Zanim wykona³ jakikolwiek ruch, w jego stronê mknê³y ju¿ dwa czerwone promienie. Zd±¿y³ tylko odepchn±æ Linê, zanim ró¿d¿ka wy¶lizgnê³a siê z jego d³oni i powêdrowa³a w stronê jednego z osobników.
– Staæ! – wrzasn±³ jeden z obcych, którego o wiele za du¿a g³owa obraca³a siê ze z³o¶ci± w ka¿dy z mo¿liwych kierunków. Po chwili z jego ró¿d¿ki wystrzeli³ kolejny urok, trafiaj±c postaæ chowaj±c± siê z jednym z drzew, która pad³a sparali¿owana na ziemiê. Syriusz nie zdo³a³ nawet wyraziæ zdziwienia obecno¶ci± intruza w lesie, gdy¿ zaraz potem z krzaków wyskoczy³ zamaskowany cz³owiek, atakuj±c kobietê stoj±c± obok mê¿czyzny o zbyt du¿ej czaszce. Ta odbi³a jego zaklêcie jakby od niechcenia, odgarniaj±c przy okazji swoje krêcone w³osy. Zamaskowany najwyra¼niej by³ zaskoczony jej umiejêtno¶ciami, ale kobieta nie da³a mu nazbyt wiele czasu do zastanowienia. Skoczy³a jak dziki kot od d³u¿szego czasu szykuj±cy siê na swoj± ofiarê i sam± rêk± powali³a napastnika na ziemiê. Chwyci³a go za nadgarstek i uderzy³a nim kilka razy o le¿±cy tu¿ obok g³az. Mê¿czyzna wrzasn±³ z bólu i wypu¶ci³ z rêki ró¿d¿kê. W tym samym czasie cz³owiek z ogromn± g³ow± zosta³ zaatakowany przez kolejnego zamaskowanego, który najwyra¼niej czeka³ na dogodny moment do napa¶ci. Stoj±cy zaledwie kilka kroków dalej krótko obciêty szatyn widaæ nie mia³ zamiaru pomóc swojemu koledze - chodzi³ spokojnie miêdzy walcz±cymi, mamrocz±c co¶ pod nosem.
Syriusz rzuci³ siê w stronê le¿±cej na ziemi Liny, która tkwi³a w bezruchu, nie potrafi±c odnale¼æ siê w zaistnia³ym chaosie. Wrzaski drêczonego przez kobietê mê¿czyzny, tylko pog³êbia³y jej szok. Pojedynek miêdzy obcymi przybiera³ na sile, a pozbawiony ró¿d¿ki Syriusz czu³ siê bezbronny niczym dziecko.
– Uciekajmy – powiedzia³a Lina, próbuj±c niezauwa¿ona umkn±æ walcz±cym. Nie zdo³a³a jednak nawet zrobiæ dwóch kroków, kiedy w rêkaw jej marynarki wbi³ siê sztylet, tym samym pozbawiaj±c mo¿liwo¶ci ucieczki. Zatrzyma³a siê przera¿ona, szukaj±c ¼ród³a ataku. Syriusz wsta³ szybko, chc±c broniæ przyjació³ki, choæby i go³ymi rêkami. Wywo³a³o to ¶miech u kobiety w krêconych w³osach, która najwyra¼niej rozprawi³a siê ze swoim przeciwnikiem - zamaskowany mê¿czyzna le¿a³ nieprzytomny na ziemi. Jej towarzysz najwyra¼niej równie¿ wygra³ pojedynek, bo z o wiele spokojniejszym wyrazem twarzy wycelowa³ swoj± ró¿d¿kê w Syriusza i Linê.
Ostatni z nich, który w tamtym momencie pochyla³ siê nad zmaltretowanym przez kobietê cz³owiekiem, jakby w ogóle nie zwraca³ uwagi na pozosta³ych. ¦ci±gn±³ z twarzy le¿±cego maskê ¦miercio¿ercy i przyjrza³ mu siê ch³odno.
– No, no... Black, znowu siê spotykamy – powiedzia³, nie odrywaj±c wzroku od dr¿±cego z bólu cz³owieka. Dopiero teraz Syriusz móg³ zobaczyæ, w jaki sposób kobieta potraktowa³a swojego przeciwnika i przez chwilê nie by³ w stanie nic powiedzieæ. Nie czu³ ¿adnej formy wspó³czucia dla ¦miercio¿ercy, a jednak krew wyp³ywaj±ca spod jego zamkniêtych powiek zrobi³a na nim nieprzyjemne wra¿enie.
