Historia młodej Kat, która straciła kogoś, kogo tak bardzo kochała.
Ludzie mówią mi, że mam być silna. Ale co to znaczy być silnym? Kiedyś się za taką uważałam. Jednak teraz wszystko się zmieniło. Całe moje życie. Po prostu... nie wiem już gdzie jest początek, a gdzie koniec. Gdzie prawda, a gdzie fikcja. Zgubiłam gdzieś to, co nazywałam siłą. Odwagą. To, co nazywałam sobą. Wszystko uleciało. Już nie wiem kim jestem. Teraz, kiedy stoję nad grobem swojego ojca, czuję, że to wszystko straciłam. Żałuję, ze nie doceniałam go, kiedy jeszcze żył. Był moja ostoją. Wciąż pamiętam wieczory, w których ocierał moje łzy po koszmarach, które tak często mi się śniły. Jak pomagał mi rozczesywać moje wiecznie splątane blond włosy. Jak mnie przytulał, kiedy tego potrzebowałam. Niby takie drobnostki, a jednak tak wiele znaczyły. Dlaczego myślę o tym dopiero teraz? Kiedy go straciłam?
Może dlatego, że to po części moja wina. On był takim spokojnym człowiekiem... Byłam do niego tak strasznie przywiązana... Do chwili w której trafiłam do Hogwartu. Powoli stawałam się niezależna. Do dziś pamiętam naszą pierwsza kłótnię. Była krótka, ale tak strasznie bolesna dla nas obojga...
- Kat, porozmawiaj ze mną. Przecież kiedyś tyle rozmawialiśmy... - powiedział.
- Nie chcę - rzuciłam. Miałam wtedy trzynaście lat. Zawiodłam się na kimś, kogo nazywałam przyjaciółką, a która zraniła mnie dogłębnie.
- Kat...
- Odwal się, okej?! Nie chcę rozmów, tak ciężko to pojąć?!
W jego oczach pojawił się smutek.
- Nigdy nie sądziłem, że to powiem, ale... zawiodłem się na tobie, Kat. Nigdy taka nie byłaś.
Łzy płyną mi po policzkch. Od tamtego czasu wyrosła między nami niewidzialna bariera. Żadne słowa nie potrafiły jej zburzyć. Wtedy zobaczyłam w nim prawdziwego mugola, którym zresztą był. Nic nie mogłam poradzić na to, że dawne czasy minęły. Już nie potrafiłam mieć do niego takiego stosunku, co kiedyś. Rozmawialiśmy coraz mniej, aż w końcu bardziej zaabsorbowały mnie kumpele ze szkoły, magia, moja przyszłość. Nie widziałam, kiedy marniał w oczach.
Pewnego dnia wróciłam do domu a jego nie było. Leżał w szpitalu. Wtedy dowiedziałam się, że miał raka.
- Jak to? Jak to możliwe? - wypytywałam mugolskiego lekarza, ale on tylko kręcił głową.
- Przykro mi.
- Ale można coś z tym zrobić, prawda?
Znów pokręcił głową.
- Za późno go wykryto. Został mu mniej więcej miesiąc.
Wtedy cały mój świat się zawalił. Zrozumiałam, jaki był dla mnie ważny. Ile czasu straciłam na bezsensownych pogaduszkach z dziewczynami o chłopakach. Jak bawiłam się z nimi w czarodziejskich dyskotekach, a on w tym czasie powoli umierał. Rak zżerał go od środka. Powiedział, że wiedział o tym już dawno. Po prostu czekał aż zareaguję na jego szybkie męczenie się, coraz większe wory pod oczami i zmęczony wzrok.
A ja go ignorowałam. Teraz jest już za późno. Za późno na przeprosiny i słowa żalu. Nie zdążyłam nawet z nim porozmawiać. Nadrobić straconych chwil.
Tata umarł dwa dni później w ogrodzie. Miejscu, które tak kochał.
Weszłam cicho do domu niosąc w ręku trochę kwiatów do wazonu. Wiedziałam, że bardzo nie lubił wyrywać ich z ogrodu zmarłej kilkadziesiąt lat temu żony.
- Cześć tato - powiedziałam stawiając rośliny w przygotowanym na wszystko wazonie. Odpowiedziała mi kompletna cisza. Pomyślałam, że siedzi sobie w ogrodzie.
