To jest Quidditch. Oczywiście, że mamy mnóstwo czasu. Wystarczy sfaulować szukającego przeciwników.
- Józef Wroński -
- Nie uda ci się. To jest niemożliwe. Potrzebny byłby cud.
- Rzeczy niemożliwe załatwiam od ręki. Na cud musisz odrobinę poczekać.
- Jeżeli ci się nie uda...
- Tak, tak wiem. Dziennikarskie hieny rzucą się na nas nie pozostawiając ani kosteczki.
***
Są takie dni, kiedy po prostu nic się nie dzieje. Idziemy sobie spokojnie na spacer, wesoło podgwizdując i zastanawiając się nad tym jakie to życie jest piękne. Jaki to zaszczyt nas spotkał, że możemy sobie powoli egzystować na tym świecie, słuchać śpiewu ptaków i rozglądać się za życiową szansą. Dlaczego nie miałaby ona nadejść właśnie dzisiaj? W taki piękny, słoneczny dzień w który wydaje się, że możemy zrobić dosłownie wszystko?
Może życie przygotowało mi niespodziankę, która wyskoczy zaraz zza rogu i od tej pory będę najszczęśliwszym człowiekiem w całej magicznej Polsce?
Zza rogu, zmierzając w moją stronę wyszedł patrol Aurorów.
Czego oni znowu ode mnie chcą?
***
- Możesz się jeszcze wycofać.
- Nie mam najmniejszego zamiaru.
- To ci się nie uda...
- Zawsze podziwiałem twoją wiarę w moje możliwości.
***
Jeżeli kiedykolwiek zostaniecie zapytani czy jest coś gorszego niż spotkanie oko w oko z wilkołakiem, wiedzcie, że jest. Utknięcie w jednym gabinecie ze świeżo upieczonym Aurorem może zakończyć się urazami nie tylko fizycznymi, ale przede wszystkim psychicznymi. Czy tylko ja uważam, że czarodzieje z ujemnym ilorazem inteligencji powinni być odseparowywani od reszty społeczeństwa? W innej sytuacji, nieszczęście murowane.
Gdyby ktoś wcześniej powiedział mi, że w wieku siedemnastu lat przynajmniej raz w miesiącu będę wzywany na komisariat jako oskarżony, zacząłbym się zastanawiać nad jakimś zagranicznym wyjazdem.
Przecież na tym świecie nie ma bardziej szczerej, sprawiedliwej i prawej osoby niż ja. W wieku siedmiu lat gdy moi rówieśnicy planowali napad na wózek z lizakami, ja wspaniałomyślnie odradzałem im ten pomysł. To, że w efekcie końcowym zostaliśmy przyłapani na podkradaniu cukierków zupełnie nie jest moją winą. Gdy byłem w czwartej klasie, wpisałem sobie do dziennika dwie „klasyfikujące” z alchemii. Sumienie gryzło mnie prawie przez dwie godziny. Każdy inny uczeń zapomniałby o tym incydencie po kilku sekundach.
Nie myślę wcale, że jestem święty. W moim życiu robiłem wiele złych, niebezpiecznych i nielegalnych rzeczy. Ale akurat nie te, o które byłem oskarżany. Mam wrażenie, że całe Ministerstwo uważało mnie za skończonego idiotę przesłuchując pod zarzutem napaści na urzędnika w biały dzień. Zdarzyło mi się to tylko raz, a do tego zostałem sprowokowany.
Moi rodzice pewnie przewracają się teraz w grobie.
W dzieciństwie przepowiedzieli mi wielki na skalę światową sukces. Niestety nie wiem czy praca w czarodziejskim barze za jedyne trzy galony dziennie może się do niego klasyfikować. Jeżeli nie, to pozostała mi jedynie myśl, że te karty musiały być fałszywe. Albo, że to moi rodzice jedynie wmawiali sobie talent do jasnowidztwa.
- Panie Józefie proszę mnie nie ignorować. – Prawie podskoczyłem słysząc przed sobą skrzekliwy głos jednego z Aurorów. Możliwe, że się na chwilę wyłączyłem. O co znowu jestem oskarżony?
- Co pan robił 15 lipca o godzinie 23:30?
- Siedziałem z kalendarzem w ręku, patrząc się na zegarek. – Standardowa odpowiedź. Mogliby się w końcu nauczyć zadawania pytań...
