Chciałbym najgoręcej podziękować Raven, bo bez niej by mi się na bank nie udało wysłać mojego pierwszego Fan Ficka :D Raven jesteś mistrz!
Księga Pierwsza.
Ziemia/Earth
Pierwsza w nocy to godzina, o której większość ludzi albo pogrążona jest w głębokim śnie, albo właśnie szykuje się do spania. Są jednak wyjątki. Dwie osoby, które spotkały się na pewnej łące na obrzeżach Glasgow, zdecydowanie były od tego dalekie. Ta łąka, o której tutaj mowa, była bardzo dziwna. Trawa miała lśniący, seledynowy, rzadko spotykany kolor. Wszystkie kwiaty były purpurowe. Niebieskawe motyle latające wokół otaczały całą okolicę. Było drzewo, które opuszczało w dół różowe liście, a pod nim para nastolatków, nad którymi latały świetliki z motylami - chłopak i dziewczyna.
W pewnym momencie nastolatek wstał.
- Wiesz, że to już dzisiaj? - Niby zadał pytanie, ale zabrzmiało ono bardziej jak stwierdzenie faktu.
- Nie mów już o tym. Patrz na gwiazdy. Są takie piękne... - odpowiedziała dziewczyna.
- Tak, są piękne, już to przerabialiśmy - stwierdził.
- Wiem, po prostu nie godzę się na to, że cię nie zobaczę przez dziesięć miesięcy - westchnęła.
Chłopak złapał ją za ramię.
- Ja też. Ale szkoła to mój obowiązek - powiedział lekko się uśmiechając.
Dziewczyna ściągnęła jego rękę z ramienia i wstała.
- Ale to niesprawiedliwe. Co z tego, że szkoła to obowiązek? Możesz ją rzucić... - rzekła do niego ze smutkiem.
Chłopak też wstał.
- Nie mogę, to Hogwart. Przecież to rozumiesz...
Dziewczyna obróciła się, stawiając pięć kroków.
- Związek na odległość jest trudny... - załkała.
Chłopak do niej podszedł.
- Wiem, ale damy sobie radę, prawda? -
Chwycił ją za podbródek i spojrzał jej ponownie w jej oczy.
- Przyjadę na przerwę świąteczną i znowu się zobaczymy. Będę Ci wysyłał sowy - powiedział.
- Obiecujesz? - zapytała.
- Obiecuję. - By podkreślić wagę tego słowa i zapewnić koleżankę, że dotrzyma obietnicy, przytulił ją delikatnie.
Nagle zaczął wiać wiatr. Podnosił opadłe już różowe liście, rozsiewając je po całej łące. Nietypowa scena sprawiła, że napięcie między młodymi ludźmi było wyczuwalne. Dziewczynie przyszło do głowy tylko jedno określenie zaistniałej sytuacji: romantyczna. Ich usta z każdą kolejną sekundą zbliżały się do siebie coraz bardziej. Tę intymną chwilę dość brutalnie przerwał donośny, przeciągły dźwięk klaksonu. I potem, odwracając się, zobaczyli radiowóz i wysiadającego policjanta. Z daleka policjant wyglądał na zdenerwowanego, ale trudno było dostrzec jego twarz. Za to wyraźnie było widać, że trzyma pączka w dłoni. Szybkim krokiem schodził w dół do nastolatków.
- No to już po nas. - Dziewczyna odsunęła się ze strachem od swojego partnera. - Mam nadzieję, że dostaniemy tylko pouczenie.
- A co on nam może zrobić? - Chłopak prychnął. - Przecież my nic złego nie zrobiliśmy - dodał, starając się, by jego ton brzmiał przekonująco.
- To kto zadzwonił na policję!? - zapytała, a w tym samym momencie przez jej ciało przebiegł dreszcz. Policjant był już prawie był przy nich.
- Moja mama - powiedział bez cienia wątpliwości.
- Skąd wiesz? - Dziewczynę zdziwiła ta pewność w jego głosie.
- Po prostu to wiem, znam dobrze moją mamę.
