Rekord osób online:
Najwiêcej userów: 1414
By³o: 24.05.2026 16:48:00
Wspó³praca z Tactic Games
>> Czytaj Wiêcej
Wydanie stworzyli: Nieoryginalna, Klaudia Lind, Anastazja Schubert, Takoizu, CoSieDzieje, Syriusz32.
>> Czytaj Wiêcej
Jak wygl±da³o ¿ycie Gauntów? Powsta³ film, który Wam to poka¿e.
>> Czytaj Wiêcej
W sierpniu HPnetowicze mieli okazjê spotkaæ siê w Krakowie. Jak by³o?
>> Czytaj Wiêcej
Wydanie stworzyli: Klaudia Lind, louise60, Zireael, Aneta02, Anastazja Schubert, Lilyatte, Syrius...
>> Czytaj Wiêcej
Wydanie stworzyli: Klaudia Lind, Hanix082, Sam Quest, louise60, PaulaSmith, CoSieDzieje, Syriusz32.
>> Czytaj Wiêcej
Ka¿dy tatua¿ niesie ze sob± jak±¶ historiê. Jakie nios± te fanowskie, zwi±zane z m³odym czarodzie...
>> Czytaj Wiêcej
Nicram_93
Hermiona nie mo¿e zapomnieæ o dziwnym zachowaniu profesora Hughesa. Pe³na z³ych przeczuæ decyduje...
>> Czytaj Wiêcej
Nicram_93
Hermiona nie mo¿e zapomnieæ o dziwnym zachowaniu profesora Hughesa. Pe³na z³ych przeczuæ decyduje...
>> Czytaj Wiêcej
Nicram_93
Rok szkolny nabiera rozpêdu, a Hermiona staje przed zadaniem patrolowania korytarzy kolejnej nocy...
>> Czytaj Wiêcej
Cykl wierszy po¶wiêcony Remusowi. :)
>> Czytaj Wiêcej
Nicram_93
Rok szkolny nabiera rozpêdu, a Hermiona staje przed zadaniem patrolowania korytarzy kolejnej nocy...
>> Czytaj Wiêcej
Nicram_93
W Hogwarcie rozpoczyna siê nowy rok szkolny. Hermiona wraz z przyjació³kami ma pierwsze zajêcia i...
>> Czytaj Wiêcej
Nicram_93
W Hogwarcie rozpoczyna siê nowy rok szkolny. Hermiona wraz z przyjació³kami ma pierwsze zajêcia i...
>> Czytaj Wiêcej




[P]Louise Lainey ostatnio widziano 17.12.2024 o godzinie 15:44 w B³onia
Valerie Adams ostatnio widziano 02.07.2023 o godzinie 13:40 w Stacja kolejowa
Valerie Adams ostatnio widziano 27.06.2023 o godzinie 21:20 w B³onia
Valerie Adams ostatnio widziano 23.06.2023 o godzinie 16:46 w Sala transmutacji
Valerie Adams ostatnio widziano 22.06.2023 o godzinie 19:04 w VII piêtro
Valerie Adams ostatnio widziano 12.06.2023 o godzinie 18:15 w Dziedziniec Transmutacji
Synjys niewiele pamiêta³ ze swojego dzieciñstwa, a to nawet i lepiej, bo najpewniej nie by³o ono szczê¶liwe. Przynajmniej tak twierdzi³a jego ciotka. Rodzice uprawiali mroczn± magiê i tym samym sprowadzili na siebie ¶mieræ, a jego zostawili ca³kiem samego po¶ród obcych ludzi. Za ka¿dym razem, gdy wraca³ wspomnieniami do wydarzeñ, które mia³y miejsce, kiedy by³ jeszcze dzieckiem, z jakiego¶ powodu czu³ parali¿uj±cy wrêcz strach. Straszliwe to uczucie, jakby kto¶ pozbawi³ go mo¿liwo¶ci oddychania i zamkn±³ w wyj±tkowo ciasnym pomieszczeniu, pozbawionym ¶wiat³a. Dlatego w³a¶nie z biegiem lat odsun±³ od siebie przesz³o¶æ, zamaza³ tkwi±ce w pamiêci twarze matki, ojca i zacz±³ robiæ dok³adnie to, czym trudnili siê wszyscy wokó³ niego. Tym samym udowadnia³ mieszkañcom wioski, ¿e nie ma z grzesznikami nic wspólnego, jest czê¶ci± spo³eczeñstwa. Mê¿czyzn±, na którym mo¿na polegaæ. Mimo to s±siedzi darzyli go niechêci±, jakby by³ naznaczony kl±tw±, móg³ sprowadziæ na nich nieszczê¶cie. Stara³ siê wiêc tym bardziej i mocniej, a chocia¿ z pewno¶ci± nie uda³o mu siê osi±gn±æ tego, czego pragn±³, to z czasem inni zaczêli traktowaæ go jak swojego. Zanim skoñczy³ siedemna¶cie lat, przyjêli go do grona zwiadowców. Z jakiego¶ powodu potrafi³ pozostaæ niezauwa¿onym w najbardziej niebezpiecznej sytuacji, a nawet w razie pojmania zachowaæ zimn± krew. Jego dzia³ania przynios³y wiosce wiele korzy¶ci, dlatego pozwolono mu wybudowaæ dom, a tak¿e po¶lubiæ córkê m³ynarza. Anjys, bo tak siê nazywa³a jego wybranka, nie nale¿a³a z pewno¶ci± do piêknych, z jakiego¶ powodu wydawa³a mu siê niegodna zaufania, ale z czasem potrafi³ j± pokochaæ na swój w³asny, pokrêcony sposób. Rzadko rozmawiali, nie potrafili znale¼æ wspólnego jêzyka, co teoretycznie powinno byæ dla nich ³atwe. Zarówno ona jak i on wybrali ¿ycie proste, nie szukali przygód, a ich marzenia ogranicza³y siê do prowadzenia przeciêtnej egzystencji i zachowania szacunku ludzi wokó³. Jedli razem posi³ki, spêdzali noce, lubili swoj± obecno¶æ. Czêsto obserwowa³, jak Anjys wykonuje prace domowe, próbowa³ zrozumieæ wolê Stwórcy, który obdarzy³ j± tak wyj±tkow± twarz±. Nie zd±¿y³ min±æ rok od ¶lubu, kiedy urodzi³ siê ich pierwszy syn. Wkrótce potem na ¶wiat przysz³y równie¿ dwie córki, niestety m³odsza zmar³a kilka dni po urodzeniu. Pochowali j± na ³±ce niedaleko ich domu i dosyæ czêsto odwiedzali. Nie mogli jednak pogr±¿yæ siê w smutku, doskonale rozumieli ¶wiat, w którym siê wychowali. A tutaj ¶mieræ by³a czym¶ naturalnym, jak wschód s³oñca albo powiew ciep³ego wiatru.
