Do Hogwartu przybywa tajemnicza dziewczyna. Nikt nie wie, kim jest, skąd przybywa ani co jej się stało. Wydaje się, że jej podejrzane zachowanie zauważa tylko Robin. Czy Dumbledore na pewno dobrze zrobił, wpuszczając dziewczynę do zamku?
Robin zamarła. Chciała krzyczeć, żeby ktokolwiek tu przyszedł i coś zrobił, gdy zorientowała się, że za jej plecami stoi już cała szkoła.
- Z drogi! Rozsunąć się – powiedziała McGonagall.
Za nią wszedł Dumbledore, a na końcu z tłumu wyłonił się również Filch. Cała trójka spojrzała najpierw na przerażoną Robin, a potem na leżącą dziewczynę. Podeszli do niej bliżej. McGonagall podniosła dłoń, aby zakryć otwarte usta. Dumbledore przykucnął przy niej i położył swoją pomarszczoną rękę na jej lodowatym policzku. W tym czasie Filch co chwilę krzyczał do uczniów coś w stylu „Nie zbliżać się! Chyba coś mówiłem, tak?!”. Robin odsunęła się na bok, trochę skołowana całą tą sytuacją. Zrobiło się zamieszanie, a jej zakręciło się w głowie. Mrużąc oczy, dostrzegła kilku pierwszoroczniaków wpatrujących się w nią z zaciekawieniem.
- Zabrać ją do Skrzydła Szpitalnego! Pani Pomfey ma się nią natychmiast zająć! - Głos dyrektora zabrzmiał stanowczo, ale widać było jego niepokój. - Reszta ma wracać z powrotem do Wielkiej Sali i czekać na mnie.
- Można jeść? - zabrzmiał jakiś chłopięcy, lekko zachrypiały głos, na który jedni zareagowali śmiechem, a inni cichym pomrukiwaniem.
Dumbledore nie odpowiedział już na to pytanie. On i pani profesor szli jednym z korytarzy, a po chwili oboje zniknęli za rogiem.
- Jazda, parszywe szczeniaki! Nie słyszeliście, co profesor Dumbledore mówił?! Ruszać się! - zaskrzeczał Filch.
Robin obróciła się i zamyślona powolnym krokiem ruszyła za uczniami, gdy nagle ktoś za nią nadepnął jej na buta. Dziewczyna krzyknęła i zrobiła kilka dużych kroków do przodu, aby uniknąć upadku. Przypadkowo uderzyła kogoś w ramię i sekundę później szare oczy wysokiej dziewczyny spojrzały na nią ze zgrozą. Robin ze wstydu spuściła wzrok, a już po chwili porwał ją tłum ludzi. W głowie jej szumiało, myśli plątały się ze sobą i nie składały w całość. Bicie jej serca zaczęło jeszcze bardziej przyspieszać, choć i tak mocno łomotało. Zaczęła nieregularnie oddychać. Skąd tu do cholery tyle uczniów?! Rozejrzała się, próbując w jakiś sposób ujść na bok, jednak nie było gdzie ani nawet jak. Robin poczuła ucisk w żołądku. Wiedziała, co się może za chwilę stać. Nie, nie, nie tutaj!. Zrobiło jej się gorąco, musiała oddychać przez usta. W końcu nie wytrzymała i uparcie wyciągnęła przed siebie ręce i z całej siły zaczęła się przepychać. Nie liczyły się oburzone głosy innych, musiała się stąd wydostać. Wtedy ktoś pociągnął ją za rękę i zaprowadził na bok. Robin wyglądała na lekko skołowaną. Miała całą twarz czerwoną, kręcone włosy były teraz w kompletnym nieładzie, a zszokowane ciemnobrązowe oczy wpatrywały się w rudą dziewczynę. Wściekle czerwone włosy upięte w staranny warkocz opadały na jej ramię. Pomachała Robin przed oczami.
- Wszystko w porządku? Wyglądasz trochę dziwnie.
