Czyli krótka historia Mugola zabujanego w Czarownicy...
SZCZERZE ZAKOCHANY
Dwudziestokilkuletni chłopak obserwował śliczną dziewczynę. Podobała mu się od pierwszego razu, gdy ją ujrzał. Nie była blondynką jak większość dziewczyn, które wydają się słodkie i urocze. Była brunetką, mądrą, ciepłą i dobrą. Czuł bijącą od niej dobroć i pomoc. Jak każdego dnia tygodnia pracował w sklepie, przez dużą szybę wystawową miał widok na ulicę i chodnik. Szła z paczką, wolno i radośnie. Chciał ją zagadnąć, zaprosić gdzieś, ale zawsze brakowało mu odwagi. Taka dziewczyna nie mogła przecież byś sama, poza tym wyglądała na kilka lat młodszą. Na miejscu jej ojca i matki by jej z domu bez eskorty nie wypuszczał. Przechodziła obok sklepu w którym spędzał prawie każdy dzień, nie mając pojęcia, że zdobyła serce młodego mężczyzny o którego istnieniu nie miała pojęcia. Ani razu nie weszła do środka, tylko mijała, idąc dalej w sobie znanym kierunku.
Marzył o niej dzień w dzień. Wymyślał historie, sytuacje, gdy staje z nią twarzą w twarz, rozmawia. Ona wchodząca do sklepu i kupująca coś, a on zapraszający ją na randkę czy choćby obiad, deser, kolację, cokolwiek. Ona zawsze jest trochę nieśmiała, on przejmujący inicjatywę. Nie musi poznać jej w sklepie, ma w głowie inne miejsca jak: ulica, kawiarnia, market, bazarek. Zawsze ją spotyka i zawsze ona się zgadza... prawie zawsze. Są jeszcze te przeczucia tkwiące w głębi jego samego, które nie pozwalają mu w końcu tego zrobić. Bo odmówi, powie że ma kogoś, a najgorsze jakby go wyśmiała. Stałby niczym podczas egzekucji, z bojącym, dygocącym sercem, upokorzeniem i spalonymi marzeniami. Marzeniami o tym, że może kiedyś staną się ono realne i ją pozna. Dowie się jak ma imię, skąd pochodzi, gdzie mieszka, gdzie się uczy, jakie ma zainteresowania. Jakie są jej marzenia, a on by zrobił wszystko, aby dać jej to, czego by chciała, aby spełnić każdą jej prośbę.
Tak sobie marzył kilka tygodni, była dla niego wszystkim. Pierwszy raz tak bardzo się zauroczył, zakochał. Była jedyna, taka wyjątkowo piękna. Przyciągała go do siebie, a on nie mógł się temu oprzeć. Myślał o niej, tworzył ją sobie w głowie, a cokolwiek stworzył, nie mogło się równać z tym, jaka zapewne była naprawdę. Kilka razy klient podchodzący do kasy musiał wyrywać go z tego letargu, nie widział ludzi wchodzących i wychodzących, bo cały czas miał nieznajomą dziewczynę przed oczyma. Zauważyła to szefowa, współpracownicy, jego współlokator z dziewczyną. Wszyscy to widzieli. Nawet zapomniał o urodzinach matki, co nigdy wcześniej mu się nie zdarzyło. Teraz też chciał przestać o niej myśleć, odłożyć te fantazje na półkę, chociaż na czas pracy. Im bardziej się starał i na tym koncentrował, to tym bardziej był nieświadomy tego, co działo się dookoła niego.
- Chciałam to kupić, słyszy mnie pan? Hello! - Klientka najpierw stała kilka sekund przy ladzie, potem zaczęła mówić do sprzedawcy, który kompletnie nie był obecny duchem, jedynie ciałem.
- Tak? Przepraszam panią bardzo. Tylko to? - Wyrywając się z tego stanu, odruchowo zaczął zliczać produkty. Dopiero gdy to zrobił, spojrzał na klientkę, która mogłaby mu sto razy głowę odstrzelić w tym czasie.
- Mówiłam, że to wszystko. - Zostawiła pieniądze i nie czekając na resztę wyszła w pośpiechu ze sklepu.
