
Matthew Lewis porzucił różdżkę, szatę i miotłę pięć lat temu. W swoich ostatnich rolach, urodzony w Leeds, a rezydujący w Londynie dwudziestosześciolatek jest niemal nie do poznania. Jeżeli już, w głowach millenialsów zawsze będzie Neville'em Longbottomem, czyniącym dobro Gryfonem, którego zagrał w filmach o Harrym Potterze.
W drugim sezonie złowieszczego dramatu Happy Valley Lewis gra Seana Balmfortha; młodego mężczyznę z zamiłowaniem do alkoholu i prostytutek. Kiedy przez miasto przetacza się fala morderstw, podejrzenia padają Balmfortha i Lewis przekonująco pokazuje, jak mężczyzna walczy z jednej strony z byciem szczerym, a z drugiej z pogarszającym się nałogiem. Teraz Lewis gra fanatyka fitnessu Patricka w adaptacji powieści Jojo Moyes, Zanim się pojawiłeś. Gdy dziewczyna Patricka Louisa (Emilia Clarke) zbliża się do swojego nowego pracodawcy, paraplegika Willa Traynora (Sam Claflin), Patrick okazuje się być jego kompletnym przeciwieństwem, przywiązując Louisę do jej korzeni i sugerując, jak będzie wyglądać jej przyszłość, jeżeli zostanie w domu.
Te dwie role są do siebie trochę podobne, ale stanowią tylko wycinek z całego asortymentu zainteresowań Lewisa.
- Niektóre z bardziej interesujących postaci wcale nie są heroiczne, ani w typie Jamesa Bonda - wyjaśnia Lewis przez telefon. - Całkiem lubię te interesujące, dlatego nigdy nie mówię, że nie zrobię tego, czy tamtego, albo, że chciałbym zagrać to, czy to. Wolę zachowywać otwarty umysł. Interesuje mnie idea ludzi chcących mówić o tym, co przydarzyło im się w życiu albo co miało na nich wpływ, albo ich zmieniło - kontynuuje. - Z drugiej strony, czasami miło jest zrobić coś zabawnego, np. film, na który ludzie przychodzą i wyłączają się na półtorej godziny. Myślę, że jeżeli potrafisz zrobić jedną z tych rzeczy, jeżeli możesz opowiedzieć świetną historię, która wpłynie na ludzi albo potrafisz ich rozśmieszyć, to radzisz sobie nieźle.
HALEY WEISS: Jak zareagowałeś na postać Patricka, kiedy przeczytałeś Zanim się pojawiłeś? Wiem, że Jojo Moyes pisała też scenariusz, ale czy w książce było coś więcej?
MATT LEWIS: Książka trochę się różniła. Patrick jest w niej dupkiem. Jest zdecydowanie bardzo skupiony na sobie, egocentryczny i nie poświęca zbyt wiele czasu na potrzeby Louisy. Chcieliśmy zachować nieodłączne cechy Patricka w filmie, ale też chcieliśmy, żeby było to mniej czarno-białe, a bardziej niejednoznaczne. Chcieliśmy zobaczyć więcej powodów, dla których Louisa była z Patrickiem aż siedem lat. Książka jest bardzo skupiona na relacji Louisy i Willa, co jest świetne, ale fajnie było w filmie pokazać też trochę Patricka. Nie byli dla siebie stworzeni - Patrick nie był dla niej dobry i podcinał jej skrzydła, ale chcieliśmy pokazać, że był powód, dla którego się ze sobą związali i jej decyzja, żeby to porzucić była o wiele trudniejsza, niż się wydaje. To może być straszne nagle zostawić swoje życie i powiedzieć "Odchodzę, żeby się w pełni realizować". To nieco przytłaczające i chcieliśmy to przekazać.
WEISS: Czytałam, że podczas kręcenia razem z Emilią i Samem byliście ścigani przez stado krów. To prawda?
