Jak mógł wyglądać typowy dzień dwumiesięcznej przyjaźni Dumbledore'a i Grindelwalda?
Szklany dzban rąbnął z hukiem o ścianę, kończąc swój żywot wśród resztek soku z dyni. Albus patrzył zmęczonym wzrokiem na targanego złością brata. Nie wiedział, jak jeszcze może go przekonać. Sprzeczali się podczas śniadania, emocje rosły, aż w końcu ofiarą padł ich stary dzban. Teraz obaj stali po przeciwnych końcach stołu, jeden niski i wściekły, drugi wysoki i spokojny. Aberforth już otwierał usta, pewnie po to, by rzucić kolejną obelgą, kiedy usłyszeli charakterystyczny jęk drzwi wejściowych.
Po chwili do kuchni wpadł Grindelwald. Torba, którą miał na ramieniu, zahaczyła o framugę. Krótko rzucił okiem na zastałą scenę, lecz nie wykazał nią najmniejszego zainteresowania. Ignorując młodszego z chłopców, zapytał głośno:
- Albusie, jesteś gotowy?
- Tak, już wychodzę - spojrzał na brata twardo i sięgnął po różdżkę leżącą na stole. - Nie chcę tego więcej wysłuchiwać, Aberforth. Kiedyś będziesz nam wdzięczny.
Aberforth odwrócił się plecami do Grindelwalda, jakby chciał utrzymać go jak najdalej od tej rozmowy.
- Twoje miejsce jest tutaj, w tym domu - warknął - możesz sobie przeliczać szkolne nagrody kiedy chcesz, ale czas chwały już minął. Twoje miejsce jest tutaj - powtórzył. - Z rodziną.
- Nie pochlebiaj sobie - prychnął Gellert, ściągając na siebie wzrok obu chłopców. - To, że urodziła was ta sama kobieta, nie ma żadnego znaczenia. Nie masz pojęcia, czym jest prawdziwe braterstwo. A ona - wskazał głową na drzwi pokoju Ariany, tuż przy wejściu do kuchni - nie musiałaby się ukrywać jak szczur, gdyby na świecie panowali czarodzieje. Można pomyśleć, że nawet ktoś tak ograniczony jak ty będzie w stanie to zrozumieć.
Aberforth zerknął na Albusa, ale ten nie zareagował, wpatrując się w swoją różdżkę.
- Wkrótce zrozumiesz - rzucił Albus, tonem kończącym dyskusję. - Idziemy. Nie wiem, kiedy wrócę.
Grindelwald puścił go przodem chyba tylko po to, żeby móc trzasnąć drzwiami. Zrównał kroki z Albusem, który wyglądał na zdeterminowanego.
- Dobrze zrobiłeś - zaczął Gellert, zarzucając torbę pewniej na ramię. - Przecież dokładnie tego się spodziewaliśmy. Oporu.
Przecięli ogród i po chwili szli już udeptaną ścieżką. Dumbledore westchnął, z żalem chowając różdżkę do kieszeni. Kiedyś nadejdzie dzień zwycięstwa, jednak na razie nie mogli prowokować mugoli. Znając temperament Gellerta, mogło się to skończyć interwencją Ministerstwa Magii i, w konsekwencji, przedwczesnym ujawnieniem ich planów.
- Opór rodziny jest trudniejszy do zniesienia, nawet jeśli robię to wszystko z myślą o niej.
Gellert zacisnął pięści i westchnął ze złością. Gdy przemówił, starał się zachować spokój.
- Źle do tego podchodzisz, Albusie - powiedział, kiedy skręcili w prawo, idąc w stronę miasteczka. Panował poranny zgiełk. Mugole kupowali owoce na straganie, rozmawiali z sąsiadami i robili wszystko, by wypełnić swoje pozbawione celu dni. - Potrzebujesz tylko mnie, żeby osiągnąć cel. Aprobata Aberfortha niczego by nie zmieniła. Nawet lepiej, że ci się sprzeciwia. Dzięki temu zahartujemy się na przyszłość, a wiesz, że nie będzie łatwo.
