Rekord osób online:
Najwięcej userów: 1394
Było: 16.04.2026 14:31:17
Współpraca z Tactic Games
>> Czytaj Więcej
Wydanie stworzyli: Nieoryginalna, Klaudia Lind, Anastazja Schubert, Takoizu, CoSieDzieje, Syriusz32.
>> Czytaj Więcej
Jak wyglądało życie Gauntów? Powstał film, który Wam to pokaże.
>> Czytaj Więcej
W sierpniu HPnetowicze mieli okazję spotkać się w Krakowie. Jak było?
>> Czytaj Więcej
Wydanie stworzyli: Klaudia Lind, louise60, Zireael, Aneta02, Anastazja Schubert, Lilyatte, Syrius...
>> Czytaj Więcej
Wydanie stworzyli: Klaudia Lind, Hanix082, Sam Quest, louise60, PaulaSmith, CoSieDzieje, Syriusz32.
>> Czytaj Więcej
Każdy tatuaż niesie ze sobą jakąś historię. Jakie niosą te fanowskie, związane z młodym czarodzie...
>> Czytaj Więcej
Nicram_93
Hermiona nie może zapomnieć o dziwnym zachowaniu profesora Hughesa. Pełna złych przeczuć decyduje...
>> Czytaj Więcej
Nicram_93
Hermiona nie może zapomnieć o dziwnym zachowaniu profesora Hughesa. Pełna złych przeczuć decyduje...
>> Czytaj Więcej
Nicram_93
Rok szkolny nabiera rozpędu, a Hermiona staje przed zadaniem patrolowania korytarzy kolejnej nocy...
>> Czytaj Więcej
Cykl wierszy poświęcony Remusowi. :)
>> Czytaj Więcej
Nicram_93
Rok szkolny nabiera rozpędu, a Hermiona staje przed zadaniem patrolowania korytarzy kolejnej nocy...
>> Czytaj Więcej
Nicram_93
W Hogwarcie rozpoczyna się nowy rok szkolny. Hermiona wraz z przyjaciółkami ma pierwsze zajęcia i...
>> Czytaj Więcej
Nicram_93
W Hogwarcie rozpoczyna się nowy rok szkolny. Hermiona wraz z przyjaciółkami ma pierwsze zajęcia i...
>> Czytaj Więcej




[P]Louise Lainey ostatnio widziano 17.12.2024 o godzinie 15:44 w Błonia
Valerie Adams ostatnio widziano 02.07.2023 o godzinie 13:40 w Stacja kolejowa
Valerie Adams ostatnio widziano 27.06.2023 o godzinie 21:20 w Błonia
Valerie Adams ostatnio widziano 23.06.2023 o godzinie 16:46 w Sala transmutacji
Valerie Adams ostatnio widziano 22.06.2023 o godzinie 19:04 w VII piętro
Valerie Adams ostatnio widziano 12.06.2023 o godzinie 18:15 w Dziedziniec Transmutacji
ZireaelW przeciągu wieków powstało mnóstwo opowiadań, podawanych z ust do ust, zapadających w pamięci, pozostających w sercach przez całe pokolenia. Prawdziwych lub zacierających fakty. Radosnych czy smutnych. Przepełnionych zawiścią i tych, w których miłość zyskuje rzeczywistą moc. Moją opowieść przez lata skrywałam przed światem. W strachu i wstydzie nie mogłam wypowiedzieć słów, które jak kamień ciążyły mi na sercu bardziej z każdym dniem. Teraz chyba dojrzałam do tego, żeby móc wyrzucić z siebie moją historię. To moja spowiedź, wyznanie wszelkich grzechów, których dopuściłam się przez lata życia.
Oto historia mojej śmierci.
Jako córka jednej z założycielek Szkoły Magii i Czarodziejstwa, nie miałam złego dzieciństwa. Otaczali mnie ludzie, których brałam za swoje wzory i którzy traktowali mnie jak członka swojej rodziny. Każdy z założycieli miał swoją unikatową cechę, za którą go podziwiałam. Wujek Godryk był najodważniejszą osobą, jaką dane mi było spotkać. Uwielbiałam słuchać o jego bohaterskich wyczynach jeszcze sprzed czasów powstania szkoły. Był niesamowicie dumny ze swoich zwycięstw, które odnosił w walkach z innymi czarodziejami czy magicznymi bestiami.
