Rodzina czarodziejów adoptuje dziecko z mugolskiego sierocińca. Los splata im niejedną niespodziankę.
Do sceptyków. Wiem, że różnie u mnie bywa z kończeniem serii. Ta jednak początkowo miała być miniaturką, ale trochę się jej przytyło i dlatego zdecydowałem się na miniserię. Poza tym chciałem kilka dni od niej odpocząć, a jednocześnie wykorzystać czerwiec i zdobyć parę punktów. Do czego zmierzam? Do tego, że obiecuję: Ta akurat seria będzie składała się z dwóch części i zostanie dokończona.
Diana pruła naprzód i nie oglądała się na podążającego nieco z tyłu męża. Pomyśleć, że jeszcze kilka lat temu nie chciała zrobić nawet kilku kroków bez bezpiecznego uścisku jego dłoni. Oddalili się od siebie, każdy to widział. Jacob nie potrafił razem z nią przeżywać kolejnych frustracji, rozczarowań i niepowodzeń. Nie znaczy to, że był zimny i nieczuły. Od zawsze tłamsił wszystko w sobie, nie dopuszczał nikogo do sfery swoich uczuć. Kiedyś ją to pociągało, wydawało się takie męskie. Niestety, nie zmieniło się nawet, gdy stali się już jednym ciałem – rodziną. Do pełni szczęścia brakowało tylko dziecka. Próbowali na wszelkie sposoby, Diana wykorzystała atrakcyjną bieliznę, rozłożyła w sypialni aromatyczne świece. To ostatnie o mało nie zakończyło się tragedią – po namiętnych igraszkach Jacob chciał wyjść na fajkę i nie patrzył pod nogi. Na szczęście różdżka Diany spoczywała na szafce nocnej – formuła aquamenti dała radę. Mimo to niewiele brakowało, żeby się przekonali, że palenie zabija. Świec czy papierosów, jeden pies! W każdym razie ich dobytek ostatecznie nie ucierpiał, ale upragnionego potomstwa nadal się nie doczekali. Wtedy do akcji wkroczył biegły w tych sprawach uzdrowiciel, nowoczesne terapie, eksperymentalne eliksiry...i fiasko. Jakby próbowali nauczyć poltergeista kulturalnego zachowania i przestrzegania norm społecznych, żadnych efektów. Koniec końców, mimo sceptycyzmu Jacoba postanowili adoptować jednego z wychowanków mugolskiego sierocińca. Trochę to trwało, musieli zmierzyć się z procedurami, kontrolami i przejść potrzebne szkolenia. Dali radę i dziś mieli zabrać małego Rufuska.
W niewielkim gabinecie, przy biurku ze sklejki czekała już na nich opiekunka z domu dziecka. Szczupła staruszka o pomarszczonej twarzy i krótko przystrzyżonych włosach uśmiechała się dobrotliwie spoglądając na wchodzących Richardsonów. Diana skinęła jej głową na powitanie i zachęcona przez kobietę razem z mężem usiadła na miejscach przeznaczonych dla petentów.
- Dziś dla was wielki dzień, co? - zapytała urzędniczka grzebiąc w szufladzie. Podwinęła przy tym do góry długie rękawy swojego tweedowego żakietu, a po chwili wyjęła potrzebne dokumenty kładąc je na blacie.
- Nie mogliśmy się już doczekać – przyznała Diana. Jej małżonek delikatnie przytaknął.
- Widać. Proszę tylko pamiętać, że Rufus potrzebuje wyspanych rodziców – skwitowała z radością pracownica placówki. Zawsze cieszyło ją, gdy przychodziły pary takie jak ta, dla których adopcja jest naprawdę wielkim przeżyciem. Widziała wtedy, że to świadoma decyzja i oddaje swoich podopiecznych w dobre ręce.
- To co musimy teraz zrobić? - zapytała Diana, która z każdą chwilą stawała się coraz bardziej przejęta i podekscytowana. Zszokowało to Jacoba, który myślał, że bardziej przeżywać tej sytuacji już się nie da.
- Teraz jeszcze to podpisać, a potem mądrze i odpowiedzialnie kochać tego brzdąca. Mogę wam jedynie życzyć powodzenia.
