Czasem s³yszê, ¿e co Nas nie zabije to nas wzmocni. Gówno prawda. To jeden z tych truizmów, którymi karmi± Nas od urodzenia, by¶my czuli siê lepiej, by¶my budowali nowe i lepsze ¿ycie, na wraku starego. Znam tuziny ludzi takich jak ja. Nikogo nie wzmocni³o cierpienie, otarcie siê o ¶mieræ i niewyobra¿alne dla postronnych rozdarcie duszy. To nie wzmacnia, to tylko dobija coraz bardziej i bardziej.
Jest taki klub, klub osób, które prze¿y³y. Bycie w takim klubie nie jest niczym fajnym, a najgorsze jest to, ¿e nikt postronny Nas nie zrozumie. Ca³y czas Nas karmi± g³upstwami, ¿e czas leczy rany, ¿e bêdzie lepiej. Gówno prawda. Nie bêdzie lepiej, ka¿dej nocy budzê siê zlana potem, bo znowu ich widzê, ludzi których kocha³am i tych których zabi³am, widzê ich rodziny p³acz±ce na pogrzebach. By³am na pochówku ka¿dej mojej ofiary. Tak, jestem masochistk±, porypan± i lubi±c± siê do³owaæ ¶wirusk±.
Je¶li to czytacie, powiod³o mi siê. Ja, Amelia Wilson umar³am, a wy mo¿ecie i¶æ na ostatni pogrzeb z moim udzia³em. By³am córk±, wnuczk±, siostr±, przyjació³k± i dziewczyn±, teraz gdy wszyscy mnie opu¶cili, jestem nikim. Nie bêdê siê na nowo definiowa³a, lepiej odej¶æ. Przyszed³ mój czas, na ka¿dego przyjdzie. Nie mam ostatnich ¿yczeñ poza jednym.
Pozwólcie mi odej¶æ.
Amelia Wilson
***
Deszcz pada³ nieprzerwanie od kilku dni, to nie by³o nic nowego dla Thomasa Alfiego. Urodzi³ siê i wychowa³ w Brighton, i to tutaj obecnie mieszka³ oraz pracowa³. Jedyna rzecza, której brakowa³o mu w jego rodzinnym mie¶cie, to odrobinê wiêcej magii.
Odwróci³ siê od okna i spojrza³ na swoj± pacjentkê.
- Gdy by³a¶ w szkole, mia³a¶ sporo znajomych, prawda? – zacz±³ przygl±daj±c siê wnikliwie m³odej kobiecie, która obserwowa³a swoje paznokcie.
By³a dla niego zagadk±, dopiero na trzeciej sesji terapeutycznej zaczê³a z nim rozmawiaæ, teraz bêd±c na szóstej znowu zamilk³a.
Minuty ci±gnê³y siê w nieskoñczono¶æ, a Tom nie wiedzia³ co ma ze sob± zrobiæ. Ostatecznie usiad³ naprzeciwko niej w wygodnym fotelu i opar³ d³onie o oparcie.
- Tak – us³ysza³ jej szept i pochyli³ siê w stronê dziewczyny, która przygryza³a wargê. Po chwili zaczê³a mówiæ dalej. – Mia³am bardzo du¿o znajomych, ale przyjació³kê tylko jedn±. Wychowywa³y¶my siê razem, by³y¶my w jednym domu i w tym samym pokoju, z An±… z ni± wszystko by³o ³atwiejsze. A potem odesz³a. – Zapowietrzy³a siê na chwilê a w jej oczach pojawi³y siê ³zy, przetar³a oczy d³oni± i spojrza³a na Toma. – By³y¶my cholernie szczê¶liwymi nastolatkami, a ona sobie umar³a... - przerwa³a i schowa³a twarz w d³oniach.
- By³a¶ przy tym? – zapyta³, przesuwaj±c w jej stronê szklankê z wod±.
- Zawsze by³a tak cholernie bohaterska, kiedy¶ stanê³a w obronie jakiego¶ ¦lizgona z pierwszego roku, bo dwóch starszych Gryfonów siê z niego na¶miewa³o. Nie umia³a patrzeæ na krzywdê innych. – Wziê³a do rêki szklankê i upi³a ³yk, zapatrzy³a siê w tafle wody i po chwili wróci³a do urwanego w±tku. – Nie chcia³am zostawaæ w szkole, gdy McGonagall da³a nam wybór, ale ona siê upar³a. Powiedzia³a, ¿e mogê sobie i¶æ... - Odstawi³a szklankê ze stukotem i wsta³a. – Nie bêdê o tym gada³a.
