Wiara jest podstaw± ka¿dego dzia³ania.
***
Ruchliwe ulice Hogsmeade zaczynaj± mnie denerwowaæ, wiêc kierujê siê z powrotem do Hogwartu. Nie mam nastroju na to wszystko. Rado¶æ, ¶miechy, chichy... Mam raczej ochotê zalaæ siê ³zami. Wydarzenia minionych dni da³y mi siê nie¼le we znaki. Po bitwie z Baltazarem ca³y czas odczuwam jakie¶ dziwne bóle w g³owie. Nie mam pojêcia co siê dzieje, nie wiem, co robiæ. Nie chcê martwiæ Lily ani moich przyjació³. Swoj± drog± powinnam im chyba podziêkowaæ. Nie, z pewno¶ci± powinnam im podziêkowaæ. Po tym wszystkim dali mi czas na zastanowienie siê co dalej. Do dzisiaj nie wa³kuj± tematu. Pozwalaj± mi posiedzieæ w samotno¶ci. Dlatego tak strasznie z¿era mnie poczucie winy. Oni na mnie polegaj±, a ja nie mogê nic wymy¶liæ. Zastanawiam siê, czy na pewno dokona³am s³usznego wyboru. Du¿o ³atwiej by³oby po prostu przej¶æ na drug± stronê. Ale co wtedy zrobiliby David i Rora? Oni nie daliby sobie rady. Wzdycham i spogl±dam w niebo spowite szarymi chmurami. Pocz±tki zimy. Nied³ugo powinien spa¶æ ¶nieg.
- Mia³e¶ mi pomagaæ, Marku. Dlaczego mi nie pomagasz? - pytam cicho. Ostatnio nie widzê go w snach. A to w³a¶nie teraz najbardziej go potrzebujê. To teraz potrzebujê jego wsparcia.
- Jeszcze ci pomo¿e. Zobaczysz - s³yszê. Odwracam siê gwa³townie, ale widzê tylko Lily. Patrzy na mnie spokojnym, wrêcz matczynym wzrokiem. Nagle czujê w sobie jeszcze wiêksz± pustkê ni¿ zwykle.
- Tylko kiedy to nast±pi? - pytam cicho.
- Nied³ugo - zapewnia kobieta i podchodzi do mnie. Jej d³oñ l±duje delikatnie na moim ramieniu. - Za du¿o na siebie wziê³a¶, Aur. Jeste¶ obarczona zbyt wielk± odpowiedzialno¶ci±. Dziwiê siê, ¿e jeszcze siê nie podda³a¶.
Odsuwam siê gwa³townie, bardzo dotkniêta znaczeniem tych s³ów.
- Nie jestem taka jak Sarah - mówiê nieco ostrzej, ni¿ zamierzam. Lily robi krok w ty³, wyra¼nie zaskoczona i zmieszana.
- Tak, wiem. Przepraszam Aur, nie chcia³am, ¿eby to tak zabrzmia³o - duka cicho. Wzdycham ciê¿ko i krêcê g³ow±.
- Nie, to ja przepraszam, Lily. Przechodzê... trudny okres... po prostu muszê zostaæ teraz sama. Przepraszam.
Odwracam siê i odchodzê najszybciej, jak tylko potrafiê. Nie potrafiê z ni± teraz rozmawiaæ. Nie w ten sposób. Teraz czujê siê po prostu podle. Moje s³owa musia³y j± zraniæ. Ale... to, co ona powiedzia³a dotknê³o mnie do ¿ywego. Wie, ¿e nie jestem taka, jak Sarah. ¯e chcê siê za wszelk± cenê odci±æ od przesz³o¶ci. Od tego, co robi³a moja matka. Od tego, co robi³am ja. Ci±gle usi³ujê zapomnieæ o tym, co siê przez ni± sta³o z moim ojcem i ze mn±. Ha! Ojciec. Przecie¿ wcale go nie pozna³am. Sarah ju¿ na wstêpie odebra³a mi wszystko. Pamiêtam, ¿e kiedy¶ chcia³am siê dowiedzieæ od niej czego¶ o naszych przodkach. Znam historiê Roweny i jej córki, wiêc sk±d u nas jej nazwisko? Powiedzia³a mi, ¿e nie wie. Podobno mój ojciec wiedzia³. Ale jedyne, co o nim wiem, to to, ¿e zgin±³ przez Sarah. Przez jej cholern± g³upotê. A ona teraz nawet nie pamiêta jego imienia! Zdecydowanie nie jest warta tego ca³ego po¶wiêcenia. Powinnam pozwoliæ jej siê zaszyæ wtedy w tamtej dziurze i tam zdechn±æ, zamiast znów wyci±gaæ j± z tego bagna.
- Aur, s³onko, co u ciebie? - s³yszê tu¿ obok siebie g³os Grace. Niemy jêk rozdziera mnie od ¶rodka. Po Hogwarcie krêci siê tylu ludzi, a musia³am siê natkn±æ akurat na ni±! Przybieram jednak na twarz wyraz niejakiego zadowolenia i patrzê na ni±.
