Praca publikowana równie¿ na Wattpadzie (@poruta_)
Dzieciñstwo malowa³o siê w ch³odnych barwach od momentu, kiedy ch³opiec spojrza³ po raz pierwszy na swoj± prywatn± nauczycielkê, któr± zatrudni³a Walburga. Czu³, ¿e gdy na ni± patrzy, brzuch zwija siê w kulkê, a gard³o zaciska siê bole¶nie. Jakby dosta³ same ciemne, nieprzyjemne kolory na palecie i mia³ namalowaæ ci±g dalszy swojego ¿ycia. Pêdzel niemi³o dra¿ni³ p³ótno swoim w³osiem, uk³adaj±cym siê w pasmo pora¿ek. Los prowadzi³ jego d³oñ, która kurczowo trzyma³a siê narzêdzia, jakby zaraz mia³o wypa¶æ i upa¶æ na pod³ogê pracowni, plami±c kafelki szar±, gêst± plakatówk±, jak± mugolskie dzieci tworzy³y swoje szkolne dzie³a.
Madame Anastasia Moonre by³a powa¿n±, dystyngowan± czarownic±. Zawsze nosi³a szmaragdowe rêkawiczki z koronk±, stworzonymi z jedwabnego materia³u i ¶mia³o porusza³a siê na swoich wysokich szpilkach. Emanowa³a od niej gracja, porusza³a siê, jakby p³ynê³a, ni piêkny smuk³y ³abêd¼, ni d³ugonoga czapla, ukryta w¶ród gêstej trzciny. Posiada³a niesamowicie delikatne rysy twarzy, dono¶ny g³os i bardzo du¿± si³ê w rêce. O ostatnim Syriusz dowiedzia³ siê, gdy zosta³ spoliczkowany po raz pierwszy, za po³o¿enie ³okci na stole. Mocno piek³o. Kilka dni pó¼niej ka³amarz wyla³ mu siê na najlepsz± szatê wyj¶ciow± matki i zosta³ zdzielony w potylicê tomiskiem ksiêgi. Zabola³o. Jeszcze w tym samym tygodniu dosta³ po d³oniach magiczn± miar±, która rozciê³a skórê na jego d³oniach. Tylko dlatego, ¿e nie nauczy³ siê na pamiêæ kilku sentencji w jêzyku ³aciñskim. Krew p³ynê³a powoli po jego kostkach i sp³ywa³a na pergamin, a on zaciska³ zêby. Nie chcia³ przy niej p³akaæ.
Po siedmiu dniach pobierania nauk od Madame Moonre Syriusz by³ ca³y obola³y, a ba³ siê prosiæ rodziców o rzucenie jakichkolwiek leczniczych zaklêæ. Za³zawionymi oczami patrzy³ na puste ¶ciany w swoim pokoju. Ba³ siê kolejnego ciosu, dotyku ze strony kobiety. Nienawidzi³ jej. Nie cierpia³ ka¿dego cala jej obrzydliwego cia³a - jej upiêtych ciasno jasnych w³osów, perfekcyjnie pomalowanych czerwon± szmink± ust i przenikliwie b³êkitnych oczu, na których widok mia³ ochotê skuliæ siê w k±cie. Opuchniête od p³aczu oczy, fioletowe ¶lady na ciele i kr±¿±cy po g³owie g³uchy odg³os uderzenia. Zakry³ d³oñmi uszy i zagryz³ od ¶rodka policzki. Zacisn±³ powieki, zaciskaj±c mocniej palce na ciemnych kosmykach. Rozp³aka³ siê raz jeszcze. Ciemne w³osy przylega³y mu do zaczerwienionych, mokrych od ³ez policzków. Szorstka, bia³a po¶ciel ociera³a nieprzyjemnie jego chude, posiniaczone nogi. Wskazówki zegara goni³y siê w wiecznym wy¶cigu, a gwar ulicy Grimmuald Place próbowa³ przebiæ siê przez grube okiennice, schowane przed oczami mugoli. Dzieci gra³y w pi³kê, biega³y i rado¶nie krzycza³y, dopinguj±c siê nawzajem. Tymczasem Syriusz Black skuli³ siê na twardym materacu i ca³y dygocz±c, zasn±³ z nadmiaru emocji. Wszystko ucich³o. Czu³, jakby odci±³ siê od wszystkiego, unosi³ siê pomiêdzy niebem a piek³em. By³ wiecznym wiê¼niem w³asnego ¿ycia.
Walburga i Orion nie zauwa¿ali kar, jakie dostawa³. Mia³ staæ siê godnym reprezentantem ich domu, w szkole dostawaæ same Wybitne oraz pod koniec roku najlepiej zostaæ uhonorowanym przez dyrektora Orderem Merlina pierwszej klasy. Mia³ siê dostaæ do dru¿yny Quidditcha i byæ obowi±zkowo w Slytherinie. W d³ugiej li¶cie oczekiwañ nie by³o podpunktu na temat bicia przez nauczycielkê. Nie by³o miejsca na przemoc w idealnej rodzinie.