Jacob poczuł wewnętrzny niepokój, kiedy tylko zmaterializował się w kominku własnej kuchni. Od jakiegoś czasu zrezygnował z transmutacji, bo towarzyszył jej głośny trzask. Nie chciał obudzić syna. Szybko okazało się, że to zamysł naiwny, bo chłopiec mało spał i najczęściej wrzeszczał wniebogłosy. Jacob starał się jak najszybciej wychodzić z ministerstwa, żeby odciążać żonę, której oczy stawały się coraz bardziej podkrążone. Dziś też tak zrobił spodziewając się głośnego powitania ze strony Rufuska. Jednak z ich domu nie dochodziły teraz żadne dźwięki. Mężczyzna niezdarnie wygrzebał się z kominka, następnie wyjął zza pazuchy różdżkę. Trzymając ją w pogotowiu ruszył, by sprawdzić poszczególne pokoje. Pracował w departamencie magicznych wypadków i katastrof, zarabiał marnie i w życiu nie przypuszczał, że ktoś może czyhać na jego bliskich. Ale może to jakiś przypadkowy napastnik albo co?
- Merlinie, oby nic złego się im nie stało – wyszeptał coraz bardziej przestraszony. Z obawą wszedł do salonu, gdzie całe napięcie z niego zeszło. Miał irracjonalną ochotę zbesztać żonę, ale przeszło mu gdy zobaczył ją machającą wesoło i niemowlę grzecznie śpiące w kołysce. Po co się denerwować? Im nic się nie stało, on nareszcie był w swoim azylu. Tutaj, wśród miękkiego dywanu, niedokładnie odkurzonych starych mebli, rytmicznie kołyszącego się łóżeczka i co najważniejsze rodziny było jego miejsce na ziemi.
- Nawet nie wiesz jak się wystraszyłem, kiedy nie usłyszałem naszej jednoosobowej orkiestry. Przygotowywałem się, żeby walczyć o was jak rozjuszony centaur o swoje stado – wyszeptał, żeby nie obudzić malca. Diana się zarumieniła chichocząc.
- To mamy dwie korzyści w jednym. Rufusek śpi spokojnie, a ja widzę, że nadal cię obchodzimy – mruknęła Diana ganiąc się za to w myślach. Jacob ciężko pracował dla dobra ich trójki i zapewniał im wszystko co potrzebne do godnego życia. Po prostu szalone niespodzianki, romantyczne kolacje i podrzucanie serduszek nie było w jego stylu. Wiedziała o tym od początku. A może to zabawy właściwe jedynie nastolatkom w Hogwarcie, a ona chce nie wiadomo czego? Sama też miała sobie wiele do zarzucenia: pojawienie się Rufusa było najszczęśliwszym co ją spotkało w życiu, ale przez opiekę nad nim brakowało jej czasu na gotowanie, dokładne sprzątanie i wyglądem coraz bardziej przypominała Jęczącą Martę. Nawet teraz miała na sobie starą, brązowawą szatę dzienną pełną jakiś dziwacznych plam.
- Przecież wiesz… - szepnął Jacob i zmartwiony przedłużającą się ciszą zaczął rachunek sumienia. Diana nic nie mówiła, więc nawet do głowy mu nie przyszło, że nie jest zadowolona z jego funkcjonowania jako ojca i partnera. Przecież wszystko było dobrze. Miała wreszcie upragnione dziecko, mogła zrealizować swój instynkt macierzyński, a on to wszystko finansował. Taki był porządek wszechrzeczy: chłopy najpierw polowały na mamuty, potem broniły dam swego serca przed Filchem i Irytkiem, a współcześnie po osiągnięciu dojrzałości przynosili do domu galeony. Po co to zmieniać?
- Tak, tak. Przepraszam, nie wiem dlaczego to powiedziałam. Zaraz odgrzeje ci bulion – powiedziała Diana mając nadzieję, że Jacob nie będzie kontynuował. Bardzo nie chciała sprawić mu przykrości. W końcu pojawienie się noworodka zawsze wszystko zmienia. Po co się sprzeczać kiedy wreszcie Rufusek dał im trochę spokoju?
