S³owem wstêpu. Wszelkie prawa zastrze¿one.
Postaæ Rafaela Bieleckiego i jego przygody w ca³o¶ci nale¿± do Aniki Stasiñskiej oraz Wydawnictwa Kotori. Kopiowanie jakikolwiek fragmentów lub ca³o¶ci bez wcze¶niejszej pisemnej zgody wydawcy zabronione.
Tom pierwszy w wersji blogowej znajduje siê na stronie:
Rafael Bielecki Yaoi - tutaj równie¿ znajduj± siê odno¶niki do ksiêgarni internetowych, w których mo¿na kupiæ papierow± wersjê ksi±¿ki.
Uwaga - tre¶ci na blogu nie s± przeznaczone dla osób poni¿ej 16 lat. Blog o tematyce homoseksualnej. Zawiera wulgarne s³ownictwo.
WPIS 1: Zaczê³a siê gehenna...
Wiecie jak to jest, gdy ¶pisz sobie b³ogim snem niewinnego i nagle ze zdwojon± moc± w twoje lewe ucho uderza kiczowaty dzwonek O-Zone? Nie? Koniecznie spróbujcie, zabawa przednia!
W³a¶nie w taki zajefajny sposób wsta³em z ³ó¿ka w pewien wrze¶niowy poranek, który mia³ rozpocz±æ kolejn± dziesiêciomiesiêczn± gehennê w Pañstwowym Wiêzieniu Dla Nieprzystosowanych. Ta, dobrze zgadli¶cie. Z kalendarza ¶ciennego szczerzy³a do mnie k³y data 1 wrze¶nia.
– Co za nieludzcy ludzie… – mrukn±³em pocieraj±c zalepione ¿ó³taw± substancj± ¶lepia. Po omacku dobrn±³em do kibla i zapali³em ¶wiat³o, które podzia³a³o na mnie jak na wampira – Carramba, codzienny koszmar powróci³!
Jakim¶ cudem dotar³em do zlewu (wymazanego czerwonym lipqlosem starszej – ten potwór Ewka chyba postanowi³ spróbowaæ zrobiæ z siebie kobietê, ale jako¶ nadal prezentuje siê jak ma³oletni transwestyta) i u¿y³em kranu do docucenia siê do koñca. Nie oby³o siê bez ogólnej demolki wnêtrza – kto normalny wiesza pó³ki na wysoko¶ci ³okcia przeciêtnego szesnastolatka?!
– Psia karma… – stêk poszkodowanego (czyli mnie przygniecionego jakimi¶ duperelami starszej oraz zu¿ytymi chusteczkami do nosa) wyrwa³ siê z jego ust. – Czy to aby zgodne z przepisami BHP…?
Jakim¶ cudem uda³o mi siê pozbieraæ moje marne szcz±tki z pod³ogi i stan±æ w miarê prosto. Z lustra jopi³ siê na mnie pó³nagi szesnastolatek z czarnym stogiem siana na g³owie i mêtnymi zielonymi oczami. Podobieñstwo do cz³owieka w tym momencie 49/100.
Omal nie dosta³em zawa³u gdy nagle co¶ zaczê³o dobijaæ siê do drzwi.
– Haly, wy³a¼! Musê siusiu! Sybko! A mami powiedziala, ze mas mnie zaplowadziæ do psedskola!
No tak. Ewka wsta³a. Dlaczego ja nienawidzê czterolatków?!
– Ewka, mia³a¶ tak na mnie nie mówiæ! – rykn±³em do dzieciaka. Odk±d obejrza³a wszystkie czê¶ci Harry’ego Pottera, sprytna szczeniara nazywa mnie „Harry” – A szczaæ id¼ na dwór!
– POWIEM MAAMIEE!
Jeah. Standardowy poranek w domu Bieleckich. Jeden Wielki Ryk. Obojêtnie siêgn±³em po bia³± koszulê (nie ¿ebym ubiera³ siê w garniak – zak³adam d¿insy) i za³o¿y³em j± od niechcenia.
