Zastanawialiście się kiedyś jakie to uczucie, gdy niesprawiedliwość was dopada, a wy musicie za nią zmierzyć jak nigdy nic? Pewnie tak. Pomimo tego, że świat się naprawdę na mnie uwziął, nie dałam się. Nigdy. Nie jestem taka. Nazywam się Sara Morgen i miałam 16 lat, kiedy umarłam, ale jednak w pewnym innym sensie nadal żyłam po swojej śmierci i właśnie tym chciałam się z wami podzielić. Moją historią oraz moimi przygodami, które spotkały mnie w moim życiu po śmierci.
***
Na samym początku każdego rozdziału będę pytała was, kim jestem, ponieważ nie jestem człowiekiem. Chcę zobaczyć jak długo zajmie wam odgadywanie, jaką istotą jestem. Nie będę was dłużej trzymać, zacznijcie czytać moje życie...
***
Wiedziałam co się stało. Już w trakcie snu. Miałam tą świadomość podczas spania, że kiedy się obudzę, będę musiała stawić czoło nowemu światu. Zdawałam sobie z tego sprawę, ale już nie raz byłam przecież w takiej sytuacji, więc zawsze sobie mówiłam, że jakoś to będzie. Minęła szósta kwadra księżyca i byłam ciekawa, do kogo tym razem trafię, kogo pozbawię duszy i zmienię jego życie. Zastanawiałam się głęboko, kto mnie znowu znienawidzi, komu zniszczę dotychczasowe życie i czy to będzie ostatni raz. Obudziłam się po pewnym czasie niespokojnego snu, jednakże oczy miałam świadomie cały czas zamknięte. Bałam się je otworzyć i zobaczyć kim jestem, gdzie jestem, jaka jestem. Ale w głębi duszy wiedziałam, że to moja powinność i raczej nie miałam powodu, żeby tego nie zrobić. Powoli i dzielnie je otworzyłam. Pierwsze, co zobaczyłam, to cienki niebieski baldachim, który wisiał tuż nade mną. Pomyślałam, że jestem może jakąś księżniczką. Lecz ostatecznie moja kobieca ekscytacja szybko zgasła, gdy kątem oka po prawej stronie ujrzałam takie same łóżka. Również z błękitnymi baldachimami. Usiadłam niepewnie i zobaczyłam moje nowe ręce i dłonie, sprawdziłam nawet jaki mam biust. Nie był zły. Wierciłam się na łóżku jakbym była opętana. Może gruba jeszcze? Nie wskazywało na to, a wręcz przeciwnie. Byłam bardzo szczupła. Wszystko wydawało się w porządku, byłam normalną dziewczyną. Nigdy jeszcze nie czułam się tak szczęśliwa i spokojna na starcie. Wstałam z łóżka i ucieszyły mnie moje nowe nogi i stopy. Były dobrze zbudowane, umięśnione i gładkie. Takie dziewczęce. Nosicielka tego ciała byłą szczęściarą i pewnie pracowała nad swoim wyglądem. Po chwili ekscytacji nad nowym ciałem na palcach stóp podeszłam do jedynego wielkiego okna w pomieszczeniu, ponieważ bardzo przykuło moją uwagę. Wpadały przez nie ciepłe promienie porannego słońca. Oświetlały cały pokój. Dotarły aż do mnie, a łóżko, na którym się obudziłam, było na końcu pokoju przy gładkiej brązowej ścianie. Okno było naprawdę wielkie, jak olbrzymia półka z książkami w starej bibliotece. Widok z niego był oszałamiający. Zobaczyłam jezioro, góry i resztę części zamku. I właśnie wtedy zdałam sobie sprawę, że znowu bądź nadal jestem w Hogwarcie. Jednak od poprzedniego wcielenia daleko się nie przemieściłam. Już po raz czwarty z rządu ugrzęzłam w tej samej szkole. Co za koszmar... Z przyzwyczajenia zaczęłam kręcić palcem włosy ze zdenerwowania i wtedy zszokowana uświadomiłam sobie, że tym razem mam piękne, gęste, brązowe, i pofalowane włosy. Ucieszyłam się, ponieważ wszystko wyglądało na to, iż byłam bardzo urodziwą dziewczyną. Prócz twarzy, ponieważ jej jeszcze nie widziałam, więc nie mogłam tego ocenić. Pomyślałam sobie, że jeśli ciało mam wyśmienite, to twarz pewnie jak na złośliwość losu będzie okropna. Dłońmi powoli zaczynałam dotykać ją dotykać, jednak nie czułam nic szorstkiego, żadnych pieprzyków, trądziku - nic. Była gładka i zmysł czucia podpowiadał mi, że raczej moja twarz jest ładna. Gdy ja przy oknie macałam majestatycznie swoją twarz, jedna z dziewczyn w pokoju zawołała mnie. Nie wiedziałam jak mam oczywiście na imię, ale logicznie rzecz biorąc tylko ja nie spałam, więc kogo by nie wołała, jak nie mnie?
