¦ledztwo idzie naprzód, niespodziewane odwiedziny w biurze Andrewa Taylora wiele zmieni±.
David Malcolm, mimo pó¼nej godziny, siedzia³ przy swoim biurku w Kwaterze G³ównej Aurorów. Lubi³ to miejsce o tej w³a¶nie porze, wieczorem stawa³o siê o wiele spokojniejsze. Spora czê¶æ jego wspó³pracowników wraca³a do domów, ale ci, którzy zostawali, najczê¶ciej bezsensownie skrobali na pergaminach albo po prostu pozowali na zapracowanych. Na szczê¶cie Jasper pogna³ gdzie¶, gdy tylko wybi³a godzina oficjalnego koñca ich zmiany. Tolerowa³ ju¿ trochê tego faceta, aczkolwiek rozpracowywaæ sprawê i g³ówkowaæ wola³ sam, g³upie komentarze tylko mu przeszkadza³y. Teraz mia³ czysty umys³, jednego trupa, jednego byæ mo¿e istotnego ¶wiadka i wzglêdnie rzadk± przyczynê zgonu. Zamordowana wysy³a³a sporo listów, a wszyscy wypowiadali siê o niej raczej w samych superlatywach. To niedobrze, wystawiaj±c komu¶ laurkê, mo¿na pomin±æ pewne niepasuj±ce do cukierkowatego obrazka szczegó³y. Ludzie, kiedy ju¿ wyrobi± sobie o kim¶ opiniê, czêsto nie dopuszczaj± faktów, które im nie graj±. Chc± sobie uporz±dkowaæ ¶wiat, ten jest dobrym magiem, ten z³ym czarnoksiê¿nikiem, ten gburem z lochu, ten wielkodusznym z pa³acu... Czy teraz te¿ tak by³o? Niewykluczone, aczkolwiek Malcolm przypomnia³ sobie o czym pomy¶la³ zaraz na pocz±tku dochodzenia. Niezadowolony klient? Wielu okupuje gabinety wró¿ek, zachwyca siê jasnowidzami i wcale nie chce poznaæ prawdy. Jak tylko u¶wiadomi³ sobie, co w³a¶nie paln±³, w my¶lach wyszydzi³ sam siebie. Jeszcze trochê podobnych wa¿kich wniosków i zostaniesz filozofem, Malcolm, ty stary durniu. Zanim jednak tak siê stanie, musisz wróciæ do tkania sieci w±tków tej sprawy. Bez spisu osób, którym Annabell przepowiada³a przysz³o¶æ, nic nie ustal±. I to nie jedyna rzecz, jakiej nie posiadali. Brakowa³o im jakichkolwiek listów kierowanych do denatki. A przecie¿ skoro tyle ich nadawa³a, kto¶ powinien na nie odpowiadaæ, prawda? David postanowi³ na razie odpu¶ciæ, aczkolwiek nied³ugo spyta o to t± ca³± Piêkn± Daphne. To jeden z licznych elementów, które ta dziwaczka bêdzie musia³a wyja¶niæ. Zeznanie ma³ej pacjentki ¶wiêtego Munga rzuca³o na ni± trochê inne ¶wiat³o. Trzeba bêdzie dok³adnie prze¶wietliæ alibi od tej Hoppie Taylor. I najwa¿niejsze - na nic siê nie zamykaæ. Nawet, gdy co¶ zaczyna³o siê sk³adaæ musia³ pamiêtaæ, ¿e brakuje mu wiêkszo¶ci puzzli tej uk³adanki - nie wiedzia³ kim ofiara by³a, z kim siê spotyka³a, z jakich powodów jej serce przy¶piesza³o. Scio me nihil scire.*