On dalej stał, wpatrzony w punkt gdzie ostatnio ją widział, czyli za szybą wystawową znikającą w uliczce, idącą szybkim krokiem. "Cholera", ostatnio często mówił do siebie w myślach. To była ta dziewczyna, ta o której tyle snuł wyobrażeń. Była w tym sklepie, a on nie zrobił nic, wyszła szybko, bez reszty, bez paragonu. Głupek z niego, miał szansę, a ją zmarnował. Był prawdziwym kretynem. Spojrzał na ladę i zauważył portfel. Rozejrzał się, ale nikt inny nie kupował od tej felernej sytuacji z TĄ dziewczyną. Wziął go i wybiegł przed sklep. Nie liczył, że ją zobaczy, warto było jednak sprawdzić. Wszedł z powrotem do środka, za kasę i odłożył portfel na bok. Jeśli się nie zgłosi po niego, to odniesie go na policję.
Kolejne przeszło trzy godziny upłynęły mu w nadziei, że zobaczy ją znowu, ale tak się nie stało. Polityka sklepu była taka, że w razie zostawienia rzeczy osobistych przez klienta, odnosi je do szefowej. Ona zajmowała się nimi potem. Gdyby tak zrobił, to nie miałby szans zobaczenia dziewczyny nigdy więcej. Gdy skończył pracę, portfel zabrał ze sobą. O policji od dawna już nie myślał, też by mu na nic się to zdało. Wyjął portfel z kurtki i otworzył, szukał dokumentów i taki znalazł. Jej dowód osobisty. Oby mieszkała pod adresem zawartym w dowodzie, a wszystko miał szansę naprawić. Najpierw pojechał do domu, wziął prysznic, przebrał się. Po drodze wstąpił do sklepu i kupił coś dla niej. Mógł w ten sposób przeprosić za swoje naganne zachowanie podczas pracy. Takie miał wytłumaczenie na wypadek, gdyby wzięła go za skończonego głupka. Zajęło mu godzinę dojechanie do niej. Szukał numeru 34, w nadziei że będzie sama w mieszkaniu, sama w życiu - bez partnera, chłopaka... Och jak wszystkie te słowa złowrogo dla niego brzmiały! Czuł się gorzej, niż idąc na rozmowę o pracę czy zdając egzamin w szkole. Serce mu waliło, żołądek dostał ścisku, ręce mu się pociły... Nie był nigdy łamaczem serc, randki go stresowały mniej lub bardziej, ale nigdy nie czuł takiego strachu, jakby szedł na egzekucję. Doszedł do odpowiednich drzwi i mógłby stać przed nimi, dopóki ktoś od środka by nie otworzył i mu pewnie walnął nimi w twarz. Nie mógł się dłużej zastanawiać, nacisnął dzwonek. W tym momencie poczuł się jeszcze gorzej, nie wierzył w to, że jest takim cykorem. Po chwili drzwi się otworzyły.
- Witam panią. Spotkaliśmy się dzisiaj, pamięta pani? - Poczuł się lepiej, gdy w końcu się odezwał, ona poznała go i popatrzyła zdziwiona.
- W sklepie, byłeś sprzedawcą, o co chodzi? - Nie chciała go raczej widzieć, zapamiętała go jako jakiegoś świra.
- Zostawiła pani swój portfel, zajrzałem do środka, aby sprawdzić adres, nic nie powinno zginąć. - Była nieufna, ale czego mógł się spodziewać. Widząc ją i rozmawiając nadal był spięty, ale nie tak jak wcześniej. Było to dobre uczucie. Wyjął z kurtki portfel i podał jej.
- Zostawiłam? Nawet tego nie zauważyłam. Musiał się pan tyle fatygować, to spory kawałek od sklepu. - Wzięła portfel. Od razu jej twarz pojaśniała, uśmiechnęła się lekko, widząc swój portfel. Poznała go od razu.
- Sama przyjemność, zwłaszcza że trochę byłem nieobecny, wtedy w sklepie, za to też chciałem przeprosić. Jako sprzedawca klienta i... - Szybko urwał kończąc zdanie, starając się, aby zabrzmiało to wiarygodnie.
- I co? Trudno byłoby mi się obyć bez portfela. To bardzo miłe. - Zrobiła gest zapraszający go do środka, on w pierwszej chwili nie wiedział czy zamyka mu drzwi, takie miał pierwsze wrażenie. Wszedł.
- Jako ja panią, to było bardzo niegrzeczne, gdyby szefowa się dowiedziała, pewnie bym już był bez pracy. - Jak się denerwował, to potrafił pleść za dużo.
- Sarah. - Podała mu rękę.
- Damien. - Odwzajemnił. Poczuł że chyba nie do końca miał pecha tego dnia...