Wujek Salazar był jego zupełnym przeciwieństwem. Skryty, mało charyzmatyczny, niewiele mówił w towarzystwie. Czasem jednak zabierał mnie ze sobą do lochów i pokazywał każdy ich zakamarek. Potrafił w mroku i ciemności znaleźć coś niedostrzegalnego dla ludzkiego oka. Coś, co objawia się tylko tym, którzy szukają. Wtedy rozmawiał ze mną jak inny człowiek. Jak człowiek zachwycony światem. Jak człowiek zupełnie niepodobny do osób, które uczyły się pod jego herbem.
Ciocia Helga natomiast była miłą i troskliwą kobietą, której uśmiech nigdy nie schodził z twarzy. Zawsze pytała, jak się czuję, czy niczego mi nie brakuje. To ona łagodziła sprzeczki między wujkami, które zdarzały się bardzo często. Była dobrym duchem, czuwającym nie tylko nad uczniami swojego domu, ale nad całym zamkiem. Jej wrażliwość potrafiła nie raz skruszyć lód w sercach innych ludzi. Była naprawdę niesamowita.
Na koniec pozostała jeszcze moja matka, Rowena. Wiem, że bardzo mnie kochała, że chciała dla mnie jak najlepiej. Była uosobieniem mądrości, inteligencji i rozumu. Znajdowała wyjście z każdej sytuacji i ceniła tych, którzy w książkach i w nauce potrafią znaleźć swoją siłę. Każdy uczeń jej domu stawał się jej dumą, dzieckiem, które kochała jak własne.
Posiadanie takich osób za wzór to niesamowite szczęście. Jednak z biegiem lat, kiedy byłam starsza i zaczynałam rozumieć więcej rzeczy, zauważyłam, że na tle tak wspaniałych osób, ja nie wyróżniam się niczym szczególnym. Byłam inteligentna, ale nie na tyle, by móc rywalizować z moją matką. Nie dorastałam jej do pięt. Kiedy zdałam sobie z tego sprawę, każdego kolejnego dnia czułam się bardziej wypchnięta na margines. Oddalałam się od matki i innych założycieli, nie chciałam z nimi rozmawiać, nie chciałam ich widzieć. Jakby byli dla mnie już tylko obcymi ludźmi. Często wychodziłam na samotne spacery, starałam się wyrzucić z siebie ten żal, który mnie przytłaczał. Zaczęłam kłócić się z matką o najbardziej błahe rzeczy, byłam wściekła i stale zdenerwowana.
I pod wpływem wzbierającej we mnie nienawiści zdecydowałam się uciec. Nie mówiłam nikomu o swoich planach, nawet znajomym. Nawet Baronowi, który byłby w stanie zrobić dla mnie wszystko. To była moja decyzja, której ciężar musiałam nieść sama.
To była noc. Księżyc świecił wysoko i wpadał przez okno do pokoju, oświetlając fragment łóżka, na którym spała. Cicho przemknęłam przez zimną posadzkę w kierunku jej toaletki. Po prawej stronie, na specjalnie wyznaczonym miejscu, ułożony był jej diadem. Błękitne kryształki połyskiwały delikatnie w bladym świetle, kiedy ściskając go w ręce wychodziłam z jej komnaty. Matka mówiła, że jej diadem obdarza mądrością każdego, kto go założy. To jeszcze bardziej podsycało we mnie złość. Już jest wystarczająco mądra. Czy musi jeszcze szczycić się posiadaniem przedmiotu, który czyni z niej najprawdopodobniej najmądrzejszą osobę na świecie? Szczyt egoizmu. A przynajmniej tak wtedy myślałam. Był czymś, co bardzo ceniła. Chciałam, by cierpiała po jego utracie. Pochłonięta nienawiścią zbiegałam po schodach wieży, gubiąc po drodze kolejne łzy, których nie miałam siły zbierać. Wypadając przez bramę zamku, ostatni raz obejrzałam się na okno jej sypialni, pogrążone w mroku.
Zastanawiałam się, czy nie zawrócić. Wiedziałam, że robię źle. Że jest moją matką i kocha mnie nad własne życie. Nie miałam siły ruszyć się z miejsca, nie mogłam zrobić nawet jednego kroku. W tamtym miejscu, na ziemi z księżycem jako świadkiem, pogrzebałam wątpliwości i żale. Odcięłam się od świata, do którego nie pasowałam i który jedynie potrafił wyniszczać moje wnętrze. Chciałam krzyczeć, rzucić w jej twarz garść słów, których sama nawet nie potrafiłam stworzyć.