- 15 lipca był wczoraj, Wroński. - Nadeszła szybka riposta ze strony mojego drogiego znajomego. Może powinienem zaproponować mu mówienie sobie po imieniu. Spotykaliśmy się przynajmniej raz tygodniowo. Notabene zawsze na komisariacie, ale jednak
- 23:30. Musisz pamiętać.
- Odpowiedź na pewno pana zaskoczy. Zastanówmy się, co mogłem robić w środku tygodnia, 30 minut przed północą, wiedząc że następnego dnia o godzinie 7:00 rano powinienem przyjść do pracy? Hmm. Latałem na miotle!
- Czy latał pan na miotle w pobliżu rezydencji pana Sobczaka?
Czy on naprawdę o to zapytał? O, Twardowski! Czarodzieju drogi! Dlaczego ktoś taki hańbi nasz kraj swoją magią?
***
- Pan Sobczak jest przekonany, że to ty stoisz za atakiem na jego rezydencję...
- Pan Sobczak jest też przekonany, że boginy powinny być klasyfikowane jako zwierzęta. Nie omieszkał tego nawet zrobić podczas ostatniej konferencji naukowej. Chyba nie uważał on zbytnio na zajęciach Magicznego Uniwersytetu. Wszyscy wiedzą, że boginy powinny być klasyfikowane jako stworzenia, którymi de facto są. Biorąc pod uwagę ten fakt – nawet pan Sobczak może się mylić.
***
- Nie masz pieniędzy, twoje nazwisko nikomu nic nie mówi. Nie masz niczego! Myślisz, że znajdziesz naiwniaków, którzy za tobą pójdą?
- Ja nie mam niczego? Po ci mi pieniądze, skoro w każdej chwili mógłbym je stracić? Po co mi nazwisko, skoro w każdej chwili mógłbym ja zhańbić? Pasja i nadzieja – oto co się liczy.
***
Po raz kolejny opuściłem komisariat biura Aurorów, wiedząc że prędzej czy później i tak do niego wrócę. Nie mam pojęcia dlaczego ten przeklęty urzędnik Sobczak ubzdurał sobie, że wszystkie ataki na jego osobę są tylko i wyłącznie moją winą.
Nie zauważył nawet jak szybko z najważniejszej osoby w państwie stał się pogardzanym przez społeczeństwo wyrzutkiem posiadającym całą masę wrogów. Czy jestem jednym z nich? Ciężko mi stwierdzić. Moja nienawiść co do niego trwała... i nagle przeszła.
Był to moment w którym Polska reprezentacja przeżywała największy w swojej karierze rozkwit. Jej ranga wzrastała równomiernie do skąpstwa i egoizmu Sobczaka. Przekładał on ilość zapraszanych na mecze gości ponad zapewnienie im bezpieczeństwa. Nie przejmował się stanem technicznym stadionów, dbając jedynie o trwałość zaklęć polepszających ich wygląd. Trybuny pomimo doskonałej prezencji, jedynie cudem unikały zawalenia, a boiska już od dawna nie widziały zaklęć obronnych. Całość zdawała się krzyczeć i błagać o jak najszybszą naprawę, ale Sobczak w swoim skąpstwie wolał zastanawiać się nad podwyższaniem cen biletów.
Jego współpracownicy, a raczej ta ich część, która posiadała coś na kształt zdrowego rozsądku, z niepokojem wyczekiwała jakiegoś wypadku. Bo było pewne, że taki nadejdzie.
Zapewne nie tylko ja pamiętam ten dzień. Piękny i słoneczny - kompletnie nie zapowiadający strasznych wydarzeń, które miały wkrótce nastąpić. Miałem osiem lat i byłem podekscytowany pierwszym w moim życiu meczem Quidditcha, który właśnie dzisiaj miałem oglądać. Razem z ojcem zająłem miejsce w jednej z najekskluzywniejszych loży. Mieliśmy dzięki niej zapewniony perfekcyjny widok na całe boisko i tragedię, która miała się na nim rozegrać.
Wraz z wybiciem godziny szesnastej na stadion wkroczyły reprezentacje Polski i Hiszpanii. Rozpoczął się półfinałowy mecz Mistrzostw Świata. Był 15 lipca roku 1957 i wszyscy liczyli na niesamowite widowisko i wielkie emocje. Dostali je.