- Amelio, przed nami jeszcze sporo pracy, ale czasu te¿ mamy sporo.
- Nie mo¿esz mi podpisaæ tego ¶wistka i daæ spokój? – Oddycha³a ciê¿ko, a jej pier¶ falowa³a.
- Wiesz, ¿e nie jeste¶ gotowa.
- Dobrze. – Zrezygnowana usiad³a na kanapê i ponownie wziê³a do rêki szklankê, obracaj±c j± powoli. - Zosta³y¶my, nie wiem kiedy zaczê³a siê walka. W jednej chwili sta³a obok mnie i walczy³a. Widzia³am tego ¦miercio¿ercê, pos³a³ Avadê w stronê Matta. - Wziê³a g³êboki oddech i wypi³a resztê napoju. Tom zaklêciem nape³ni³ jej szklankê wod± z karafki. – Muszê o tym mówiæ?
Kiwn±³ g³ow±, Amelia otar³a ³zy i wróci³a do swojej historii. Mia³a wra¿enie, ¿e znowu tam jest. W murach szko³y, która mia³a j± chroniæ. Wygl±da³a tak bardzo bezbronnie, ¿e musia³ pokonaæ siln± chêæ przytulenia jej.
- Ana nie by³aby sob±, gdyby nic nie zrobi³a. Zas³oni³a go swoim cia³em. Wiesz co jest najgorsze? Cholernie niesprawiedliwe? – Spojrza³a na niego wyczekuj±co.
- Nie wiem.
- On umar³ chwilê po niej. – Mówi³a o tym tak wiele razy, ¿e pomimo ³ez jej g³os nie wyra¿a³ za wiele emocji. Uderzy³o go w jej postawie zmêczenie bij±ce z ca³ej jej postawy. – Po¶wiêci³a siê dla jakiego¶ Puchona. Zostawi³a mnie sam±, bez skrupu³ów mnie zostawi³a, a wiedzia³a jak siê bêdê czu³a. Najpierw Adam, potem ona…
- Adam? Czy to by³ twój ch³opak? – Tom bardzo dobrze zna³ odpowied¼, ale chcia³ wydobyæ j± z Amelii.
- Nie bêdziemy o nim rozmawiali, on umar³ rok wcze¶niej, da³ siê zabiæ w wakacje... Zawsze powtarza³, ¿e jest nie¶miertelny... – Zauwa¿y³ dziwn± zmianê w jej zachowaniu, ju¿ nie by³a zmêczona, a raczej zdeterminowana i zaniepokoi³a go ta zmiana nastroju.
- Wiesz ile osób po tym zabi³am? – zapyta³a, a w jej oczach pojawi³ siê dziwny b³ysk.
- Ile? – Ponownie zna³ odpowied¼, ale wiedzia³, ¿e chce to powiedzieæ.
- Cztery. W tym TEGO ¦miercio¿ercê, zafundowa³am mu szczê¶liwe zakoñczenie.
Tom spojrza³ zdezorientowany na swoj± pacjentkê i po raz pierwszy pomy¶la³, ¿e ta dwudziestoletnia dziewczyna jest w jaki¶ sposób ponad jego si³y.
***
- Wypiszesz mi nareszcie ten cholerny papierek?
- Nie bêdziesz za mn± têskni³a? – Tom nigdy tak nie ¿artowa³ z pacjentami, ale Amelia by³a tak d³ugofalowym projektem, ¿e po ponad roku terapii pozwala³ sobie na podroczenie siê z ni±.
- Nie, nie têskniê za lud¼mi, którzy ¿yj±. – Po jej twarzy przemkn±³ cieñ, lecz szybko siê u¶miechnê³a by to zamaskowaæ.
- Dobrze, oficjalnie jeste¶ wolna – powiedzia³ t³umi±c w sobie niepokój i podpisuj±c formularz za¶wiadczaj±cy, ¿e Amelia Wilson po pó³tora roku terapii jest zdrowa i zrównowa¿ona psychicznie na tyle, by nie musieæ stawiaæ siê w ka¿dy pi±tek w Mungu na kontroli.
- Odwiedzê ciê czasem.
