Możesz zostać tutaj i domyślać się tylko jak wielką moc posiadasz i jak możesz ją wykorzystać, albo nadrobić stracony czas w Hogwarcie i stać się tym kim jesteś i kim być powinnaś. Masz wybór.......
Stałam nad jeziorem i patrzyłam na połyskującą wodę. Miałam wrażenie, jakby ktoś rzucał w nią kamykami, miejscami tworzyła małe fale. Wiatr się wzmagał i rozwiewał mi włosy. Robiło się późno, musiałam wracać. Wycofałam się i dostrzegłam, że zaczęło delikatnie kropić, na mostku powstawały kolejno małe plamki. Założyłam na głowę kaptur i pobiegłam do domu. Przez całą drogę myślałam tylko o jednym, czy chociaż raz pozwoli mi o niej pamiętać? Dzisiaj urodziny obchodzi moja mama. Właściwie obchodziłaby, gdyby tu była. Bałam się, że tata znowu będzie udawał, że mnie, ani jej nie ma. Tak naprawdę to bałam się, że odszedł razem z nią, brakowało mi go, ale nie mogłam taty zmusić do powrotu do rzeczywistości.
Otworzyłam drzwi, które zaskrzypiały głośno i zrobiłam wielki krok, by je natychmiast zamknąć. Rozejrzałam się wokoło, wszystko wyglądało tak samo. Te same zakurzone starocie i pustki, naprzeciwko rozciągały się ku górze grube schody z barierkami po obuch stronach. Usłyszałam to samo tykanie, zegar zawieszony w centrum salonu na ścianie jak zwykle wydawał denerwujące mnie dźwięki. Spojrzałam w stronę gabinetu. Tak jak myślałam, był zamknięty, a tata zapewne siedział w środku. Wzięłam głęboki wdech i usiadłam na podłodze, oparłam się o drzwi. Kolejny raz się zawiodłam. Miałam nadzieję, że wybierzemy się razem nad jezioro, że opowie mi coś o mamie, że chociaż tak uczcimy ten wyjątkowy dzień, ale to nie mogło być prawdą. Schyliłam się i miałam ochotę rozpłakać, czekałam na tę datę, a teraz czułam, że zostałam sama, zresztą nie był to pierwszy raz. Coś w środku mnie miało ochotę krzyczeć, podniosłam głowę, mój wzrok skoncentrował się na wazonie położonym na stoliku przy schodach. Wraz ze wzrastającą złością czułam jak szklany słoik o budowie klepsydry roztrzepuje się i stało się, wazon pękł z hukiem.
Dźwignęłam się i ze zdziwieniem wgapiałam w mokrą plamę na kafelkach i kawałki szkła.
- Elizabeth, wszystko w porządku? - Spojrzałam w stronę dochodzącego głosu i zobaczyłam tatę, wynurzającego się ze swojego ciemnego pomieszczenia. Miał na sobie swój czarny szlafrok i okulary do czytania.
- Tak - odpowiedziałam niemrawo.
Zaraz potem przypomniałam sobie o mojej złości i ruszyłam bez słowa na górę, nie miałam zamiaru sprzątać po sobie. Weszłam do pokoju i kopnęłam w krawędź łóżka. Nie było to mądre z mojej strony, poczułam ukłucie, moją nogę przeszedł prąd i przewaliłam się bezwładnie na łóżko. Patrzyłam na drewniany sufit umazany atramentem, na tę masę krzywych znaków i liczb. Moje odliczanie poszło na marne.
***
Ocknęłam się, potarłam oczy obiema rękami, nie mogłam dojść do siebie. Nadal w głowie siedział mi powtarzający się sen, lot, mój lot. Spadałam wolno i nie mogłam tego powstrzymać, a wiedziałam, że w końcu znajdę się tam w dole, uderzę i to wszystko się skończy. Przekręciłam się i zdałam sobie sprawę, że już ranek, że spałam w ubraniach, i że najprawdopodobniej spóźnię się do szkoły. Od razu wstałam i zaczęłam ściągać z siebie brudne ubrania, i gdy już się doprowadziłam do porządku i umyłam, zbiegłam szybko na dół z plecakiem na ręku i wyszłam. Spojrzałam na zegarek i się przeraziłam, za pięć minut zaczynała się czwarta lekcja, a ja byłam przed domem. Zaczęłam biec i zatrzymałam się dopiero na schodach budynku, zdyszana i blada weszłam do szkoły.
- Lizzie, czy ty wiesz która godzina? Chyba się nieco spóźniłaś. - Za placami usłyszałam znajomy i doprowadzający mnie do szału głosik.