– Dorian Rogers, jak mi³o – rzuci³ w koñcu, chocia¿ "mi³o" by³o ostatnim uczuciem, które mog³oby go teraz nawiedziæ.
Nie by³o to ich pierwsze spotkania, a jak¿e! Poznali siê ju¿ wiele lat temu, kiedy Syriusz jako wredny i niewdziêczny bachor przynosi³ wstyd swojej zacnej rodzinie na jednym z eleganckich przyjêæ.
Nawet jako m³odzieniec Dorian Rogers robi³ niezwyk³e wra¿enie, w ka¿dym razie ciê¿ko by³o go zignorowaæ. Nie mia³o to jednak wiele wspólnego z jego aparycj±, która nale¿a³a do przeciêtnych. Rogers wyró¿nia³ siê urod± w identyczny sposób, w jaki robi³ to ka¿dy cz³owiek - by³ tak samo inny od wszystkich, jak do nich podobny. Niezbyt wysoki, niezbyt urodziwy lustrowa³ ludzi swoimi szarymi oczami, które w ¿adnym razie sprawia³y wra¿enia ³agodnych czy ciep³ych...
... tak, doskonale pamiêta³ to spojrzenie.
***
Dziewiêcioletni ch³opiec ubrany w gustown± szatê wyj¶ciow± wpatrywa³ siê przez szparê w drzwiach na dwójkê splecionych ze sob± ludzi. Kobieta mog³a mieæ nie wiêcej ni¿ osiemna¶cie lat, chocia¿ wygl±da³a na piêtna¶cie. Mia³a l¶ni±ce, z³ote w³osy, pokryt± rumieñcem twarz i d³ug± szyjê, w któr± w tamtym momencie wgryz³ siê jego ojciec. Mê¿czyzna jedn± rêkê wsun±³ jej pod sukienkê, drug± próbowa³ w jak najszybszym czasie rozpi±æ spodnie.
Zachowanie Oriona Blacka wyda³o siê Syriuszowi do tego stopnia nielogiczne, ¿e a¿ odsun±³ siê od drzwi i postanowi³ wróciæ na bankiet. Wci±¿ zdumiony wkroczy³ do g³ównej sali, gdzie jego ubrana w l¶ni±c±, czarn± sukienkê matka rozmawia³a z jak±¶ starsz± kobiet±, g³aszcz±c jednocze¶nie po g³owie jego brata Regulusa. Podbieg³ do sto³u, na którym le¿a³o mnóstwo wykwintnego jedzenia i postanowi³ honorowo zje¶æ wszystkie ma³¿e. Ju¿ po pierwszym kêsie zmieni³ w³asne przyrzeczenie i wyplu³ ohydztwo do miski. Stoj±cy nieopodal mê¿czyzna spojrza³ na niego karc±co.
– Pani Black, syn... – zacz±³, a jego matka wyj±tkowo szybko podesz³a do sto³u, chwytaj±c Syriusza za rêce.
– Co ja ci mówi³am, wstrêtny bachorze? – wycedzi³a przez zaci¶niête zêby. U¶miechnê³a siê przepraszaj±co do mê¿czyzny, który pokrêci³ tylko g³ow± i odszed³ od sto³u z talerzem wype³nionym krewetkami.
– ¯e mam nic nie je¶æ? – odpowiedzia³ pytaj±co ch³opiec, udaj±c zawstydzonego, chocia¿ ³obuzerski u¶miech jawnie temu przeczy³.
Wtedy dostrzeg³
jego. M³ody mê¿czyzna w eleganckiej szacie przeszed³ skrzywiony obok sto³u, nie zaszczycaj±c spojrzeniem ¿adnego z go¶ci. Biegn±ca za nim o wiele starsza kobieta, dogoni³a go dopiero przy jednej z marmurowych kolumn.
– Dorianie! – zawo³a³a, a mê¿czyzna zatrzyma³ siê niechêtnie. - Dorianie, gdzie ty idziesz?
– Do pracy – powiedzia³ spokojnie, chocia¿ na jego twarzy wci±¿ mo¿na by³o dostrzec paskudne emocje, których Syriusz w ¿aden sposób nie potrafi³ zinterpretowaæ. – Nie mam czasu na takie bzdury.
