Tak bardzo chciałabym wiedzieć, czym jest siła. Ale ta prawdziwa. Skąd można ją czerpać? Ja chyba już dawno ją utraciłam. To dlatego teraz idę tą drogą, klucząc wśród starych drzew. Moja czarna sukienka klei się do mnie od spadających z nieba kropel deszczu. Z ran na moich rękach wypływa krew. Jednak nie czuję bólu. Są tylko łzy, żal i straszliwa pustka po utracie kogoś bliskiego.
Maggie uśmiechała się. Tańczyła w promieniach słońca. Jej długie, kręcone, brązowe włosy unosiły się i opadały w rytmie jej kroków. Niemal latały przy obrotach, momentami zasłaniając białą twarz z dwoma uroczymi rumieńcami. Patrzyłam w jej jasnozielone oczy, w których czaiła się ta jakże znajoma, wesoła iskierka. Podeszła do mnie.
- Co z tobą, Max? - spytała wesoło. Siedziałam oparta o pień drzewa. Niedaleko mnie w jeziorze pluskały się dzieci z pierwszego roku, a przy Wierzbie Bijącej grupka Gryfonów popisywała się odwagą, co chwilę podchodząc zdecydowanie zbyt blisko rośliny. Wzruszyłam ramionami.
- Nie mam nastroju na zabawę - mruknęłam gładząc kciukiem grzbiet książki do transmutacji. Mag usiadła obok mnie.
- Co się stało?
Westchnęłam.
- Znowu dostałam N od McGonagall. Ta kobieta się na mnie uwzięła!
- Och, Max, nie mów tak. Może po prostu czegoś nie rozumiesz? Przecież wiesz, że zawsze mogę ci pomóc. Jeśli chcesz, możemy się za to zabrać nawet teraz. - Zerknęła na trzymaną przeze mnie książkę. Odłożyłam ją szybko i zmarszczyłam brwi.
- Nie trzeba. Sama sobie poradzę - warknęłam odwracając wzrok.
- Ależ Max, to żaden problem - zapewniała Mag. Znowu nie wiedziała o co mi chodzi.
- Tu nie chodzi o problem. Przecież ty nigdy go nie masz. Idealna Mag. Krukonka ze wspaniałymi ocenami. Córeczka rodziców. Aniołek. Bezproblemowa piękność, do której wzdychają wszyscy chłopcy w szkole. Chodzi o to, że sama też potrafię coś osiągnąć. Nie chcę być od ciebie zależna, Mag. To ty tu jesteś ta młodsza. To ja powinnam uczyć ciebie, a nie ty mnie!
Krzyknęłam i zerwałam się z miejsca. Mag spojrzała na mnie zaskoczona. Po chwili również się podniosła. Byłyśmy równego wzrostu, ale ona była... No, była po prostu zgrabniejsza, ładniejsza. Zawsze taka była. Idealna. Bez skazy. Zawrzał we mnie gniew.
- O co ci chodzi, Max? To przecież nie moja wina, że jesteśmy w innych Domach i że wyglądamy inaczej. Nie możesz obarczać mnie winą za każde swoje niepowodzenie - powiedziała stanowczo.
- Nie, to nie są moje niepowodzenia. To jest to, że ty jesteś po prostu... Zawsze jesteś tą lepszą. Mam tego dosyć! - wrzeszczałam na nią, chociaż nawet nie wiedziałam dlaczego. Po prostu. Chciałam się wykrzyczeć. Inni uczniowie oglądali się na nas z zaciekawieniem. Widząc to, chwyciłam swoją książkę i ruszyłam w stronę Zakazanego Lasu.
Dotykam szorstkiego pnia drzewa. Na pewno jest stare. Pamięta wiele burz, kropel deszczu, wiatrów... Wzdycham ciężko. Takie kłótnie dosyć często nam się przytrafiały. Zawsze byłam o nią zazdrosna. O wszystko. Ona była w Ravenclawie, rodzice pękali z dumy, bo była najlepszą uczennicą w szkole, w ciągu sześciu lat miała już za sobą kilkanaście związków, które sama przerwała. A ja? Ja byłam Puchonką, która potrafiła godziny przesiedzieć w Zakazanym Lesie i myśleć o tym, dlaczego Tiara była tak niesprawiedliwa. „Czemu to właśnie ja jestem w Hufflepuffie, a nie Mag?”. Wszyscy zawsze mieli mnie serdecznie gdzieś. Nawet mama i tata.