- Taak... tak, pewnie masz rację - odpowiedział Albus i potrząsnął głową, jakby chciał zapomnieć o kłótni - Gdzie idziemy?
- Nad rzekę - odparł Gellert, zadowolony z zamknięcia tematu - mamy sporo do przemyślenia. Będziemy musieli zgromadzić jak najwięcej zwolenników, Albusie. - dodał poważnym tonem. - Nie każdy będzie tak inteligentny jak ty i ja. Prawdę mówiąc, należy założyć, że... że większość będzie raczej mniej roztropna.
Grindelwald ugryzł się w język, by nie powiedzieć "wszyscy" i nie wzbudzić w Albusie tej irytującej skromności, którą tak ostrożnie starał się wygaszać. Spojrzał na niego krótko i odczuł ulgę, widząc, że Dumbledore nie zamierza się z nim sprzeczać.
- Będziemy musieli przełożyć nasze idee na empiryczne argumenty - powiedział powoli Dumbledore, a Grindelwald pokiwał głową. - To wiele ułatwi. Czarodzieje muszą zrozumieć, że odpowiedzialna i mądra władza pomoże wszystkim.
- A my musimy zostać liderami nowego porządku, tak - gorliwie wpadł mu w słowo Gellert. - A kiedy już będziemy panami śmierci - dodał z błyskiem w oku - władza zostanie w naszych rękach na zawsze. Czy może istnieć lepsze przeznaczenie dla naszych talentów? Poświęcamy się dla dobra wszystkich czarodziejów, kończymy erę opresji i pożałowania godnej uległości.
Dotarli nad rzekę. Idąc skrajem lasu, doszli do miejsca, które wydawało się odpowiednie. Otaczała ich soczysta letnia zieleń, poprzetykana głazami, które przez lata spacyfikował potok. Było to całkiem niewinne miejsce, w sam raz, by w spokoju projektować nowy świat. Grindelwald podszedł do płaskiego kamienia i rzucił torbę na ziemię. Wyjął różdżkę.
- Repello Mugoletum - mruknął Grindelwald, zataczając szerokie koło nad polaną.
- Salvio Hexia! - zawołał Dubmbledore, idąc w ślad za nim.
Rozsiedli się wygodne na trawie. Gellert zaklęciem przywołał swoją torbę i wyjął z niej książki, pergamin i kilka piór.
- Poprzedniego wieczoru wiele rozmyślałem - zaczął, rozkładając swoje notatki. - Powinniśmy poszukać ludzi, którzy doznali cierpień z rąk mugoli. Dzieci odrzucone przez rodziców, żony przez mężów, i tak dalej.
Dumbledore z uwagą przeglądał zapisane skrawki pergaminu rozrzucone na ziemi.
- Ministerstwo Magii?
- Czytasz w moich myślach - odpowiedział Grindelwald z uśmiechem.
- Nie, przecież obiecałem, że tego nie zrobię... - obaj zaśmiali się głośno. Spłoszyli tym malutką wiewiórkę, która jak gdyby posłuchała wewnętrznego rozkazu i zatrzymała się w pół drogi, po czym pomknęła w przeciwną stronę, ku gęstwinie drzew.
- W każdym razie, to proste - ciągnął Grindelwald, odrywając oczy od miejsca, w którym zniknął rudy ogon - wystarczy porozmawiać z kimś z Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. Moja ciotka wspomniała, że trzymają kartotekę konfliktów z mugolami i monitorują potencjalne zagrożenia.
- Domyślam się, że to raczej informacje niejawne?
- To przecież żaden problem - odparł niedbale Gellert, głaszcząc dłonią grzbiet książki.