I był tam.
Leżał nieruchomo pośród rządków niebieskich niezapominajek. W zimnej ręce trzymał białą różę. Kiedy byłam mała, tak się nią zachwycałam. Serce mi się ścisnęło. Jakieś niewidzialne ręce ścisnęły mnie za gardło. Rzuciłam się ku niemu, ale było już za późno. Zalałam się łzami. Tak bardzo chciałam go z powrotem odzyskać...
Kolejny raz dotykam marmurowego pomnika. Spoczywał pod nim. Zamknięty w drewnianej skrzynce, przykryty kilkoma metrami ziemi. Znów czuję na policzku łzy, ale ocieram je. Czas wracać do domu.
***
Wchodzę do środka. Pierwsze, co do mnie trafia, to chłód, pustka i cisza. Tak bardzo mnie to boli... Kiedy pomyślę sobie, że już nigdy więcej go nie zobaczę...
Wchodzę do jego pokoju. Pachnie w nim książkami. Jak w dużej bibliotece, tylko że z łóżkiem. Było ono idealnie pościelone. Żółte ściany od dawna nie były malowane i nieco wyblakły. Na półkach stało mnóstwo książek i zdjęć. Głównie moich i mojej mamy. Gdzieniegdzie był i on. Z trudem powstrzymuję łzy.
Wtedy zauważam kartkę wystającą z książki leżącej na biurku. Wyjmuję ją z zaciekawieniem. Chwilę waham się przed jej otwarciem. W końcu to jego prywatna sprawa, co zapisywał na karteczkach. Co z tego, że już nie żył. Może wolał to zostawić dla siebie. Delikatnie odstawiam ją na miejsce i cichutko wychodzę z pokoju.
***
-Mamo, wychodzę! - słyszę. Kiwam głową ze zmęczeniem i odprowadzam ją wzrokiem. Dopiero co skończyła naukę w Hogwarcie, a już gdzieś ucieka. Zrobiło mi się żal tego, że ja robiłam to samo.
Od śmierci mojego ojca minęło już osiemnaście lat. Samotnie wychowuję swoją córkę - Milly. To urocza szatynka z zielonymi oczami. Odziedziczyła je po ojcu, który nas porzucił po jej narodzinach. Nie dziwiłam mu się. Nadal boli mnie to, co stało się tyle lat temu. To zaniedbanie, które okazałam temu, który otoczył mnie taką miłością, której nie potrafiłam sobie wyobrazić.
Ona mnie nie rozumie. Powinnam jej wytłumaczyć, dlaczego zrywam się w środku nocy wołając swojego ojca, którego zabrakło. Dlaczego zabraniam wstępu do jego dawnego pokoju i czemu nie chcę się wyprowadzić z tego domu. Czemu co roku, gdy zakwitną niezapominajki i ta jedna biała róża, pośrodku siedzę wśród nich i płaczę. Tyle że nie potrafię. A może po prostu nie chcę? Tak bardzo wstydzę się tego, że tak mało czasu mu poświęciłam. I tego, że nie potrafię spędzić z Milly tyle czasu, ile bym chciała.
Wzdycham i podnoszę się z krzesła. Mam już 36 lat. Właściwie dziś są moje urodziny. Nikt nie pamiętał. Jak zawsze. A ja? Ja wchodzę cicho do pokoju na piętrze. Jego wnętrze jest wciąż takie samo, jak osiemnaście lat temu. Drewniana podłoga lekko skrzypi pod moimi stopami. Ściany nieco bardziej wyblakły, a na meblach i łóżku osiadł kurz. Nigdy nie odważyłam się go sprzątnąć, bojąc się, że wtedy ta cząstka taty, która tu pozostała, ucieknie. Rozglądam się ze łzami w oczach. Znam to pomieszczenie na pamięć. Kocham je. Tak jak kochałam tatę.
Mój wzrok wędruje ku starej książce leżącej na drewnianym biurku. Nadal wystawała z niej złożona kartka. Co roku chcę ją przeczytać i co roku nie potrafię. Teraz nadszedł kolejny raz, aby spróbować. Biorę wdech i wyciągam ją. Otwieram. Od razu rozpoznaję jego kształtne pismo.
Kochana Kat!