– Rafael… – Us³ysza³em zaspany g³os mamy.
– Jezu, rozumiem aluzjê! – postara³em siê nie wybuchn±æ. Nie do¶æ, ¿e kolejny dziesiêciomiesiêczny wyrok, to jeszcze czteroletnia hybryda na karku. Chwyci³em swój dezodorant (ustawiony w szafce pu³apce – Ewka wszêdzie musi wepchn±æ swoje brudne ³apiszony) i wypad³em z kibla barykaduj±c siê w pokoju.
Moja kwatera (zazwyczaj) przypomina co¶ po¶redniego miêdzy rupieciarni± a wysypiskiem. Pod³oga zawalona ciuchami (majtki i skarpetki – mia¿d¿±ca przewaga), pod oknem stosik pism o fantastyce, na biurku malownicze ¶mietnisko stworzone ze starych podrêczników, kartek z bazgro³ami, po³amanymi szcz±tkami najprzeró¿niejszych d³ugopisów, o³ówków i kredek. Jedyne (w miarê) czyste miejsce stanowi³o biurko z kompem i pó³ki z moimi ukochanymi ksi±¿kami. Matka non stop mi truje o sprz±taniu „tej zapad³ej nory”, ale ja tam tego nie s³ucham.
Ubra³em siê do¶æ szybko i w pe³nym rynsztunku, wyposa¿ony w notatnik i cienkopis, wyby³em do kuchni.
– Rafael, zaprowadzisz Ewciê do przedszkola.
– Ta ma³a cholera nie daje mi siê odlaæ do koñca! S±siadka prowadzi swojego potwora, nie mo¿e zabraæ i naszego?!
– Rafael!
– A mo¿e tak zaczniesz zdrabniaæ moje imiê?! – zirytowa³em siê. – Do Ewki wiecznie gaworzysz „Ewciu, Ewuñciu, Ewulku” a¿ mnie mdli, ale do mnie to tylko klasyczne i hitlerowskie „Rafael”!
– Hitlerowskie? – mama parsknê³a ¶miechem – Zaprowadzisz ma³± do przedszkola, bo ci po drodze.
Taa, pewnie, wst±pi³ do Piekie³, po drodze mu by³o. A za rogiem zahaczy³ jeszcze o spo¿ywczy, ¿eby mieæ piwo i przek±ski.
– Jasssssne, tak samo mi po drodze, jak Chiñczykowi na Stadion Europa z Chin poprzez Amerykê Po³udniow± – burkn±³em ponuro, ³ypi±c na to dziecko Hiroszimy wzrokiem z³ego bulteriera.
– Rafael, nie k³óæ siê ze mn±. Ja nie dam rady jej odprowadziæ, zaraz muszê wyj¶æ do biura… – matka zerknê³a na zegarek.
– Znaj ³askê pana dla jego wiernych poddanych. I zwierz±t.
– Maaaamooo! Haly nazwa³ mnie zwiezaaaakiem!
– Ma³pa.
– MAAAAMOOO!
– Rafael! Zachowujesz siê jak dzieciak!!!
Pfff! Ja?! Jak dzieciak?! Jeszcze czego! FOCH.
Odfochn±³em siê, widz±c kanapki z szynk± i ogórkiem na talerzu. Hmmm, ten ogórek jaki¶ podejrzanie zielony, ale niech bêdzie, z racji braku musli ten jeden jedyny raz mogê przetrwaæ w warunkach polowych. Odbiorê to sobie z nawi±zk±.
Ledwie zd±¿y³em poch³on±æ mój codzienny przydzia³ ¶niadaniowy, zegarek oznajmi³ mi, ¿e czas zebraæ dupê w troki i ruszyæ swoje zw³oki w stronê rze¼ni.
Ayyy… mama. Po drodze skrojê jeszcze sobie garnitur do trumny i zajrzê do notariusza z testamentem. Brudne skarpetki zapisa³em w spadku siostrze, resztê spaliæ.