Samuel Cheps wszed³ do przedsionka, za którym kry³o siê biuro Andrewa Taylora, mê¿a Hoppie. Maj±c na uwadze, ¿e noszenie sakiewki z galeonami tego faceta pozwoli³oby wyrobiæ niez³e miê¶nie, a on sam prowadzi³ jeden z najlepiej prosperuj±cych biznesów ¶wiata magii, mo¿na by siê spodziewaæ, ¿e dotarcie tutaj bêdzie trudniejsze. Oczekiwa³ najbardziej uzdolnionych znawców zaklêæ, uroków broni±cych wej¶cia albo po prostu tajemnego przej¶cia czy innego ukrycia gabinetu dla szarych posiadaczy ró¿d¿ek. Rzeczywisto¶æ po raz kolejny cuchnê³a bana³em. Mia³ przed sob± niewielk± norê, której ¶ciany obwieszono portretami znanych twórców i pasjonatów eliksirów, z sufitu zwiesza³y siê zeschniête li¶cie, ³odygi i pêki ro¶lin, a za d³ug± szar± lad± sta³a wyj±tkowo atrakcyjna czarownica. Wysoka brunetka ¶rednio inteligentnym wyrazem twarzy przegl±da³a magiczny kalendarz, obok niej le¿a³a sterta listów. Na ramieniu kobiety spoczywa³a piêkna sowa ¶nie¿na, wyj±tkowo nerwowo dziobi±c pracownicê. Tej to albo nie przeszkadza³o albo nie dawa³a sobie rady - szczerze mówi±c sprawia³a wra¿enie, jakby siedzia³a tam jedynie dla pozoru i wra¿eñ estetycznych. Te ostatnie by³y gwarantowane - panna bez machania ró¿d¿k± czy zaklêcia Accio bez trudu przywo³ywa³a ku swoim kr±g³o¶ciom mêskie spojrzenia. Równie¿ Samuel przelecia³ wzrokiem tu i ówdzie, a nastêpnie pewnie skierowa³ swe kroki do wrót, za którymi kry³a siê jaskinia lwa.
- Tam nie wolno! - próbowa³a go jeszcze zatrzymaæ sekretarka, ale on jedynie prychn±³ pogardliwie. Drzwi ust±pi³y natychmiast i stan±³ oko w oko z Andrewem, który mia³ pe³ne prawo siê zirytowaæ - zamiast tego podniós³ na przybysza wzrok. Nie musia³ siê niczym stresowaæ, to on by³ gospodarzem. Móg³ spokojnie siedzieæ za klonowym biurkiem, przegl±daæ pergaminy i obserwowaæ poustawiane przed nim chybocz±ce siê miniaturowe kocio³ki, z których wydostawa³a siê nios±ca ze sob± zmys³owe, korzenne zapachy prze¼roczysta para.
- Czemu zawdziêczam tê niezbyt kulturaln± wizytê? - zapyta³ spokojnie, jakby codziennie kto¶ wchodzi³ do niego jak do kurnika. Czeka³ na wyja¶nienia, rêkê dla bezpieczeñstwa umie¶ci³ na ró¿d¿ce trzymanej za pasem. Wiedzia³ do czego zdolny jest cz³owiek, który zdecydowa³ siê tego dnia go odwiedziæ. Nie przejrza³ jedynie jego intencji. Jeszcze.
Samuel zdawa³ siê go ignorowaæ. Bezceremonialnie wzruszy³ ramionami i cisn±³ w stronê Taylora plik kartek; marnie by skoñczy³ zbli¿aj±c siê w takiej pozie do hipogryfa. W normalnych okoliczno¶ciach tak¿e Andrew by siê uniós³, ka¿dy ma jakie¶ granice. Kurtuazja kurtuazj±, ale nawet nie¶mia³ek zaatakuje, gdy jego drzewo zostanie zagro¿one. Obecnie jednak dokumenty, jakie mia³ przed sob±, ¶wiadczy³y, ¿e niebezpieczeñstwo czyha na ca³± wielk± puszczê. Spoczywa³y przed nim najnowsze kontrakty z dostawcami sk³adników, plany rozwoju przedsiêbiorstwa, ekspertyzy i najwa¿niejsze - receptury na nowe eliksiry, które mia³y przynie¶æ zyski. Konkurencja zna³a wszystko.
- Jak? - westchn±³, jak gdyby zaraz mia³ wyzion±æ ducha.
- Nie martw siê, przyjacielu. Niektórzy rogacze ws³awili siê na kartach historii magii, masz jeszcze szansê. - Za¶mia³ siê cicho Samuel. Andrew zacisn±³ zêby. Tak bardzo jej ufa³ - kiedy¶ interesowa³a siê jego bran¿±, wiêc jej pokaza³. Nadal do wszystkiego mog³a mieæ dostêp. Mi³o¶æ o¶lepia sto razy lepiej ni¿ Conjunctivitis.
