Hogwart za czasów Huncwotów. Ave Thornton, nie¶mia³a i niewyró¿niaj±ca siê w t³umie puchonka zaczyna mieæ problemy z bólem g³owy, widzi rzeczy, których nie widzi nikt inny, w dodatku pewne sprawy zaczynaj± i¶æ... zbyt mocno po jej my¶li.
UWAGA! Mimo p
UWAGA! Mimo pozornego odej¶cia od kanonu, opowiadanie próbowa³am napisaæ bardzo kanonicznie, pokazuj±c z innej strony (mam nadziejê, ¿e nie brzmi to zbyt... buñczucznie) dlaczego Voldemort wybra³ akurat Potterów zamiast Longbottomów. S± postaci niekanoniczne (bo g³ówna bohaterka jest niekanoniczna), ale jest te¿ sporo Jamesa Pottera, Lily Evans, Remusa, Blacka, Snape'a... Pojawia siê te¿ np... Lokchart.
***
Ave Thornton koñczy³a w³a¶nie pakowaæ kufer. Rozejrza³a siê uwa¿nie po swoim pokoju w poszukiwaniu podrêcznika do eliksirów dla ¶rednio zaawansowanych. By³a niemal pewna, ¿e jeszcze wczoraj widzia³a go na szafce nocnej. Klêknê³a i zajrza³a pod ³ó¿ko. Ksi±¿ki nie by³o nawet tam.
By³a do¶æ nisk±, drobn± nastolatk± o br±zowo-czekoladowych w³osach zawi±zanych w warkocz. Jedynym, co przykuwa³o wzrok w jej twarzy, by³y du¿e, uwa¿nie przygl±daj±ce siê ¶wiatu, szare oczy. Ave nie wyró¿nia³a siê na roku ani wybitnymi zdolno¶ciami magicznymi, ani nieprzeciêtn± urod±.
- Córciu, d³ugo jeszcze mam czekaæ? – Do pokoju wszed³ Martin Thornton i podniós³ brwi do góry spostrzegaj±c, ¿e jego jedyna latoro¶l w³a¶nie wype³za spod ³ó¿ka. – Obieca³em Potterom, ¿e zabierzemy Jamesa i tego m³odego syna Blacków na peron.
Ave s³ysz±c to zaczerwieni³a siê jak piwonia.
- Nie mogê znale¼æ podrêcznika do eliksirów – wymrucza³a.
Martin u¶miechn±³ siê pod nosem i zaklêciem przywo³a³ ksi±¿kê.
- Ja nie mogê u¿ywaæ magii poza szko³± – usprawiedliwi³a siê.
- Ale mog³a¶ spakowaæ siê wczoraj wieczorem – zauwa¿y³ jej ojciec. – Jeszcze czego¶ nie mo¿esz znale¼æ? Ró¿d¿ka, kocio³ek, bielizna na zmianê?
- Tato!
- Dobrze, w takim razie czekamy na ciebie na dworze. Ch³opaki ju¿ siedz± w samochodzie. Tylko nie strój siê dla Jamesa! – za¿artowa³, wynosz±c z pokoju córki spakowany kufer.
Ave rzuci³a mu mordercze spojrzenie. Martin Thornton nawet w setnej czê¶ci nie zdawa³ sobie sprawy jak bardzo jego ¿art by³ nie na miejscu. Jego jedyna córka by³a beznadziejnie zakochana w Jamesie Potterze od prawie czterech lat. Potrafi³a godzinami siedzieæ przy oknie i wpatrywaæ siê w niewielki domek naprzeciwko, gdzie mieszka³ wraz z rodzicami. W te wakacje obserwowa³a go bardzo czêsto, bowiem zamieszka³ u niego Syriusz Black i obaj wiele czasu spêdzali na ¶wie¿ym powietrzu. James by³ naprawdê genialnym ¶cigaj±cym. W dodatku przez ca³y sierpieñ opracowywa³ jak±¶ taktykê, a¿eby Gryffindor kolejny raz wygra³ rozgrywki Quidditcha.
Br±zowow³osa spojrza³a w lustro i g³o¶no wypu¶ci³a powietrze. Wiele by da³a, ¿eby chocia¿ przez chwilê nie wygl±daæ przy Jamesie jak z³apany we wnyki królik. Ca³e szczê¶cie, ¿e on i tak pewnie jej nie zauwa¿y nawet teraz, kiedy bêd± jechaæ jednym samochodem. Pokrzepiona tymi my¶lami wysz³a z domu.
Ch³opcy stali obok samochodu i rozmawiali z jej ojcem. Martin u¶miechn±³ siê ciep³o w stronê swojej jedynaczki.
- My¶leli¶my, ¿e ju¿ siê ciebie nie doczekamy – powiedzia³.