Albus milczał, myśląc intensywnie. Tak, przekonanie jak największej liczby czarodziejów było kluczem do sukcesu. Jeżeli przyłączą się do nich dobrowolnie, konieczność użycia siły zostanie ograniczona do minimum. Dumbledore machnął różdżką. Pergamin i pióro zawisły w powietrzu na poziomie ich twarzy, pulsując powoli, czekając na rozkaz. Spojrzał na Gellerta i zachęcająco skinął dłonią. Policzki Grindelwalda płonęły, kiedy głośno i wyraźnie wyrecytował:
Czarodzieje pokrzywdzeni przez mugoli
Pióro płynnym ruchem złożyło atramentowy pocałunek na gładkiej powierzchni pergaminu. Zalśniły szmaragdowe litery. Albus już nie wiedział, czy ten blask bije z ich twarzy, czy ze słów, które wyrażały ich najskrytsze pragnienia. Uklęknął, zatapiając palce w wysokiej trawie. Lubił przebywać na świeżym powietrzu, czuł się nieskrępowany, niepowstrzymany. Ściany rozpraszały, zamykały przed nim świat.
- Wiem! - zawołał cicho Dumbledore. - Gellercie, nie sądzisz, że warto byłoby porozmawiać z ludźmi, którzy w niedalekiej przeszłości zostali wyrzuceni z pracy, ze swoich klubów... może nawet ze szkoły? - dodał, puszczając do niego oko. - Takie osoby łatwo przekonać, bo szukają nowego sensu i przynależności. Możemy im wiele zaoferować.
Grindelwald uśmiechnął się łobuzersko, zerkając na krótką listę. To było takie oczywiste!
- Znakomicie - przytaknął, bawiąc się różdżką od niechcenia. W ślad za nią powietrze jakby gęstniało, kreśląc wymyślne zawijasy. - Czyń honory. - rzekł po chwili, rozganiając losowe wzory i z namaszczeniem rysując znak Insygniów Śmierci. Delikatnym dmuchnięciem popchnął dryfujący symbol w stronę pergaminu, który przyjął uderzenie, wypalając charakterystyczny trójkąt białym światłem. Lista została przypieczętowana świętym znakiem, a pod pierwszym punktem wykwitły kolejne słowa:
Czarodzieje odrzuceni, otwarci na nowe wpływy, ulegli i samotni
Albus odwrócił się, by spojrzeć na Gellerta, który w skupieniu przeglądał notatki, co chwilę rozglądając się wokół, jak gdyby w poszukiwaniu natchnienia. Albus wpatrywał się w jego blond włosy, co raz przeczesywane palcami w zamyśleniu. Niewątpliwie miał w nim bratnią duszę, bratni umysł, który wynagradzał lata spędzone samotnie wśród książek. Wiedział, że razem są przeznaczeni do wielkich rzeczy. Poczuł znajome ciepło w okolicach klatki piersiowej i ucisk w gardle, który czasami nie pozwalał mu spać.
Lekki wiatr ochładzał im twarze, kiedy wymieniali się pomysłami, nie bacząc na ostre promienie letniego słońca. Wreszcie Dumbledore wstał, by rozprostować kości.
- Chyba powinniśmy coś zjeść. Nie sądzę jednak, aby powrót do domu był w tej chwili najlepszym pomysłem na świecie.
Grindelwald ożywił się i zawołał.
- Spokojna głowa, pomyślałem o wszystkim! - Chwycił różdżkę i z entuzjazmem machnął w stronę torby. Otworzyła się posłusznie, wypluwając z siebie chleb, ser i kilka jabłek. Jeszcze jedno machnięcie różdżką i z rzeki, niczym mała rybka, wyskoczyła wdzięcznym łukiem porcja czystej wody, lądując w wyczarowanych mosiężnych pucharach.
Grindelwald wyciągnął się na trawie z kawałkiem chleba w zębach. Podwinął jedną rękę za głowę i oparł się o torbę, obserwując Albusa.
Dumbledore osuszył puchar i chwycił jedno z jabłek.
