Kochała swoje dzieci, ale tęskniła za tamtym czasem i wolałaby znowu narażać swoje życie, niż powiedzieć synowi, że jego siostra nie chce go widzieć.
Witajcie ;)
Zapraszam Was do tej miniserii, która jest bezpośrednią kontynuacją "Przypadku Maggie Smith", tamtą miniaturkę można traktować jako swoisty prolog do tej serii.
Jest to przydługa miniaturka, w której głównie się gada, dlatego podzieliłam ją na kilka krótszych części. Już teraz mogę zapewnić, że będzie dokończona, bo jest już prawie w całości napisana, więc zapraszam do czytania!
***
Hermiona ze zdenerwowania podarła chusteczkę na drobne kawałki. Przestała słuchać sędziego, gdy tylko powiedział, że uniewinniają jej syna. Wiedziała, że Hugo nie powinien być ukarany, ale mimo wszystko życie zbyt wiele razy pokazało jej, że prawda nie zawsze zwycięża, by nie martwiła się o los syna. Sam Hugo wyglądał kiepsko, miał podkrążone oczy, a poszarzałą twarz pokrył nierówny zarost. Gdy wyrok został w pełni odczytany, a jej synowi pozwolono samodzielnie opuścić salę sądową, poczuła jednocześnie strach i ulgę. Spojrzała na niego zaniepokojona, gdy uśmiechnął się do niej niepewnie.
- Chodźmy stąd – powiedziała, obejmując syna. Czuła, że Hugo zesztywniał, więc szybko go puściła i uśmiechnęła się szeroko. – Jesteś głodny?
- Zjadłbym twoje ciasteczka cynamonowe – powiedział Hugo, uśmiechając się niepewnie.
- W takim razie nie ma co zwlekać. Rosie i tata czekają na nas w domu.
- Mamo, muszę jeszcze zabrać moje rzeczy z Azkabanu, ale… nie chcę tam wracać. – Przez chwilę na jego twarzy widniał strach. Nie wiedziała, co jej syn tam przeżył i zdecydowanie nie chciała się tego dowiedzieć. Strzępki informacji, jakie przekazywał jej Tom, terapeuta Hugona, były wystarczające.
- Nie martw się, tata się tym zajmie. Chodźmy już.
Hermionę wyrwał ze snu krzyk. Potrzebowała chwili, by zrozumieć, co się dzieje. Westchnęła ciężko i wstała, zarzucając na siebie szlafrok.
Od miesiąca, czyli od powrotu Hugona do domu, budził ją w nocy krzyk syna. Ostatnio znalazła go w drodze do pobliskiej rzeki. Weszła do pokoju syna, jednak nie znalazła go w łóżku, z głębi domu dobiegł zduszony krzyk Rose. Hermiona bez zastanowienia rzuciła się w stronę pokoju córki i otworzyła z impetem drzwi. Przez chwilę nie wiedziała, co ma zrobić, widząc Hugona duszącego Rose, odruchowo sięgnęła po różdżkę, ale jej nie znalazła.
- Ron, chodź tu – zawołała w głąb mieszkania i rzuciła się na syna, próbując odciągnąć go od coraz słabiej walczącej Rose, był jednak za silny, sięgnęła więc po leżącą na stoliku książkę i z całej siły uderzyła nią syna w głowę.
Hugo padł na siostrę, która zaczęła łapczywie łapać powietrze.
- Ron, pomóż mi go zdjąć – powiedziała, do zaspanego męża, który stał zdezorientowany z różdżką w pogotowiu. Przeniósł Hugona na podłogę, a zapłakana Rose rzuciła się w objęcia matki. – Dobrze, już jest dobrze – powtarzała Hermiona, gładząc córkę po włosach.
- On tak dziwnie na mnie patrzył – łkała Rose. – Bał się spać sam, zapytał, czy może u mnie…
- Spokojnie kochanie, już nic ci nie grozi. – Hermiona była przerażona, bo nie była pewna, czy jej córka jest na pewno bezpieczna.
- Ja… boję się go, nie chcę zostać sama. – Rose nie patrzyła w stronę brata, który leżał nieruchomo na podłodze.
