Cześć,
o to przed wami, moja praca z I etapu WWFF, różni się ona od oryginału, dlatego też można ją uznać za remake tamtej.
Oryginał znajdziecie
tutaj.
Chociaż nadal uważam, że horror to nie jest mój gatunek, będę wdzięczna jeżeli dacie znać co sądzicie o tej zmienionej wersji. ;)
Gatunek: horror
Bellatrix Lestrange, Rudolfus Lestrange, Rabastan Lestrange, Antonin Dołohow - autor musi wybrać jedną z tych postaci na głównego bohatera.
- Akcja rozgrywa się tuż po uwolnieniu ich z Azkabanu
- Muszą znaleźć się wspomnienia z więzienia, co bohater czuł, jak to wyglądało oraz opis tego jak czuje się teraz i jak zmienił go pobyt w więzieniu
- Musi znaleźć się opis relacji bohatera z przynajmniej jednym ze Śmierciożerców
- Musi znaleźć się opis relacji bohatera z Lordem Voldemortem
***
Sen nie nadchodził.
Leżał na wygodnym posłaniu, pokój przepełniała cisza, ale on nie mógł zasnąć. Czegoś brakowało. Było za cicho, zbyt wygodnie. Przekręcił się na drugi bok i zamknął oczy, zobaczył go. Stał przed nim, obszarpany materiał powiewał pomimo braku wiatru, koścista ręka zmierzała do jego szyi, a wielki otwór w miejscu twarzy przybliżał się do jego ust. Serce zaczęło mu mocniej bić, otworzył oczy i obraz dementora zniknął. Przełknął ślinę i wrócił myślami do wydarzeń sprzed kilku godzin.
Wiedział, że to się wydarzy, były wyraźne znaki, że Czarny Pan o nich pamięta, tak jak oni pamiętali o nim. Spędził ostatnie piętnaście lat w Azkabanie, ale przynajmniej nie zeszmacił się jak Malfoy i jemu podobni. Gdy wreszcie poczuł na swojej twarzy świeże powietrze, pojawiła się ekscytacja. Był wolny, a dementorzy nie mogli mu nic zrobić. Spojrzał na swojego brata, który wyglądał jak cień siebie sprzed lat. Nie widywali się, Azkaban nie był domkiem letniskowym, a oni opuszczali swoje cele bardzo rzadko. Wszystkie podstawowe potrzeby musieli załatwiać w tych klatkach, a rozmowa ze współwięźniami do nich nie należała. Złapali stary but i po chwili przenieśli się do lasu.
Krążyli wśród ciemności przed dłuższy czas, żadne z nich nie miało sił na bezpieczną teleportację. Po chwilowej ekscytacji, z powodu przywróconej wolności, czuł w sobie pustkę.
- Rudolf - powiedział, zatrzymując brata i kładąc mu rękę na ramieniu. Ten odwrócił się do niego i spojrzał wypranym z emocji wzrokiem. - Bracie... - Rabastan, nie zważając na brak reakcji, rzucił się w ramiona brata, obejmując go. Nigdy nie okazywali sobie czułości, ale byli ze sobą zżyci. Rudolf zawsze był dla niego wzorem do naśladowania. To dla niego został Śmierciożercą, dla niego walczył u boku Czarnego Pana i dla niego spędził ostatnie lata w Azkabanie. Bo zawsze chciał być jak on jak jego starszy brat.
- Dosyć tych czułości, musimy się stąd wydostać. Jakiś idiota wysłał nas w sam środek głuszy. - Bellatrix, żona Rudolfa, podeszła do braci. - Nie tak to miało wyglądać.
- Nie mamy różdżek - zauważył Rudolf.
- Ty zawsze masz jakiś problem - prychnęła. - Idziemy na północ.
Szli przed siebie, nie wiedząc dokąd idą, Rabastan miał wrażenie, że wracają tam skąd przyszli, że droga niechybnie doprowadzi ich z powrotem do Azkabanu.