- Mam nadziejê, czekam na twoje szczê¶liwe zakoñczenie.
- Tom – powiedzia³a, powoli patrz±c na niego zdezorientowana. – Mia³o byæ po terapii.
- I jest, dlatego bêdê czeka³ a¿ przyjdziesz i opowiesz mi o...
- Nie ma czego¶ takiego jak szczê¶liwe zakoñczenie – przerwa³a mu, siadaj±c na oparciu kanapy. – Zawsze jest co¶ po, mo¿e ci siê wydawaæ, ¿e ksi±¿ka siê skoñczy³a, ale tam jest drugie dno.
- A Harry Potter? Pokona³ Voldemorta, uratowa³ nas przed ¦miercio¿ercami, da³ nam wolno¶æ. – Tom czeka³ na reakcje ze strony Amelii, lecz ona milcza³a przez d³ugi czas.
- One nie istniej±, doktorze Alfie. A Harry Potter? Sami te wolno¶æ wywalczyli¶my, Potter jest ikon±, ale gdy na niego patrzê, widzê tylko têsknotê za tymi, którzy siê za te nasze szczê¶liwe zakoñczenie po¶wiêcili. – Amelia kiwnê³a g³ow± na po¿egnanie i wysz³a z gabinetu.
Tom spojrza³ w miejsce, w którym jeszcze przed chwil± sta³a dziewczyna i opar³ siê wygodnie na fotelu. Czu³, ¿e tê bitwê przegra³, ¿e ca³a ta terapia, dwie¶cie osiemna¶cie godzin, które spêdzi³a w jego gabinecie, nie wiele zmieni³y. Mia³ nadziejê, ¿e wystarczaj±co, by umia³a znale¼æ cel w ¿yciu, by uwierzyæ, ¿e i j± czeka szczê¶liwe zakoñczenie.
Przetar³ zmêczone oczy i wsta³, podszed³ do drzwi i otworzy³ je szeroko.
- Proszê wej¶æ – powiedzia³, a ju¿ po chwili do jego gabinetu wszed³ kolejny pacjent.
- Witaj Dean, usi±d¼.
***
- Pozna³am kogo¶.
- Zakocha³a¶ siê?
- Jeszcze nie, ale s± na to widoki.
- Bêdzie szczê¶liwe zakoñczenie?
- One nie istniej±, Tom.
***
Tom od dwóch lat by³ w szczê¶liwym ma³¿eñstwie ze swoj± szkoln± mi³o¶ci±. Wiedzia³, ¿e daj±c Penny sto procent siebie, dostanie jeszcze wiêcej w zamian. Teraz jedyne czego potrzebowa³, to przytuliæ siê do ¿ony i przez kilka minut móc nie my¶leæ. Oderwaæ siê od rzeczywisto¶ci.
Powita³a go jak zawsze, ciep³ym u¶miechem i pytaniem jak mu min±³ dzieñ. Usiad³ naprzeciwko niej w ich przestronnej kuchni, która zawsze by³a królestwem Pen i opar³ g³owê na d³oniach.
- Widzia³em siê z Ameli± – powiedzia³ zrezygnowanym tonem. Nic nie wykañcza³o go tak bardzo jak te spotkania, ale wiedzia³, ¿e gdyby nie powiedzia³ o tym ¿onie, by³aby na niego z³a. Bynajmniej nie chodzi³o o zazdro¶æ, a o dziwn± czu³o¶æ, któr± przejawia³a wobec jego by³ej pacjentki.
- Co u niej? Uk³ada siê im ze Stewartem? – zapyta³a jak zawsze zainteresowana losem tej pary.
- O¶wiadczy³ siê jej, mamy zaproszenie na ¶lub, ale Penny, co¶ mi nie pasuje w tym wszystkim. – Tom postanowi³ podzieliæ siê z ¿on± swoimi obawami. – Ona nie jest szczê¶liwa, jest jakby obok tego wszystkiego.
- Tom, powiedz mi, ile lat temu skoñczy³a u ciebie terapie? – Bardzo dobrze zna³ ten ton. S³ysza³ go zawsze, gdy chcia³a mu daæ do zrozumienia, ¿e ¿yje prac±.
- Wiem, co chcesz powiedzieæ, trzy lata temu, ale to nie zmienia faktu, ¿e siê o ni± martwiê. Czujê siê odpowiedzialny. – Wiedzia³, ¿e Penny nie zrozumie jego uczuæ. Nie zna³a Amelii tak dobrze jak on, nie widzia³a w niej tej bezbronnej istoty, która czeka na kolejny cios.