Chc±c nie chc±c wzi±³em tego potwora za rêkê i poprowadzi³em w stronê Katowni Przedszkolanek. Swoj± drog± te kobiety to masochistki. Seryjni zabójcy w wiêzieniach stanowych s± ³agodniejsi ni¿ banda Krasnali w wieku czterech lat. Wola³bym siedzieæ w jednej celi z bossem mafii/Osama bin Ladenem/Kub± Rozpruwaczem/Hannibalem Lecterem/Laleczk± Chucky dziesiêæ lat, ni¿ spêdziæ piêtna¶cie minut na oddziale przedszkolnym. Szybko by mnie chyba stamt±d wywie¼li. równie¿ na oddzia³, ale ten psychiatryczny.
– Haly, zobac, listki lobiom siê takie bzydkie, a ta ka³uza jest brudna, o psejechal samochód, o piesek zascekal, ojej, zawial wietsyk, oooo, wlóbelek! Haly, mam lózcke! Kijasek to moja lózcka od tego pana z blod±! A ja chce Hogwalt, chce tego piesa, takiego calnego…
Ma kto¶ co¶ ostrego, czym mo¿na by wypruæ flaki temu trajkocz±cemu bachorowi?!
Usilnie stara³em siê zag³êbiæ w brudach w³asnego ego, ale niestety, piskliwy alcik „Ewci” doprowadza³ moj± ja¼ñ do krwawych zamachów na moj± psychikê. Nic, jeno RZE¬NIA!
Nie zwracaj uwagi, nie zwracaj uwagi, nie zwracaj uwagi…
JEB!
Kurrr*a, ale otwórz oczy i UWA¯AJ NA LATARNIE, DEBILU LUKROWANY!
Ockn±³em siê na ziemi w stanie z lekka oszo³omionym. Ewka sta³a obok mnie i zwija³a siê ze ¶miechu, ludzie ju¿ wykrêcali numery do najbli¿szego psychiatryka a ja zastanawia³em siê, czy ten ból to a¿ ból, czy tylko ból.
– Haly, no wies co? Tseba by³o uzyæ tego magicznego oka takiego pana co nie by³ panem…
Taaak, mów mi jeszcze, ja ciê popieszczê… dwie¶cie dwadzie¶cia. Pozbiera³em swoje mizerne szcz±tki z ziemi i otrzepa³em siê w stylu „Nic mi nie jest, nowy garniak za tysiaka w ¶wietnym stanie”.
– Idziemy, zanim zrobiê sobie z ciebie gustowny neseserek – warkn±³em do potwora i poci±gn±³em za ³apsko w odpowiednim kierunku.
– Neferefererek? – Ewka spojrza³a na mnie niepewnie. – POOOOWIEM MAAAMIE!
Ludzie, sprzedam dzieciaka. Szybko i tanio, bez zbêdnych formalno¶ci. Zwrotów nie przyjmujê, ale mogê obiecaæ, ¿e czasami was wspomnê. Czasami. Nie za czêsto, ale jednak.
– A mów se co chcesz. Strajkuj, pikietuj, zak³adaj zwi±zki zawodowe a nawet og³o¶ g³odówkê. Bêdzie wiêcej ¿arcia dla mnie – burkn±³em, ci±gn±c Ewkê za ³apê jak jamnika na smyczy.
– Haly, dlacego wlóbelki ¶piewajom?
Bo kurrrr*a maj± taki kaprys!
– Nie wiem, co ja, ornitolog?! Zapytasz pani± przedszkolankê!
O ile kobiecina prze¿yje atak piêtnastki rozwrzeszczanych zasrajmajtków.
– A co to onitogolog?
…
– Zamkniesz siê wreszcie, czy mam ciê zapakowaæ do czarnego plastikowego wora? – spojrza³em gro¼nie na dzieciaka i w tej samej chwili zaleg³a b³oga cisza. Oczy Ewki powiêkszy³y siê jak Kotu w Butach, bródka zadr¿a³a profesjonalnie… O cholera, tylko nie to! – Ewka, proszê, nie wyj, dam ci cukierka!