– Ale¿ synu... dobrze wiesz, ¿e bez poparcia towarzystwa, nie zajmiesz nale¿nego ci miejsca w ministerstwie – powiedzia³a o wiele ciszej kobieta, chocia¿ Syriusz doskonale j± s³ysza³... o wiele lepiej ni¿ swoj± wrzeszcz±c± matkê.
– Nie bêdê brata³ siê z tym robactwem – wycedzi³, a powietrze wokó³ niego jakby zgêstnia³o. Nawet niewyedukowany Syriusz móg³ rozpoznaæ siln± magiczn± aurê, która wprawi³a ch³opca w prawdziwy zachwyt.
Mê¿czyzna odepchn±³ od siebie kobietê o wiele spokojniej ni¿ wskazywa³aby na to otaczaj±ca go moc i skierowa³ siê w stronê wyj¶cia. Kiedy przechodzi³ obok Walburgi, obrzuci³ j± doskonale znanym dla Syriusza spojrzeniem. Wszelkie formy pogardy ch³opcu by³y bardzo znane, chocia¿ niedawno ukoñczyæ dziewiêæ lat. Skrzywienie na twarzy mê¿czyzny mog³o byæ tylko jak±¶ specyficzn± form± wstrêtu, jednak Syriusz nie mia³ pojêcia, có¿ tak brzydzi³o Doriana Rogersa. Zrozumia³ to dopiero wiele lat pó¼niej, kiedy pierwszy raz wyl±dowa³ w jego gabinecie. Nie mia³ ochoty znale¼æ siê tam po raz kolejny.
***
– Kto by pomy¶la³... – powiedzia³ wci±¿ spokojnie Rogers, chocia¿ wreszcie spojrza³ w kierunku pogr±¿onego we wspomnieniach Syriusza. - Cz³owiek z tak szanowanej rodziny brata siê ze zwolennikami Czarnego Pana.
– Nie jeste¶my ¦miercio¿ercami – wyrzuci³a szybko Lina, spogl±daj±c z obaw± na kobietê stoj±c± kilka metrów przed ni±. – Zostali¶my przez nich zaatakowani!
– Zaatakowani? Który to ju¿ raz z kolei atakuj± ciê ¦miercio¿ercy, Black? – zwróci³ siê bezpo¶rednio do Syriusza, który wzruszy³ ramionami, udaj±c obojêtno¶æ.
– Widaæ mnie nie lubi± - odpar³, chowaj±c rêce do kieszeni, chocia¿ wci±¿ czu³ siê strasznie niepewnie.
– Tak ciê nie znosz±, ¿e jak do tej pory w³os ci nie spad³ z g³owy? – zakpi³ Rogers, a stoj±ca obok kobieta za¶mia³a siê z³owieszczo. – To straszne...
– Zabieramy ich, szefie? – zwróci³ siê do Rogersa mê¿czyzna z nieproporcjonaln± g³ow±. Ten nie odpowiedzia³, ale widaæ by³ to jasny rozkaz dla dwójki, bo po chwili Syriusz wyl±dowa³ z twarz± w b³ocie. Magiczne sznury oplot³y nadgarstki, kiedy cia³o jednego ze ¦miercio¿erów zosta³o rzucone tu¿ obok jego ramienia. Z tak niewielkiej odleg³o¶ci twarz mê¿czyzny wygl±da³a jeszcze gorzej ni¿ siê spodziewa³, przez chwilê mia³ ochotê zwymiotowaæ.
– Za co tym razem? – zapyta³ z trudem, krztusz±c siê b³otem, które znalaz³o siê w jego ustach. Nikt nie raczy³ mu odpowiedzieæ, zacz±³ wiêc siê wierciæ, próbuj±c chocia¿ trochê odsun±æ swoje cia³o od nieprzytomnego ¦miercio¿ercy.
– Skoñcz te swoje tañce – powiedzia³ wielkog³owy mê¿czyzna, kiedy kolejny zwolennik Voldemorta wyl±dowa³ na nogach Syriusza. Ch³opak jêkn±³ z bólu, ale nie znieruchomia³. – Chyba nie chcesz mieæ na pieñku z aurorami?
– Z obroñcami sprawiedliwo¶ci? Naszymi cichymi bohaterami? - zakpi³, walcz±c z bezw³adnym cia³em le¿±cym na jego koñczynach. – Gdzie¿ bym ¶mia³. Wspieram ich z ca³ego serca.
***
Sala wstêpnych przes³uchañ w Kwaterze G³ównej Aurorów nie wygl±da³a zbyt przyjemnie. By³o to jasne pomieszczenie z ka¿dej strony otoczone lustrem. Na samym ¶rodku sta³ szklany stó³ i dwa krzes³a - jedno z nich wygl±da³o wyj±tkowo wygodnie, drugie mo¿na by³o ¶mia³o nazwaæ zwyk³ym taboretem. W za³o¿eniu mia³o to podkre¶laæ po³o¿enie przes³uchiwanego, chocia¿ aurorzy radzili sobie i bez tego drobiazgu.
– No to jak, Black? – Auror o kêdzierzawych, jasnych w³osach wpatrywa³a siê w niego spokojnie. Syriusz sporo s³ysza³ o poczynaniach tej kobiety, chocia¿ przed tym fatalnym dniem nie mia³ z ni± bezpo¶rednio do czynienia. Mildred O'Harrow by³a jak dzikie zwierzê trzymane na smyczy. Ze swoimi zapêdami do okrucieñstwa spokojnie odnalaz³aby siê w gronie ¦miercio¿erców, jednak chyba by³a na to nazbyt inteligentna. Nie lubi³a siê p³aszczyæ przed nikim, wiêc ca³owanie po stopach Lorda Voldmorta nie odpowiada³o jej wymaganiom, wola³a dumna i pewna siebie tkwiæ przy Rogersie. Przynajmniej tak o niej mówi³ Moody.
– Gdzie jest Lina? – zapyta³, uderzaj±c nerwowo palcami o stó³.
– Czeka ju¿ na ciebie. Z ni± rozmawianie przesz³o o wiele ³atwiej. Od razu nam wszystko powiedzia³a. – Bawi³a siê kosmykiem w³osów, mierz±c Syriusza swoimi niezdrowo b³yszcz±cymi oczami.
– Ja te¿ ju¿ wszystko powiedzia³em – odpar³ w¶ciek³y. Z³apa³ siê za g³owê, i zacisn±³ na kilka sekund powieki, chc±c zebraæ my¶li. – Mo¿ecie mnie wypu¶ciæ? Mam wa¿niejsze sprawy na g³owie. Choæ raz.
– To dziwne, bo wasze relacje jako¶ siê nie zgadzaj±... – rzek³a, ignoruj±c pro¶bê Syriusza.
– Tak? A to ciekawe...
Obliza³a wargi, najwyra¼niej czerpi±c rado¶æ z zabawy, któr± chcia³a sobie zapewniæ. Jednak musia³a obej¶æ siê smakiem i obydwoje o tym wiedzieli. Bez rozs±dnych zarzutów i zgody szefa Departamentu Przestrzegania Prawa, nie mog³a go tkn±æ - zw³aszcza w sali przes³uchañ.
– Je¶li nie zaczniesz gadaæ, zatrzymamy ciê tutaj na jaki¶ tydzieñ. Mo¿e to rozwi±¿e ci jêzyk – rzek³a wci±¿ spokojnym g³osem, jakby zeznania Syriusza w ogóle j± nie obchodzi³y, a rozmowa z nim nale¿a³a do codziennej rutyny. By³o to z³udzenie, bo jej palce nerwowo uderza³y o stó³.
– Nie mogê tu zostaæ tydzieñ – wymamrota³.
– No to raz dwa, od pocz±tku. Po co udali¶cie siê do lasów Kidney? – Wyci±gnê³a pióro i pergamin, chocia¿ Syriusz doskonale wiedzia³, ¿e auror nic na nim nie zapisze. Nie musia³a. Ju¿ jaki¶ czas temu Syriusz zdoby³ informacje na temat luster otaczaj±cych salê przes³uchañ. By³o to niezwykle rzadkie i cenne szko³a Darevox, które mog³a kodowaæ i przekazywaæ pe³ny obraz osobie wyposa¿onej w lusterko poboczne. W ten sposób aurorzy uniknêli rêcznego zapisywania tre¶ci zeznañ, jak i polegania na pamiêci funkcjonariusza, który przes³uchanie przeprowadza³.
– Chcieli¶my odwiedziæ wioskê. Mieszka tam taka ³adna dziewczyna...
– Nie kpij sobie. Przybieg³e¶ do Leonoscars, ¿eby przelecieæ jedn± z tamtejszych brudasek? W dodatku w towarzystwie innej kole¿anki? – Zaczê³a kre¶liæ co¶ na pergaminie, chocia¿ nie by³ to z pewno¶ci± zapis s³ów Syriusza.
– Mo¿e krêci mnie dzika natura. Pierwotne instynkty tkwi± w ka¿dym z nas. W tobie na pewno równie¿, tylko musisz to w sobie odkryæ...
Mildred wsta³a i opu¶ci³a pomieszczenie, zostawiaj±c Syriusza samotnego w sali przes³uchañ. Min±³ kwadrans, godzina... a kobieta wci±¿ siê nie pojawi³a. W pomieszczeniu zgas³o ¶wiat³o, nie dociera³y ju¿ ¿adne d¼wiêki. Na Syriuszu nie robi³o to wra¿enia, bo jego przes³uchania za ka¿dym razem przebiega³y tak samo. Na pocz±tku aurorzy my¶leli, ¿e go przestrasz± sam± gro¼n± min± i kilkoma "ostrze¿eniami". Potem zadawali w kó³ko te same pytania, by dla ¶wiêtego spokoju wreszcie odpowiedzia³ zgodnie z prawd±. Kiedy przekonywali siê, ¿e chocia¿by ze zwyk³ej z³o¶liwo¶ci Syriusz bêdzie k³ama³, zostawiali go na noc w pomieszczeniu. Nastêpnego dnia z braku zasadnych podstaw do zatrzymana, musieli go wypu¶ciæ.
Kilka razu uda³o mu siê przysn±æ, ale nie na d³ugo. Twarde pod³o¿e i ¶wiadomo¶æ, ¿e w tej chwili ka¿dy jego ruch jest zapisywany przez magiczne lustro nie sprzyja³ rozlu¼nieniu. Poza tym aurorów nigdy nie mo¿na by³o byæ pewnym. Ju¿ nie raz mieli przeb³yski "geniuszu".
W pewnym momencie drzwi uchyli³y siê, wpuszczaj±c do sali sztuczne ¶wiat³o. Syriusz ze zmru¿onymi oczami próbowa³ jako¶ zidentyfikowaæ kszta³ty, które po chwili z³apa³y go pod ³okcie i wywlek³y z pomieszczenia.
Znalaz³ siê na ponurym korytarzu, który zna³ równie dobrze jak i sam± salê przes³uchañ. By³o to w±skie i d³ugie pomieszczenie o jasnozielonych ¶cianach i drewnianej, zniszczonej posadzce. Niczym nie przypomina³o sterylnego, szklanego pokoju, w którym z zasady powinno sk³adaæ siê zeznania. W³a¶ciwie dla Syriusza wygl±da³o dosyæ przyjemnie. Nawet powieszone na ¶cianie portrety znanych morderców w chwili ich z³apania czy jakiejkolwiek innej formy upokorzenia, nie odbiera³y korytarzowi uroku.
– Jeste¶ wolny – rzuci³ stoj±cy w rogu Dorian Rogers. – Ciesz siê, ¿e nie mam teraz czasu na dziecinadê. Ale uwa¿aj na siebie. Pewnego dnia, kiedy nie bêdziesz siê tego spodziewa³...
– ... ty mnie przy³apiesz na tym, czego nigdy nie robi³em i nie bêdê robi³ - dokoñczy³ za niego Syriusz. – Nie wiem dlaczego siê tak upierasz.
– Widzia³e¶ siê mo¿e ze swoj± kuzyneczk±?
– A co, chcesz siê o¶wiadczyæ?
– Zejd¼ mi z oczu – powiedzia³ i znikn±³ za drzwiami jednej z sal.
Na koñcu korytarza czeka³a na niego Lina. By³a wyra¼nie wymêczona. Obok niej sta³ m³ody auror o ciemno-rudych w³osach i masie piegów na nosie. Przes³uchiwa³ go, kiedy po raz pierwszy zalaz³ na skórê Dorianowi Rogersowi. W tamtym momencie nie da³ po sobie poznaæ, ¿e kiedykolwiek mieli ze sob± do czynienia.
– Syriusz Black i Emelina Vance, tak? – zapyta³ uprzejmie, co brzmia³o wrêcz komicznie, bior±c pod uwagê, w jakim celu siê znale¼li w biurze aurorów.
– Jakby¶ nie wiedzia³... – wycedzi³ w¶ciek³y Syriusz.
***
Byli okropnie zmêczeni, ale nie mieli zbyt wiele czasu na odpoczynek. Lina prawie przysnê³a w windzie, opieraj±c siê na ramieniu Syriusza. Mia³a potargane w³osy, pod okiem mo¿na by³o dostrzec ¶lady po rozmazanym tuszu. Wsiadaj±cy pracownicy Ministerstwa Magii spogl±dali na nich z ciekawo¶ci± i niepokojem, ale nikt nie odwa¿y³ siê nic powiedzieæ.
Znale¼li siê w Holu, gdzie ju¿ ¿aden ze spiesz±cych siê czarodziejów nie zwróci³ na nich uwagi. Lina pomacha³a rêk± do kobiety nios±cej jaki¶ karton, z którego wydobywa³y siê dziwne piski. Niedaleko niej sta³ mê¿czyzna ubrany w gustown±, czarn± szatê. U¶miechn±³ siê z wy¿szo¶ci± do przechodz±cej obok czarownicy.
– To on, tak? – szepnê³a Lina. Wyprostowa³a siê i ¶cisnê³a ró¿d¿kê, jakby szykuj±c siê do ataku. – Wiesz, jak siê nazywa?
– Skurwysyn – wycedzi³ Syriusz, przypatruj±c siê mê¿czy¼nie k±tem oka. Nie wygl±da³ gro¼nie, ale ¿aden ¦miercio¿erca nie sprawia³ takiego wra¿enia bez maski. Je¶li chcieli osi±gn±æ to, co zamierzali, musieli ¶wietnie siê ukrywaæ. Dlatego zapewne nikt by nawet nie pomy¶la³, ¿e ten szanowany przedstawiciel ministerstwa bez wahania zamordowa³ Edgara Bonesa i jego rodzinê.
Mê¿czyzna zaczepi³ przechodz±cego obok niego m³odzieñca o ciemnych w³osach wskaza³ mu drzwi do nieznanego Syriuszowi pomieszczenia.
Zatrzyma³ siê. Lina spojrza³a na niego z obaw±, ale nie wykona³a ¿adnego ruchu. Pod±¿y³a wzrokiem Syriusza, który bardzo dok³adnie analizowa³ zachowanie czarodziejów. M³odzieniec z uprzejmym, ale ch³odnym wyrazem twarzy pod±¿y³ w kierunku wskazanym przez ¦miercio¿ercê.
– Co ty tutaj robisz, szczeniaku... – rzuci³ pod nosem Syriusz i ruszy³ za umykaj±cymi czarodziejami. Lina z³apa³a go za skraj szaty i szarpnê³a, by ten zwróci³ na ni± uwagê.
– Nie teraz, Syriuszu - powiedzia³a z rozdra¿nieniem. – Zajmiesz siê tym pó¼niej, s³yszysz?
Syriusz najwyra¼niej nie s³ysza³, bo nic nie odpowiedzia³. Chwyci³ Linê za nadgarstek i odsun±³ j± od siebie.
– Id¼ sama, spotkamy siê na miejscu.
Gdyby spojrza³ na zegarek, zda³by sobie sprawê, ¿e nawet w tamtej chwili by³ spó¼niony. Po opuszczeniu Ministerstwa Magii móg³ byæ tylko jeszcze bardziej, pora¿aj±co i niewybaczalnie spó¼niony.
Boru, postaram siê skleciæ parê zdañ, chocia¿ za dobrze nie idzie mi. Jako ¿e ¶piê jeszcze, b³êdów nie szuka³em, bo i gdyby jakie¶ by³y, bym nie znalaz³ ich.
Rozdzia³ ciekawy. W porz±dku walka przedstawiona jest, Chaosu zbêdnego, w którym bym pogubi³ siê, nie dostrzeg³em. W Ministerstwie Magii te¿ trzyma poziom reszta ca³a... tak mi siê wydaje. Na kolejny rozdzia³, pozosta³o ze spokojem czekaæ mi.