- Napijesz się kawy, herbaty, soku? - Zaproponowała, on skinął głową. Poszła do salonu a on za nią.
- Kawy poproszę. - Przeszedł, idąc za nią do przejrzystego pomieszczenia.
- Jakiej? Z ekspresu czy zwykłej rozpuszczalnej, parzonej?
- Z ekspresu. - Była bardzo miła, bardziej niż sobie wyobrażał, biorąc pod uwagę niefortunny początek...
- Naprawdę chciało ci się tutaj przyjeżdżać? W wolnym czasie? - Usłyszał z kuchni. Rozglądał się po pokoju, zwracając uwagę na nieliczne obrazy, stare pamiątki.
- Pewnie że tak, taka zwykła ludzka życzliwość... - Stary wazon, zdjęcia, starał się na nich doszukać jej samej, bez powodzenia.
- Tego brakuje, życzliwości. Czuję taką ulgę, nie wiem co bym zrobiła bez portfela. Na tych wszystkich plastikowych kartach jest moja przepustka do konta w banku, a bez dowodu bym nie wypłaciła w oddziale. Babcia z dziadkiem mieli rację, trzymając pieniądze w domu... - Po chwili przyniosła dla niego filiżankę kawy, sama piła wodę w kubku.
- Piękne mieszkanie, tyle ozdób i starych przedmiotów. Zdjęcia są bardzo śliczne. - Obejrzał je już kilka razy, ale jej nie znalazł.
- Piękne, prawda? - Podeszła i wzięła dwie ramki. - Na obu są babcia z dziadkiem, na tym oni oboje, a na tym - wskazała na szaro-białe zdjęcie, była na nim grupka ludzi. Bardzo młodych ludzi - są tutaj. Pozostali to ich przyjaciele ze szkoły. Jest to ich ostatnie spotkanie, tydzień po zakończeniu szkoły... zanim się porozjeżdżali. - Wyjaśniła, po chwili odstawiła ramki na stolik.
- Musi to być dla nich wyjątkowe, skoro tyle lat później są nadal w ramce. - Napił się kawy i od razu ją odstawił. - Pyszna! Jak udało ci się zrobić tak aromatyczną kawę? - Pił ją codziennie, ale ta była wyjątkowo pyszna, lepsza od tych serwowanych w prawdziwych kawiarniach...
- Po prostu potrafię. - Uśmiechnęła się. Odwzajemnił uśmiech.
- Sama tutaj mieszkasz? - Zdjęcia były bardzo stare, a pokój wyglądał idealnie czysto. Musieli już nie żyć.
- Z babcią i dziadkiem. - Po jego wyrazie twarzy domyśliła się, co myślał. - Żyją. Są teraz na swoich wakacjach, wyjeżdżają co jakiś czas. Uczę się w szkole średniej, poza tym to ich czas, więc jeżdżą tylko sami. - Zerknęła w kierunku drzwi wyjściowych, popijając wodę ze szklanki.
- W szkole średniej? Wyglądasz na swój wiek, młodo. - Nie wyszło mu to, więc szybko się zamknął.
- A ty co robisz oprócz pracy? Powiedz coś o sobie, o mnie już dużo wiesz. - Mało co się nie zakrztusił kawą.
- Nie masz na jutro żadnych lekcji ani nic do nauki? - Sam nie wiedział czemu to powiedział.
- To jest tylko szkoła. - Dalej zrobiła się cisza. Ona patrzyła się na niego, wyczekując odpowiedzi, na zadane pytanie, on po kilku sekundach milczenia zaczął mówić.
- Na razie tylko pracuję, mieszkam ze współlokatorami. Od urodzenia w Londynie i chyba to się nie zmieni, lubię to miasto. - Kończąc zdanie usłyszał jak ktoś otwiera drzwi wejściowe i wchodzi do domu.
- Poczekaj chwilę, zaraz wracam.
Został sam przy stoliku, sięgnął po kawę. Czuł się niekomfortowo z faktem, że ktoś im przeszkodził. Wrócił do oglądania pomieszczenia. Za jedną z szyb, czego wcześniej nie zauważył, gdyż była za nim, znajdowały się porcelanowe naczynia. Patrząc się na wzór musiały mieć swoje lata, jednak wyglądały na nowe, jakby nie były używane, a służyły jedynie jako ozdoba, bądź warta swego miejsca za szybą cenna pamiątka.
Z przedpokoju zaczęły dobiegać go głosy, słyszał mniej więcej co mówili, w końcu dzieliła ich ściana i nie zamknięte drzwi.