ML: [śmiech] Tak, to prawda. To w sumie dziwna historia. Pracowaliśmy w walijskiej wsi i niezbyt często gdziekolwiek wychodziliśmy, więc kiedy któregoś razu skończyliśmy wcześniej, a był piękny, letni wieczór, postanowiliśmy trochę pozwiedzać. No i tak też zrobiliśmy; całą trójką zaszliśmy trochę dalej niż powinniśmy. Natknęliśmy się na łąkę pełną krów niezadowolonych z naszego wtargnięcia. W którymś momencie po prostu odwróciły się i zaczęły iść w naszą stronę. Dość wcześnie zorientowaliśmy się, że wciąż do nas idą, aż przyspieszyły i wreszcie zaczęły nas gonić. Próbowaliśmy uciekać; Emilia nie miała najlepszych butów, więc Sam wpadł na pomysł, że weźmie ją na barana. W międzyczasie uciekliśmy w jeżyny myśląc, że tutaj za nami nie pójdą, ale nagle usłyszeliśmy głośne "Muu". Naprawdę chciały nas dopaść. Wreszcie udało nam się uciec, ale przez moment zrobiło się naprawdę niebezpiecznie. Pamiętam dokładnie, co wtedy powiedział Sam, bo nikt nie wiedział, że nas nie ma - właściwie wymknęliśmy się z hotelu - więc powiedział: "Wyobraźcie sobie jutrzejsze nagłówki: Matka Smoków, Finnick i Neville zmiażdżeni przez krowy w Walii". [śmiech]. To mogłoby być ciekawe.
WEISS: Chciałabym porozmawiać trochę o Happy Valley, bo Sean to taka mroczna postać. Co jest najbardziej wymagającego przy wcielaniu się w takiego bohatera?
ML: Trochę tego jest. To zupełnie inne niż wszystko, co robiłem do tej pory. Pierwszą rzeczą, którą musiałem odżałować było to, że byłem wielkim fanem pierwszego sezonu, a także Sally Wainwright i Sarah Lancashire; w ogóle wszystkich zaangażowanych w produkcję. Musiałem otrząsnąć się ze strachu i presji wchodzenia do tak spektakularnego serialu, nagrodzonego BAFTA; pod taką jakością kryje się odpowiedzialność. Przez kilka miesięcy przygotowań było trochę nerwów, bo chciałem się upewnić, że oddałem temu sprawiedliwość.
Wtedy pojawił się pomysł, żeby wejść do głowy Seana. Na szczęście dla mnie Sally bardzo dobrze rozumie swoje postaci; ma obraz tego skąd pochodzą, dokąd zmierzają, dlaczego robią to co robią, i tak dalej. Musiałem trochę pogrzebać w jej głowie, żeby odnaleźć motywację Seana, co z pewnością było przygnębiające, ale pomogło w zbudowaniu postaci tego młodego chłopaka, który jest bardzo, bardzo zagubiony. Nie odgrywasz go jako złego bohatera. Po prostu odgrywasz jego życie, na które składały się przeprowadzki z miasta do miasta i to, że tak naprawdę wszyscy mieli go w dupie. Do tego ma wybuchowy charakter, czego często żałuje. Dużo pije, nic nie pamięta, a to frustruje go najbardziej. Jego gniew wynika z tej frustracji i kiedy już się to zrozumie, wszystko układa się w spójną całość.
WEISS: Jak dorastało się w Leeds? Wcześnie zaangażowałeś się w aktorstwo?
ML: Kiedy miałem pięć lat. Właściwie, to była wielka część mojego dzieciństwa. Chodziłem do grupy dramatycznej, która była równocześnie agencją w Leeds i grałem w telewizji. Północ jest właściwie przyzwoitym miejscem dla brytyjskiej telewizji - dużo tu kręcą. Happy Valley nagrywano w okolicy, w której dorastałem. Od najmłodszych lat miałem szczęście dość konsekwentnie pracować nad filmami tutaj na północy. Harry Potter pojawił się, kiedy miałem 11 lat i spędzałem wtedy mnóstwo czasu na głębokim południu w Watford, koło Londynu, ale zawsze wracałem do domu, do Leeds. To miejsce jest mi bliskie, mam tu wielu przyjaciół. Jestem też wielkim fanem Leeds Rhinos. Oglądam ich rzadziej niż bym chciał, ale nadrabiam, kiedy tylko tutaj wracam.
WEISS: Czy ktoś z twojej rodziny pracuje w przemyśle filmowym?
ML: Mój starszy brat, Anthony Lewis, jest aktorem. Zaczynał, kiedy miał osiem lat, a ja dwa. Moja mama musiała się nim opiekować, gdy grał, więc zabierała mnie ze sobą. Więc właściwie dorastałem na planie i z czasem chciałem robić to samo co brat. Dzisiaj, 22 lata później obaj jesteśmy aktorami, a nasz najstarszy brat Christopher od tamtego czasu też wszedł do przemysłu i pracuje jako montażysta.