Korupcja osi±gnê³a samo¶wiadomo¶æ i przekupi³em bestiê przeterminowanym micha³kiem. Po piêtnastu minutach dobrnêli¶my do celu.
PRZEDSZKOLE DÊBOWE POD PATRONATEM MIKO£AJA KOPERNIKA
Ta tabliczka powinna g³osiæ: „Uwaga – ma³oletni bandyci! Nie dokarmiaæ i nie dra¿niæ.”
Przed budynkiem k³êbi³ siê t³um piszcz±cych, wyj±cych i wrzeszcz±cych zaraz. Mamu¶ki jak kwoki tuli³y to-to do siebie i wychwala³y, co to-to potrafi. Taa, wy¿era p³atki go³± ³ap±, z¿era szminki, wk³ada kredki w… niewa¿ne w co i nie zawsze sobie, u¿ywa garów w celach muzycznych… mam wyliczaæ dalej, czy zrobi³o wam siê wystarczaj±co s³abo?
S±siadka ze swoj± hybryd± perorowa³a po prawej, ta jej o¶miornica Izulka d³uba³a w nosie. Wspomnia³em te¿, ¿e podgatunek dzieciêcy spo¿ywa zawarto¶æ komór nosowych w hurtowych ilo¶ciach? Nie? No to ju¿ wiecie. Ewulka na widok Izulka zauwa¿alnie powesela³a i z tej rado¶ci postanowi³a wykorzystaæ moje ramiê jako lianê do pouwieszania siê i wypiszczenia kilku niezrozumia³ych s³ów.
– Tak… id¼ do psiapsi, widaæ, ¿e nie mo¿ecie siê siebie doczekaæ – pchn±³em pomy³kê genetyczn± w kierunku tamtej. Ewka i Izulek obw±chiwa³y siê chwilê, ogl±daj±c nawzajem swoje gumeczki, bransoleteczki i kiecuszki, po czym zaczê³y kwiczeæ w jakim¶ mandaryñskim dialekcie, wymieniaj±c pogl±dy na temat wspó³czesnej mody w¶ród piêciolatków. Stwierdzi³em, ¿e nie zdzier¿ê. – Pani Ry³owa, ja zostawiê t± ma³± chole… Ewwwwciê – W ostatniej chwili opanowa³em swój swawolny jêzyk i soczy¶cie zaakcentowa³em imiê potwora. – Spieszê siê z deka, bo ten tego, autobusy, tramwaje i tego, no… taksówki…
Zmy³em siê jak najszybciej, nie czekaj±c na odmowê.
Ledwie znalaz³em siê za rogiem, odetchn±³em z ulg±.
Do szesnastej wolno¶æ. Bachora odbierze stara, wiêc siê nie bêdê musia³ tu fatygowaæ po raz wtóry.
Ruszy³em ulic± w kierunku mojego Zak³adu Dla Psychicznie Chorych. Momentalnie mój humor owin±³ siê w czarny kocyk i zaszy³ gdzie¶ w k±cie, u¿alaj±c nad sob± w sposób niegodny mê¿czyzny.
Pierwszy dzieñ Liceum. Ach i och. Po prostu cud, miód, orzeszki. Nowa buda, nowi kumple, albo ich totalny brak, no i jak tu siê nie cieszyæ widokiem nauczycieli ostrz±cych sobie na mnie zêby? Ale, ale, jest jeszcze lepsza opcja. Fortuna sprawi³a mi chujow± niespodziankê i zainstalowa³a mnie w szkole dla kujonów. Taaak, to ci geniusze, co nie maj± ¶redniej wy¿szej ni¿ 6,0 i ni¿szej ni¿ 5,8. A teraz ja mam tam wegetowaæ trzy lata. I chyba wiem w jak okrutny sposób zabiæ w³asn± matkê, która to ZMUSI£A MNIE do z³o¿enia tam papierów. Naiwnie s±dzi³em, ¿e siê nie dosta³em.
I chu*nia z grzybni± z przeproszeniem dzieci.