- Cze¶æ Ave! – zawo³a³ Syriusz, a James skin±³ jej na powitanie g³ow±.
- Witajcie – odpar³a cicho. – Tato, widzia³e¶ gdzie¶ Wisielca Boba?
- Ju¿ dawno siedzi w samochodzie.
- Wisielca Boba?
- Moja córka tak nazwa³a kota – wyja¶ni³ uprzejmie Martin. – No dobrze, skoro wszyscy ju¿ jeste¶my w komplecie, to pakujemy siê do samochodu. A swoj± drog±, dlaczego ch³opcy w tym roku nie docieracie na peron przy pomocy Sieci Fiuu?
Ku rozczarowaniu Ave James od razu zaj±³ miejsce obok jej ojca, a ona by³a zmuszona siedzieæ z ty³u razem z Syriuszem. Kiedy tylko wesz³a do ¶rodka na jej kolana w³adowa³ siê wielki, szary kocur.
- Jaka bestia – zachwyci³ siê syn Blacków. – Mogê go pog³askaæ?
- Jasne – b±knê³a pod nosem.
- Ca³a sieæ przy dworcu jest teraz od³±czona. Nie s³ysza³ pan o zabójstwie Mildredy Hangstome? – zainteresowa³ siê James. – Tato mówi, ¿e to mogli byæ ci, którzy nazywaj± sami siebie ¶miercio¿ercami – wyja¶ni³. – Ponoæ w jaki¶ sposób obeszli zabezpieczenia Sieci Fiuu i w ten sposób dostali siê do mieszkania biednej Hangstome.
- Czy to nie jest ta sprawa z pierwszej strony wczorajszego Proroka Codziennego? – podchwyci³ Martin.
- Tak, dok³adnie o to chodzi – przytakn±³ skwapliwie James, a Ave pojê³a, ¿e mog³aby s³uchaæ jego g³osu do koñca ¿ycia.
Uparcie wpatrywa³a siê w szybê, co i rusz zerkaj±c na siedz±cego z przodu szatyna. Wisielec Bob zd±¿y³ ju¿ przemie¶ciæ siê i siedzia³ w tej chwili na jej kolanach i kolanach uradowanego Blacka.
- Zaraz, zaraz… - Martin przystan±³ na ¶wiat³ach i popatrzy³ na siedz±cego obok okularnika uwa¿nie. – A dlaczego ¶miercio¿ercy mieliby zamordowaæ zbieraj±c± starocie Mildredê?
- Tato te¿ nie umia³ mi odpowiedzieæ na to pytanie, ale mo¿e mia³a co¶ bardzo cennego?
- Nieciekawa sprawa – zakoñczy³ temat Martin. – Mam nadziejê, ¿e aurorzy szybko dopadn± morderców i wsadz± ich do Azkabanu. Ch³opaki, w tym roku SUMY, my¶leli¶cie o tym, co zamierzacie dalej robiæ?
- Zostanê aurorem jak mój ojciec – odpar³ natychmiast James.
- Ja chyba te¿ zostanê aurorem – mrukn±³ Syriusz. – A ty Ave?
- Magomedykiem.
Br±zowow³osa pomy¶la³a nagle, ¿e przez ca³e cztery lata nauki nie zdo³a³a zamieniæ z Syriuszem Blackiem tylu s³ów co dzisiaj. Tara jej tego nie daruje.
- No dobra, m³odzi ludzie, parkujemy i wysiadamy – zakomenderowa³ Martin.
Jego córka zmarszczy³a czo³o, ale nic nie powiedzia³a, gdy Syriusz Black pomóg³ za³adowaæ jej kufer na wózek. To by³o bardzo mi³e z jego strony, ale wola³aby jednak, gdyby to James Potter okaza³ choæ odrobinê zainteresowania jej jestestwem.
Martin przytuli³ córkê mocno i uca³owa³ w czo³o.
- Masz do mnie czêsto pisaæ, dobrze? I zachowuj siê przyzwoicie. Nie chcê znowu dostaæ sowy od pani Sprout, która doniesie mi, ¿e razem z t± dziwn± Irlandk± wpakowa³y¶cie siê w k³opoty, zrozumiano?
Ave chcia³a sprostowaæ, ¿e to nie wina Tary, ¿e Leonore Worth postawi³a sobie za cel ¿ycia prowokowanie ich, ale da³a sobie spokój. W³a¶ciwie to nie mia³o ¿adnego znaczenia kto zacz±³, skoro mog³a przez miesi±c ogl±daæ poleruj±ce puchary w Izbie Pamiêci Worth z Thais. Tamten szlaban by³ wart nawet wyjca, którego dosta³a Tara z domu.