Kolejnego dnia wykrzycza³ jej wszystko, co o niej my¶la³. Ciê¿ko dysz±c, dosta³ w twarz z otwartej d³oni. Poczu³ jedwabn± rêkawiczkê na skórze i metaliczny posmak krwi w ustach. Kilka sekund pó¼niej le¿a³ na posadzce. Kobieta patrzy³a na niego kpi±co, góruj±c nad nim. Po chwili Madame Moonre nachyli³a siê jeszcze nad ch³opakiem nisko i tu¿ przy uchu szepnê³a mu kilka s³ów o tym, ¿e nie wygra. Z tym ¶wiatem nikomu nie uda³o siê zwyciê¿yæ.
Nie bola³y ju¿ rany ani zbita ko¶æ ogonowa - prawda rzucona mu w twarz by³a gorsza. Syriusz by³ ju¿ na straconej pozycji czarnej owcy w szanowanym rodzie. Nie nosi³ mentalnie nazwiska wpisanego w Nienaruszaln± Dwudziestkê Ósemkê. Nie by³ Blackiem, jakiego oczekiwano.
Od tamtego momentu, tylko kiedy jego nauczycielka wchodzi³a do domu, a jej obcasy odbija³y siê od ch³odnej tafli marmuru, chowa³ siê za zas³on±, maj±c nadziejê, ¿e go nie zauwa¿y. Ciê¿ka kotara w salonie, z której przy ka¿dym najmniejszym ruchu, podnosi³a siê chmura kurzu, by³a idealn± kryjówk±. Drobinki opada³y z gracj± na hebanowe panele niczym rosyjskie baletnice wiruj±ce na scenie, z promieniami nie¶mia³o przebijaj±cymi siê zza chmur i brudnej okiennicy jako reflektorami, b³yskami fleszy.
Syriusz Black mia³ zaledwie siedem lat.
***
Do¶æ istotn± kwesti± w jego ¿yciu by³a rodzina, a raczej jej teoretyczny brak. Brakowa³o mu matczynego ciep³a, ojcowskiej rady i ciotecznych u¶cisków na powitanie. Zamiast tego mia³ osch³e wypowiedzi, arystokratyczne bale i piêknie zdobione szaty wyj¶ciowe, których szorstki materia³ tar³ skórê.
Syriusz nie lubi³ ¿adnej z tych rzeczy. Przyjêcia jawi³y mu siê jako sztywne bankiety dla czarodziejskiej elity odzianej w drogie ubrania. Bra³o go na md³o¶ci, gdy o tym my¶la³ w pó¼niejszych latach. Czarownice w piêknych sukniach, których materia³ opina³ ich szczup³e cia³a, o wyprostowanych nienagannie plecach i zadartej ku górze brodzie, z fa³szywie uprzejmymi u¶miechami. B±belki najdro¿szego szampana mi³o dra¿ni³y gard³a go¶ci, a skrzaty domowe uwija³y siê pomiêdzy t³umem z tacami, donosz±c ponczu w poz³acanych kieliszkach i kawa³ków ciasta, nastêpnie uk³adanych w estetyczne piramidy na salaterkach.
Sta³ w¶ród t³umu, jednak czu³ siê samotny. Czystokrwiste rodziny mia³y to do siebie, ¿e ka¿dy by³ ze sob± spokrewniony. Nawet je¶li pierwszy raz widzia³e¶ danego jegomo¶cia przed sob±, nagle okazywa³o siê, ¿e jest twoim ciotecznym kuzynem od strony matki. Wielkimi, szarymi oczami patrzy³ na wystrój bogato zdobionych sal, nerwowo poprawiaj±c spinki do mankietów chudymi palcami. Bezszelestnie porusza³ siê pomiêdzy osobami, z którymi by³ z w i ± z a n y niewidzialnymi nitkami. Czy¿ rodzin± nie s± osoby, wspieraj±ce ciê, troszcz±ce siê o twoje dobro...? W takim razie, Syriusz Black nie mia³ rodziny.
Przestali go braæ na przyjêcia, gdy trafi³ do Gryffindoru. Wcze¶niej potrafili zatuszowaæ lub wyt³umaczyæ zachowanie swojego syna. Nie mogliby znie¶æ tych pogardliwych spojrzeñ. Zbyt wp³ywa³y na ich pozycje. Walburga zdawa³a siê nie zauwa¿aæ oburzonych szeptów za plecami i dalej siê u¶miecha³a swoim najlepszym u¶miechem, wbijaj±c paznokcie w ramiê Regulusa - ch³opca równie przera¿onego, co jego starszy brat. Orion ¶mia³ siê z ¿artów, popijaj±c drogi trunek, staraj±c zachowaæ dobr± minê do z³ej gry. Byæ mo¿e nikt nie zauwa¿y³ nerwowego poprawiania pier¶cienia rodowego.
Syriusz Black mia³ jedena¶cie lat, gdy przesta³ udawaæ odnajduj±cego siê w ogromnej sali nastolatka.
***
- Udawaj, skoro nie potrafisz byæ taki, jakiego ciê chcieli¶my - stwierdzi³a kiedy¶ matka podczas k³ótni. - W Hogwarcie nie powiniene¶ przedstawiaæ siê naszym nazwiskiem, gdy¿ twoje wybryki s± szkodliwe dla naszej reputacji, Syriuszu. W tym domu nie bêdê dopuszcza³a do twoich wybryków!