- J-ja? - wydukała i nagle się otrząsnęła. - Nie, nic mi nie jest...
Pognała w stronę stołu Krukonów i zajęła pierwsze lepsze miejsce, nawet nie zastanawiając się, kto to był. Nalała sobie soku, a gdy spojrzała ponownie w tłum, okazało się, że wcale nie był taki wielki jak jej się wydawało. Na jej policzkach pojawiły się lekkie, prawie że niezauważalne rumieńce. Głęboko oddychała, starając się uspokoić, po czym wyjęła z kieszeni szaty małe opakowanie. Po kryjomu nasypała sobie do ręki dwie tabletki, które po chwili połknęła i popiła napojem. Dopóki nie znam zaklęcia, musi wystarczyć to, co przypisał lekarz.
W końcu wszyscy już siedzieli przy swoich stołach. Niektórzy nawet nie czekali i rzeczywiście zaczynali jeść, jednak Robin nie była w stanie. Po jej głowie chodziły tysiące pytań dotyczących dziewczyny. Martwiła się o nią, choć w ogóle jej nie znała. Chociaż będąc w takim stanie, chyba w każdym wzbudzała litość.
- Co za żenada! - odezwał się ktoś ze stołu Ślizgonów. - Jak można wpuścić do Hogwartu takiego włóczęgę. Żałosne, jeśli to czarownica, na pewno jest jedną z tych szlam.
Robin była pewna, że to ten matoł, który zadał głupkowate pytanie w Sali Wejściowej. Kilka osób wybuchnęło śmiechem. Czyli jednak nie w każdym budziła się taka litość. Westchnęła i ze stresu zaczęła obgryzać paznokcie. Nerwowo co chwilę kierowała wzrok w stronę wejścia, aby sprawdzić czy nikt nie nadchodzi z jakąś wieścią. Odrywając w końcu swój kciuk od ust, zauważyła Ricka, który prawdopodobnie wpatrywał się w nią od dłuższego czasu. Robin przełknęła ślinę i szybkim ruchem schowała obie dłonie pod stół.
Chwilę potem do sali wszedł sam Dumbledore. Jego mina nadal wyrażała niepokój i zmartwienie, ale widocznie starał się to ukryć. Przeszedł szybkim krokiem przez salę i stanął przed uczniami. Tuż za nim wbiegła McGonagall. Z uniesioną głową dogoniła Albusa i również zajęła swoje miejsce.
Dyrektor stanął przed nimi. Czekał, aż każdy uczeń zauważy jego obecność. Robin od razu wyprostowała się i w napięciu czekała na jego słowa, mieląc w dłoniach serwetkę, którą chwilę temu wzięła ze stołu.
- Drodzy uczniowie - zaczął. - Jak już wiecie, do naszego zamku zawitała pewna osoba. Nie, dziewczyna jeszcze się nie obudziła, ale gdy tylko tak się stanie, zapewniam was, że o wszystkim się od niej dowiemy - dodał, widząc podejrzliwe bądź przejęte miny innych. - Tymczasem, chciałbym was powitać w nowym roku szkolnym w Hogwarcie...
***
W nocy burza nie ustała, wręcz przeciwnie - słychać było jeszcze więcej grzmotów i widać jeszcze więcej błysków. Deszcz bez przerwy dudnił o mury zamku. Robin leżała nieruchomo na plecach w swoim dormitorium. W pokoju dziewcząt wszyscy prócz niej już spali, w końcu było już dawno po północy. Słyszała jedynie chrapanie Tracey Conner i tykanie zegara. Robin zamknęła oczy, jednak sen wciąż nie przychodził. Dlaczego tak bardzo obchodziła ją ta dziewczyna? Jej myśli ciągle krążyły wokół jednego tematu - tematu O NIEJ. Czuła w brzuchu dziwny ucisk. Miała przeczucie, że coś jest z nią nie tak. Robin przymrużyła oczy i spojrzała na tarczę zegara. Wskazówki pokazywały godzinę drugą w nocy. Westchnęła. Czy mądrze było wychodzić z pokoju tylko po to, by wkraść się do Skrzydła Szpitalnego i ją zobaczyć? Oczywiście, że nie, wręcz przeciwnie - prawdopodobieństwo, że natknęłaby się na Filcha lub kogokolwiek z nauczycieli było niezwykle wysokie. Z drugiej strony nie dawało jej to spokoju. Pomyślała o pelerynie niewidce, o której słyszała w opowieści o trzech braciach, którą kiedyś opowiedziała jej mama. Ciekawe, czy taka w ogóle istnieje, zastanawiała się, powoli siadając. Ogarnęła wzrokiem resztę pokoju. Z pewnością by się przydała.