- Dobrze, a co u ciebie? - pytam z czystej uprzejmo¶ci. Jest dziewczyn± Davida, wolê jej do siebie nie zra¿aæ. Na razie mam dosyæ wszelkich k³ótni. Jeszcze tego mi brakuje, ¿eby kolejne osoby siê ode mnie odwraca³y.
- Och, wspaniale! David ostatnio jest taki romantyczny! Ju¿ dawno po walentynkach, a on dzisiaj urz±dzi³ mi romantyczne spotkanie w przeuroczej kawiarence... - zaczyna Grace, a ja usi³ujê chocia¿ udawaæ, ¿e mnie te bzdety interesuj±. Prawie wchodzê na schody prowadz±ce do Sali Wej¶ciowej, gdy na moim ramieniu l±duje do¶æ zmaltretowana sowa p³omykówka. Marszczê brwi, zabieraj±c od niej li¶cik. Chcê zanie¶æ j± do sowiarni i nakarmiæ, ale ptak od razu odlatuje. Zaskoczona delikatnie wykrêcam siê z rozmowy i zaszywam siê na jednym z parapetów. Otwieram kopertê, chocia¿ dok³adnie wiem ju¿ o czym jest tre¶æ listu. Jestem w¶ciek³a, ale wiem, ¿e nie mam wyboru. Muszê tam pojechaæ.
***
Wysiadam z B³êdnego Rycerza, czuj±c straszne zawroty g³owy, ale i tak od razu rzuca mi siê w oczy zaniedbany dom. Brudne firanki zwisaj± z nieotwieranego od co najmniej kilku miesiêcy okna, ¶ciany s± zniszczone i a¿ krzycz±, ¿e potrzebuj± remontu. Dooko³a budynku walaj± siê kêpki czego¶, co zapewne kiedy¶ by³o ro¶linno¶ci±, a nawet kwiatami (je¶li wierzyæ legendom). Otwieram drzwi, które g³o¶no skrzypi±, krzywi±c siê przy tym lekko. Ze ¶rodka dobiega mnie smród, którego nawet nie potrafiê okre¶liæ. Po pod³odze walaj± siê butelki po Ognistej Whisky, wszystko jest w op³akanym stanie. Krzywi±c siê niemi³osiernie wchodzê do salonu, gdzie na stercie brudnych prze¶cierade³, które le¿± na czym¶, co wygl±da na nêdzn± imitacjê ³ó¿ka, zauwa¿am nisk± osobniczkê o br±zowych w³osach (chyba s± br±zowe, o ile pamiêtam). Krzy¿ujê rêce na piersiach.
- Gadaj, czego znowu chcesz - mówiê ostro. Ten ton g³osu zarezerwowany jest tylko i wy³±cznie dla niej. Kobieta unosi g³owê i u¶miecha siê.
- Aurora! Kochanie! - wykrzykuje nieco zachrypniêtym g³osem. Odsuwam siê, marszcz±c gro¼nie brwi.
- Ju¿ ci mówi³am, ¿e nie masz tak do mnie mówiæ. Gadaj, w co ty siê znowu wpakowa³a¶ - warczê niczym w¶ciek³y pies.
- Aur, czy ja muszê co¶ przeskrobaæ, ¿eby móc ciê zobaczyæ? - pyta niewinnym tonem t³ustow³osa. A przynajmniej czym¶, co wed³ug niej ma przypominaæ g³os kogo¶ niewinnego.
- Owszem. Jak dot±d zawsze tak by³o - odpowiadam, czuj±c, jak buzuje we mnie w¶ciek³o¶æ. Nie dam jej siê znowu oszukaæ. Nie ma mowy. Ona wzdycha, co tylko utwierdza mnie w moim przekonaniu, ¿e znowu wpakowa³a siê w jakie¶ k³opoty i teraz chce, ¿ebym j± z nich wyci±ga³a.
- Chcia³am podkra¶æ kilka galeonów ze skrytki jednego czarodzieja. Prawie mi siê uda³o. Mia³am jego klucz i tak dalej... ale na miejscu okaza³o siê, ¿e facet jest z ministerstwa i zg³osi³ kradzie¿. Ledwo im uciek³am...
- Kobieto, czy¶ ty oszala³a?! - wrzeszczê. - Nie pamiêtasz ju¿ tamtej sytuacji z Samem Linkottem?!
- Pamiêtam, ale my¶la³am, ¿e tym razem...
- Nie! Ty nie my¶la³a¶! Zreszt± jak zwykle! I co, mam znowu wzi±æ ca³± winê na siebie?! Albo wkrêciæ w to kogo¶ innego?! Mam znowu TO zrobiæ?! - wykrzykujê, czuj±c ju¿ nie tylko w¶ciek³o¶æ, ale te¿ i ³zy w oczach. W przesz³o¶ci posuwa³am siê ju¿ do tylu strasznych rzeczy, ¿eby tylko jej pomóc... Nie, nie zamierzam wracaæ do tego koszmaru. - Rób sobie, co chcesz, mam to gdzie¶! Zostaw mnie ju¿ w spokoju! Mam du¿o wa¿niejsze problemy na g³owie od ciebie!
