Nawet duchy mogą kochać, czemu Gruby Mnich zdecydował się pozostać na tym świecie?
Ciepło czerwcowego dnia spowodowało, że większość uczniów spędzała ostatnie dni w Hogwarcie nad wielkim jeziorem lub w cieniu rozłożystych drzew rosnących na błoniach. Wszyscy czekali na wyniki końcoworocznych egzaminów. Wielu radowało się zbliżającymi wakacjami, a niektórzy z nostalgią wpatrywali się w mury zamku wiedząc, że prawdopodobnie są to ich ostatnie dni spędzone w tym miejscu.
W jednym z korytarzy niedaleko sali do transmutacji stało przytulonych do siebie dwóch uczniów. Oparci o chłodną ścianę cieszyli się swoim towarzystwem. Nagle śmiech przerodził się w okrzyk przerażenia. Żadne z nich nie spodziewało się, że tak radosne chwile zostaną im przerwane przez przelatującego przez nich ducha Grubego Mnicha. Tamten przyjrzał się z zaciekawieniem uczniom, którzy próbowali pozbyć się uczucia lodowatego dotyku.
- Ach, miłość. Piękne uczucie - westchnął duch patrząc tęsknie w pustkę.
- A co ty możesz o niej wiedzieć, jesteś duchem mnicha - odwarknął gniewny Gryfon.
- Wyobraź sobie, że mało brakowało, a porzuciłbym swoje życie w klasztorze dla jednej kobiety.
- Chcesz nam o tym opowiedzieć? - zapytała grzecznie Krukonka. Podobnie jak jej ukochany miała przypiętą do szaty odznakę prefekta.
- Dawno nie zwierzałem się nikomu z mojej historii. Uwierz mi, nie jest ona porywająca, ale nie śmiałbym odmówić prośbie damy, panno Clearwater. Jako młody mnich mieszkałem w opactwie w Dunfermline. To były ciężkie czasy dla ludzi, gdyż każdego roku na wiosnę szalała epidemia ospy. Opiekowałem się klasztornymi ogrodami na których rosło wiele leczniczych roślin. Zimą uczyłem młodych ludzi jak sporządzać proste lekarstwa na przeziębienie. Każdej wiosny przygotowywałem się do podróży po okolicznych wioskach. Dzięki kilku sprytnym zaklęciom mogłem zmieścić w swoich sakiewkach wystarczająco dużo lekarstw. Moja podróż trwała aż do końca lata, kiedy wracałem do opactwa by ponownie zacząć przygotowania do kolejnej wyprawy. Najwięcej pracy miałem w mieście Perth. Mieszkał tam wtedy Malcolm III, ówczesny król Szkocji. Tylko raz byłem na jego dworze, gdyż zachorował jego syn, Edgar, który nie cieszył się nigdy zbyt dobrym zdrowiem. Podejrzewam, że maczała w tym palce jedna z wiedźm, gdyż tamtego roku księcia dopadł skofungulus. Okropna przypadłość, która jest przenoszona przez ludzi obdarzonych magią. Natrudziłem się niemało, ale Edgar po tygodniowej kuracji wrócił do zdrowia. Tamtego roku spędziłem w mieście Perth dużo czasu i poznałem wielu ludzi, w tym córkę rolnika, Annę. Była to piękna i młoda kobieta o dobrym sercu, lecz o słabym zdrowiu. Cierpiała na ospę, tak jak i wielu innych ludzi. Kiedy pojawiły się pierwsze jesienne podmuchy wiatru, musiałem wrócić do swojego opactwa.