Nie chciał tam wracać, nie był do końca pewien, jak długo był w celi, podobno piętnaście lat, ale dla niego każdy dzień był jak miesiąc, a miesiąc jak rok. Na początku było najgorzej, w głowie miał mętlik, wspomnienia z dzieciństwa, z tych najbardziej beztroskich i szczęśliwych lat pojawiały się i szybko znikały w gąszczu wszystkich porażek, zawodów i upadków, które go spotykały. Często płakał, chociaż wcześniej mu się to nie zdarzało i jedyne, o czym marzył to śmierć. Wielokrotnie wyobrażał sobie możliwe scenariusze własnej śmierci, które w ciasnej celi były mocno ograniczone.
Po czasie nauczył się mieć pustkę w głowie i duszy. Zapomniał kim jest, nie wspominał lat poza Azkabanem, po prostu egzystował, bo życiem nie dało się tego nazwać.
A teraz był wolny, wszystko dzięki Czarnemu Panu. Poczuł jak jego wnętrzności, zwijają się w supeł, serce zaczęło mu mocnej bić, a na czole pojawiły się krople potu. Będzie musiał wrócić do służby Czarnemu Panu. Oczywiście to był dla niego wielki zaszczyt, jego brat wszak był najwierniejszym Śmierciożercą, a on zawsze wiedział, co jest słuszne. Tak, wróci do swojej służby i u boku brata będzie walczył o lepszą, wolną od plugastwa przyszłość. Będzie trybikiem w machinie swojego Pana, bo to jest słuszne i tak należy. Przynajmniej tak twierdził Rudolf.
Oparł się o najbliższe drzewo, wsłuchując się w odgłosy lasu, sowy pohukiwały, Bellatrix rzucała przekleństwa pod nosem, a drzewa szumiały delikatnie. Było błogo, zbyt błogo.
- Tu jest jakaś chata. Może będzie tam jakieś jedzenie. - zawołał Dołohow i wszyscy ruszyli w jego stronę. Rabastan nazwałby to bardziej szałasem niż chatą. Krzywo zbite deski tworzyły cztery ściany, które wyglądały jakby w każdej chwili mogły się zawalić, a minimum dwie ściany i część dachu, oplecione były bluszczem.
- Nie wygląda to zachęcająco ani obiecująco - powiedział Rabastan.
- Ja pukam, wy unieszkodliwiacie - zarządziła Bella i nie czekając na resztę, ruszyła do czegoś, co mogło być drzwiami. Zapukała kilka razy, jednak nikt nie odpowiedział, otworzyła drzwi i weszła do środka. Rabastan ruszył za nią. Nie wiedział skąd wytrzasnęła świecę i skąd wiedziała jak ją zapalić, ale zrobiła to. Pomieszczenie rozświetliło się nieznacznie, cały szałas to była jedna izba, w której stał przegniły stół i drewniane łóżko z siennikiem.
- Nic tu nie ma - zauważył przytomnie.
- Tam jest jakaś klapa, może do piwnicy? - Bella wskazała na przeciwległą stronę.
- Ktoś tam musi iść - powiedział Dołohow. – Młodsi mają pierwszeństwo. – Wskazał na Rabastana.
. - Niech was szlag trafi. Daj mi tę świecę - zwrócił się do Belli, która podała mu ogarek z resztką wosku. Zawsze był od brudnej roboty. Jak tylko trzeba było pobrudzić sobie ręce, wysyłali go.
- Sprawdź, czy jest tam jakieś jedzenie - przypomniał mu Dołohow. Rudolf nie odzywał się, patrząc tępo przed siebie.
Rabastan niechętnie podszedł do klapy i używając resztek siły, otworzył ją, widział jedynie ciemność i kawałek sznurka, wyglądający jak drabina. Zaczął przy jej pomocy powoli schodzić w dół, nie było to łatwe z ogarkiem w ręce. Miał wrażenie, że ta drabina nigdy się nie skończy, a sam schodzi po niej już kilkanaście minut. Wreszcie poczuł pod stopami ziemię.