- Tak, wiem która jest godzina, w przeciwieństwie do ciebie znam się na zegarze. - Patrzyłam w te jej wielkie, niebieskie oczy i chciałam, żeby pękła jak wazon w salonie.
- Uważaj do kogo mówisz, ofermo. - Rebeca spojrzała na mnie z góry i odeszła razem ze swoimi przyjaciółkami upodabniającymi się do niej.
Liczyłam mijające minuty, ostatnia lekcja dobiegała końca i chociaż nie chciałam wracać do domu, musiałam wyjść na świeże powietrze. Wierciłam się na drewnianym krześle i poprawiałam liczbę zero na moim nadgarstku.
- Dobrze, to wszystko na dzisiaj, pamiętajcie tylko, że jutro macie być w szkole o siódmej rano! Autobus nie będzie na nikogo czekał! - Pani Melior spojrzała na klasę spode łba.
- Niech pani powtórzy jeszcze raz, Darling może się spóźnić. - Rebeca przewróciła oczami w moją stronę.
Cała klasa automatycznie zwróciła się w moją stronę i zaczęła się śmiać, wytykając mnie palcami.
- Daj spokój, ona nie przyjdzie o takiej porze, boi się słońca, przecież to wiedźma - rzucił jeden z chłopców.
Złość się we mnie wzbierała i zgrzytałam zębami. W jednej chwili na sali zapanowała cisza, ławki zaczęły drgać, zasłony latać, a okna jakby same pragnęły się otworzyć. Czułam, że to ja, że to przeze mnie, ale nie chciałam tego powstrzymywać, wręcz przeciwnie, miałam ochotę rozwalić całe pomieszczenie. Wszyscy oglądali się z przerażeniem i nie wiedzieli co się dzieję. Patrzyłam na tablicę, ciemne końcówki moich włosów delikatnie unosiły się w górę, drapałam paznokciami po drewnianym stoliku.
- Dosyć! - krzyknęła wychowawczyni.
Spojrzałam w jej stronę i dostrzegłam czerwone płomyki w jej oczach. Uczniowie zapewne domyślali się, że to ja jestem przyczyną "ożywienia" klasy lekcyjnej, ale sama nie potrafiłam stwierdzić, czy to moja wina.
Zadzwonił dzwonek, czekaliśmy na pozwolenie wyjścia.
- Możecie iść do domu - powiedziała Melior, gdy tylko ogłuszający hałas ucichł. - Ty zostań - dodała, patrząc na mnie spod grubych oprawek.
Gdy zostałyśmy same, wstałam i przełknęłam ślinę podchodząc do niej powolnym krokiem.
- Darling - syknęła. - Od początku są z tobą problemy, w naszej szkole nie tolerujemy takiego zachowania! - krzyknęła, jakbym podpaliła pokój nauczycielski.
- Ja nic nie zrobiłam, to znaczy, nie chciałam niczego zrobić, to nie moja wina - tłumaczyłam się.
- Mam cię na oku, jeszcze raz postanowisz zwrócić na siebie uwagę, a będę zmuszona poinformować twojego ojca, jak na razie zostajesz skreślona z osób jadących na wycieczkę.
- Ale pani profesor, ja nie chciałam...
- Nie chcę tego słuchać. - Przerwała mi. - Wracaj do domu.
Jak najszybciej wyszłam przez beżowe drzwi i pobiegłam na zewnątrz. Usiadłam na murku i nie mogłam uwierzyć, że znowu zostałam ukarana za coś, czego nie zrobiłam, albo wykonałam nieświadomie. Pani Melior z łatwością mnie osądziła, bo było jej to na rękę. Rebeca była jej jedyną, ukochaną córeczką i to jak cię traktowała miało wielki wpływ na to, jak będzie cię traktować nasza nauczycielka. Wiedziałam, że gdyby ojciec dowiedział się o tym, co się stało, znowu musielibyśmy wyjechać, a mimo wszystko nie chciałam przez to przechodzić kolejny raz.
- Nie przejmuj się nimi. - Ktoś dotknął mojego ramienia.
Odwróciłam głowę i zobaczyłam Cedrika. Jasnowłosy chłopak usiadł obok mnie i uśmiechnął się szeroko.
- Słyszałem, co mówiła Melior, ale nie warto zawracać nią sobie głowy.
- Wcale się nią nie przejmuję - przyznałam.
- To dlaczego siedzisz tu sama? Moglibyśmy pójść w końcu do tego kina.
- Mówiłam ci, że nie mogę.
Prawda była taka, że nie chciałam mu znowu odmawiać, ale tata nie wypuszczał mnie praktycznie z domu i musiałam wracać jak najszybciej.