- No, id¼ ju¿, bo ch³opaki na ciebie czekaj±.
- Pa, tato.
Dziewczyna odwróci³a siê i do³±czy³a do stoj±cych na uboczu Gryfonów. Swoj± drog± zdziwi³o j±, ¿e tak cierpliwie na ni± czekali.
- James, jakby¶ móg³, to miej czasem oko na moj± latoro¶l! – zawo³a³ jeszcze Martin.
- Oczywi¶cie, proszê pana – odpar³ szatyn, ale Ave by³a niemal pewna, ¿e zapomni o swoim przyrzeczeniu, kiedy tylko przejd± przez barierkê na peron 9 i ¾.
- W³a¶ciwie, to na którym roku jeste¶? – zapyta³ j± Syriusz, kiedy we trójkê szli w kierunku peronów dziewi±tego i dziesi±tego.
- Mam tyle lat co ty.
- Ale…
- £apo, daj jej spokój, to Puchonka. – przerwa³ mu James. – My¶lisz, ¿e Lily przesta³a siê na mnie boczyæ?
- Wrzuci³e¶ jej skórê boomslanga do kocio³ka. Pewnie nadal jest w¶ciek³a.
- Ty mnie do tego namówi³e¶…
Ave westchnê³a w duchu. Nie mia³a najmniejszych szans u Jamesa Pottera, bo on zakocha³ siê w Lily Evans. Mo¿liwe, ¿e sam jeszcze nie zdawa³ sobie sprawy ze swoich uczuæ, ale br±zowow³osa widzia³a je jak na d³oni. Pozostawa³o jej jedynie mieæ nadziejê, ¿e pewnego dnia szatyn spojrzy na ni± ³askawszym okiem.
Barierka ³±cz±ca perony numer 9 i 10 wygl±da³a niepozornie i wcale nie magicznie.
- Przyspieszamy i po kolei. Ty Ave przechodzisz pierwsza – zakomenderowa³ James.
Dziewczyna pokiwa³a g³ow±. Za chwilê znajdzie siê ju¿ na peronie 9 i ¾ i ich drogi rozejd± siê. Bêd± siê co prawda czasem widzieæ na zajêciach, ale ju¿ raczej nie zamieni± ze sob± nawet kilku zdañ. Mo¿e gdyby by³a Gryfonk± mia³aby wiêcej okazji do rozmowy z nimi?
- Trzy, dwa, jeden… Ju¿!
Ave g³adko przesz³a na drug± stronê. Peron nr 9 i ¾ têtni³ ¿yciem. Br±zowow³osa zaczê³a siê rozgl±daæ w poszukiwaniu Tary. Jak na z³o¶æ pierwsz± osob±, jak± uda³o jej siê zobaczyæ by³a Ida Thais. Ciekawe gdzie podziewa³a siê jej przyjació³eczka?
W momencie, kiedy Ave zd±¿y³a zauwa¿yæ Leonore, Syriusz Black przeszed³ przez barierkê.
- Naprawdê mi³o by³o ciê poznaæ – powiedzia³, u¶miechaj±c siê.
Leonore Worth w³a¶nie w tym momencie zaczê³a sztyletowaæ br±zowow³os± wzrokiem.
- Ciebie równie¿.
James Potter mia³ pecha. Rozpêdzony wjecha³ na peron i niemal natychmiast zderzy³ siê z wózkiem Lily Evans. Si³a uderzenia by³a tak du¿a, ¿e oboje upadli, a kufer z rzeczami Gryfonki otworzy³ siê i jego zawarto¶æ wysypa³a siê na chodnik.
- Jamesie Potterze, jeste¶ przekleñstwem mojego ¿ycia, wiesz?! – ryknê³a rudow³osa.
Syriusz zachichota³, zanim zda³ sobie sprawê, w jak z³ej sytuacji znalaz³ siê jego przyjaciel.
- To ja ju¿ chyba pójdê – mruknê³a Ave. – Zdaje mi siê, ¿e w³a¶nie zobaczy³am kole¿ankê.
Br±zowow³osa czym prêdzej ruszy³a w kierunku poci±gu. S³ysza³a jak za jej plecami Lilly Evans wyznawa³a Jamesowi nienawi¶æ do grobowej deski.
Od dawna szukam jakiego¶ fajnego romansu, no i patrz. Z nieba mi spad³
Bardzo mnie zaciekawi³ pocz±tek i nie mogê doczekac siê kontynuacji. Lubiê ff o pierwszym pokoleniu i huncwotach. Mam nadziejê, ¿e bedziesz pisa³a dalej, bo siê wci±gnê³am.
Szczerze, to nigdy nie lubi³am Jamesa... Syriusz jest o wiele lepszy