- A ja chętnie skosztowałbym czego innego. I jestem bardzo wygłodniały – zamruczał Jacob podchodząc do ukochanej. Po chwili obejmował talię żony, a ich twarze zbliżały się do siebie. Chyba nawet Rufus rozumiał, że rodzice potrzebują trochę czasu dla siebie, bo wciąż słodko drzemał.
Dwa tygodnie później
Richardsonowie spacerowali po parku. Słońce przygrzewało oświetlając roześmianą twarz Rufusa leżącego wygodnie w wózku pchanym przez Jacoba. Otaczała ich wiosna w pełni – drzewa pokryła zieleń liści, a gałęzie się powyginały jakby miały walczyć o nagrodę w dziedzinie sztuki abstrakcyjnej. Z darów przyrody chciało skorzystać wielu – wciąż mijali ich kolejni spacerowicze. Samotni mężczyźni i kobiety, wpatrujące się w siebie jak w obrazek pary nastolatków i rodziny pchające gondole z maluszkami. Z tymi ostatnimi Jacob i Diana ledwo dawali radę się wyminąć na dość wąskiej ścieżce. Jednak nie tylko z powodu uroków natury ten dzień był tak wyjątkowy.
- Naprawdę ci dziękuję za tą suknię. Jest piękna – powiedziała wesoło Diana okręcając się radośnie dookoła. Z dumą nosiła granatową, elegancką kreację sięgającą to kostek. Strój był bardzo zwiewny i idealnie wpasowywał się w jej ulubiony styl. Jacob zawsze znał jej gust. Dziś zaskoczył ją tym wręczonym późno prezentem. Już się bała, że zapomniał o jej urodzinach.
- To ty jesteś śliczna – zachwycił się Jacob. - Patrzcie, skradłem serce tej cudownej niewiasty! – wrzasnął. Jeśli wcześniej niektórzy spacerowicze się im przyglądali, to teraz swoim okrzykiem zwrócił uwagę wszystkich.
- Ja też mam coś dla ciebie – stwierdziła Diana i wyjęła z kieszonki wózka mały pakunek. Z uśmiechem włożyła go w dłoń męża. Zaskoczony Jacob otworzył paczkę, a gdy zobaczył jej zawartość nogi się pod nim ugięły. Tyle starań, prób…
- Nie – szepnął nie mogąc w to uwierzyć. Stracił już nadzieje.
- Tak. Widać los zgotował nam największą niespodziankę. Rufus będzie miał braciszka albo siostrzyczkę – poważnie zakomunikowała Diana. Już trochę pogodziła się z tą myślą, choć początkowo była przerażona. Jeden maluch, a dwoje to spora różnica. Przyzwyczaili się już, że nie będą mieli biologicznego dziecka. Strach był uzasadniony – Jacob nie zarabiał bardzo dużo, a nowa sytuacja to dwa razy więcej obowiązków i wydatków. Teraz jednak pogodziła się z tą myślą, ucieszyła i wierzyła, że razem dadzą radę. Muszą.
- Super! - ryknął Jacob. Spontanicznie podniósł Dianę do góry obracając się naokoło. Po chwili postawił ją na ziemi.
- To w takim razie ja zafunduję ci jeszcze jedną przyjemność – zadeklarował Jacob i z zaskoczenia cmoknął żonę w usta. Właśnie postanowił załatwić coś co planował od dłuższego czasu. Obrócił się i gdzieś pobiegł.
- Co on kombinuje? - zaniepokoiła się w myślach Diana. Przez jej głowę przeszedł huragan obaw.
Diana odłożyła Rufusa do łóżeczka. Wcześniej długo lulała go w ramionach: chłopiec nie mógł zasnąć wyczuwając niepokój mamy. A Diana się denerwowała i chyba nikogo nie mogło to dziwić. Jacob nigdy nie był zbyt spontaniczny, nie przepadał za zaskakiwaniem innych, a tu takie nagłe zniknięcie. Nie było go zaledwie chwilę, ale to wystarczyło, by w głowie jego żony pojawiły się najgorsze możliwe scenariusze. A jeśli stwierdził, że to dla niego za dużo i odszedł? Albo pije gdzieś i zastanawia się co ma zrobić?