- To jej ¿ycie, daj jej nim ¿yæ, a zobaczysz, wszystko siê u³o¿y.
Tom podszed³ do ¿ony i obj±³ j± w pasie ca³uj±c w czo³o.
- Oby¶ mia³a racjê kochanie.
***
- Jestem poprana. – Amelia wypi³a kolejny kieliszek tequili i spojrza³a zrezygnowana na Toma. – Na moim wieczorze panieñski jestem ja i mój psychoterapeuta.
- Ostro siebie oceniasz – próbowa³ j± pocieszyæ, ale sam przyznawa³ jej trochê racji
- Ostro to powinno byæ – mruknê³a, pij±c kolejn± kolejkê. – Moja matka zmar³a przed wojn±, ojca nie zna³am, jestem jedynaczk±, która straci³a przyjació³kê i niektórych znajomych. Reszta siê odsunê³a ode mnie gdy mi odbi³o. – Tym razem siêgnê³a po szklankê z sokiem i upi³a trochê. – Zosta³e¶ mi tylko ty i twoja ciê¿arna ¿ona. No i Stu, ale go nie zaproszê na wieczór panieñski. Jestem ¿a³osna – mówi³a powoli, Tom doskonale zna³ tê reakcje na pierwsze symptomy upojenia alkoholowego. Jeszcze wzglêdnie panowa³a nad tym co mówi, zwolni³a, by wszystko rozumia³.
- Amelio, nie jeste¶ ¿a³osna. Pozna³a¶ kogo¶ wyj±tkowego i za tydzieñ wychodzisz za m±¿. Doczeka³a¶ siê swojego szczê¶liwego zakoñczenia.
- Pieprze je Tom. Szczê¶liwe zakoñczenia, s± zawsze okupione cholernym cierpieniem. Jakby g³upi ¶lub mia³ mnie zmieniæ. Jakby przesz³o¶æ zniknê³a. Bo kto¶ napisa³ KONIEC i nie ma ci±gu dalszego. – Nakrêca³a siê coraz bardziej, a on ba³ siê jej przerwaæ. – Jest Tom, jest i nic siê nie zmienia. Od ¶mierci Adama, Any, mojej matki, tamtego Puchona Matta, mojej s±siadki Emmy i tych wszystkich innych cholernych bohaterów. Ja nie zapomnia³am, nikt nie zapomnia³, a wszyscy zachowuj± siê, jakby by³o dobrze. By³am na zbyt wielu pogrzebach bliskich mi osób.
- Amelia, ka¿dy kogo¶ straci³, ale my musimy ¿yæ dalej. Wojna siê skoñczy³a, jeste¶my wolni. Zrozum, ¿e to jest co¶, z czego warto siê cieszyæ.
- Nie Tom, cena jest za wysoka.
***
- Musisz tu przyjechaæ.
- Teraz? Jest druga w nocy.
- Przyjed¼.
***
Tom sta³ w sypialni Amelii i wpatrywa³ siê w zapisany pergamin od dobrych piêtnastu minut. Czu³, ¿e przegra³, przegra³ wszystkie bitwy i ca³± wojnê. Najwa¿niejsz± wojnê jej ¿ycia.
Nie chcia³ siê odwracaæ i patrzeæ na ³ó¿ko, które nadal by³o takie, jakim je zasta³, z jednym wyj±tkiem. Jej ju¿ tu nie by³o.
Po raz kolejny przebiega³ wzrokiem po pergaminie zastanawiaj±c siê, gdzie pope³ni³ b³±d, by³ przecie¿ takim przyjacielem, jakim potrafi³.
Spojrza³ na post scriptum i od³o¿y³ list na pobliski fotel. Wyszed³ z pokoju i skierowa³ siê do salonu, z którego dobiega³y g³osy.
- Wróci³em trochê wcze¶niej ni¿ planowa³em. – Us³ysza³ g³os Stewarta i zatrzyma³ siê by po raz kolejny go wys³uchaæ. – By³o tak cicho w ca³ym domu. My¶la³em, ¿e ¶pi, wygl±da³a jakby spa³a, poogl±da³em telewizjê...
- Telewizjê? – przerwa³ mu Auror, który go przes³uchiwa³.