Zacisnęłam drżące palce na diademie i deportowałam się. Wylądowałam w lesie, było zimno i ciemno. Nie potrafiłam rozróżnić kształtów przez spływające po policzkach łzy. Upadłam na kolana, na przesiąknięty wodą mech i z rozpaczą w duszy i przeciętym sercem usnęłam pod dachem liści. Chciałam nic nie czuć. Chciałam, żeby moja dusza rozpłynęła się w powietrzu, a ciało razem z nią. Nie wiedziałam, co robić. Gdzie iść i po co. Uciekłam z chęcią odebrania matce części jej samej, choć nie wiedziałam dlaczego. Dlaczego chciałam, żeby cierpiała? Kochała mnie, jak wszyscy tam. Do tej pory żyliśmy razem, w zgodzie, jak szczęśliwa rodzina. Co się zmieniło? Zaczęła toczyć mnie choroba. Choroba, na którą nie ma fizycznego lekarstwa. Tą chorobą była zazdrość. Zazdrościłam im wszystkim. Mieli cechy, którymi mogli się poszczycić przed światem. Moje istnienie ginęło w blasku, który sobą roztaczali. Ale najbardziej byłam zazdrosna o matkę.
Jestem jej córką. A ona równie mocno kochała dzieciaki, które uczyły się magii pod herbem jej domu. Jakby byli mi równi. Tego najbardziej nie mogłam znieść. Diadem właściwie był tylko przykrywką, pretekstem do ucieczki. Chciałam, żeby matka za mną tęskniła. Żeby mnie szukała i poświęciła na to całe swoje życie.
Od tamtej pory ukrywałam się w lesie. W Albanii, bardzo daleko od domu, musiałam stworzyć sobie życie, pozbawiona dotychczasowych wygód. Nie było to ciężkie. Z diademem na głowie rozwiązania niewygodnych sytuacji znajdowałam w mig. Jedną z trudniejszych chwil tamtego życia było zdobywanie jedzenia. Oczywiście z użyciem magii sprawa braku pieniędzy nie sprawiała problemów, jednak kiedy pojawiałam się w pobliskim miasteczku, nie raz musiałam wejść w interakcję z obcymi ludźmi. Pytali, skąd jestem, gdzie mieszkam i czy diadem, który noszę, jest na sprzedaż. Starałam się odpowiadać przy użyciu jak najmniejszej ilości słów, czasem dopuszczając się ucieczki. Jakiekolwiek zdradzenie się czy nawiązanie kontaktu z kimkolwiek mogło pomóc w odnalezieniu mnie.
O ile w ogóle próbowaliby mnie szukać…
Noce w lesie stawały się coraz zimniejsze, a samotność powoli wzbudzała we mnie poczucie winy. Starałam się je tłumić, ale nie było to wcale takie proste. Budowałam jakieś szałasy z drzew, ukrywałam się przed ludźmi, którzy przychodzili tam, żeby zebrać drewno na opał. Zaczęłam się zastanawiać, czy tak będzie wyglądało moje życie. W otoczeniu drzew, zwierząt i pustki, która wypełniała moje wnętrze.
Nie musiałam się długo zastanawiać.
Pewnego dnia po powrocie ze wsi z naręczem jedzenia, wyczułam w moim lesie czyjąś obecność. Nie zwykłych ludzi, wyczułam magię. Zdrętwiałe ręce wypuściły owoce, które potoczyły się po ziemi na wszystkie strony. Zacisnęłam dłonie na podartej od gałęzi sukni, nie mogąc ruszyć się nawet na krok. Nie mogąc wydusić nawet zdania.
- Niełatwo było cię znaleźć.
Głos Barona świdrował mi w czaszce. Wyszedł zza drzewa, w swoim szlacheckim stroju, z jak zwykle bujnym wąsem i szarmanckim uśmiechem. W dłoniach wolno obracał różdżkę.
- Wiesz, że nieładnie jest tak uciekać i kraść cudze rzeczy?
- Po co tu przyszedłeś? - przerwałam mu, modląc się w duchu, żeby mój głos nie drżał. Uśmiech mężczyzny tylko się poszerzył.
- Twoja matka mnie przysłała. Chciała cię jeszcze raz zobaczyć.
- Jak to?
- Rowena umiera.
Poczułam się, jakby uderzył mnie tymi słowami w brzuch. Jakby wtoczył truciznę do mojej krwi. Jakby specjalnie pastwił się nade mną.