S³owo ,,Hogwart" smakowa³o s³odko. Obraz zamku wype³nia³ jego serce przyjemnym ciep³em, które rozchodzi³o siê mozolnie po ca³ym ciele. Wie¿e, nad którymi okrêgi zatacza³y sowy i sze¶æ bramek na boisku Quidditcha, sprawia³y, ¿e twarz m³odego ch³opca promienia³a szczê¶ciem. Majestatycznie szczytuj±ca nad jeziorem i rozleg³ymi B³oniami budowla by³a jego pierwszym prawdziwym domem.
Pocz±tkowo przera¿a³a go wizja wyjazdu na tak d³ugo. Nie têskni³ jednak za zas³on±, za gobelinem, z którego chcia³ znikn±æ i z podziwem patrzy³ na wszystkie wypalone osoby przez jego matkê, porcelanow± zastaw±, du¿ym, wiecznie niezapalonym kominkiem, a roz³±ka z wiecznie rozgniewanym na niego Stworkiem, cieszy³a go, jak nic innego. Wszelkie w±tpliwo¶ci rozp³ynê³y siê wraz z wydobywaj±c± siê z komina Hogwart Express gêst±, bia³± par±. Wej¶cie do poci±gu by³o jak rozpoczêcie nowego rozdzia³u. Wyrzucenie wszystkich planów i zaczêcie spontanicznego tworzenia w przyp³ywie natchnienia. Wenê dawa³a mu nowa, nieznana mu dot±d energia, która wype³ni³a ca³e jego cia³o. Poczu³ niesamowit± wolno¶æ, która obezw³adni³a go do tego stopnia, ¿e przez moment sta³ ze swoim kufrem, patrz±c zachwycony na opalcowane szyby przedzia³ów, poplamion± wyk³adzinê i t³um uczniów na peronie.
Od razu pokocha³ swoje dormitorium. By³o du¿e, przestronne i ciep³e. Czerwieñ i z³oto bi³o w oczy przyjemnym poczuciem wype³nienia. Pokój na Grimmauld Place 12 sprawia³ wra¿enie opuszczonej celi. Ch³ód bi³ od ka¿dej ze ¶cian, hebanowe meble tylko przyt³acza³y swoimi zdobieniami. Z ma³ej lampy gazowej u sufitu prawie nie otrzymywa³ ¶wiat³a. W nowym miejscu czu³ siê cudownie, bez nakazów, niewykonalnych zadañ.
Jego wspó³lokatorzy szybko z³apali z nim ¶wietny jêzyk, a James Potter okaza³ siê osob±, z któr± Syriusz móg³ porozmawiaæ na ka¿dy temat. By³ gotowy za nim wskoczyæ w ogieñ. Peter, mimo ¿e momentami szalenie go irytowa³, sprawia³, ¿e u¶miecha³ siê sam do siebie, gdy znowu pod ³ó¿kiem znajdowa³ pude³ka po czekoladowych ¿abach. Remus sta³ siê jego g³osem rozs±dku, oparciem w najgorszych momentach i pocieszycielem w chwilach kryzysu. Zale¿a³o mu na nich. Byli jego pierwszymi i ostatnimi przyjació³mi. Siedzia³ na skraju Wie¿y Astronomicznej, z t± czwórk± u boku i cieszy³ siê chwil±. Bieg³ ile si³ w nogach, uciekaj±c przed wo¼nym, a James ¶mia³ siê do rozpuku, dorównuj±c mu kroku. Wys³uchiwa³ Jamesa w jego beznadziejnym zakochaniu siê, a pó¼niej tañczy³ z nim na ¶lubie, stwierdzaj±c, ¿e odbijany podczas pierwszego tañca na weselu bêdzie niesamowicie zabawny. Pi³ kremowe piwo, a pó¼niej wrzuca³ puste butelki pod kanapê w Pokoju Wspólnym. Wys³a³ wyjce, tak, ¿eby ca³a Wielka Sala us³ysza³a o tym, ¿e Peterowi podoba siê Pauline z Hufflepuffu. Podkrada³ sk³adniki z klasy eliksirów tylko po to, ¿eby zmieniæ siê w profesor McGonagall i móc poprowadziæ lekcjê o prawid³owym korzystaniu z kuwety. Oddawa³ Marlene swoj± skórzan± kurtkê, gdy by³o jej zimno, ¿eby s³yszeæ, jak mówi, ¿e tego siê nie spodziewa³a. Robi³ zadania domowe na kolanie przed klas±. Podrywa³ Jêcz±c± Martê, ¿eby zobaczyæ czy rozp³ynie siê, je¶li wyjdzie poza teren zamku. Chowa³ siê pod Pelerynê Niewidkê i przegl±da³ Dzia³ Ksi±g Zakazanych, ¿eby znale¼æ co¶ na temat likantropii. Przemienia³ siê co pe³nie, by wspieraæ Remusa w jego bolesnej przemianie. Gra³ w Quidditcha i spada³ z miot³y, a potem u¶miecha³ siê przepraszaj±co do Poppy Pomfrey, która bluzga³a na niego, opatruj±c kolejne st³uczenie. U¿ywa³ Mapy Huncwotów do ¶ledzenia Petera, ¿eby pó¼niej udawaæ jego matkê w drzwiach, pytaj±c, gdzie