Aż do następnej zimy rozmyślałem o zaletach Anny. Próbowałem skupić się tak jak dawniej na doglądaniu ogrodu i nauczaniu młodych umysłów, jednak mimo to, ciągle pojawiała się w moich myślach. Ileż to nocy spędziłem nie śpiąc, zdjęty obawą, że mogę jej już nie spotkać. Pewnie powiecie, że się w niej zadurzyłem. Może to i prawda, lecz wtedy każdą taką myśl odrzucałem w obawie, że w rzeczywistości tak może być. W końcu obiecałem żyć z dala od uciech doczesnych, choć i tak nie odmawiałem sobie sytych posiłków. Kolejnej wiosny nie udało mi się dotrzeć do stolicy. Wielu ludzi potrzebowało pomocy na wschodzie. Potężna powódź zmieniła zielone wzgórza i łąki w mokradła. Wszyscy uważali, że winne temu wszystkiemu są wiedźmy. Nie ufali magii. Smuciłem się patrząc jak ludzie złorzeczą czarodziejkom, mimo iż te nie zrobiły nic złego. To była tylko zwykła powódź, jednak najwygodniej było zrzucić winę na coś bardziej rzeczywistego niż zrządzenie losu. Próbowałem przemówić im do rozsądku, jednak byli ślepi na me słowa. Kiedy wracałem do opactwa, widziałem jak tamci szykowali się z pochodniami do walki ze złem. Przez miesiąc znad wschodnich lasów Szkocji unosiły się czarne, żałobne chmury wypełnione nienawiścią i śmiercią.
Jakby za karę, przez następne pół roku panowała sroga zima. Z opowieści braci słyszałem o panującym wszędzie głodzie. Końcem maja biały puch roztopił się na tyle by móc wyjść bezpiecznie poza niewzruszone mury klasztorne. Tego roku nie zamierzałem udawać się na wschód. Od razu wyruszyłem do stolicy, która była w opłakanym stanie. Na ulicach pełno było żebraków, a z pobliskiego cmentarza co parę godzin dobywał się dźwięk dzwonów. Wozy z trudem jechały po nasiąkniętej ziemi, a i okoliczne pola uprawne wydawały się być zniszczone. Anna i jej ojciec jakoś przeżyli dzięki sporym zapasom zboża. Z radością słuchałem jak dziewczyna pełna entuzjazmu wspominała, że dzięki ich zapasom przeżyło też wielu ludzi mieszkających nieopodal. Miała ona dobre serce, nawet zbyt dobre w porównaniu z ludźmi, wśród których spędziłem poprzednią wiosnę. Wydawało mi się, że Anna była jeszcze szczuplejsza niż dwa lata temu, lecz odrzuciłem tę niedorzeczną myśl. Teraz już wiem, że ona sama odmawiała sobie jedzenia, byle tylko inni nie umarli z głodu. Pomagałem ludziom w Perth przez kilka miesięcy. Nerwowe wyczekiwanie na wzrost nowych plonów przerodziło się w kolejny powód do zmartwień. Z zasianych ziaren wyrosło zaledwie kilka łanów zbóż. Zanim ponownie odszedłem, wspomogłem pola swoją magią, tak by mieszkańcy stolicy nie cierpieli ponownie głodu.
Kolejny rok minął, a moje myśli coraz częściej uciekały do tych kilku wiosennych miesięcy spędzonych z Anną. Kiedy nadszedł odpowiedni czas, wyruszyłem, nie czekając na nic. Zrozumiałem, że nie mógłbym znieść kolejnej rozłąki. Pędząc co koń wyskoczy nawet nie zauważyłem ponurego dymu unoszącego się znad głównego placu położonego niedaleko zamku. Wpadłem uradowany do jej domu, licząc, że zobaczę jej uśmiech, lecz chata była pusta. Sądziłem, że jest w polu i pomaga swojemu ojcu, lecz i tam nikogo nie było. Dziwne było także to, że tereny uprawne, którymi się zajmowali, wyglądały na pozbawione opieki. Na czarnej ziemi zamiast małych siewek zbóż rosły chwasty, a narzędzia służące do orki leżały zniszczone nieopodal chaty. Obróciłem się i z narastającym strachem wpatrywałem się w czarną chmurę, która nieustannie rosła zasilana przez mroczny wir unoszący się znad centrum miasta. Biegnąc tam, z oddali zobaczyłem ogromne ogniska, które