- Hej, coś się stało? Odprowadzić cię? - Ręką dotknął mojego policzka i delikatnie przekręcił moją głowę w jego stronę.
- Nie, dziękuję, poradzę sobie. - Zabrałam szybko torbę z ziemi i założyłam na ramię. - Pa. - Zerknęłam jeszcze raz na jego miły wyraz twarzy i odeszłam. Znałam go tak krótko, a on jako jedyny był dla mnie miły. Nie wiedziałam dlaczego, ale cieszyło mnie to.
***
Bałam już przy drzwiach frontowych, gdy usłyszałam czyjeś głosy. Jeden rozpoznałam - taty, ale ktoś jeszcze był w pomieszczeniu. Zdziwiłam się, w naszym domu nigdy nie przyjmowaliśmy gości, ani nawet nie wpuszczaliśmy listonosza do środka, a co dopiero, gdyby mój ojciec zdecydował się na rozmowę. Może to dyrektor pofatygował się z rozkazu pani Melior do mojego domu? Chwyciłam za klamkę i głosy ucichły. Weszłam powoli do kuchni i zobaczyłam dwie postacie - mojego ojca w swoim bawełnianym szlafroku i roztrzepanymi, czarnymi włosami i starszego mężczyznę z siwymi włosami i jasnoniebieskimi oczami. Moje usta otwarły się ze zdziwienia, w domu był człowiek ubrany jak z baśni, które kiedyś czytywałam, a tata wyglądał jakby w końcu się obudził, a dokładniej jakby miał za chwilę zamiar krzyczeć.
- Witaj Elizabeth, nazywam się Albus Dumbledore, jestem dyrektorem szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. Przyszedłem, aby dać ci utraconą możliwość uczenia się tam.
Dzień nie zapowiadał się dobrze, ale gdybym wiedziała, że w moim domu zastanę większego wariata od mojego ojca, nie byłby taki najgorszy. Patrzyłam jeszcze kilka minut z niedowierzaniem. Na twarzy taty malowały się podobne odczucia, a właściwie cały dygotał, dawno nie widziałam go w takim stanie. Człowiek wyglądający jak z innej epoki zbliżył się do mnie, jakby chciał mnie objąć i już miał coś powiedzieć, gdy mój ojciec krzyknął:
- Proszę wyjść z mojego domu! - Wyglądał zupełnie inaczej, nie był już nieschludnie wyglądającym mężczyzną z workami pod oczami od czytania, teraz na jego twarzy widniała złość i powaga.
- Tato - szepnęłam. - O co tu chodzi?
Wiedziałam, że coś jest na rzeczy, skoro był zmuszony wyprosić starszego mężczyznę z naszego domu. Nadal nie mogłam się nadziwić jego widokiem, jednak nieznajomy wydawał się nieporuszony i ze spokojem potraktował tę sytuację.
- Arturze, nadal nie zrozumiałeś. Twoja córka musi poznać wreszcie prawdę i sama zdecydować o swoim losie, nie możesz jej dalej ukrywać.
Spojrzałam na ojca z wyrzutem. Czego chciał ode mnie ten szaleniec? Jakiej prawdy miałam się dowiedzieć?
- O czym on mówi?
Ojciec ugiął się, jakby chciał zwymiotować, na szczęście wylądował na kanapie. Roztrzepał swoją czuprynę i ściągną okulary.
- Nie mogłem, rozumiesz, nie mogłem.
Mówił do mnie, ale nie patrzył w moją stronę.
- Możesz nazwać mnie kłamcą, ale chciałem twojego dobra.
- Czego nie mogłeś mi powiedzieć?
- Twój ojciec ukrył przed tobą prawdę. - Wtrącił się starzec. - Prawdę o twoim pochodzeniu, prawdę o twojej mamie i prawdę o twoich możliwościach - wymieniał. - Ukrył cię przed nami.
- Ja... nie rozumiem - wydusiłam.
Tata cały czas gorączkowo ruszał rękoma i pocierał oczy.
- Elizabeth, jesteś czarodziejką. - Siwy mężczyzna uśmiechną się do mnie, ale ja myślałam, że usłyszałam to tylko w swojej głowie.
- Twoja mama też nią była, tak jak twój ojciec, tak jak ja i wielu innych.
Brakowało mi powietrza i kręciło mi się w głowie. Czułam się jak dziecko, które dowiaduje się, że Piotruś Pan nie istnieje, tylko w moim przypadku było na odwrót. Musiałam mieć pewność, a raczej chciałam, żeby to wszystko było snem, takim samym jak ten, w którym lecę na dno.