- Zaczekaj! Będziesz wieczorem?
- Nie wiem, to zależy czego będzie chciał ode mnie...
- Tak, wiem. Po prostu... jeszcze kilka dni i będzie po sprawie.
- Pamiętaj o weekendzie, potem powinien dać nam... spokój.
- Ej, tak będzie, zobaczysz. Da nam spokój, tylko to musi potrwać.
- Ale jak długo? Ty jesteś w ogóle tego pewna? Jest nieufny.
- Tego nie zmienię, ale mogę zejść z radaru. I to właśnie robię. Jesteś mu potrzebny z konkretnego powodu?
- Konkretny powód to trzymać mnie z daleka od ciebie, chce mieć pewność, że nic się nie dzieje, chociaż o tym dobrze wie. Chce... bawi się jak zwykle. Siedzę tam z nimi i nie chcę tego, ale właśnie dlatego, że nie chcę, to tym bardziej mnie tam trzyma.
- Zobaczymy się dzisiaj.
- Jak? Nie puści mnie. Jesteś teraz zajęta, załatwiaj tę sprawę. Masz.
- Hmm?
- Chciał, abym ci to przekazał.
- A to?
- To jest ode mnie. Teraz to zostaw. Potem. Zajmij się tym mugolem.
- Poczekaj. Idź na górę. Idź i nie pytaj, jak będziesz wychodził, to daj znać. Jest jeszcze coś.
- Co jest?
- Idź. Potem jak zejdziesz.
Popchnęła go na górę. Wróciła do gościa, który siedział i słyszał część rozmowy. Nie wiedział o czym była i nie wiedział kim był ten chłoptaś. Sam męski głos go irytował. bo wyglądało na to, że są z sobą zżyci.
- Podziwiałeś pamiątki? - Usiadła z uśmiechem na twarzy.
- Skąd wiesz? - Siedział z powrotem na kanapie, obok niej.
- Para na szybie. Musiałeś z bliska się im przyglądać.
- Spostrzegawcza jesteś. Będę się chyba zbierał, zajęta jesteś. - Pewnie był to jej chłopak albo ktoś bliski, nie chciał przeszkadzać... może umówi się z nim kiedyś, gdzieś.
- Nie jestem zajęta, siadaj i nie wygłupiaj się. Muszę tylko jeszcze coś załatwić z bratem, a poza tym mam cały wieczór wolny. - Odetchnął z ulgą, słysząc słowo "brat".
Rozmawiali o sobie, on opowiedział jej skąd dokładnie jest, trochę o pracy i o studiach, które miał zamiar podjąć. Ona mu o swojej szkole i o tym co zajmowało jej najwięcej czasu.
- Lubię bardzo chodzić do kina, przypomina mi to dawne wyjścia z rodzeństwem, rodzicami. Wielka sala, ekran i ten klimat, zgaszone światła, pełno ludzi. - Mówił o tym z radością małego dziecka, które pierwszy raz wróciło z seansu.
- Lubię maratony, są najlepsze. Wtedy można poczuć różnicę, kilka filmów pod rząd, całaą noc w sali, przegryzając przekąski i popijając ulubionym napojem. - Był wyluzowany i nie czuł żadnego napięcia, uwielbiał rozmawiać o kinie. Słysząc te słowa z jej ust, wiedział, że mają jedną ważną dla niego rzecz wspólną.
- Ja też. Może wybierzemy się w ten weekend? - Nie planował proponować niczego takiego, zrobił to spontanicznie. Chciał się napić kawy, zapomniał, że już ją wypił.
- Chcesz jeszcze jedną? - Zgodził się od razu, poszedł za nią do kuchni.
- To co z tym kinem?
- Mamy imprezę na którą jesteśmy zaproszeni. Znajomi, dalsi znajomi, rodzina.
Kuchnia była większa od salonu, bardzo schludna i czysta. Przyglądał się jej jak robiła kawę. Ubrana w dżinsy i ciemną, luźną bluzkę z krótkim rękawkiem. Nie była umalowana, jej twarz była naturalna. Miała na ręce bransoletkę i naszyjnik na szyi. Srebrny komplet zdawał się stapiać z jej osobą, tworząc delikatną całość.
