Stłamszony nienawiścią i strachem Hogwart. Niepewność i panika ogarniająca mieszkańców zamku nie pozwalała na spokojny byt.
Rozczarowanie połączone z tępym bólem spowodowało u niej silną reakcję. Czuła, że dusi się. W tym zamku, sama w sobie. Nie było szans, by wytrzymała tutaj ani chwili dłużej. Prędko pobiegła do swojego dormitorium, z którego zwinęła płaszcz i gryfoński szalik. Ledwie zobaczyła, że dormitorium jest puste, a łóżka posłane, już była za drzwiami.
Została sama. Jej jedynym przyjacielem była pustka i osamotnienie. Przytłaczający ból ją o tym uświadamiał.
Nie miała sił, ale biegła jak jeszcze nigdy. Potrzebowała powietrza, przestrzeni, w innym przypadku czuła, że zwariuje. A już tak nie było? Wszyscy się od niej odwrócili, bo oszalała. Nikt nie chciał przebywać z nią dłużej niż to było konieczne. Dziewczyna nie zastanawiała się nad tym, czy drzwi są zamknięte, czy nie czeka przy nich Carrow z różdżką w ręku. Szczerze mówiąc przydałoby się, żeby teraz oberwała Cruciatusem. Może by się uspokoiła.
Tymczasem nogi poruszały się w szaleńczym biegu, a szalik powiewał za dziewczyną, tak samo jak jej włosy. Kilkanaście minut później z impetem wpadła w drzwi wejściowe. Pchnęła je z nadzieją i ledwie zarejestrowała, że się otworzyły. Gdy wypadła na dwór, lodowaty wiatr smagał jej policzki oraz dłonie, a chłód i ciemność nocy przyprawiały o dreszcze, lecz kobieta biegła przed siebie. Automatycznie kierowała się nad jezioro, bo woda zawsze ją uspokajała. Fale czy nawet płaska tafla wody przypominały jej dom.
Dom, którego wspomnienie zatarło się gdzieś w czeluściach bezlitosnego Hogwartu. W pewnym momencie dziewczyna poczuła, że nie pójdzie ani kroku dalej. Zrezygnowana opadła na kolana i uderzyła pięścią w ziemię. Spazmatycznie łapiąc oddech, ocierała łzy ciurkiem płynące po jej zaczerwienionych policzkach.
Gryfonka poczuła nadchodzące mdłości, więc szybko zgarnęła włosy pod płaszcz i nachyliła się bardziej na kolanach, by czekać na wymioty. Torsje szarpały jej ciałem, gdy pozbywała się żółci z żołądka, bo niestety nie miała wymiotować niczym poza tym. Gdy skończyła, otarła usta wierzchem dłoni i usiadła na chłodną i mokrą trawę, by chwilę później zakryć twarz szalikiem. Wstydziła się swoich łez, nie chciała, by płynęły. Łzy były oznaką słabości, a ona nie chciała okazywać jej całemu światu. Wystarczyło, że siedziała na tych pustych, ogarniętych ciemnością błoniach.
Była sama, całkowicie sama, a jej jedynym towarzyszem była samotność i ciemność. Obie przytłaczały ją z każdej strony, niemal cieleśnie narzucając swoją obecność. Wiatr smagał jej zaczerwienioną twarz, i sprawiał, że zdrętwiały jej ręce, które kurczowo zaciskały się na czerwono-złotym szaliku. Dziewczyna wbijała nieobecny wzrok w ciemność, starając się oczyścić umysł. Jednak pozbycie się przygnębiających i dręczących myśli było trudniejsze niż człowiekowi może się wydawać. Łatwo jest powiedzieć idź sobie albo nie wracaj. Można sobie wygarniać, że jest się głupim, nienormalnym, ale nie ma się wpływu na siłę wyższą. Jedna część dziewczyny zastanawiała się, co ona robi na tym zimnym pustkowiu w mżącym deszczu, skoro może iść poprosić o pomoc kogokolwiek, jednak druga, ta głośniejsza część krzyczała, że nie ma nikogo. Że została sama ze swoimi myślami i problemami. Problemami, które stwarzała sobie sama. Umysł kobiety krzyczał, żeby uciekała w poszukiwaniu powietrza, jednak jej ciało nie było w stanie. Dziewczyna oparła dłonie o ziemię i starała się podnieść do kucek, lecz było to trudniejsze zadanie niż się spodziewała. Ponownie poczuła nadchodzące mdłości, więc zamknęła oczy w niemej modlitwie. Została sama. Nie miała już nikogo. Dom zniknął gdzieś w ciemnej otchłani, głębi bez dna. Na myśl o domu nagle przypomniała sobie szum morza, słońce palące skórę... Mocniejszy podmuch wiatru poderwał kilka liści do góry, sprawiając, że wylądowały na głowie dziewczyny, wplątując się w jej włosy.