Synjys dalej wykonywa³ swoje prace, staraj±c siê po¶wiêcaæ rodzinie tyle czasu, ile przeciêtny mê¿czyzna w wiosce. Nim zd±¿y³ siê zorientowaæ, jego syn i córka zbli¿ali siê do doros³o¶ci, jednak wszystko posz³o w kierunku, którego nie planowa³. Keran zawsze sprawia³ k³opoty, by³ nazbyt g³o¶ny, k³ótliwy. Czêsto wpada³ w konflikty z lud¼mi w wiosce i, mimo pró¶b rodziców, kroczy³ swoimi w³asnymi ¶cie¿kami. Nierzadko k³óci³ siê z ojcem, nazywaj±c go zak³amanym i ¿a³osnym. Mia³ racjê, ale Synjys wtedy jeszcze tego nie wiedzia³.
Nim Mira, jego jedyna ¿yj±ca córka, skoñczy³a lat czterna¶cie, ojciec Anjys og³osi³ jej zarêczyny z jednym z mê¿czyzn w wiosce. Zapewne nie wywo³a³oby to wiêkszych emocji, gdyby wybranek nie okaza³ siê zwyk³ym durniem. ¦luby bardzo czêsto by³y przyczyn± wa¶ni miêdzy poszczególnymi rodzinami, ale zazwyczaj bra³y w nich udzia³ g³owy rodziny. Nikt nie spodziewa³ siê, ¿e w tym przypadku, najg³o¶niej krzycz±cym okaza³ nikt inny tylko Keran.
– Po moim trupie – powiedzia³, mierz±c zebranych spojrzeniem pe³nym w¶ciek³o¶ci.
– Jak sobie ¿yczysz, szczeniaku! – wrzasn±³ jego dziadek i zacz±³ ok³adaæ go drewnianym kijem. Nie by³ jednak na tyle silny, by poradziæ sobie z m³odszym mê¿czyzn±. Zanim siê zorientowa³, Keran odebra³ mu broñ i jednym ruchem prze³ama³ na pó³.
– Uspokój siê – powiedzia³ Synjys, nie podnosz±c g³osu. Rozgl±da³ siê po zebranych, staraj±c siê wyczytaæ z ich twarzy emocje. Musia³ jak najszybciej uspokoiæ syna, znale¼æ dla niego dobre usprawiedliwienie. Jednak zanim zd±¿y³ wykonaæ jakikolwiek ruch, Keran splun±³ na ziemiê, patrz±c na niego z pogard± i wycedzi³ przez zaci¶niête zêby:
– Ty tchórzu...
Nie by³ w stanie przekonaæ ani ojca, ani dziadka. Musia³ pogodziæ siê z faktem, ¿e jego ukochana siostra zostanie wydana za starca z marn± reputacj±, nik³± wiedz±, ale za to z zapêdami do agresywnych zachowañ i pijañstwa. Jedno ¶wiadczy³o na jego korzy¶æ: mia³ ziemiê. Du¿o maj±tku, który móg³ zapewniæ rodzinie Synjys ¿ycie na odpowiednim poziomie. Mira u¶miecha³a siê, kiedy matka pomaga³a jej wybraæ strój, a wieczorami k³ad³a obok brata, ¿eby us³yszeæ kolejn± niesamowit± historiê, które m³ody Keran potrafi³ stworzyæ w kilka chwil. Mia³ talent do opowiadania. Mo¿e wynika³o to z tego, ¿e jak nikt inny potrafi³ obserwowaæ. Widzia³ ob³udê otaczaj±cych go ludzi, doskonale rozpoznawa³ ich emocje, obawy, oczekiwania i wiedzia³, co chc± od niego us³yszeæ.
Mog³oby siê wydawaæ, ¿e w takich okoliczno¶ciach wszystko ucichnie. Nic bardziej mylnego. Na kilka dni przed ¶lubem dosz³o do szarpaniny miêdzy niedosz³ym panem m³odym i Keranem, przez co m³ody ch³opak pad³ na ziemiê po czterech ciosach no¿em. Wedle zeznañ ¶wiadków to w³a¶nie m³odzieniec rozpocz±³ bójkê, ale czy mo¿na by³o mieæ pewno¶æ, skoro ka¿dy sk³adaj±cy zeznanie nale¿a³ do rodziny oprawcy?
Synjys uda³ siê wkrótce do starszyzny wioski, aby ta os±dzi³a zabójców jego pierworodnego. Grono mêdrców wpatrywa³o siê w niego przenikliwie, staraj±c siê przyt³oczyæ i pozbawiæ pewno¶ci siebie. W innych okoliczno¶ciach z pewno¶ci± by im siê to uda³o, ale po ¶mierci Kerana wszystko to, o co do tej pory stara³ siê Synjys, straci³o na znaczeniu. Sta³ wiêc z ch³odn± w¶ciek³o¶ci± w oczach, zmuszaj±c starszych do dzia³ania. Jednak tylko jeden spo¶ród szesnastu wstawi³ siê za nim, reszta zgodnie odmówi³a wsparcia. Gdyby potrafi³ siê powstrzymaæ, zapewne ca³a sprawa stanê³aby w³a¶nie na tym i ka¿dy zaj±³by siê swoim ¿yciem. Jednak Synjys czu³, jak wyp³ywa z niego frustracja, do tej pory ukryta w czelu¶ciach pod¶wiadomo¶ci. W kilka chwil jego ¿ycie sta³o siê puste i pozbawione sensu, bo nawet je¶li nie potrafi³ doj¶æ do porozumienia z synem, to z pewno¶ci± dostrzega³ w nim lepsz± wersjê siebie... bardziej odwa¿n± i pewn± w³asnych dzia³añ, niest³amszon± przez ludzi w wiosce. Gdyby tylko mia³ do¶æ si³y...