Pomieszczenie lśniło czystością, ciężko było uwierzyć, że ktoś rzeczywiście korzystał z tego domu, mieszkał w nim i wykonywał codzienne czynności. Meble biało-niebieskie ustawione po lewej stronie, a naprzeciwko po prawej stół z krzesłami. Na końcu duże, przejrzyste okno z widokiem na równoległą ulicę. Kafelki były białe z rzadko rozłożonymi, ciemnymi wzorami.
- Kawa. Chodźmy do salonu, tam jest wygodniej.
Czuł jak traktuje go niczym gościa, którego zna się od dawna. Był zaskoczony tym jak oboje szybko się zaprzyjaźnili, albo polubili na początek.
- Jeśli chcesz to możemy się zobaczyć w piątek i pójść do kina, w weekend mam ten wyjazd i mnie nie będzie. Potem wracają babcia z dziadkiem, więc pewnie będę bardziej zajęta. Pasuje ci? - Po czym wzięła łyk soku pomarańczowego.
- Pewnie. - Problem w tym, że nie pamiętał jaką ma zmianę, ale co mu szkodziło. Miał okazję to nie chciał jej zmarnować.
Oboje usłyszeli trzask zamykanych drzwi na górze. Ona od razu wstała.
- Za kilka minut wracam.
W przedpokoju czekała na niego przy drzwiach, nie widząc go na szczycie schodów zaczęła po nich wchodzić. Zanim weszła on zacząć schodzić.
- Mam. Zbyt długo mi to zajęło, muszę się spieszyć. - W ręce trzymał mały pakunek, kwadratowe pudełko wielkości dłoni.
- Na pewno cię wyczekuje. Schowaj to, bardzo dobrze schowaj. Nie może tego znaleźć. - Patrzyła się mu prosto w oczy.
Na schodach było ciemno. Nie docierało tam zbyt wiele światła. Patrzyli sobie w oczy i zdawali sprawę z powagi sytuacji.
- To jest to? Dlaczego teraz? Dzisiaj? Lepiej z tym poczekać... - Nie chciał tego brać ze sobą.
- Później wyjaśnię. Coś się stało, nie pora na to. Weź to i ukryj gdzieś, gdziekolwiek. Wiesz jak, zrób to po drodze, obojętnie, ale nie tutaj. Tutaj nie jest bezpiecznie. - Wepchnęła mu mocniej w dłoń pudełko, które chciał jej oddać. Potem oboje zeszli po schodach, zatrzymali się dopiero przy drzwiach.
- Jesteś pewna że nie zrobisz tego sama? Niech ci będzie, zrobię co mogę, ale w obecnych okolicznościach nie chcę nic obiecywać. - Zbyt dużo było już obiecywania...
- Do wieczora. Idź już.
Wyszedł. Zamknęła za nim drzwi. Przez chwilę myślała, po czym wróciła do salonu.
- Jestem, to... - on jej przerwał, wręczając ozdobną torebkę z czymś w środku. Wzięła zaskoczona. - Dla mnie? Co to jest? - Wyjęła pudełko z torebki, nie spodziewała się żadnego upominku.
- Kupiłem, chcąc dać na przeprosiny. Zapomniałem o tym, gdy przyszedłem, dobrze że sobie przypomniałem. - Mało co, a wróciłby z tym do domu.
- Ciastka... - od razu zaczęła czytać coś na opakowaniu. - Jestem uczulona, muszę odmówić. Doceniam gest. - Oddała mu pudełko, które z powrotem trafiło do niego.
- Może babcia, dziadek lub brat? - Nie chciał tego brać do siebie, przyszedł z upominkiem i miałby wrócić z nim do domu...
- Nie. Brat uczulony, a babcia z dziadkiem nie kupują nic, co nam szkodzi.
- To miło z ich strony, ludzie na ogół tak nie robią. - Nie chciał zostawiać czegoś, co mogło spowodować szkodę na zdrowiu u niej lub jej brata, nie próbował zostawić cichaczem ciastek, lepiej jak je weźmie ze sobą.
- Raz się zatruliśmy i to poważnie. Szpital, stan ciężki. Od tamtej pory nie trzymają w domu nic, co wywołuje u nas alergię. Ale dość o tym, ten temat nie jest najprzyjemniejszy. Od dawna mieszkasz sam? - Nie chciała rozmawiać o tamtym, zrozumiał aluzje i nie wypytywał więcej.
Rozmawiali o muzyce, o tym na co mogą pójść do kina. Bardzo łatwo nawiązywali kontakt. To było pozytywne uczucie, dawało mu przekonanie, że jest znacznie wspanialsza niż mógłby sobie to wyobrazić w najśmielszych snach.