- Coś cię trapi? - zagaił Gellert, strzepując okruchy chleba z koszuli. Albus złapał się na tym, że instynktownie zablokował umysł, choć przecież nie mieli przed sobą tajemnic. Spojrzał wyzywająco na Grindelwalda i westchnął głośno.
- W ramach całkowitej szczerości, obawiam się, że tak. Dzielenie się z tobą ideami jest ekscytujące, to prawda, ale nie mogę się wyzbyć tego dziwnego niepokoju. Co jeśli... - zawahał się przez chwilę, poszukując słów - co jeśli potrzebujemy kogoś, kto nas sprowadzi na ziemię? Nasze pomysły są tak zaawansowane, że trudno nam pojmować świat kategoriami zwykłego człowieka.
Gellert poderwał się gwałtownie.
- Albusie! - przemówił ostrym tonem. - Nie po to obdarzono nas inteligencją, żebyśmy się teraz zrównywali z tłumem. Przecież o to w tym wszystkim chodzi! - uderzył pięścią w rozgrzaną ziemię. - O przywództwo! O dobro wszystkich czarodziejów! A gdyby wszyscy to od razu zrozumieli... - uśmiechnął się drwiąco - cóż, nie wyróżnialibyśmy się niczym, nieprawdaż?
Dumbledore milczał. Zauważył niepokój w twarzy swojego towarzysza i w duchu skarcił się za to, że wciąż doszukuje się problemów. Opadł na ziemię i ugryzł jabłko, twarde i winne. Gellert chyba nie oczekiwał odpowiedzi i również zajął się jedzeniem.
- Czy myślisz - podjął Gellert, podnosząc się i zbierając porozrzucane notatki - że będziemy w stanie wyruszyć w drogę po wakacjach?
- Tak będzie, jak sądzę, najbezpieczniej - Albus skinął głową i odchylił się na rękach, patrząc z powagą na Grindelwalda. - Muszę dopilnować, aby mój brat wrócił do szkoły i wówczas możemy zaczynać.
Przez chwilę patrzyli na siebie, a niewypowiedziane pytanie o Arianę wisiało ciężko w powietrzu. Skaza na ich planie, irytująca niedogodność. Gellert nie chciał poruszać tego tematu jako pierwszy, czekał aż Albus dojrzeje do podjęcia stosownej decyzji. Odwrócił głowę i różdżką przywołał do siebie pergamin z listą, którą dzisiaj sporządzili.
- Zobaczmy, co tu mamy -mruknął. Albus podszedł i usiadł obok niego. Twarze im pojaśniały, gdy ponownie skoncentrowali się na pracy. Razem odczytali efekty dzisiejszej burzy mózgów.
REKRUTACJA ZWOLENNIKÓW
- Czarodzieje pokrzywdzeni przez mugoli; rozbite rodziny, ofiary nękania, prześladowani;
- Czarodzieje odrzuceni, otwarci na nowe wpływy, ulegli i samotni;
- Nauczyciele mający dostęp do młodych, formujących się talentów;
- Urzędnicy Ministerstwa Magii i odpowiednich organów w innych krajach; wewnętrzne próby podważania i zmiany Kodeksu Tajności
- Przedstawiciele prasy czarodziejskiej; subtelne przygotowanie społeczności czarodziejów na wyjście z cienia, zjednanie opinii publicznej
Albus i Gellert spojrzeli na siebie z głęboką satysfakcją. Po wcześniejszych rozterkach nie było ani śladu. Grindelwald głośno wypuścił powietrze, a gdy przemówił, głos drżał mu z podniecenia.
- To będzie piękne.
Napisałam ten tekst już dawno, w zasadzie tej samej nocy, kiedy po raz pierwszy byłam w kinie na PIERWSZEJ części Fantastycznych Zwierząt. Relacja Dumbledore'a i Grindelwalda fascynuje mnie od czasów siódmego tomu i musiałam sobie rozpracować, jak to mogło wyglądać.
Walcie śmiało.