- Stella...? Dziewczyno... Ty już na nogach? - powiedziała dziewczyna ziewając jednocześnie. - Dopiero szósta trzydzieści siedem, a jest sobota... - dodała spoglądając na swój zegarek na nadgarstku.
- Tak... - odparłam niepewnie. - Dzisiaj chciałam sobie pobiegać.
Dziewczyna skrzywiła się, machnęła ręką i ułożyła znowu do snu. Nie zachowując się podejrzliwie, tym razem podeszłam bardzo pewnie do mojego łóżka i na całe szczęście zobaczyłam po lewej stronie duży kufer ze srebrną plakietką, na której był wygrawerowany napis
Stella Cloud. Otworzyłam go z obawą, a w nim ujrzałam ubrania, książki, biżuterię i inne bajeczne rzeczy, które należały do owej Stelli. Ubrałam się w brązową bluzkę i w przewiewną niebieską spódnicę. Do tego czarne pantofle i szatę domu. Zobaczyłam naszywkę, na której widniał brązowy orzeł na błękitnym tle. Zrozumiałam wtedy, że w tym życiu jestem Krukonką.
***
Po chwili ciszy sama zażądałam od siebie odpowiedzi na zagadkę mojego wyglądu twarzy. Podjęłam ryzykowną próbę i wyszłam rano sama z obcego mi terenu zamku z zamiarem trafienia do łazienki. Ale błądziłam jak w labiryncie. Salon Krukonów był olbrzymi, a spiralne schody wychodzące z drzwi domu Orła nie miały końca. Gdy dotarłam cudem do łazienki na czwartym piętrze, bałam się podejść do lustra. Jednak zdobyłam się na odwagę i to zrobiłam. W pierwszej chwili byłam wręcz zszokowana, ponieważ naprawdę moje wcielenie jest śliczne! Delikatne usta Stelli miały kolor jasnego pudrowego różu, kształt kości policzkowej był bardzo skromny, a oczy fioletowe! Pierwszy raz zobaczyłam tak niesamowity odcień oczu. Rzęsy miałam bardzo gęste i długie, a cerę gładką i bladą. Byłam śliczna, to naprawdę duży plus w moim nowym życiu. Rozwiałam włosy rękoma i dumnie jak modelka wyszłam z łazienki, kierując się do pokoju Krukonów. Jak na złość zapomniałam, że ich pokój nie ma hasła. Po pewnym czasie zrozumiałam, iż trzeba zapukać w kołatkę, a ta zada mi pytanie.
Jeżeli dziś to dziś, a jutro jest dziś, a jutro jest jutro, to którą mamy godzinę? Pomyślałam wtedy:
Na brodę Merlina... Znam tę zagadkę, ale nie mam zegarka, co powiedzieć?
- Godzina jest taka, jaka jest obecnie dzisiaj - odpowiedziałam bojaźliwie.
- Gratuluję błyskotliwej odpowiedzi! - odpowiedział orzeł.