- Muszę wyjść, to bardzo pilne. Nie powinnam cie wyrzucać, ale nie możemy teraz dłużej rozmawiać. - Śpieszyła się, brała rzeczy w pośpiechu.
- Wszystko dobrze? Coś się stało? - Nagle ze spokojnej, uśmiechniętej dziewczyny, zrobiła się chaotyczna i zdenerwowana. On się szybko ubrał w tym czasie.
- Coś sobie przypomniałam. Odezwę się do ciebie przed piątkiem, ale teraz muszę wyjść.
Zanim zamknęła mu drzwi przed nosem, przypomniała sobie o nudnej imprezie jaka ją czekała u schyłku tygodnia.
- Ta impreza o której ci mówiłam, pojedź ze mną. W piątek nie możemy się zobaczyć, mam pomóc z niespodzianką, sam rozumiesz. Będę bardzo szczęśliwa jeśli pójdziesz ze mną. Nie chcę iść z Brianem, a nie mam nikogo innego, teraz jeszcze ty jesteś... - Piątek odpadał, była zbyt skupiona na nowej znajomości, zapomniała przez to o wszystkim innym co miała w planach.
Nie wiedział czy się zgodzić, nie czuł się zbyt dobrze na myśl, że miałby poznać osoby z jej otoczenia tak szybko. Wystarczyło jednak, że spojrzał jej w czy i zobaczył wyczekujący wyraz twarzy.
- Pewnie.
- Bądź u mnie o 15 w sobotę. Dziękuję!
Po czym wypchnęła go za drzwi, pocałowała w usta i je zamknęła.
Dziwniejsza i mniej niespodziewana sytuacja nie zdarzyła mu się nigdy wcześniej.
Wracając do domu miał mały mętlik w głowie. Jeszcze z rana była marzeniem, niczym ta przelotna i nieuchwytna mgiełka o poranku. Obudził się i zanim wstał z łóżka, już o niej myślał. Pewnie gdyby miał sny, lub jeśli miał, to gdyby je pamiętał - musiałaby być ona w nich, bo któż by inny? Nadal prowadziłby scenki życia w swojej głowie do dziewczyny, którą widział na oczy, ale całą resztę wykreował sobie, tak jak chciał, taką jaką chciał ją widzieć, poznać itd. Nie wierzył, że tego dnia coś się zmieni, a jednak. Teraz siedział w autobusie i uśmiechał się sam do siebie. Przejechał już kilka przystanków, zerkając za szybę, ale nie pamiętał tego. Obejrzał się dookoła, a jego wzrok natrafił na starszą panią, która z podejrzeniem przyglądała się mu. Był tak uradowany jak od dawna nie był, jeśli jakiejś starej babie to przeszkadzało, to już był jej problem.
Wieczorem chciał jej napisać smsa, z podziękowanie za dzień i za jej uprzejmość, nie miał jednak jej numeru. Musiał zapomnieć zapytać, ona też, teraz jedynie wiedział gdzie mieszka, a ona gdzie on pracuje. Przez najbliższe dni nie miał jej zobaczyć, już chciał aby nastała sobota, żeby znów móc z nią porozmawiać. Może to lepiej się stało, że nie miał jej numeru, raz już mu wytknięto, że był zbyt uprzejmy, wręcz nachalny w tym swoim miłosnym uczuciu. Nie chciał tego powtórzyć, teraz byłoby to znacznie gorsze niż wtedy. Znał ją osobiście jeden dzień, a wiedział, że strata byłaby trudniejsza. Głupi, był głupi, sam zapisał sobie w grafiku pracę na cały tydzień, miał mieć dzisiejszy dzień wolny. Z rana zadzwoniła Annę i i poprosiła o zastępstwo. Może zamieni się na weekend...
***
Następny dzień był zwyczajny, jak gdyby zdarzenie dnia poprzedniego nie miało miejsca. Jedyne, co miał w głowie, to zamiana na sobotę. Jak zrobiło się w sklepie pusto, jedynie dwóch czy trzech klientów chodziło między półkami, poprosił Annę na kilka słów.
- Możesz wziąć za mnie sobotnią zmianę? - Była winna mu dług wdzięczności.
- Mam zmianę razem z tobą, nie pamiętasz? - Było jej przykro, ale nie mogła ciągnąć dwóch prac naraz.
- Nie mogę być w sobotę w pracy. Pogadam z Debrą... - Nie lubił załatwiać takich rzeczy z nią.