To szko³a prowadzona przez desperatów dla desperatów. Niestety, ¿e desperatów, którzy chc± siê zakatowaæ nauk± na ¶mieræ jest coraz mniej a desperatów prowadz±cych ow± placówkê coraz wiêcej – szko³a przesz³a kryzys i deficyt uczniowski, tote¿… przyjêli mnie bez szemrania i w³a¶ciwie z otwartymi ramionami.
Zabijê swoj± star±. Tak. Urz±dzê jej takie piek³o, przy którym dziewiêæ krêgów piekielnych Dantego to Disneyland dla Amerykañców.
Si±kn±³em przejmuj±co, mijaj±c grupkê podstawówkowiczów poubieranych jak nieletnie pingwiny. Ach, byæ m³odym i nie¶wiadomym…
Na takich oto melancholijnych my¶lach sp³ynê³a mi podró¿ i wreszcie stan±³em przed moim radosnym zak³adzikiem. W sumie nie jest tak ¼le, przecie¿ oblatuj±cy tynk mo¿e byæ przypraw± do sa³atek, kraty w oknach daj± poczucie bezpieczeñstwa i ciep³a o¶rodka, ¶liskie schody ucz± uwagi…
Okej, Raf. Pier¶ do przodu, nogi do ty³u i won do ¶rodka, bo jak siê spó¼nisz to rêka, noga, mózg na ¶cianie i s³odka perspektywa zdrapywania szpachelk± z pod³ogi. Nie przejmuj siê, je¶li bêd± patrzeæ na ciebie jak na debila – z wygl±dem Pottera to normalna reakcja. Zastanowi³o mnie jedno… dlaczego tu tak cholernie pusto? Czy¿bym JU¯ siê spó¼ni³?!
Dobra, Bielecki. Bierzemy rozpêd i zapierdzielamy do sali gimnastycznej!
No i wzi±³em rozpêd. Taki, querrrva, rozpêd, ¿e wpadaj±c przez na wpó³ otwarte drzwi do ¶rodka zaiwani³em ³bem o kant podwojów, notatnik polecia³ lotem kosz±cym gdzie¶-tam, a ja rykoszetem odbi³em siê od tego¿ kanta i zgrabnie wygleba³em siê na ziemiê, chyba trac±c przytomno¶æ.
****
O w mordê, co za ból… Niech kto¶ wy³±czy t± wiertarkê i przyciszy traktor… Wczoraj by³e¶ na imprezie, Bielecki, czy jak?! Piccolo ci zaszkodzi³o, cz³owieku, jak popadniesz w alkoholizm to tak rado¶nie bêdziesz wita³ ka¿dy Poranek Skacowanego…
Po chwili zorientowa³em siê, ¿e wcale nie jest Poranek Skacowanego, jeno uprawia³em stosunek z ptakiem, znaczy siê, wyj**a³em or³a. Ach, ten wdziêk i powab, powiniene¶ byæ Misterem Gracji. A ¿e pobêdziesz pó³ roku na rekonwalescencji w szpitalu rejonowym, to ju¿ inna rozrywka.
Zaraz, zaraz… ta posadzka jest zdecydowanie ZA MIÊKKA i ZBYT PACHN¡CA…
– Typowe dla takich po³amañców. Hej, ¿yjesz? – Kto¶ szarpn±³ mnie ostro za ramiê. Otworzy³em oczy, czuj±c jak zawarto¶æ ¿o³±dka niebezpiecznie zbli¿a siê w okolice prze³yku a czaszka pulsuje bólem jak diody na dyskotece. W tej samej chwili wrzasn±³em jak gwa³cona dziewica i poderwa³em siê do pozycji siedz±cej, odskakuj±c kawa³ek.
Nade mn± pochyla³ siê jaki¶ ch³opak z d³ugimi do ³opatek blond w³osami zaczesanymi na prawo. Zimne szare oczy lustrowa³y mnie beznamiêtnie, chocia¿ widaæ w nich by³o jak±¶ iskrê zainteresowania. Na ustach b³±ka³ mu siê drwi±cy u¶mieszek, a blade d³onie opar³ na kolanach.
