z Hermion± w sklepie, który prowadzi³ razem z Georgem, Ginny ze swoim mê¿em, Henrym, kapitanem dru¿yny Quiddicha, do której nale¿a³a jako ¶cigaj±ca i w dodatku spodziewali siê razem dziecka. Przyjecha³ te¿ wiecznie samotny Charlie, George ze swoj± ¿on± i dwójk± dzieci, Percy, jak zwykle zbyt zabiegany, ¿eby o¶wiadczyæ siê swojej dziewczynie - Felicity, która pracowa³a w Departamencie Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Zjawili siê równie¿ rodzice Hermiony, którzy, pomimo i¿ przypomnieli sobie, kim s± i ¿e maj± córkê, nadal uczyli siê j± poznawaæ i pracowali nad wspólnymi wspomnieniami. Hermiona czêsto zabiera³a ich w miejsca, w których razem byli i pomaga³a im odbudowaæ tamt± relacjê. Wszystko by³o na dobrej drodze. Byli jedn± wielk± rodzin±. Harry i Hermiona wspólnie uznali, ¿e Ron i Ginny powinni byæ rodzicami chrzestnymi Lily, z czego wszyscy byli wyj±tkowo zadowoleni.
Historia mo¿e i nie zakoñczy³a siê tak, jak wszyscy s±dzili, ¿e siê skoñczy. Wojna by³a b³êdem i b³êdy zasia³a w ich sercach i poczynaniach. Niektóre uda³o im siê naprawiæ, inne zostawi³y ¶lady. Zdarza siê, ¿e czasami przypominaj± sobie we ¶nie tamte wydarzenia, a wtedy nie mog± zasn±æ. Harry ma na to swój sposób. Zaszywa siê w pokoju swojego ojca chrzestnego i tam po prostu próbuje zapomnieæ, przepraszaj±c i dziêkuj±c tym, którzy oddali ¿ycie za to "zwyciêstwo". On znalaz³ swój dom. Swoje miejsce. I szczerze ¿yczy³ tego samego innym, którzy prze¿yli. ¯eby potrafili siê po tym pozbieraæ.
KONIEC
Moje pere³ki.
Bardzo dobry tekst i bardzo d³ugi. Przyjemnie siê go czyta³o.
Harry zawsze pasowa³ mi do Hermiony, wiêc parring szczególnie mnie nie zrazi³. Piszesz ¶wietnie. Pocz±tek i koniec s± mistrzowskie. Bardzo dobre opisy uczuæ i miejsc.
Kilka zgrzytów oczywi¶cie by³o.
Jedno tylko zwróci³o moj± uwagê. Kto chcia³by mieszkaæ w takim domu? Zaraz po wej¶ciu do ¶rodka napotykamy aleje zmar³ych. Trochê to depresyjne, no ale to w koñcu Harry.
Ca³o¶æ zas³uguje na Wybitny.