- Może spytaj tej nowej. Zerkała kilka razy na ciebie, chyba się jej podobasz. - Zrobił oczy i ruchem dłoni pokazał, że plecie bzdury.
- Ja? Nie żartuj, ale zapytam.
Jak mogła pomyśleć, że podoba się tej małej dziewczynie. Pewnie znowu sobie z niego żartowała. Po skończonej pracy, gdy nadeszła druga zmiana i przyszła na nią ta nowa, miał zamiar się jej zapytać. Akurat miał ją poszukać, gdy sama się znalazła.
- Nie pracujesz w sobotę? - W grafiku jej nie było, a poza tym lepiej jak udawał głupiego, od czegoś musiał zacząć.
- Mam wolne. - Uśmiechnęła się do niego. Zawsze uśmiechnięta, dziewczyna bez zmartwień. Taka musiała być.
- Świetnie. A masz jakieś plany na sobotę? - zapytał z nadzieję.
- Nie. - Lekko się speszyła, nie wiedząc czemu. Może kłamała? Bez sensu pomysł, zresztą nie jego sprawa.
- Wspaniale! Zastąpisz mnie, dobra? - Musiało zabrzmieć to bardziej desperacko niżby chciał.
- Zastąpić? Coś się stało? - spytała zaniepokojona jego tonem głosu.
- Mam coś bardzo ważnego. Muszę znaleźć zastępstwo na sobotę... To jak? - Chciał już wyjść. Był umówiony z kumplem.
- Powiedz tylko na którą zmianę mam się pojawić.
- Na drugą.
Szybko wyszedł, nie czekając aż ona zdąży coś odpowiedzieć. Musiał się wyszykować na te sobotnią imprezę, a kto mu lepiej w tym pomoże jak nie dobry znajomy?
***
Przed chwilą wróciła do mieszkania. Miała jeszcze chwilę czasu, zanim się zjawi. Wyglądała ślicznie, jak zawsze. Średniej długości, lekko kręcone włosy opadały za ramiona. Miała na sobie białą sukienkę do kolan. Prosta, na ramiączkach, idealnie na nią pasowała. Zadzwonił dzwonek. To był on. Otworzyła.
- Pięknie wyglądasz. - Tylko tyle był z siebie w stanie wykrztusić.
Ona tylko lekko się uśmiechnęła. W drodze rozmawiali, śmiali się, poznawali. To był jego najszczęśliwszy dzień w życiu... a dopiero się zaczynał. Według niego była cudowna, radosna i taka pełna energii.
- Lubiłam to. Pamiętam zapach książek, tych jeszcze starych, co miały po kilkanaście lat. Teraz już takich nie ma...
- Matka mi o nich opowiadała, ale skąd? Jesteś młodsza, więc jak możesz je pamiętać?
- Mam ciotkę. Ma kilka takich książek, które pamiętają czasy jej dziadków bądź pradziadków. Są wyjątkowe, unikatowe... ich cena nie jest wysoka, ale ten papier, zapach... Już nie ma takich.
- Twoja ciotka będzie na przyjęciu? - Chciał poznać kogoś, kto cenił i znał coś, czego on osobiście nie pamiętał, nie jego czasy. Ale czasy jego rodziców.
- Nie będzie jej.
Po chwili byli na miejscu. Przed nim znajdował się duży, stary dom... Kim ona była? Musiała mieć bogatą rodzinę skoro mieszkali w takim miejscu.
- Nie spodziewałeś się, co? - Miejsce robiło wrażenie.
- Nie pomyślałbym ... - Nie dała mu dokończyć.
Przeszli od bramy do dużych drzwi, wyłożoną z kostki ścieżką. Miejsce było trochę ponure, nawet nie zauważył wcześniej, że było na uboczu. Z żadnej strony nie było innych zabudowań.
Drzwi się otworzyły, ona weszła pierwsza. Znała to miejsce, szła pewnie i szybko. On starał się dotrzymać jej kroku. Główne drzwi w środku były zamknięte. Chciała je otworzyć, ktoś ją powstrzymał.
- Jest zajęty. Jesteście nieco wcześniej... - Chłopak popatrzył się na dziewczynę bardzo uważnie.
- Tylko kilka minut - spokojnie odpowiedziała. Podała mu rękę i lekko przytuliła.
Stali kilka chwil, jej towarzysz spoglądał niepewnie na chłopaka. Nie wiedział czy ma się odezwać, czy nie...