Po długim namyśle wstała z łóżka i skierowała się do drzwi. Stamtąd wymsknęła się z dormitorium na korytarz. Czując dziwne podniecenie i jednocześnie strach przed konsekwencjami, ruszyła przed siebie. W końcu jeszcze nigdy nie złamała żadnej zasady, zawsze starała się nikomu nie podpadać. Nie mogła się narazić na wyrzucenie ze szkoły. Pomijając już sam fakt, że musiałaby opuścić Hogwart, nie chciała sobie nawet wyobrażać, że miałaby z powrotem zamieszkać w domu z ciocią Bellą i jej starym kotem.
Skupiła się na otaczającej ją ciemności. Wyciągnęła swoją różdżkę i za pomocą zaklęcia Lumos oświecała sobie drogę.
Prawdziwy stres ogarnął ją jednak dopiero, gdy stanęła przed samymi drzwiami prowadzącymi dokładnie do skrzydła. Dalej, Robin, nie po to przeszłaś taki kawał, łamiąc przy tym regulamin, żeby teraz zawracać, próbowała siebie jakoś zmotywować. Wzięła głęboki wdech, wydech i ostrożnie podniosła dłoń w stronę klamki. Jej palce zacisnęły się na chłodnym przedmiocie, a po chwili drzwi otworzyły się z lekkim skrzypieniem. Nie było ono głośne, ale w takim momencie Robin wydawało się, że można by było je usłyszeć nawet z Hogsmeade lub Zakazanego Lasu. Rozejrzała się szybko, czy nikt nie idzie i zamknęła za sobą ciężkie drzwi. Gdy znalazła się już w pomieszczeniu, odetchnęła z ulgą. Uśmiech zniknął z jej twarzy dopiero, gdy się odwróciła i na sali zobaczyła rzędy białych łóżek, z czego tylko jedne było zajęte. Pomieszczenie już i tak było wystarczająco upiorne. Przez wielkie okna wpadał słaby blask nocy. Pomyślała o swoim ciepłym i wygodnym łóżku w dormitorium i zaczęła jeszcze bardziej żałować, że tu przyszła, ale nie miała innego wyjścia. Wolnymi krokami zbliżała się w stronę leżącej postaci, która w miarę zbliżania się Robin, nabierała w jej oczach wyraźniejszego zarysu. Wydawało jej się, że w całym Hogwarcie słuchać jak łomocze jej serce.
Dotarła do dziewczyny i zamarła. Jej niesamowicie blada twarz, pełna zadrapań, siniaków i skaleczeń wyglądała jeszcze bardziej przerażająco w nocy, oświetlana jedynie przez blask księżyca. Mimika dziewczyny przedstawiała pewnego rodzaju grymas, ale także ogromne zmęczenie. Robin chwilę nad nią stała, przyglądając się jej w milczeniu. Skupiła wzrok na chudym i kościstym ramieniu, na którym widniały grube, czarne szwy. Lekko się do niej przybliżyła, chciała się jej bardziej przyjrzeć.