Uciekaj! Dziewczynie coraz bardziej brakowało powietrza, lecz nie zdawała sobie sprawy, że wzmaga się jej atak paniki. Przydałby się ktoś, kto mógłby ją uspokoić, powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Ale nikt nie mógł tego zrobić. Była całkowicie sama.
Do jej otępiałego bólem i dziwnego szaleństwa umysłu dotarła nagła myśl o jeziorze. Woda, tafla z odbiciem księżyca... Dziewczyna nawet nie myślała o tym, żeby sprawdzić, czy chmury są na niebie. Z wielkim trudem wstała i na trzęsących się nogach ruszyła w stronę jeziora. Kilka metrów później potknęła się o wystający kamień i upadła na kolana, rozcinając sobie nogę i prawą rękę. Jednak otępiona psychicznym bólem i amokiem niemal nic nie poczuła.
Gdy długi czas potem przebyła kilkadziesiąt metrów, opadła na kolana przy jeziorze i zamknęła oczy. Musiała się uspokoić.
Ale po co? Dla kogo? Nikogo nie obchodziło, czy jest spokojna, czy jednak nie. Czy oddycha normalnie, czy robi to z trudem. Czy żyje, czy leży martwa. Wyjęła dłonie z włosów, które wcześniej w nie wplątała i zanurzyła dłonie w wodzie. Woda okazała się być jeszcze zimniejsza niż wiatr, który niespokojnie targał jej szalikiem i płaszczem.
Była sama. Nie został jej nikt.
Dziewczyna krzyknęła z bezsilności, by chwilę później znów otrzeć łzy płynące po lodowatych policzkach. Dłonie pozostawiły na nich mokry ślad. Mogła porządnie się wyziębić i zamarznąć na kość. W sumie czy był to taki zły pomysł? Nie było nikogo, kto mógłby jej teraz szukać, zmartwiony do wszelkich granic. Nie było nikogo, kto zainteresowałby się jej zniknięciem.
Była sama, całkowicie sama. Cel Carrow'ów został osiągnięty; silne ogniwo znalazło słaby punkt. I przerwane nie mogło stanowić całości.
Woda przyciągała dziewczynę niczym piękny dorodny kwiat mężczyznę, chcącego obdarować kobietę swojego życia. Życia, które nie pozostawiło na Gryfonce żadnej suchej nitki. Skoro o tym mowa... Przez myśl dziewczyny przeszło, by zanurzyć się w wodzie, lecz potem wszelki rozsądek został zastąpiony przez ciemność i pustkę. Miała dość takiego życia. Momentalnie przypomniała sobie wszelkie złe słowa skierowane do jej osoby oraz każde zaklęcie Carrowa na nią rzucane. Ze łzami cieknącymi po policzkach z kolan osunęła się do wody, od razu twarzą zanurzając się w jej głębi. Zimno zaparło jej dech w piersiach, przez co próbowała krzyknąć, ale sprawiła tylko, że lodowata woda wpłynęła do jej ust i płuc. Czuła, jak lodowe iskierki rozprzestrzeniają się w jej płucach i kaszlnęła jeszcze raz, próbując ich się pozbyć, lecz z odwrotnym skutkiem. Czy była jakaś nadzieja?
Zacznę od kilku drobnych uwag : )
Trochę mi nie pasowało, że raz nazywałaś bohaterkę "dziewczyna" a raz "kobieta". Wiem, że płeć zostaje taka sama, ale jednak te słowa dotyczą trochę innej grupy, jeśli chodzi o wiek. To może byłoby to przełknięcia, gdyby nie fakt, że miniaturka jest bardzo krótka, a o samej postaci nie wiemy tak naprawdę nic.
Wydaje mi się, że próbowałaś w ten sposób uniknąć powtórzeń, jeśli chodzi o określenie podmiotu. Natomiast moim zdaniem w wielu miejscach nie musiałaś go określać w ogóle. Mam na myśli, że zamiast "dziewczyna siedziała" wystarczyło "siedziała". Ostatecznie w tej historii nie pojawia się żaden inny bohater i tak naprawdę nie zmieniasz perspektywy, więc na spokojnie czytelnik ogranie, że to ta sama postać padła na kolana, płakała, wspominała itd.
Było kilka zdań, które wybiły mnie z rytmu, ale ogólnie uważam, że to zgrabnie napisana miniaturka i trzyma odpowiedni klimat.
Cieszę się, że zostawiłaś otwarte zakończenie. Trochę obawiałam się, że
Doceniam też to, że w gruncie rzeczy nie wiadomo, kim jest ta postać, ona jest taka... bezimienna. Pisałam kiedyś o bohaterce, która właśnie określiła w siebie w sposób, który mogłabym odnieść do twojej postaci. To smutne.
Tak czy inaczej bardzo ładna praca i oby tak dalej.