- Przedstawisz mnie? - Pamiętał go, jego głos. Ale mimo wszystko głupio mu było.
- Draco. - Wskazała na chłopaka, wysokiego blondyna w czarnym ubraniu. - On cie zna Damien - mówiąc to, nie spojrzała na faceta z którym przyszła. Zaskoczyło go to, cała sytuacja zrobiła się dla niego niekomfortowa.
Nagle drzwi się otwarły. Stali z boku, więc nie mógł zbyt wiele zobaczyć, poza tym że pomieszczenie do jasnych nie należało.
- Chodźmy. - Poszła na przodzie razem z Draco. Jej towarzysz starał się dorównać im kroku, ale nie bardzo wiedział, co się właściwie działo.
- Witaj, witaj moja droga. Widzę, że przyprowadziłaś mi coś, o co prosiłem. - Z dalszej części sali dało się słyszeć głos. Stał tam mężczyzna w długim płaszczu. Po jego lewej stronie był długi stół z kilkudziesięcioma osobami dookoła.
- Dostajesz to o co prosiłeś. - Patrzyła się wprost na mężczyznę, stojącego mniej więcej pośrodku, na końcu sali. Był wysoki, szczupły i ta twarz... Nie zauważył w pierwszej chwili, stół z innymi odciągnął jego uwagę...
- Sarah! - Przyspieszył kroku. - Sarah! Co to jest? Kto to jest? - mówił, pytał. Ale ona nawet na niego nie spojrzała. Chciał ją złapać delikatnie za rękę, ale wyrwała ją bardzo stanowczo.
- Niech ci się przyjrzę, moja droga. Bardzo ładnie, jak prawdziwa uczennica Slytherina. A teraz zrób to, co należy. - Głos mężczyzny nie brzmiał przyjaźnie.
Damien nie widział, co robić. Wszyscy patrzyli się na niego. Jakiś głupi żart, o tym mu nie powiedziała. Ale ta twarz? Co to za twarz? Musiał mieć maskę, nie było innego wytłumaczenia. Niech to się skończy, pomyślał. Ona nagle się odwróciła. Jej mina wyrażała radość i zadowolenie, tak jak wcześniej. Podczas gdy rozmawiali, gdy się śmiała. Wiedział, że nastraszyła go, ale jej twarz była śliczna, spokojna i uśmiechnięta. Wyciągnęła coś powoli ze swojej sukienki, ale jak? Nie zdążył pomyśleć, zobaczył tylko coś podłużnego, jakby patyk. Podniosła go ku górze i wypowiadając słowa, zamachnęła się na niego. Gdy "Avada Kedavra" zielonym błyskiem uderzyła w jego pierś, padł na posadzkę. Nie żył.
Dziewczyna nawet nie drgnęła, zabijając mężczyznę. Wysoki blondyn spoglądał na wszystko.
- Wspaniale! - krzyknął Voldemort. W tej chwili był uradowany.
KONIEC
Niesamowite. Czegoś takiego jeszcze nie czytałam. Nie chcę spoilerować, bo znając końcówkę opowiadanie dużo traci, więc ciężko mi cokolwiek konkretnego napisać, ale... łał. Pomysł miałaś naprawdę niesamowity. A jeszcze opisywanie praktycznie wszystkiego z punktu widzenia zakochanego chłopaka uśpiło czujność czytelnika - łykałam wszystko, co sobie ten Damien wyobrażał, co czuł i co sądził o poznanej dziewczynie. Naprawdę bardzo mi się podobało.
Jednak z wykonaniem nie jest już tak wspaniale. Masz wiele powtórzeń, to po pierwsze. Po drugie często przed słowem "że" brakuje Ci przecinka. Po trzecie budujesz stanowczo za długie zdania. Przecinaj takiej tasiemce w połowie, bo to się brzydko czyta i bardzo brzydko brzmi. Trochę też dialogi niekiedy brzmiały nienaturalnie. Miałam wrażenie, że pisząc to miałaś słowotok albo raczej "myślotok"? ;D I pisałaś absolutnie wszystko, co przyszło Ci do głowy. Niby dobrze, bo jest tu mnóstwo emocji, mnóstwo uczuć i naprawdę można się wczuć w to zauroczenie. Ale z drugiej strony przez to chyba potworzyłaś takie tasiemce zamiast zdań i miałaś tyle powtórzeń. Trochę szkoda, bo gdybyś dopracowała to technicznie, byłoby opowiadanie naprawdę idealne!