Gdy tylko policjant dotarł do nich, z grymasem bólu złapał się za nogi i próbował złapać oddech. Spojrzał złowrogo na chłopaka i jednocześnie, jakby z żalem, na dziewczynę.
- No, co chcecie mi powiedzieć?! - zapytał z sarkazmem zdenerwowany policjant. Zaciskał zęby brudne od polewy czekoladowej, którą zgryzł z pączka, zmierzając w ich stronę.
Emm... dobry wieczór? - zaśmiał się chłopak.
- Ohahaha! Zabawne - odpowiedział.
Był naprawdę wściekły i nie starał się tego ukryć.
- A teraz do wozu!
Policjant pchnął chłopaka, aby poszedł przodem, a dziewczynę chwycił za rękę. W połowie drogi nastolatka zorientowała się, że w kieszeni nie ma swojej komórki.
- Panie władzo chwilka! Telefon zostawiłam! - powiedziała.
- Gdzie? - warknął policjant.
- Nie wiem. Chyba przy tamtym drzewie - odpowiedziała. - Zaraz wracam - wyrwała rękę z uścisku mężczyzny i pobiegła w stronę drzewa.
Gdy dotarła pod drzewo, zaczęła gorączkowo rozglądać się dookoła. Szukając telefonu w trawie, słyszała szeleszczenie. Pomyślała, że to motyle, ponieważ było ich pełno na polanie. Jednak to nie były motyle. To były liście drzewa, z których po chwili zaczął dobiegać odgłos, przypominający syczenie. Dziewczyna nerwowo spojrzała na drzewo, starając się wychwycić ruch. Pomyślała, że za pniem czai się drapieżne zwierzę. Ze strachem odkryła, że kwiaty w nietypowy sposób poruszały się w prawo i w lewo, jakby w takt niesłyszalnej muzyki. Kątem oka zauważyła ruch. Coś od strony drzewa zbliżało się do niej. Wytężyła wzrok, by dostrzec to, co ukryte było w cieniu drzewa. Z przerażeniem odkryła, że to nie coś, co znajdowało się pod drzewem, ale same pędy i gałęzie ożyły. Poczuła, że coś dotyka jej stóp. To były korzenie, które wychodziły z ziemi. Chciała je rozplątać, ale to było trudne, bo nadal ruszała się ziemia pod jej nogami. Kawał ziemi się odsunął i dziewczyna się przewróciła. Korzenie zaczęły oplatać nastolatkę i ciągnąć ją ku zagłębieniu w ziemi. Gwałtownie próbowała wstać, lecz pęd drzewa mocno uderzył ją w twarz, boleśnie raniąc jej policzek.
- Aaaa! Pomocy! - wrzasnęła i nerwowo próbowała się wyswobodzić z pułapki, jaką stały się dla niej korzenie.
- Sylwia?! - Zaniepokojony chłopak próbował dostrzec, co mogło przestraszyć jego dziewczynę.
Próbował, bowiem policjant chwycił go i brutalnie niemal rzucił na drzwi radiowozu. Zagroził, że jeżeli się ruszy, to oboje gorzko tego pożałują i to będzie ich ostatnie spotkanie. Potem sam biegiem ruszył do miejsca, z którego dobiegał krzyk nastolatki. Gdy był już na miejscu, zobaczył, że ciało dziewczyny było zakopane w ziemi. Dziewczyna straciła już przytomność i teraz leżała bezwładnie. Chłopak, mimo groźby, niemal od razu ruszył za policjantem do miejsca, z którego jeszcze chwilę wcześniej dobiegał krzyk. Teraz, gdy dostrzegł okaleczone ciało dziewczyny, podbiegł do niej. Spojrzał na rozgrywającą się scenę i przerażenie sprawiło, że z jego oczu pociekły łzy. Dopadł do nastolatki i dłońmi zaczął rozgrzebywać ciemną ziemię, boleśnie raniąc dłonie o twarde korzenie.
- Pomóż mi! Zrób coś!!! - wrzasnął, widząc, że policjant stoi bez ruchu.