– Radzê ci powstrzymaæ swoje emocje, Synjys – rzek³ trzeci mêdrzec, siêgaj±c po drewnian± laskê le¿±c± przy jego fotelu. W odpowiedzi mê¿czyzna tylko prychn±³ z pogard±.
– Je¶li nie pow¶ci±gniesz jêzyka, ka¿emy ciê wych³ostaæ – doda³ ósmy spo¶ród starszych, przeczesuj±c palcami swoj± d³ug±, siw± brodê. – Pamiêtaj o szacunku, który straci twoja rodzina, gdy do tego dojdzie.
Nie mia³ im nic wiêcej do powiedzenia. Odwróci³ siê bezczelnie i ruszy³ w kierunku wyj¶cia, pewny tego, ¿e musi wzi±æ sprawy w swoje rêce... jak przysta³o na mê¿czyznê.
Plan, który zrodzi³ siê w jego g³owie, nie posiada³ wad... przynajmniej on ich nie dostrzega³. O jego istnieniu dowiedzia³a siê tylko ¿ona i dwóch zwiadowców, którzy podobnie jak Synjys ubolewali nad ¶mierci± Kerana. Przygotowanie zajê³y mu ponad dwa tygodnie, ale nie ¿a³owa³ ¿adnej minuty. My¶l o synu tkwi³a w jego psychice niczym najgorsza z kl±tw, niszczy³a i pozwala³a na szybki rozwój magicznych umiejêtno¶ci. Wszystkie do tej pory t³umione zdolno¶ci rozbudzi³y siê, a sam Synjys rós³ w si³ê, której nigdy po sobie nie oczekiwa³.
Nie chcia³ zabiæ... szuka³ jedynie sprawiedliwo¶ci. Jednak morderstwo by³o jedyn± drog± do jej osi±gniêcia. Na cztery dni przed przesileniem uda³ siê do trzynastego mêdrca, aby uzyskaæ od niego zakazan± ksiêgê. Jednak w domostwie nie czeka³ wcale na niego starzec, lecz grupa wojowników, których zadaniem by³o powstrzymywanie zamieszek i burd. Nie zdziwi³oby go to... gdyby w¶ród nich nie sta³a jego w³asna ¿ona. Anjys opiera³a siê o ¶cianê, chc±c ukryæ przed nim swoj± zalan± ³zami twarz.
– Przepraszam – wyszlocha³a, ale on nie mia³ jej nic do powiedzenia.
Trzymali go przywi±zanego do drewnianego pala przez trzy dni, odmawiaj±c podania jedzenia i wody. Ca³y czas przebywa³ sam, nie licz±c jednych odwiedzin drugiego mêdrca, który stara³ siê go nak³oniæ do skruchy.
– Pomy¶l o córce, zas³uguje na lepsze ¿ycie ni¿ jej oferujesz – zauwa¿y³, zbli¿aj±c siê do niego na tyle, ¿eby móc spojrzeæ mu bezpo¶rednio w oczy. – Twoja ¿ona post±pi³a bardzo m±drze, przychodz±c do nas. Dziêki temu uda³o jej siê wyprosiæ u starszych u³askawienie dla ciebie. Anjys obieca³a, ¿e nie bêdziesz siê wiêcej wychyla³. Dotrzymasz s³owa, prawda?
Pokiwa³ g³ow±, na nic wiêcej nie starcza³o mu si³y. Wypu¶cili go nastêpnego dnia, kazali wracaæ do domu, ale on pad³ w po³owie drogi i le¿a³ tam a¿ do wieczora. Nikt nie kwapi³ siê pomóc cuchn±cemu cz³owiekowi w podartych szmatach zamiast ubrañ.
Odnalaz³a go Mira, przetar³a twarz wilgotn± chustk±, poda³a wodê. Siedzieli razem na brudnej ziemi przez po³owê nocy, zanim Synjys nie zebra³ w sobie do¶æ si³y, aby siê podnie¶æ i z pomoc± córki wróciæ do chaty nieopodal lasu. Anjys pomog³a mu siê umyæ i przebraæ, jednak ani razu nie spojrza³a w oczy mê¿a. Tylko mówi³a zdania, które dla niego nie mia³y ju¿ ¿adnego znaczenia. Zdradzi³a go. To by³a jego wina i doskonale o tym wiedzia³. Nie obdarzy³a go swoim zaufaniem, nie czu³a siê przy nim bezpiecznie, chcia³a chroniæ w³asne bezpieczeñstwo, honor rodziny. Zawsze ceni³a spokój, nawet je¶li ten kosztowa³ ¿ycie ich syna. Wtedy te¿ Synjys po raz pierwszy zrozumia³, jak ogromny pope³ni³ b³±d zwi±zuj±c siê z t± kobiet±. Anjys by³a jak li¶æ niesiony wiatrem... bez w³asnej woli i charakteru. Przypomina³a mu glinian± figurkê, któr± przy odrobinie umiejêtno¶ci mo¿na dowolnie ukszta³towaæ. Do tej pory wydawa³o mu siê, ¿e by³ dok³adnie taki sam. To jednak nie mia³o nic wspólnego z prawd±. Synjys okaza³ siê tchórzem i k³amc±, ale z pewno¶ci± nie potrafi³ grzecznie wykonywaæ bezsensownych rozkazów. Mo¿e mia³ to zapisane w genach, ostatecznie jego rodzice byli grzesznikami skazanymi na wieczne potêpienie.