Wtedy to usłyszała - śmiech. Nie był to jednak wesoły, przyjazny śmiech, tylko złowieszczy, nie zwiastujący nic dobrego. Robin nie potrafiła określić, skąd pochodził - wydawało się, jakby śmiejąca się osoba była... wszędzie. Na początku była pewna, że któryś z uczniów za nią przyszedł, ale w tym samym momencie dziewczyna zaczęła się niespokojnie wiercić przez sen, jakby śnił się jej jakiś koszmar, z którego nie mogła się obudzić. Może jest chora, zastanawiała się. Chciała dotknąć jej czoła, aby sprawdzić czy nie ma gorączki, a wtedy ona, niczym potwór rodem z horroru, złapała ją swoją kościstą, niesamowicie lodowatą dłonią.
- Hej, puszczaj! – szepnęła nerwowo Robin próbując się wyrwać, jednak na marne, uścisk był zbyt silny i ciągle się zacieśniał.
Robin syknęła z bólu, czując, jak paznokcie dziewczyny wbijają się jej w żyły. Potem ni stąd ni zowąd pomiędzy nimi przeleciał czarny kruk. Robin cicho krzyknęła, wolną ręką zakrywając usta. Ptak zaczął latać po całym pomieszczeniu, hałasując przy tym niemiłosiernie. Śmiech za to się nasilał, można by nawet stwierdzić, że się zbliżał.
Robin nie wytrzymała. Zamierzała już krzyczeć, to wszystko było gorsze od koszmaru. Mogłoby się wydawać, że jej serce zaraz wybuchnie. Cała prawa dłoń była już czerwona - uścisk dziewczyny skutecznie blokował krążenie krwi. Kruk skrzeczał i latał jak opętany, potrącając wszystko co miał na drodze, wielokrotnie też drapiąc plecy i wyrywając szponami włosy Robin. Za to śpiącą dziewczyną miotało po łóżku jak opętaną. Robin nigdy dotąd aż tak się nie bała.
- Proszę, żeby to był tylko zły sen, błagam, błagam! - powtarzała z rozpaczą, nie siląc się już nawet na szept.
Nie skupiła się nawet na powstrzymaniu łez, które jej się nazbierały w oczach. Przeżywała piekło, koszmar będący jawą. Roztrzęsiona przez cały czas starała się walczyć, wyrwać z jej uścisku, lecz bez skutku. Odczuła w odciętej od krwi części ręki nieprzyjemne mrowienie, a potem przestawała już cokolwiek czuć.
- Nie, proszę, nie! Wypuść mnie!
Zaczęła krzyczeć. Darła się tak głośno jak mogła, byle ktoś ją usłyszał, chociażby Filch. Nagle ją olśniło - różdżka! Nerwowo zaczęła grzebać w kieszeni szlafroka, ale tam jej nie znalazła. Rozejrzała się wokół, aż ją ujrzała. Różdżka leżała w lewym dolnym rogu łóżka obok. Spróbowała wyciągnąć drugą, wolną rękę, ale nie było to proste. Różdżka była praktycznie już na krawędzi, w każdej chwili mogła spaść. Wyciągnęła się z całej siły, prawie że kładąc się na świeżo zmienionej pościeli, gdy dziewczyna puściła jej rękę, przez co Robin przeleciała nad łóżkiem i runęła na podłogę.
Nagle wszystko zamilkło. Śmiech ustał, kruk gdzieś zniknął. Dziewczyna już się nie wierciła. Ciężko oddychając, Robin wpatrywała się w nią wielkimi oczami. Co to było? Co się tu działo? Rozmasowywała swoją zdrętwiałą rękę , powoli odzyskując w niej czucie. Poczuła coś lepkiego i od razu zbladła. Przypomniała jej się lekcja z obrony przed czarną magią w trzeciej klasie, kiedy wszyscy uczyli się, jak walczyć z boginami. Na jej nieszczęście, dokładnie ją zapamiętała. W jednej chwili przed oczami pojawiła się klasa, uczniowie przepychający się w kolejce i szafa – wspomnienia tym razem wzięły górą. Zobaczyła jakąś dziewczynę, która z łatwością poradziła sobie ze swoim boginem – krokodylem. Potem przyszła kolei na młodą Robin. Jeszcze przez chwilę uśmiechnięta jak reszta, w tym momencie wyglądała, jakby miała zwymiotować. Przed nią leżeli martwi ludzie i zwierzęta, a na nich było pełno krwi. Uniosła roztrzęsioną dłonią swoja różdżkę. Słyszała głos profesora Lupina, który próbował ja uspokajać, ale był niewyraźny, zlewał się z resztą klasy. Przymknęła oczy i spróbowała wymówić zaklęcie, lecz zamiast tego słychać było tylko jej ciche jąkanie.