- Nie pomo¿esz w³asnej matce?! - oburza siê Sarah i a¿ siê podrywa z miejsca. Obdarowujê j± lodowatym spojrzeniem.
- Nie. Nie pomogê. Rad¼ sobie sama - mówiê i wychodzê, trzaskaj±c drzwiami. Niech tu zdechnie, niech j± z³api±, mam to gdzie¶. Za du¿o ju¿ dla niej po¶wiêci³am. Niech nauczy siê dbaæ sama o siebie. Wychodzê z domu i wzywam B³êdnego Rycerza. S³yszê jeszcze za sob± jaki¶ niewyra¼ny be³kot Sarah. Nie obchodzi mnie to. I tak nie rozumiem, co usi³uje mi przekazaæ.
- Nie pokazuj mi siê tu! Ja ju¿ nie mam córki! - s³yszê chwilê przed zamkniêciem siê drzwi. Mimo woli czujê ucisk w ¿o³±dku. A wiêc to tak. Po tym wszystkim ona siê mnie wypiera. Boli mnie to, chocia¿ to ja wypar³am siê jej pierwsza. Siadam na wolnym miejscu i wbijam wzrok w pod³ogê. Jestem w¶ciek³a, a jednocze¶nie chce mi siê p³akaæ. Tym razem tracê j± ju¿ na zawsze. Trudno. Za to, co ze mn± robi³a nie jest warta ani jednej ³zy. To przez ni± tata nie ¿yje. To przez ni± nie wiem, kim jestem. David, Rora, Baltazar... nie maj± pojêcia, jak im zazdroszczê tego, co maj±. Kochaj±ce rodziny, które opowiedzia³y im chocia¿ odrobinê tego, co dzia³o siê z ich rodem przez te wszystkie lata. A ja? Ja nie mam nic.
Wysiadam z czarodziejskiego autobusu i bez s³owa kierujê siê w stronê zamku. Chyba mam dzisiaj jakiego¶ pecha, bo ni st±d ni zow±d pojawiaj± siê przy mnie moi towarzysze - David i Rora.
- Aur, tu jeste¶, wszêdzie ciê szukali¶my! - wykrzykuje Rora, a ja patrzê na ni± nieco obojêtnym spojrzeniem. Dziwne. Zawsze na ich widok miêknê. Tym razem nie mam ochoty na pogaduszki. Na pewno nie z nimi. Blondynka chyba te¿ to zauwa¿a, bo milknie i patrzy na mnie niepewnie. David robi to samo. Oboje s± wyra¼nie zdezorientowani.
- Aur, co siê sta³o? - pyta ch³opak, a ja tylko wzruszam ramionami.
- Nic - mówiê tonem, który nawet mi wydaje siê dziwny. Trudno. Chcê zostaæ sama.
- Aur, przecie¿ widzimy - wtr±ca Rora. - S³uchaj, wiem, ¿e przez Baltazara wszystko siê posypa³o...
- Nie chodzi o Baltazara - przerywam jej. Nie wiem dlaczego, ale to, co przez tyle lat ukrywa³am, nagle ci¶nie mi siê na usta, ¿eby wykrzyczeæ. Nie chcê, nie potrafiê tego d³u¿ej gnie¶æ w sobie.
- Wiêc o co? - dziwi siê David. Wzdycham.
- To d³uga historia. Opowiem wam w zamku - odpowiadam i ruszam w jego stronê. Mo¿e oni pomog± mi przez to przej¶æ. Pomog± uwierzyæ w siebie. W to, ¿e jeszcze jestem w stanie ich poprowadziæ. Teraz k³êbi siê we mnie tylko strach i smutek. Wiem, ¿e mog± mnie przez to odtr±ciæ. Sama czujê do siebie obrzydzenie. Nie wiem, jak to zniosê, ale muszê spróbowaæ. Za du¿o tego.
Bez s³owa wchodzimy do szko³y. Prowadzê ich na Wie¿ê Astronomiczn±. Tam, gdzie ostatnio ich odrzuci³am. Teraz muszê stan±æ z nimi twarz± w twarz i powiedzieæ wszystko. Nie wiem, czy jestem na to gotowa, ale muszê. Najwy¿szy czas uwierzyæ.
Bardzo lubiê rozdzia³y, w których co¶ siê dzieje i nie jest to tylko u³amek chwili z ¿ycia bohatera. U Ciebie oni rozmawiaj±, gdzie¶ chodz±, co¶ prze¿ywaj± i nie rozci±gasz tego sztucznie na milion rozdzia³ów. To siê naprawdê bardzo chwali.
Jednak nie umiem siê przekonaæ do tej narracji. Mo¿e to kwestia tego, ¿e po prostu nie przepadam za ni± i rzadko podobaj± mi siê historie opowiedziane w ten sposób. Na plus jest to, ¿e przy takiej narracji ³atwiej Ci pisaæ o uczuciach i emocjach bohaterki, bo to siê po prostu samo tutaj ci¶nie, ¿e siê tak wyra¿ê. Jednocze¶nie jednak na moje czasami trochê przesadzasz i wyolbrzymiasz. Takie zdania typu: