Historia Godryka Gryffindora
Następne kilka lat Godryk spędził z Demrenfarisem (bo tak nazywał się mag) w kotlince Magicznego Lasu ucząc się zaklęć, transmutacji oraz niewiele łatwiejszej nauki czytania liter i run. Noce spędzali w pobliskiej jaskini, żywili się tym co upolowali bądź zebrali. Godryk Gryffindor wyrobił sobie cierpliwość i współczucie, gdyż Demrenfaris pozwalał mu atakować tylko samców i tylko gdy było to naprawdę konieczne. Żadne życie nie zostało stracone niepotrzebnie. Nauka ze starcem okazała się niezwykle trudna, gdyż mimo jego przyjaznego charakteru był perfekcjonistą i nawet najprostsze zaklęcia kazał powtarzać Godrykowi po paręnaście godzin. Nieraz chłopiec po całodniowej nauce pojedynku nie był w stanie podnieść się z ziemi, nie mówiąc już o dotarciu do jaskini. Wówczas starzec siadał obok niego i opowiadał mu legendy o niezwykłych stworzeniach magicznych jakie kiedyś nawiedzały te ziemie. Gdy Godryk zebrał już siły, wracali powoli do jaskini, a nierzadko było to już po pierwszym brzasku.
Zatem nauka była dla Godryka żmudna i męcząca, lecz nauczył się dzięki niej panować nad swoją mocą i wykorzystywać ją w słusznej sprawie. W końcu nadszedł dzień, gdy Godrykowi udało się pokonać swojego Mistrza podczas pojedynku. Bał się gniewu Demrenfarisa, lecz ten jak to miał w zwyczaju zaśmiał się tylko głośno (aż zatrzęsła się ziemia) i szybko się podniósł.
- No, Godryku Gryffindorze – rzekł wówczas – jak dotąd niewielu miało możliwość pojedynkować się z prawdziwym magiem, a co dopiero go pokonać! Oczywiście trochę ci pomogłem – mrugnął porozumiewawczo – co nie zmienia faktu, że jestem z ciebie dumny. Nauczyłem cię wszystkiego i wierzę, że dobrze spożytkujesz tą wiedzę. W tym momencie musimy się rozstać.
- Co? Demrenfarisie, nie! Co ja ze sobą zrobię? – pytał przerażony Godryk. Od kiedy starzec się nim zaopiekował myślał, że w końcu znalazł prawdziwy dom, stabilizację. Że już zawsze będą mieszkali w tej jaskini. Nie wyobrażał sobie, by znów musieć radzć sobie samemu. Nie miał nawet dokąd się udać!
- Jesteś stworzony do rzeczy szlachetnych Godryku Gryffindorze. Jednak czeka cię jeszcze długa droga. Otrzymałeś ode mnie pomoc i wykorzystaj ją gdy nadejdzie czas. Idź i czyń dobro, lecz pamiętaj – nikt nie może wiedzieć, że jesteś czarodziejem. Zapamiętaj to dobrze.
- Ale ja nie chcę cię opuszczać...
- Nie zachowuj się jak rozpieszczony dzieciak! Powtórz co ci powiedziałem!
- Nikt nie może wiedzieć, że jestem czarodziejem – odparł zrezygnowany Godryk, patrząc tępo na swoje dłonie.
- Dobrze. Udaj się do miasteczka Aylsham, na wschód od tej ścieżki. Myślę, że to dobry początek twojej drogi. No, a teraz bez tych much w gębie, uściśnij staruszka!
Godryk przyległ do maga, chcąc już na zawsze zostać w jego bezpiecznych, umięśnionych ramionach. Starał się nie płakać, gdyż był już dużym chłopcem, prawie mężczyzną i nie wypadało. Jednak rozumiał już trochę więcej i wiedział, że nie ma sensu dyskutować ze starcem. Spojrzał ponad jego ramieniem na ścieżkę, która miała zaprowadzić go do Aylsham. Co on miałby tam robić?
- Mam dla ciebie prezent, Godryku Gryffindorze – odrzekł staruszek zdejmując z głowy wybrudzoną już nieco tiarę – Uzyskałem ją w bardzo niezwykły sposób, żałuj że nie zdążyłem ci tego opowiedzieć! – zaśmiał się znów, kładąc tiarę na ręce młodego czarodzieja.
- I pamiętaj, NIKT nie może się dowiedzieć, że jesteś czarodziejem. To bardzo ważne! Żegnaj, chłopcze!
- Spotkamy się jeszcze?!
- Nie, już nigdy się nie zobaczymy – odparł smutno Demrenfaris, nim deportował się daleko stąd. Godryk, który dopiero teraz poczuł jak wielka pustka go przepełnia, powlókł się w kierunku miasteczka wskazanego mu przez staruszka. Szedł pół dnia, nim drzewa przerzedziły się a oczom ukazała mu się szeroka, udeptana droga. Spojrzał z żalem na tiarę, po czym spakował ją w tobołek i wziął na plecy. Taki kapelusz nieodzownie kojarzył się zwykłym ludziom z czarami. Powoli wchodził w głąb cichego, sennego Aylsham.
Wtem do jego wrażliwych uszu dobiegł dziecięcy płacz. Odwrócił się wolno, próbując wyłapać dźwięki. Skierował się za najbliższy dom pokryty strzechą. Chowając się, o ironio, za beczką wyjrzał ostrożnie. Jakiś mężczyzna w sile wieku, wyglądający na wychudzonego łachmaniarza gwałcił kilkunastoletnią dziewczynkę, która już chyba ze zmęczenia płakała coraz ciszej i ciszej. Godryk zapominając o przestrodze Demrenfarisa, wyciągnął różdżkę i wyskoczył zza beczki:
- Drętwota – krzyknął, oszałamiając na moment gwałciciela. Naparł on całym ciężarem ciała na dziewczynkę z której wydobył się odgłos charczenia. Jednak na raz gwałciciel wstał i odwracając się warknął:
- Incarcerous – wytwarzając liny opętujące Godryka. Z wściekłością zostawił zakrwawioną wieśniaczkę i podszedł z wyciągniętą różdżką do chłopaka. Zdzielił go w twarz.
- Jak śmiesz szczeniaku! W domu cię nie nauczyli, że nie atakuje się Wielkiego Desana?!
Z każdym wypowiadanym słowem masakrował zaklęciami ciało Godryka. Chłopak zdążył tylko dostrzeć, że dziewczynce udało się wstać i chwiejnym krokiem uciec, nim krew zalała mu oczy. Zanim Desan skończył go torturować, Godryk zemdlał.
~~
- Crucionus! – wrzasnął wysoki, blondwłosy czarnoksiężnik. Zaklęcie poleciało wprost w samo serce niewolnika. Ciało zawieszone na hakach wygięło się w łuk, z ust poleciał jęk.
Czarnoksiężnik zaklną, niezadowolony marnym efektem uroku. Przymknął oczy, palcami dotknął czoła. Tyle prób, tyle starań...
- Zabierz ciało – warknął, nie zaszczycając niewolnika nawet spojrzeniem. Nim skrzat zdążył się poruszyć, czarnoksiężnika nie było już w komnacie.
Niewolnik zwisał bezwładnie, czekając aż skrzat wyrwie z jego ponaznaczanej licznymi bliznami skóry haki. Opadając na zimną posadzkę wrzasnął przeraźliwie. Jego ciało wręcz parzyło z bólu, miał wysoką gorączkę. Skrzat zabrał spod ściany gruby kij i postawił go przed niewolnikiem, trzymając mocno. Gdy więzień powolnym ruchem trzęsących się rąk wespną się po kiju do pozycji pionowej, skrzat schylił się, zakładając mu na stopy ciężkie, żeliwne kajdany. Niewolnik uśmiechnął się pod nosem. I tak nie miałby siły uciekać. Nie miał nawet dokąd. Z pomocą skrzata po około godzinie doszedł do celi, gdzie padł wykończony. Od razu zasnął.
Tak właśnie mijały kolejne miesiące życia Godryka Gryffindora. Był jednym z sześciu porwanych ostatnio przez Desana młodych czarodziejów, na których okrutny mag ćwiczył wymyślone przez siebie formuły tortur. Jego największym marzeniem było stworzenie zaklęć tak strasznych i okrutnych, by na całym świecie mówiło się o nich ze zgrozą. By każde dziecko znało ich nazwy i imię tego, kto je wymyślił. By były nie do wybaczenia.
Początkowo Desan zadowalał się porywaniem okolicznych wieśniaków i wieśniaczek, jednak szybko wyłapał nieprawidłowości tego łatwego rozwiązania. Dziewczyny padały bardzo szybko, już po trzech do ośmiu prób. Miały co prawda najwięcej silnej woli, ale były najmniej dostosowane do takich eksperymentów. Nie potrafiły znieść cierpienia i skutków ubocznych nieudanych zaklęć. Były bezużyteczne. Mężczyźni radzili sobie nieco lepiej, szczególnie młodzieńcy na pograniczu dorosłości. Posiadali wówczas najwięcej sił witalnych i chęci przetrwania. Chcieli mu się przeciwstawić i pokonać złego czarnoksiężnika, pamiętając jeszcze bajki opowiadane im przez babki. Porywał więc młodych wieśniaków. Aż do momentu, gdy natrafił na pierwszego, młodego czarodzieja. Nazywał się próbka numer 1M (gdyż był pierwszym Magiem) i leżał nieprzytomny w kałuży rzygowin. Prawdopodobnie brał udział w pobliskim weselu i nie udało mu się dotrzeć do domu. Desan podniecony nowym doświadczeniem postanowił porwać go i zamknąć, pozbawiając chłopaka różdżki. Okazało się, że osoby magiczne były o wiele bardziej wytrzymałe na zaklęcia. Ich ciała szybciej się regenerowały, potrafiły wytrzymać do sześćdziesięciu prób. Był to jak dotąd najlepszy uzyskany wynik. Jeszcze za życia próbki numer 1M został on pokonany. Desan był w siódmym niebie. Nie musiał już co rusz zamartwiać się o nowych niewolników, mógł w spokoju czytać księgi i skupiać się na spełnieniu swojego marzenia. A czuł, że jest coraz bliżej.
Historia powstania Zaklęć Niewybaczalnych? Mniam, nieźle. Lubię opowieści pisane trochę na wzór legend, poza tym nie czytałam jeszcze żadnego fan fiction pisanego w ten sposób, więc jest do dla mnie nowość - na plus.
Trochę nie pasują mi tylko wtrącenia w nawiasach, zamiast tego, oddzieliłabym je po prostu przecinkiem. Ogólnie jest super, wszystko się ładnie składa w jedną całość i mogłoby się nie kończyć zbyt szybko d;