Moja matka, Maria Wrońska już od czterech lat prowadziła naszą drużynę jako jej kapitan. Po trzykrotnym zajmowani niechlubnego czwartego miejsca za punkt honoru wzięła sobie wygraną w dzisiejszym meczu. Za wszelką cenę – mówiła w wywiadach. Chyba nawet Twardowski nie wiedział jak wiele będzie musiała poświęcić, by wygrać.
W 94 minucie meczu Maria Wrońska złapała złotego znicza. Sekundę później jeden z tłuczków uderzył ją prosto w brzuch. Olbrzymia siła lotu zrzuciła ją z miotły. W zastraszającym tępię spadała z wysokości 62 stóp, ale nikt nie zdawał się być tym faktem zaniepokojony. Oprócz mnie. Przerażony krzyczałem w przestrzeń, ale mój głos utonął w podnoszącej się wrzawie. Pozostało kilka metrów do ziemi, a moja mama wciąż nie zaczęła zwalniać. I już tego nie zrobiła.
15 lipca 1957 roku czary ochronne nie zadziałały.
Maria Wrońska zmarła na miejscu.
Następnego dnia mój ojciec, Tadeusz Wroński popełnił samobójstwo.
Zostałem sam. Całkiem sam.
Na początku nienawidziłem pałkarza, który odbił tłuczka w stronę mojej matki. Nie znałem nawet nazwiska tego mężczyzny więc było to szczególnie trudne. Przeniosłem swój gniew na Mateusza Sobczaka. Jednak teraz, po upływie miesięcy i dni od tej tragedii żal co do niego całkowicie osłabł. Czuję jedynie smutek i może nawet współczucie. Dzień w którym straciłem matkę był dniem w którym on stracił szansę na dalszy rozwój i karierę. W oczach społeczeństwa na zawsze pozostanie mordercą.
Moją nienawiść wycelowałem w Quidditcha. Nienawidziłem tej gry. Quidditch odebrał mi matkę.
- Przeklęte lato, przeklęte wakacje, przeklęte słońce i przeklęte udary słoneczne... – Po raz kolejny zagłębiając się w świat swoich myśli nie zauważyłem stojącego obok mnie człowieka. – Przeklęte Ministerstwo, przeklęci Aurorzy i przeklęty Quidditch...
Był to blisko czterdziestoletni mężczyzna w, co mnie wielce zaskoczyło, stroju sportowym. Jaskrawa czerwień jego bluzy zdawała się wołać o pomstę do Bogów, a sterta dokumentów w dłoniach kompletnie nie pasowała do całości obrazu.
- Przeklęte Ministerstwo, przeklęty Quidditch? - zapytałam ironicznie. – Józef Wroński, miło mi poznać. Pracuję w pobliskim barze. Co pan powie na szklaneczkę wódki na dobry początek dnia i wspólne przeklinanie na system władzy naszego kraju?
- Stanisław Wrona – odpowiedział uśmiechając się pogodnie. Jak gdyby spotykając mnie jako nastrój zdecydowanie się poprawił. – Bardzo chętnie. Mamy dzisiaj istne przeklęty dzień. Czuję się jak stary kuguchar, który spotykając się z życiową szansą zostaje potrącony przez pierwszy lepszy mugolski pojazd.
Zaśmiałem się uprzejmie i razem poszliśmy w stronę baru rozmawiając o niekompetencji Polskiego Ministerstwa Magii.
Spotykając go po raz pierwszy nie wiedziałem jak ważną rolę odegra w moim życiu.
Został moim trenerem, mentorem i przyjacielem.
Wrzeszczał na mnie gdy uderzył mnie tłuczek i pocieszał, gdy zrobiła to moja dziewczyna.
Wniósł w moje życie radość i pasję, ale również zawód i łzy wściekłości.
Pytasz czy cokolwiek bym zmienił?
Tak, oczywiście. Myślę, że mogłem poznać go o wiele wcześniej.
***
- Myślisz, że ci się uda?
- Jestem tego całkowicie pewien. Polska znowu wróci do gry.
Margaret, już wiesz że jestem Twoja fanką i czekałam na jakiś Twój ff seryjny. I bardzo miłe mnie zaskoczylas. Może nie jestem fanką Quidditcha, kilka zdań mi się nie zgrywalo i było kilka literówek, ale podoba mi się. Początek bardzo zachęcający i chce więcej co dalej. Zaciekawilas mnie i na pewno będę sledziła dalsze rozdziały. Pisz szybko i dodawaj.