Dopiero rozpaczliwy krzyk chłopaka otrzeźwił mężczyznę. Policjant zaczął zrywać z ciała pędy i korzenie, a chłopiec odwrócił ją i zobaczył zakrwawioną twarz. Nie był już w stanie opanować łez, i niewiele przez to widząc, zaczął delikatnie oklepywać policzki Sylwii, aby ją ocucić.
- Sylwia! Ocknij się! Sylwia! - powtarzał błagalnym tonem.
- Jakim cudem w pół minuty zanurzyła się tak głęboko w ziemi!? - zapytał policjant, zdezorientowany tą sytuacją.
- A, bo ja wiem! Niech pan kopie szybciej, trzeba z nią do szpitala! - powiedział zapłakany.
Gdy udało się odkopać dziewczynę i wyjąć ją z jamy w ziemi, Sylwia odzyskała przytomność. Ziemia, która oblepiała niemal całe jej ciało, była pomieszana z krwią, wypływającą z głębokich rozcięć, które ciężko było dostrzec w świetle księżyca. Najszybciej jak się dało ruszyli do Glasgow, do szpitala.
- Sylwia, zaraz będziemy w szpitalu, wytrzymaj jeszcze chwilę. - Chłopak trzymał ją za ręce, w myślach popędzając mężczyznę, prowadzącego samochód. - Co tam się w ogóle stało?!
- Drzewo... zaatakowało mnie.. korzenie mnie oblazły... - Grymas bólu na jej twarzy zdradził, że nawet mówienie sprawiało jej trudność.
- Ale jak drzewo Cię zaatakowało? - odparł policjant kierują kierownicą. - A jak w ogóle się nazywacie?
- Ja nazywam się Dave Connery.
- A ona? - znów zapytał policjant.
- Sylwia Butler - odpowiedział, spoglądając na nią.
- Zaraz będziemy na miejscu, już zbliżamy się do miasta.
Dziesięć minut później dotarli do szpitala. Radiowóz wjeżdżający na podjazd do karetek wzbudził zainteresowanie dwóch lekarzy, którzy zrobili sobie przerwę na papierosa. Mężczyźni rzucili niedopałki na ziemię i ruszyli w stronę samochodu. Nie zdążyli zapytać, co się stało, David przy pomocy policjanta już wyjął zakrwawione i brudne ciało dziewczyny. Jednemu z lekarzy wyrwało się siarczyste przekleństwo, podczas gdy drugi pędem ruszył po nosze. Zanim David zorientował się, co się wokół niego dzieje, jego dziewczyna była już w szpitalnym korytarzu. Ruszył za nią, ale zanim zrobił dwa kroki, poczuł szarpnięcie. Policjant chwycił go za koszulkę i pokręcił głową, zabraniając wejścia do budynku.
- Co pan robi! - krzyknął Dave. - Ja chcę być przy niej!
- Przykro mi, ale muszę wypełnić zlecenie - odparł z żalem.
- Zlecenie?! Hahahaha... jakie zlecenie do... - powiedział, ale policjant mu przerwał.
- Ej, bez przeklinania mi tutaj - powiedział już trochę zdenerwowany. - Muszę cię odwieźć do twojej mamy.
- Słuchaj no. - Spojrzał na jego odbicie w lusterku. - Mało mnie obchodzi, co zrobisz później, dogadaj się z mamą, może pozwoli ci przyjechać. Ale teraz muszę cię zawieźć do domu. Rozumiesz?
- Tak, panie władzo. - Dave niechętnie zgodził się z policjantem.
Około dwudziestu minut później dojechali do domu Dave'a. Jego matka wybiegła na zewnątrz. Nie była zła ani smutna, czy pełna furii, wyglądała na rozczarowaną. Dave wysiadł, a wóz policyjny odjechał dalej. Matka go przytuliła i spojrzała synowi w oczy, mówiąc:
- Gdzieś ty był?
- Na łące z Sylwią - odpowiedział.