Nie potrafi³ znale¼æ w sobie z³o¶ci, któr± móg³by nastêpnie przelaæ na swoj± ¿onê. Nie widzia³ powodu, dla którego powinien j± znienawidziæ. Nagle ta kobieta o specyficznej twarzy sta³a mu siê obojêtna, jak ziarna pisaku pod jego stopami. Nie chcia³ na ni± patrzeæ. Wszelkie uczucia, którymi j± darzy³, rozp³ynê³y siê, jakby nigdy nie istnia³y. Nie wini³ jej za to. Ona wci±¿ pozostawa³a taka sama, w przeciwieñstwie do mê¿a, który nagle poczu³ do siebie wstrêt. Ca³y ¿al skierowa³ siê ku niemu, rujnuj±c psychikê. Brakowa³o mu powietrza w tej okropnej wiosce, wspomnienia z dzieciñstwa wróci³y do niego jak ¿ywe – b³yszcz±ce oczy matki, silne ramiona ojca... i ¶miech ma³ego ch³opca, który by³ tak blisko niego. Mo¿e by³o ju¿ na to za pó¼no, ale Synjys chcia³ opu¶ciæ to przeklête miejsce raz na zawsze.
Wsta³ w ¶rodku nocy, dotkn±³ policzka swojej ¿ony, wiedz±c, ¿e nie zobaczy jej ju¿ wiêcej. Nie czu³ smutku, z jakiego¶ powodu nie potrafi³ odnale¼æ tej nici przywi±zania, która powinna ich ³±czyæ. Nie zajrza³ do pokoju Miry. Tego zrobiæ nie potrafi³. Doskonale wiedzia³, ¿e w momencie, w którym spojrza³by na buziê swojej ukochanej córki, zmieni³by zdanie i zosta³ w tym piekle na zawsze, rani±c przy okazji siebie, a tak¿e wszystkich wokó³.
Nie zd±¿y³ jednak nawet dotrzeæ do granic wioski, gdy j± zobaczy³. Sta³a przed nim, z czarnymi w³osami opadaj±cymi na szczup³e ramiona, z p³on±cymi oczami, czystym spokojem wymalowanym na twarzy. W rêkach trzyma³a rudego kota, na ramiona zarzuci³a p³aszcz chroni±cy j± przed wiatrem.
– Zabra³am ze sob± tylko dzienniki Kerana – rzek³a hardo, przytulaj±c do siebie puszystego zwierzaka. – To, co otrzyma³am do tej pory od kobiet w wiosce, zapewne nie przyda mi siê w tej podró¿y.
Pokiwa³ g³ow± ze zrozumieniem i nie zadaj±c zbêdnych pytañ skierowa³ siê w stronê lasu, a ona pod±¿y³a za nim.
Podró¿owali przez wiele lat, odwiedzaj±c ró¿ne krainy i wioski. Zabierali ze sob± ludzi podobnych do nich – wyrzutków spo³eczeñstwa, wygnañców, potêpieñców, którzy nie mogli pozostaæ w miejscu narodzin. Ju¿ wkrótce ich grupa liczy³a tyle osób, ¿e wêdrówka sta³a siê uci±¿liwa i nazbyt utrudniona. Wtedy te¿ Synjys wraz z Mir± postanowili za³o¿yæ osadê w cieniu samotnej góry Catal Loren. Nie zawadzali nikomu, ale ich dzia³alno¶æ wzbudza³a niechêæ napotykanych spo³eczno¶ci. St±d te¿ wkrótce podjêli dzia³ania maj±ce na celu ukrycie ich nowo za³o¿onej wioski przed ¶wiatem. Nikt nie potrafi³ zrozumieæ magii, któr± operowali, dlatego te¿ nie znalaz³ siê jeden odwa¿ny, bêd±cy w stanie pokonaæ chocia¿ jednego z ludzi Synjys. Z czasem ich miejsce przebywania sta³o siê równie absorbuj±c± zagadk± jak oni sami, posiadane umiejêtno¶ci badano i starano siê okre¶liæ. Wszystko na nic. Ukryci w piaskach pustyni nie dzielili siê informacjami, a zasady obowi±zuj±ce w ich spo³eczno¶ci by³y niezwykle surowe. Mimo to panowa³a tam atmosfera wzajemnego zrozumienia i akceptacji. Ka¿dy móg³ wioskê opu¶ciæ, obiecuj±c jedynie zachowanie tajemnic.
Synjys do¿y³ wieku osiemdziesiêciu siedmiu lat, po drodze doczeka³ siê siedmiu wnucz±t. Przez ca³e ¿ycie kontynuowa³ badania w³asnych rodziców, które móg³ dog³êbnie poznaæ dziêki zapiskom Kerana. Okaza³o siê bowiem, ¿e jego jedyny syn ju¿ od wczesnej m³odo¶ci interesowa³ siê zagadk± w³asnego pochodzenia i robi³ wszystko, aby zdobyæ jak najwiêksz± ilo¶æ informacji na temat ¿ycia Nyah i Cashile.
Po ¶mierci za³o¿yciela ludzie Synjys kontynuowali dzia³ania swojego mistrza, chocia¿ nikt nie by³ w stanie stwierdziæ, co to tak w³a¶ciwie znaczy³o. Niektórzy prawili, ¿e w dziennikach Kerana znajdowa³ siê sposób, który odnalaz³a Nyah, aby ocaliæ Cashile przed ¶mierci±. Z jakiego¶ powodu bowiem nikt nigdy nie s³ysza³ o pogrzebie dzieci Synjys, jakby zgon za³o¿yciela wioski by³ ostatnim w historii ich ludu. Jednak nawet je¶li w dziele ch³opaka zapisana zosta³a recepta na wieczne ¿ycie, to nie mia³o to ju¿ wiêkszego znaczenia – ostatnia bowiem ze stron dzienników zosta³a wyrwana i nikt nie zna³ miejsca jej po³o¿enia. Któ¿ to zrobi³ i dlaczego? Pozostawa³o to zagadk± nawet dla Saliema Norana.
Co dok³adnie Lord Voldemort planowa³ osi±gn±æ po zdobyciu zapisków Kerana równie¿ nie by³o jasne. Oczywi¶cie ka¿dy wiedzia³, ¿e Czarny Pan chcia³ panowaæ nad ¶wiatem bez ograniczeñ, a ¶mieræ z pewno¶ci± takowe stanowi³a. Jednak ksiêga bez kluczowej strony nie przejawia³a ¿adnej warto¶ci poza sentymentaln±. Mimo to z sobie tylko znanego powodu postanowi³ odnale¼æ miejsce bytowania ludzi Synjys i w tym celu skontaktowa³ siê z nim. Wcale nie by³o mu to na rêkê, bo Salien Noran nie szuka³ k³opotów.