siê szlaja³ po nocach. ¦piewa³ o trzeciej marne arie operowe w akompaniamencie Grubej Damy. Bywa³ u Dumbledore'a i w po³owie rozmowy potrafi³ zapytaæ o to, czy kiedy¶ co¶ zgubi³o mu siê w brodzie. W Walentynki rzuca³ papierem toaletowym i szczotkami do mycia ubikacji w zakochanych, niemal wylatuj±c z okna na dziedziniec. Urz±dza³ imprezy i siê upija³. Tañczy³ - na parkiecie, na stole, na szafkach nocnych, przeskakuj±c w glanach na ³ó¿ka. Czesa³ swoje w³osy, ca³uj±c swoje lustrzane odbicie, tylko po to, ¿eby ujrzeæ bezcenn± minê Lupina. Gra³ z Irytkiem w karty. Wymyka³ siê z Remusem i Jamesem do Miodowego Królestwa, ¿eby ukra¶æ trochê s³odyczy, gdy Peter by³ chory. Celowa³ w powa¿ne portrety brukselk±. Podlewa³ ro¶liny w szklarni Ognist±, a pó¼niej t³umaczy³ siê Pomonie Sprout, ¿e chcia³ zobaczyæ, jak wygl±da fotosynteza na haju. Obklei³ ca³y swój pokój plakatami mugolskich dziewczyn w bikini oraz rockmanów, patrz±c, jak Walburga niemal umiera na zawa³ i wachluje siê nerwowo d³oni±. Na nastêpny dzieñ, przyprowadzi³ Jamesa i przedstawi³, go jako James Potter I, cz³onek czystokrwistego rodu, spadkobierca firmy Ulizanna oraz jego ch³opak. Zorganizowa³ pierwszy koncert Orkiestry Skrzaciej, która gra³a ³y¿kami na garnkach i trzês³a widelcami w rytm wystukiwany na pokrywkach. Wi±za³ krawat na g³owie, ¿eby udawaæ samuraja. Porównywa³ Pelerynê Niewidkê do zas³ony, za któr± chowa³ siê w dzieciñstwie. Dramatycznie wspomina³ przed o³tarzem Pottera, tak jakby ten umar³, mówi±c, ¿e by³ dobrym przyjacielem, po czym zdziwiony zauwa¿y³, ¿e s± tylko dwie obr±czki, a przecie¿ to Lily mia³a byæ ¶wiadkiem tej piêknej ceremonii.
Syriusz skoñczy³ swój siódmy rok. Wraz z rozpoczêciem wojny.
***
Weszli do knajpki, w której niemal wszystkie stoliki, schowane w boksach by³y puste. Ró¿ bi³ po oczach. Lokal niesamowicie przypomina³ mu Herbaciarnie u Pani Puddifoot. Jedyn± ró¿nic± by³ brak ma³ych, okr±g³ych stolików, niezwykle obleganych, rzecz jasna, i wst±¿ek. Nie by³o te¿ tak duszno. Mimo to w swojej skórzanej kurtce, ciemnych spodniach, glanach i rêkawiczkach bez palców czu³ siê okropnie niedopasowany, wiêc skrzywi³ siê lekko, gdy Marlene rzuci³a mu co¶ o ³adnym wystroju. Nie wy³apa³ czy nie by³o to, aby ironiczne stwierdzenie, wiêc skupi³ siê na tym, ¿eby wy³apaæ kogo¶, kto w ogóle obs³uguje.
Kelnerka zerknê³a na niego zdziwiona znad kasy, przesuwaj±c zszokowana wzrokiem po jego ciele, wêdruj±c spojrzeniem ku kaskowi na motocykl, a nastêpnie objê³a jego twarz i kilkudniowy zarost. U¶miechn±³ siê do niej lekko, ukazuj±c delikatne do³eczki w policzkach, dok³adnie w tym momencie, w którym dziewczyna szarpnê³a go za ramiê i posadzi³a przy stoliku. Poda³a mu menu, sama k³ad±c ³okcie na stó³, na jednej z r±k opieraj±c rumiany policzek.
- Co podaæ? - spyta³a po chwili brunetka w fartuchu, ¿uj±ca gumê. Zanim Syriusz zd±¿y³ siê odezwaæ, Marlene odwróci³a gwa³townie g³owê w stronê pracownicy, tak, ¿e tu¿ przed jego szarymi oczami przelecia³ jasny koñski kucyk.
- Slushie wi¶niowe. - Zmierzy³a j± ch³odnym spojrzeniem. - A dla ciebie, skarbie? - spyta³a ch³opaka, podkre¶laj±c ostatnie s³owo. Nigdy go tak nie nazywa³a, a on nie nazywa³ jej s³oñcem. Chocia¿ pasowa³o do niej to s³owo. Potrafi³a sparzyæ, tak, ¿e p³aczesz z bólu, jednak cieszysz siê z wiosennych promieni przebijaj±cych siê przez szpary w ¿aluzji. Marlene by³a jego s³oñcem.
- Ja brzoskwiniowe. - Chrz±kn±³ i odda³ kartê pracownicy, k³ad±c swój kask.
- Oczywi¶cie - odpar³a sucho i wsunê³a notes z d³ugopisem do obszernej kieszeni. Ruszy³a ku ladzie.