Drzwi się otworzyły i weszłam do pokoju Krukonów. Ucieszyłam się, bo salon był pusty. Jednak ten spokój nie trwał zbyt długo, bo gdy byłam już na schodach do wieży dziewczyn i zamierzałam wejść do dormitorium, w tym samym czasie wychodziła owa dziewczyna, która wcześniej mnie zaczepiła. Teraz widziałam dokładnie jak wyglądała. Była nieco wyższa ode mnie, czyli od mojego wcielenia - Stelli. Miała krótkie, proste czarne włosy z zielonymi pasemkami, które sięgały jej ramion. Jej oczy okalały duże, czarne, kwadratowe okulary, a na twarzy miała dość dużo trądziku, co nie wyglądało zbyt estetycznie. Była trochę tęższa ode mnie. Dziewczyna ubrała się w granatowe jeansy, fioletową bluzkę na ramiączkach i nałożyła na to trochę pogniecioną szatę domu. Włożyła również duże czarne buty, co sprawiało wrażenie, że posiadała stopy o rozmiarze czterdzieści dwa.
- I co, już pobiegałaś? - zapytała się dziewczyna dość złośliwie.
- Nie.. Zrobiło mi się niedobrze i postanowiłam wrócić - skłamałam.
- Yhym... – mruknęła, patrząc na mnie podejrzliwym wzrokiem z górnych schodów. - W sumie dobrze, że nie poszłaś biegać, byś się jeszcze spociła na randce i co byś biedna zrobiła... - dodała.
- Na czym?
- Na randce. Ty i Ross macie swoją pierwszą rocznicę, no Stella. Nie wygłupiaj się, sama wczoraj wieczorem byłaś tak tym podniecona, że tylko o tym pie... mówiłaś przez cały dzień... – zdziwiła się, przechodząc niżej schodami i omijając mnie zarazem.
Całkowicie mnie wtedy zamurowało. Nie wiedziałam, jak się mam zachować. Bo nie miałam pojęcia, jak zareagowałaby Stella.
- Eee... tak. Przepraszam za moje roztrzepanie. Bardzo się cieszę z tego, jak Ślizgon z oszukiwania, że mam randkę, znaczy rocznicę hahah...
Wyglądało to źle. Zachowywałam się jak marny aktor, który próbował skłamać i zmylić osobę z tropu. Pomyślałam siebie tylko
czy gorzej już być nie może?.
- Stella, z tobą serio wszystko okej? – zapytała, tym razem trochę zaniepokojona.
A jednak może - potwierdziłam to głośno w mojej głowie na zadane przeze mnie wcześniej pytanie retoryczne. Chyba się nawet o to prosiłam.
- Jasne, jak najbardziej. Dlaczego pytasz? - odpowiedziałam już całkiem zdezorientowana.
- Ty nigdy nie przepraszasz, tym bardziej mnie i nigdy nie jesteś roztrzepana - oświadczyła, poprawiając swoje okulary, żeby mi się lepiej przyjrzeć z dołu.
- Nie gadaj głupot.... Tiano? – Spróbowałam zgadnąć, jak miała na imię z nadzieją, że mi się uda.
Mogłam się jednak przyjrzeć jej kufrowi, bym wiedziała jak się nazywa. Uniknęłabym tej sytuacji. Że akurat wtedy nie pomyślałam...
- Tiano? Jestem Diana.. Moment Stella, w co ty pogrywasz?
Tiana, a Diana. Serio? To naprawdę było bardzo blisko. Już nie umiałam rozróżnić, czy to szczęście czy pech.
- No mówię, że Diana. Aj kochana, droczę się tylko z tobą, spokojnie – powiedziałam, opierając moją dłoń na jej ramieniu z górnej części schodów, w tym samym czasie uśmiechając się.
