Podczas zajęć Klubu Zaklęć okazuje się, że ktoś może sprawować kontrolę nad Irytkiem. Jaki cel ma kontrolowanie niesfornego ducha i czy faktycznie ktoś wywiera na niego wpływ?
Hermiona Granger Weasley trochę niepewnym krokiem poruszała się po korytarzach Hogwartu. Mijała dobrze znane sobie obrazy i rzeźby, drzwi do klas w których kiedyś zdobywała masę punktów i pochwały, a duchy snujące się po zamku kłaniały się na jej widok. Większość uczniów wygrzewało się teraz na błoniach lub głowiło nad trudnymi esejami w bibliotece. Chciała nauczać numerologii, ale postanowiła, że poczeka aż posada nieco wiekowej, nawet jak na Hogwart nauczycielki się zwolni i przez ten czas zdobędzie doświadczenie pedagogiczne wykładając zaklęcia. Był dopiero początek roku szkolnego, a już miała kilka nieprzyjemnych konfrontacji słownych z pewnymi Krukonkami. Postanowiła ukarać je tylko utratą punktów, ale bała się w głębi duszy, że nigdy nie zdobędzie autorytetu i szacunku w oczach uczniów. Z drugiej strony nie chciała, aby jej metody przypominały te stosowane niegdyś przez Snape'a i obawiała się, że nie będzie potrafiła tego wyważyć. Była już na trzecim piętrze i po chwili wchodziła do sali, w której adepci magii poznawali inkantację, brzmienie czarów, uczyli się odpowiednio robić użytek ze swoich różdżek. Młoda kobieta usiadła za biurkiem i zaczęła czekać na członków Klubu Zaklęć, który zapoczątkował jeszcze poprzednik profesora Flitwicka. Do rozpoczęcia pierwszych zajęć tej grupy było jeszcze pół godziny, ale Hermiona jakoś pewniej czuła się w tym pomieszczeniu, niż w swoim nowym gabinecie, do którego jeszcze nie przywykła. Swoją drogą zdziwiło ją, że póki co nie miała żadnych zastrzeżeń do zachowania mieszkańców domu Salazara Slytherina. Na początku tej pracy obiecała sobie, że wszystkie domy będzie traktować równo, jednak doświadczenia jakie zdobyła, gdy sama pobierała w tych murach nauki sprawiły, że do końca nie dało jej się usunąć z głowy nieco negatywnego obrazu wychowanków Mistrza Eliksirów. Oczekując na podopiecznych pogrążyła się w lekturze Pożytecznych i niedawno odkrytych - Czarów, które zmienią świat.
Klasę zaczęli stopniowo zapełniać uczniowie w różnym wieku. Młodsi byli w mundurkach, starsi pozwolili sobie na sobie luźniejsze ubrania. Hermiona zauważyła, że oprócz tych wybitnie utalentowanych jest kilku z mniejszymi uzdolnieniami do jej przedmiotu. Cieszyła się i jednocześnie bała: nie chciała zaprzepaścić ich chęci do nauki. Gdy za ostatnim chłopcem zamknęły się drzwi nauczycielka poczekała, aż zasiądzie on w ławce i wyszła na środek klasy, gdzie zaczęła przemowę.