- Dlaczego z tym do mnie przychodzisz? - zapyta³ twardo. Mo¿e to by³ b³±d, ale postanowi³ mówiæ jasno. Bez jakich¶ dociekañ, analiz, pitu pitu. Mia³ wszystkiego do¶æ. Nie móg³ jednak przegapiæ, ¿e ten mê¿czyzna siedzi teraz przed nim. By³ zobowi±zany, chocia¿by ze wzglêdu na pracowników, spróbowaæ pozostaæ w grze. No i ojciec...
- Alfredowi zdaje siê, ¿e nie jestem ju¿ potrzebny, a oficjalnie nigdy nie mianowa³ mnie partnerem. To jego b³±d, zawsze wydaje mu siê, ¿e mo¿e poci±gaæ za sznurki. Mo¿e pora mu je wyrwaæ i przej±æ kontrolê? - U¶miechn±³ siê i odchyli³ wygodnie na fotelu. - Innymi s³owy, proponujê ci wspó³pracê. Zabawê w podwójnego agenta.
- Sk±d mam wiedzieæ, ¿e to nie jaki¶ podstêp? - W Andrewie zaczyna³a budziæ siê podejrzliwo¶æ.
- Wska¿ gwaranta, a jestem gotów z³o¿yæ wieczyst± przysiêgê. Poza eliksirami nie mam nic - odpar³ Samuel, a potem jego umys³ spowi³a czerñ i pogr±¿y³ siê w fali histeryczno - szaleñczego ¶miechu.
David pi³ ostatni± tej nocy kawê, w zasadzie zaraz mia³ siê zwijaæ. Wypisa³ papierki, przeanalizowa³ ¶ledztwo, popróbowa³ ogarn±æ ca³o¶æ. Daremne ¿ale , pró¿ny trud. Mo¿e ci którzy wychodz± z pracy jak normalni ludzie maj± trochê racji? Z drugiej strony gdzie w Anglii dostanie tak dobre ¼ród³o kofeiny? Napój, który mia³ przed sob± to prawdziwa siekiera. W ka¿dym szambie jest jakie¶ ¶wiate³ko, gdy opró¿ni³ kubek nie dane mu jednak by³o wychodziæ. Wprost na niego lecia³ papierowy samolocik, co o tej porze by³o do¶æ dziwne. Zw³aszcza, ¿e tak naprawdê urzêdowa³ w tym gmachu dla rozrywki - jego dy¿ur zdarzeniowy min±³ godziny temu, a nowy siê jeszcze nie zacz±³.
Andrew Taylor, czarodziej czystej krwi, olcha, 9,5 cala, sztywna. Chce siê z panem widzieæ, wychyli³ sporo mikstury rozweselaj±cej, ale mówi, ¿e to wa¿ne. Wprowadzaæ?
Szybko odpisa³, a po chwili ku niemu chwia³ siê podtrzymywany przez pracowników obs³ugi Andrew. To nie by³ jego dzieñ. Poplamiona koszula wystawa³a z niezapiêtych spodni, jeden but by³ rozwi±zany. Jak on w ogóle tu dotar³ o w³asnych si³ach? David by³ pewien, ¿e ten ch³op nie potrafi³ dzisiaj wykrzesaæ z siebie skupienia potrzebnego do niewerbalnej teleportacji; nie mówi±c o poprawnym wypowiedzeniu na g³os tego zaklêcia. I po co...
- Panie oficerunciu kochany, moja stara k³ama³a! Tej starej Emily u nas nie by³o, gdy jej córka, gdy ta ma³a - mê¿czyzna przerwa³ wypowied¼ zanosz±c siê czym¶ miêdzy wyciem, a p³aczem. - Ona da³a fa³szywe alibi, bo to z³a kobieta by³a! Proszê j± natentychmiast zamkn±æ do Azkabanu.
David westchn±³. Oczywi¶cie pijackie wyznania osoby najbli¿szej nale¿y braæ zawsze z rezerw±; mo¿e co¶ w zwi±zku siê popsu³o i facet szuka³ zemsty rêkami wymiaru sprawiedliwo¶ci? Z drugiej strony musia³ pamiêtaæ, ¿e ta wied¼ma jak wynika z zeznañ chorej dziewczynki, zmusza³a córkê do wró¿enia wbrew jej woli. No i te listy. Gdy pierwszy raz pytali, czy Annabell jakie¶ dostawa³a, Piêkna Daphne pokrêci³a przecz±co g³ow±...
* Wiem, ¿e nic nie wiem.