Opowiem wam o tym co spotkało młodego alchemika, który nie zdecydował się wybrać, jak nakazywał obyczaj, na Ślężę.
Działo się to w czasach, gdy na polskim tronie królowała dynastia Jagiełłów. Czerwiec tego roku był wyjątkowo gorący, a Praga niemal gotow
Działo się to w czasach, gdy na polskim tronie królowała dynastia Jagiełłów. Czerwiec tego roku był wyjątkowo gorący, a Praga niemal gotowała się jak kocioł.
Historia rozpoczyna się w dniu przesilenia letniego, kiedy to każdy szanujący się czarodziej - czy Ślązak, czy Polak, czy Czech - wsiadał na swą miotłę i ruszał ku Ślęży, by świętować najważniejszy dla nas dzień w roku. Opowiem wam o tym co spotkało młodego alchemika, który nie zdecydował się wybrać, jak nakazywał obyczaj, na Ślężę. Wybaczcie jednak staremu człowiekowi, nie wszystko z tej historii już pamiętam dokładnie tak, jak on to opowiadał. Pozwoliłem sobie zatem dodać kilka szczegółów, które stworzyłem na poczekaniu. Ot, taka starcza przypadłość – co zapomnę, to wymyślę.
Myślę, że mój przyjaciel nie miałby mi tego jednak za złe.
A.P.W.B.D.
***
- Mikoooooooołaaaaajuuuuu! – Dziewczęcy alt wypełnił laboratorium, gdzie młody czarodziej pracował, zgarbiony nad stolikiem. Pomieszczenie intensywnie pachniało siarką i potem.
Dziewczyna omijała półki i stołki, które zastawione były niezwykłymi fiolkami i maszynami, jakich nie widział nikt, kto nie znał praskiego alchemika.
Mikołaj Flamel nie uniósł nawet głowy, gdy delikatna kobieca ręka pogłaskała go po gęstych włosach w kolorze słomy. Dziewczyna miała długie blond włosy, które fantastycznie współgrały z jej błękitną sukienką. Młodzieniec poczuł jak załaskotały go w kark, gdy odwróciła się w stronę szczelnie zamkniętych okiennic.
Barbara Sapiechówna posłała młodemu mężczyźnie czuły uśmiech. Był od niej trzy lata młodszy i czuła potrzebę opiekowania się nim na wszystkie możliwe sposoby.
- Och, Mikołaju! Na gacie Merlina, nie możesz siedzieć w takim zaduchu! – zaszczebiotała, energicznie otwierając okno.
Świeże powietrze wreszcie wywarło jakiś efekt.
- Barbaro, mówiłem Ci już, że muszę pracować – odpowiedział jej młody czarodziej, wzdychając i prostując plecy.
W pracowni rozległ się głośny huk i tuż przy nich pojawiła się druga dziewczyna.
- Idziemy – powiedziała, gdy zwrócili na nią wzrok.
- Widzę, że grzeczność u Sapiechów staniała – warknął Mikołaj, patrząc na przybyłą.
Była to Ida Sapiechówna, druga w kolejności córka jego gospodarza, a młodsza siostra lubej Barbary. Dziewczyna, podobnie jak jej siostra, była prawdziwą pięknością, choć w inny sposób. Tamta dość pulchna i radosna jak słoneczko ze swoją złota czupryną, przypominała raczej legendarną Helgę Hufflepuff. Jej siostra była koścista, a proste i czyste rysy były w jakiś sposób kanciaste. Oczy miała wielkie i ciemne, tak różne od jasnych jak tafla Morskiego Oka oczu Barbary.
- Widzę, że obyczaje nic nie znaczą u Flamelów – prychnęła Ida.
Barbara zaśmiała się serdecznie, jakby te nieprzyjemne uwagi szalenie ją bawiły. Nie akceptowała nienawiści, jaka zrodziła się między tym dwojgiem tego samego dnia, gdy to ona, Basia, zdobyła serce czarodzieja. Zazdrość wiele mogła zmienić w ludziach.
- Och, Mikołaju, chodźmy już – zaszczebiotała, zarzucając ręce na ramiona maga.
- Barbaro… Mówiłem już. Nie wybiorę się z wami na górę.
Twarz dziewczyny posmutniała. W oczach zaszkliły się łzy.
- Wiedziałam. Cham i prostak, ot co – zasyczała przez zęby Ida. – Waży się taki łamać nasze prawa i obyczaje, a grosze płaci ojcu za to mieszkanie! Chodź, Barbaro, pójdziemy same.
Sapiechówna nie zamierzała jednak tak szybko odpuścić.
- A gdybym Ci powiedziała, Mikołaju… Że ja już chyba odkryłam… Że ja wiem jak należy GO… zrobić – szepnęła, zagryzając wargi.
Mikołaj poderwał się z miejsca tak szybko, że przewrócił taboret. Zaczął chodzić w tę i nazad po pomieszczeniu.