Jeśli to czytasz, to znaczy, że już mnie tu nie ma. Zapewne minęło parę lat zanim ją znalazłaś. Wiem, że jest Ci przykro. Mi również. Nie chciałem cię zostawiać, ale niestety, nie zawsze dostaniemy to, czego chcemy. Tak to już jest.
Pewnie masz już swoje dzieci. Powiem Ci jedno - nie zaniedbuj ich. Nie pozwól im odejść. W pewnym momencie może Cię zabraknąć, a wtedy będziesz dla nich tylko kimś, kto dawał im jeść i ubierał je. Zrealizuj marzenia, córeczko. Podobno chciałaś być aurorką, prawda? Nie rezygnuj z tego. Moim zdaniem jesteś wspaniałą czarownicą. Co z tego, że wcale się na tym nie znam.
Kocham cię, córeczko. I nie mam do Ciebie żalu o to, że chciałaś stać się samodzielna. Nie mogłem Cię przecież mieć zawsze tylko dla siebie. Nie zadręczaj się. Sam się zaniedbałem. Twoim obowiązkiem jest żyć dalej, najlepiej jak potrafisz. Nie musisz żałować, Kat.
Po prostu pamiętaj.
Twój tata.
Łzy płyną po moich policzkach. Stoję nad biurkiem i zmywam z niego kurz swoimi łzami. Patrzę na okładkę książki. Powoli ją podnoszę. Miała co najmniej sześćdziesiąt stron i tytuł "Kocham nie zawsze znaczy jestem". Siadam powoli na łóżku i zabieram się do lektury.
Po kilku godzinach wraca Milly. W ręku trzyma pudełko czekoladek i białą różę. Podchodzi do mnie.
- Wszystkiego najlepszego, mamo - mówi. Biorę ją w objęcia i przyciskam mocno do siebie. Czuję bicie jej serca i pierwszy raz słyszę własne. Biją jednym rytmem.
- Kocham cię, córeczko - szepczę.
- Ja ciebie też, mamo - odpowiada zaskoczona. Powiedziałyśmy to sobie pierwszy raz w życiu.
- Chcę ci wytłumaczyć parę spraw - mówię. - Ale najpierw musimy się udać w jedno miejsce.
Kiwa głową i obie teleportujemy się na skraju mugolskiego cmentarza. Chwilę kluczę między nagrobkami, aż w końcu widzę nieco zabrudzony marmur i napis:
IVAAN MCKOWN
1800 - 1840
Milly marszczy brwi.
- Kto to jest, mamo? - pyta.
A ja już jestem gotowa jej odpowiedzieć. Powiedzieć prawdę. Od samego początku, gdziekolwiek on jest. Słowa same wypływają z moich ust, ale wiem, że Milly wszystko rozumie.
- Nie wiem, co teraz zrobić... - szepcze. - Nie znałam go.
- Wiesz, ja chyba też nie. Wystarczy tylko jedno, Milly. - Patrzę na nią uważnie. Spoglądamy sobie w oczy. - Po prostu pamiętajmy.
Wychodzimy z cmentarza trzymając się za ręce, czego nigdy nie robiłyśmy.
Jak prawdziwa matka z córką.
Bardzo nastrojowa miniaturka, ale zabrakło mi lepszego wprowadzenia. Myślę, że lepiej bym się wczuła, jakbyś trochę szerzej opisała relację Kat z ojcem. Od początku, gdy byli dla siebie najważniejszy, po przełomowy moment pójścia bohaterki do Hogwartu. Zabrakło mi pokazania, co młoda Kat myślała o ojcu-mugolu. No i bardzo, ale to bardzo nie podoba mi się ten fragment:
Zniszczyłaś tutaj troszkę postać ojca. Tutaj wyszedł na takiego, co koniecznie chciał być biedny i obwinić córkę o to, że się nim nie interesowała. Jakby nie robił z rakiem nic, by ją ukarać. Domyślam się, że nie o to chodziło, ale bardzo brzydko te dwa zdania wyszły.
Za to im dalej w las tym poszło Ci lepiej. Świetny motyw z listem. Już nie mogłam się doczekać, aż w końcu Kat go przeczyta. Fajnie też skontrastowałaś relację Kat-ojciec z relacją Kat-córka. Dobrze też ukazałaś tęsknotę bohaterki za tatą, na którego śmierć tak naprawdę nie była gotowa, mimo "otrzymania" miesiąca czasu. Mi się podoba