Wzdycham i idę dalej, nadal boleśnie raniąc sobie ręce o mokre gałęzie i ciernie. Nie mam pojęcia dokąd iść. Jak dotrę, będę mogła w końcu to zobaczyć. Jeśli nie, umrę tutaj razem z nią. W nienawiści do samej siebie i żalu do tamtych wydarzeń...
Siedziałam nad jeziorem w pobliżu Zakazanego Lasu. Wpatrywałam się w swoje odbicie w tafli wody. W te krótkie, ciemnoblond loki i piwne oczy. W swoją jasną twarz z małymi, ledwo zauważalnymi piegami na nosie. Nie miałam czym się poszczycić.
- Dziękuję, są śliczne - usłyszałam tuż za sobą. Obejrzałam się. Zobaczyłam Maggie trzymającą w ręku bukiet czerwonych róż, który tak nieznośnie do niej pasował. Obok niej szedł wysoki chłopak z czarnymi jak noc włosami i ciemnobrązowymi oczami. Wpatrzyłam się w jego opaloną twarz, którą rozjaśniał szeroki uśmiech. Badałam wzrokiem jego masywną posturę, umięśnione ręce. Wiedziałam, że grał w drużynie Quiddicha jako szukający u Krukonów. Poczułam dziwne ukłucie w sercu. No tak. W końcu dlaczego mnie to zdziwiło. Wszyscy zawsze przylepiali się do Mag. Dlaczego więc tak zabolał mnie widok ich razem? To proste. Homer po prostu mi się podobał. Poczułam łzy złości w kącikach oczu i zerwałam się z miejsca. Chciałam uciec, a było tylko jedno miejsce, do którego zawsze uciekałam. Zakazany Las.
Tak, wciąż pamiętam tamten moment. Mag po prostu mi go zabrała, nawet jeśli o tym nie wiedziała. Po jakimś czasie zaczęli ze sobą chodzić. Przynajmniej tak to wyglądało. Zawsze trzymałam się od nich z daleka, bo kiedyś obiecałam rodzicom, że nie zrobię jej nic złego z zazdrości. A kiedy widziałam ich razem, po prostu wszystko aż się prosiło, aby przywalić jej jakimś paskudnym zaklęciem.
Do konfrontacji doszło jednak pod koniec roku.
- Max, dlaczego mnie unikasz? Coś ci zrobiłam? - spytała Mag, łapiąc mnie wreszcie na korytarzu. Wzruszyłam ramionami, czując napływającą wściekłość. Chciałam ją wyminąć, ale mi nie pozwoliła. Łypnęłam na nią spode łba.
- Czego chcesz? - warknęłam. Nie miałam ochoty na jakieś pouczające rozmowy. Nie z nią.
- Chcę wiedzieć, dlaczego mnie unikasz - powtórzyła stanowczo. Nie znosiłam tego tonu. Zupełnie jak matka do córki. A to ja byłam starsza!
- Po prostu. Mam cię dość. Zajmij się sobą. A raczej sobą i Homerem - powiedziałam złośliwie, a w środku prawie kipiałam z oburzenia.
- Co?! Co, więc o to chodzi?! O to, że spędzam czas z Homerem?! - wykrzyknęła. Zbiła mnie tym z tropu. Jeszcze nigdy na mnie nie krzyknęła.
- Tak. Tak, o to mi chodzi. Nie udawaj, wiem, że jesteście razem - dodałam, czując, że chce się wymigać.
- Co? Max, to nie tak! My nie jesteśmy razem! - zaprotestowała. Prychnęłam ironicznie.
- Jasne. A więc ciekawe o czym rozmawiacie przez ten cały czas.
- O tobie.