Rozejrzał się, znajdował się w ciasnym pomieszczeniu, w którym stała duża drewniana szafa. Jak na to, jak wyglądała izba u góry, ten mebel prezentował się bardzo solidnie. Otworzył ją niepewnie, była pusta, jednak jej tył wyglądał jak kolejne drzwi. Rozsądek mówił mu, że to miejsce jest podejrzane i należy wrócić na górę, ale to wszystko było dziwne i ekscytujące zarazem. Rabastan od dawna nie miał do czynienia z takimi emocjami, więc popchnął drzwi znajdujące się w szafie. Pojawiła się przed nim kolejna izba, z której jedyna droga do przodu była wydrążonym w ziemi tunelem, był jednak na tyle wysoki, że pochylony zmieściłby się w tym otworze. Nie miał jednak zamiaru się przez niego przeciskać, odwrócił się w stronę, z której przyszedł, jednak wyjście zniknęło. W miejscu, w którym wcześniej były drzwi, teraz była ściana. Zaczął na nią delikatnie napierać, z nadzieją, że otworzy tajne przejście, jednak nic się nie zadziało. Jedyną drogą wyjścia był ten podejrzany tunel.
Rabastan westchnął ciężko i zaczął iść tunelem, był jednak o wiele mniejszy, niż początkowo się wydawało, miał wręcz wrażenie, że skurcza się coraz bardziej, im dalej do przodu się posuwa. Zaczął iść zgięty w pół, gdy zobaczył w oddali intensywne światło.
Na ostatnim odcinku tunelu szedł na czworaka, wreszcie przecisnął się przez wyjście i znalazł się w sporej sali. Na ścianach wysokich na kilka stóp, wisiały pochodnie i ludzkie szczątki na różnym etapie rozpadu. Niektóre wisiały na łańcuchach, inne przybite były do ścian gwoździami.
Miały one w sobie coś magnetycznego, co sprawiało, że nie mógł oderwać od nich wzroku. Podszedł do najniżej wiszącego trupa. Był na wpół zgniły, ale Rabastan był w stanie ocenić, że to mężczyzna, raczej od niego starszy. Z ust wystawało mu coś, co wyglądało jak kawałek jelita.
Rabastana przeszedł dreszcz, poczuł na ramieniu czyjąś dłoń, przełknął ślinę i przekręcił delikatnie głowę. Dłoń ta była nienaturalnie koścista z prawie przeźroczystą skórą, pokryta była parchami, a długie na kilka centymetrów paznokcie były ostro zakończone. Wzdrygnął się i odskoczył, odwracając się twarzą do właściciela dłoni.
Przed nim stała wysoka zakapturzona postać.
- Kim jesteś? - zapytał, jednocześnie szukając jakiejś broni lub drogi ucieczki.
Nie uzyskał jednak odpowiedzi, nie widział też za bardzo czegokolwiek, co mogłoby mu pomóc. Postać ściągnęła, przegniłą i pokrytą parchami dłonią, kaptur. Wzdrygnął się na ten widok. Jego twarz była nienaturalnie podłużna, z czaszki zwisały długie, przetłuszczone kosmyki włosów. Z oczodołów wiała pustka, a w miejscu nosa i ust był otwór, z którego wystawały długie kły, przypominające bardziej zęby rekina, niż człowieka.
Myśli Rabastana gnały jak szalone, zlokalizował najbliższą pochodnię i chwycił ją, po czym zaczął nią wymachiwać.
- Nie uda ci się! - zawołał. - Nawet nie próbuj mnie atakować, jestem czarodziejem i zabiję cię ty parszywcu! - Dodał drżącym głosem. Zawsze był raczej tchórzliwym człowiekiem, wiedział, że bez brata niczego nie potrafi.