- Ron, weź go do jego pokoju, ja zostanę z Rosie. – Ron, jak zawsze posłuszny żonie, ucałował córkę w czoło i za pomocą swojego ulubionego zaklęcia, jakim było Wingardium Leviosa, wyniósł syna z pokoju.
Hermiona zamknęła drzwi i usiadła w fotelu.
- Mamo? Położysz się ze mną? – Hermiona kiwnęła głową, próbując się uśmiechnąć. Położyła się obok córki i gładziła ją mechanicznie po ramieniu. Rosie płakała przez jakiś czas, aż w końcu zasnęła, pochrapując cicho.
Wiedziała, że już nie zaśnie, więc mogła przynajmniej pomyśleć co dalej. Była myślami przy śpiącym obok synu. Ostatni rok mocno odbił się na jej młodszym dziecku. Dla nich wszystkich to był ciężki czas, ale widząc cierpienie i pogrążanie się w depresji Hugona czuła, że jest prawdziwie bezsilna. Po raz kolejny musiała, sama przed sobą przyznać, że macierzyństwo i emocje, jakie się z tym wiążą, ją przerosły.
Do rana zastanawiała się nad sytuacją swojej rodziny. Gdy usłyszała Hugona krzątającego się po swoim pokoju, uznała, że może zostawić córkę samą. Opatuliła się ciaśniej szlafrokiem i ruszyła na poważną rozmowę z synem.
Skierowała się w stronę kuchni, włączyła ekspres i zaczęła wyjmować produkty na śniadanie. Hugo pojawił się po kilku minutach, najpewniej zwabiony przez rozchodzący się po domu aromat kawy.
- Ciężka noc? – zapytała.
- Pamiętam, że zasnąłem u Ros, a obudziłem się u siebie, znowu lunatykowałem?
- Hugo, potrzebujesz pomocy. – Hermiona próbowała być delikatna, ale wiedziała, że sami sobie z tym nie poradzą.
- Nic mi nie jest, tylko…
- W nocy dusiłeś Rosie. – Filiżanka, którą trzymał Hugon upadła z głuchym łoskotem.
- Nic jej nie jest? Muszę do niej iść. – Hermiona zatrzymała syna, łapiąc go za ramię.
- Hugo, to nie jest dobry pomysł, przestraszyłeś ją. Najlepiej będzie, jeżeli pojedzie do dziadków na jakiś czas. A ty pójdziesz dziś ze mną do Munga.
- Nigdzie nie pójdę! – Hugo uderzył ręką w blat.
- Pójdziesz, bo kochasz swoją rodzinę i nie chcesz, by twoja siostra się ciebie bała – powiedziała spokojnie Hermiona. Wiedziała, że musi być stanowcza.
- Nie jestem świrem – powiedział Hugo, łamiącym się głosem.
- Nie jesteś, ale sam sobie nie poradzisz, musisz się leczyć, musisz wybaczyć.
- Komu? Komu do cholery wybaczać? Maggie, że poszła sama? Temu zboczeńcowi tego, co jej zrobił? Jak mam to wybaczyć? – Hugo wstał i oparł się o blat, ciężko dysząc.
- Nie kochanie. Musisz wybaczyć sobie to, co zrobiłeś i to, czego nie zrobiłeś, dopiero wtedy będziesz mógł żyć dalej bez poczucia winy.
Podeszła do syna i poklepała go po ramieniu.
- Chcę pogadać z Ros, przeprosić ją. – Hugo wyglądał na przybitego.
- Dobrze, zapytam ją, czy jest na to gotowa. Tymczasem zjedz śniadanie i się przygotuj. Skontaktuję się z Tomem i zapytam, czy znajdzie dla nas czas. –Kiwnął niechętnie głową.
Do kuchni wszedł zaspany Ron.
- Ciężka noc? – zapytał syna, mimowolnie powtarzając pytanie żony.
- Taa… głowa mnie boli, jakbym dostał jedną z tych grubych książek matki – spróbował zażartować Hugo.
- A to tylko jakieś romansidło twojej siostry, mama cię nią znokautowała. – Nalał sobie kawy i usiadł obok syna, klepiąc go przyjacielsko po plecach. – Rose cię woła – zwrócił się do żony i sięgnął po tosta.
Hermiona ruszyła do pokoju córki, najwyraźniej Ron przyjął swoją ulubioną taktykę i przeszedł nad wydarzeniami nocy do porządku dziennego.