- Witam was na pierwszym spotkaniu Klubu Zaklęć. Cieszę się, że aż tylu z was zdecydowało się na te zajęcia. Postaramy się rozwinąć wasze zdolności, w tej niezwykle przydatnej dziedzinie magii - starała się, by jej głos brzmiał zdecydowanie, jednak skutek był nieco mizerny. Machnięciem różdżki posłała nastolatkom książki - identyczne jak ta, którą się zajmowała oczekując na nich. Niektóre z egzemplarzy upadły z dużą siłą wzbijając chmury pyłu - pan Filch oczywiście był tak zajęty wyłapywaniem uczniów, którzy popełnili choćby najmniejsze wykroczenia, że zapominał zajrzeć ze ścierą do niektórych pomieszczeń. Hermiona z lekkim uśmiechem stwierdziła, że nie chce go wyręczać, mimo, że jeden prosty ruch różdżką załatwiłby sprawę. Postanowiła poruszyć pierwszy planowany temat:
- Zaczniemy od zaklęcia prawdziwego świadectwa. Zostało tak nazwane, gdyż to jedyny znany środek na sprawdzenie, czy dany człowiek nie jest kontrolowany przez kogoś innego. Słyszał ktoś kiedyś o nim? - Postanowiła dać im się wykazać. Pewien wysoki, opalony szatyn z Hufflepuffu uniósł rękę i po udzieleniu mu głosu powiedział:
- Zostało wynalezione zaledwie kilka miesięcy temu, przez znanego naukowca - Sama Grinhta. W momencie działania czarów takich jak imperius osoba będąca pod czyimś przywództwem zaczyna się świecić na niebiesko. Pomaga to między innymi Wizengamotowi, ale nie jest pewnym sposobem - w momencie, gdy kontrolujący daną osobę czar traci moc i tym zaklęciem niewiele wskóramy. Na ludzi samodzielnie decydujących o swoich czynach nie działa w ogóle, po użyciu go na takiego człowieka nie dzieje się nic.
- Nagradzam Hufflepuff pięcioma punktami - odparła Hermiona będąc pod wrażeniem. Ten chłopak sprawiał wrażenie casanovy, który ma wszystko gdzieś, a był naprawdę pilny. Po raz kolejny przekonała się, że pozory, których niełatwo się wyzbyć mogą mylić.
- Musicie wykonać różdżką ruch tak, jakbyście nią w kogoś celowali i wypowiedzieć Inventio!
Niektórzy z słuchaczy zaczęli chichotać wskazując na nauczycielkę. Od Nevile'a wiedziała, że to sposób, aby rozproszyć uwagę nauczyciela. Pomimo tej wiedzy spojrzała na swój strój. Nienaganna, czarna szata dzienna, ze sporymi muślinowymi obwódkami, podarowana jej na urodziny przez Ginny leżała na niej idealnie i była przekonana, że z jej rozpuszczonymi włosami jest wszystko w porządku. Niezrażona kontynuowała:
- Różdżka musi być jak najmniej odchylona, starajcie się trzymać ją poziomo. Powtórzcie Inventio! - Obecni chórem spełnili jej prośbę. Nie było jednak tak, dobrze jak by być mogło.
- Fantastycznie, ale więcej zdecydowania proszę: Inventio! - Tym razem wypowiedzieli to znacznie lepiej. Zawsze denerwowała się przed lekcjami i na ich początku, potem świetnie się sprawdzała. W klasie nagle rozległo się przeciągłe Uuuuu na co wzdrygnęło się kilku pierwszorocznych.
- Spokojnie, to tylko Poltergeist. Irytku, co tu robisz? - Duch słysząc jej głos ukazał się wyraźnie zaskoczony.
- Demolkę, a co nie wolno? Mam tylko nie przeszkadzać w lekcjach, w lekcjach - psotnik zaczął powtarzać te słowa powoli doprowadzając Hermionę do furii.
- Co twoim zdaniem się teraz tu odbywa? - zapytała tonem, którego nie powstydziłby się żaden psychiatra.
- Spisek nad przejęciem władzy, powiadomię dyrektora! - odparł i pogroził palcem skupiając na sobie zdumione spojrzenia.
- Za czasów psora Flitwicka te zajęcia były w jednym z przestronniejszych lochów, zaraz po nich odbywały się próby chóru - poinformował jeden z szóstoklasistów. Hermiona posłała mu łagodny, pełen wdzięczności uśmiech.
- Dobrze. Angelino, może rzucisz poznany czar na naszego gościa? - zaproponowała nauczycielka. Trzecioklasistka machnęła szybko różdżką i wyraźnie wypowiedziała poznaną formułkę. O dziwo Irytka otoczyła niebieska poświata. Zgromadzeni, natychmiast zareagowali falą szeptów. Kobieta także się zdziwiła, ale uspokoiła ich. W końcu nie wiadomo, czy tak nie może objawiać się jakiś błąd przy użyciu tego względnie młodego zaklęcia, ani jak działa ono na stworzenia inne niż ludzie. Stanowczo wyprosiła poltergeista i przez pozostałą ilość czasu przećwiczyła z obecnymi te rzeczy, które jej zdaniem są najprzydatniejsze. Na pożegnanie dała każdemu paczkę czekoladowych żab i im podziękowała. Chyba nie poszło tak najgorzej...