- Dave, mogłeś mi o tym powiedzieć, przecież nie zabroniłabym Ci się spotkać z Sylwią - odpowiedziała głaszcząc go po policzku.
- Wiem - odparł.
Dave chciał powiedzieć mamie co się stało na łące, ale tego nie zrobił.
- Wiesz, że jurto jedziesz do Hogwartu - przypomniała. - Mam nadzieję, że jesteś spakowany? - zapytała.
- Tak jestem, spokojnie, nie obawiaj się - przekazał.
- Ooo... to dobrze - odpowiedziała, też z uśmiechem na twarzy. - Idź spać! Późno już. - Zaprowadziła go do domu.
Dave wszedł po schodach, wpatrując się w dół na swoją mamę. Zaśmiał się i poszedł dalej do swego pokoju. Położył się na łóżko, zerkając na zdjęcie Sylwii leżące na szafce nocnej. Odwrócił się na brzuch, chwycił fotografię i pomyślał: "Oby lekarze się dobrze tobą zajęli", odłożył zdjęcie z powrotem na szafkę, przekręcił się na plecy i zasnął.
***
Mama obudziła Dave'a wcześnie rano, po czym oboje przygotowali się do wyprawy do Londynu. Dzięki sieci Fiuu szybko znaleźli się na ulicy Pokątnej, a stamtąd popędzili na stację King's Cross. Kiedy dostali się na peron dziewięć i trzy czwarte, Ekspres Hogwart był już gotowy do odjazdu. Chłopak pożegnał się z mamą, po czym wszedł do pociągu. Będąc już w środku, Dave szukał wolnego przedziału. Zajrzał do kilku i szybko uznał, że w tym wagonie najwyraźniej wszystkie przedziały są pozajmowane. Z drugiej strony korytarza dostrzegł swojego przyjaciela z Hogwartu, Noaha White. Obaj chłopcy zostali przydzieleni do Gryffindoru, dzielili ze sobą dormitorium. Noah zawsze był przy Davidzie, na dobre i na złe.
- Dave! - krzyknął Noah.
Podeszli do siebie i się uścisnęli.
- Dave, chodź! Znalazłem wolny przedział.
- Ooo... super!
Gdy weszli już do wolnego przydziału, rozłożyli się i zaczęli rozmawiać o minionych wakacjach.
Noah poinformował, że był z siostrą i rodzicami w Macedonii. Opowiadał co tam jest fajnego i zachęcał Davida, aby tam kiedyś pojechał. Dave'owi nie dawało spokoju to, co się stało na łące minionej nocy. Koniecznie chciał się tym podzielić z przyjacielem.
- Noah... mam problem - zaczął Dave.
Poważny ton nastolatka zaniepokoił Noaha. Spojrzał na kolegę, marszcząc czoło i zapytał co się stało. Dave nie zdążył nawet poukładać w myślach, od czego powinien zacząć, kiedy przerwała im czarownica, wioząca wózek ze słodyczami.
- Chcecie coś kochani moi? - zapytała uroczo.
- Tak, ja poproszę - stwierdził Noah.
- A co takiego sobie życzysz?
- Poproszę fasolki Bertiego Botta - oświadczył.
- Będą to cztery galeony - odpowiedziała.
- Proszę bardzo.
Dave chciał powiedzieć o wczorajszym incydencie, ale sam również uwielbiał fasolki Bertiego Botta. Po prostu nie mógł się im oprzeć. Noah skrzywił się, bo trafił na cytrynową fasolkę, a Dave'owi przypadła borówkowa. Po chwili żartów i spróbowaniu słodyczy, Noah wrócił do tematu, który niewątpliwie martwił jego przyjaciela.
- Dave, o czym chciałeś mi powiedzieć? - zapytał zjadając fasolkę.
Dave wszytko opowiedział Noah, co i jak się wydarzyło i obydwu najbardziej zaciekawiło to, jakim cudem drzewo ją zaatakowało.
- Dave, a może magia? - podał propozycję. - Nie zaczarowałeś go? - zapytał.
- Nie, skąd... Jak ja nie miałem wtedy przy sobie różdżki - stwierdził.
