Mimo że wielka bitwa była już przeszłością, to nie tak łatwo było pozbyć się wspomnień. Hermiona ciągle boleśnie się o tym przekonuje, gdy kolejny raz tego tygodnia zaczyna rozmyślać o tym, jak bardzo zmieniło się wtedy jej życie.
Letnie wieczory były czymś, co Hermiona zawsze uwielbiała. Jako nastolatka kochała spacerować po błoniach w Hogwarcie, gdy na niebie pojawiały się pierwsze gwiazdy. Często siadała na ławce, rozmyślając przy tym o życiu. O tym, kim była, a kim chciała być. Nie wiedziała wtedy, jak jej życie bardzo się zmieni na przestrzeni lat. Wtedy była tylko dzieckiem, nic nie rozumnym, za to myślącym, że wie wszystko. Z biegiem czasu zrozumiała, że mądrą nie czyniły ją książki, które tak namiętnie czytała. Bez potrzeby uczyła się na pamięć wszystkich poszczególnych fraz, zaklęć, których już dawno zapomniała, bo nie miała okazji ich używać. Mądrością wcale nie były teksty w podręcznikach, choć niektóre zdecydowanie jej się przydały. Mimo wszystko to życie uczyło mądrości. Przeżyte wydarzenia wzmacniały ją, uczyły rozwiązań i pokazywały inne wyjścia. Nie musiała znać wszystkich możliwych zaklęć, by wiedzieć, jak poradzić sobie z problemem. Do przeżycia niepotrzebne było poznanie wszystkich rodzajów roślin, bo części nawet nie widuje.
Za to mądrości i zaradności uczy świat.
Wielka bitwa, która odbyła się kilka lat wcześniej, pokazała jej, jak tak naprawdę wygląda świat. Gdy wbiegła w pole walki czuła się bezbronna, mimo że do wyboru miała wiele zaklęć, które zapewne by ją chroniły. Wtedy zrozumiała, ile zła jest wokół niej, mimo że od wielu lat wcześniej wiedziała o istnieniu Voldemorta i jego sług.
Martwe ciała leżące wokół przyprawiały ją o mdłości. Ludzkie organy i części walały się jej pod nogami. Chciała płakać, bała się zatrzymać. Rzucała zaklęciami w każdego przeciwnika, czując wielką nienawiść. Czuła zapach przelanej krwi, która mogła należeć do jej przyjaciół. Nigdzie nie widziała Harry'ego, Rona, ani Ginny. Luna mignęła jej chwilę wcześniej, więc wierzyła w to, że ciągle żyła. Wiara była jej wtedy bardzo potrzebna, bo zaczynała tracić siły.
Walka była nierówna i co do tego nikt nie miał wątpliwości. Jedni z tego powodu płakali, inni byli niezwykle zadowoleni.
Gdy zobaczyła leżącego na ziemi Rona jej serce pękło na pół. Jej przyjaciel, pierwsza miłość, nawet jeśli okazała się kompletnym niewypałem, był jej jednym z najbliższych. Rozpłakała się już całkowicie. Stracić przyjaciela, to prawie tak, jakby stracić kawałek świata. Jej dusza była zraniona, wiara powoli znikała. Harry gdzieś zniknął, Ginny także. Nie miała już sił, by biec dalej. Upadła na kolana, czując, jak bolą ją wszystkie mięśnie. Skuliła się, błagając o zbawienie. O niespodziewanego przyjaciela, który pomoże im to wszystko wygrać.
Słyszała gwar bitwy, widziała przelatujące wokół różnokolorowe promienie. Większość była w kolorze zielonym, co wcale nie pomagało.
Wtedy poczuła, że ktoś ją podnosi. Była tak bezsilna, że nie miała siły się wyrwać, a do tego tak przerażona, że bała się spojrzeć, czy to wróg czy przyjaciel. Niósł ją tak chwilę, póki nie doszli w bezpieczne miejsce. O ile w tamtej sytuacji mogło się znaleźć takie miejsce.
Dopiero wtedy zobaczyła, kim był jej bohater. Nigdy nie spodziewała się spotkać go w takiej sytuacji. Severus Snape siedział obok niej, wypatrując niebezpieczeństwa.
Do tej pory pamiętała, co jej powiedział. Nikt inny nigdy nie zmotywował jej tak, jak on wtedy. Przynajmniej dowiedziała się, że Harry żyje i wcale nie jest z nim źle.
Nie rozumiała, czemu pomógł akurat jej, ale wiedziała, że będzie mu za to wdzięczna do końca życia. Gdyby nie on już dawno by umarła, śmierciożercy bez wahania rzuciliby w nią Avadą czy innym świństwem. A on ryzykował własnym życiem, aby ochronić ją. Małą, nic nie znaczącą uczennicę.
Odpoczynek nie trwał długo. Walka przeniosła się w inne rejony zamku, przeciwnicy napierali z każdej możliwej strony. Rozdzielili się z Severusem, bo każdy chciał już wtedy ratować siebie.
Może i był to egoizm, ale czy przydaliby się komuś martwi?
To wszystko trwało kilka godzin, choć miała wrażenie, że biega tam od kilku dni. Harry poszedł już do lasu, a ona pobiegła za nim, by być w pobliżu na wszelki wypadek.
Nie spodziewała się tam zastać też swojego bohatera. Bohatera, który wtedy wyraźnie potrzebował jej pomocy.
— Harry… — szepnęła, patrząc na krwawiące rany Severusa.
Nie zostało mu dużo czasu. Obrażenia były tak rozległe, że krew praktycznie z nich tryskała.
— Daj mu to — odpowiedział chłopak, a ona kiwnęła głową.
Wzięła od niego fiolkę i mimo sprzeciwu mężczyzny, wlała mu zawartość do ust. Później patrzyła tylko, jak Severus zamyka oczy i załkała cicho.
Wtedy wszystko się skończyło.
Codziennie wracała do tych wspomnień, choć większość tak bardzo ją raniło. Tylu przyjaciół straciła, tyle ciał musieli pochować… Koszmary z bitwy nawiedzały ją kilka razy w tygodniu, choć eliksiry delikatnie poprawiły jej stan. Wiedziała, że tamtego dnia zmieniło się wszystko. Większość to były minusy, ale znalazł się chociaż jeden, mały plus.
— Znów nie śpisz? — Usłyszała głos.
— Nie mogę, myślałam o… — zaczęła, ale gdy poczuła silne, męskie ramiona wokół jej talii zamilkła.
— Wiem — powiedział mężczyzna.
Spojrzała na niego, zastanawiając się, co byłoby, gdyby jej wtedy nie uratował. Nie wiedziała, jak to wszystko się potoczyło, że teraz byli małżeństwem. Najpierw ją uratował, potem został przydzielony jako osoba, która ją leczyła, a potem się w sobie zakochali. Cieszyła się, że to się udało, choć mieli wiele wątpliwości. Życie jak widać potrafi zaskakiwać. A do tego nauczyła się, by nie oceniać ludzi, gdy nie zdąży się ich poznać, bo czasem mogą okazać się być zupełnie kimś innym, niż myślimy, że są.
Nadal nie lubię Sevmione, głównie przez różnicę wiekową pomiędzy tą dwójką, ale fan fiction mi się podoba
Trochę zabolała mnie śmierć Rona i że jego związek z Granger okazał się niewypałem, chociaż łatwo mi to sobie wyobrazić, biorąc pod uwagę, jak burzliwe były ich relacje. Poza tym nie oczekiwałam, że będą ze sobą szczęśliwi, skoro to miniaturka o Sevmione ;D