- Takie mugolskie ustrojstwo – powiedzia³ Tom wtr±caj±c siê do rozmowy.
- Nie jestem przecie¿ czarodziejem. – Stu odszuka³ spojrzeniem Toma, dziêkuj±c mu za pomoc. – Wiêc obejrza³em powtórkê meczu i poszed³em siê po³o¿yæ. Wtedy znalaz³em ten list. – G³os mu siê za³ama³. – By³a taka zimna...
Tom nie chcia³ tego d³u¿ej s³uchaæ. Wyszed³ na ¶wie¿e powietrze i usiad³ na ³awkê stoj±c± na ganku. Amelia mieszka³a na bardzo zadbanym osiedlu domków jednorodzinnych. To miejsce tak bardzo do niej nie pasowa³o, ¿e Tom niejednokrotnie zastanawia³ siê jak ona tam wytrzymywa³a. Spojrza³ w niebo, by³o gwie¼dziste jak rzadko kiedy.
- Wygra³a¶ Amelio, udowodni³a¶ mi, ¿e mia³a¶ racje. Zawsze czu³em, ¿e jeste¶ przegranym przypadkiem. – Wsta³ i odszed³ powoli w stronê centrum. Marzy³ tylko o ³ó¿ku i ciep³ych objêciach Penny.
P.S. Odnalaz³am moje szczê¶liwe zakoñczenie.
Na pocz±tku czeka Ciê sowity opieprz, bo dawno tak niesprawdzonego i niechlujnego fan ficka nie dosta³am. Nie trzeba by³o go nawet czytaæ, by zobaczyæ czerwone szlaczki pod niektórymi s³owami, wiêc chocia¿ na tyle przejrzeæ go mog³a¶ ;> Gdyby nie to, ¿e nie ogarnê³am go ca³ego wzrokiem, a zaczê³am czytaæ i na bie¿±co poprawiaæ (w po³owie osiwia³am od tego), to z rêk± na sercu oznajmiam Ci, ¿e bym odrzuci³a. Ale ju¿ szkoda mi by³o po³owy mojej pracy. Liczê wiêc, ¿e nastêpnym razem chocia¿ przejrzysz kolejny fan fick przed wys³aniem, bo naprawdê, nie potrzeba by³o do tego nawet bety.
Co do samego opowiadania, hm. Pomys³ jest naprawdê ciekawy, czêsto poruszany w filmach, dramatach i tak dalej, a mimo wszystko zawsze chwyta za serce. Tylko ¿e jest to te¿ pomys³ niebezpieczny, bo bardzo ³atwo uderzyæ tutaj w przesadê, przedramatyzowaæ, s³owem - przesadziæ. Moja wra¿liwo¶æ jest tak wielka jak u Rona Weasleya, wiêc mo¿e dlatego, ale wydaje mi siê, ¿e w³a¶nie nieco przesadzi³a¶. Kompletnie nie kupuje tej Amelii. Jej stêkania mnie irytowa³y, po prostu nie mogê uwierzyæ, ¿e tak ³atwo mo¿na siê poddaæ. Oczywi¶cie rozumiem, ¿e wojna wszystko zmienia, ¿e s± rany nie do zabli¼nienia i wspomnienia, które ju¿ zawsze zostaj± w g³owie, ale Amelia zachowuje siê po prostu niedorzecznie. Z³o¶ci siê na przyjació³kê, ¿e zachowa³a siê bohatersko, jest egoistyczna. Nastêpnie "udaje, ¿e ¿yje", by pod koniec zniszczyæ mê¿czy¼nie z którym bierze ¶lub ¿ycie. Robi mu dok³adnie to samo, co w jej mniemaniu zrobi³a Ana. Nienawidzê takich bohaterek.
A lekarz to pipka, przepraszam za okre¶lenie. Wiedzia³, ¿e ona to beznadziejny przypadek, to by³a kwestia czasu. Nawet ja, a nie jestem wcale super domy¶lna, jako czytelnik wiedzia³am jak to siê skoñczy.
Zgadzam siê co do jednego. Zakoñczenie jest szczê¶liwe, nie bêdzie nam wiêcej psuæ tlenu wiecznie nieszczê¶liwa, skrzywdzona (jakby by³a jedyna taka!) Amelia. Brr.
Chocia¿ w sumie fajnie jest siê powkurzaæ na wyimaginowan± bohaterkê