WEISS: Pracowaliście wszyscy razem?
ML: Nigdy nie pracowałem z Chrisem. W 2012 roku razem z Anthonym zagraliśmy w The Syndicate. Dziwnym trafem zagraliśmy braci, ale nie swoich. Naszych grali inni aktorzy i wydaje mi się, że mieliśmy razem jedną scenę, ale nie zamieniliśmy słowa. Chociaż byliśmy w tej samej produkcji, to nie wiem czy można to zaliczyć do wspólnej pracy.
WEISS: Pamiętasz, jak czułeś się pierwszego dnia na planie Harry'ego Pottera?
ML: Taak, to dziwne, bo zarówno ostatni, jak i pierwszy dzień kręcenia pamiętam bardzo wyraźnie. Dokładnie pamiętam, że miałem jedenaście lat i byliśmy w Alnwick Castle w Northhumberland i kręciliśmy scenę z Panią Hooch, gdzie uczyliśmy się latania na miotle i Neville wtedy przywalił w ścianę. Byłem przyzwyczajony do planów filmowych, ale na ogrom i skalę tego nie byłem przygotowany. Był olbrzymi.
Wejście do świata, o którym czytałem przez cztery lata, którego byłem wielkim fanem, i wreszcie założenie szat było niezwykłe. Chris Columbus podszedł do mnie i wyjaśnił, że ta konkretna scena i plan filmowy skupiają się głównie na Neville'u i mnie - wiesz, zero presji. Wszyscy bardzo o mnie dbali i przez tydzień po prostu latałem na miotle wokół pięknego zamku w Północnej Anglii. Pomyślałem, że jeżeli tak ma wyglądać moja kariera i za to będą mi płacić, to to jest spełnienie marzeń.
WEISS: Będąc na planie w tak młodym wieku z takimi aktorami jak Maggie Smith, czy Alan Rickman byłeś świadomy ich pozycji jako cenionych aktorów szekspirowskich?
ML: Tak i nie - może nie do końca zdawałem sobie sprawę ze znaczenia Szekspira w tym wieku i kalibru tego, z kim pracuję, ale zdecydowanie wiedziałem o ich sławie i umiejętnościach. Wtedy byłem absurdalnie wielkim fanem Rika Mayala, który niestety zmarł kilka lat temu. Rik grał Irytka w pierwszym filmie, ale sceny z jego udziałem zostały wycięte z powodu czasowego limitu filmu. Usiadłem koło niego na odczytywaniu scenariusza i po prostu zaniemówiłem. Wziął mnie pod swoje skrzydła i opowiadał o wszystkich ludziach po drugiej stronie kamery; kim byli, czym się zajmowali. I podpisał mój scenariusz. To było naprawdę coś, siedzieć obok wszystkich tych ludzi, których oglądałem w telewizji i którzy byli tak przyjaźni i bezpretensjonalni.
WEISS: Czy po zakończeniu filmowania, pojawiło się coś, czego szczególnie zacząłeś szukać w rolach? Czytałeś dużo scenariuszy?
ML: Ekscytujące, ale i trochę dziwne było kręcenie ich [filmów] przez 10 lat, ale byłem gotowy, kiedy skończyliśmy nagrywać ostatni. Grając jedną postać przez tak długi czas, chciałem czegoś innego. Chciałem znaleźć nowe postacie i odkryć nowe ścieżki. Dosłownie nie miałem pojęcia, co robić dalej. Czułem, jakbym znowu zaczynał od początku, a bycie w Harrym Potterze nie było żadnym chwytem. Musiałem zostawić to za sobą, żeby pozbyć się metki Neville'a Longbottoma i udowodnić, że mogę robić inne rzeczy.
tłumaczenie: fuerte
Źródło: interviewmagazine.com


Nicram_93



[P]Louise Lainey
fuerte
. Taka jest natura tych stadnych zwierząt, zwłaszcza jak są z nimi cielęta.
Nedelle
spędziłam tu trochę czasu i wspominam bardzo dobrze, tęsknię
A.
Bardzo mi sie podoba ten wywiad jeśli chodzi o odpowiedzi Matta bo pytania są takie wystudiowane jakby, nie wyczuwam tam naturalności. Bardziej to wygląda jak zestaw pytań do ankiety. Szczególnie mnie zaciekawił fragment o początkach przygody z HP. Moze nie jest odkrywczy, ale czyta się przyjemnie i dobra robota Fuer