Syriusz przepada³ za towarzystwem Marlene. Lubi³ jej podej¶cie do ¶wiata, gust i grê na gitarze. Uwielbia³, gdy opowiada³a o muzyce, swoich przekonaniach i lepszym ¶wiecie za trzydzie¶ci lat. Kocha³, gdy siê ¶mia³a, narzeka³a na swoje piegi, ledwo widoczne za grub± warstw± zbyt jasnego pudru, i czochra³a jego w³osy. Mówi³a za ich dwoje, ale, nawet je¶li mówi³a o majonezie w kanapkach, czu³, jak rozp³ywa siê nad jej g³osem. Nawet gdy przepe³niona jadem mówi³a, ¿e s± g³upimi bachorami rzuconymi w ¶rodek wojny o trzeciej nad ranem przy stacji benzynowej, nie potrafi³ siê nie u¶miechn±æ. Du¿o gestykulowa³a, by³a energiczna i potrafi³a siê ¶wietnie bawiæ. Cieszy³a siê deszczem i ka¿dym dniem, jakby by³ b³ogos³awieñstwem odk±d dowiedzia³a siê, ¿e Voldemort wyruszy³ na swoje ³owy. Mówi³a o swoich problemach tylko po pó³nocy, jakby po przekroczeniu tej magicznej bariery czasowej schodzi³ z niej stres. Wygl±da³a w jego kurtce lepiej ni¿ on sam i za nic w ¶wiecie nie odda³by jej nikomu innemu ni¿ Marlene.
Kelnerka przynios³a zamówienie na tacy i po³o¿y³a przed nimi pokruszony lód polany s³odkimi sosami. Blondynka niewiele my¶l±c, nachyli³a siê nad sto³em i zamieszawszy s³omk±, wziê³a ³yk.
- Wi¶niowe lepsze. - Zmarszczy³a nos i opad³a na swoje miejsce. Wziê³a do rêki plastikowe opakowanie i poci±gnê³a zimny napój.
- Przeziêbisz siê, je¶li bêdziesz tak szybko pi³a, Marlie. - Uniós³ k±ciki ust ku górze.
- £apo, jaki¶ ty troskliwy siê zrobi³. Obecno¶æ tego malucha u Potterów chyba dobrze na ciebie wp³ywa. - Obliza³a usta, nie zostawiaj±c na nim ani b³yszczyka, ani polewy, cmoknê³a w jego kierunku ironicznie, po czym skrzywi³a siê i przytknê³a dwa palce do skroni. - Zapomnia³am, jak to mrozi mózg!
Za¶mia³ siê szczerze i spontanicznie na widok jej miny. Spojrza³ przez okno w momencie, gdy auto przejecha³o szos±, zas³aniaj±c na moment zachodz±ce s³oñce.
- Fatalne Jêdze dzisiaj graj± - poinformowa³, a Marlene prawie siê zakrztusi³a. Wziê³a g³êboki oddech i odstawi³a z si³± slushie na blacie.
Jej twarz powoli nabiera³a czerwonego odcienia, przez o¶wietlaj±cy j± neon. Podci±gnê³a z nieskrywan± ekscytacj± rêkawy ciemnozielonej, za du¿ej koszuli do ³okci. Spojrza³a na niego wielkimi, niebieskimi oczami spod pomalowanych cienk± warstw± s³abej jako¶ciowo maskary firanki rzês.
- Chcia³abym zobaczyæ na ¿ywo Myrona! Posiadanie takiego g³osu powinno byæ nielegalne! - Westchnê³a z rozmarzeniem. - Ich koncert musi byæ niesamowity! Taki kontakt ze swoim idolem! Tylko pomy¶l! Co¶ cudownego! - Przymknê³a powieki na moment.
- Mam bilety - mrukn±³ i wypu¶ci³ powietrze, a dziewczyna gwa³townie otworzy³a oczy i prawie przewróci³a napoje na stoliku.
- Nie ¿artuj sobie ze mnie, £apo! - Syriusz pokiwa³ g³ow± przecz±co na ten zarzut.
Unios³a brwi ku górze. Kiedy zobaczy³a powagê w jego oczach, pisnê³a i schowa³a twarz w d³oniach. Poderwa³a siê z miejsca i wcisnê³a siê na jego kolana. Przez ma³± ilo¶æ miejsca czu³a na plecach blat, który wbija³ jej siê w skórê i odbiera³ swobodê oddechu, jednak szybko wtuli³a siê w ch³opaka, co wynagrodzi³o chwilowy ból.
- Mój Merlinie, chyba jeszcze nigdy siê tak nie cieszy³am. - Syriusz poczu³ ³zy dziewczyny na koszulce i delikatnie zdezorientowany przez moment wstrzyma³ oddech, jakby ba³ siê, ¿e je¶li j± dotknie, zgniecie jej drobne cia³o. Ostatecznie delikatnie zacz±³ g³adziæ w³osy dziewczyny.
- Hej, Marlie, musimy siê zbieraæ, je¶li chcemy zd±¿yæ. Exeter jest trochê drogi st±d... - zauwa¿y³.
- Jak za³atwisz mi jeszcze autograf od Orsino, to chyba ci siê o¶wiadczê. - Poci±gnê³a nosem. Ch³opak wywróci³ oczami.
- W takim razie czeka mnie godzinne przepychanie przez fanki Thrustona, hm?
- Jeste¶ cudem. - Unios³a g³owê ku górze i poca³owa³a go d³u¿ej ni¿ zwykle, hamuj±c ³zy rado¶ci. Dotyk jego warg na jej ustach by³ ukojeniem dla jej szaleñczo bij±cego serca, który ju¿ wygrywa³ rytm Do The Hippogriff.