- Jacob, przyjdź tu, proszę – wyszeptała, a przez jej policzek przeleciała samotna łza. Może dlatego, że słowa mają moc, a może jakimś przypadkowym zrządzeniem losu usłyszała dźwięk otwieranych drzwi. Szybko podeszła w tamtą stronę, a w progu stał Jacob. Błyskawicznie rzuciła się mu na szyję.
- Gdzieś ty był? - zapytała. Sama nie wiedziała czy to ta sytuacja czy wpływ ciąży sprawił, że przeżywa to wszystko aż tak emocjonalnie.
- Spokojnie kochanie. Od dziś będzie z nami mieszkał Pan Pierożek – wytłumaczył partnerce, która początkowo skierowała na niego pozbawiony zrozumienia wzrok. O czym on mówi? Po chwili, gdy zerknęła niżej dostrzegła przy wejściu jeszcze kogoś. Stała tam niezwykle niska postać o bagnistozielonej skórze, odstających uszach z których wystawały kępki siwych włosów i nosie niczym u Pinokia. Istota ta była przyodziana w brunatną pelerynę, wybałuszała mocno oczy i bez wszelkich wątpliwości zaliczała się do skrzatów domowych.
- Ale jak to? - zapytała Diana. Taką służbę spotykano wyłącznie w wielkich posiadłościach należących do najbardziej majętnych, starych rodów czarodziejskich. Ona nawet o tym nie marzyła, żaden jej przodek nigdy nie mógł sobie na coś takiego pozwolić. Dotąd traktowała to w kategoriach głupich, nieosiągalnych mrzonek.
- Nie cieszysz się żabciu? - wyszczerzył zęby Jacob.
- To wspaniale, ale nie stać… - wyjaśniła Diana, która zaczynała podejrzewać, że jej partner oszalał po wiadomości o drugim dziecku. Zdarza się. Może chłopu przejdzie?
- To skrzat po zmarłym Davidzie Colkeyu, moim dawnym koledze. Zapisał ją w testamencie synowi, ale chłopak rok temu wyjechał w podróż po Ameryce i cały kontakt z nim się urwał. O ile wiem nikt nie wpadł na żaden ślad. W takich okolicznościach Pan Pierożek zgodził się dla nas pracować. Musimy mu tylko zapewnić dwa tygodnie urlopu, dostęp do naszego uzdrowiciela, pensję w wysokości 5 galeonów miesięcznie i poduszkę z aksamitu. Aaaa i raz na trzy miesiące to my będziemy spełniać jego życzenia – wytłumaczył spokojnie Jacob.
- Mamy usługiwać skrzatowi? - zapytała Diana, lekko się podśmiewając. Jeszcze pięć lat temu każdy popukałby się w czoło na samą myśl o takiej możliwości. I dzisiaj wielu magów taką ewentualność potraktowałoby jak obrazę, splunięcie w twarz.
- Owoce działań tej całej Hermiony Granger i tej całej wszy. Dawniej skrzaty usługiwały ludziom i były szczęśliwe, a teraz zakładają związki zawodowe, walczą o swoje prawa, ostatnio nawet pojawiły się postulaty emerytur dla nich. Świat stanął na głowie! Po co zmieniać coś, co od lat dobrze funkcjonowało?
- Uważam, że nie powinniśmy wykorzystywać innych ras dla własnych korzyści – oznajmiła Diana. W tych kwestiach miała nowoczesne poglądy. Chyba ucieszyło to Pana Pierożka, bo wypiął pierś i zrobił krok do przodu:
- Z dumą będę państwu służył, sir – zadeklarował.
- Ciekawe jeszcze czy ten pierożek ruski czy z mięsem… - pomyślał Jacob, ale bał się już odezwać.