- No, ale wiesz magia, Uuuu... - odpowiedział Noah, udawając ducha z podniesionymi rękami.
- Ta jasne, bez mojej różdżki, co? - rzekł Dave.
Dalsze 6 godzin w pociągu spędzili na zjadaniu fasolek Bertiego Botta. W końcu zaczęli losować coraz gorsze smaki, więc zjedzenie fasolki było już ogromnym wyczynem. Nagle przyszedł prefekt naczelny Gryffindoru i oznajmił im, że już zaraz będą wysiadać. Po ceremonii przydziału dyrektor Dumbledore przedstawiał ważne informacje dotyczące tego roku. Wtedy Dave szepnął do siedzącego naprzeciwko Noaha, że chce się z nim spotkać w Pokoju Wspólnym, kiedy nie będzie tam już żadnego Gryfona. Słowa Davida usłyszała Lindsay Meal - pewna wścibska Krukonka. Lindsay była bardzo pilną i ambitną uczennicą, za wszelką cenę pragnącą być lepszą od innych. Zawsze robiła wszystko co konieczne, aby Ravenclaw zdobył Puchar Domów i bardzo ciężko było jej znieść zwycięstwo Hufflepuffu w minionym roku szkolnym.
- Hmmm... Tajne spotkanie? Trzeba się dostać do salonu Gryfonów... - mówiła sama do siebie.
- Mówiłaś coś, Lindasay? - zapytała jej koleżanka, która siedziała obok niej. Była to Dagmara Forest.
- Wiesz, czemu coś słyszałaś ? - rzekła. - Dyrektor przedstawia informacje, a ty się pewnie zamyśliłaś i najgorsze jest to, że masz brudne ucho! - dodała.
Dagmara zarumieniła się szybko. Zasłaniała je nawet przy kolacji. Nagle Dave poczuł nieprzyjemne bulgotanie w brzuchu. Pomyślał, że połączenie serka homogenizowanego z chipsami było głupim pomysłem i poczuł, że lepiej będzie pójść do łazienki. Obawiał się, że może nie zdążyć dojść do wieży Gryffindoru.
- Noah, idź beze mnie, muszę do łazienki - powiedział słabym głosem, po czym pobiegł wzdłuż korytarza.
Nagle usłyszał głos, który zmusił go do zatrzymania się. Chłopak rozejrzał się, ale wyglądało na to, że w korytarzu nikogo poza nim nie było. Po chwili dotarł do niego cichy, choć wyraźny szept: "Fire". Dreszcz przerażenia przebiegł mu po plecach, kiedy po kolejnym rozejrzeniu się nadal nikogo nie dostrzegał. Usłyszał kolejne wyraźne słowo: "Water". Potrząsnął głową i pobiegł dalej do łazienki, gdy nagle znowu. "Earth". Te odgłosy było słychać ze ściany. Dave przyłożył ucho do zimnych kamieni i usłyszał po raz kolejny inny odgłos. Tym razem "Air". Dave słyszał jak coś się do niego zbliżało, odwrócił się gwałtownie i...
Mam bardzo mało, więc jak przyjdę, to zedytuje komentarz. Ale w porównaniu z tym, co przesłałeś wcześniej, widę tu OGROMNY postęp i progres. Jestem z Ciebie dumna i Ty z siebie też powinieneś być. I to co udało się zrobić Raven... naprawdę, chylę przed Wami czoła. Był jeden poważny zgrzyt, ale to napiszę jak wrócę.
Super część, oby tak dalej!
Edit. Ja tylko chciałabym dodać, że mnie też trochę raził ten opis najpierw niby ogromnej miłości między nimi, a potem tego, jak chłopak olał tą dziewczynę będącą w szpitalu. To jednak było trochę dziwne - nic nie opowiedział mamie i poszedł spać, jakby nigdy nic. A potem nawet nie widać było, by się martwił - gadał sobie ot tak z kolegą. Musisz popracować nad prawdziwością faktów, jakie tu tworzysz.