Dwudziestojednoletni Syriusz Black by³ szczê¶liwy jak nigdy.
***
Pada³ deszcz. Przeszywaj±ce do szpiku ko¶ci, ogromne krople odbija³y siê rytmicznie od parapetu, a radosne gaworzenie Harry'ego nadawa³o niesamowity kontrast do granego na dworze marszu ¿a³obnego. Syriusz siedzia³ na krze¶le i patrzy³ na dziecko, le¿±ce na kolorowym kocyku z gryzakiem w malutkiej r±czce. Ciemne w³osy ch³opca opada³y mu na czo³o, a zielone têczówki pod±¿a³y za nerwowo kr±¿±cej po salonie mam±.
- Jak to od tygodnia nie ma z nimi kontaktu? Mówi³am, ¿e to g³upie, ¿eby jecha³a na tê misjê! Alastor nic nie pisa³? ¯adnej sowy? - pyta³a co chwilê, a szablon odpowiedzi dawany przez Remusa Lupina pozostawa³ bez zmian. Syriusz westchn±³ ciê¿ko.
- Mo¿esz przestaæ, Lily? Wystarczaj±co siê wszyscy martwimy - syknê³a Dorcas, wymownie wskazuj±c brod± na Blacka, patrz±cego bez wyrazu na swoje rêce, po czym wróci³a spojrzeniem do przyjació³ki. - My¶l o Harrym! Dzieciak ma dzisiaj urodziny, powinni¶my ¶wiêtowaæ! Zosta³o jeszcze tego tortu? Jest przepyszny! - U¶miechnê³a siê dla rozlu¼nienia atmosfery, któr± da³o siê ci±æ no¿em.
- Powinno byæ jeszcze trochê w lodówce - odpowiedzia³a i wziê³a na kolana czarnego kota. Zaczê³a go delikatnie g³askaæ, przesuwaj±c wolno od g³owy wzd³u¿ krêgos³upa. Zwierzê zamrucza³o cicho, czym wzbudzi³o zainteresowanie rocznego dziecka. - Harry, nie ci±gnij Oprysi za ogon! J± to boli, kochanie! Nie mo¿na biæ zwierz±tek!
Dorcas wywróci³a oczami, widz±c, jak dziewczyna poucza synka i wyci±gnê³a talerz z ciastem. Wbi³a w czekoladow± zastyg³± polewê widelczyk i w³o¿y³a kawa³ek do buzi. W pokoju trwa³a napiêta cisza. Remus czyta³ Proroka Codziennego, James próbowa³ z³o¿yæ zabawkow± miote³kê, któr± Harry dosta³ w prezencie od swojego ojca chrzestnego, Lily g³aska³a machinalnie Oprysiê, Peter kuli³ siê w k±cie na fotelu, przy czym macha³ nogami, Syriusz siedzia³ przygarbiony i robi³ m³ynek kciukami.
Na d¼wiêk pukania do drzwi, Black poderwa³ siê z miejsca, szybciej ni¿ ktokolwiek inny. Otworzy³ je, nawet nie patrz±c przez wizjer, kto stoi za drzwiami. Nie s±dzi³, ¿eby najwiêkszy czarnoksiê¿nik lub który¶ z jego wys³añców puka³ do drzwi. Poza tym byli chronieni zaklêciem. Kiedy zamiast Marlene McKinnon, na ganku zobaczy³ czarownicê o d³ugiej, smuk³ej szyi, ubran± w podart± u do³u eleganck± szatê, uchyli³ usta, ¿eby co¶ powiedzieæ, jednak kobieta go prze¶cignê³a.
- Dobry wieczór, Syriuszu. - Ch³opak w odpowiedzi zawiedziony potrz±sn±³ g³ow±.
- Witaj, Emmelino! - W drzwiach pojawi³a siê Lily z dzieckiem na rêkach. - Dwa tygodnie ciê nie widzia³am! Wejdziesz? Powinno byæ jeszcze trochê tortu - spyta³a szybko. Vance zaprzeczy³a niemal natychmiast, nie przestaj±c, przestêpowaæ nerwowo z nogi na nogê. Rzuci³a smutne spojrzenie solenizantowi, który przekrzywi³ jedynie g³owê i wsadzi³ pi±stkê do buzi.
- Misja zakoñczy³a siê powodzeniem, ale... - zaczê³a i ju¿ mia³a dodaæ co¶ do swojej wypowiedzi, jednak m³odsza dziewczyna wesz³a jej w s³owo.
- Wspaniale! Przeka¿ Marlene, ¿e na ni± czekamy, gdy ju¿ dostaniesz siê siedziby! - U¶miechnê³a siê ciep³o. Emmelina chrz±knê³a i zwiesi³a wzrok, jakby zastanawia³a siê, jak uj±æ swoj± wiadomo¶æ w s³owa. Syriusz wiedzia³, co jest na rzeczy. Cofn±³ siê gwa³townie o krok do ty³u.
- Ona nie ¿yje. Marlene nie ¿yje - wychrypia³, a Lily spojrza³a na niego wielkimi oczami. Przenios³a wzrok na cz³onkiniê Zakonu. Remus, s³ysz±c jego s³owa, rzuci³ gazetê na stó³, tu¿ obok pud³a z instrukcj± obs³ugi miote³ki i razem z James szybko skierowa³ siê do drzwi.