– W ka¿dym razie spotkanie z Tym Którego Imienia Nie Wolno Wymawiaæ nie zaliczam do swoich najszczê¶liwszych godzin ¿ycia i wola³bym tego unikn±æ na przysz³o¶æ. Straszny cz³owiek... zak³adaj±c optymistycznie, ¿e to wci±¿ jest cz³owiek. Kaza³ mi siê udaæ do tej ¶miesznej miejscowo¶ci... jak ona siê tam zwie...
– Leonoscars – podpowiedzia³ mu Syriusz, marszcz±c brwi. – Nie wiedzia³e¶ o jej istnieniu?
– Bynajmniej – za¶mia³ siê Saliem. – Zdawa³em sobie sprawê, ¿e stworzono miejsce maj±ce na celu chroniæ Tchnienie, ksiêgê zawieraj±c± w sobie zapiski zmar³ego syna Synjysa, ale nigdy nie wnika³em w to, gdzie ono siê znajduje, a ju¿ na pewno nie interesowa³o mnie, jak kto¶ tam je nazwa³.
– Miejsce maj±ce na celu chroniæ Tchnienie – powtórzy³ James. – To znaczy, ¿e Leonoscars jest wiosk± ¶ci¶le zwi±zan± z tym ludem i histori± Nyah i Cashile. Jej mieszkañcy to równie¿ tylko atrapy, co¶ w rodzaju stra¿y?
– Nie mam pojêcia – rzek³ szczerze Saliem. – Byæ mo¿e ta ca³a mie¶cina istnia³a sobie ju¿ od dawna, a ludzie Synjys jedynie wykorzystali jej specyfikê, aby chroniæ w³asny skarb. Jednak nie wyklucza³bym tego, ¿e ca³e to Leonoscars sta³o siê jedynie czym¶ w rodzaju ¶wi±tyni dla dzienników Kerana.
– To jaka¶ bzdura – wycedzi³ Syriusz ze z³o¶ci±. – Skoro wioska w lesie i jej mieszkañcy istniej± tylko po to, aby wielbiæ jak±¶ tam idiotyczn± ksiêgê, to dlaczego w tak ¿a³osny sposób j± chroniono? Widzia³em to na w³asne oczy... obskurna jaskinia i jeden wariat, co to za zagro¿enie dla Voldemorta? Z twoim opowie¶ci wynika, ¿e ludzie Synjys nie byli a¿ tak durni, z pewno¶ci± postaraliby siê bardziej.
– Mo¿e tylko tobie wydaje siê, ¿e Tchnienie by³o chronione bez pomys³u... samo dostanie siê do Leonoscars graniczy z cudem. Taki dzieciak jak ty dotar³ tam tylko dlatego, ¿e od samego pocz±tku kto¶ wodzi ciê za nos. – Syriusz zmarszczy³ brwi, ¶ciskaj±c d³onie na swojej ró¿d¿ce. – Zdziwiony? Chyba nie s±dzi³e¶, ¿e znalaz³e¶ wioskê ukryt± w lesie ze wzglêdu na swój niespotykany instynkt i wybitne umiejêtno¶ci? W ka¿dym razie ludzie Czarnego Pana s± mocni... o wiele silniejsi ni¿ ludziom Synjys, mog³oby siê wydawaæ.
– By³e¶ jednym z nich, prawda? – zapyta³ powoli James. – Dlaczego ich zdradzi³e¶? Je¶li twoja opowie¶æ jest prawdziwa, ¿ycie Synjys powinno byæ rajem na Ziemi.
– Nawet je¶li fundament tego ludu le¿y w dzia³alno¶ci Nyah i Cashile, to z pewno¶ci ich dzisiejsza dzia³alno¶æ niewiele ma z ni± wspólnego. Ludzie Synjys powstali po to, aby sprzeciwiæ siê regu³om obowi±zuj±cym w ¶wiecie zak³amanych wiosek, a w konsekwencji samo stworzyli sieæ zasad maj±cych na celu strze¿enie ich sekretów. Mia³em tego do¶æ, wiêc po prostu odszed³em. Nie interesuje mnie, co siê stanie z tymi durniami. Ze wzglêdu na... zaklêcie... nie mogê wam powiedzieæ nic na temat magii Synjys, ale dla mnie oni wszyscy mog± sp³on±æ w piekle. Kiedy mojemu ¿yciu zagra¿a³a ró¿d¿ka jednego z najpodlejszych czarnoksiê¿ników po prostu przekaza³em mu tyle, ile mog³em. Rozrysowa³em mu, jak siê dostaæ do ¶wiata tych kretynów i wam te¿ mogê, bo nic mnie te sekrety nie obchodz±.
– I mimo tego, co zrobi³e¶, ludzie Synjys ciê nie odnale¼li? – zdziwi³ siê James, zerkaj±c k±tem oka na stoj±cego w k±cie Syriusza.
– Magia Synjys jest specyficzna... na tyle dziwaczna, ¿e wyczuwam j± nosem. Kiedy tylko pojawia siê w moim otoczeniu, natychmiast zmieniam miejsce po³o¿enia i tyle.
– Gdzie jest wioska Synjys? – zapyta³ Potter, poruszaj±c siê niespokojnie. – Ta prawdziwa, nie Leonoscars.
– W lesie nieopodal tej g³upiej mie¶ciny znajduje siê drewniana brama... specyficzny portal. Przy odrobinie szczê¶cia który¶ z was ju¿ mia³ z ni± do czynienia.
Syriusz przypomnia³ sobie o tajemniczym wej¶ciu, które znalaz³ wraz z Lin± podczas swojej pierwszej podró¿y do Leonoscars. Wtedy nie mieli pojêcia, jak siê przedostaæ na drug± stronê. Kiedy tylko w polu ich widzenia znalaz³ siê Ian ze swoim dziadkiem, zaraz porzucili plany rozpracowania tego miejsca. Straci³o ono na znaczeniu, kiedy tylko znale¼li siê w wiosce ukrytej w sercu lasu. Nie móg³ jednak zapomnieæ, jak razem z przyjació³k± krêcili siê dooko³a bramy, nie mog±c odnale¼æ sensu jej istnienia.