- Kłamiesz - wydukałam ledwie, nie mogąc utrzymać się na nogach. Podparłam się ręką o drzewo i spuściłam wzrok. Jego cichy śmiech tylko pogorszył mój stan.
- Kilka dni po twojej ucieczce zachorowała. Żaden medyk nie może jej pomóc. Wysłała mnie, żebym cię odnalazł i sprowadził do domu. Ukochana, wróćmy razem.
To nie tak miało być. Nie chciałam, żeby tak się to skończyło. Chciałam tylko, żeby…
I w tamtym momencie ogarnął mnie gniew. Ten sam gniew, który towarzyszył mi przy ucieczce z zamku.
- Skoro tak bardzo chce mnie z powrotem, dlaczego sama nie przyszła? Czemu sama mnie nie szukała?
Uśmiech Barona zbladł. Mężczyzna zmarszczył brwi, a różdżka zamarła w jego palcach.
- Heleno. Wracamy do domu.
- Nigdzie nie idę. Teraz tu jest mój dom.
I wtedy zrobił coś, czego zupełnie się nie spodziewałam. Z twarzą wykrzywioną we wściekłości rzucił się w moją stronę. Gotowa do obrony przed zaklęciem nie przewidziałam, że chował pod szatą nóż.
- Wracasz ze mną, czy tego chcesz, czy nie! – jego krzyk rozniósł się po lesie, mieszając się razem z moim.
Zrobiłam kilka kroków w tył, plecami wpadając na drzewo. Do kory docisnęła mnie siła pchnięcia nożem, który z łatwością przeszył mój brzuch, niemal na wylot.
Nie czułam bólu. Nie czułam strachu. Czułam smutek i przede wszystkim żal.
Żal do matki, że nie przyszła.
Żal do Barona, który patrzył na mnie teraz przestraszonym spojrzeniem.
Żal do siebie, że w ogóle kiedykolwiek uciekłam.
Moja myśl szybko jeszcze poleciała ku zakopanemu w ziemi diademowi. Nie chciałam, żeby ktokolwiek go znalazł. Stał się symbolem mojego tchórzostwa, mojej porażki, mojej słabości. Stał się piętnem w sercu, którego nie sposób wymazać.
Później wiele rzeczy stało się w tej samej chwili. Kiedy myślałam, że teraz czeka mnie już tylko błoga nieświadomość, widziałam jak Baron pochyla się nad moim ciałem, jak płacze.
Jak wbija sobie okrwawiony nóż w serce.
Wisiałam kilka centymetrów nad ziemią, a gdy uniosłam ręce, prześwitywały przez nie promienie słoneczne.
Potem przez długi czas nie widziałam nic. Czułam pustkę, chłód i rozpacz, chciałam wyć i po prostu rozpłynąć się w powietrzu.
Po chwili, która była dla mnie wiecznością, znalazłam się w zamku. W wieży Roweny Ravenclaw. W wieży mojej matki. Wisiałam przy jej pustym łóżku, nie mogąc niczego dotknąć, niczego poczuć.
Tak skończyła się historia mojego życia. A jednak, mimo to, ja sama nadal istnieję. Wszechświat nie pozwolił mi umrzeć, muszę pokutować za popełnione za życia grzechy.
(Nie)życie ducha potrafi przysporzyć więcej zmartwień niż radości. Codziennie zastanawiam się, dlaczego jeszcze błąkam się po świecie, w którym niczego już dla mnie nie ma. Zastanawiam się, jak naiwna musiałam być, jak wiele musiałam stracić, żeby zrozumieć, że miałam wszystko. Jak stchórzyłam, kiedy mogłam wykazać się odwagą.
Odwagą, którą teraz widzę w oczach stojącego przede mną chłopca. Nowe pokolenie Godryka Gryffindora. On jeszcze ma nadzieję, że w jego życiu coś może się zmienić. Że ma nad nim jakąkolwiek kontrolę. W szkłach jego okularów odbijają się wybuchy otaczającej zamek bariery.
- Jeśli musisz o coś prosić, nigdy się nie dowiesz. Jeśli wiesz, po prostu poproś…
Twarz chłopaka rozjaśnia uśmiech, radość w jego oczach na chwilę odżywa.
- Dziękuję.
I znika, zostawiając mnie samą w zimnych murach wieży. Całą szkołę przepełnia strach. Strach przed śmiercią. Nie rozumiem go. Umarłam jeszcze za życia. Ciało istniało, ale duszy już nie było. Można powiedzieć, że teraz jestem żywa bardziej niż byłam kiedyś.