4 lata później
Rufus i jego brat Chris siedzieli w swoim pokoju. Ich królestwo urządzono skromnie, jedno drewniane biurko z szufladami umieszczono pod oknem przy zachodniej ścianie. Drugie, identyczne, spoczywało w przeciwległym rogu pomieszczenia. Z obydwu blatów zdawały się wyrastać długie smocze szyje obrosłe jasnożółtymi łuskami i zakończone agresywnie spoglądającymi łbami. Stwory te całymi dniami łypały podejrzliwie swoimi czarnymi oczkami i szczerzyły brudne kły wychylające się z ich odpychających gęb. Kiedy się je połaskotało z ich pysków wylatywał ogień. Wyglądał całkowicie realistycznie, ale nie parzył i nie obracał niczego w popiół. Dawał tylko światło. Początkowo obie bestie okropnie się wyzywały i obrażały. Wreszcie Jacob zadziałał czarami i teraz robiły to tylko, kiedy nikogo przy nich nie było. Pod sufitem latały miniaturowe modele Błyskawic i Nimbusów 2000, a przy ścianie ustawiono klocki. Mali majsterkowicze mogli z nich stworzyć Wielką Salę Hogwartu ze zmieniającym się zależnie od pogody sklepieniem. Musieli tylko uważać – czasem z budowli znienacka wylatywały sowy, niszczyły co nieco i powoli się rozpływały w powietrzu. Innym razem na stołach nieoczekiwanie pojawiały się miniaturowe talerze z frykasami i całość szybko obklejała się puddingiem, ciastem drożdżowym czy niewielkimi frytkami. Na szczęście sprzątanie było przepyszne, choć zapędy konstrukcyjne często odchodziły wraz ze zmniejszającą się cierpliwością. Pośrodku, na podłodze leżał czerwony dywan z wyszytymi nań figurami centaurów, które raz po raz obstrzeliwały siebie z łuków. To właśnie na tym kawałku wykładziny teraz rozłożyło się rodzeństwo skupione na pewnej grze. Na niewielkiej planszy było czterdzieści osiem okrągłych pól układających się w klepsydrze, a na nich ruchome figurki. Kilka z nich przypominało jednorożce, ale większość stanowiły miniaturowe gobliny.
- Teraz ja – oznajmił Rufus, wykonał kilka ruchów dłońmi i jeden z jego pionków przeskoczył o kilka pól strącając z hukiem jedną z bagnistozielonych postaci przeciwnika.
- Oszukujesz – obruszył się Chris, odwracając nerwowo głowę.
- Sam kręcisz – odpowiedział Rufus i znienacka pociągnął brata za czuprynę. W końcu to on jest starszy, to on ma tu władzę. Rozpoczęła się prawdziwa przepychanka, chłopaki rozpychali się łokciami i przewracali nawzajem rozwalając zabawki. Nagle pod sufitem zakołysał się żyrandol kształtem przypominający koronę. Był bardzo solidny, aż nagle z rozpadł się z hukiem w drobny mak, a kawałki twardego kryształu mieniły się w każdym najmniejszym nawet fragmencie pokoju. Po chwili do synów wbiegła Diana. Domyśliła się – właśnie Chris po raz pierwszy nieświadomie wykorzystał swoją moc. Z jednej strony na to czekała, z drugiej się przeraziła. Przede wszystkim musiała się skoncentrować na uspokojeniu swoich pociech. Chris ukrył zapłakaną twarz w dłoniach i się skulił drżąc lekko. Z kolei Rufus szerokimi oczami wpatrywał się w miejsce, gdzie jeszcze niedawno wisiał żyrandol. Wygiął usta w dzióbek i tkwił bez ruchu. Diana pochyliła się i obu przytuliła. Nawet jeżeli trochę się posprzeczali, to to nie była chwila na reprymendy.
- Nic się wam nie stało, nie wpadło wam do oka, nic was nie boli? - zapytała obawiając się konieczności wizyty w św. Mungu. Ani trochę nie znała się na czarach leczniczych i wiecznie obiecywała sobie, że to się zmieni. Na szczęście synowie zaprzeczyli, obyło się bez obrażeń.
- Co się stało? Przecież to był mocny żyrandol – zdumiał się Chris patrząc dookoła. Rufus także nie mógł odnaleźć się w tej sytuacji, błądził nerwowo oczami po ścianach.