– Jak siê przedostaæ na drug± stronê? – zapyta³, starannie dobieraj±c s³owa.
– Wystarczy mieæ klucz – rzuci³ Synjys, jakby prawi³ o oczywisto¶ciach. Zapewne ju¿ siê domy¶lasz siê, co nim by³o?
Zdecydowanie siê domy¶la³...
Kamieñ obecnie mia³ w swoich rêkach Peter i najpewniej pozostawa³ w jego rêkach bezpieczny. Najrozs±dniej by³o udaæ siê do wioski tych piaskowych szaleñców i wypytaæ ich o powi±zania z Voldemortem. Jednak z jakiego¶ powodu Syriusz uzna³ to za z³y pomys³... jakby w lesie Leonoscars czeka³a ich ¶mieræ. Nie potrafi³ znale¼æ logicznego uzasadnienia, to by³o przeczucie, jaka¶ forma instynktu. Wcale nie pomaga³a mu ¶wiadomo¶æ, ¿e skoro mieszkañcy wioski ukrytej w lesie niespecjalnie wyra¿ali chêæ dzielenia siê informacjami, to tak pokrêcony lud jak Synjys najpewniej oka¿e siê równie rozmowny. Innymi s³owy ich podró¿ do tajemniczej bramy mog³a okazaæ siê mêcz±ca i bezowocna, tak samo jak niebezpieczna i bezsensowna. James by³ innego zdania. Uzna³, ¿e zdobyte informacje nale¿y wykorzystywaæ od razu, ¿eby zawsze byæ krok przed ¦miercio¿ercami. Drobne ryzyko? Co to dla nich... w koñcu zawsze jako¶ sobie z tym radzili.
Co za popaprany typ...
Wrzeszcz±ca chata, jedna z ich wycieczek podczas pe³ni... nie wiedzia³, dlaczego akurat teraz o tym pomy¶la³. To nie mia³o ¿adnego uzasadnienia, po prostu obraz z jego m³odo¶ci pojawi³ siê w g³owie i za nic w ¶wiecie nie chcia³ jej opu¶ciæ.
Ch³opak o rozczochranych, czarnych w³osach le¿a³ na roztrzaskanym ³ó¿ku, podrzucaj±c w d³oni ma³±, czerwon± pi³eczkê, któr± znalaz³ w Zakazanym Lesie. £±cznie by³o ich czworo, ale to James Potter zaj±³ najlepsze miejsce i nie mia³ zamiaru nikomu go oddawaæ... nawet zas³uguj±cemu na odpoczynek Remusowi, który wci±¿ stara³ siê unormowaæ swój oddech po niedawno odbytej przemianie. Syriusz siedzia³ na drewnianej szafce, chocia¿ sam fakt, ¿e ta siê nie rozpad³a pod jego ciê¿arem, by³ godny zastanowienia. Peter zaj±³ sobie wygodne miejsce na pod³odze, u¶miechaj±c siê na my¶l o ich nocnej przygodzie.
– Mato³ z ciebie – parskn±³ Syriusz w stronê najlepszego przyjaciela. – Zawsze jeste¶ w gor±cej wodzie k±pany i jak zwykle mieli¶my przez to k³opoty.
– Nie b±d¼ hipokryt±, £apo – odpar³ ch³opak, wci±¿ bardziej skupiony na swojej zdobyczy ni¿ na towarzystwie.
– To moja wina – powiedzia³ Remus Lupin, staraj±c siê ukryæ poczucie winy wymalowane na jego twarzy.
– Jak zawsze – prychn±³ Syriusz, rzucaj±c w niego poduszk±. – Przestañ robiæ za ofiarê losu, Luniaczku. Tym razem ca³a odpowiedzialno¶æ spada na Rogacza, najdurniejszego spo¶ród durniów.
James tylko za¶mia³ siê, kompletnie niezra¿ony obelgami, które kierowa³ w jego stronê Black. Nie mia³ zamiaru przepraszaæ. W koñcu nie pierwszy raz omal nie zostali z³apani przez cywila i z pewno¶ci± jeszcze wielokrotnie bêd± musieli powstrzymywaæ ich wilczego kolegê przed atakiem na cz³owieka. Dokonali wyboru, dawno temu. Ryzykowali du¿o, ¿eby zyskaæ jeszcze wiêcej. Mogli straciæ wszystko, ale przecie¿ gra by³a warta ¶wieczki. Powiedzia³ im to, a oni pokiwali z uznaniem g³owami.
Tacy byli. Huncwoci. Banda cymba³ów, która czerpa³a z ¿ycia jak najwiêcej, nie zwa¿aj±c na konsekwencje. Taki te¿ by³ on. James. G³upi idiota, który podejmowa³ decyzjê, zanim zd±¿y³ rozwa¿yæ jej skutki.
– Nie ma mowy – powiedzia³ Syriusz, chowaj±c standardowo d³onie w kieszeniach kurtki. Stali trzy kamienice za domem Norana, w jednej z malowniczych uliczek, która jednak z jakiego¶ powodu wydawa³a siê opustosza³a. Mog³o to byæ jedynie z³udzenie, ale na wszelki wypadek Black zacisn±³ palce na ukochanej ró¿d¿ce... uwielbia³ j± i nie wyobra¿a³ sobie, ¿eby mia³ kiedykolwiek siê z ni± rozstaæ. – Nie bêdziemy siê spieszyæ, to zbyt wielkie ryzyko. Nie mamy ¿adnej pewno¶ci, ¿e historia opowiedziana przez tego Norana jest prawdziwa, ten z³odziej byæ mo¿e stara³ siê jedynie wyprowadziæ nas w pole. Wokó³ lasu Leonoscars zapewne czeka na nas pu³apka..
– Gdyby chcieli nas zlikwidowaæ, zrobiliby to tutaj – zauwa¿y³ James, wbijaj±c w przyjaciela niezbyt przyjemne spojrzenie. – Co siê z tob± dzieje, strach ciê oblecia³?