Wytrzeszczyłam oczy.
- Co?!
- Pstro. Powiedziałam, że rozmawiamy o tobie. Homer chciał dowiedzieć się o tobie jak najwięcej. Podobasz mu się. Chciał ci zrobić niespodziankę, ale nie wiedział jak. Poprosił mnie o pomoc - powiedziała już spokojniej. Nie mogłam w to uwierzyć.
- A te kwiaty? Widziałam was razem na błoniach. Dziękowałaś mu za róże. - Znowu stałam się strasznie podejrzliwa. Mag westchnęła.
- Dał mi je w prezencie za pomoc. - Podeszła do mnie bliżej. - Jemu naprawdę na tobie zależy, Max.
- Dlaczego mam ci wierzyć? - spytałam, kręcąc głową.
- Jak to dlaczego?! - oburzyła się Mag. - Jestem twoją siostrą! - westchnęła. - Mam cię dosyć, Max. Ciągle obwiniasz mnie o coś, na co nie mam wpływu. Naucz się płacić za własne błędy, siostrzyczko.
Po tych słowach odwróciła się i tyle ją widziałam. Przestałyśmy ze sobą rozmawiać. Po skończeniu szkoły nawet się nie odwiedzałyśmy. Ta jedna kłótnia podzieliła nas na zawsze. Czy tego żałuję? Owszem. Chciałam ją potem przeprosić, ale nie potrafiłam. Nadal nie potrafię.
Z Homerem nigdy nie zamieniłam ani słowa. Straciłam wszystko, co się liczyło. Po ukończeniu Hogwartu zajęłam się pracą sprzedawcy książek na Pokątnej. Cieszyłam się, że mogłam jakoś zabić czas. Jednak teraz nawet o tym nie myślę. To się nie liczy. Chciałabym zacząć wszystko od początku, ale tak się nie da.
W końcu docieram na ogromne urwisko. Dół jest strasznie głęboki. Parę metrów przede mną stoi kopiec z kamieni, który sięga mi do łydek. Powoli do niego podchodzę. To tu spoczywa moja siostra. Pracowała w Ministerstwie. Była bardzo ważną osobistością. Pewnego dnia ją porwano. Podobno robiono z nią straszne rzeczy. Torturowano. Chcieli wyciągnąć od niej jakieś ważne informacje. Nie złamała się. W końcu ktoś porzucił szczątki jej ciała w tym miejscu. Potem przykryto je tymi kamieniami. Niemal czuję ból, który ona przeżyła. Umarła, złoszcząc się na mnie. Powoli ocieram łzę. Minęło osiem długich lat od naszego ostatniego spotkania i rok od jej śmierci. Bardzo mnie to boli. Gdzieś w głębi duszy chyba wolałabym, żebym to była ja. Nie ona. Zasługiwała na coś więcej.
- Nie spodziewałem się, że cię tu zastanę - słyszę. Odwracam się. Za mną stoi Homer. Prawie wcale się nie zmienił. Nadal jest przeraźliwie przystojny Wstaję, nawet nie zdając sobie sprawy z tego, że uklękłam.
- To nic. I tak już sobie idę - mówię i chcę go wyminąć. Za bardzo się wstydziłam, aby stać z nim teraz nad grobem Mag. Jednak on łapie mnie delikatnie za ramię. Przechodzi mnie dziwny dreszcz.
- Zaczekaj. Nie idź - prosi. Przynajmniej brzmi to jak prośba. Sama nie wiem. Odwracam się i patrzę w jego ciemnobrązowe oczy. Bezwiednie kiwam głową. Podchodzimy z powrotem do kopca. Czuję, że stoi obok. Jeszcze nigdy nikt prócz Mag i rodziców nie był tak blisko mnie. Jestem jak w transie. Zastanawiam się, czy on wie, że Mag wszystko mi powiedziała. Wzdycham ciężko.
- Zbyt szybko odeszła - mówię, zanim zdążę się powstrzymać. - Nie miałam okazji z nią normalnie porozmawiać. Przeprosić za to, że byłam dla niej taka okropna.