- Nic złego, kochanie. Po prostu kiedy się złościsz albo na kogoś gniewasz przedmioty mogą to odczuwać – oznajmiła Diana, zastanawiając się, jak wytłumaczyć synom magię. Obaj widzieli poruszające się i mówiące postacie na obrazach i fotografiach oraz zaklęcia rzucane przez swoich rodziców. Mimo to razem z mężem nie zdecydowali się jeszcze powiedzieć Chrisowi, że on także ma moc, że będzie czarodziejem. Tak naprawdę nawet nie wspominali mu o Hogwarcie. Uważali, że był jeszcze za mały. Mieli też znacznie poważniejszy powód – Rufusa. Nie do końca wiedzieli jak przedstawić im to wszystko tak, aby chłopiec nie poczuł się gorszy od brata. Musiał wiedzieć, że go kochają i akceptują, ale...gdy się dowie, że nie jest taki jak oni, kto wie, jak zareaguje? A jeśli poczuje się odrzucony? Czasem Diana marzyła nocami, że chłopak okaże się magiem mugolskiego pochodzenia. Nigdy jednak o tym nie wspominała, po co tworzyć zbędne złudzenia? Jeśli to okaże się prawdą wszyscy się mile zaskoczą.
- I kiedyś będę mógł rzucić na tatę zaklęcie łaskotkowe? - zapytał podekscytowany Chris. Diana uśmiechnęła się pod nosem – jej mężowi zdarzało się często korzystać z wszechpotężnej łaskotki, gdy synowie byli smutni lub apatyczni. Jak widać jeden z chłopaków już myślał o słodkiej, a może lepiej śmiesznej, zemście.
- Tak, synku. Ale na mnie ani się waż! - odparła, grożąc zabawnie palcem, żeby rozładować atmosferę. - A teraz chyba muszę to posprzątać – dodała wyjmując różdżkę, wskazując miejsce po żyrandolu i wrzeszcząc reparo. Udało się i znów świeciło.
- A ja? Ja też będę mógł? - zapytał Rufus z wypiekami na policzkach. Więc ten moment nadszedł…
- Nie wiem, synku. Każdy z nas jest inny, wyjątkowy i ma inne talenty. Nawet jeśli nie będziesz potrafił rzucać czarów, będziesz mógł leczyć różne choroby, projektować mosty czy na przykład przyczynić się do wygrania Anglii na Mistrzostwach Europy w piłce nożnej – wyjaśniła Diana, której pierwszy partner pochodził z mugolskiej rodziny i chorobliwie interesował się footballem.
- Kiedy? Jutro? - dociekał Rufus. Widocznie udało się przykuć jego uwagę.
- Nie, jutro jeszcze nie – cierpliwie objaśniała Diana.
- On już może rozwalać żyrandole, a ja nawet jutro nie będę mógł zbudować mostu! To nie fair! - wykrzyczał chłopak, a następnie skrzyżował ręce na piersi i wybiegł.
- Rufus! - wrzasnęła zrezygnowana Diana.
7 lat później
Ten czerwcowy ranek niczym nie różnił się od innych. Słońce parzyło, a jego promienie wpadały przez otwarte okna. Rozłożony na krześle Jacob czytał gazetę, jego żona robiła coś w pokoju obok, a synowie siedzieli, czekając na śniadanie. Dziś Pan Pierożek smażył jajecznicę podśpiewując radośnie Hymn wyzwolenia skrzatów domowych. Okazało się, że to całkiem porządny skrzat i szybko stał się wręcz członkiem rodziny. Po kilku minutach przy stole siedziała już cała rodzina, a każdy miał przed sobą ciepły i smaczny posiłek. Właśnie mieli pałaszować, kiedy do kuchni wleciała spora płomykówka łopocząc mocno skrzydłami. Chris wyskoczył i wyrwał list, który ptak trzymał między pazurami.
- To jego – powiedział przesuwając kopertę z pieczęcią Hogwartu w stronę brata. Wszyscy się zdziwili, ale wiadomość faktycznie zaadresowano do Rufusa Richardsona. Chłopak szybko rozdarł kopertę i odczytał:
Szanowny Panie Richardson!