Móg³by byæ szczery i przyznaæ, ¿e towarzysz±ce mu od jakiego¶ czasu uczucie mog³o byæ strachem. Do tej pory nigdy siê nie ba³, nie licz±c kilku kompletnie bezsensownych ataków paniki. Dlatego wyra¿enie w³asnych emocji stanowi³o dla niego misjê ponad mo¿liwo¶ci, wiêc jedynie warkn±³ co¶ niezrozumia³ego pod nosem.
– Mrucz sobie tak dalej, na pewno zrozumiem – doda³ James ze zniecierpliwieniem, bo z ka¿d± chwil± mieli coraz mniej czasu. Je¶li bowiem wersja Saliema by³a prawdziwa, zwolennicy Voldemorta byli zaledwie o krok od rozwi±zania zagadki Lenoscars.
– Po prostu dziwiê siê, Rogasiu – zacz±³, zupe³nie niepotrzebnie naciskaj±c na ostatnie s³owo – ku chwale czego tak ci siê spieszy. Chcesz mi co¶ udowodniæ? A mo¿e sobie?
– S³ucham? – James stan±³ jak wbity w ziemiê. S³owa przyjaciela byæ mo¿e nie wyja¶nia³y zbyt wiele, ale jego wyraz twarzy by³ co najmniej niepokoj±cy: zimne spojrzenie i nieprzyjemny grymas wyra¿a³y wiêcej ni¿ jakakolwiek wypowied¼. Mimo to James nie rozumia³ i, na lito¶æ bosk±, wcale nie chcia³ zrozumieæ.
– Ostatnio strasznie ci siê spieszy do wszystkiego, co niebezpieczne, jakby¶ choæ raz nie móg³ sobie odpu¶ciæ. Mo¿na by my¶leæ, ¿e skoro w domu zostawi³e¶ ciê¿arn± kobietê, powiniene¶ siê opanowaæ.
– Nie mieszaj w to Lily... – powiedzia³ spokojnie, staraj±c siê zachowaæ równowagê emocjonaln±. Zna³ Syriusza i doskonale wiedzia³, ¿e gdy ten wbije sobie do g³owy jak±¶ g³upotê, to nie mo¿na ju¿ go zatrzymaæ.
– Dlaczego? To twoja ¿ona, nie? Ukochana, przewspania³a, najcudowniejsza Lily Evans... a nie, przepraszam: Lily Potter, któr± teraz masz g³êboko w dupie, bo zachcia³o ci siê pojedynków na ¶mieræ i ¿ycie.
– Chcesz mi robiæ wyk³ady z bezpieczeñstwa? To ¶mieszne! – James uniós³ brwi z irytacj±. – Masz jaki¶ permanentny problem z moj± ¿on±, wiêc mo¿e raz, dla odmiany, wyra¼ siê jasno.
To by³a prawda, Syriusz zawsze krêci³ nosem na sam d¼wiêk imienia Lily. Wcze¶niej ca³a ta mi³o¶æ po prostu go bawi³a, ale kiedy zaczê³a przeradzaæ siê w co¶ powa¿niejszego, w jego g³owie uruchomi³o siê co¶ w rodzaju sygna³u alarmowego. Z ka¿dym kolejnym etapem zwi±zku, mia³ ochotê Jamesowi przywaliæ, ¿eby ten siê opamiêta³. Nigdy nie poskutkowa³o. Teraz te¿ by³ przekonany, ¿e swoim wyk³adem nic nie wskóra. Mimo to nie potrafi³ siê powstrzymaæ:
– Mo¿e dlatego, ¿e znam ciê doskonale... – wycedzi³ przez zaci¶niête zêby. – Na tyle, kurwa, dobrze, ¿e jak my¶lê o tej twojej idylli, to nie wiem, czy mam siê ¶miaæ czy p³akaæ. ¯yjesz w jakim¶ kompletnie odrealnionym ¶wiecie, nawet sobie nie zdajesz sprawy, jak to wszystko mo¿e siê skoñczyæ. To nie jest gra w eksploduj±cego durnia, gdzie jak ci siê znudzi, to pójdziesz na trening Quidditcha. – Zatrzyma³ siê na chwilê, ¿eby z³apaæ oddech. – Zap³odni³e¶ kobietê, naopowiada³e¶ jej bajek o szczê¶liwej przysz³o¶ci i co? Wydaje ci siê, ¿e bêdziesz sobie biega³ po misjach Zakonu Feniksa i unika³ ¶miertelnych zaklêæ jak t³uczków, ¿eby potem w blasku chwa³y wracaæ do domu? Marlena nie ¿yje, dzieciak Liny nie ¿yje, Caradoc nie ¿yje, Benio nie ¿yje, Gideon nie ¿yje, Fabian nie ¿yje... ale oczywi¶cie ciebie to ominie, bo tak?
– Zastanawiam siê, po co wyskakujesz z tym akurat teraz - powiedzia³ cicho James, po d³u¿szej chwili milczenia. – Poza tym, je¶li chcesz mi co¶ zarzuciæ, to mo¿e powiniene¶ zacz±æ od siebie. Pakujesz siê w ka¿d± mo¿liw± bójkê na ulicy, a teraz chowasz siê na my¶l o spotkaniu z Voldemortem. Mo¿e to do ciebie nie dotar³o, ale ja te¿ jestem cz³onkiem Zakonu Feniksa i mam dok³adnie takie same szanse prze¿ycia jak ty. Mówi±c pro¶ciej: najpierw martw siê o siebie, a dopiero potem praw mi wyk³ady o ostro¿no¶ci. – Ostatnie s³owa zawiera³y w sobie nutê kpiny, która nie usz³a uwadze Syriusza.
– Ja to co¶ zupe³nie innego – stwierdzi³, staraj±c siê, aby jego g³os brzmia³ twardo. – Nie ma nikogo, kim musia³bym siê opiekowaæ. Nawet je¶li kto¶ mnie zabije, to nie bêdzie mia³o ¿adnego znaczenia. Nie zostawiê na tym ¶wiecie ¿ony ani dziecka. Bachora, którego do jasnej cholery kto¶ bêdzie musia³ wychowaæ! Je¶li postanowisz kopn±æ w kalendarz, kto niby siê nim zajmie? Bo na mnie nie licz, pierdolê to.