– Có¿ za przejmuj±cy sopran, Potter – powiedzia³ kpi±co, unosz±c brew. W jednej chwili wyprostowa³ siê jak struna, nie sil±c siê nawet o pomoc. Przyjemniaczek, naæ jego maæ…
– Jaki Potter… ten pieprzony wygl±d! – jêkn±³em, zbieraj±c siê z trudem z ziemi. – Pierwszy dzieñ i ju¿ mam ksywê, niech to trampek i adidas… Jestem Rafael Bielecki – wyszczerzy³em zêby w bolesnym u¶miechu, staj±c chwiejnie i wyci±gaj±c rêkê do go¶cia. – Ty te¿ do pierwszej humanistycznej?
Ten spojrza³ na moj± d³oñ z pe³nym obrzydzenia zdziwieniem, po czym przeniós³ wzrok na moj± twarz.
– Zaczekaj. Czyli nie jeste¶ Potter? – uniós³ brew.
Opad³y mi ramiona.
– Nie, wbrew pozorom nie. Nie czyta³em tej idiotycznej serii, ja nawet nie wiem kim by³ ten ca³y Harry, a tak poza tym, to nie wiem, mo¿e znasz innego go¶cia o takiej ksywie, ale ja go nie znam…
W tej samej chwili powia³ ciep³y wietrzyk i uderzy³ mnie w nozdrza zapach kwiatów.
What the fuck?!
Rozejrza³em siê gwa³townie i szczêka przywita³a mi siê z ziemi±.
Nie by³em w holu wej¶ciowym do szko³y.
Sta³em sobie najzwyklej w ¶wiecie na jakiej¶ olbrzymiastej ³±ce poro¶niêtej traw±, z dala po³yskiwa³o stal± jezioro, w tle góry i ciemny bór, a w epicentrum tej sielanki…
… sta³ wielgalachny zamek.
O losie, UMAR£EM?!
– Ja umar³em?! – wrzasn±³em w panice.
– Tak szybko siê nie umiera, WBREW POZOROM – odpar³ ch³odno blondyn. – Co¶ mi siê widzi, ¿e powinienem zaprowadziæ ciê do dyrektora, bo nie podoba mi siê twoje zachowanie. – Palcami musn±³ plakietkê na swojej piersi i zielone „P” b³ysnê³o w s³oñcu, a czarna szata zafalowa³a na wietrze.
Zaraz.
Przewiñ. Powiedzia³em „czarna szata”?! Co to za maskarada?! Umar³em, majaczê, ¶mieræ kliniczna, zatrucie pokarmowe?!
– Jaki masz status krwi? – zapyta³ znienacka blondyn a ja zbarania³em.
– Eeee… ARH+… a co? – odpowiedzia³em dukliwie. No tak… Witajcie w LO o najwy¿szym poziomie. Muszê przyzwyczaiæ siê do widoku takich nawiedzonych go¶ci. Za pó³ roku bêdê ich klonem.
– Czystokrwisty, mieszaniec, czy szlama, idioto – podpowiedzia³ ch³opak z politowaniem.
– Eeee…. – Nie popisa³em siê elokwencj±, szczerze czu³em siê jak kretyn.
– Idziemy do dyrektora – warkn±³ ch³opak, ³api±c mnie za nadgarstek, stalowym u¶ciskiem mia¿d¿±c mi go i powlók³ w stronê wej¶cia do zamku.
– Dyrektora?! Zaraz, momencik, kolego, sk³adam apelacjê od wyroku! Za co, na co i za ile wyjdê?! A poza tym… kim ty jeste¶, ¿eby mnie tak szarpaæ i ci±gaæ po dyrektorach?! – zaoponowa³em gwa³townie, wyrywaj±c siê blondynowi.
– Lucjusz Malfoy, prefekt Slytherinu. Mam prawo, a nawet obowi±zek doprowadziæ ciê do dyrektora Hogwartu – odparowa³ lodowato zapytany.