- To prawda? - zwróciłam się do ojca.
- Elizabeth, nie myśl pochopnie, to nie jest takie łatwe. - Wstał z kanapy, a jednak nadal odwracał wzrok.
- Czy to jest prawda?! - powtórzyłam.
- Chcę, żebyś zrozumiała, ja chciałem cię chronić...
Nie wytrzymałam, chciałam wreszcie wiedzieć, wreszcie móc "poznać" mamę, móc poznać siebie.
- Tato! - krzyknęłam, teraz odwrócił się i nasze oczy się spotkały. - Powiedz mi, to prawda, że mnie okłamałeś? Czy to prawda, że jestem czarownicą, tak jak ty, jak mama?
- Tak - odpowiedział w końcu.
Pierwszy raz od tych wszystkich lat, kiedy miałam wreszcie okazję z nim porozmawiać, on okazał się kłamcą, oszukał mnie i nie pozwolił, bym była jak ona. Do moich oczu napływały łzy.
- Wrócę tu jutro, masz wybór. Możesz zostać tutaj i domyślać się tylko jak wielką moc posiadasz i jak możesz ją wykorzystać, albo nadrobić stracony czas w Hogwarcie i stać się tym, kim jesteś i kim być powinnaś.
Dyrektor "Hogwartu", czymkolwiek było to słowo, mówił do mnie, ale ja ciągle nie mogłam zrozumieć. Pragnęłam uciec, teraz to mój ojciec wydawał mi się obcą osobą.
- Elizabeth - zwrócił się do mnie znowu starzec. - Rok szkolny nie trwa wiecznie, wrócisz tu, a tymczasem zastanów się, czy warto to marnować. - Poklepał mnie po ramieniu i wyszedł.
Stałam nieruchomo i nie wierzyłam w to, co się stało. Tata zrobił krok w moją stronę, ale ja nie chciałam go słuchać, mimo że robiłam to tak rzadko. Wyszłam bez słowa, zostawiając go samego. Zawiodłam się na nim.
***
Szłam szybkim krokiem przez ulicę i zastanawiałam się dokąd iść. Potrzebowałam kogoś z kim mogłabym porozmawiać, tymczasem za mną włóczył się jak zwykle mój kot - Napoleon. Gdy tylko mógł, nie odstępował mnie na krok. Często zamykałam go w jakimś pokoju, by nie mógł mnie "śledzić". Teraz chciałam rady, chciałam wiedzieć, co mam robić. Myślałam o mamie, całe jej życie jest dla mnie tajemnicą. Czy pragnęłaby bym stała się czarownicą? Nie mogłam pojąć jak to możliwe, zawsze byłam inna, dziwna i niepasująca, ale nie spodziewałam się, że mogę być kimś takim. Gorsze było już tylko dowiedzenie się, że żyłam w kłamstwie, którym kierował mój ojciec. Stanęłam, rozejrzałam się i kucnęłam przy czarnym kocie.
- Napoleonie, powiedz mi, co mam zrobić? Jeśli pojadę do tej szkoły wmówią mi, że potrafię latać na miotle, a jeśli nie, nigdy się nie dowiem kim była moja mama. - Odetchnęłam głęboko, kocur położył się na betonie.
Nagle przypomniałam sobie o kimś jeszcze, o Cedriku. Może on mi pomoże? Dźwigałam się i zaczęłam biec, usłyszałam miauczenie za sobą, ale teraz musiałam jak najszybciej go znaleźć. Nie wiedziałam, czy wskaże mi właściwą drogę, ale chciałam go zobaczyć.
Dotarłam do sklepu monopolowego "Williama" zipiąc. Po krótkim odpoczynku skręciłam w uliczkę po prawej stronie i już widziałam budynek jego domu, a przynajmniej tak mi się zdawało. Byłam tam tylko raz, ale zapamiętałam granatową blachę. Dobiegłam do płotu i zobaczyłam go. Blondyn w zielonkawym podkoszulku i brązowych spodniach pakował właśnie książki do swojej torby. Ruszyłam naprzód.
- Cedrik! - krzyknęłam i rozpędziłam się tak szybko, że nie zdążyłam zahamować. Wpadłam na niego, książki rozsypały się po trawniku, a ja leżałam na jego klatce.
- Elizabeth? - zapytał zmieszany.
- Przepraszam - rzuciłam i wstałam jak najszybciej, czując od niego intensywny zapach cytryny.
Było mi wstyd, przybiegłam tu jak wariatka, a teraz nie wiedziałam co powiedzieć.