- Miodowe Królestwo!
Po wypowiedzeniu hasła kamienny gargulec się powoli obrócił i Hermiona przekroczyła próg pokoju nauczycielskiego. Przy długim, umieszczonym pośrodku ciemnym stole siedział młody profesor Quinn, który najwyraźniej sprawdzał jakieś wypracowania z Obrony Przed Czarną Magią. Nie wyglądał na zachwyconego i co chwilę mamrotał coś do siebie. W oknie umieszczonym za małą wnęką z prawej strony Nevile przyglądał się z zafascynowaniem jakieś małej, ciemno-bordowej roślinie, której gałęzie plątały się tworząc finezyjne kształty. Pomieszczenie było szarawe, a ciemno-zielone półki pod ścianami uginały się od masy pergaminów. Hermiona zasiadła przy podłużnym stole, kilka krzeseł dalej od speca Czarnej Magii. Zamyśliła się, tracąc trochę kontakt z rzeczywistością. Czy ma powody do niepokoju? Kto może chcieć kontrolować szkolnego poltergeista? Z transu wyrwał ją głos szefowej:
- Coś się dzieje, Hermiono? - spytała oschłym, charakterystycznym dla niej tonem Minerwa McGonagall. Młoda pracownica Hogwartu rozejrzała się. Nie miała pojęcia skąd nagle wzięła się tu opiekunka Gryfonów.
- Nie, nic. - McGonagall posłała jej badawcze spojrzenie, ale powstrzymała się od komentarza.
- Zdradzisz mi w końcu po co tak wnikliwie ostatnio studiujesz Historię Hogwartu?
- Zależy jak będziesz prosić.
Przerwał im Ron, który wszedł do ich domu. Przeszedł wokół mebli w odcieniach brązu i czerwieni, minął długi stół (wykorzystywany głównie do pracy), by zbliżyć się do małego stolika, położonego pod gzymsem bogato rzeźbionego kominka, w którym wesoło trzaskał ogień. Gospodarze natychmiast powstali, by powitać brata i kumpla. Już po chwili Rona objął mocny uścisk siostry, a jej ogniste włosy spływały na jego ramię. Kiedy został już oswobodzony Harry z uśmiechem ścisnął jego dłoń.
- Nie mogłeś się jakoś normalniej ubrać? - zapytała Ginny chichocząc. Ron miał na sobie szatę dzienną, a raczej elementy z kilku kompletów w kolorach jasnego seledynu, czerni i czerwieni, wyglądając dziwacznie.
- Dajcie spokój. O mało nie podpaliłem domu, gdybym nie mieszkał obok Frinkestów... W tych instrukcjach od Hermiony musi być jakiś błąd. Zresztą miejsce żony jest przy mężu.
- A miejsce męża pewnie przy kochance - odparła hardo feministycznie nastawiona Ginny. Harry, nie chcąc samotnie wysłuchiwać ich kłótni wpadł na pewien pomysł:
- A może pożyczę ci jakieś swoje mugolskie gatki, które czasem zakładam na czas misji? Ministerstwo zafundowało mi trochę za duże, ale na ciebie będą jak ulał i jak człowiek razem z nami odwiedzisz Hermionę?
Dodałam ten tekst do Pierwszych Fan Fiction, ponieważ nie miało przypisanej kategorii, a wydaje mi się, że to są Twoje pierwsze kroki. Jeżeli powinno być gdzieś indziej to daj znać. Przeniosę.
Na wstępie zaznaczę, że powinieneś czytać test przed dodaniem go bo pełno było niepotrzebnych przerw w tekście, a to zdecydowanie działa na niekorzyść wizualną. Mam nadzieję, że wszystkie skasowałam, ale nie dam głowy uciąć.
Co do fabuły - nie przekonuje mnie wizja Hermiony jako nauczycielki. To takie zbyt oczywiste (chociaż nieprawdziwe).