Wiem, że on go zniszczy. Uwolni mnie od brzemienia, które stuleciami ciążyło mi na sercu. Diadem już dawno powinien zostać odrzucony w zapomnienie.
Wyspowiadałam się. Może teraz w końcu będę mogła sobie wybaczyć.
Nieoryginalna dnia 19.02.2018 15:35
AdersYooo dnia 19.02.2018 15:47
Klaudia Lind dnia 22.02.2018 18:22
gordian119 dnia 23.02.2018 18:20
Czytanie Twoich opowiadań to czysta przyjemność. Bardzo mnie zaciekawił początek, potem też w sumie było bardzo dobrze... Chociaż, tak jak to już zostało zauważone, niektóre wątki są niedociągnięte i nie łączą się w całość. Chyba powinnaś trochę dłużej nad tym opowiadaniem posiedzieć i dokładnie pokazać co się stało z Heleną czy z baronem... | Wybitny! | 100% | [2 głosy] | |
| Powyżej oczekiwań | 0% | [0 głosów] | |
| Zadowalający | 0% | [0 głosów] | |
| Nędzny | 0% | [0 głosów] | |
| Okropny | 0% | [0 głosów] |
Alette
fuerte
Katherine_Pierce
Sam Quest
Shanti Black
A.
monciakund
ania919
ulka_black_potter
Klaudia Lind
FanFick, mimo oczywistego bazowania na twórczości J.K., jest dla mnie również niezależnym tworem, który bez zastanowienia, lecz z pewnością, mogę opisać jako uniwersalne dzieło.
Długość jest w sam raz do szkolnego podręcznika, a prawie każde słowo nakłania do myślenia.
Zireael pisze rewelacyjnie, ale, jako że inni już jej styl wychwalali, ja skupię się na samych doznaniach, które nam ufundowała.
Gdy tylko dostrzegłem nowe FF na stronie rutynowo zerknąłem na tytuł, po czym ruszyłem w stronę SB, jednak kiedy dotarł do mnie sens nie mogłem się powstrzymać przed przeczytaniem.
Nie jest to może tekst tak dramatyczny jak fragment opisujący śmierć Zgredka, ale skutecznie, równomiernie i spokojnie, niczym dobry duch, przyjaciel, wysnuwa z serca gorycz - jad, którego ilość zależy od ilości doświadczeń życiowych czytelnika.
Bardzo podoba mi się ten zabieg. Czułem się niedobrze zmuszony do myślenia o nieczystości, plugastwie, ludzkiej zazdrości, niegodziwości. O wszelkim "drobnym" złu, które truje umysł, ciało i duszę właśnie w tej kolejności, a nie zawsze jest widoczne.
Nie czułem smutku, ale tę żółć, która zewsząd wypływa.
Jak zwykle przesadzam. Jednak, czy to coś złego znajdywać głębszy sens w utworze, który i tak miał nami potrząsnąć? Nie zależnie od tego w jakim celu.
Schodząc nieco z tonu przesady, przejdę do głównej historii.
Bardzo łatwo (a przynajmniej takie wrażenie oddaje tekst) przyszło ci wcielić się w ducha, Zireael. (Jak było, to twoje osobiste doznanie twórcze.) Spowiedź stała się dzięki zastosowaniu narracji pierwszoosobowej bardziej żywa. Słowa są kierowane przez utrapioną i zmęczoną (nie)życiem Helenę prosto do nas, co zwiększa dozę realizmu.
Ciekawi mnie, czy świadomie, z myślą o odbiorcach, wybrałaś właśnie taką formę, czy skłoniło cię do tego samo przeżycie tej historii? A może coś innego, własnego?
Podoba mi się również bezpośrednie przejście do wydarzeń z bitwy o Hogwart. Bardzo dobrze wspominam opisywane przez Jo wydarzenia (mam tu na myśli, że czytało się z przejęciem), a to bonusowo plusuje tutaj.
A teraz najważniejsze co mam do powiedzenia.
Bardzo podoba mi się opisanie bliskości z wujostwem, a zwłaszcza niszczenie stereotypu "złego" Salazara (tak dobrego, że zatroszczył się o samotnego bazyliszka), jednakże nic nie przebije dla mnie tego:
Akcentując ucieczkę, szybko podsumuję WYBITNYM!
Pozdro, Puchon KHZP