- Ja... ja chciałam cię o coś zapytać, znaczy poprosić, a nieważne! - Wygłupiłam się, musiałam się "ulotnić", gdyż robiłam się czerwona na samą myśl o tej rozmowie.
- Zaczekaj! - Chwycił moją rękę. - Ja wszystko wiem.
- Jak to wiesz? - zapytałam zdziwiona.
- Wiem, że jesteś czarownicą, ja też należę do świata magii.
W tym momencie już nic nie rozumiałam. Czy wszyscy wokół mnie potrafili czarować, czy to był jakiś żart?
- Zostałem tu przysłany, kiedy ty się wprowadziłaś, dwa miesiące temu i miałem za zadanie cię chronić.
To nie było miłe. Cały czas miałam nadzieję, że jednak mam przyjaciela, mam kogoś kto mnie wysłucha, mimo tej krótkiej znajomości, a teraz okazało się, że to było jego "zadanie". Wyrwałam swoją rękę.
- Okłamałeś mnie - stwierdziłam.
- Nie, czekałem na stosowną chwilę, by ci to powiedzieć. - Uśmiechną się do mnie, ale nie odwzajemniłam mu się tym samym. Patrzyłam w jego niebieskie oczy i żałowałam, że go poznałam. Wszyscy kłamali.
- Muszę iść. - Znowu poczułam wilgoć wokół oczu.
- Elizabeth, ja wiem jak to wygląda, ale Hogwart to wspaniałe i niesamowite miejsce, a ty będziesz świetną czarownicą.
- Skąd to wiesz? - prychnęłam.
- Po prostu wiem.
- Szkoła się już zaczęła, a ja nie mam nic, nawet książek, no chyba, że tam się tak nie uczycie.
- To akurat ci się przyda. - Zaśmiał się - Co do reszty, Dumbledore wszystkim się zajmie. - Przyglądnął mi się.
- Pójdę już. - Odwróciłam się i razem z Napoleonem, który czekał już na mnie przy furtce, ruszyłam w stronę domu. Idąc z powrotem nie chciałam myśleć o tacie, który był tam ciągle, nie chciałam myśleć o Cedriku, który okazał się być czarodziejem i mimo iż mnie "chronił", to też okłamał. Nie, chciałam myśleć o mamie. Ona tu jest i chce, żebym o tym wiedziała, nie mogę jej stracić i cokolwiek się stało, będę się cieszyć z tego, że jestem taka jak ona. Dokonałam wyboru, pojadę do Hogwartu.
Matko boska, spokojnie dałabym Ci za to więcej punktów, ale miałaś tak wiele małych błędów, że aż sama w to nie wierzę. Gdybym wiedziała od razu, że aż tyle ich jest, to bym niestety musiała odrzucić.
Po pierwsze - czy Ty aby czasem pokłóciłaś się z kropkami? ;> Twoje zdania były taaaaaaaakie długie i przez to taaaaaaakie brzydkie, że jejku. Wystarczyło oddzielić je niekiedy kropką i już zyskiwały w oczach. Najlepiej jakbyś teraz przeczytała swój fan fick jeszcze raz i to zobaczyła, bo w miarę możliwości skracałam Ci te tasiemce.
Po drugie, dialogi. Nie wiesz kiedy należy kończyć je kropką, w sumie w ogóle nigdy Twój dialog nie kończył się kropką, a większość powinna. Poczytaj o tym.
Po trzecie, jakieś dziwne słowa czasem wymyślałaś. Nie wiedziałam o co tak naprawdę Ci w nich chodzi i co one mają tutaj znaczyć. Musisz też pamiętać, że słowo "nie" z przymiotnikami piszemy razem, a z czasownikami osobno.
Po czwarte, w słowach takich jak "mimo że" albo "i że" nie stawiamy przecinka przed słowem "że", a jedynie ewentualnie przed całym tym wyrażeniem.
Co do samej treści, bardzo mi się podobało. Gdyby nie to, że podjęłam się nieświadomie pracy nad tym tekstem, przeczytałabym to szybko, bo masz całkiem ładny styl i ciekawe piszesz. Twoim postaciom dołożyłabym nieco charakteru, ale np. bardzo spodobał mi się Twój Dumbledore. I Napoleon ;D Miałaś też bardzo fajne zdanie z Piotrusiem Panem. Więc ogólnie fan fick jest na plus, oby więcej takich!
Ach, i jeszcze jedno - nie czarodziejka, a czarownica. Mam nadzieję, że weźmiesz sobie moje rady do serducha, a w następna praca będzie lepsza pod względem stylistycznym. Będę trzymać kciuki!