- Cześć kochanie, chcesz pójść na śniadanie? Hugo o ciebie pytał.
- Nie… Mamo, nie gniewaj się, ale nie chce z nim rozmawiać. Wiem, że nie chciał i że to nie jego wina, ale cały czas czuję jego ręce na mojej szyi – Rose próbowała się trzymać, ale łzy znowu popłynęły z jej oczu.
- Rozumiem Rosie, co ty na to, by spędzić resztę wolnego u dziadków Wesleyów?
- Nie chce się narzucać. – Rose nigdy nie chciała się narzucać.
- Babcia będzie zachwycona, będzie mogła narzekać, że jesteś za chuda i cię dokarmiać. – Rose uśmiechnęła się delikatnie i skinęła głową na zgodę. – Jak się czujesz? – zapytała zatroskana, widząc sińce na szyi córki.
- Nie najgorzej, nie martw się o mnie mamo.
- Jestem twoją matką, martwienie się o ciebie to moja praca.
Hermiona wyszła z pokoju córki z ciężkim sercem. Przypomniała sobie ten czas, gdy z Ronem i Harrym szukała Horkruksów, myślała wtedy, że gdy tylko to wszystko się skończy, to jej życie będzie nudnie zwyczajne. Kochała swoje dzieci, ale tęskniła za tamtym czasem i wolałaby znowu narażać swoje życie, niż powiedzieć synowi, że jego siostra nie chce go widzieć.
Siedziała w poczekalni, czekając aż jej syn zakończy swoją sesję z terapeutą. Ron miał zająć się przenosinami Rosie do jego rodziców, Hermiona nie była z tego powodu zachwycona, Rosie miała spędzić urlop z nimi, tak rzadko się widują, jednak rozumiała, że w obecnej sytuacji tak będzie najlepiej.
- Tak, czytałam w Proroku. – Obok Hermiony usiadły dwie pogrążone w rozmowie kobiety i wyrwały ją z zamyślenia.
- Każdego za morderstwo by posadzili w więzieniu, ale on jest rodziną Pottera. Matka też w ministerstwie pracuje – powiedziała siedząca obok niej kobieta.
- A ta dziewczyna, sama się o to prosiła. Żadna przyzwoita kobieta nie chodzi w nocy po lesie. – Hermiona zacisnęła dłonie na poręczy, gdy zrozumiała, że rozmawiają o jej synu i Maggie.
- Dokładnie, ja się zawsze szanowałam i nigdy nie wystawiałam się na ryzyko.
- Dlaczego tak mówicie? – Hermiona nie wytrzymała i wtrąciła się do rozmowy. – Dlaczego będąc kobietami, zarzucacie młodej dziewczynie, że prosiła się o gwałt? Gdyby to była wasza siostra, matka, córka, też byście tak mówiły?
- Mamo? – Hugo wyszedł z gabinetu i stanął za wzburzoną matką.
- Idziemy – powiedziała i ruszyła szybkim krokiem do wyjścia.
Gdy znaleźli się na świeżym powietrzu, stanęła przy murze i oparła się o niego, biorąc kilka głębokich oddechów. Musiała się uspokoić, nie powinna dać się sprowokować, ale tak bardzo bolało ją to, co usłyszała.
- Jak było? – zapytała syna, gdy się opanowała.
- Dobrze, chodźmy już do domu.
Jest to pierwsze ff jakie przeczytałam od nwm, 4-5 lat więc ekspertem nie jestem.
ALE czyta się świetnie i wciągnęło mnie na tyle, że aż z wielki "COOOO" na ustach sięgnęłam po prolog
Jeśli błędy są to nie byłam w stanie ich wychwycić czyta się dobrze i mam ochotę poznać ciąg dalszy.
Ciekawi mnie czy to zachowanie Hugona może wiązać się z jakimiś zaburzeniami osobowości, typu schizofrenia i tak na prawdę to on tą dziewczynę w lesie zgwałcił i zabił, tylko nie był tego świadomy. Ot, taka moja teoria. Ale czemu go uniewinnili, no i czemu wg miał proces? Znaczy że sprawca uciekł(lub jest Hugonem)Ciekawe, ciekawe....