- Na bogów, Barbaro! Czy to może być?! – zapytał, a ręce mu drżały z podniecenia.
- Wszystko zgodnie z twoimi wytycznymi , tylko pereptum w innej ilości podane sprawia, że metal, którego dotknie, zmienia się…
- W złoto… - dokończył jej słowa czarodziej.
- Czy teraz pójdziesz ze mną? – zapytała, patrząc błagalnie. – Miotły już czekają…
- Nie, Barbaro. Przykro mi. – odpowiedział. Wyraz jego twarzy jasno wskazywał, że tę walkę dziewczyna przegrała. – Muszę dokonać licznych poprawek, zanim stwierdzę, że to ma sens…
- Ale ja już go wytworzyłam! – załkała Barbara
Mikołaj uśmiechnął się do niej w politowaniem.
- Nie bądź śmieszna – powiedział spokojnie. – Przecież poleci z tobą Ida, prawda?
Ida wykrzywiła się złośliwie, po czym chwyciła za rękę siostrę nim tamta zdążyła wypowiedzieć choćby jeszcze jedno słowo. Obydwie okręciły się w miejscu i zniknęły.
Flamel został sam w swojej pracowni. Zamknął okno, zapalił kilka dodatkowych świec i wrócił do swoich notatek.
- Jak mógłbym lecieć na tańce w takiej chwili?! – zapytał sam siebie na głos i roześmiał się.
Gdy zapadł zmrok, ciągle siedział w tym samym miejscu. Z praskich uliczek dobiegał go śmiech czarodziejów, którzy dosiadali swych mioteł, aby zakosztować odrobiny rozrywki. Wkrótce jednak ulice całkiem opustoszały.
Mikołaj wstał od taboretu i przeciągnął się. Zegar wskazywał dziewiątą wieczorem. Powoli podszedł do okna i wyjrzał przez nie. W dzielnicy alchemików nawet jedno okno nie błyszczało blaskiem świecy czy kominka. Powietrze drgało jak przed burzą.
Jakiś kot miauczał przeraźliwie tuż przy parapecie, o który się opierał. Spojrzał w dół i ujrzał Belzebuba – kocię jego Barbary.
Zwierzę wpatrywało w niego swoje paciorkowate oczka. Siedział na czymś, co wyglądało jak miotła jego ukochanej.
Ale skoro miotła leży tu, niedaleko progu, na czym poleciała Barbara? Czyżby zranił ją tak dotkliwie, że w ogóle się nie wybierała? Tak… To by się zgadzało. Miotła i kot to pewnie wskazówka, że ona jest w izbie i czeka, wypłakując sobie oczy. Normalnie nigdy nie umieściłaby ich w takim miejscu.
Czarodziej z westchnieniem przeszedł przez pracownię i otworzył drzwi. Ruszył wąskim korytarzem, aż do schodów, które wiodły na pięterko. Skierował się prosto do pokoju Barbary. Przez szparę pod drzwiami wylewało się na korytarz światło świecy.
Zapukał ostrożnie. Odpowiedziała mu cisza. Ponownie uderzył w drewniane drzwi. Nic się nie wydarzyło. Nacisnął klamkę i wszedł do pokoju.
Okno było otwarte, a wszędzie panował okropny bałagan. W końcu jednak ją dostrzegł. Barbara Sapiechówna leżała wśród sterty papierów na podłodze. Jej piękne oczy wpatrywały się pusto w przestrzeń.
Była martwa.
Zapowiada się niezwykle ciekawie. Serio. Czytałam, czytałam i chciałam, by to się nie kończyło. Uwielbiam takie fan ficki na wzór opowieści bajarek albo nawet legend. Fajnie, że dałaś tu aspekt słowiański i mam nadzieję, że uda Ci się w międzyczasie przemycić jakieś słowiańskie tradycje, wygląd chat itd. Uwielbiam o takich rzeczach czytać!
Flamela nazwałabym bardzo brzydko, ale mi nie wypada, więc powiem tylko, że na razie wygląda on na zadufanego w sobie ****ka. Ja rozumiem, że jest przede wszystkim naukowcem i nie w głowie mu tańce i miłości, ale mógł jednak trochę milej potraktować tą przemiłą Barbarę. I w ogóle strasznie mi jej szkoda. Najpierw pokazałaś ją jako przemiłą, uprzejmą, spokojną i dobrą dziewczynę a potem ją zabiłaś. Jesteś okrutna ;>
Zastanawiam się nad Idą. Wydaje mi się, że będzie ona miała jeszcze sporą rólkę w tym ficku. Jestem bardzo ciekawa jak to się potoczy dalej, bo jako początek jest to naprawdę świetna opowieść. I w ogóle inicjały bajarza <3
Błędy były, przede wszystkim w dialogach. Na PW Ci wyślę gdzie dokładnie i jak to się powinno pisać. Powinno być cacy. Opisy masz fajne, piszesz stylem pasującym do tego typu historii. Nic tylko czekać z niecierpliwością na następną część!