– Nikt ciê nawet o to nie prosi – James za¶mia³ siê, chocia¿ niewiele mia³o to wspólnego z weso³o¶ci±. - My¶lisz, ¿e powierzy³bym swojego syna komu¶ takiemu jak ty? Cz³owiekowi, który nie ma pojêcia o znaczeniu rodziny, musia³bym chyba upa¶æ na g³owê! Ty nawet nie masz odwagi zwi±zaæ siê z kobieta, bo jeszcze nie daj Bo¿e w twoim ¿yciu liczy³by siê kto¶ wiêcej ni¿ ty sam.
– To takie g³êbokie, wsad¼ sobie w dupê swoje m±dro¶ci...
– Nie mam racji? Nawet siê po tobie nie spodziewam, ¿e zrozumiesz, ¿e w ¿yciu liczy siê co¶ wiêcej ni¿ parszywa egzystencja od jednego pojedynku do drugiego. Nigdy nie stara³e¶ siê ogarn±æ czego¶, co wykracza poza twoje ograniczone pole widzenia. Ja chcê walczyæ, ¿eby ta przeklêta wojna siê skoñczy³a, a ty? Masz w ogóle jaki¶ cel, co?!
- Masz racjê! - przerwa³ mu, ¶miej±c siê g³o¶no. - Niech Voldemort ze swoj± band± zabija jeszcze wiêcej osób, które znam. Wtedy bêdê mia³ du¿o satysfakcji, ju¿ taki ze mnie chory skurwysyn! Ca³y czas czekam, a¿ w koñcu dopadnie ciebie. Przy odrobinie szczê¶cia zakosi ca³± wasz± dwójkê... a nie, czekaj... trójkê. Ostatecznie zadowolê siê tylko...
Nie zd±¿y³ dokoñczyæ. James przywali³ mu piê¶ci± w twarz z si³±, która znacznie wykracza³a poza jego standardowe zdolno¶ci. Syriusz poczu³, jak trzeszcz± mu ko¶ci, po chwili stru¿ka krwi ¶ciek³a mu po brodzie, a on wyplu³ kawa³ek u³amanego zêba. Bola³o jak cholera, ale zas³u¿y³ sobie. Wiedzia³ o tym.
– Chcesz po sobie co¶ zostawiæ, tak? – szepn±³, ¶cieraj±c szkar³atn± ciecz z twarzy. – Jakie¶ górnolotne idee, mora³y, pierdo³y o mêstwie, odwadze, przyja¼ni i mi³o¶ci... w±tpiê, by to mia³o jakiekolwiek znaczenie dla dorastaj±cego bez ojca dzieciaka. Zak³adaj±c, ¿e w ogóle uda mu siê prze¿yæ z Voldmeortem poluj±cym na ka¿d± rodz±c± siê pó³szlamê.
– Co ciebie to obchodzi? – wymamrota³ James, odwracaj±c siê do niego plecami. Najprawdopodobniej chcia³ dodaæ co¶ jeszcze, ale zabrak³o mu s³ów, ¿eby to wyraziæ.
Mo¿e to i lepiej.
Alette dnia 02.03.2016 18:52
W koñcu haha. A krótkie zdania to có¿... nie mam nic na swoje usprawiedliwienie, tak wysz³o : D
Sam Quest dnia 03.03.2016 02:10

Alette dnia 03.03.2016 12:46
Na tyle, na ile mog³am.
Penelope dnia 06.04.2016 19:04

Przemy¶lsiz to co?
Barlom dnia 09.04.2016 00:04

Alette dnia 11.12.2016 20:06
Alette
fuerte
Katherine_Pierce
Sam Quest
Shanti Black
A.
monciakund
ania919
ulka_black_potter
Klaudia Lind
By³a schadzka w krzakach, to teraz musia³a byæ te¿ k³ótnia ma³¿eñska. Nareszcie ich relacja nie wydaje mi siê sztuczna, a ich rozmowy zaczê³y przypominaæ prawdziwe rozmowy, chocia¿ James jaki¶ taki cichy jest, co¶ tam szepcze, mówi cicho, jako¶ mi to do niego nie pasuje, to mi trochê bardziej podchodzi pod jaki¶ czarny charakter, a nie Jamesa. Ucz³owieczy³a¶ Syriusza i nawet mnie zaciekawi³. Dalej go nie lubiê, dalej mnie wkurza, ale teraz przynajmniej sam w sobie jest interesuj±cy.
Bojê siê trochê, ¿e popêdzisz z tematem, bo zosta³y trzy rozdzia³y, a mam wra¿enie jakbym by³a dopiero w ¶rodku historii, a je¿eli nie w ¶rodku, to na pewno nie na jej koñcu. No ale zobaczymy.
I co? Co z Noranem? Nie bêdzie Norana? We¼ mi id¼ z tym mordowaniem potencja³u zanim jaki¶ bohater zd±¿y siê rozwin±æ. Pisz lepiej o Noranie, a nie o jakich¶ tam Syriuszach czy Aaronach.
Nie przepadam za d³ugimi rozdzia³ami, Twoje zawsze s± d³u¿sze ni¿ ¶rednia HPnetowa, ale teraz jeszcze mniej czu³am to ni¿ zwykle. Tak szybko mi to zlecia³o, jakby zaraz siê mia³o dziaæ jeszcze co¶, a tam nic. Dziwne, szczególnie, ¿e nie za du¿o tam siê dzieje.
Ogólnie podoba³o mi siê, szczególnie ¿e nie mam ochoty rzucaæ niczym w Syriusza (chyba za bardzo przejmujesz siê moimi radami), a ostatni fragment, mo¿e niezbyt oryginalny, ale tak fajnie opisany, ¿e chcê wiêcej. Wiec super!
Nie no, ¿artowa³am.
Przyczepiê siê.
Na samym pocz±tku chyba bra³a¶ udzia³ w jakim¶ konkursie na pisanie najwiêkszej ilo¶ci krótkich zdañ. Trochê mi to przeszkadza³o w odbiorze. Koniec czepiania siê.