syczały i skwierczały, wyrzucając z siebie coraz więcej dymu. W końcu zobaczyłem i ją. Klęczała przy jednym z ognisk z wyciągniętymi ku niemu rękoma. Jej twarz zalana była łzami i wyrażała jedynie ból i cierpienie. W końcu do niej dotarłem i objąłem jej chude ramiona. Wyglądała jeszcze bardziej mizernie niż rok wcześniej, a całe jej ciało płonęło, prawie tak jak owe stosy. Zdawała się mnie nie zauważać, gdyż jej oczy wpatrzone były w ogień. I mój wzrok powędrował w to samo miejsce. W końcu zrozumiałem czemu cierpiała. Wśród tańczących płomieni znajdowało się ciało jej ojca. Nie rozumiałem czemu mieszkańcy stolicy to zrobili. Dopiero wtedy dotarły do mnie ich krzyki skierowane do płonących ognisk. Radowali się śmiercią tych ludzi nazywając ich wiedźmami lub czarownikami. Przypomniałem sobie gniew ludzi ze wschodu. Oni też nienawidzili magii, z tym, że wtedy spłonął las i zamieszkujące go zwierzęta. Teraz płonęli niewinni ludzie. Odciągnąłem Annę od tego siedliska zła i zaprowadziłem do domu. Dopiero wtedy zrozumiałem, że jej ciało było gorące nie przez płomień ognisk, a przez gorączkę. Próbowałem ją uleczyć, nie patrzyłem na to, czy ktokolwiek mnie przyłapie na uprawianiu czarów. Jedyne, co się wtedy liczyło, to by przynajmniej ją uratować. Nic jednak nie pomagało, gdyż zgasła w niej wola życia. Jej duch był zbyt czysty, by obronić się przed takim okropieństwem. Całe życie starała się pomagać innym, a oni tymczasem odpłacili się jej paląc jej ojca na stosie. W końcu pozostało mi tylko patrzeć jak i ona umiera. Ze złamanym sercem wróciłem do opactwa.
Zaprzestałem swoich wiosennych podróży zamykając się w klasztornych murach, a przede wszystkim we własnym umyśle. Mój dar czasem wyrywał się spod kontroli, kiedy spędzałem całe dni porządkując klasztorną piwnicę. Bracia przestali na mnie patrzeć ufnym wzrokiem kiedy wyciągnąłem królika z kielicha pełnego mszalnego wina. W końcu i mój żywot został zakończony przedwcześnie z powodu podejrzeń o mój dar. Tym razem udało im się trafić na prawdziwego czarodzieja. Dopiero wtedy zrozumiałem jak wielki błąd popełniłem wtedy, kiedy umarła Anna. Aż do śmierci nie przebaczyłem ludzkości tego co zrobiła. Skazałem setki ludzi nawet ich nie znając, a przecież wśród tych setek na pewno byli tacy jak Anna. Dobrzy, dla których warto poświęcać swój czas i siły. Zaprzepaściłem swoje życie, bo nie potrafiłem wybaczać błędów. Teraz staram się wszystko naprawić.
- Twoja historia jest bardzo smutna - powiedziała cicho Penelope i wtuliła się w oniemiałego Percy'ego.
- Jak i zapewne każdego ducha. Nie smuć się młoda damo, tylko ciesz się życiem i wybaczaj innym. Nie popełnij moich błędów.
No, no. Całkiem zgrabnie Ci to wyszło. Temat wybrałeś sobie nietuzinkowy i nawet Twoi uczniowie są rzadko spotykani w naszych fickach. Życie mnicha opisałeś bardzo fajnie, a mugolskie "polowanie na czarownice" dość bajkowo. Jednak strasznie zgrzytała mi końcówka. Wyszła strasznie banalnie. Wydaje mi się, że trochę za szybko i zbyt dosłownie przeszedłeś do końca tej miniaturki. Anna umiera, on wraca i po jakimś czasie go zabijają. I żałuje, że nie wybaczył ludziom - wy tak nie róbcie. No banał nieco. Owszem, sam pomysł by zrobić taki morał, był okej, ale... no właśnie. Zbyt dosłownie nam to przedstawiłeś. Tym bardziej, że wcześniej opisywałeś jak jeździł do stolicy, do wioski, znów do stolicy itd... a końcówka wyszła Ci strasznie szybka, aż nienaturalnie. Anna umarła, on wrócił i zaraz potem koniec. Najchętniej kazałabym Ci coś dopisać ;>