Diana powoli ściągnęła moją dłoń ze swojego ramienia mrucząc cicho coś do siebie. Dziewczyna zapytała, czy pójdę z nią na śniadanie, lecz odmówiłam. Skierowałam się do pokoju, by dowiedzieć się więcej o moim nowym wcieleniu. W dormitorium większość dziewczyn jeszcze spała, lecz dwie z nich rozczesywały włosy przy wielkim oknie. Skierowałam się do olbrzymiego kufra tak, by nie zwrócić na siebie uwagi dziewczyn. Wyciągnęłam z niego różdżkę. Była ona srebrna i bardzo subtelna. Znałam ten rdzeń i nie mogłam uwierzyć, że teraz jestem jej właścicielką. Różdżka posiadała rdzeń włosa z głowy wili. Wykonano ją z drzewa różanego. Była sztywna i mierzyła dwanaście i jedną czwartą cali. Schowałam ją do wewnętrznej kieszeni w szacie, a potem zabrałam się do oglądania zeszytów. Przejrzałam dosłownie każdy zeszyt Stelli. Pisała dużo informacji, a w kaligrafii była mistrzynią. Musiałam to przyznać. Nigdy nie widziałam, żeby ktoś tak pięknie pisał. Kiedy ona miała na to czas? Czy jej życie było, aż tak nudne, że starała się pisać jak artysta? Chociaż w sumie pewnie nie, w końcu miała chłopaka, to wyraźnie o czymś świadczy. Zobaczyłam również specjalne papiery do listów dla sów, które można było kupić na Pokątnej. Wyglądało na to, że Stella posiadała sowę. Ciekawe tylko jaką?
***
Szukanie informacji o Stelli zajęła mi prawie godzinę i zaczynało mi burczeć w brzuchu. Udałam się więc na śniadanie do Wielkiej Sali. Gdy weszłam do niej, nie mogłam uwierzyć kogo spotkałam. Przy stole Slytherinu, na samym końcu pomieszczenia, tuż koło kominka siedziała Bairrie Rainvon. W jej ciele byłam jeszcze wczoraj wieczorem i byłam tak przyzwyczajona już do tego, że uznawałam się za Bairrie niż za Sarę. Bairrie była średniego wzrostu, 170 cm, na ramiona spływały dość długie i kręcone czarne włosy. Miała brązowe oczy, którymi spoglądała na mnie złowrogim spojrzeniem, że straciłam nowo zyskaną pewność siebie i nie czułam się komfortowo. Ciekawiło mnie, jak teraz sobie ona ułoży życie skoro tak je zepsułam? Ze Ślizgońskiej samotniczki uczyniłam ją duszą towarzystwa, co chyba jej się nie spodobało. Na całe szczęście nie wiedziała, iż to ja stoję za tym wszystkim. Usiadłam przy stole Ravenclawu i sięgnęłam po mleko i płatki czekoladowe. Obróciłam się za siebie na Bairrie, a ta wciąż się na mnie patrzyła. Nie mogłam spokojnie jeść, bo wciąż czułam na sobie jej spojrzenie. Po chwili, gdy Bairrie odeszła ze stołu i skierowała się ku wyjściu, przeszedł mi dyskomfort i mogłam kontynuować śniadanie w normalnej atmosferze, jednakże ktoś zasłonił mi nagle oczy, przez co naprawdę się wystraszyłam.
- Zgadnij kto to?! - powiedział jakiś męski głoś, którego właściciel zakrywał mi oczy.
- Boże! - Tylko tyle mogłam z siebie wydusić, ponieważ krzyczałam w tym momencie w środku siebie z przerażenia. Jedyne, co można było po mnie zobaczyć to strach i zaskoczenie oraz to, że ciężko oddychałam.
- Haha. Serio jestem aż takim bóstwem dla ciebie? - rzekł chłopak odsłaniając mi oczy.
Odwróciłam się i ujrzałam trochę wyższego ode mnie, rozweselonego chłopaka. Był on blondynem o głębokich niebieskich oczach. Ujrzałam na nim szatę Ravenclawu i przypomniałam sobie słowa Diany, że mam chłopaka i dzisiaj mamy naszą pierwszą rocznicę. Więc to Ross, mój chłopak, którego w ogóle nie znam.
Czytam i coraz bardziej mi się podoba! Szczerze to jestem pod wrażeniem. Pomysł genialny, wykonanie również bardzo dobre, bo czytało się przyjemnie. Twój styl również przypadł mi do gustu.
Wszystko byłoby bajecznie, gdyby nie pewne niedociągnięcia. Nie są bardzo rażące, ale
To zdanie bardzo mi się nie podoba. Raczej nie można czytać czyjegoś życia, raczej historię życia. To jest tylko jeden z wielu podobnych błędów, ale - jak już wspomniałam - są one do zniesienia.
Niemniej bardzo mi się podoba i z niecierpliwością czekam na więcej!