Potwór zaczął iść w jego kierunku, wyciągając w jego stronę kościste dłonie i wydając z siebie przeciągły jęk. Rabastan poczuł jak jego wnętrzności, podskakują mu do gardła, miał wrażenie, że chcą one z niego wyskoczyć. Im dłużej ten dziwny dźwięk wydobywał się z gardła tego potwora, tym bardziej zaczynał się dusić. Miał wrażenie, że jelita owijały się wokół jego płuc, ściskając serce i próbując w ten sposób wydostać się na zewnątrz. Upadł, próbując złapać oddech. Przed oczami pojawiły mu się czarne plamy, a ten przenikliwy dźwięk wwiercał się w jego mózg.
Rabastan łapał płytkie oddechy, ale czuł, że za chwilę jego życie się skończy. Zebrał w sobie resztkę sił i podniósł się chwiejnie, po czym bez zastanowienia rzucił się na tamtego, uderzając z całej siły w jego brzuch. Potwór najwyraźniej nie spodziewał się żadnego działania ze strony ofiary i na chwilę zamilkł. Organy Rabastana zaczęły wracać na swoje miejsce, a on mógł złapać oddech. Wiedział, że ma mało czasu, by cokolwiek zrobić, złapał pochodnię, którą wcześniej upuścił i zaczął nią bić na oślep, aż się złamała.
Odsunął się więc kawałek, szukając nowego narzędzia, wiedział, że nie może pozwolić tamtemu na ponowne wydanie z siebie dźwięku. Zauważył wolny łańcuch zwisający po jego prawej stronie. Potwór zdążył już wstać, Rabastan rzucił się w stronę łańcucha, złapał go i rzucił się w stronę swojego przeciwnika, który znowu zaczął wydawać z siebie ten makabryczny świst. Pomimo powracającego uczucia duszności, Rabastan zamachnął się łańcuchem i zdzielił nim Potwora, gdy ten upadł, owinął się wokół jego szyi i mocno pociągnął. Czuł, że traci siłę w rękach, wszak pobyt w Azkabanie nie wpłynął dobrze na jego kondycję. W końcu stracił siłę w rękach i poluzował chwyt. Nic się nie stało.
Sięgnął po kolejną już pochodnię i rzucił ją na płaszcz tego czegoś.
Całą salę przeszył ten przeciągły jęk, jednak tym razem nie działał na Rabastana tak jak wcześniej. Rzucił ostatnie spojrzenie na tego potwora i ruszył w stronę tunelu, którym przyszedł. Droga powrotna trwała o wiele krócej. Tunel był nie dłuższy niż pięć metrów, a drzwi w szafie były uchylone. Wspiął się po drabinie, która także wydawała mu się o wiele krótsza, niż gdy schodził w dół.
- Ty idioto, co ty znowu wymyśliłeś. Kretyn, ile można na ciebie czekać nieudaczniku? - Albo umarł i nawet po śmierci jego szwagierka nim gardziła, albo żyje i do końca życia będzie musiał słuchać jej narzekań na swoją bezradność. Sam nie wiedział, co jest gorsze.
- Dołohow znalazł Carrowów. Możemy stąd iść - powiedział znudzony Rudolf.
Spojrzał na brata i poczuł ukłucie żalu. Nie rozumiał tego uczucia, ale nie chciał go roztrząsać. Zamknął za sobą klapę.
- Spalmy to - powiedział tylko i ruszył w stronę wyjścia z chaty.
Rabastan otrząsnął się ze wspomnień, nadal zapadał się w miękkim materacu. Wstał z wygodnego łóżka i wyszedł z pokoju. Skierował się w stronę wyjścia, gdy znalazł się na podwórzu, przeciął je zdecydowanym krokiem i ruszył w stronę psiarni. Znalazł pusty boks pod ścianą, wszedł do środka, zamykając za sobą kratę. Ułożył się na cienkiej warstwie słomy leżącej pod ścianą i zamknął oczy. Z każdej strony przenikał go chłód.
Sen nadszedł.
Bardzo podobał mi się oryginał, dlatego z chęcią przeczytałam remake - też świetny i trzyma poziom. Opisy są bardzo dobrze wykonane, widać, że się starasz, co bardzo mnie cieszy, bo twoje ff na wojnie byly fantastyczne i chyba zostanę twoją nową fanką