Hogwart, Hogwart… what the fucking Hogwart? Sk±d¶ znam t± nazwê, w komorze pamiêciowej wirowa³ mi mgli¶cie jeden z setki monologów Ewki, traktuj±cych o tym faflunie, Harrym Potterze.
– Rusz siê, Bielecki, Dumbledore nie bêdzie czeka³ wiecznie! – Malfoy znowu z³apa³ mnie za rêkê i powlók³ za sob±.
Cholera znowu co¶ znajomego, sk±d ja znam to nazwisko? Hogwart… Dumbledore… To wszystko nie trzyma siê kupy. Co moje liceum ma z tym wspólnego? Sk±d¶ tego kolesia muszê znaæ, chyba widzia³em go w reklamie proszku do prania…
Do diab³a z my¶leniem, mamy pierwszego wrze¶nia, z czystym sumieniem mogê jeszcze nie my¶leæ.
Zanim siê zorientowa³em, wyl±dowa³em w wielkim holu z marmurow± pod³og± i ¶cianami z ruszaj±cymi siê obrazami.
Gwa³townie spojrza³em na portret po prawej. Przedstawia³ jakiego¶ starego dziada w przestarza³ych szmatach, który z niesamowitym zapa³em w³a¶nie d³uba³ sobie w dziurce od nosa. Lewej, tak dla potomno¶ci.
O w cholerê, Raf… Przywali³e¶ z tak± si³±, ¿e przyda ci siê rok rekonwalescencji… Najlepiej w pokoju bez klameczek…
By³bym dalej kontemplowa³ stan swojej nadw±tlonej psychiki, gdyby nie kolejna rzecz. Ze ¶ciany po lewej wystrzeli³… duch. Karze³kowaty ludek z szerok± mord± i z³o¶liwym grymasem na niej zawis³ w powietrzu przed nami.
– Cholera, duch?! – spanikowa³em i odskoczy³em do ty³u, wdziêcznie wpieprzaj±c siê na Lucjusza.
Blondyn w przyspieszonym tempie przywita³ siê z posadzk±, ja wyl±dowa³em na nim (przynajmniej mia³em miêkkie l±dowanie. Co z tego, ¿e samobójcze, trochê wygody przed ¶mierci± ka¿demu siê nale¿y).
– Zejd¼ ze mnie, idioto! – wydysza³ diablo w¶ciek³y ch³opak i brutalnie zapozna³ mnie z zimn± gleb±. Wsta³ zwinnie jak kot, otrzepa³ szatê i poprawi³ w³osy – Wystraszy³e¶ siê Iryta?!– powiedzia³ z niesmakiem. – Wstawaj Bielecki! Do diab³a nie mamy czasu!
– Kogo my tu mamy? Dwóch przydupasów… – zachichota³a z³o¶liwie prze¼roczysta kreatura i wydoby³a sk±d¶ dwa nieprzyzwoicie wielkie balony, na bank nie nape³nione powietrzem. – Macie prezencik, ch³opaczki!
Wycelowa³ i…
…rzuci³.
----------------
Nikt tego nie skomentowa³ i nie wiem, czy dobrze postêpujê, robi±c to pierwsza. Trudno te¿ jest oceniaæ co¶, co jest ju¿ w formie ksi±¿ki. Dlatego napiszê krótko.
Nie lubiê Twojego Bieleckiego. Jako¶ w ogóle nie trafia do mnie jego charakter, jego sposób bycia. Nie do pomy¶lenia dla mnie jest takie zwracanie siê do dziecka, tym bardziej do siostry. Mo¿e da siê to jako¶ wyt³umaczyæ, mo¿e bêdzie to jako¶ rozwiniête w nastêpnych czê¶ciach - nie mniej jednak teraz to do mnie nie trafia.
Ale za to uwielbiam Twój styl pisania. Jest taki lekki, luzacki, czasami mo¿e zbyt podwórkowy, ale bardzo mi to nie przeszkadza. Jestem te¿ pod wra¿eniem tego, jak potrafisz pisaæ w pierwszej osobie. W ogóle nie brzmi to topornie. Dlatego dla mnie umiejêtno¶ci na plus, historia na neutralnym.