- To prawda? - spyta³a g³o¶no Dorcas, ca³a czerwona od wstrzymanego szlochu.
- Bardzo mi przykro - odpowiedzia³a szatynka ³ami±cym siê g³osem. Syriusz odwróci³ siê na piêcie szybko i bez s³owa poszed³ do ³azienki.
Gdy siedzia³ na kafelkach z ³zami sp³ywaj±cymi po policzkach, szlochaj±c, doszed³ go d¼wiêk g³o¶nego p³aczu Harry'ego. Ca³y siê trz±s³. Nie wierzy³, ¿e kolejny raz zobaczy Marlene na jej pogrzebie. Sprzeczne uczucia i destrukcyjne my¶li targa³y nim jak jeszcze nigdy. Skaka³ z ni± pod scen± i u¶miecha³ siê kolejnego dnia, gdy poplami³a jego za du¿± koszulkê z logo zespo³u keczupem. Nie potrafi³ przyj±æ do wiadomo¶ci, ¿e jedyne kwiaty, jakie bêdzie móg³ jej daæ to te na p³ycie cmentarnej, ¿e poca³uje j± w czo³o, dopiero podczas mszy, gdy otworz± trumnê na czas po¿egnañ, ¿e ju¿ nigdy nie zatañczy z ni± do This is The Night. Chcia³ znów zobaczyæ, jak marszczy nos, jak nak³ada du¿ym pêdzlem puder, ¿eby zamaskowaæ piegi na policzkach, jak przeczesuje swoimi palcami jego w³osy. Nie zabierze jej ju¿ nad jezioro, nie zawstydzi swoimi komplementami, nie us³yszy, jak jej d³onie przesuwaj± siê po strunach gitary. Pier¶cionek do wyrzucenia. Plany do zmiany. Serce do naprawy. ¦wiat stan±³ na g³owie i g³ucho upad³ na twardy beton.
W¶ciekle uderzy³ piê¶ci± w drzwi i zwiesi³ g³owê. Opad³a na niego podomka Lily. W fakturze by³a taka sama jak zas³ona w salonie na Grimmauld Place 12. Mia³ dwadzie¶cia dwa lata i znów chowa³ swoje uczucia za materia³em.
***
Pogrzeb Marlene odby³ siê zaledwie dzieñ pó¼niej. Sta³, pusto patrz±c na trumnê powoli spuszczan± na dno do³u. Gdy grabarze zaczêli przesypywaæ ziemiê, mia³ ochotê skoczyæ za ni±. Nie s³ucha³ pastora i jego mowy. Ten cz³owiek jej nie zna³. Nic o niej nie wiedzia³. Jego modlitwy nie uczyni± jej szczê¶liwszej, nie wskrzesz± jej. To puste s³owa. By³a ju¿ tylko wspomnieniem, zimnym trupem, którego krew zatrzyma³a siê w ¿y³ach. Mia³ mokre policzki od desperackiego p³aczu, a obraz rozmazywa³ siê do tego stopnia, ¿e widzia³ jedyne kolorowe plamy. S³ysza³ kolejne kondolencje, czu³ klepanie po ramieniu i niepewne przytulenia. Nie chcia³ patrzeæ na wi±zankê bia³ych go¼dzików z przewi±zan± szarf±. Dr¿a³y mu rêce, a serce podesz³o gard³a. Nie móg³ swobodnie z³apaæ oddechu, a ka¿dy kolejny wydech sprawia³, ¿e mia³ wra¿enie miliona ma³ych igie³ wbijaj±cych siê w jego pier¶. S³oñce przebijaj±ce siê przez konary drzew razi³o go w oczy. Bola³o go, ¿e nie wyryto jej ulubionego cytatu na p³ycie i to, ¿e gdy szli do miejsca jej pochówku, nie zagrano Magic Works. Marlene by tego chcia³a.
Zosta³ wrêcz wepchniêty do taksówki przez Jamesa. Nie wiedzia³, co siê dzieje. Twarze zlewa³y siê w jedn± masê, zlepek s³ów dochodzi³ do niego, jak przez mg³ê. Jego ¶wiat run±³, a on nie potrafi³ dopu¶ciæ do tego zniszczonego muru osób z zapraw± i nowymi ceg³ami. Nie jad³, nie spa³, nie dawa³ sobie spokoju. Gdyby tylko nie pu¶ci³ j± na tê misjê. Gdyby tylko wymy¶li³ co¶, dlaczego mia³aby zostaæ. Gdyby tylko poczu³, ¿e odpowiedni moment na zarêczyny jednak by³ wtedy na koncercie w Londynie. Gdyby spêdza³ z ni± wiêcej czasu.
Zamêcza³ siê prawie trzy miesi±ce, do momentu, gdy nie znalaz³ w swoich rzeczach plik kart z Czekoladowych ¯ab. Sam nie zbiera³ ich od drugiego roku, jednak wiedzia³, ¿e Peter Pettigrew nadal odnosi³ siê do swojej sporej kolekcji z du¿ym sentymentem. Ubra³ siê, umy³ w³osy, wsadzi³ do kieszeni starych, przetartych jeansów prezent. Ruszy³ w koñcu w innym kierunku ni¿ na cmentarz.