Mamy przyjemność poinformowania Pana, że został Pan przyjęty do Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart. Dołączamy listę niezbędnych książek i wyposażenia.
Rok szkolny rozpoczyna się 1 września. Oczekujemy pańskiej sowy nie później niż 31 lipca.
Z wyrazami szacunku
Neville Longbottom
Zastępca dyrektora
- On ukradł mi moją magię! To nie fair – wrzasnął obrażony Chris i pobiegł do swojego pokoju. Rufus spuścił głowę, zmarkotniał i ruszył za bratem.
- Dajmy im chwilę – poprosiła Diana. Sama nie była przekonana do tego pomysłu, ale wydawała jej się to dobra myśl. Ochłoną. I tak będą musieli wspólnie porozmawiać. - Może jeszcze druga sowa przyfrunie.
- Te sowy zawsze do rodzeństwa przylatują razem – wysyczał Jacob, który miał wielu braci. - Z kim mnie zdradziłaś? - zapytał. Nie potrafił tego ogarnąć rozumem, odkąd ją poślubił nie spojrzał nawet na inną kobietę. To był jakiś kosmos.
- O czym ty mówisz? - zapytała zrozpaczona Diana, która pozostawała w ciężkim szoku po słowach męża.
- Nie spłodziłbym charłaka! - wyszeptał Jacob uważając jednak, żeby dzieciaki nie miały szansy tego usłyszeć. One nie były tu niczemu winne.
- O co ty mnie oskarżasz? - Diana łkała, cała jej twarz była mokra. Jak on mógł? Kochała go od cholernych czasów Hogwartu, teraz nie dowierzała w to jak ją traktuje. Z kim wzięła ślub?
- W mojej rodzinie nigdy nie było charłaków – odparł chłodnym tonem. Sprawiał wrażenie jakby toczył codzienną pogawędkę, nie ujawniał żadnych uczuć ani emocji. Po chwili przypomniał sobie o ciotce Brygidzie. Ona była charłaczką. Merlinie, to niemożliwe! Już od najmłodszych lat się na niej poznał i nienawidził tej starej raszpli. Kradła mu czekoladowe żaby i je sprzedawała. Kiedyś jako nastolatek założył jednej żabie sztuczną szczękę i wtedy zemścił się na wrednej krewnej. Leczyła pogryzionego palca przez całe miesiące. A teraz przez tą cholerę ma syna charłaka! Na Merlina!
Tutaj brzmi trochę jakby była zachęcana przez kobietę i męża, prawdopodobnie ten brak przecinka jest trochę mylący ;D
Nie powinno być o teleportacji?
W sumie dziwne że 3,5roczne dziecko wie czy żyrandol jest mocny czy nie. Tym bardziej nie wiem czy by ogarniało czy ktoś oszukuje w grze czy nie. Ja jak miałem z 7 lat to kuzynka w trakcie gry zmieniała zasady i nie widziałem w tym nic bardzo podejrzanego, ale może to bardziej rozgarnięte dzieci XD
Tutaj powtórzenie. Gdzieś jeszcze wcześniej widziałem, ale stwierdziłem, że nie będę się o jedno czepiał, ale o drugie już się przyczepię
Wydaje mi się, że powinno być tę, a nie tą.
- O czym ty mówisz? - zapytała zrozpaczona Diana, która pozostawała w ciężkim szoku po słowach męża.
- Nie spłodziłbym charłaka! - wyszeptał Jacob uważając jednak, żeby dzieciaki nie miały szansy tego usłyszeć. One nie były tu niczemu winne.
- O co ty mnie oskarżasz? - Diana łkała, cała jej twarz była mokra.
Ta sytuacja wydała mi się jak rodem wyjęta z telenoweli. Nie byłem świadkiem podobnej rozmowy, ale wygląda na mocno przesadzoną
Te rzeczy mi zgrzytały, ale ogólnie całkiem dobrze się czytało, chociaż bardziej chyba to trzeba traktować jako zaznaczenie sytuacji i wstęp do drugiej części, bo brakuje nieco głównego wątku. Nie zmienia to jednak faktu, że przeczytałem całość mimo tego, że jest to obyczajówka, a to, że mnie nie znudziła w trakcie to już coś