Łzy napływają mi do oczu. Wtem czuję, że Homer obejmuje mnie swoim silnym ramieniem. Biorę głęboki wdech, usiłując uspokoić już i tak szalejące serce. No cóż, on bądź co bądź nadal mi się podoba. A ten gest... czuję dreszczyk przechodzący po całym ciele.
- Czasami już tak jest. Po prostu odeszła i tyle. Nic na to nie poradzimy. Trzeba żyć dalej.
Patrzę na niego, ale zaraz odwracam wzrok, gdy okazuje się, że on patrzy na mnie.
- Chyba tak. Tyle że... nie potrafię się z tym pogodzić. Nie potrafię żyć ze świadomością, że zginęła w męczarniach, wciąż mając do mnie żal. - Nie mam pojęcia dlaczego mu to mówię, ale nie mogę już tego zatrzymać.
- Ona nigdy nie miała do ciebie żalu, Max. Po prostu sądziła, że lepiej będzie dać ci odetchnąć i pozwolić zrobić pierwszy krok. - Jest spokojny, a jego słowa dobiegają do mnie jakby z oddali.
- A ja nigdy go nie zrobiłam - wzdycham.
- Mówi się trudno, czyż nie? - mówi. Patrzymy sobie w oczy. - Wiem, że jest ci ciężko, ale musisz zrozumieć, że choćbyś nie wiem jak bardzo żałowała przeszłości, już jej nie zmienisz. Zajmij się teraźniejszością.
Przytula mnie do siebie. Nie opieram się. Już nie muszę. Nie chcę. Wiem, że Homer mi pomoże.
***
Pomaga mi. I za to go kocham. Pozwala mi stopniowo wznieść się w górę. Gra w miejscowej drużynie Quiddicha jako szukający. Zaraz, jak to się nazywało... A tak, Dragony z Millyeand. Ciągle mu kibicuję. Tak samo zresztą jak nasz pięcioletni syn. Wciąż powtarza, że będzie taki jak tata. Wieczorami wspólnie czytamy kolejne rozdziały jego nowej książki. Ja również odnalazłam w sobie pasję. Homer przekonał mnie do śpiewu, czym zajmuję się z wielką chęcią. Wreszcie jest coś, w czym jestem naprawdę dobra. Czasami myślę o tym, że Mag tak nie umiała. To był chyba jedyny dar, który postanowiono dać mnie w zamian za urodę mojej siostry. Teraz, patrząc na to z perspektywy czasu, wydaje mi się to po prostu głupie. Wreszcie dostrzegam własne błędy. Szkoda tylko, że tak późno.
Czasami Mag śni mi się w nocy. Uśmiecha się. A ja mogę wydusić z siebie tylko jedno słowo.
- Dziękuję.
Zacznę trochę od końca (teoretycznie). Generalnie mi się podobało, masz taki delikatny, melancholijny styl pisania - wszystko jakby płynęło. Nie zrozumiałam jednak za dobrze wybuchu Max. Tzn. jak dla mnie trochę pobieżnie potraktowałaś początek i nie skupiłaś się wystarczająco na opisie emocji, stąd ten nagły przypływ złości wydał mi się nienaturalny. Sytuacja z Homerem także mi nie leży, bardzo to naciągane. Wiem, że lubisz pisać z różnych pespektywy czasowych, ale tutaj wyczuwałam pewną niekonsekwencję i zagubienie. Choć mimo wszystko miniaturka mi się podobała - tak jak mówię - jest klimatyczna. Ale... Czytając, miałam wrażenie, że już skądś znam tę historię. I przypomina mi to Nie opuszczaj mnie - Kazuo Ishiguro, a co za tym idzie - opowiadanie Luny0000 Nie odchodź zamieszczone jakiś czas temu u nas na stronie. Bohaterki są w innych Domach, jest między nimi zatarg (tu są siostry, tam przyjaciółki), pojawia się między nimi chłopak, umiera ta zła, jest scena na cmentarzu po kilku latach i ponowne pojawienie się chłopaka. Jak dla mnie trochę za dużo podobieństw.