- R-ridd... rii...
- Dasz radę, Robin! Pomyśl o czymś...
Ale ona już nie słyszała ani profesora, ani kogokolwiek innego. Przed oczami zrobiło jej się ciemno (a może zamknęła oczy?), a uszach huczało. Poczuła ból w klatce piersiowej. Zaczęło jej brakować tchu, z trudem łapała oddech. Czując na sobie spojrzenia wszystkich – w tym też zdumionego Lupina – czym prędzej wybiegła z klasy. Biegła korytarzami, nie wiedząc co jej się dzieje. Zatrzymała się dopiero, gdy usłyszała przed sobą głosy nauczycieli i weszła za drzwi obok. Znalazła się w schowku na miotły. Ciężko opadła na podłogę i zaczęła się skręcać z bólu. Czuła, że się dławi. Czy ja umieram?. Nie mogąc się uspokoić, skuliła się w kłębek i przerażona kręciła głową.
- Nie, to niemożliwe – szeptała do samej siebie. - Przecież ostatni atak paniki... miałam go tyle lat temu...
Po długim czasie to wszystko ustało, mimo to nadal drżała, cała zlana potem. Chwilę siedziała nieruchomo, po czym niespodziewanie wybuchła gromkim płaczem. Łzy zmoczyły jej całą twarz. Ogarnął ją strach. Gdy była młodsza zawsze bała się tego, co w takich momentach się z nią działo. Teraz koszmar powrócił.
Od tamtego dnia ominęła resztę lekcji o boginach, czując się upokorzona i słaba. Nauczyciele nic nie podejrzewali, widać było jedynie, że się wystraszyła i płakała. Po tamtej lekcji pozostały tylko wspomnienie i okropne sny nękające ją coraz częściej.
W końcu wyrwała się z przygnębiających myśli. Wycierając z odrazą krew z ręki o białą pościel, wstała i biegiem ruszyła w stronę drzwi wejściowych. Otworzyła je i z hukiem zamknęła, byle tylko znaleźć się jak najdalej od... nawet nie była pewna od czego.
Oparła się o mur, a gdy obróciła lekko głowę w lewo z piskiem podskoczyła. Przed nią stał Albus Dumbledore, który wpatrywał się w nią z surową i jednocześnie zdziwioną miną.
- Panno Ronweals?
Pierwsze, co rzuca mi się w oczy - brak sformatowanego tekstu. Proszę, następnym razem zrób przerwy między akapitami czy dialogami, łatwiej i przyjemniej będzie się to czytać.
Opowiadanie jest naprawdę bardzo ciekawe. Przeczytałam je jednym tchem, choć byłam już zmęczona. Także jeśli chodzi o budowanie napięcia - wyszło Ci to dobrze. Trochę nie rozumiem, dlaczego Robin aż tak bardzo przejęła się nową dziewczyną. Dość szczegółowo opisujesz jej myśli i wahania. Całość potęguje jeszcze pójście do skrzydła szpitalnego w środku nocy... Ja bym chyba umarła ze strachu (odważna ta Twoja Robin). Zastanawiam się, czy stoi za tym coś grubszego, czy po prostu główna postać przeżywa jakąś krótką fascynację.
Językowo jest poprawnie. Nic karygodnego nie rzuciło mi się w oczy. Jedna uwaga - unikaj skrótów myślowych. Nie może stać cała szkoła, bo to nie o budynek Ci chodzi, ale o uczniów.