Zapuka³ do drzwi. Zas³ona w kuchni niespokojnie siê poruszy³a. Us³ysza³ schodzenie po schodach i nerwowe, szybkie ruchy przy zamku.
- Syriusz! Dziecko, jak ja ciê dawno nie widzia³am! - Deidre Pettigrew przytuli³a do siebie ch³opaka, po czym odsunê³a go, nadal trzymaj±c d³onie na jego ramionach. By³a ni¿sza od ch³opaka, wiêc musia³a zadrzeæ brodê, ¿eby widzieæ jego twarz. - Ale¿ mi wymizernia³e¶! S³ysza³am o tym, co sta³o siê z Marlene McKinnon! To straszne, musia³e¶ to prze¿yæ. - Pokiwa³a smutno g³ow±.
- Jest Peter? - spyta³ bez emocji w g³osie. Czu³, ¿e kobieta porusza dra¿liwy temat i chcia³ go wymin±æ.
- Nie, nie. Niestety, jako¶ trzy godziny temu wyszed³ bez s³owa. Ostatnio nie ma go coraz czê¶ciej w domu. - Wziê³a rêce do siebie i siêgnê³a z powodu zimna po narzutê, która wisia³a przy drzwiach. Okry³a ramiona i przesunê³a siê w przej¶ciu. - Wejdziesz, Syriuszu? Upiek³am dzisiaj rano strudel, a w tamtym tygodniu kupi³am herbatê...
- To bardzo mi³e, proszê pani, ale siê spieszê. Do widzenia i dziêkujê! - po¿egna³ siê, sil±c siê na grzeczny ton i zbieg³ szybko z ganku, po czym wszed³ na swój motor.
Nie spodziewa³ siê tego, co zasta³ w Dolinie Godryka. Nie s±dzi³, ¿e los tak go ukarze. Widok cia³a najlepszego przyjaciela, towarzysza w ka¿dym kawale, powiernika tajemnic, kompana i druha w tu³aczce zwanej ¿yciem, który wyci±gn±³ go na prost±, wyry³ mu siê w pamiêci. P³aka³. Nie potrafi³ siê uspokoiæ, wezwaæ pomocy. W pokoiku Harry rozpaczliwe stara³ siê obudziæ szlochem mamê. To w³a¶nie ten d¼wiêk przypomnia³ Syriuszowi o tym, ¿e partnerka Rogacza, te¿ by³a w domu. £apczywie wdychaj±c powietrze, wzi±³ chrze¶niaka na rêce i próbuje go bujaæ, tak, jak uczy³a go Lily. Przytuli³ go do piersi, by poczu³ jego, choæ nerwowe i chaotyczne, bicie serca. Syriusz spojrza³ na blady policzek dziewczyny, który by³ widoczny w¶ród rudych w³osów rozrzuconych w nie³adzie na pod³odze. Nachyli³ siê nad ni± i za³o¿y³ jej pasmo za ucho. Poczu³ pod palcami zimno jej skóry, które przypomnia³o mu o poca³unku, jaki z³o¿y³ na czole Marlene, gdy ta le¿a³a ju¿ w trumnie. Wzdrygn±³ siê mimowolnie i wyprostowa³. Poprawi³ ch³opca, tak, ¿eby nie spad³ i ruszy³ w stronê schodów. Musia³ byæ teraz silny. Dla Harry'ego. Zas³ugiwa³ na normalny dom, rodzinê, szczê¶liwe dzieciñstwo... Nie móg³ zajmowaæ siê sob± w tej sytuacji. James mówi³ mu przecie¿, ¿e to on w razie jego ¶mierci zajmie siê dzieckiem.
Zszed³ na dó³. Zasta³ w salonie zgarbionego Hagrida, który uwa¿a³, by nie zbiæ przypadkowo lampy.
- Tak my¶la³em, ¿e tu jeste¶! Motocykl, jednak to twój znak rozpoznawczy, cholibka! - Syriusz u¶miechn±³ siê smutno. Nastêpnie gajowy chwyci³ siê za pas i spojrza³ za³zawionymi oczami na Jamesa, le¿±cego na pod³odze obok ostrych od³amków ulubionego wazonu Lily, który dosta³a na urodziny od Dorcas. - Szkoda ich obu. Dobrzy ludzie byli. Uwielbia³em ich! Byli zawsze tacy pe³ni ¿ycia! - Poci±gn±³ nosem. - Ale! Nie mo¿na siê ³amaæ, no nie? Musimy i¶æ do przodu. Pewnie ludzie Sam-Wiesz-Kogo tylko czyhaj±, aby z³apaæ tego, co im zabi³ przywódcê.
- Tak - odpowiedzia³ Syriusz, przytulaj±c mocniej dziecko, które zainteresowane patrzy³o na pó³-olbrzyma. - Do czego zmierzasz, Rubeusie?
- Muszê wzi±æ Harry'ego.
To jest ¶liczne i poruszaj±ce. Nie widzia³am nigdzie b³êdów, bo poch³onê³am to od razu.
Podoba mi siê opisywanie etapami ¿ycia Syriusza. Pocz±wszy od jego nauczycielki a¿ po ¶mieræ Potterów.
Jestem ciekawa kiedy wrzucisz dalsz± czê¶æ